Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 czerwca 2016

Zimowe Panny


Tytuł: "Zimowe Panny"

Autor: Cristina Sánchez-Andrade

Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Muza

Liczba stron: 320

Ocena: 5/10










Życie mieszkańców wioski od lat toczy się spokojnie i pracowicie. Nic się nie zmienia. Ludzie rodzą się i umierają. Są śluby i rozstania. Tak jak powinno być. Lecz wieś kryje swoją mroczną tajemnicę, która została pochowana wraz z uzdrowicielem. Wojna przyszła szybko i niespodziewanie. Niszczyła wszystko, co znalazło się na jej drodze. Nie miała żadnych ograniczeń. Wraz z nią przyszła śmierć i głód. Ludzie w takich przypadkach są gotowi na wszystko. Bez mrugnięcia oka zdradzą swoich przyjaciół, oddadzą najcenniejsze rzeczy. Byle tylko przeżyć. Później się o wszystkim zapomni. Nie będzie żadnych dowodów ani świadków. Ale czy na pewno? Przez wiejską drogę idą dwie kobiety. Są już dojrzałe, ale niestare. Minęło tyle czasu... Wszyscy już zapomnieli... Jednak teraz pora wrócić do wspomnień, bo idą Zimowe Panny.

Zanim przeczytałam "Zimowe Panny", dużo o nich słyszałam. Nie były to opinie ani jednoznacznie pozytywne, ani negatywne. Na początku nawet nie zwróciłam uwagi na tę książkę. Była jedną z wielu innych obyczajówek. Zwykle nie czytam tego gatunku i w swoim życiu trafiłam na naprawdę mało dobrych powieści tego typu. Dlatego z czasem się zniechęciłam i teraz raczej omijam je szerokim łukiem. Przyznaję też, że książki fantasy często poruszają podobne tematy, tylko forma oraz uniwersum zachwycają i zachęcają do czytania. Normalne życie mamy na co dzień... Lecz nie można udawać, że ono nie istnieje. Właśnie to sprawiło, że i ja postanowiłam zapoznać się z "Zimowymi Pannami". W jakiś sposób prześladowały mnie. Na każdej stronie poświęconej literaturze trafiałam na kolejne recenzje. Sama chciałam sprawdzić, co takiego jest w tej książce, że tyle czytelników zajrzało do niej.

Jak zabrać się za taką powieść? To było pierwsze pytanie, jakie sobie zadałam. Pewnie dla części z was wyda się śmieszne, ale ja naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Powinnam przeznaczyć kilka godzin na jej czytanie, a może robić sobie przerwy na refleksje? Tak banalna sprawa, a jednak zastanawiała mnie. Gdy już zaczęłam czytać, zdałam sobie sprawę, jak naturalna jest ta książka. Nie było żadnych niestworzonych rzeczy, nadnaturalnych istot... Tylko i wyłącznie zdarzenia z życia codziennego. Było w tym coś pięknego. Zaczęłam się dziwić, dlaczego mnie to nie nudzi. Nigdy nie lubiłam prostych zagadnień. Wolałam w czeluściach umysłu szukać rozwiązań skomplikowanych i pełnych emocji. W tej obyczajówce nie znalazłam tego. Rzadko kiedy zdarza się, że autor w taki sposób prowadzi książkę. Jest to duży plus, gdyż każdy niekonwencjonalny pomysł jest przeze mnie bardzo ceniony.

Styl autorki jest również nieszablonowy. Pisze ona bardzo oschle i oszczędnie. Opisy są mało rozbudowane. Mimo że powieść posiada nieznaczne ilości dialogów, to i tak nie znajdziemy tam wielu stron poświęconym na przedstawienie okolicy. Każdy opis ma jakieś znaczenie, które odpowiednio odniesione do  wydarzeń tworzy całość. Miałam wrażenie, że autorka specjalnie pisze bardzo chaotycznie. Częste retrospekcje bardzo zaburzały chronologię, co czasami skutkowało pogubieniem się czytelnika. 

Fabuła książki jest niepotrzebnie ciągnięta. Wiele wątków jest nielogicznych. Nie mają jakiegokolwiek połączenia z rzeczywistością, co bardzo psuło naturalność historii. Nic mnie nie zaskoczyło, a zakończenie przewidziałam bardzo wcześnie, co jest olbrzymim minusem. Krótka opowieść zajęła kilkaset stron, co było całkowicie niepotrzebne. Rozumiem, że autorka chciała ukazać psychologiczną część bardzo dokładnie, ale przy tak sztywnym stylu było to niemożliwe.

Zimowe Panny okazała się niesamowitymi postaciami... Gdy na początku je poznałam, wątpiłam, że będą godne uwagi. Tymczasem okazały się bohaterkami o bardzo rozbudowanych charakterach. Nie polubiłam je jako osoby, ale doceniłam jako postacie literackie. I myślę, że to najbardziej się liczy. Ich wizerunek jest karykaturalny. Uważam, że w prawdziwym życiu nie spotkamy tak skrajnych osób. Choć z drugiej strony ludzie zawsze mnie zaskakują i dlatego tak bardzo darzę ich sympatią. W powieści pojawiały się nietypowe cechy, które były przypisane wyłącznie konkretnym postaciom. Cenię takie zabiegi, lecz w tym przypadku ich osobowości zostały spłycone tylko do tych cech.

Trudno określić mi tematykę książki. Miała w sobie wiele cennych uwag, lecz nie skupiała się na czymś konkretnym. Ukazywała wstydliwe myśli, do których zazwyczaj się nie przyznajemy. One towarzyszą każdemu z nas, ale nie są dobrze postrzegane, dlatego zachowujemy je dla siebie. Można w nich dostrzec bolesną prawdę o ludziach i ich postępowaniu. Jedno traumatyczne wydarzenie nie musi nas złamać, ale kilka – i to niekoniecznie w tym samym czasie – może z nas stworzyć potwora lub pozbawić szczęścia w życiu.

Niestety powieść odebrałam negatywnie. Spodziewałam się czegoś innego i niestety ta realna forma zawiodła mnie. Jak na samym początku wspomniałam, nie jestem przyzwyczajona do obyczajówek i "Zimowe Panny" zniechęciły mnie do kontynuowania przygody z tym gatunkiem.

niedziela, 12 lipca 2015

Następczyni


Tytuł: "Następczyni"

Autor: Kiera Cass

Tłumaczenie: Małgorzata Kaczorowska

Cykl: Selekcja

Tom: IV

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 360

Ocena: 3/10






Pamiętacie czasy, gdy America Singer przybyła do pałacu? Gdy książę Maxon musiał wybrać żonę spośród tylu niesamowitych dam? Gdy rebelianci wdarli się do pałacu? Minęło już dwadzieścia lat, odkąd te wydarzenia miały miejsce. Teraz jest inaczej. Klasy już nie istnieją, rebelianci są tylko wspomnieniem, a Maxon i America posiadają czwórkę niesamowitych dzieci. Baśniowe zakończenie, ale tylko na pozór. Nie da się wszystkiego zmienić na pstryknięcie palca. Zamieszki i bunt nadal pojawiają się w państwie. Tymczasem najstarsza córka pary królewskiej – Eadlyn – uczy się roli królowej, by w przyszłości móc objąć stanowisko swojego ojca. Jest to dla niej olbrzymi ciężar. Ma pretensje do swojego brata bliźniaka, że to nie on urodził się te siedem minut wcześniej. Te siedem minut sprawiło, że to od niej zależą losy kraju. Czy podoła temu wyzwaniu? Czy wybierze w Eliminacjach męża? 

Stosunkowo niedawno na rynku pojawił się pierwszy tom "Selekcji". Bardzo dobrze pamiętam, jak niezwykłe okładki oczarowały prawie każdą dziewczynę. Nie chcę nawet wiedzieć, ile egzemplarzy zostało kupionych wyłącznie dla okładki i tym bardziej nie chcę wiedzieć, jak bardzo sukces całej serii jest zależny od tych przepięknych sukienek. Jednak ówczesna trylogia okazała się na tyle dobra, by zająć pewne miejsce w moim sercu. Nie byłam zachwycona książkami, ale nie mogę zaprzeczyć, że ta niesamowita atmosfera oczarowała mnie. Co pomyślałam, gdy nagle trylogia okazała się większym cyklem? Dobrze wiecie, że uważam, że jak coś miało być trylogią, to powinno nią być. I po przeczytaniu "Następczyni" utwierdziłam się w swoich przekonaniu.

Bardzo irytował mnie fakt, że cały czas patrzyłam na tę część przez pryzmat historii Americi. A to jest inna opowieść, tylko osadzona w tym samym świecie i zawierająca nawiązania do dziejów sprzed dwudziestu lat. Robiłam wszystko, by właśnie tak patrzeć na "Następczynię", ale to nic nie pomagało. Cały czas miałam wrażenie, że to ta sama historia tylko z zamianą postaci.

I niestety pojawiła się niewybaczalna wada – papierowi bohaterowie. Eadlyn bardzo mnie zawiodła. Okazała się rozpieszczona, egoistyczna oraz snobistyczna. Można powiedzieć, że to celowy zabieg autorki, jednak z nią po prostu nie dało się wytrzymać. Choć niestety z żalem muszę przyznać, że odnajdywałam w niej cechy, które sama posiadam. Każdy posiada jakieś wady i zalety. Szkoda, że nie mogłam znaleźć tych drugich w przyszłej królowej. Jedyne, co w niej polubiłam, to siłę, którą zawsze promieniowała. Inni bohaterowie nie okazali się lepsi. Kiera Cass naprawdę wymyśliła wiele ciekawych i nietypowych postaci, tylko było ich tak wiele, że nie poświeciła ani jednej odpowiedniej uwagi. Kandydaci do ręki Eadlyn nieraz wywołali we mnie pozytywne uczucia. Jednak jakie to miało znaczenie, gdy nie odróżniałam ich? 

Kolejnymi postaciami, na których się zawiodłam, są Maxon i America. Postarzeli się, stali się odpowiedzialni, dobrze rządzili państwem... Spytacie się, co w takim razie nie podobało mi się. Brakowało tej iskry, tej iskry, która połączyła ich poglądy i ich samych. Pamiętam, jaka silna była America i jak wielkie miała plany na przyszłość. Wielokrotnie irytowała mnie, ale wiele razy podziwiłam jej odwagę i niestrudzoność. W Maxonie była pasja i oddanie poddanym. Tutaj byli zwykłym małżeństwem, które już dawno zapomniało o swoich planach. 

Nie rozumiem również problemu z polityką. Rozróby, bójki czy niesprawiedliwe traktowanie – to jest złe. Wątpię, czy ktoś zaprzeczy. Nie znam się na polityce, ale nawet ja wiem, że nie wystarczy dwadzieścia lat, a tym bardziej mniej, by ludzie dostosowali się do nowego systemu. Klasy były ich częścią i było do przewidzenia, że nie da się z nich zrezygnować z dnia na dzień. Do tego potrzeba przynajmniej trzy pokolenia, a nie jedno...

Dawno nie pisałam tak negatywnej recenzji. Nie nastawiałam się na arcydzieło, ale oczekiwałam o wiele więcej od Kiery Cass. Zawiodłam się i szczerze wątpię, bym w przyszłości przeczytała kolejną część. Jak już, to tylko z ciekawości. Nie polecam wam jej. Moim zdaniem zepsujecie sobie tylko ogólne wrażenie o trylogii, jeśli macie z nią dobre wspomnienia. Choć jeśli naprawdę jesteście zmęczeni i chcielibyście odpocząć przy czymś naiwnym, ale dobrze wam znanym, to "Następczyni" jest idealna.


czwartek, 9 lipca 2015

Znalezione nie kradzione


Tytuł: "Znalezione nie kradzione" 

Autor: Stephen King

Tłumaczenie: Rafał Lisowski

Cykl: Bill Hodges

Tom: II

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 480

Ocena: 7/10






Świat jest okrutny – powie wam to wiele ludzi. Nie zastanowią się nad odpowiedzią, nie zawahają się ani przez chwilę. Po prostu stwierdzą fakt, który według nich jest niepodważalny. Ale czy nie można tego zmienić? Peter urodził się w szczęśliwej rodzinie. Jego rodzice kochali się, mieli dobrą pracę, piękną przyszłość przed sobą, tylko... Te tylko zmienia wszystko w ciągu jednej chwili. Ojciec Pete'a traci pracę. Jest jednym z wielu osób, które straciły wszystkie dochody przez kryzys. Jednak człowiek nie traci tak łatwo nadziei. Po prawie roku bezowocnego poszukiwania pracy wybiera się na targi pracy. Pamiętacie je? Tysiące ludzi pełnych nadziei na zmianę swojego losu, matki z dziećmi, trzymające się niezachwianie ostatniej deski ratunku i szaleniec za kierownicą mercedesa... 

I tak oto po raz pierwszy w swoim życiu przeczytałam powieść sławnego Stephena Kinga. Czekałam na tę chwilę wiele lat, a teraz rozkoszuję się pisaniem tej recenzji. Mam multum słów, którymi chcę się z wami podzielić. Tyle spostrzeżeń, tyle uwag... Dlaczego zaczynam od najnowszej powieść Kinga, jego drugiego kryminału i zarazem kolejnej części przygód Billa Hodgesa? To jest bardzo dobre pytanie, na które nie umiem odpowiedzieć. Większość z was stwierdzi, że to największa zbrodnia jaką mogłam popełnić. Zgadzam się, ale czy nadal pozostaje zbrodnią, jeśli dzięki niej na pewno zapoznam się z innymi dziełami tego wybitnego pisarza?

To nie jest tak, że nigdy wcześniej nie miałam żadnej książki Kinga w ręku. Kiedyś, jeszcze jako dziecko, zaczęłam czytać "Cujo", które poleciła mi bibliotekarka. Jest to jeden z najsławniejszych horrorów pisarza, ale niestety ciężki styl autora okazał się dla mnie (w wersji kilka lat młodszej) o wiele za ciężki. Biorąc "Znalezione nie kradzione" do ręki, miałam wiele obaw. Bałam się, że styl nadal okaże się dla mnie za ciężki i nie pozwoli na zapoznanie się z tą lekturą. W końcu nie każdy musi lubić Kinga. Na szczęście moje obawy okazały złudne. Przyznaję, że według mnie język autora nie jest językiem łatwym i na początku miałam duże trudności ze skupieniem się. Musiałam przebrnąć przez te pierwsze kilkadziesiąt stron i przyzwyczaić się do wcześniej mi nieznanego pióra. Dopiero wtedy zaczęłam doceniać kunszt twórcy. Choć nie zmienia to faktu, że nadal uważam, że potrzebuję odpowiedniego miejsca, by zrozumieć tekst. Nie może być to zatłoczony autobus, czy spotkanie rodzinne.

"Znalezione nie kradzione" zyskało moją sympatię do tego stopnia, że stało się częścią mojego życia. Nie odczuwałam gwałtownego pragnienia czytania dalej powieści, jednakże przyzwyczaiłam się do niej i przez kilka dni zapoznawanie się z jej treścią okazało się moim zwyczajem. Na pewno gdy wracacie z pracy, szkoły macie jakiś zwyczaj, czynność, która pozwala wam odpocząć,  a przy tym nie nudzi się mimo codziennego powtarzania jej. Dla mnie taką czynnością jest słuchanie muzyki, ale przez te kilka dni właśnie ten kryminał stał się częścią mojego życia. 

Zawsze zakładałam, że w książkach Kinga najpierw jest wprowadzenie, które pozwala nam poznać bohaterów, przywiązać się do danego miejsca, a dopiero później pojawia się ten moment zaskoczenie, który jest jeszcze straszniejszy, gdyż wiemy, kogo dotknął, a jest to najczęściej postać nam bliska. Ta książka potwierdza moją małą teorię (nie wiem, jak inne). Nie powiem, że na początku nic się nie działo, bo to byłoby kłamstwo, ale akcja była powolna i mozolnie nabierała tempa. Dla mnie jest to bardzo duża zaleta. Gdy wszystko dzieje się za szybko, nie mam czasu, by przejąć się czymkolwiek, a dzięki temu mogłam poświęcić odpowiednią ilość czasu na przeżywanie tych wszystkich zdarzeń. 

Również przypadła mi do gustu fabuła, a w szczególności wątek mordercy, który stał się nim wyłącznie przez fanatyczną miłość do książki. Widziałam w nim siebie. To wszystko zaczęło się tylko od pytań, pragnienia poznania większej liczby informacji, a zakończyło desperacją, która prowadziła do zniszczenia życia wielu ludzi. Natomiast wielopoziomowość powieści dodała realności tym wydarzeniom. Nie pojawili się tylko bohaterowie, którzy mieli coś wspólnego z całą opowieścią. Byli również ci epizodyczni, którzy mają własną historię do opowiedzenia.

Jak przeczytaliście, jestem bardzo szczęśliwa, że nareszcie zapoznałam się z twórczością Stephena Kinga. Przede mną wiele jego książek. Mam nadzieję, że nie zawiodę się. "Znalezione nie kradzione" polecam fanom kryminału, choć radziłabym zacząć od "Pana Mercedesa". Druga część nie nawiązuje do niego prawie wcale, ale nie ukrywa zakończenia pierwszego tomu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

wtorek, 2 czerwca 2015

Błękitna Kraina


Tytuł: "Błękitna Kraina"

Autor: Anna Świąć

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Attyka

Liczba stron: 56

Ocena: 8/10












Stefan mieszka w Błękitnej Krainie. Wszystko tam jest niebieskie. Drzewo, deszcz, trawa, warzywa przybierają najróżniejsze odcienie tej barwy. Jednak Stefan często śni o tęczy, która jest złożona z wielu barw. Bardzo chciałby zobaczyć to zjawisko i poznać inne kolory. Udaje się w podróż do odległych krain, by odkrywać nowe lądy i przede wszystkim kolory. Czy świat jest tylko w odcieniach błękitu? Czy Stefan pozna inne stworzenia? Jak potoczy się historia małego smoka?

Jeśli już jakiś czas czytacie moje recenzje, zapewne wiecie, że najbardziej szanuję literaturę dziecięcą. Uwielbiam czytać olbrzymie tomiska, które są naszpikowane metaforami i refleksjami nad życiem, a mądrzy dorośli szukają odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Jednak nawet taka powieść nie jest w stanie zastąpić książki dla dzieci. Pewnie zastawiacie się, czy wiem, co mówię. Jak mogę porównywać opowiadanie dla dzieci z grubą powieścią przeznaczoną dla dorosłych? Wiecie, żeby zacząć czytać takie lektury, trzeba najpierw nauczyć się czytać, rozróżniać słowa, rozumieć je. Najpierw coś musi nas ukształtować. Dopiero wtedy możemy porwać się na głębokie wody. Dlatego tak bardzo szanuję książeczki dla dzieci. To one w dużej mierze kształtują naszą przyszłość. I w dodatku są oczywiste. Nie posiadają tysiąca metafor, które często nie zostaną odkryte przez czytelnika. 

Jedną z książek dla dzieci jest "Błękitna Kraina". Wielokrotnie spotykałam się z nią w internecie. Kolorowe obrazki, zachęcający tytuł i moje ulubione smoki sprawiły, że zaintrygowałam się tą opowiastką. Jestem szczęśliwa, że mogłam zapoznać się z nią. 

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, jest język, jakim pisze autorka. Nie jest on banalny, ani dziecinny. Posiadam dwa spojrzenia na jej styl. Na początku zaczęłam się zastanawiać, czy małe dziecko jest w stanie zrozumieć wszystkie słowa. Samo na pewno miałoby problem z całkowitym rozszyfrowaniem tekstu. Jednak z drugiej strony jest to bardzo dobre, ponieważ taki maluch może nauczyć się nowego słownictwa, które nieraz w życiu przyda mu się. Dzięki temu rozwinie swój zasób słów i w przyszłości może to zaowocować piękną i poprawną polszczyzną.  

Historia niesie też morał, który niezwykle mi się spodobał. Namawia do wytrwałości, dzięki której w przyszłości spełnią się nasze marzenia. Jestem idealistką i jak większość dzieci mam pogląd na świat, że jeśli tylko zechcę coś osiągnąć, to mogę to zrobić, tylko muszę zacząć. Wiem, że nie zawsze wszystko działa w ten sposób, ale wiara w nas samych jest w stanie uczynić cuda. Czemu dzieci miałyby w to nie wierzyć, kiedy jest to prawda? Należy motywować naszych małych podopiecznych, bo to od tych właśnie chwil zależy ich przyszłość.

Poza tym w książeczce można znaleźć wiele pięknych ilustracji, które zachęcają do czytania i pozwalają przenieść się do magicznego świata. Wielką zaletą jest też duża czcionka. Na pewno niektórym dorosłych zachęci do przeczytania jeszcze jednego rozdziału na dobranoc... Czemu nie? Oczy się nie męczą.

Bardzo mi się spodobał sposób, w jaki autorka pisze. Nie mam wątpliwości, że Pani Świąć jest w stanie napisać książkę dla starszej młodzieży, czy nawet dorosłych. Jeśli macie rodzeństwo, czy małe dzieci w domu, zachęcam do kupienia "Błękitnej Krainy". Każde dziecko powinno dostać szansę na odkrycie świata.

Za możliwość powrotu do dziecięcych marzeń oraz poznania na nowo świat dziękuję serdecznie Autorce – Annie Świąć.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:




PS: Chciałam Wam przypomnieć o naszych nowych wzywaniach: Kocioł Wiedźmy [LINK] i Z uśmiechem przez świat [LINK]


Zapraszamy do wzięcia w nich udziału! :)

wtorek, 5 maja 2015

Coldplay. Życie w trasie


Tytuł: "Coldplay. Życie w trasie"

Autor: Matt McGinn

Tłumaczenie: Karolina Wanat

Kategoria: Biografia

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Liczba stron: 256

Ocena: 7/10











Na świecie jest wiele zespołów muzycznych, które grają najróżniejszą muzykę. Każdy kraj ma swojego własnego wykonawcę lub właśnie zespół, który zyskał sławę. Jednak współcześnie największą popularność zyskują brytyjskie i amerykańskie zespoły. Jednym z nich jest Coldplay, który obecnie ma w Polsce wielu fanów. Dwa lata temu odbył się w Warszawie koncert, na który przyszło bardzo dużo ludzi. Muzycy są uwielbiani przez cały świat. Na ich temat krąży wiele opinii, lecz najczęściej są to te pozytywne. No i oczywiście plotki i ciekawostki znane przez każdego fana. Jednak jak to wszystko naprawdę wygląda? Czy życie w trasie jest takie piękne, jak się wydaje? 

Matt McGinn jest roadie ( tłum. anglojęzyczne określenie osoby, która wyrusza razem z członkami zespołu muzycznego w trasy koncertowe, pełniąc wszelakie role związane z obsługą techniczną; tłum. aut. "mężczyzna (lub kobieta) w czarnym T-shircie i niebieskich dżinsach, który robi różne rzeczy dla zespołu. Często chce mu się pić."), który podróżuje razem z Coldplayem. Postanowił napisać książkę o tym, jak naprawdę wygląda życie piosenkarzy, obsługi technicznej i wszystkich innych ludzi, którzy pomagają przy koncertach podczas trasy koncertowej. 

Nie mogę nazwać się fanką Coldplay'a, ponieważ ani nie byłam na koncercie, ani nie posiadam wszystkich ich płyt, a już na pewno nie znam wszystkich piosenek (choć w ostatnim czasie poszerzam ich znajomość). Jednak te kilkanaście utworów, które znam, bardzo polubiłam (koniecznie posłuchajcie "Charlie Brown" – jest to ich mniej znana piosenka, a jest genialna) i to one sprawiły, że postanowiłam lepiej poznać ludzi, którzy stworzyli je i sprawili, że od pierwszej chwili pokochałam te kilkanaście piosenek. 

Nie wiedziałam, jakiego stylu spodziewać się po tego typu biografii. Bałam się, że zostanę zanudzona na śmierć od pierwszych stron. Nic bardziej mylnego. Matt postarał się, żeby książka była ciekawa i lekka. Nie znajdziecie w niej wyłącznie istotnych faktów, które powinny wam ukazać życie gwiazd rockowych. Oczywiście one też często się pojawiały, ale były przeplatane pomiędzy nieistotnymi anegdotkami. A wiecie jak to jest... Najciekawsze są te nieistotne informacje i to właśnie je najczęściej się zapamiętuje. Te wszystkie "niepotrzebne" opowieści dodały barwy i przede wszystkim humoru książce. Biografia dzięki nim nie była nudną książeczką wyłącznie o ładnym wydaniu. Stała się historią ludzi, którzy coś osiągnęli i przy tym pozostali w miarę normalni (w niedosłownym znaczeniu). Żarty, kłótnie, czy nietypowe historyjki pozwoliły mi spojrzeć na nich, jak na ludzkie istoty. Wszyscy ci sławni ludzie są dla mnie mniej realnymi postaciami niż bohaterowie książkowi. Dzięki "Życiu w trasie" zrozumiałam, że oni też mają swoje własne życie, rodziny, przyjaciół, marzenia (marzeń nigdy za mało). 

Zyskałam też ogromną wiedzę na temat ludzi, którzy nie zyskali sławy, a mają też olbrzymi wkład w sukces Coldplay'a. Na scenie widzimy tylko piosenkarzy i gdzieniegdzie małych ludków, na których i tak nie zwracamy uwagi. A oni są i to dzięki nim możemy przeżywać te wspaniałe chwile pod sceną. Teraz będę zwracać większą uwagę na małych śmiertelników kręcących się koło zespoły, bo oni wcale nie są mali. Są naprawdę kimś wyjątkowym.

Jedyną wadą, która często mnie irytowała, było słownictwo specjalistyczne. W teorii były przypisy do nieznanych słów i słowniczek z tyłu, ale to niekoniecznie mi pomagało. Dla znawców podejrzewam, że większość słów to oczywistość, o której powinien wiedzieć każdy, jednak nie dla przeciętnego człowieka, który nie ma najmniejszego pojęcia o tych wszystkich nazwach. Ten słowniczek nie do końca pomagał, ale był genialnym dodatkiem. Tłumaczenia Matta były bardzo zabawne i często samokrytyczne, co z każdą chwilą sprawiało, że czułam jeszcze większą sympatię do niego.

Jeśli znacie i lubicie piosenki Coldplay'a , ta książka jest dla was. Nie musicie być jakimś superfanem, by ją przeczytać. Jak wcześniej pisałam, ja nim nie byłam (teraz chyba już jestem). Możecie nauczyć się z niej wiele przydatnych rzeczy i pogłębić swoją wiedzę na temat muzyki, a przy tym dobrze się bawić.

PS: Ciekawe co teraz robią członkowie zespoły? :)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 


niedziela, 15 marca 2015

Niespodziewany powrót


Tytuł: "Niespodziewany powrót"

Autor: Paulina Pietras

Seria: Szkoła Talentów

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Drukarnia Zapol

Ilość stron:  497

Ocena: 7.5/10









Holly jest wyjątkową osobą, która wprowadza do ludzkiego życie radość. Pewnego dnia dowiaduje się, że ma magiczne dary i musi udać się do specjalnej szkoły, gdzie nauczy się nad nimi panować. Holly trudno przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Z dnia na dzień musiała opuścić swój dom, przyjaciół, szkołę i przenieść się do nowej rzeczywistości, gdzie wszystko jest inne. Czy nastolatka zaakceptuje swoje nowe życie? Jakie są jej dary? I o co chodzi z tajemniczą przepowiednią?

Zanim przeczytałam "Szkołę talentów", słyszałam o niej wiele dobrego. Wtedy poczułam, że koniecznie muszę przeczytać tę książkę. Nie chodziło nawet o same pozytywne oceny. Ta powieść przyciągała mnie do siebie, wręcz hipnotyzowała. Czułam, że jest mi przeznaczone ją przeczytać. Czy się zawiodłam? Nie, na pewno się nie zawiodłam, ale było to też coś innego niż się spodziewałam.

Książka jest napisana lekkim i przyjemnym językiem, który nie wymaga nadmiernej koncentracji, ale pozwala się zrelaksować. Właśnie ten styl sprawił, że nie mogłam oderwać się od powieści. Nawet gdy nie działy się wyjątkowo ciekawe wydarzenia, chciałam czytać ją dalej. Duża ilość zwykłych, codziennych sytuacji sprawiła, że czułam się jak w domu. Mogłam obserwować rozmowy przyjaciół, kłótnie z chłopakiem, czy naukę w szkole, choć dość nietypową naukę... To było naturalne i rzeczywiste. Opowieść nie była dla mnie opowieścią z innego świata, tylko niesamowitą historią, która mimo magicznych nawiązań, mogłaby wydarzyć się w naszej rzeczywistości. Na początku zastanawiałam się, czy nie jest to wada, ponieważ książka powinna nam pokazywać coś, co jest rzadko spotykane lub niemożliwe. Jednak doszłam do wniosku, że to nie jest wada, lecz duża zaleta, która nadała powieści niepowtarzalną atmosferę. Ta historia nie ma prawa wydarzyć się w naszym świecie, ale możemy poczuć się tak, jakbyśmy brali w niej udział. 

Kolejną rzeczą, która bardzo mi się spodobała, był wątek romantyczny. Tak, dobrze przeczytaliście. Też jestem zdziwiona, bo jeśli już jakiś czas czytacie moje recenzje, to wiecie, że właśnie takie wątki najbardziej mnie irytują. Często są źle przeprowadzane i spłycają znaczenie miłości lub pojawiają się tam, gdzie nie powinno ich być. Tutaj nic takiego nie miało miejsca. Jak to w młodzieżówkach pojawił się i był bardzo przyjemny. Nie był przesadnie naiwny, ale nie był też wyidealizowany. Bohaterowie kłócili się, ale również wspierali i pomagali sobie nawzajem. Taki powinien być związek. Przypadł mi do gustu również dlatego, że w pewnym momencie postąpiłabym dokładnie tak samo jak Holly, co sprawiło, że zaczęłam się z nią utożsamiać, choć nie zawsze się z nią zgadzałam. Jednakże ta jedna decyzja spotkała się z moją aprobatą, dzięki której bohaterka zyskała moją sympatię.

Niestety wystąpiła też rzucająca się w oczy wada – przeskok czasowy. Czasami gubiłam się w czasie. Nie wiedziałam, czy jest to kontynuacja tej rozmowy, czy już nowy watek. Nie było wyraźnych podziałek, które informowałaby, że jest to nowy wątek, dzień, czy inna sytuacja. Dlatego bardzo trudno było mi dane wydarzenie umiejscowić w czasie, a to irytowało i nie pozwalało do końca cieszyć się opowieścią.

Książka ma wiele wątków, gdzie nie wszystkie zostały rozwiązane. Ja z niecierpliwością czekam na kolejny tom, by poznać wszystkie tajemnice. Polecam ją fanom fantastyki, choć ostrzegam, że nie jest to powieść, która każdemu się spodoba. Jest to obecnie popularne paranormal romance, lecz nie jest naiwną książeczką, która poza wątkiem romantycznym nie ma nic więcej w sobie. Dlatego zachęcam, żebyście się zapoznali ze "Szkołą talentów". Można z nią spędzić wiele miłych chwil.


Za możliwość poznania nowego świata, gdzie miłość i odwaga idą w parze, dziękuję bardzo Autorce książki – Paulinie Pietras

Zapraszam serdecznie na fanpage książki "Szkoła Talentów" [LINK]

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

piątek, 13 marca 2015

Krew elfów

Tytuł: "Krew elfów"

Autor: Andrzej Sapkowski

Seria: Saga o Wiedźminie

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: SuperNOWA

Ilość stron: 340

Film: Wiedźmin

Premiera: 9 listopada 2001 r. (Polska i świat)

Ocena: 9.5/10




Nadchodzi zima... Geralt wraz z Ciri udają się do kwatery wiedźminów – Kaer Morhen. Tam spotykają innych wiedźminów, na których widok dziewczynki w tych mrocznych murach robi wrażenie i niepokoi. W tym samym czasie Jaskier zostaje porwany i to nie z byle jakiego powodu. Porywacze chcą się dowiedzieć, gdzie białowłosy wiedźmin zabrał wnuczkę Calanthe. Jaskier próbuje uciec, jednakże nie udaje mu się. Gdy już ma zginąć od miecza, pojawia się pewna kobieta, a dokładniej czarownica – Yennefer. Po co Geralt zabrał Ciri do Kaer Morhen? Czego chce Yennefer od Jaskra? I kto posiada krew elfów?

"Saga o Wiedźminie" od razu zachwyciła mnie. Wszyscy mówili, że Sapkowski jest mistrzem polskiej fantastyki. Nie chciałam w to wierzyć. Bo co mógł takiego napisać, że został uznany za wybitnego pisarza? Wystarczyło przeczytać pierwszą część, by samemu się przekonać. Teraz, gdy po raz trzeci spotkałam się z dziełem Sapkowskiego, jestem oczarowana. "Krew elfów" zrobiła na mnie duże wrażenie i ostatecznie potwierdziła cały fenomen związany z "Sagą o Wiedźminie".

W poprzednich częściach narracja była głównie nastawiona na Geralta. Teraz to się zmienia. Możemy obserwować wydarzenia z różnych punktów widzenia, a w szczególności oczami Ciri, która stała się wierną towarzyszką białowłosego wiedźmina. Nie spodziewałam się, że Sapkowski na stałe wprowadzi do fabuły małą dziewczynkę, która zmieni całą książkę. Uważam, że to świetne posunięcie, ponieważ Ciri nadaje powieści żywiołowości i radości. Sprawia, że każdy z bohaterów zmienia się przy niej i ukazuje nowy wizerunek, który jest bardziej ludzki.

Już nieraz pisałam, że największym plusem serii jest główny bohater – Geralt z Rivii. I mam nadzieję, że w następnych częściach również tak będzie. Geratl jest specyficznym człowiekiem, choć niektórzy uważają, że nie powinno się nazywać go człowiekiem. Lecz jego zachowanie i podejście do życia jest naturalne i przede wszystkim realistyczne. Wiedźmin, jak każdy, ma swoje wady i zalety. Często się denerwuje i irytuje, ale również potrafi kochać, poświęcić się dla osoby bliskiej i być dziecinnie radosny. Zachwyca mnie to. Gdy czytałam, widziałam przed sobą osobę, która idealnie odnajduje się w świecie i zawsze jest sobą. Bez względu na to, czy wschodzi słońce, czy świat zostaje zrujnowany. Tak samo Ciri, Jaskier, czy Yennefer. Żadna z tych postaci nie jest papierowa, ale nie jest też wyidealizowana. Ma się wrażenie, że rozmawia się z prawdziwymi ludźmi, którzy są naszą częścią. Bardzo się do nich przywiązałam, co świadczy, że kreacja postaci jest mistrzowska.

Sam świat, który stworzył autor, jest niepowtarzalny. W wyjątkowy sposób połączył różne wierzenia, opowieści, tworząc coś nowego i oryginalnego. Jak w poprzednich częściach był nacisk na funkcjonowanie tego świata, tutaj widzimy, jaki on jest naprawdę. Wojny pomiędzy królestwami i śmierć niewinnych ludzi sprawia, że chciałabym mimo cierpienia i bólu, znaleźć się tam i walczyć o sprawiedliwość, o której już prawie nikt nie pamięta.

Jedyną wadą dla mnie jest zbyt obszerne opisywanie polityki. Nie znam się kompletnie na politycznych utarczkach, walkach i intrygach. W tej części pojawiło się tego naprawdę dużo. Musiałam bardzo się skupić, żeby zrozumieć, o czym rozmawiają bohaterowie. W dodatku autor nie dawał nam rozwiązania na tacy. Musieliśmy sami rozumieć, co się dzieje i kto jest uczciwy, a kto chce zdobyć władzę. Dla mnie to jest minus, ponieważ brak wiedzy na ten temat bardzo mnie ograniczał. Jednakże osoby, które znają się na takich sprawach, na pewno bardzo dobrze sobie poradzą z rozszyfrowaniem politycznych i wojennych utarczek. Ja wyznaję naiwną zasadę walki o sprawiedliwość i uczciwość, która niestety w żadnym świecie nie ma szans bycia.

"Krew elfów" okazała się tak samo dobra, jak wcześniejsze zbiory opowiadań. Jestem bardzo zadowolona, że nareszcie postanowiłam przeczytać "Sagę o Wiedźminie" i poznać świat wykreowany przez Sapkowskiego. Każdy fan fantastyki powinien go znać. Jest to naprawdę wybitne dzieło polskiego autora, które podbiło moje serce.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

środa, 4 marca 2015

Love, Rosie

Love, Rosie 
Cecelia Ahern 

Love, Rosie [Cecelia Ahern]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE ''Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex znajdą w sobie dość odwagi, żeby spróbować się o tym przekonać?

Czy warto czekać na prawdziwą miłość? Czy każdy z nas ma swoją "drugą połówkę"? Może dowiemy się tego po lekturze tej ciepłej i wzruszającej powieści.''


Rosie to inteligentna, zmobilizowana do pracy, staranna, wesoła, zabawna dziewczyna. Mimo zainteresowania wielu znajomych pozostaje niedostępna dla osób z zewnątrz. Do świata, który stworzyła w okół siebie ma dostęp wyłącznie śmieszny, beztroski, odpowiedzialny chłopiec - przyjaciel Alex. Razem stwarzają duet idealny będący na ustach całej szkoły. Rozśmieszają, wzruszają, zasmucają, mobilizują, aż nagle w pewnym okresie swego życia sprawiają, iż wszyscy w okół wraz z cudowną parą przeżywają załamanie. W jednej chwili cały zbudowany przez nierozłącznych przyjaciół świat, wali się na oczach najbliższych. Strach ich paraliżuje, smutek krąży niczym fatum. Nierozłączne staje się oddzielne, niewidome. Czy Rosie i Alex poradzą sobie z najtrudniejszymi chwilami w ich życiu? 


''Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki stają się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz. Tak łatwo jest się zgubić.''

''Love, Rosie'' to książka stworzona przez jedną z najlepszych autorek irlandzkich - Cecelię Ahern, autorkę wielu naprawdę wspaniałych powieści. Mogłoby się zdawać, iż słowa, które opuszczają jej pióro są przemyślane, wzruszające, poruszające, głębokie i trafne. Jednak czy jest tak w przypadku powyższej książki?

''Love, Rosie'' opowiada historię jakich wiele, ale w sposób niepowtarzalny. E-maile, smsy, listy i wszelkie wiadomości internetowe - to małe, niedoceniane dzieła, poprzez które możemy wyrażać swoje uczucia. Krótkie, zwięzłe, zabawne - mimo, że cechuje je właśnie takie zestawienie pozostają poruszające. A nawet doprowadzające do łez. Kto by się spodziewał takiego wielkiego pokładu emocji w minimalistycznym tekście? Większość z nas uznałaby wręcz to za niemożliwe. A jednak nawet emejle spełniają nasze najśmielsze oczekiwania. 


''Ludzie przychodzą, ludzie odchodzą. Wiemy o tym, ale za każdym razem, gdy się to zdarza, jesteśmy zaskoczeni. To jedyna rzecz w naszej egzystencji, której możemy być pewni, ale często łamie nam serce.''

Powieść przepełniają takowe, różnorodne wiadomości, na których opiera się fabuła. Zresztą to właśnie dzięki nim akcja wydaje się być wielce interesująca oraz zaskakująca. Listy szczycą się tym, iż posiadają elementy zaskoczenia, jak i wzruszenia, co jest niebywale najważniejszą częścią powieści. Natomiast postacie wykreowane przez panią Cecelię są przezabawne, przecudowne, fantastyczne i w ogóle sweetki, kisski, lovki. Zdecydowanie to jedni z najlepszych bohaterów z jakimi miałam okazję się spotkać. 

''Love, Rosie'' to książka wywołująca wiele przeciwnych sobie emocji. Pełna łez, śmiechu, dekoncentracji, szczęścia, irytacji, uśmiechu, złości. Wszystkie te uczucia kołują się w czytelniku nie chcąc go opuścić długo po zakończeniu czytania. Uwierzcie, losy naszych ukochanych przyjaciół nie pozostaną obojętne żadnemu książkocholikowi - mówię to z ręką na sercu, przyznając się do godzin marudzenia, płaczu, niecierpliwości.

Podsumowując - książkę polecam wszystkim czytelnikom. ''Love, Rosie'' to zdecydowanie jeden z fenomenów literatury młodzieżowej. Jeżeli w to nie wierzycie przekonajcie się sami rozpoczynając przygodę z tą jakże przepiękną powieścią.

Moja ocena:
8/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Akurat!

niedziela, 22 lutego 2015

Miecz przeznaczenia

Tytuł: "Miecz przeznaczenia"

Autor: Andrzej Sapkowski

Seria: Saga o Wiedźminie

Tom: 0.2

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: SuperNOWA

Ilość stron: 344

Film: Wiedźmin

Premiera: 9 listopada 2001 rok (Polska)

Ocena: 10/10






Wiedźmiński los jest ciężki. Należy walczyć z potworami, najlepiej je od razu pokonywać. Należy przestrzegać kodeksu, którego tak naprawdę nie ma. Należy zachować spokój i rozwagę. Należy być odważnym i niewrażliwym. Należy pamiętać, że jest się mutantem. Należy... Czy nie za dużo tego należy? Geraltowi to właśnie przeszkadza. Powinien być mutantem, który nie ma ludzkich uczuć, który nie potrafi kochać. A tymczasem coś poszło nie tak, bo miłość pojawiła się w jego życiu. Jednak przeplata się z przeznaczeniem. Miłość z przeznaczeniem jest prawdziwą miłością? Białowłosy wiedźmin tego właśnie nie wie. On w ogóle nie wierzy w przeznaczenie. Czy ono istnieje? A jeśli tak, to czy da o sobie znać? Czy Geralt może nareszcie znaleźć cel w swoim życiu?

Z "Sagą o Wiedźminie" spotkałam się niedawno. Było to spotkanie zaplanowane, więc byłam na nie przygotowana. Mam bardzo miłe wspomnienia po nim, dlatego postanowiłam spotkać się również z następną częścią. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać po niej. Choć wiedziałam, że będzie się trochę różnić od swojej poprzedniczki. Pełna entuzjazmu zaczęłam czytać "Miecz przeznaczenia". I wiecie co? Jestem szczęśliwa, że zrobiłam na przekór tym, co mi ją odradzali. Bez wątpienia seria o białowłosym wiedźminie zyskała u mnie bardzo wysokie miejsce wśród moich ulubionych cyklów.

Tak samo jak w "Ostatnim życzeniu" największą zaletą całej powieści jest główny bohater – Geralt. Podbił on moje serce. Cały czas ktoś podkreśla, że jest on mutantem pozbawionym uczuć. Ludzie, zresztą nie tylko ludzie, cały czas mu to powtarzają. Chcą sprawić, by on sam w to uwierzył. Jednak Geralt jest tak bardzo ludzki, że nie wiem, jak to możliwe, że jest wiedźminem. Jest wyjątkowy? Czy może plotki o wiedźminach nie  prawdziwe? Właśnie za tą ludzkość pokochałam go najbardziej. W żadnym stopniu nie jest wyidealizowany. Nie ma też tysiąca wad, które czyniłyby go potworem. Na swój niezwykły sposób jest człowiekiem, realnym człowiekiem. Jak każdy z nas denerwuje się, traci panowanie nad sobą, przywiązuje się do ludzi, ma dylematy, boi się, ale jest też odważny. Podziwiam Sapkowskiego, że stworzył takiego bohatera, który wchodząc w nasz prawdziwy świat nie wyróżniałby się niczym. Oczywiście, gdyby to odbywało się na realiach naszego i jego świata. W dodatku Sapkowski poświecił nie tylko czas białowłosemu wiedźminowi, ale również innym postaciom, nadając im niepowtarzalne charaktery. Yennefer, Jaskier, Ciri – cała gama najróżniejszych bohaterów, o których nie można zapomnieć. 

Kolejną rzeczą, którą autor w dalszym ciągu wykorzystywał, są legendy, bajki, czy wierzenia ludzi. Nie wymyślił on tego świata od podstaw. Wiele istot, czy opowieści wziął z różnego rodzaju wierzeń. Nie ściągnął on identycznie tych opowieści. To by była obraza. On wziął z nich inspirację, by później połączyć wiele takich inspiracji w jedną, niepowtarzalną opowieść. I wyszło mu to genialnie. Majstersztyk. 

Czytając pierwszą część, przewidziałam, że przywiążę się do bohaterów i powieści. Jednak nie byłam w stanie przewidzieć, że aż tak bardzo. Zwykle szybko przywiązuję się do książki, ale gdy ją już przeczytam, dzień i moje przywiązanie wyparowuje. Zostaje tylko dobre wspomnienie. Tutaj mija już kilka dni, odkąd ją przeczytałam, a ja nadal wyobrażam sobie wydarzenia, wymyślam własne wersje i przeżywam to wszystko, co się wydarzyło w "Mieczu przeznaczenia" od nowa. Ta książka bardzo wpłynęła na mnie emocjonalnie. Czasami musiałam ją odkładać, żeby ochłonąć, a gdy to robiłam, patrzyłam na nią i nie mogłam wytrzymać – rzucałam się na nią od nowa. Inaczej tego nie można nazwać. 

Moje recenzja w każdym aspekcie jest bardzo subiektywna. Nie znajduje się tu ani trochę obiektywizmu. Trudno jest mi ją polecić lub nie polecić. Moje serce zostało podbite i mam zamiar kontynuować serię. Tak naprawdę nie wyobrażam sobie, żebym mogła zrobić coś innego. To się rozumie samo przez siebie. Przywiązałam się emocjonalnie do tej książki i dlatego dałam jej najwyższą ocenę. Jednak zdaję sobie sprawę, że przygody wiedźmina nie każdemu muszą się spodobać. Po prostu powiem: spróbujcie, sami się przekonacie, czy to książka dla Was.  

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

piątek, 20 lutego 2015

Cztery

''Cztery.
Zanim Tobias Poznał Tris''
Veronica Roth 

Cztery [Veronica Roth]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
''Szesnastoletni Tobias, syn przywódcy Altruizmu, dokonał swojego wyboru. Stał się Nieustraszonym o imieniu Cztery, by zacząć wszystko od nowa. I nie pozwolić, by strach zmieniał go w tchórza.
Teraz musi dowieść, że zasłużył na swe miejsce wśród Nieustraszonych. Jego decyzje zaważą na losach innych nowicjuszy. A odsłonięte tajemnice zagrożą przyszłości – jego i całego społeczeństwa frakcyjnego.
Dwa lata później Cztery staje przed następnym trudnym wyborem. Wtedy spotyka Tris, która właśnie porzuciła Altruizm. Z nią droga do naprawienia ich świata może być łatwiejsza. Ale czy z nią Cztery może stać się znów Tobiasem?''

Tobias to tajemniczy, samotny osiemnastolatek posiadający wiele różnorodnego doświadczenia w życiu Altruistów, Nieustraszonych, czy ludzi Niezgodnych. Cichy, opanowany, chwilowo brutalny, choć spokojny brnie przez życie nie odwracając się za siebie. Gdy nagle nadchodzi Dzień Wyboru - dzień, w którym całe jego życie obróci się o 180 stopni. Z bezbronnego chłopca przemieni się w surowego mężczyznę wpierającego wszystkie zagubione dusze. Czy takowa zmiana prawidłowo wpłynie na psychikę Tobiasa ? Czy mężczyzna odnajdzie osobę, która zaakceptuje jego prawdziwe oblicze ? 
''Dobrze by było, gdyby poczucie winy przypominało nam, aby następnym razem bardziej się postarać.''
Cztery to początek popularnej serii Niezgodna, która podbiła serca milionów nastolatek. Niestety mojego uznania nie zdobyła. Całokształt wypadł dość słabo, dzięki niechlujności autorki, która totalnie zepsuła dwie ostatnie części. Mowa tu o Zbuntowanej oraz Wiernej, które pociągnęły serię niemal na samo dno. Gdyby jednak powieści utrzymałyby się na wysokim poziomie pierwszej części, jaką była Niezgodna zapewne cała trylogia zdobiłaby moją półeczkę w samym centrum. Niestety tak się nie stało, co jest wielkim marnotrawstwem. Gdyby autorka włożyłaby tu ciut więcej serca koniec stałby się wisienką na torcie. Całe szczęście, iż powstał Cztery - powieść ukazująca wydarzenia z punktu widzenia Tobiasa -, który rzuca nowe światło, spojrzenie z innej perspektywy na całokształt. 
''Myślałem, że jeśli wyjawię jedną tajemnicę, to z resztą pójdzie już bez problemu, ale okazuje się, że szczerość to nawyk, który wyrabia się z czasem a nie coś, co można uruchomić w dowolnej chwili.''
W książce odnajdziemy różnobarwne nowe, jak i znane już nam postacie z wcześniejszych tomów. Każda z nich będzie zarysowana wręcz doskonale niosąc z sobą kapkę tajemniczości i zarysowując fabułę na coraz to nowsze sposoby. Poznamy Amara - trenera Cztery, zagłębimy się w psychikę Zeekiego, Shauny, czy Erica. Każdego z nich ujrzymy w nowym świetle, z coraz to innej strony odkrywając ich ukryte wcielenia. Będziemy mięli szansę spojrzeć na wydarzenia przed i po pojawieniu się Tris, z perspektywy Tobiasa, którego odszyfrujemy choć w pewnym, lecz minimalnym stopniu. 
Cztery jest pozycją napisaną z sercem i rozumem, książką dorównującą poziomowi Niezgodnej, powieścią, która daje nadzieję takim czytelnikom jak ja, iż pani Veronica może nas pewnymi elementami jeszcze zaszokować. Nowelę polecam każdemu książkocholikowi, który miał szansę zapoznać się z serią, lub wręcz przeciwnie - dopiero zaczyna z nią swą wielką przygodę. :) 
Moja ocena:
6/10
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber. 

piątek, 23 stycznia 2015

Jego Wysokość Longin

''Jego Wysokość Longin'' 
Marcin Prokop 

''Longin mieszka w kuchni (bo jego pokój to właściwie kawałek kuchni, w której tata wydzielił dla niego miejsce), uwielbia bawić się resorakami (nawet nie mówcie, że nie wiecie, co to jest!), a jego marzeniem jest nowiutkie Atari (no dobra, tu podpowiedź: to ma joystick i można na tym grać w gry). Nie lubi zabawy w chowanego, bo zawsze jakoś wystaje – a to głowa, a to ręce, a to nogi. A poza tym zawsze wpakuje się w jakieś tarapaty (ale słowo, wcale nie specjalnie!). Na pewno byście się dogadali!''

Longin to nikt inny, niż Marcin Prokop. Współczesny dziennikarz, który rozśmiesza do łez, a swym wzrostem powoduje oczopląs u nie, aż tak niskich dam. Zawsze wystrojony, ale tak na luzie z tym swoim nienagannym zarostem. Prowokujący, atrakcyjny - jednym słowem wyśmienity! Jednak czy od dziecka posiadał ten swój oryginalny humor ? Czy potrafił przyprawiać ludzi o łzy, jednocześnie prosząc się o pomstę ? 


'' Nie, życie nie jest sprawiedliwe, ale trzeba sobie z nim jakoś radzić. Gruby radzi sobie świetnie, przynajmniej tata tak twierdzi. Mama zawsze wywraca wtedy oczami, jakby chciała przebić nimi sufit i dostać się na strych, a stamtąd prosto na dach, gdzie lepiej żeby nie wychodziła, bo ostatnim razem zostawiliśmy tam z chłopakami zgrillowanego gołębia. '' 

Marcin, którego ksywka brzmi: Longin chodzi do podstawówki, gdzie przydarza się mu wiele niesamowitych przygód. Zapytacie: Dlaczego Longin ? Nie ma nic prostszego od wyjaśnienia tego zagadnienia. To nic innego, niż symbol jego wzrostu - long oznacza długi, a jak widzimy nadzwyczaj chętnie przypominał innym jaki to z niego olbrzym. Jednak niestety, a może i stety, tym samym dawał do zrozumienia, jaki to z niego nie jest bohater, siłacz ostrzegając, by uciekali gdzie pieprz rośnie. Och Longinie - czy postąpiłeś słusznie ? Dzięki takowym wyznaniom otrzymał wiele przyjaciół, ale i wrogów, którzy czaili się na każdym jego kroku. Zazwyczaj był to Gruby - sąsiad o wadze ponad 100 kg - lub jego młodszy Brachol, który nieustannie wchodził w drogę Marcinowi. Oj biedaczek, co on nie przeżył. 
Longin, Longin co z Ciebie wyrośnie ? 
Już wiadomo - Marcin Prokop. 

Jego wysokość Longin to książka opowiadająca o tak wielu istotnych rzeczach, że gdyby je skumulować niejednemu zakręciło by się w głowie. Tekst można analizować na wiele sposobów, ale zapewne każdy czytelnik doszuka się choćby trzech takowych tematów przewodnich: 

1. Historia opowiadająca o życiu w czasach PRL-u.
Możemy naprawdę wiele dowiedzieć się o latach powojennych z zupełnie innej perspektywy. To nie suche fakty, które zazwyczaj przedstawiają nam nauczyciele, podręczniki i najróżniejsze encyklopedie. Tutaj odnajdziemy wspomnienia osoby, która na własnej skórze przekonała się wiele o takowym życiu. Osoby, która przedstawia świat z perspektywy wielu najzwyklejszych mieszkańców, starców, dzieci i dorosłych. Zapewne ta wiedza niezbyt przyda nam się w teraźniejszości, jednak zawsze może odmienić poglądy wielu ludzi, a osoby wywodzące się z takowych lat powspominają pozytywy oraz negatywy swego dzieciństwa. 

2. Powieść ukazująca w humorystyczny sposób ''biografię'' pana Marcina.
Wszelcy fani słynnego dziennikarza otrzymają kolejną jego namiastkę, dowiedzą się w jaki sposób postrzegał świat, a nawet tak po prostu poczytają o rodzinie, życiu, mieszkaniu, sąsiadach, przyjaciołach, dziewczynach, dziadkach Longina. Znajdą wiele szczegółów opisujących polską gwiazdę, których w żaden sposób nie można zliczyć. Przyrzekam Wam, iż Jego wysokość Longin jest gratką, najlepszą zdobyczą osób uwielbiających pana Marcina. 

3. Wesoła, śmieszna, a zarazem pouczająca historia dla dzieci, młodzieży oraz dorosłych.
Osoby, które powyższe punkty po prostu nie zainteresowały powinny sięgnąć po Longina z jakże prostej przyczyny - powieść ta gwarantuje kupę śmiechu oraz zabawy. Zabawne sytuacje oraz teksty opuszczające usta Longina i jego przyjaciół są jakże fantastyczne! Fantastycznie rozśmieszające! Nie raz, nie dwa o mal nie popłakałam się ze śmiechu poznając co nowsze przygody pana Marcina, a sposób w jaki zostałe one ukazane są wszakże ujmujące. 

Polecam fanom historii, popularnego dziennikarza, a także i zabawy, śmiechu. Polecam dzieciom w każdym wieku oraz ich rodzicom. Naprawdę warto zapoznać się z tą czarującą książką. :) 

Moja ocena:
8/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon :)