Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morderstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morderstwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 czerwca 2016

Zimowe Panny


Tytuł: "Zimowe Panny"

Autor: Cristina Sánchez-Andrade

Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Muza

Liczba stron: 320

Ocena: 5/10










Życie mieszkańców wioski od lat toczy się spokojnie i pracowicie. Nic się nie zmienia. Ludzie rodzą się i umierają. Są śluby i rozstania. Tak jak powinno być. Lecz wieś kryje swoją mroczną tajemnicę, która została pochowana wraz z uzdrowicielem. Wojna przyszła szybko i niespodziewanie. Niszczyła wszystko, co znalazło się na jej drodze. Nie miała żadnych ograniczeń. Wraz z nią przyszła śmierć i głód. Ludzie w takich przypadkach są gotowi na wszystko. Bez mrugnięcia oka zdradzą swoich przyjaciół, oddadzą najcenniejsze rzeczy. Byle tylko przeżyć. Później się o wszystkim zapomni. Nie będzie żadnych dowodów ani świadków. Ale czy na pewno? Przez wiejską drogę idą dwie kobiety. Są już dojrzałe, ale niestare. Minęło tyle czasu... Wszyscy już zapomnieli... Jednak teraz pora wrócić do wspomnień, bo idą Zimowe Panny.

Zanim przeczytałam "Zimowe Panny", dużo o nich słyszałam. Nie były to opinie ani jednoznacznie pozytywne, ani negatywne. Na początku nawet nie zwróciłam uwagi na tę książkę. Była jedną z wielu innych obyczajówek. Zwykle nie czytam tego gatunku i w swoim życiu trafiłam na naprawdę mało dobrych powieści tego typu. Dlatego z czasem się zniechęciłam i teraz raczej omijam je szerokim łukiem. Przyznaję też, że książki fantasy często poruszają podobne tematy, tylko forma oraz uniwersum zachwycają i zachęcają do czytania. Normalne życie mamy na co dzień... Lecz nie można udawać, że ono nie istnieje. Właśnie to sprawiło, że i ja postanowiłam zapoznać się z "Zimowymi Pannami". W jakiś sposób prześladowały mnie. Na każdej stronie poświęconej literaturze trafiałam na kolejne recenzje. Sama chciałam sprawdzić, co takiego jest w tej książce, że tyle czytelników zajrzało do niej.

Jak zabrać się za taką powieść? To było pierwsze pytanie, jakie sobie zadałam. Pewnie dla części z was wyda się śmieszne, ale ja naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Powinnam przeznaczyć kilka godzin na jej czytanie, a może robić sobie przerwy na refleksje? Tak banalna sprawa, a jednak zastanawiała mnie. Gdy już zaczęłam czytać, zdałam sobie sprawę, jak naturalna jest ta książka. Nie było żadnych niestworzonych rzeczy, nadnaturalnych istot... Tylko i wyłącznie zdarzenia z życia codziennego. Było w tym coś pięknego. Zaczęłam się dziwić, dlaczego mnie to nie nudzi. Nigdy nie lubiłam prostych zagadnień. Wolałam w czeluściach umysłu szukać rozwiązań skomplikowanych i pełnych emocji. W tej obyczajówce nie znalazłam tego. Rzadko kiedy zdarza się, że autor w taki sposób prowadzi książkę. Jest to duży plus, gdyż każdy niekonwencjonalny pomysł jest przeze mnie bardzo ceniony.

Styl autorki jest również nieszablonowy. Pisze ona bardzo oschle i oszczędnie. Opisy są mało rozbudowane. Mimo że powieść posiada nieznaczne ilości dialogów, to i tak nie znajdziemy tam wielu stron poświęconym na przedstawienie okolicy. Każdy opis ma jakieś znaczenie, które odpowiednio odniesione do  wydarzeń tworzy całość. Miałam wrażenie, że autorka specjalnie pisze bardzo chaotycznie. Częste retrospekcje bardzo zaburzały chronologię, co czasami skutkowało pogubieniem się czytelnika. 

Fabuła książki jest niepotrzebnie ciągnięta. Wiele wątków jest nielogicznych. Nie mają jakiegokolwiek połączenia z rzeczywistością, co bardzo psuło naturalność historii. Nic mnie nie zaskoczyło, a zakończenie przewidziałam bardzo wcześnie, co jest olbrzymim minusem. Krótka opowieść zajęła kilkaset stron, co było całkowicie niepotrzebne. Rozumiem, że autorka chciała ukazać psychologiczną część bardzo dokładnie, ale przy tak sztywnym stylu było to niemożliwe.

Zimowe Panny okazała się niesamowitymi postaciami... Gdy na początku je poznałam, wątpiłam, że będą godne uwagi. Tymczasem okazały się bohaterkami o bardzo rozbudowanych charakterach. Nie polubiłam je jako osoby, ale doceniłam jako postacie literackie. I myślę, że to najbardziej się liczy. Ich wizerunek jest karykaturalny. Uważam, że w prawdziwym życiu nie spotkamy tak skrajnych osób. Choć z drugiej strony ludzie zawsze mnie zaskakują i dlatego tak bardzo darzę ich sympatią. W powieści pojawiały się nietypowe cechy, które były przypisane wyłącznie konkretnym postaciom. Cenię takie zabiegi, lecz w tym przypadku ich osobowości zostały spłycone tylko do tych cech.

Trudno określić mi tematykę książki. Miała w sobie wiele cennych uwag, lecz nie skupiała się na czymś konkretnym. Ukazywała wstydliwe myśli, do których zazwyczaj się nie przyznajemy. One towarzyszą każdemu z nas, ale nie są dobrze postrzegane, dlatego zachowujemy je dla siebie. Można w nich dostrzec bolesną prawdę o ludziach i ich postępowaniu. Jedno traumatyczne wydarzenie nie musi nas złamać, ale kilka – i to niekoniecznie w tym samym czasie – może z nas stworzyć potwora lub pozbawić szczęścia w życiu.

Niestety powieść odebrałam negatywnie. Spodziewałam się czegoś innego i niestety ta realna forma zawiodła mnie. Jak na samym początku wspomniałam, nie jestem przyzwyczajona do obyczajówek i "Zimowe Panny" zniechęciły mnie do kontynuowania przygody z tym gatunkiem.

środa, 3 lutego 2016

Czarny kot


Tytuł: "Czarny kot"

Autor: Edgar Allan Poe

Kategoria: Opowiadanie

Wydawnictwo: Imprint

Liczba stron: 12

Ocena: 9/10












Zwierzęta – małe kotki i pieski o delikatnych futerkach i oczach, którym nie można się oprzeć. Kto ich nie kocha? Przyznajcie się, części z was właśnie tak kojarzy się słowo "zwierzątko". To naturalne. Duża ilość zwierząt w tych czasach jest udomowiona i jest maskotką domu. No właśnie maskotką... Czy można tak traktować istotę żywą? Jak maskotkę? Zwierzę powinno się szanować i kochać w odpowiedni sposób. Dać dom oraz poczucie bezpieczeństwa. Inaczej hodowla tych domowych ssaków nie miałaby sensu. Najlepszym przykładem takiej zwierzęcej miłości jest główny bohater. On widział w swoich pupilach coś więcej niż cztery łapy, ogon, czy ewentualnie skrzydła. To była część jego życia... Słowo klucz – była. Z czasem wszystko się zmieniło. Zwierzęta nadal otaczały go, a raczej prześladowały... Czy miłość do zwierzęcia może być prawdziwa? Czy człowiek może dokonać całkowitej autodestrukcji? 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o krótkich opowiadaniach Edgara Allan Poe. O samym autorze, owszem. Jednakże nie utożsamiałam go z żadnym gatunkiem, ani tym bardziej okresem czasowym. Ostatnimi czasami, gdy przypadkowo dostałam możliwość przeczytania jego krótkich opowiastek, zaczęłam zwracać uwagę na to nazwisko i okazało się, że nadzwyczaj często przewija się na stronach podręcznika od polskiego. Zafascynowało mnie to i postanowiłam zapoznać się z pierwszym z dostępnych mi opowiadań – "Czarnym kotem". Nie spodziewałam się niczego. Nie miałam wielkich wymagań, ale nie byłam też nastawiona negatywnie. Kierowała mną wyłącznie ciekawość... 

Przed chwilą wspomniałam, że nie posiadałam wiedzy na temat gatunku, jaki dominuje w powieściach Poe. Jednak cały czas myślałam o jego dziełach jako grubej książce, która posiada tysiące opisów i fascynujących motywów. Tymczasem okazało się, że najpopularniejsze jego dzieła, to opowiadania. Zaskoczyło mnie to. Spodziewałam się czegoś odmiennego. Kto w tych czasach czyta krótkie, zazwyczaj nic nieznaczące opowiastki? Lecz zdałam sobie szybko sprawę, że historia przedstawiona przez pisarza ma olbrzymie znaczenie, a długość nie oznacza, że nie warto poświęcić się lekturze. Byłam zaintrygowana, jak na dwunastu stronach można tak bardzo pobudzić ludzką wyobraźnią. Przeniosłam się od razu w świat traumatycznej baśni i stałam się jedną z bohaterek... 

Gdy otrzymałam do przeczytania "Czarnego kota", dostałam również wzmiankę o gotyckim klimacie. Przyznaję, że to do końca przekonało mnie, by poświęcić czas na tę krótką lekturę. Gotyk już dawno mnie oczarował i odnosi się to do każdej dziedziny sztuki. Muzyka, malarstwo, architektura, literatura... to miód na moją duszę. Dlaczego w tym przypadku miałoby być inaczej? Poza tym narrator zwracał się bezpośrednio do czytelnika, co jeszcze bardziej potęgowało magiczną atmosferę i sprawiło, że w pewnym momencie czytałam historię o samej sobie, mimo tego że posiadam inne problemy, nigdy nie znalazłam się w tego typu sytuacji. To nie miało znaczenia. Silna symbolika i wyjątkowo dokładny styl zniewoliły mnie. Edgar Poe osiągnął niesamowity efekt, który zapamiętam na wyjątkowo długi czas.

Zaskoczyła mnie tematyka. Nie chodzi o jej oryginalność, gdyż w obecnych czasach jest bardzo często poruszana w mediach, czy nawet prywatnych rozmowach. Na początku nie zrozumiałam przesłania tej opowieści. Jedno słowo, którego nie znałam i nawet nie zwróciłam na nie uwagi, zaważyło nad przesłaniem "Czarnego kota". Dopiero gdy jeszcze raz wszystko przemyślałam i w innych źródłach znalazłam opracowanie, zrozumiałam jaką naiwnością i niestety brakiem zrozumienia wykazałam się. Teza opowiadania jest ukryta i jestem zdania, że nie tylko ja miałam problem z odczytaniem jej. Ona przestrzega w wyjątkowo przerażający i wstrząsający sposób przed pewnymi zachowaniami. Jest uniwersalna, przez co myśl, że ona nas dotyczy, sprawia, że bez wątpienia każdy na długo zapamięta historię czarnego kota.

Jestem pozytywnie zaskoczona "Czarnym kotem" i twórczością Edgara Poe. Na pewno z olbrzymią chęcią poznam inne jego utwory. Tymczasem namawiam was, żebyście i wy spróbowali poznać tę historię. Niejednej osobie da dużo do myślenia...

Za możliwość przeczytania "Czarnego kota" dziękuję bardzo Wydawnictwu Wymowania. 

czwartek, 28 stycznia 2016

Księżniczka z lodu


Tytuł: "Księżniczka z lodu"

Autor: Camilla Läckberg

Tłumaczenie: Inga Sawicka

Cykl: Saga o Fjällbace

Tom: I

Seria: Czarna seria

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Czarna Owca

Liczba stron: 424

Film: Isprinsessan

Ocena: 7.5/10


Zizizimno... Czuć w powietrzu ten chłód, który przeszywa każdą najdrobniejszą część ciała. Ale co poradzić? Taki jest klimat w Skandynawii i trzeba dać sobie z nim radę. Dla większości mieszkańców to naturalne. To pewnego rodzaju przyzwyczajenie, od którego trudno się uwolnić. Zima potrafi być też piękna. Tworzy niezwykłe obrazy i daje wiele możliwości. Przynajmniej tak twierdzą mieszkańcy małej, nadmorskiej miejscowości. Jednak jeden z nich snuje inne marzenia, choć wie, że czeka go jeszcze długa droga do ich spełnienia. Z głową w chmurach wchodzi do domu sąsiadki, by rozpalić ogień w kominku. Coś jest nie tak i to poważnie coś jest nie tak. Starszy człowiek kieruje swoje kroki do łazienki. Ma przeczucie, że to właśnie tam zakończy się pewna historia. A może właśnie zacznie? Widzi przed sobą kobietę – księżniczkę z lodu. Jest piękna i przerażająca. Zamarznięta kontrastuje z krwią na posadzce. Co się naprawdę wydarzyło? Czy przeszłość i przyszłość mogą się wiązać po tylu latach?

O Camilli Lackberg słyszałam niesamowicie dużo pozytywnych opinii. Są kultowi pisarze kryminałów, których po prostu się zna. Nawet jak się nie czytało książki. Są również tacy, o których wszyscy mówią i naprawdę poza zwykłym rozgłosem czytelnicy wiedzą coś więcej. Właśnie takie wrażenie robi "Saga o Fjallbace". To połączenie czegoś starego i nowego. Starego, ponieważ biorąc powieść do ręki jesteś przekonany, że znajdziesz wszystkie typowe elementy, które zapewnią dobry warsztat literacki. Natomiast nowego, gdyż jesteś zaintrygowany i od razu wiesz, że to powiew świeżości. Właśnie z takimi uczuciami podchodziłam do "Księżniczki z lodu". Nie ukrywam, że miałam wyjątkowo duże oczekiwania i nadzieję, że zostaną one spełnione. Czy tak było?

Muszę przyznać, że rozpoczęcie powieści zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Było niepozorne. Gdyby nie małe przerywniki, powiedziałabym, że jest to zwykła obyczajówka. Jednak w mgnieniu oka wszystko się zmieniło i przede mną ukazał się obraz prawdziwego kryminału, które ma w zanadrzu wiele niespodzianek. Powiązania miedzy bohaterami były bardzo nietypowe. Na początku nie brałam w ogóle pod uwagę, że niektórzy ludzi i zdarzenia mogą mieć ze sobą coś wspólnego. Możecie mi zarzucić, że przecież nie mogły stać się przypadkiem. Wiem to – w kryminałach nie ma przypadkowych zdarzeń, jednakże miałam inną wizję zakończenia. W dodatku przed każdym rozdziałem pojawiały się przerywniki. To były myśli nieznanej nam osoby. Przerażały. Mam ochotę użyć tutaj słowa "chore". Nikt zdrowy psychicznie nie ma takich skojarzeń, pragnień i podejścia do rzeczywistości. Lecz ostatecznie zawiodłam się na fabule odnoszącej się do kryminału. Mimo że na starcie nie przewidziałam zakończenia, z czasem zmieniło się to. Nie mogę powiedzieć, że wszystko przeczułam i przed przeczytaniem kulminacyjnej części powieści wiedziałam o całym zakończeniu. Jednak domyśliłam się głównego wątku... Niestety to sprawiło, że moje pozytywne uczucia co do "Księżniczki z lodu" zelżały.

Gdy rozpoczynałam książkę, spodziewałam się ciężkiego, opisowego języka, który będzie wszystko utrudniał. Byłam niesamowicie zaskoczona, gdy okazało się, że Lackberg ma lekki i bardzo przyjemny styl. Od razu skojarzyłam go z młodzieżówką, co wywołało u mnie sprzeczne uczucia. Literatura młodzieżowa jest ostatnimi czasy znana z niedokładności i niskiej jakości językowej. Oczywiście bardzo tu uogólniam, ponieważ nie każda książka z tego gatunku jest źle napisana. Z drugiej strony o wiele lepiej i szybciej czyta się historię, która jest napisana w niewymagający sposób. A jednym z głównych celów kryminałów jest rozrywka. Odrzuciłam na bok swoje obawy i zaczęłam czytać. Okazało się, że jednak należę do osób, które uwielbiają się męczyć przy ciężkim języku autora. Brakowało mi szczegółów i barwnych opisów. Nie przeczytałam w swojej karierze czytelnika dużo tego typu powieści, jednakże jak na razie nie jestem w stanie zmienić swojego wizerunku książek sensacyjnych.

Bohaterowie wzbudzili we mnie sympatię. Pojawili się nagle w moim życiu i byłam ich bardzo ciekawa. Chciałam koniecznie uchwycić ich charaktery i przewidzieć zachowania. Nie umiałam. Mimo że poznałam całą tę opowieść, nadal nie znam postaci. Są przypadkowo spotkanymi ludźmi, z którymi zamieniłam kilka słów i poza ogólnym rysem ich życia nic więcej nie wiem. Jestem trochę zirytowana tym faktem, ale wiem też, że istnieją kolejne części i spodziewam się, że autorka powoli ukaże mi ich duszę. Będę miała okazję poznać ich powoli i zapewne dobrze, czyli tak jak w prawdziwym życiu.

Największym plusem "Księżniczki z lodu" jest tematyka, którą porusza pisarka. Nie jest ona spotykana na co dzień. Póki nie wydarzą się takie rzeczy, nikt o tym nie mówi, a nawet gdy dojdzie do tego typu zdarzeń, większość ludzi próbuje uniknąć tematu. Chcą, żeby przestał istnieć, ale tak nie będzie. Nasze pragnienia nie są w stanie, wymazać przeszłości. A przeszłość może zniszczyć przyszłość...

"Księżniczka z lodu" jest barwną powieścią i bez wątpienia przeczytam kolejne tomy serii. Myślę, że każdy fan kryminałów powinien zapoznać się z tą pozycją. Jak już wspominałam, mam inne wyobrażenia co do tego gatunku, jednakże nie czuję się zawiedziona. Jest wiele niedociągnięć, ale jestem pewna, że w kolejnych częściach zostały dopracowane.

sobota, 12 grudnia 2015

Deszczowa noc


Tytuł: "Deszczowa noc"

Autor: Jodi Picoult

Tłumaczenie: Katarzyna Kasterka

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 

Liczba stron: 536

Ocena: 6/10 










To zwykły nic nieznaczący dzień. Każdy wykonywał swoje obowiązki tak jak co dzień. Bo niby czym taki normalny dzień miałby się różnić od pozostałych? Zacznie padać deszcz? Komendant policji zrobi obchód inną trasą niż zwykle? A może miejscowa kwiaciarka nie zdąży zrobić wszystkich bukietów na czas? To byłoby coś innego, ale nie na tyle ważnego, by na dłużej skupić na tym swoją uwagę. Na pewno tego dnia nie wydarzy się nic nadzwyczajnego. Dlaczego niby tego dnia miałby do małej miejscowości przyjechać kuzyn komendanta policji, z którym sam policjant nie widział się od przeszło dwudziestu lat? A jeśli nawet – co miałby powiedzieć? Że jest z żoną, którą przed chwilą zabił? Nie, to przecież nieprawdopodobne. Na pewno?

" – Nazywam się James MacDonald – powiedział mężczyzna tak głośno, żeby wszyscy wokół dobrze go usłyszeli. – Jestem twoim kuzynem. – Cofnął się w stronę pikapa i wskazał na siedzenie pasażera, na którym półleżała śpiąca kobieta. – Moja żona, Maggie, nie żyje. – Spojrzał w oczy Cameronowi. – I to ja ją zabiłem."

O książkach Jodi Picoult słyszałam wiele pozytywnych opinii. Podobno ukazują ludzkie problemy i pozwalają inaczej spojrzeć na świat. Już raz się spotkałam z tą pisarką i niestety miałam całkiem inny pogląd na jej twórczość. Kilka lat temu przeczytałam "Z innej bajki". Powieść, która była mi polecana przez bibliotekarkę. Namawiała mnie, ponieważ wiele osób opowiadało jej, jak bardzo jest niesamowita ta powieść. Sama bibliotekarka jeszcze nie przeczytała jej i chciała poznać moje zdanie. Czułam się dumna. W końcu w pewien sposób zostałam wyróżniona. Byłam pewna, że za kilka dni przyjdę do biblioteki i opowiem o swoich wspaniałych przeżyciach i głębokich refleksjach wywołanych tą książką. Moja wizja nie spełniła się i zniechęciłam się do autorki. Po tak długim czasie postanowiłam dać jeszcze jedną szansę Jodi Picoult. "Z innej bajki" było młodzieżówką, więc miałam nadzieję, że jedna z jej najsławniejszych powieści obyczajowych okaże się warta uwagi. I przyznam, że miałam wyjątkowo duże wymagania. Niestety zawiodłam się.  

Książka rozpoczyna się dwoma oddzielnymi rozpoczęciami. Jedno z nich ukazuje odejście małżonki od swojego męża w bardzo spektakularny sposób. Urzekł mnie ten początek. Mam osiemnaście lat i żadnego doświadczenia w małżeństwie, jednakże, jak już pewnie dobrze wiecie, uwielbiam obserwować różnych ludzi. Nastawiłam się na wyjątkowo ciekawe oględziny życia dwojga ludzi, którzy po latach postanowili zmienić drogę, która ich łączyła. Gdy już byłam przekonana, że właśnie problemy małżeńskie będą głównym tematem, pojawił się kolejny początek. Tym razem byłam świadkiem specyficznego morderstwa, które wywarło na mnie duże wrażenie. Nie odbierajcie tego jako pozytywną ocenę. Po prostu to wyjątkowo niespotykany motyw w literaturze. Sama nie wiedziałam, co sądzić o takim rozpoczęciu. Bez wątpienia przykuło moją uwagę. Dwie różne historie, które splatają się i wzajemnie oddziałują na siebie. Idealne podłoże dla dobrej książki. Szkoda tylko, że autorka nie wykorzystała potencjału swojego pomysłu. "Deszczowa noc" ma kilkaset stron, a tak naprawdę to, co się zdarzyło, mogłabym bez większych problemów pomieścić na jednej kartce i nie pominęłabym żadnych wątków. 

Wracając do początku, był on również dobrze skonstruowany pod względem bohaterów. Picoult ukazała nam głębię ich charakterów i ich różnorodność. Byłam przekonana, że postaci w książce jest wyjątkowo dużo. Tymczasem okazało się, że to pozory. Nazwisk występuje wiele, owszem. Jednakże to tylko puste nazwiska, nawet nie przyporządkowane do osób. Byłam bardzo zawiedziona, że nie dostałam gamy bogatych osobowości. Spodziewałam się czegoś więcej. Główni bohaterowie – w tym przypadku Cam i Allie – byli papierowymi postaciami. Przyznaję, że czułam, że są kimś więcej niż tylko dwojgiem ludzi z pośród miliardów. Tak, co do tego nie miałam najmniejszych wątpliwości, lecz niestety w obyczajówce brakuje jakiegokolwiek potwierdzenia tej tezy. Pisarka nie uchwyciła tej subtelnej różnicy, Podejrzewam, że poświęciła swój czas dla Jamiego, który był wyśmienicie wykreowany. W pewnym sensie utożsamiałam się z nim. Pragnęłam zrozumieć jego postępowanie oraz dowiedzieć się, co czuje, by mu pomóc.  

"– Czyżby jeszcze nie dotarło do ciebie, że nie można pomóc człowiekowi, który nie chce pomocy?"

"Deszczowa noc" jest powieścią wyjątkowo refleksyjną. Zadaje pytania, na które na co dzień nie odpowiadamy, a może przyjść czas, gdy będziemy musieli – tak nagle, bez ociągania. Kiedy wszystko idzie po naszej myśli, zapominamy jak łatwo stracić wymarzone życie. Boimy się, że popełnimy błąd i robimy wszystko, żeby temu zapobiec. Czasami nie da się wszystkiego przewidzieć. Nie na wszystko mamy wpływ. Wtedy przychodzi czas podejmowania decyzji, a żadna nie będzie dobra. Czy jesteśmy gotowi na ten ból, na to niszczące nas uczucie? Podoba mi się, że Jodi Picoult podjęła w swojej powieści właśnie tę tematykę. Jednakże nie jestem usatysfakcjonowana jej przeprowadzeniem. Przez pięćset stron czytałam o tym samym i nie dostawałam nowych pomysłów, inspiracji...

Niestety nie mogę przekonać się do tej pisarki. Nie wynika to z tego, że nie jest mistrzynią pióra, a jej książki są potocznie zwanymi "gniotami". To nie tak. Picoult zwraca uwagę na wiele ważnych spraw i nie udaje, że nie ma problemu. Tylko ja i ona postrzegamy trochę inaczej świat, mamy inne wartości. Tak samo jest ze stylem autorki. Bez wątpienia jest on dobry, ale nie taki jaki cenię najbardziej. 

Pewnie większość z was jest teraz zniechęcona do tej powieści. Nie patrzcie na to z takiej perspektywy. To poprawnie napisana książka, która przekazuje wiele ważnych wartości. "Deszczowa noc" jest historią, która nie każdemu przypadnie do gustu. Miałam wielkie oczekiwania i nie zostały one spełnione, ale nie oznacza to, że nie dam Jodi Picoult jeszcze jednej szansy. Może na innym polu odnajdziemy się...

Za możliwość przeczytania powieści dziękuje bardzo portalowi Woblink.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

niedziela, 6 grudnia 2015

Assassin's Creed: Renesans


Tytuł: "Assassin's Creed: Renesans"

Autor: Oliwer Bowden

Tłumaczenie: Tomasz Brzozowski

Cykl: Assassin's Creed 

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 488

Film: Assassin's Creed

Ocena: 2/10




W Italii w średniowieczu powstają państwa-miasta. Każde z nich ma własnego władcę i własne zasady. Na pozór nic ich nie łączy poza sojuszami i walkami. Jednak czy na na pewno nie mają innych połączeń? We Florencji jednym z ważniejszych rodów jest Auditore. Giovanni – głowa rodu – odgrywa ważną rolę w polityce i bankowości. Tymczasem jego synowie bawią się, rozrabiają i żyją beztroskim życiem. Ezio uwielbia beztroskę, brak obowiązków i swoją młodość. Nie myśli o czasach, gdy będzie musiał przejąć powinność swojego ojca. A ten dzień przychodzi szybko i niespodziewanie. Ezio z niestatecznego młodzieńca będzie musiał zmienić się w morderczego asasyna. Czy poradzi sobie z zadaniem wyznaczonym mu jeszcze przed jego narodzinami? Kim naprawdę jest jego ojciec? Czy Ezio może ufać swoim przyjaciołom?

"Assassin's Creed" już od iluś lat jest bardzo popularną grą. W 2017 r. ma powstać film na jego podstawie. Niedawno wyszła kolejna część niesamowitych rozgrywek. Dlatego właśnie jest o nim tak głośno. Do tego stopnia, że nawet ja, jako osoba nie interesująca się tą tematyką, zwróciłam uwagę na ten cykl. Nie jestem graczem i nie chcę poświęcać swojego czasu na granie na komputerze lub konsoli, choć nie uważam, że to strata czasu, dlatego postanowiłam przeczytać pierwszy tom w wersji papierowej. Przyciągnął mnie rozgłos i niestety hipnotyzujące okładki. Zawsze mnie fascynowały te tajemnicze postacie na obwolutach. Zadawałam sobie pytanie: kim są? Aż wreszcie zadecydowałam, że poznam odpowiedź. Czy była warta mojego czasu? "Assassin's Creed: Renesans" jest książką, która wyjątkowo mnie zwiodła. Miałam duże wymagania, które w najmniejszym stopniu nie zostały spełnione. 

Odkąd tylko się dowiedziałam, że powieści zostały napisane na podstawie gry, byłam niesamowicie zdziwiona tą kolejnością. Naprawdę rzadko zdarza się, że inspiracją nie jest książka tylko rozgrywka komputerowa. Ludzie polubili do tego stopnia "Assassin's Creed", że powstał i cały literacki cykl, i film. Przed przeczytaniem tej historii obejrzałam najpierw zwiastuny gry. Mogę je określi dwoma słowami – robią wrażenie. Przeniosłam się do innego świata, który mnie zachwycał i dawał niesamowitą ilość adrenaliny. W ostatnim czasie tego potrzebowałam, więc miałam nadzieję, że znajdę to w opowieści o asasynach. W dodatku miałam skojarzenie z "Sagą o Wiedźminie". Nie mam tu na myśli podobnej fabuły czy nawet kreacji świata. Po prostu byłam przekonana, że znajdę kolejną książkę fantasy, która mną zawładnie tak jak "Saga o Wiedźminie". Wybaczcie mi fani Sapkowskiego, że popełniłam tak karygodną pomyłkę.

Fabuła "Renesansu" jest niemiłosiernie nudna. Pierwsze kilkadziesiąt stron zaciekawiło mnie. Jednakże czym dalej, tym pojawiało się więcej suchych faktów. Czasami miałam wrażenie, że czytam podręcznik od historii, zamiast pasjonującej powieści, na którą tak bardzo liczyłam. Bowden skupił się na ogólnym przekazie, a nie dopracował wykreowanego świata, przyczyn i skutków. Po prostu coś się zdarzyło i tak ma być. Brakowało scenek sytuacyjnych. W każdej rozbudowanej powieści występują, tworząc tło dla opowieści. To jest konieczne, bo dzięki temu wiemy, w jakiej rzeczywistości żyje bohater. A w takim przypadku widzimy główną postać na białej kartce. Nic się nie zmienia, nie pojawiają się nowe wątki, wszystko dąży to tego samego.

Jestem w stanie wybaczyć wszystkie te wady oprócz jednej. Czas, czas i jeszcze raz czas. Autor całkowicie nie umiał nim operować, a to jest podstawa. Gdy poznajemy Ezia, ma on siedemnaście lat. Natomiast gdy kończymy powieść, ma ponad czterdzieści. Nie twierdzę, że taka duża przestrzeń czasu jest błędem. Lecz nie czułam, jak upływa. Dostawałam zwykłe zdanie: minęło lat osiem. Co się działo przez te osiem lat? Jak zmienił się główny bohater? Ludzie się zmieniają a raczej ich mentalność. A Ezio? Cały czas był tą samą postacią, którą poznałam na początku. Dążył do celu, ale nigdy tak naprawdę nie został on jasno określony. Kończąc "Renesans" nadal nie wiem, czym on był.

Dla osób, które lubią akcję, jest to dobra książka, ponieważ opiera się tylko na szybkim tempie wydarzeń. Dla mnie nie jest to dobre rozwiązanie, ponieważ nie otrzymałam odpowiedzi, nie wiem, z czego wynika postępowanie asasyna i nie wiem, jak do tego doszło. Na początku myślałam, że to po prostu ja nie rozumiem wielu rzeczy, ale z czasem doszłam do wniosku, że ich nie ma. Miałam wrażenie, że Bowden miał genialny pomysł, który został dopracowany w jego głowie, lecz bardzo śpieszył się, żeby przelać go na kartkę, więc ominął istotne wyjaśnienia.    

"Assassin's Creed: Renesans" jest dla mnie największym zawodem tego roku. Przyznaję, że moje wymagania były wyjątkowo wysokie i to bardzo wpływa na ogólną ocenę, jednakże nie ukrywajmy, że jest to po prostu książka o dobrym pomyśle, ciekawiej fabule i przede wszystkim niewykorzystanym potencjale. Mimo tak złych wspomnień jestem pewna, że zaznajomię się z kolejnymi częściami, Kto wie, może będzie coraz lepiej... 

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

środa, 2 września 2015

Uczta dla wron: Cienie śmierci

Tytuł: "Uczta dla wron: Cienie śmierci"

Autor: George R.R. Martin

Tłumaczenie: Michał Jakuszewski

Cykl: Pieśń Lodu i Ognia

Tom: 4.1

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Liczba stron: 480

Serial: Gra o tron

Ocena: 7.5/10





To przerażające, jak wciągu dwóch lat wszystko może się zmienić. Zamki zostają zdobyte, ludzie giną i rodzą się, lordowie tracą ziemie, a z północy nadchodzi groza. Lysa Arryn nie żyje, związku z czym funkcję lorda protektora przejmuje Littlefinger. Sansa staje się jego córką Alayne, a Arya po śmierci matki i brata nie wiem, gdzie tym razem ma się udać. Wszystkie Siedem Królestw toczy ze sobą wojnę, która ich wyniszcza, ale jest niczym przy walkach domowych, które powodują, że lordowie upadają. Tymczasem na Żelaznym Tronie siedzi ośmioletni chłopiec, którym kieruje jego pani matka, złota bliźniaczka – Cersei. Królowa opętana rządzą władzy nie zdaje sobie sprawy ze swoich błędów, ignorując niebezpieczeństwo nadchodzące z południa – smoki. Jak długo Tommen pozostanie królem Westeros? Czy Mur jest w stanie ocalić Północ? Kto naprawdę jest winny śmierci Młodego Wilka?

"Pieśń Lodu i Ognia" już od dawna znajduje wysokie miejsce na mojej liście ulubionych serii. Pamiętam, jak zaczynałam czytać pierwszy tom cyklu – "Grę o tron". Byłam zafascynowana klimatem powieści i samym jej tematem. Uwielbiam zamki, królów, smoki i ogólnie średniowiecze. Odkąd pamiętam fascynowała mnie ta epoka. Nigdy nie chciałam być księżniczką, ale chciałam mieć swoje miejsce w zamku. Oczywiście nie jako służąca, ale może jakaś bliska krewna króla... Martin sprawił, że moje dwa ulubione światy – średniowiecze i świat fantastyki – połączyły się w jedno. Teraz jestem świeżo po przeczytaniu kolejnego tomu cyklu i nadal utrzymuję, że jest to świetnie skonstruowana historia, której zostało poświęcone wiele czasu.

Zawsze jestem zachwycona wielowątkowością opowieści. To niesamowite, jak Martin wymyśla tyle wątków i nie zapomina o nich. One mogą na chwilę wygasnąć, nawet na dłuższą chwilę, ale zawsze wracają i często ich skutki mają bardzo duży wpływ na fabułę. W dodatku gdy czytam o jednym wydarzeniu, w tym samym czasie odbywają się ważne dla historii zdarzenia, o których dowiadujemy się po fakcie. To jest jak w życiu. Nie możemy być naraz świadkami wszystkich wydarzeń. Jesteśmy w jednym miejscu, a w drugim dzieje się coś istotnego. O niektórych sprawach dowiadujemy się długo po fakcie.

Bohaterom sagi można by poświęcić wiele oddzielnych recenzji. Ich liczba jest niesamowita i muszę przyznać, że często gubię się, kto jest kim. Nie mam pamięci do imion, więc zdarza się, że o niektórych postaciach zapominam. Lubię sobie wyobrażać, że Martin najpierw zrobił listę bohaterów (na końcu każdego tomu jest lista postaci, które występują w powieściach), a dopiero później dobierał do nich charaktery/zdarzenia. Jednak żeby tego było mało, nie jestem w stanie przywołać, jakieś postaci, która była źle dopracowana. Każda ma swoją własną, odrębną historię, która ją kształtuje. Oczywiście są osoby, które poznajemy lepiej i takie, które gorzej. 

W "Uczcie dla wron" pojawią się rozdziały poświęcone Cersei. Nigdy nie przepadałam za tą bohaterką, więc na początku byłam źle nastawiona do czytania. Jednakże z czasem zrozumiałam, że jest fascynująca, a co najważniejsze zaczyna się zmienić lub ujawniać swój prawdziwy charakter. Wiele ludzi zostało przez nią oszukanych albo oczarowanych jej urodą. Tak naprawdę jest okrutna i żadna władzy, ale również ma swoje powody co do tego. W ogóle muszę przyznać, że bardzo intrygują mnie złote bliźniaki. Cersei, jak wspomniałam, nie lubię. Za to Jaime z każdą chwilą zyskuje moją sympatię. Nie mogę powiedzieć, że jest aniołkiem, bo to by było jedno wielkie kłamstwo, ale jest pozytywnym bohaterem. Czytając rozdziały poświęcone mu, zauważyłam, że nie jest tak próżny i głupi, jak się wydawał. Ma wiele głębokich refleksji i sumienie, które często nie pozwala mu na czynienie zła. Nie usprawiedliwia to jego niecnych czynów, ale pozwala zobaczyć, co nim kierowało.

W "Pieśni Lodu i Ognia" jest bardzo rozbudowany mechanizm polityczny. Prawie w każdej swojej recenzji piszę, że polityka jest dla mnie magią i to czarną. Lecz dzięki takim powieściom staram się logicznie myśleć i powoli zaczynam rozumieć politykę w książkach (tylko książkach). Nie nadawałabym się na lorda, ani tym bardziej króla, ale jestem już w stanie przewidzieć niektóre wydarzenia na podstawie wypowiedzi i postępowań bohaterów, które często są logiczne, jeśli tylko zna się charakter danego człowieka.  

Powieść jest bardzo wciągająca, jednakże pojawiają się momenty wyjątkowo nudne, które psują ogólny wizerunek książki. W "Uczcie dla wron" nie mogę narzekać na częste urywanie scen, co w poprzednich tomach tak bardzo mnie irytowało. Jednak brakuje jakiegoś momentu zahaczenia, który sprawiłby, że nie byłabym w stanie odłożyć książkę na półkę. 

Jestem bardzo zadowolona, że zapoznałam się z kolejną częścią "Pieśni Ognia i Lodu". Spędziłam z nią wiele przyjemnych chwil, które na długo zapodaną mi w pamięci. Jestem też pewna, że w najbliższym czasie sięgnę po kontynuację historii.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

czwartek, 9 lipca 2015

Znalezione nie kradzione


Tytuł: "Znalezione nie kradzione" 

Autor: Stephen King

Tłumaczenie: Rafał Lisowski

Cykl: Bill Hodges

Tom: II

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 480

Ocena: 7/10






Świat jest okrutny – powie wam to wiele ludzi. Nie zastanowią się nad odpowiedzią, nie zawahają się ani przez chwilę. Po prostu stwierdzą fakt, który według nich jest niepodważalny. Ale czy nie można tego zmienić? Peter urodził się w szczęśliwej rodzinie. Jego rodzice kochali się, mieli dobrą pracę, piękną przyszłość przed sobą, tylko... Te tylko zmienia wszystko w ciągu jednej chwili. Ojciec Pete'a traci pracę. Jest jednym z wielu osób, które straciły wszystkie dochody przez kryzys. Jednak człowiek nie traci tak łatwo nadziei. Po prawie roku bezowocnego poszukiwania pracy wybiera się na targi pracy. Pamiętacie je? Tysiące ludzi pełnych nadziei na zmianę swojego losu, matki z dziećmi, trzymające się niezachwianie ostatniej deski ratunku i szaleniec za kierownicą mercedesa... 

I tak oto po raz pierwszy w swoim życiu przeczytałam powieść sławnego Stephena Kinga. Czekałam na tę chwilę wiele lat, a teraz rozkoszuję się pisaniem tej recenzji. Mam multum słów, którymi chcę się z wami podzielić. Tyle spostrzeżeń, tyle uwag... Dlaczego zaczynam od najnowszej powieść Kinga, jego drugiego kryminału i zarazem kolejnej części przygód Billa Hodgesa? To jest bardzo dobre pytanie, na które nie umiem odpowiedzieć. Większość z was stwierdzi, że to największa zbrodnia jaką mogłam popełnić. Zgadzam się, ale czy nadal pozostaje zbrodnią, jeśli dzięki niej na pewno zapoznam się z innymi dziełami tego wybitnego pisarza?

To nie jest tak, że nigdy wcześniej nie miałam żadnej książki Kinga w ręku. Kiedyś, jeszcze jako dziecko, zaczęłam czytać "Cujo", które poleciła mi bibliotekarka. Jest to jeden z najsławniejszych horrorów pisarza, ale niestety ciężki styl autora okazał się dla mnie (w wersji kilka lat młodszej) o wiele za ciężki. Biorąc "Znalezione nie kradzione" do ręki, miałam wiele obaw. Bałam się, że styl nadal okaże się dla mnie za ciężki i nie pozwoli na zapoznanie się z tą lekturą. W końcu nie każdy musi lubić Kinga. Na szczęście moje obawy okazały złudne. Przyznaję, że według mnie język autora nie jest językiem łatwym i na początku miałam duże trudności ze skupieniem się. Musiałam przebrnąć przez te pierwsze kilkadziesiąt stron i przyzwyczaić się do wcześniej mi nieznanego pióra. Dopiero wtedy zaczęłam doceniać kunszt twórcy. Choć nie zmienia to faktu, że nadal uważam, że potrzebuję odpowiedniego miejsca, by zrozumieć tekst. Nie może być to zatłoczony autobus, czy spotkanie rodzinne.

"Znalezione nie kradzione" zyskało moją sympatię do tego stopnia, że stało się częścią mojego życia. Nie odczuwałam gwałtownego pragnienia czytania dalej powieści, jednakże przyzwyczaiłam się do niej i przez kilka dni zapoznawanie się z jej treścią okazało się moim zwyczajem. Na pewno gdy wracacie z pracy, szkoły macie jakiś zwyczaj, czynność, która pozwala wam odpocząć,  a przy tym nie nudzi się mimo codziennego powtarzania jej. Dla mnie taką czynnością jest słuchanie muzyki, ale przez te kilka dni właśnie ten kryminał stał się częścią mojego życia. 

Zawsze zakładałam, że w książkach Kinga najpierw jest wprowadzenie, które pozwala nam poznać bohaterów, przywiązać się do danego miejsca, a dopiero później pojawia się ten moment zaskoczenie, który jest jeszcze straszniejszy, gdyż wiemy, kogo dotknął, a jest to najczęściej postać nam bliska. Ta książka potwierdza moją małą teorię (nie wiem, jak inne). Nie powiem, że na początku nic się nie działo, bo to byłoby kłamstwo, ale akcja była powolna i mozolnie nabierała tempa. Dla mnie jest to bardzo duża zaleta. Gdy wszystko dzieje się za szybko, nie mam czasu, by przejąć się czymkolwiek, a dzięki temu mogłam poświęcić odpowiednią ilość czasu na przeżywanie tych wszystkich zdarzeń. 

Również przypadła mi do gustu fabuła, a w szczególności wątek mordercy, który stał się nim wyłącznie przez fanatyczną miłość do książki. Widziałam w nim siebie. To wszystko zaczęło się tylko od pytań, pragnienia poznania większej liczby informacji, a zakończyło desperacją, która prowadziła do zniszczenia życia wielu ludzi. Natomiast wielopoziomowość powieści dodała realności tym wydarzeniom. Nie pojawili się tylko bohaterowie, którzy mieli coś wspólnego z całą opowieścią. Byli również ci epizodyczni, którzy mają własną historię do opowiedzenia.

Jak przeczytaliście, jestem bardzo szczęśliwa, że nareszcie zapoznałam się z twórczością Stephena Kinga. Przede mną wiele jego książek. Mam nadzieję, że nie zawiodę się. "Znalezione nie kradzione" polecam fanom kryminału, choć radziłabym zacząć od "Pana Mercedesa". Druga część nie nawiązuje do niego prawie wcale, ale nie ukrywa zakończenia pierwszego tomu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

wtorek, 7 lipca 2015

Odnaleziony


Tytuł: "Odnaleziony"

Autor: Harlan Coben

Tłumaczenie: Robert Waliś 

Cykl: Mickey Bolitar

Tom: III 

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 336

Ocena: 7.5/10






To już osiem miesięcy... Wiele osób powiedziałoby, że to rok. Osiem miesięcy... A ojciec Mickey'a nadal nie żyje. W końcu umiera się tylko raz. Tylko w książkach fantasy martwi zmartwychwstają. Ale czy na pewno? Mickey po dziwnej wypowiedzi Nietoperzycy nie jest już tego taki pewien. Nie wierzy w magiczne zmartwychwstanie, ale nasuwa się pytanie, czy Brad Bolitar na pewno umarł... W tym samym czasie Łyżka leży w szpitalu, mając nadzieję, że częściowy paraliż minie, a on będzie mógł chodzić. No i jeszcze Ema – gotka, będąca córką słynnej gwiazdy. Ona też ma problem, który niezwłocznie należy rozwiązać. I tak oto Mickey ma pełne ręce roboty. Czy uda mu się rozwikłać wszystkie zagadki? Kim jest tajemniczy Luther, który ostatnio chciał go zabić? Czy koszykówka okaże się ważniejsza od przyjaciół?

O Cobenie słyszałam same pozytywne opinie. Gdy tylko miałam możliwość przeczytania tej książki, jak widzicie, zrobiłam to niezwłocznie. Tak naprawdę nie wiedziałam, w jakim gatunku specjalizuje się Harlan Coben. Łatwiej byłoby mi wskazać, w czym się nie specjalizuje. Pozostaje też kwestia trzeciego tomu. To trzecia część, a ja nie czytałam ani pierwszej, ani drugiej. Jednak mimo to postanowiłam zaryzykować. Zawsze jest ta nadzieja, że sama dam radę domyślić się, o co chodzi bohaterom. Czy słusznie postąpiłam? Jakby inaczej. 

Pierwsze, co od razu rzuciło mi się w oczy, to styl autora. Macie takie coś, że gdy zaczynacie czytać powieść i właśnie zapoznaliście się z pierwszym jej zdaniem, jesteście już całkowicie przekonani, że to jest książka idealna dla was? Ja właśnie tak miałam. Już w pierwszym zdaniu zauważyłam, że styl, jakim posługuje się autor, jest moim ulubionym (no dobra... jednym z ulubionych). Ma w sobie coś świeżego. Nie można w nim znaleźć jakiś naleciałości z przeszłości, które obecnie bardzo dobrze się sprawdzają, ale tylko przy odpowiednim pisarzu. Nie poczułam również zniechęcenia  z powodu zbyt dużej ilości neologizmów. Dla mnie styl Cobena był idealny. Sprawił, że nie chciałam przestawać czytać. Choć powieść nie wiem, jak bardzo byłaby nudna, ja nadal czytałabym ją tylko dla tych odpowiednio dobranych słów na kartce.

Również bardzo spodobali mi się bohaterowie, a raczej zafascynowali. Każdy z nich jest inny i ma całkowicie odmienną historię, a mimo to tworzą doskonałą drużynę. Nieporozumienia nieraz pojawiały się, ale to właśnie one nadawały realności relacjom międzyludzkim. Miałam wrażenie, że każda postać kryje niesamowitą opowieść, której spokojnie można by poświecić kilka książek. Nikt nie brał się tak po prostu znikąd. Inni mogli tak myśleć, ale to było widać i przede wszystkim instynktownie czuć. 

To jeszcze nie koniec zalet... Sama fabuła jest bardzo oryginalna i inspirująca. Schronisko Abeony to bardzo ciekawy pomysł i dający do myślenia. Czytałam wiele powieści, w których ratowano dzieci, ale tutaj było coś innego. Jak już pewnie sami zauważyliście, nie mogę tego nazwać. Jest to uczucie, krążące po mojej głowie, ale nie jest bliżej sprecyzowane. Po prostu musicie mi zaufać.

Jednak, żeby nie było, że wychwalam zbyt powieść, napiszę o pewnej wadzie, która niestety bardzo przeszkodziła mi w ostatecznym odbiorze książki. Niedosyt. Wszystko zostało wyjaśnione, ale zbyt szybko, zbyt łatwo. Nie wpadłam na rozwiązanie tych wszystkich tajemnic, ale dążenie do niego wydaje mi się zbyt banalne. Mickey postanowił rozstrzygnąć zagadkę i nagle tak po prostu wszystko się wyjaśniło. W końcu ma to we krwi. Nie chcę też zbyt pochopnie oceniać, ponieważ jestem pewna, że gdybym przeczytała poprzednie tomy, na pewno odebrałabym to inaczej.

Jestem bardzo zadowolona, że rozpoczęłam swoją przygodę z Harlanem Cobenem. Może powinnam zacząć od pierwszej części, ale nie żałuję, że już przeczytałam "Odnalezionego". Na pewno zapoznam się ze "Schronieniem" i " Kilka sekund do śmierci". Prawdopodobnie będę znała większość odpowiedzi, jednak zwykle czerpię dziką satysfakcję z faktu, że wiem coś, czego nie wiedzą bohaterowie. Tymczasem polecam wszystkim fanom lekkich kryminałów. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu Albatros


Książka przeczytana w ramach wyzwania:

wtorek, 30 czerwca 2015

Miasto cieni


Tytuł: "Miasto cieni"

Autor: Michael Russel

Tłumaczenie: Marcin Kiszela

Seria: Stefan Gillespie 

Tom: I

Kategoria: Thriller

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Liczba stron: 384

Ocena: 7/10






Stefan Gillespie jest sierżantem w Dublinie. Mamy lata 30. XX wieku. Europa zbliża się do wojny, która z czasem wprowadzi chaos na całym świecie. Na razie jeszcze mało kto wierzy, że może wybuchnąć. Jednak swastyki na sklepach i partie nazistowskie dotarły już nawet do Irlandii. W takim otoczeniu Stefan musi pracować. Lubi swój zawód, ale to on oddala go od czteroletniego syna. Jego życie cały czas wygląda tak samo – pięć dni pracy i weekend u rodziców, by móc się spotkać z synem. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia... Sierżant w czasie akcji poznaje piękną Żydówkę, która wyraźnie coś ukrywa. Kim jest Hannah? Co wspólnego ma aborcjonista z księdzem? Co łączy dwa morderstwa oddalone od siebie o dwa lata?

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam "Miasto cieni", wszystko mówiło mi, że muszę ją przeczytać. Piękna okładka, fascynujący tytuł oraz opis, który intryguje. Dokładnie takich thrillerów poszukuję. Jednak te kilka cech to tylko pozory. Czy zewnętrzna powłoka była zapowiedzią dobrego thrilleru historycznego? Nie do końca, lecz bez wątpienia czytało się ją bardzo przyjemnie.

Bardzo spodobało mi się, że książka nawiązuje do wydarzeń historycznych krótko przed wojną. Wszyscy zawsze skupiają się na samej wojnie i poza jej przyczynami nigdy nie analizują tych kilku lat przed konfliktem międzynarodowym. Nie mogę powiedzieć, że pojawiło się tu wiele faktów. Najważniejsze wydarzenia znajdziemy w każdym podręczniku od historii. W tej powieści można było poczuć atmosferę tego okresu oraz poznać różne poglądy ludzi. Nigdy nie czytałam tego typu książki, dlatego czułam się zafascynowana tym klimatem, gdy jeszcze nikt nie wierzy w prawdziwą wojnę, ale czuje niepokój przed tym, co niedługo ma nastać.

Muszę również zwrócić uwagę na częste nawiązania do Polski. Część akcji odbywa się w Gdańsku, a dokładnie ówczesnym Wolnym Mieście Gdańsk. Nie uważam się za patriotkę, jednakże jestem przywiązana do Polski i sprawiają mi wielką przyjemność nawiązania do mojej Ojczyzny w obcojęzycznej książce. Nigdy nie byłam w Gdańsku, ale bez najmniejszego trudu wyobraziłam sobie wszystkie wydarzenia opisane w tym mieście. 

Wątek kryminalny był naprawdę ciekawy i wielokrotnie zaskakiwał swoją oryginalnością. Nie spodziewałam się takiego tematu w thrillerze, dlatego z wielką ciekawością czytałam. Niestety jednak powieść okazała się różnorodna. Były momenty, gdy nie mogłam oderwać się od czytania i z największą chęcią przeczytałabym całą naraz. Niestety były również momenty, gdy wiało nudną, której nie dało się pokonać. Żałuję, że książka była tak bardzo nierównomierna.

Ponadto zakończenie zawiodło mnie. Nie myślcie, że rozwiązałam zagadkę przed Stefan, bo tak nie było. Choć... w pewnym momencie przyszło mi do głowy poprawne rozwiązanie, ale szybko odrzuciłam je. Nie byłam zaskoczona. Miałam nadzieję, że koniec sprawi, że wszystko nabierze sensu, ale będzie też szokujący i pełen negatywnych emocji. Tymczasem każdy nowy krok do rozwiązania był dla mnie spodziewany albo nie robiący wrażenie.

W "Mieście Cieni" pojawił się też wątek obyczajowy, który najbardziej przypadł mi do gustu. Mogłam obserwować Stefana jako ojca, które wychowuje dziecko w innej wierze niż swoja własna. To dość ciekawy motyw, który od razu przykuł moją uwagę. Pojawiły się pytania: dlaczego? po co? Dopiero z czasem zrozumiałam wszystko. Stefan powoli odkrywał swoją duszę, dzięki czemu poznałam go jako dobrego przyjaciela.

Mimo że powieść ma wiele wad, bardzo przyjemnie spędziłam czas, czytając ją. Na pewno sięgnę po kolejną część przygód Stefana. Natomiast polecam ją osobom, które chcą się przenieść w czasie i zasmakować mrocznej historii.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu Sine Qua Non


Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

niedziela, 29 marca 2015

Mroczne przypływy Tamizy


Tytuł: "Mroczne przypływy Tamizy"

Autor: Sharon Bolton

Seria: Lacey Flint

Tom: IV

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 416

Ocena: 7/10









Lacey zrezygnowała ze stanowiska detektywa. Wróciła do munduru i teraz zapewnia bezpieczeństwo ludziom, którzy pływają Tamizą. Uwielbia swoją nową pracę i wreszcie może odpocząć od przeszłości, która wykańczała ją psychicznie. Teraz może zapomnieć kim jest i zacząć wszystko do nowa. Przynajmniej do czas, gdy znajduje w Tamizie zwłoki owinięte w całun. W tej rzecze wciągu roku znajduje się wiele utopionych ludzi, którzy przekonani o swojej sile, chcieli pokonać żywioł. W tym przypadku jest inaczej. Nikt nie ma wątpliwości, że to morderstwo... Czy Lacey będzie umiała pokonać demony przeszłości? Kto jest okrutnym mordercą? I co z tym wszystkim mają wspólnego nielegalni imigranci?

Rzadko czytam kryminały, ale nie oznacza to, że ich nie lubię. Jest to gatunek, który był dla mnie zawsze tajemnicą. Niedawno postanowiłam to zmienić. Jaki sens jest czytać wyłącznie jeden gatunek (w moim przypadku fantastykę)? Przez lata byłam zamknięta w magicznych opowiadaniach, nie znając innych, które niejednokrotnie przewyższają je. "Mroczne przypływy Tamizy" od razu mnie zafascynowały. Sam tytuł mnie przyciągnął. Choć fakt, że widziałam również na żywo Tamizę, też pomógł. Czy żałuję, że dałam się oczarować zanim wzięłam do ręki książkę? Nie, jestem zadowolona, że mogłam zapoznać się z tą powieścią i otworzyć na nowy gatunek.

Od razu rzucił mi się w oczy styl autorki. Jest on idealnie dopracowany. Jakby każde słowo było na swoim miejscu i miało określony cel. Bardzo mi się to podobało, ponieważ dzięki temu akcja biegła dalej. Kiedy działo się coś tajemniczego, pojawiały się krótkie, ucięta zdania, które wprowadzały nastrój grozy i tajemniczości. Liczne opisy sprawiły, że wyobraziłam sobie Tamizę w tamtym momencie. Czułam jej zapach, wiatr. Innym razem mogłam przysłuchiwać się żartom przyjaciół Lacey. Książka była utrzymana w wielu stylach, które razem tworzyły doskonałą całość. Tak jak w życiu – w każdym momencie jest inne.

Również zrobiło na mnie wrażenie, że Bolton poruszyła ważne i często unikane tematy w literaturze – homoseksualizm, banki spermy, trudna sytuacja imigrantów, brak domu. Można by wymienić takich tematów o wiele więcej. Autorka nie bała się ich poruszyć i w dodatku zrobiła to w przyjemny i przede wszystkim naturalny sposób. Są to sprawy, sytuacje, które zdarzają się na co dzień w naszym życiu, ale wolimy ich unikać, bo często są krępujące lub nieakceptowane przez społeczeństwo. Ta książka pozwoliła mi w jakieś części oswoić się z nimi i spojrzeć z innej perspektywy na nie. Według mnie lepszej. 

Sama sprawa kryminalna też była bardzo dobrze przeprowadzona. Nie spodziewałam się takiego przebiegu zdarzeń i ostateczne zakończenie zaskoczyło mnie. Tym bardziej że zostałam kilka razy zmylona, co jeszcze bardziej pogłębiło moje zaskoczenie i sprawiło, że długo będę pamiętać o tej historii. Bardzo ważną rolę odegrała główna bohaterka – Lacey. Nie tylko jako policjantka, ale osoba o trudnej przeszłości, która wiele w życiu przeżyła. Posiada ona wiele tajemnic, które niestety nie zostały ujawnione. Mogę tylko się domyślać, co naprawdę wydarzyło się w jej życiu. Nie czytałam poprzednich części i nie wiem, jak bardzo są ze sobą powiązane, więc Lecay jest dla mnie tajemnicą numer jeden.

Niestety czasami zdarzało się, że książka nie interesowała mnie. Najczęściej były to jakieś normalne zdarzenia z życia człowieka, ale jednak sprawiały, że traciłam chęć na czytanie jej. Gdyby nie pragnienie poznania prawdy o mordercy, nie wiem, czy skończyłabym tę powieść. Jednak dla zakończenia warto było przetrwać takie momenty.

Nie jest to idealny kryminał, ale mimo to warto go przeczytać. Można z nim spędzić wiele przyjemnych chwil na główkowaniu i rozwiązywaniu tajemnic. Mnie przypadł do gustu i gdy będę tylko miała okazję, z chęcią przeczytam poprzednie części.   

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber 

Mroczne przypływy Tamizy [Sharon Bolton]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Książka przeczytana w ramach wzywania: