Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/10. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 sierpnia 2023

Opowieść fal – Kalina Beluch

 

Tytuł: Opowieść fal

Autor: Kalina Bieluch

Kategoria: Poezja, aforyzmy

Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza Gajus

Liczba stron: 40

Ocena: 2/10








Na dobry początek standardowe pytanie – wolicie góry czy morze? Ja stanowczo wolę góry, co w żaden sposób nie oznacza, że nie doceniam morza. Po prostu wolę chodzić i podziwiać niż leżeć na plaży, a jednak takie wypady nad morze dość często to wymuszają. Niemniej teraz oddaję się sentymentalnym obrazom plaży wieczorem, gdy powoli robi się coraz ciszej i szum morza zaczyna być dominującym dźwiękiem, gdy woda przyjemnie chłodzi stopy po gorącym dniu, gdy wiatr wieje i nie pozwala mi zapanować nad włosami. To jest to morze, które uwielbiam – chłodnym, wietrznym wieczorem. W tym roku po raz pierwszy byłam nad morzem w trakcie zimy, choć to duże słowo "zima" i odkryłam nowy rodzaj postrzegania tego pięknego krajobrazu. Stanowczo stał się moim ulubionym. 

Ale czemu dzisiaj z taką pasją skupiam się nad pojęciem morze? Odpowiedź jest bardzo prosta. Z własnej, nieprzymuszonej woli wróciłam do zapoznawania się z meandrami poezji i tym razem zapoznałam się z krótkim tomikiem wierszy, opowiastek pod wdzięcznym tytułem "Opowieść fal". Właśnie dzięki temu tytułowi zdecydowałam się zapoznać z dziełami Kaliny Beluch. Oczekiwałam, że udało się jej uchwycić chwilę i właśnie iść za przeżyciami tej chwili. Czy tak właśnie było? Muszę powiedzieć, że w jakiś stopniu tak, owszem, lecz niestety w ostatecznym rozrachunku jestem naprawdę bardzo rozczarowana i też zasmucona, że tym tomikiem wierszy rozpoczęłam swój powrót po długiej przerwie do poezji. A to czemu? 

Styl poetki jest wyjątkowo prosty i w tym przypadku bez owijania w bawełnę – to olbrzymia wada. Jeśli czytacie moje recenzje, to wiecie, że raczej jestem fanką rozbudowanych form, może niezbyt przesadzonych, jednak duża liczba środków stylistycznych i często idąca za tym patetyczność jest czymś, co uwielbiam. Staram się doceniać prostotę, ponieważ wielokrotnie jest potrzebna i uzasadniona, jednak w tym przypadku okazała się być w moim odbiorze po prostu niepotrzebnie infantylna. Brakuje w wierszach jakiejkolwiek rytmiki. I tutaj ustalmy – nienawidzę rymowanek, ale nawet nienawidząc ich, rozumiem potrzebę wystąpienia pewnej uporządkowanej lub w sposób przemyślany chaotycznej struktury. Ona jest potrzebna, by wiersz przekonywał czytelnika, by dał szansę iść za sobą, rozpalił jakieś emocje. Tutaj jedyna struktura, jaka wystąpiła, to była struktura typowo wyuczona przez szkołę. 

Poza tym dosłownie wszystkie wiersze są do siebie podobne i indywidualnie, i jako całość niczym się nie wyróżniają. Jest to coś, co duża część osób byłaby w stanie napisać, a przynajmniej czytając, miałam taką myśl w głowie. Pod względem  środków stylistycznych również jestem zawiedziona. Wystąpiło mało metafor, choć bez wątpienia miały one odgrywać dość istotną część wierszy. Za to odczuwałam, że wystąpiło wiele całkowicie niepotrzebnych epitetów. Czytanie takiej formy po prostu nie dało mi żadnej satysfakcji. 

Poetka w swoim tomiku "Opowieść fal" stara się za pomocą piękna natury wyrazić pewne elementy naszego życia. I po części to doceniam, bo właśnie w rzeczach albo bardziej odczuciach prostych dostrzega piękno i istotę istnienia. To jest jak najbardziej ciekawy wniosek. Tylko że widzę w tym pewną powtarzalność i wewnątrz całego tomiku, i wśród innej literatury. Wydaje mi się to na tyle na co dzień dostrzegalne, że w żaden sposób mnie nie porusza, nie sprawia, że w mojej głowie pojawiają się głębokie refleksje. Po prostu jest i w sumie tyle. Gdy czytałam, to przyznam, że miałam poczucie, że to takie proste wierszyki dla dzieci, które czasami można było znaleźć w elementarzach. Choć tutaj w elementarzach, które miałam czy czytać, czy przeglądać znajdzie się niejeden wartościowy wiersz. W mojej głowie pojawiło się też porównanie do kartki z wydzieranego kalendarza. Jako dziecko moim małym obowiązkiem było dbać o odpowiedni dzień na kalendarzu i tam właśnie często znajdywałam takie krótkie... powiedzmy opowiastki.

W "Opowieści fal" po części rozumiem, i tak jak pisałam wcześniej, cenię to skupienie się na małych rzeczach, na chwili tu i teraz, ale jednak bardziej bym to rozbudowała. Nadała niektórym elementom barwy, dodała większą liczbę metafor, porównań i przemyślała użycie epitetów. I tutaj zauważyłam, że przy tym tomiku mam odruch poprawiania. Mam całkowicie inną wizję tych wierszy i nie jestem w stanie się od niej oderwać. To na pewno coś świadczy o mnie samej, ale też o konstrukcji poszczególnych elementów. 

Nie jestem zadowolona z tego, że zapoznałam się z tomikiem wierszy Kaliny Bieluch. Oczekiwałam czegoś znacznie lepszego. Choć zdaję sobie też sprawę, że moja ocena jest dość surowa i miejscami brakuje jej konstruktywności. Niemniej takie właśnie są moje odczucia i to za nimi poszłam. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

czwartek, 26 maja 2022

Księżycowe Miasto. Dom Nieba i Oddechu – Sarah J. Mass


Tytuł: Dom Nieba i Oddechu 

Autor: Sarah J. Maas

Przekład: Małgorzata Fabianowska

Cykl: Księżycowe Miasto

Tom: 2.1

Kategoria: Fantasy

Wydawnictwo: Uroboros 

Ocena: 2/10





Pamiętam, jak jako dziecko czy nawet nastolatka wyobrażałam sobie, że przeżywam niesamowite przygody, że jestem kimś całkowicie wyjątkowym i uratuję jakiś magiczny świat. Obecnie moje wyobrażenia wydają mi się być dość zabawne, ale jednak nadal nostalgiczne i przypominające mi, jak bardzo jestem w stanie oderwać się od świata rzeczywistego, by odbywać przygody we własnej wyobraźni. Jednak też dają rodzaj refleksji, że przecież ci wszyscy książkowi wybawiciele świata wiele poświęcili, wiele wycierpieli. Czy to na pewno takie niesamowite i magiczne? 

Bryce i Hunt nareszcie mogą żyć spokojnie. Ważne tylko, żeby pilnowali swoich tajemnic i za bardzo nie udzielali się publicznie. Taka jest cena ich szczęśliwego życia. Tylko wszystko może się zmienić z dnia na dzień. Wystarczy nieodpowiedni gość w domu, parę nieodpowiednich słów, ujawnienie czyjeś tajemnicy, decyzja rodzica. Takie małe sprawy, pozornie nic nieznaczące. Efekty mogą być przerażające. Czy właśnie coś takiego spotka Bryce i Hunta? Czy na pewno są w stanie przemilczeć niektóre niesprawiedliwości? Jak poradzą sobie z wyrzutami sumienia? 

Dla mnie jest to wielki powrót po latach do twórczości Sarah Maas. Dotychczas znałam z jej dzieł wyłącznie cztery pierwsze tomy "Szklanego tronu". Moje odczucia co do nich były mieszane, lecz było widać z każdą książką tendencję wzrostową. Dlatego czułam niesamowite podekscytowanie, gdy sięgałam po pierwszą część drugiego tomu "Księżycowego Miasta". Oczywiście czytam w nieodpowiedniej kolejności, ale jak się okazało, to raczej nie miało najmniejszego znaczenia. Czemu? Bo to było tak olbrzymie rozczarowanie, że mam przeczucie, że nic nie było w stanie tego zmienić. 

Przez to, że nie czytałam pierwszego tomu, nie do końca umiem odnieść się do całokształtu pomysłu. Nie wiem, od czego tak naprawdę wychodzimy, jednak patrząc na to, co przedstawia ten tom, to cała koncepcja nie podoba mi się, choć jest to w tym wypadku potraktowane wyłącznie subiektywnym odczuciem. Na pewno powieść wyróżnia się niesztampowością i przełamaniem pewnych schematów. W pewnym sensie można to odebrać jako coś pionierskiego, ponieważ Sarah Maas połączyła atmosferę powieści high fantasy z urban fantasy. Do stałych elementów świata fantastyki dołączyła nowoczesność, technologię i rodzaj swojskości. Nie jestem zadowolona z tego połącznia, ponieważ dla mnie to się gryzie. 

Natomiast odwołując się do stylu pisarskiego autorki, jestem w dość dużym szoku. Poznałam już parę książek Maas i pamiętam, że ma swoje charakterystyczne elementy stylistyczne i takie, które odpowiadają za klimat. Spodziewałam się właśnie ich, tymczasem dostałam coś całkowicie odmiennego. W pewnym sensie podchodzę do tego z dużą dozą szacunku, gdyż pisarka udowodniła, że umie wyjść poza swoją własną bańkę i tworzyć książki różnorodne. Z drugiej strony Maas ceniłam właśnie za to, co znam z przeszłości, więc poczułam rozczarowanie. Poza tym brakowało mi też opisów, a raczej bardziej rozbudowanych opisów odwołujących się do przyrody, uczuć wewnętrznych bohaterów i kreacji świata. Tym bardziej że i tutaj nastąpiło załamanie konwencji, ponieważ pojawił się język potoczny i według mnie zbyt wiele wulgaryzmów. 

Książka pod względem fabularnym niesamowicie mnie nudziła. Akcji było wyjątkowo mało, a bohaterowie przez większość czasu siedzieli w jednym mieszkaniu i rozmawiali ze sobą, i rozmawiali. Wydawałoby się, że wspaniale przedstawiona jest komunikacja, tymczasem określam to jako niepotrzebne roztrząsanie wszystkiego, z którego nic sensownego nie wynika. Wiele elementów było nielogicznych, co dodatkowo zaburzało całość. Ogólnie to zastanawiam się, jakim cudem ktokolwiek jeszcze w tej historii żyje, gdyż dyskrecja, lojalność i racjonalność nie są mocnymi stronami postaci. Poza tym pamiętam, że najnowsze książki Maas zaczęły wywoływać wiele kontrowersji ze względu na sceny erotyczne. Teraz rozumiem to i też należę do grupy, która jest z nich mocno niezadowolona. Większość tych scen czy po prostu różnego typu fantazji była niepotrzebna. Bohaterowie potrafili myśleć o seksie w momentach w moim odczuciu co najmniej niestosownych. I gdyby to się zdarzyło co jakiś czas, nie drażniłoby mnie to. Ale bez wątpienia pożądanie wyznacza tory tej książki oraz odpowiada po części za momenty niespójności, ponieważ przerywało ciągi logicznych powiązań. 

Kreacja przedstawionych postaci też okazała się jednym wielkim rozczarowaniem. Przede wszystkim wyróżnia się niedopracowaniem i spłyceniem ich osobowości. Wszyscy bohaterowie są wyjątkowo do siebie podobni i gdyby nie imiona, to nie czułabym niekiedy różnic. Bryce w odbiorze personalnym nie cierpię. Jest irytująca, ponieważ nie posiada za grosz inteligencji, osobowości, a tylko niepotrzebną nikomu brawurę, która naraża innych. W dodatku ta młoda kobieta jest tak rozpieszczona i przesadnie pewna siebie, że wręcz brakuje słów. Hunt na początku wydawał mi się ciekawy i hipnotyzujący, ale niestety przez niedopracowanie jego postaci miałam wrażenie, że co innego dostajemy w słowach, które go opisują, a co innego w jego czynach, co było kolejnym elementem, który zaburzał mi ogólny odbiór całości. 

"Dom Nieba i Oddechu" tak bardzo mi się nie podobał, że ciężko mi wyciągnąć jakieś treści w kontekście tematyki. Jednak żadna książka, nawet te o wiele gorsze od tej, nie może nie nieść ze sobą czegoś wartościowego. Dlatego uznałam, że warto w kontekście powieści spojrzeć na przedstawienie polityki i systemu hierarchizacji, który czasami doprowadza do załamania moralnego. Gdy w grę wchodzi nieograniczona władza, brutalność i system klasowy, to jedynie cierpienie może być rezultatem tego wszystkiego. Całość opiera się na tajemnicach, intrygach i niepoddanym sprawiedliwości okrucieństwie. Czy chcielibyśmy żyć w takim świecie?

Drugi tom "Księżycowego Miasta" okazał się dla mnie dość dużą porażką czytelniczą. Dla mnie ta książka ma więcej wad niż zalet i jestem tym zasmucona, ponieważ naprawdę dobrze wspominałam twórczość pisarki. Choć też jestem w stanie zrozumieć, że wiele elementów, które krytykuję i ogólnie traktuję jako wady, dla innych mogą okazać się zaletami. Tutaj wchodzi naprawdę intensywne oddziaływanie gustu. Podsumowując za bardzo nie polecam tej książki, na pewno nie osobom, które jeszcze nie miały styczności z książkami Maas. Jednak myślę, że fani autorki wiedzą już, czego się po niej spodziewać i mają wyrobione własne zdanie. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

niedziela, 13 marca 2022

Zagubiona Księżniczka – Connie Glynn

 

Tytuł: Zagubiona Księżniczka

Autor: Connie Glynn

Przekład: Anna Kłosiewicz

Cykl: Kroniki Rosewood

Tom: III

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 352

Ocena: 2/10





Każdemu z nas zdarza się popełniać jakiś błąd i przez to zawieść kogoś bliskiego. Czasami to jakaś mała rzecz, którą można naprawić lub która po prostu została wybaczona. Lecz czasami może być to już o wiele poważniejsza sprawa, o której nie tak łatwo zapomnieć. Niekiedy nawet nie jest to możliwe, choć czasami czas i starania mogą zabliźnić niektóre rany. Jednak bez wątpienia to długa i ciężka droga, gdzie niekoniecznie można spodziewać się dobrego zakończenia. 

Lottie i Ellie czuję się zmęczone ostatnim rokiem w Rosewood. Ich traumatyczne przeżycia nie pozwalają im normalnie żyć, a widmo Lewiatana sprawia, że noce pozostają nieprzespane. Na domiar złego Jamie nie chce z nimi rozmawiać, z każdym dniem wydaje się coraz bardziej nieobecny w ich życiu. Wypełnia wyłącznie swoje obowiązki, ale relacja między tą trójką wisi na włosku. Dziewczyny nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić. Na szczęście, nieszczęście okazuje się, że Lottie nie zaliczyła rocznych egzaminów. Rozwiązaniem tego problemu jest wakacyjna wymiana ze szkołą w Japonii. Dziewczyna uważa, że to ich szansa na odpoczynek, naprawienie relacji i swoich własnych błędów. Czy im się to uda? Czy może to tak naprawdę wyłącznie ucieczka od problemów? I czy przede wszystkim będą tam bezpieczni? 

Nie będę udawać – czytam tę serię wyłącznie dla okładek. Są tak piękne, słodkie i cukierkowe, że mimo niekoniecznie mojej tematyki musiałam się zapoznać z cyklem, choć to może zbyt duże słowa, gdyż przeczytałam tylko tom drugi i teraz miałam... nieprzyjemność przeczytać tom trzeci, czyli właśnie "Zagubioną Księżniczkę". Po poprzedniej części spodziewałam się, że powieść nie zachwyci mnie i na pewno nie będzie tym, czego początkowo oczekiwałam. Natomiast nie spodziewałam się, że może być jeszcze gorzej i to jeszcze gorzej mimo minimalnych oczekiwań... Wiem, że dużo czytelników ceni "Kroniki Rosewood", ale ja widzę w nich prawie same wady – poza genialnymi okładkami. 

Styl... Mam wrażenie, że już tutaj przesadnie zaczynam narzekać, ponieważ jest całkiem przyjemny, bardzo łatwy w odbiorze i całą powieść niesamowicie szybko się czyta. Czasami można w języku wyczuć pewien nienaturalny infantylizm. Co mi nie odpowiada? Brak jakichkolwiek cech charakterystycznych dla pisarki. Dla mnie to po prostu kolejna osoba, która umie pisać, ale niekoniecznie wyróżnić się czymś unikatowym. Zdaję sobie sprawę, że to książka z dziedziny literatury młodzieżowej, ale przecież w żaden sposób to nie oznacza, że musi być banalnie i schematycznie. 

Co do fabuły to jest jeszcze gorzej – nudno i monotonnie. Jakbym miała wymienić teraz wydarzenia z tej historii czy napisać streszczenie, to byłabym w stanie zrobić to całkiem sprawnie, lecz żadne z tych zdarzeń czy mniemanych zwrotów akcji nie wywołało we mnie głębszych emocji. Wydaje mi się, że zakończenie tego tomu miało być swojego rodzaju przełomem, ponieważ czytelnicy wreszcie mogą dowiedzieć się ważnych faktów dotyczących wszystkich tomów. To powinno robić wrażenie i zachęcać do czytania kolejnych części, tylko że większość odpowiedzi poznałam o wiele wcześniej, ponieważ były one podane na tacy. Zamiast dyskretnych wskazówek, które co wnikliwszym czytelnikom pozwoliłyby dojść do rozwiązania, a tym trochę mnie dałyby szansę zaobserwować logiczne powiązania, to tu wszystko było przesadnie wyolbrzymione. A to wszystko w atmosferze przedramatyzowania... Troszkę teraz ja wyolbrzymiam, ale towarzyszyło mi przez większość czasu poczucie, że małe, nieistotne sprawy nabierają wielkich rozmiarów, a te naprawdę istotne nikną gdzieś pomiędzy... Właśnie, pomiędzy czym?

Teraz przejdźmy do zalet? Nie, choć na pewno nie jest tragicznie w przypadku kreacji bohaterów. Osobowości postaci wydają się poharatane. Wygląda to tak, jakby pisarka wiedziała, że bohaterowie powinni mieć głębokie wnętrze i wiele różnorodnych cech, ale nie do końca jej to wychodziło. Ewidentnie się starała to uchwycić i przy okazji stworzyć też ciekawe relacje między nimi, ale było to mocno nierównomierne i ogólny efekt ginął. Choć może to wynika z faktu, że nie lubię ani Lottie, ani Ellie. Lottie wydaje mi się przeidealizowana, same zalety, a jak już pojawiają się wady to i tak okazują się szlachetne – jakkolwiek nietypowo to brzmi. Dominuje w niej zbytnia słodycz. Natomiast w przypadku Ellie widzę potencjał, tylko brakuje mu logiki. Pisarka pobieżnie wytłumaczyła cel jej działań i przyczyny. 

"Zaginiona Księżniczka" niestety też nie zachwyca sferą tematyczną. Zawsze staram się z każdej książki, nawet tej, która bardzo nie przypadła mi do gustu lub ewidentnie jest źle napisana, wyciągnąć coś wartościowego, coś dla samej siebie. W tym przypadku miałam problem, choć akurat nie chodzi o brak wartościowych treści, gdyż one są, ale również jest ich wiele, a pobieżnie. Można przemycić treści o prawdziwej i lojalnej przyjaźni, o dojrzewaniu i pierwszych w teorii niewinnych miłościach. Ale czy to nie kolejny schemat? Bardziej do gustu przypada mi spojrzenie, które starałam się ukazać we wstępie. Czasami się popełnia błędy i niekiedy nie da się ich naprawić. To smutna rzeczywistość, ale w powieści można też zaobserwować, że można na siebie brać błędy kogoś innego lub po prostu wydarzenia wynikające z samego losu, a poczucie winy może przejąć nad człowiekiem kontrolę. 

Myślę, że ta recenzja jest już moim pożegnaniem z "Kronikami Rosewood". Mimo mojego dość dziecinnego zamiłowania do tych okładek nie planuję powracać do pierwszego tomu, ani zapoznać się z niedawno wydanym czwartym. W "Zagubionej Księżniczce" brakuje akcji i dobrze osadzonych w fabule tajemnic. Nie odnalazłam też żadnych sympatii wśród bohaterów... Niestety czuję się niesamowicie rozczarowana. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

czwartek, 2 grudnia 2021

Epigramy – Małgorzata-Maggie Gołębiowska

 

Tytuł: Epigramy

Autorka: Małgorzata-Maggie Gołębiowska 

Kategoria: Poezja

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza 

Ocena: 2/10









Przy prawie każdej recenzji gnębię Was tą samą historią – postanowiłam w tym roku pogłębić swoją znajomość poezji. Oczywiście mam tu na myśli i poezję współczesną, i trochę bardziej tradycyjną. Jednak całkowicie w swoim postanowieniu zapomniałam o formach jak najbardziej należących do gatunku poezji, ale też odmiennych od tego, z czym spotykamy się na co dzień. A mówię tutaj o epigramach. Czym są epigramy? Dla niewtajemniczonych już tłumaczę. Idąc za słownikiem PWN: „krótki utwór poetycki o zaskakującej puencie”. Przecież to brzmi genialnie! W ostatnim czasie stanowczo zaczynam doceniać krótkie formy, które pozornie wydają się banalne, a tak naprawdę zawierają w sobie wiele mądrości i często też rozrywki. Próbowaliście napisać coś krótkiego i inteligentnego? Ja tak i przyznam, że w moim wykonaniu to delikatnie mówiąc porażka. Szybciej napiszę opasłą księgę niż w zdaniu lub dwóch zawrę coś wartościowego. 

Ale czemu tym razem z zaangażowaniem przedstawiam Wam tę anegdotę? Otóż jestem świeżo po zapoznaniu się z krótkim tomikiem wierszy pod bardzo naprowadzającym tytułem – „Epigramy”. Gdyby nie ten tytuł, to w ogóle nie pamiętałabym o istnieniu takiej formy poezji. Dlatego z zaintrygowaniem postanowiłam przeczytać te krótkie zdania i sprawdzić, jak przypadną mi do gustu. Jak było? Niestety bardzo źle…

Przede wszystkim zostałam negatywnie zaskoczona prostym odbiorem. Pewnie zastanawiacie się, dlaczego negatywnie. Jeszcze przed chwilą wychwalałam taką formę. Tak, ale tutaj prostota weszła w infantylizm, przekroczyła granicę dobrego smaku i zamiast dawać iskrę, która mówi: patrzcie, to oczywiste, ale zapominacie o tym, to mówi o rzeczach banalnych, znanych i powtarzalnych. Być może tutaj dużą rolę odgrywa również fakt, że byłam mocno nastawiona na jakieś barwne rozwiązania stylistyczne. Spodziewałam się gier słów, pięknych metafor, niekonwencjonalnych porównań i niespotykanych epitetów. Tymczasem nie znalazłam tego, choć może lepiej stwierdzić, że nie było to w moim guście. Wydawało mi się, że pisanie epigramów daje olbrzymie możliwości na błyskotliwe i kąśliwe uwagi. W przypadku tych „Epigramów” nie czułam satysfakcji z czytania i momentami męczyłam się. 

Kolejnym aspektem, który mnie rozczarował, jest sama treść krótkich wierszy. Po przeczytaniu tomiku – a zapewniam Was, że starałam się czytać ze skupieniem i zaangażowaniem – nie jestem w stanie stwierdzić, co takiego autorka chciała przekazać swoim czytelnikom. Oczywiście warto wziąć pod uwagę, że pewnych rzeczy mogłam po prostu nie zrozumieć albo nie przemawiają do mnie, jednakże tutaj nie trafiłam na ani jedno dzieło, które poruszyłoby mnie lub oczarowało. Wierszyki mówią o rzeczach codziennych i przyziemnych. W pewnym sensie to dobrze, ponieważ o nich też nie można w żaden sposób zapominać. Tylko że w tym momencie ponownie muszę powiedzieć „ale”. Ale w tej codzienności nie było konkretnej treści, w której mogłabym odnaleźć jakieś ważne wartości. Rezultat jest taki, że po przeczytaniu nie miałam potrzeby przemyślenia niczego, zastanowienia się nad moim życiem. Po prostu odłożyłam tomik na półkę i przypomniałam sobie o nim dopiero w kontekście pisania tej recenzji. Teraz myślę, że chyba wśród wszystkim moich oczekiwań – jak widać mocno wygórowanych – pragnęłam, by pojawił się śmiech, a przynajmniej rozbawienie. Kolejne niepotrzebne rozczarowanie… 

Gdy wyrażam swoje zdanie, które jest tak mocno negatywne, mam pewne opory, czy to na pewno kwestia pozycji literackiej, czy być może moich odczuć podyktowanych wyłącznie przez subiektywizm. Tutaj wchodzą dwa podejście do takich tekstów: właśnie całkowicie subiektywne odczucia i głęboka analiza zahaczająca już o obiektywną wiedzę. Drugiego nie jestem w stanie Wam dać, bo mam poczucie, że za mało wiem, ale żeby nie popaść zbyt w pierwsze podejście zakończę, mówiąc: spróbujcie, może właśnie to dla Was wiersze. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

wtorek, 27 lipca 2021

Marionetkarz – Aleksander Filip Dubicki

 

Tytuł: Marionetkarz

Autor: Aleksander Filip Dubicki

Kategoria: Thriller

Wydawnictwo: Novae Res

Liczba stron: 102

Ocena: 2/10








Słyszeliście stwierdzenie, że jesteśmy kowalami własnego losu? Że to wszystko od nas zależy i to nasze decyzje doprowadzają nas do pewnych wydarzeń i sytuacji? Zakładam, że spotkaliście się z takimi stwierdzeniami, a być może sami jesteście podobnego zdania. Poglądy są różne. Jest też druga strona naszego istnienia, która może wydać się o wiele bardziej mroczna i nieść ze sobą bezradność lub ulgę. Mowa tutaj o jakimś określonym losie. Nazwijcie to, jak chcecie – Bóg, Fatum, Los, Natura... Wszystko sprowadza się do tego, że podążamy ścieżką z góry zaplanowaną i cokolwiek zrobimy, jest to tylko częścią wcześniej stworzonego planu. Nie ma w tym przypadku miejsca na wyjątki i odskocznie – idziemy według czyiś zamiarów. Osobiście przeraża mnie taka perspektywa i wolę wierzyć, że to ja władam swoim życiem, a moje decyzje są indywidualnym wytworem. Ale kto w rzeczywistości może mieć pewność, jak jest naprawdę? 

Pięć osób mających za sobą swoje własne, niepowtarzalne historie. Pięć osób z pragnieniami, marzeniami i uczuciami. Pięć osób wchodzących w dorosłość. Pięć osób kierowanych przez Marinetkarza. Kim on jest? Wiadomo, że ma przerażające, błękitne oczy. Wiadomo, że manipuluje ludźmi. Wiadomo, że za rogiem czeka śmierć. Wiadomo, że... Nie da się go pokonać? Co czeka piątkę nastolatków, którzy chcą żyć według własnych zasad? 

Gdy pierwszy raz przeczytałam opis "Marionetkarza", książka wydawała mi się czymś zapowiadającym niesamowitą ucztę czytelniczą. Iskrzyła nadzieja, że stare, tak dobrze nam znane wątki zostaną wykorzystane na nowo, by stworzyć splot niekonwencjonalnych przemyśleń i wydarzeń zmuszających czytelnika do kontemplacji. Tym bardziej że tak krótka historia, bo zawarta ledwie na stu stronach, jest też wyzwaniem i dla samego pisarza, i dla czytelnika. Czy "Marionetkarz" jest potwierdzeniem umiejętności obu stron? 

Niestety nie i schodki zaczynają się już na samym początku, czyli na stylu autora. Dominuje w nim sztuczność i brak prostych odniesień. Wszystko jest skomplikowane, więc traci na tym naturalność i najzwyczajniejszy odbiór rzeczywistości. Miałam odczucie, że to po prostu strumień nieskładnych myśli, które chcą znaleźć ujście, ale brakuje słów, brakuje planu, braku wyjścia. Wprowadzało mnie to w stan frustracji. Jednak tutaj nie koniec, bo jako czytelnik nie mogłam poradzić sobie z narracją, co zdarza mi się bardzo rzadko. Nie jestem w stanie nawet określić, czy to narracja trzecioosobowa, pierwszoosobowa... Czy narrator jest wszechwiedzący. Mam wrażenie, że to mieszanka wszystkiego, co jest błędem w przypadku tej opowieści. 

Jestem pewna na tyle, na ile mogę być jako czytelnik, że autor za pomocą metaforycznego ujęcia pragnął przekazać swoje myśli i refleksje nad życiem. Uwielbiam taką koncepcję, choć też zazwyczaj okazuje się ona mocno skomplikowana. W przypadku "Marionetkarza" ponownie zawitał chaos, niszcząc wszystko, co miało potencjał i mogło okazać się czymś naprawdę wartościowym dla całej książki. Po przeczytaniu z żalem przyznaję, że nie mam najmniejszego pojęcia, co wydarzyło się w tej opowieści i jaki to miało ostateczny cel. 

Bohaterowie nie istnieją w standardowym rozumieniu. Mamy imiona, mamy jakieś dopasowane do nich postacie, mamy jakieś strzępki informacji o tych ludziach, ale ponownie ginie to w bałaganie myśli. Udało mi się utrzymać połączenia pomiędzy postaciami tylko dzięki opisowi na tyle książki. W innym przypadku byłoby to skazane na porażkę. Tutaj ponownie czuję ukłucie żalu, gdyż mam silne przekonanie, że wystarczyłoby tylko w składny sposób przedstawić ich życie i wtedy nagle wszystko nabrałoby sensu i dało temat do głębokich rozmyślań. 

No właśnie, temat – jaki jest dominujący wątek w "Marionetkarzu"? Nie wiem, czy zbyt wiele sobie nie dopowiadam, ale to, co było dla mnie dość zrozumiałe, mocno przypadło mi do gustu. Sama postać Marionetkarza wywołała mocną fascynację we mnie. Kojarzy mi się z tym odwiecznym Fatum, które możemy spotkać na przykład w dramacie "Edyp". To mityczny symbol niezmienności naszego losu i naszej małej, ludzkiej walki z tym, mimo braku możliwości powodzenia. Wpłynęło to na mają wyobraźnię i pozwoliło dostrzec tę tematykę jako najlepszą stronę całej książki. 

Spodziewałam się o wiele więcej po tej powieści i czuję rozgoryczenie, że moje oczekiwania prawie w ogóle nie zostały spełnione. To potwierdza tezę, żeby nie nastawiać się zbyt pozytywnie do książek przed przeczytaniem. Niemniej nadal głęboko wierzę, że cała historia ma duży potencjał i parę zabiegów stylistycznych pozwoliłoby ujawnić mu się. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję bardzo redakcji Sztukater.pl 

niedziela, 23 maja 2021

Rodzina Pielgrzymia – Piotr Pit

 

Tytuł: Rodzina Pielgrzymia 

Autor: Piotr Pit

Kategoria: Religia

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Ocena: 2/10









Nigdy nie byłam na żadnej pielgrzymce, choć jestem katoliczką i w swoim czasie dość aktywnie starałam się to wyrażać. Muszę się Wam przyznać, że nawet nie mogę sobie przypomnieć, by kiedykolwiek myśl pójścia na pielgrzymkę pojawiła się w mojej głowie. Nie rozumiałam i nadal nie rozumiem idei pielgrzymek. Oczywiście jak wszyscy słyszałam te niesamowite historie o poczuciu satysfakcji, głębszej, duchowej refleksji i wspaniałych ludziach. W pewnym sensie wydaje się być to pociągające, a przynajmniej tak mi się wydaje, ponieważ sama tego nie czuję i nie jestem w stanie wyobrazić sobie tej cudownej atmosfery, o której z taką pasją opowiadają pielgrzymi. Czy kiedyś to się zmieni? Moja wiara na przestrzeni lat stanowczo podupadła, więc nie mam tego w planach. Ale kto wie, może pewnego dnia... 

Teraz można by się zacząć zastanawiam, dlaczego postanowiłam przeczytać książkę, której sam tytuł sugeruje pielgrzymkę. Odpowiedź jest wybitnie prosta – z czystej ciekawości czytelnika. Mogę mieć sceptyczne podejście do tych wędrówek i całej koncepcji, ale jednak co roku tysiące ludzi w samej Polsce decyduje się na pielgrzymkę, więc coś w tym musi być. Wzięłam pod uwagę, że być może w tej krótkiej książeczce odnajdę odpowiedź na pytanie, co to takiego jest. A jeśli nawet nie, to w końcu warto poszerzać swoje horyzonty czytelnicze. 

Tylko że niestety mój pęd do szukania odpowiedzi na różne pytania i próby z nowymi gatunkami oraz tematami, w tym przypadku okazały się straszną porażką. A wszystko ma swój początek w stylu autora, który jest wprost przerażający. Już dawno w żadnej książce nic tak bardzo mnie nie zszokowało... I to w ten negatywny sposób. Pisarz zdecydował się na wykorzystanie rymów, a jeżeli czytacie moje recenzje, to doskonale wiecie, że nienawidzę rymów. Po prostu dostaję ciarek, gdy się pojawiają. Pewnie to wynika z faktu, że sama jestem antytalentem w poszukiwaniu jakichkolwiek harmonijnych układów w słowach. Ale nawet pomijając moją zakorzenioną niechęć do rymów, to nie umiem znaleźć ani jednego powodu, dlaczego w tego typu historii powinny być rymy. Żeby było ciekawiej? Żeby zachwycić czytelnika? Rozśmieszyć? Od razu powiem Wam, że stanowczo nie wyszło to autorowi. 

Kolejną karygodną dla mnie sprawą jest użycie młodzieżowych słów. W dwóch głównych powodów, bo pewnie znalazłabym ich o wiele więcej, gdybym skupiła się na głębszych poszukiwań. Po pierwsze to są niby młodzieżowe zwroty, bo tutaj ewidentnie osoba, które je używała, nie miała najmniejszego pojęcia, jak to robić. Zdaję sobie sprawę, że niektórym osobom wydaje się, że użycie jakiegoś slangu jest najlepszym wyjściem i czasami słusznie. Ale trzeba umieć użyć takich zwrotów, jeśli się na nie decyduje. Choć też, żeby nie być zbyt surowym, nawet niepoprawne użycie czasami nie zaszkodzi. Tylko że tu słowem kluczem jest: czasami. A nie w każdym zdaniu – i to niekiedy kilkukrotnie. W tym momencie brak znajomości poprawnego znaczenia i zbyt potoczny język stają się koszmarem. I nie można też zapomnieć, że każdy, kto się decyduje na sformułowania używane przez młodych ludzi, musi liczyć się z tym, że traci na uniwersalności. Nasz język – w formalnym znaczeniu – zmienia się i z czasem pojawiają się nowe słowa, a stare są zastępowane innymi. Bardzo łatwo zaobserwować ten proces. To co w takim razie powiedzieć o nastoletnim języku? Mam ponad dwadzieścia lat, a czasami mam wątpliwości, czy dogadałabym się z licealistą, gdyby zdecydował się na szkolne neologizmy. Cała "Rodzina Pielgrzymia" za chwilę okaże się nie do zrozumienia. 

Złą stylistykę trudno wybaczyć, ale w niektórych przypadkach fabuła jest w stanie uratować sytuację. Niestety tutaj po raz kolejny doznałam kompletnego zawodu, gdyż ta historia jest całkowicie o niczym. To jest zbiór nikomu niepotrzebnych informacji. Nie chciałabym tego słuchać nawet od bliskiej osoby. Wiem, że w tym przypadku zabrzmiało to dość okrutnie, ale będąc szczerym – po co mi znajomość nic nieznaczących imion i faktów z nimi powiązanych? Oczywiście, że są to prawdziwi ludzie, którzy sami w sobie są ważni i należy im się odpowiedni szacunek i uwaga. Tylko że nie mam najmniejszego pojęcia, kim konkretnie są ci ludzie. Nawet jak spotkałabym ich na żywo, to nie zdawałabym sobie z tego sprawy... 

Ta recenzja prawdopodobnie zniechęci Was do książki. Taki jest też jej cel, choć smutno mi z tego powodu. Zazwyczaj piszę w tym miejscu, że mimo wszystko nie żałuję, że przeczytałam daną pozycję, ponieważ to zawsze nowe doświadczenie. Tym razem był to zmarnowany czas w moim przypadku. Choć przyznam, że też nie chcę pisać otwarcie, żebyście nie czytali tej opowieści. Być może w porównaniu do mnie lubicie rymy, uczęszczacie na pielgrzymki i dla Was książka będzie niosła wiele dobrych wspomnień albo atmosferę pielgrzymki. Jak w każdym literackim przypadku, musicie sami odpowiedzieć sobie, czy chcecie dawać szansę tej powieści. 

Egzemplarz prasowy Sztukater.pl

sobota, 6 lutego 2021

Najlepsza oferta – Georgia Le Carre

 

Tytuł: Najlepsza oferta

Autorka: Georgia Le Carre

Przekład: Grzegorz Gołębski

Kategoria: Literatura erotyczna

Wydawnictwo: Niegrzeczne książki

Ocena: 2/10

"Najlepszą ofertę" otrzymałam w ramach współpracy z TaniaKsiażka.pl






Niekiedy życie z dnia na dzień postanawia poprzestawiać nam wszystko o sto osiemdziesiąt stopni. Jednego dnia jesteśmy szczęśliwi, pełni miłości i nie musimy martwić się o przyszłość, by już drugiego wszystko runęło i każdego kolejnego dnia przypominało, jak bardzo jest źle i jak bardzo źle może być. To przerażająca i smutna wizja, lecz czasami staje się rzeczywistością i trzeba jakoś się przystosować i walczyć o nadejście lepszych czasów. Czy jesteście na to gotowi? Czy podołacie walce o każdy kolejny dzień?

Freya pochodzi z bogatej rodziny, która była w stanie zapewnić jej dobre życie, gdzie nie trzeba się martwić o przyszłość i można zaspokajać większość kaprysów. Wszystko się zmieniło, gdy jej ojciec został oskarżony o kradzież nowej technologii i pod wpływem pogardy i nieuzasadnionych opinii popełnił samobójstwo. Freya i jej matka zostały z wielkimi długami, które z każdym dniem się powiększają, ponieważ butik jej matki jest na skraju bankructwa. Freya będzie musiała zrezygnować ze studiów i sprzedać ukochany dom babci. Ale czy na pewno nie ma innego wyjścia? Może jest w zasięgu ręki, tylko trzeba mieć odwagę i pokonać wszelkie uprzedzenia?  

Jestem właśnie po serii egzaminów i miałam niesamowitą ochotę na jakiś lekki i pikantny romans. Mój mózg krzyczał, żebym dała mu odpocząć i się zrelaksować. Dlatego zdecydowałam się na zapoznanie z nowym i zdobywającym coraz większą popularność erotykiem. Od początku zdawałam sobie sprawę, że niektóre aspekty mogą nie przypaść mi do gustu i wręcz oburzyć. Ale postanowiłam przymknąć na to oko i dać się ponieść rozrywce. Stanowczo przeceniłam swoje umiejętności selektywnego wyboru treści – nie dałam rady i moje własne uprzedzenia i poglądy wzięły górę. Z tego względu "Najlepsza oferta" okazała się jednym z najgorszych erotyków, które czytałam. Czemu? 

O tym za chwilkę, ponieważ chciałabym się skupić na razie na największym pozytywie książki, a chodzi mi o styl autorki. Okazał się naprawdę przyjemny w odbiorze, co perfekcyjnie pasuje do przedstawionych treści. Dzięki lekkiemu piórowi pisarki zapomniałam o rzeczywistości i dałam się wciągnąć w świat Frei. Mimo oburzenia i niekiedy zniesmaczenia przekładałam stronę za stroną i byłam niezmiernie ciekawa, jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Poza tym Georgia Le Carre udowodniła, że jej styl jest charakterystyczny i pełen zaskakujących, językowych zwrotów akcji. To pozwalało odczuć dynamikę treści. 

Natomiast przy samej fabule rozpoczynają się pierwsze schodki. Przede wszystkim była niestety bardzo niedopracowana i zawierała wiele luk fabularnych. Wszystko skupiało się na uczuciu Frei i Brenta, a wątki poboczne istniały tylko i wyłącznie jako konieczne tło. Szkoda, ponieważ wiele z nich miało potencjał, który razem z romantycznymi aspektami mógłby stworzyć wielowymiarową historię. Tymczasem to spłycenie irytowało mnie i wywoływało monotonnie. Tym bardziej że treść książki – nie chcę Wam zbyt dużo zdradzać – momentami okazała się dość mocno kontrowersyjna, co w mojej opinii odbierało jej pikanterii, na którą tak mocno liczyłam. 

Co było tematyką powieści? Tutaj zaczyna się mój problem. Tak jak wspomniałam na początku, Freya została pozbawiona prawie wszystkich pieniędzy i musiała zdecydować się, jak w takim przypadku powinna postąpić. I w tym miejscu mam problem z podjęta przez nią decyzją. Dla mnie była po prostu bezpodstawna, lecz też jestem w stanie zrozumieć, co ją wywołało i o jak wielką stawkę była gra. Ale jestem oburzona tym, co było później, czyli jak się na pewno już domyśliliście, sferą romantyczno-erotyczną. Jej decyzja powinna na nią wpłynąć i to zrobiła, ale wybitnie pozytywnie, co jest tak mocno nieżyciowe i oburzające mnie, że czuję obrzydzenie. Czy tak powinna wyglądać miłość? Czy w ogóle przy takim układzie miłość istnieje? Nie umiem sobie tego wyobrazić. 

Warto byłoby też zwrócić uwagę na kreację bohaterów, a raczej jej całkowity brak... Ich jedyną zasługą w tej powieści jest fakt, że po prostu istnieją i tym swoim istnieniem irytują. Wiem, że to dość mocne stwierdzenie, ale tak bardzo ich nie lubiłam, że chyba tylko ten styl autorki mnie do nich przekonał. Sama Freya to dziewczyna, której decyzji w ogóle nie rozumiem i nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co dzieje się w jej głowie. Przyznam, że doprowadzało mnie to do szału. A co z Brentem? Stereotypowo jest przystojnym miliarderem i... psychopatą. Czyli kimś, o kim marzy każda kobieta? Stanowczo nie. W realnym życiu normalny człowiek zastanawiałby się, jak załatwić sobie zakaz zbliżenia się, kiedy Brent ma tak rozbudowane koneksje. 

Jak sami czytacie, "Najlepsza oferta" w moim ujęciu okazała się powieścią wyjątkowo przeciętną i uderzającą w moje poglądy. Zamiast rozrywki dostałam pokłady frustracji i przykro mi z tego powodu. Widziałam, że książka ma już swoich fanów, więc na pewno Wam jej nie odradzę, ale też w żaden sposób nie polecę. 

Więcej książek o podobnej tematyce znajdziecie w dziale bestseller na TaniaKsiążka.pl


piątek, 27 marca 2020

Marysieńka Sobieska. Autoportret – Janina Lesiak


Tytuł: Marysieńka Sobieska. Autoportret 

Autor: Janina Lesiak

Kategoria: Biografia

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 192

Ocena: 2/10












Czasami zastanawiam się, czy przypadkiem nie żyję w czasach, które za kilkadziesiąt lat czy nawet kilkaset będą z jakiś powodów uznawane za historyczne. Zdarza mi się wtedy zastanawiać nad ważnymi wydarzeniami i analizować, na ile będą istotne w przyszłości. Czy jest to coś, co obchodzi nas tylko teraz i za chwilę o tym zapomnimy, czy może coś, co nas ukształtuje i będzie przedstawiane na lekcjach historii w szkole, a biedni uczniowie będą tak samo jak my narzekać, że każą im się uczyć kolejnej daty? Macie tak czasami? W przeszłości najczęściej dochodziłam do wniosku, że nie dzieje się nic istotnego. Żyję 20 lat i wszystko co pamiętam, jest bardziej biegiem czasu niż konkretnym przełomem w historii. Choć teraz zastanawiam się, czy obecny moment nie zapadnie nam w pamięci na tyle, by dołączyć go do katastrofy, która spotkała świat. Lecz po co Wam to wszystko mówię? Chciałabym teraz dosłownie wrócić do historii i odkryć wydarzenia, które w jakiś pokraczny sposób sprawiły, że jesteśmy właśnie w tym miejscu. 

Myślę, że większość z Was kojarzy postać Marysieńki Sobieskiej. Chciałabym Wam się pochwalić wcześniej zdobytą wiedzą na ten temat, ale prawda jest tak, że ta kobieta dotychczas kojarzyła mi się wyłącznie z moim ukochanym Wilanowem. Tymczasem Marysieńka była królową Polski, żoną Jana III Sobieskiego, którego kojarzymy ze słynnej bitwy pod Wiedniem. Postać tak niezwykła i mam wrażenie, że zapomniana. Jakie tajemnice kryła? 

Gdy chodziłam jeszcze do podstawówki, uwielbiałam historię, a najbardziej wszystkie historie o królestwach, wielkich bitwach i zamkach. Z dziecięcą naiwnością wierzyłam, że wszystko w ówczesnych czasach wyglądało tak jak w baśniach. Oczywiście lata edukacji szkolnej i własnej sprawiły, że moje piękne wyobrażenie mocno nasiąknięte książkami fantasy zostały zniszczone. Mimo to nadal mam pewne zamiłowanie do czasów typowo średniowiecznych i tych trochę późniejszych. Dlatego mając tyle wolnego, postanowiłam lepiej zapoznać się z naszą historią. A przecież nie ma nic lepszego niż dobra powieść, która uczy. Tego właśnie oczekiwałam od książki "Marysieńka Sobieska. Autoportret" i tego niestety w ogóle nie dostałam.

Ze stylem mam olbrzymi problem, ponieważ nie mogę napisać, że był zły, niedopracowany, infantylny ani nic podobnego. On po prostu w ogóle nie przypadł mi do gustu. Moje oczekiwania były tak wielkie, że zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością nie mogła się uddać, więc zostałam negatywnie zszokowana. Miałam wrażenie, że autorka na siłę próbuje napisać lekką i przyjemną książkę, ale zarazem zachować klimat tamtych czasów. Nie udało się jej to, gdyż lekkość stylu i archaizmy okazała się fatalnym i wyjątkowo nienaturalnym połączeniem. Drażniła mnie w tym przypadku również narracja pierwszoosobowa. Ona zawsze zwraca moją uwagę i najczęściej szanuję pisarzy za odpowiednie jej wykorzystanie. Tutaj ten zabieg był całkowicie niepotrzebny i przez to książka traciła na wiarygodności. 

Dla mnie fabuła w ogóle nie łączyła się w żadną spójną całość, z której mogłabym coś wynieść. Miałam odczucie, że Marysieńka ma tylko jeden cel – w jadowity sposób opisać, jakie jej życie było straszne, okropne i niesprawiedliwe. Nie opieram tego na żadnej konkretnej wiedzy, ale całkowicie wierzę, że tak mogło być. Jednak to wszystko było tak bardzo otoczone wyrzutami, że nie mogłam ścierpieć tych wszystkich narzekań. Nie wiem, czy Wam się to zdarza, ale z mojego punktu widzenia to jest ten moment, gdy mamy w sobie tak wiele negatywnych emocji, że musimy je z siebie jakoś wyrzucić i robimy to na kartce papieru. Najczęściej ładunek emocjonalny jest wtedy niezwykle silny i niezwykle negatywny. Dla mnie ta powieść właśnie taka jest i to mi nie odpowiada, ponieważ te wszystkie negatywy przelewają się we mnie. Niezliczone obrzydliwe porównania, te wyrzuty i złość nie niosły nic pozytywnego dla czytelnika. Po co czytać taką historię? Prawdą jest, że jest wiele refleksji, ale nie byłam w stanie zrozumieć, do czego one się odnoszą i przez to nudziłam się wielokrotnie. 

Może też trochę nieodpowiednio podeszłam do "Marysieńki Sobieskiej", gdyż nastawiłam się, że bardzo pogłębię swoją wiedzę na temat królowej i sytuacji w Polsce w ówczesnych czasach. Nie jest to literatura naukowa, więc nie wiem, czemu aż tak bardzo tego się spodziewałam. Nie dostałam żadnych pożytecznych informacji. Myślę, że zwykła Wikipedia byłaby w stanie lepiej to wszystko wyjaśnić. Też często miałam odczucia, jakby pisarka nie wiedziała, o czym pisze. 

Te wszystkie wady w moich oczach całkowicie zdyskwalifikowały książkę i myślę, że więcej nie będę chciała sięgać po tego typu literaturę. Choć też zdaję sobie sprawę, że z innym podejściem i ogólnym nastawieniem, mogłabym inaczej odebrać tę powieść. Teraz już tego nie sprawdzę. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu MG 


wtorek, 9 lipca 2019

Pocałuj mnie wiosną – Emily March


Tytuł: Pocałuj mnie wiosną

Autor: Emily March

Tłumaczenie: Monika Wiśniewska

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 337

Ocena: 2/10











Najczęściej małe dziewczynki marzą o tym, by być księżniczkami, przeżyć niesamowitą, romantyczną miłość oraz ogólnie znaleźć księcia z bajki. Jakiś czas temu wywołało to oburzenie ze strony feministek, ponieważ w tych pięknych bajkach przedstawia się kobiety jako całkowicie zależne od mężczyzn, a co gorsza pokazuje się, że samo ich szczęście jest zależne od mężczyzn. W dużej części zgadzam się z tym i jestem zadowolona z tego, że pojawiają się już inne postacie, z których dzieci mogą czerpać przykład i jest większa szansa, że nauczy ich to równouprawnienia. Jednak wierzę też w miłość – nie tę romantyczną, słodką i przerysowaną, ale w tę potężną miłość, która daje szczęście, wsparcie i możliwości. Dlaczego o tym Wam piszę? Ponieważ dzisiejsza historia mówi właśnie o miłości. 

Caitilin pracuje jako projektantka tekstyliów, a konkretniej projektuje przede wszystkim pościel. Jest bardzo dobra w tym, co robi, ponieważ nie ogranicza się do schematów. Jej życie toczy się w szybkim i zatłoczonym Nowym Jorku. Przez większość kariery lubiła to miasto, lecz wszystko się zmieniło w momencie, gdy zaginął jej brat. Wtedy pojawiły się niepowołane myśli, które na przestrzeni czasu ułożyły się w spójny i bardzo intrygujący plan. Dlatego Caitlin postanawia odwiedzić swoich rodziców – chce im o wszystkim opowiedzieć. Wtedy po raz drugi spotyka na swojej drodze mężczyznę, który według niej ma być mężczyzną jej życia. Czy młoda kobieta ma rację? Czy podoła swoim szalonym planom? Czy życie jej na to pozwoli? 

Pocałuj mnie wiosną to nowość na polskim rynku wydawniczym – pierwsza książka pisarki wydana po polsku. Zdecydowałam się na nią, ponieważ miałam ochotę przeczytać coś lekkiego, ciepłego i wzruszającego. Z takim przykazem kojarzy mi się literatura obyczajowa, a w tym przypadku przekonał mnie opis oraz cudowna okładka (ostatnio coraz częściej zwracam uwagę na okładki, to chyba źle). Czy spełniłam swoje oczekiwania? 

Zacznę od największego i chyba niestety jedynego plusa całej tej historii. Jest nim styl pisarki. Przede wszystkim czuć lekkość pióra, przez co bardzo przyjemnie się czyta. Dla mnie jest to idealny przykład, jak powinno się pisać tego typu opowieści. One mają być lekkie, ponieważ sam temat jest na tyle trudny i refleksyjny, że dla niektórych może być zbyt ciężki. Ogólnie najbardziej lubię barwny i skomplikowany język, tylko tutaj nie pasowałby. Autorka potrafiła sprawić, że wszystkie te wydarzenia bez problemu mogłam sobie wyobrazić i odnaleźć się w tym, co się dzieje. Przy tym jej styl okazał się bardzo charakterystyczny, co jak już pewnie część z Was wie, niezmiernie cenię. 

Wypadałoby napisać teraz coś o fabule, tylko obawiam się, że wypłynie ze mnie potok niepotrzebnych żalów. Nie będę też ukrywać, że książka bardzo mi się nie podobała, więc jestem w stanie wymienić wiele wad. Przede wszystkim jak czytałam, to czułam się po prostu zażenowana niektórymi sytuacjami. Nie chodzi o to, że były jakieś skrajnie nieprzyjemne, pikantne czy szokujące. Czułam dyskomfort, ponieważ to wszystko było tak bardzo sztuczne... Nie mogłam uwierzyć, że ludzie w taki sposób prowadzą rozmowy i jest to ich normalne zachowania. Albo że w taki a nie inny sposób reagują na niektóre zdarzenia. Tak nie wygląda nasz świat! Nigdy nie spotkałam się z takimi zachowaniami, więc prawdopodobnie są rzadkie lub nawet nie istnieją. Tak bardzo kuło mnie to w oczy, że popsuło wszystko inne. Mogłabym naprawdę przymknąć oko na resztę wad, ale to było dla mnie nie do przejścia. Przy tym jeszcze wiało taką nudą. Często krytykuję literaturę erotyczną za nierozbudowaną ścieżkę fabularną, za zbyt pikantne i przesadzone sceny erotyczne. Tymczasem muszę przyznać, że to przynajmniej wywołuje jakieś emocje. Często nawet zafascynować. Tutaj nic mnie nie ciekawiło. Nie chciałam wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterów, jakie tajemnice ukrywają. A to świadczy o braku umiejętności pisarki, gdyż w powieści działo się dużo tragicznych rzeczy, więc powinnam być poruszona. Dla mnie było to po prostu bezsensowne połączenie wielu nieszczęść. 

Jednak żeby nie być niesprawiedliwym jest jeszcze jeden aspekt, który bardzo przypadł mi do gustu – kartki z pamiętnika. To naprawdę ciekawy zabieg, który zapowiadał niesamowitą historię. Jedynie ta krótka forma wywoływała we mnie prawdziwe emocje i sprawiała, że  gdzieś tam pojawiła się iskierka zaintrygowania. Szkoda, że tak szybko gasła, a nie przemieniała się w ogień. 

Lecz pora przejść do moich dalszych żalów, czyli bohaterów. Caitlin miała tak olbrzymi potencjał. Była kreatywną, radosną, wydawało się, że mądrą kobietą. Nie rozumiem, czemu pisarka tak genialnej postaci nie wykorzystała, by stworzyć coś niesamowitego. Tymczasem stworzyła z niej naiwną dziewczynkę, która gna za nie wiadomo jakimi marzeniami oraz jest gotowa sprzedać swój mózg za byle pocałunek. Ostatnio mam wrażenie, że wszystkie żeńskie bohaterki tylko mnie irytują. Na domiar złego Josh też nie naprawiał sytuacji. Dla mnie to przykład mężczyzny, przed którym każda poważna kobieta powinna bez zastanowienia uciekać. Naprawdę nie rozumiem, co można w nim zobaczyć. Te minimalne chwile czułości? Seksistowskie żarty? Czy może niesłowność? Ta para bohaterów zabijała całą romantyczność. 

"Pocałuj mnie wiosną" okazało się katastrofalnym wyborem. Gdy przeczytałam ponad połowę książki, byłam bardzo niezadowolona i dalsze czytanie było słabej jakości. Nawet już nie chciałam się wysilać, żeby na siłę znaleźć plusy. Wiem, że na pewno niektórym osobom ta powieść podoba się, czy w przyszłości się spodoba, ale nie mogę zrozumieć czemu. Chyba po prostu całkowicie inaczej odbieramy niektóre aspekty literatury lub czego innego szukamy w książkach. I to jest bardzo fascynujące. Lecz moje zdanie jest jednoznaczne – nie polecam Wam tej lektury. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Taniej Książce 


Zapraszam na mojego bookstagrama – elfik_book ♥

poniedziałek, 18 lutego 2019

Amerykańska królowa – Sierra Simone


Tytuł: Amerykańska królowa

Autor: Sierra Simone

Tłumaczenie: Grzegorz Gołębski

Cykl: New Camelot Trilogy

Tom: I

Kategoria: Erotyk

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 449

Ocena: 2/10







Kto z nas nie marzy o prawdziwej miłości, która jest cierpliwa i pełna czułości, a zarazem szalona, nieposkromiona i pełna namiętności? Myślę, że tu nie ma znaczenia, czy jest się kobietą, czy mężczyzną. To jest tak bardzo ludzkie uczucie, że coś tak banalnego jak płeć nie zmienia nic w tym zakresie. Każdy z nas czeka na ten moment, a gdy przychodzi czas, pozwala się ponieść fali niespodziewanych wydarzeń, pełnej miłości, cierpieniu z nią związanej i swoich własnych pragnień. Tak właśnie robi Greer. 

Greer od dziecka należy do elity, dlatego doskonale zna zasady, które kierują tym światem. Potrafi uśmiechać się w odpowiednim momencie, rzucać błyskotliwymi komentarza i być pewna siebie. To wszystko dzieje się w rzeczywistości polityki amerykańskiej, jednak w jej sercu wszystko odbywa się inaczej. Szczególnie w momencie, gdy poznaje przystojnego mężczyznę, w którym zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Przez lata nie może zapomnieć tego jednego pocałunku pomiędzy nimi. Wtedy była tylko naiwną nastolatką, teraz już jest kobietą i jej uczucia nic się nie zmieniły. Kiedy widzi swojego ukochanego z inną kobietą, pozwala ponieść się rozpaczy, która prowadzi ją do kolejnego przystojnego mężczyzny. Spędza z nim najpiękniejszą noc swojego życia i po raz kolejny zostaje ze złamanym sercem. Lata mijają, a Greer nadal rozpacza, ale w jednym momencie wszystko się zmienia – obaj mężczyźni ponownie wkraczają do jej życia i przewracają go do góry nogami. Czy młoda kobieta będzie potrafiła sobie z tym wszystkim poradzić? Kogo naprawdę kocha? 

Amerykańska królowa od początku była książką, od której nie wymagałam zbyt wiele. Choć należąca do nowości wydawniczych zachęcała. Po ciężkim miesiącu nauki miałam ochotę przeczytać coś lekkiego i stwierdziłam, że tego typu romans albo może bardziej erotyk będzie się idealnie nadawał w tym celu. Tylko tego chciałam, więc czuję się teraz ogromnie zawiedziona, że nawet tak prostej rzeczy, jak sprawienie zwykłej przyjemności w czytaniu, nie była w stanie sprawić. Fabuła od razu wydawała mi się trochę naiwna, jednak dość ciekawy opis i piękna okładka przekonały mnie. I naprawdę w tej chwili tego żałuję. 

Może zacznę od samego stylu autorki. Był on bardzo lekki i przyjemny, więc to chyba jedyny aspekt, gdzie moje oczekiwania zostały spełnione. Nie był też infantylny, więc dla mnie to idealny środek. Nie musiałam zbyt wiele dawać z siebie, żeby zrozumieć tekst, ale nie byłam też zirytowana jego zbytnią prostotą. Dzięki temu powieść czytało się bardzo szybko i fragmentami była wciągająca. Szkoda tylko, że nie był bardziej charakterystyczny, ale za dużo też nie można wymagać. Pod względem języka mam tylko jedno zastrzeżenie – pojawiało się wyjątkowo dużo słów, które gryzły się z całym tekstem. Po prostu w ogóle nie pasowały i wybijały z rytmu czytania. Nie wiem, czy to od początku zawiniła autorka, czy tłumacz. Choć akurat tę wadę da się przeboleć. 

W tej chwili mogę przejść do olbrzymiej fali krytyki. Zacznę od fabuły. Z nią był jeden bardzo poważny problem – nie istniała. Dla mnie jest to po prostu jeden ciąg przypadkowych myśli, fantazji, które pisarka próbowała uporządkować, a i tak poniosła pod tym względem całkowitą porażkę. Jeśli ktoś spytałby mnie o konkretny opis tej książki, to nie miałabym najmniejszego pojęcia, co odpowiedzieć. W "Amerykańskiej królowej" jest tylko jeden prawdziwy wątek – seks. Nic innego nie istnieje, a jeśli nawet gdzieś pojawiały się pojedyncze zalążki innych wątków, to nie było odpowiedniego tła, kontekstu, więc były całkowicie niezrozumiałe. Kto ciągle nawiązuje do nowej, całkowicie wymyślonej polityki, jeśli nie tłumaczy, na czym ona polega? Ciągle słyszymy o wojnie, którą toczy Ameryka z Ukrainą. Jakiej wojnie? Co do tego ma Polska i co to jest w tym świecie Karpatia? Takich pytań mogłabym zadać setki i na żadne nie dostałabym satysfakcjonującej odpowiedzi.

Dla Greer liczył się tylko wyłącznie seks i fantazje erotyczne. W powieści jest podkreślane, jak wielkim uczuciem darzyła tych mężczyzn, jak oni bardzo ją kochali. Wszystko pięknie, szkoda tylko że to puste słowa, a cała ich wielka miłość była wypruta z jakichkolwiek emocji, uczuć... Po prostu roboty zaprogramowane do czynności seksualnych. Co to za miłość? Mam teraz w głowie wspomnienie, jak w szkole śmiało się z par, które nigdy ze sobą nie rozmawiały, tylko spędzały wszystkie przerwy na całowaniu się. To jest dokładnie to samo. W pewnych momentach, aż się dziwiłam, że wiedzą, jak mają na imię. W dodatku większość scen erotycznych jest bardzo mocna. Tutaj już wchodzą własne preferencje czytelników, więc jestem w stanie zrozumieć, że dla niektórych to ciekawe, jednak nie w momencie, gdy nic innego nie istnieje. Dla mnie było to po prostu nie do przejścia. 

Może byłabym w stanie jakoś się przekonać do "Amerykańskiej królowej", gdyby Greer posiadała choć trochę jakieś osobowości i okazywała emocje. Według mnie nie posiadała żadnej kreacji literackiej, gdyż nie jestem w stanie wymienić ani jednej jej cechy poza naiwnością i brakiem inteligencji (a właśnie nią się szczyciła). Ale czy to są cechy? I Ash... Ta postać w mojej karierze literackiej przejdzie w historii jako najbardziej irytujący bohater. Nie mam na niego słów – totalny hipokryta, który nie wie, czego naprawdę chcę. Na szczęście pod względem bohaterów jakoś sytuację uratował Embry. Ten bohater jest dla mnie nieskończony, więc raczej nie powinnam zbytnio się na nim skupiać, ale autentycznie polubiłam go. Jako postać ma w sobie olbrzymi potencjał i jest przy tym tajemniczy, wzruszający oraz mroczny. Jest jedynym prawdziwym plusem tej powieści. 

"Amerykańska królowa" jest dla mnie wielkim rozczarowaniem i żałuję, że ją przeczytałam. To smutne, ponieważ przy tak małych oczekiwaniach, to wręcz niedorzeczne. Odradzam Wam tę książkę, gdyż sama bardzo się przy niej wymęczyłam i na dłuższy czas zrezygnuję z erotyków. Ogólnie nie czytam ich zbyt dużo, ale czasami lubię się oddać im, a to była moja całkowita porażka czytelnicza.  

Za możliwość przeczytania "Amerykańskiej królowej" dziękuję bardzo Taniej Książce

niedziela, 6 grudnia 2015

Assassin's Creed: Renesans


Tytuł: "Assassin's Creed: Renesans"

Autor: Oliwer Bowden

Tłumaczenie: Tomasz Brzozowski

Cykl: Assassin's Creed 

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 488

Film: Assassin's Creed

Ocena: 2/10




W Italii w średniowieczu powstają państwa-miasta. Każde z nich ma własnego władcę i własne zasady. Na pozór nic ich nie łączy poza sojuszami i walkami. Jednak czy na na pewno nie mają innych połączeń? We Florencji jednym z ważniejszych rodów jest Auditore. Giovanni – głowa rodu – odgrywa ważną rolę w polityce i bankowości. Tymczasem jego synowie bawią się, rozrabiają i żyją beztroskim życiem. Ezio uwielbia beztroskę, brak obowiązków i swoją młodość. Nie myśli o czasach, gdy będzie musiał przejąć powinność swojego ojca. A ten dzień przychodzi szybko i niespodziewanie. Ezio z niestatecznego młodzieńca będzie musiał zmienić się w morderczego asasyna. Czy poradzi sobie z zadaniem wyznaczonym mu jeszcze przed jego narodzinami? Kim naprawdę jest jego ojciec? Czy Ezio może ufać swoim przyjaciołom?

"Assassin's Creed" już od iluś lat jest bardzo popularną grą. W 2017 r. ma powstać film na jego podstawie. Niedawno wyszła kolejna część niesamowitych rozgrywek. Dlatego właśnie jest o nim tak głośno. Do tego stopnia, że nawet ja, jako osoba nie interesująca się tą tematyką, zwróciłam uwagę na ten cykl. Nie jestem graczem i nie chcę poświęcać swojego czasu na granie na komputerze lub konsoli, choć nie uważam, że to strata czasu, dlatego postanowiłam przeczytać pierwszy tom w wersji papierowej. Przyciągnął mnie rozgłos i niestety hipnotyzujące okładki. Zawsze mnie fascynowały te tajemnicze postacie na obwolutach. Zadawałam sobie pytanie: kim są? Aż wreszcie zadecydowałam, że poznam odpowiedź. Czy była warta mojego czasu? "Assassin's Creed: Renesans" jest książką, która wyjątkowo mnie zwiodła. Miałam duże wymagania, które w najmniejszym stopniu nie zostały spełnione. 

Odkąd tylko się dowiedziałam, że powieści zostały napisane na podstawie gry, byłam niesamowicie zdziwiona tą kolejnością. Naprawdę rzadko zdarza się, że inspiracją nie jest książka tylko rozgrywka komputerowa. Ludzie polubili do tego stopnia "Assassin's Creed", że powstał i cały literacki cykl, i film. Przed przeczytaniem tej historii obejrzałam najpierw zwiastuny gry. Mogę je określi dwoma słowami – robią wrażenie. Przeniosłam się do innego świata, który mnie zachwycał i dawał niesamowitą ilość adrenaliny. W ostatnim czasie tego potrzebowałam, więc miałam nadzieję, że znajdę to w opowieści o asasynach. W dodatku miałam skojarzenie z "Sagą o Wiedźminie". Nie mam tu na myśli podobnej fabuły czy nawet kreacji świata. Po prostu byłam przekonana, że znajdę kolejną książkę fantasy, która mną zawładnie tak jak "Saga o Wiedźminie". Wybaczcie mi fani Sapkowskiego, że popełniłam tak karygodną pomyłkę.

Fabuła "Renesansu" jest niemiłosiernie nudna. Pierwsze kilkadziesiąt stron zaciekawiło mnie. Jednakże czym dalej, tym pojawiało się więcej suchych faktów. Czasami miałam wrażenie, że czytam podręcznik od historii, zamiast pasjonującej powieści, na którą tak bardzo liczyłam. Bowden skupił się na ogólnym przekazie, a nie dopracował wykreowanego świata, przyczyn i skutków. Po prostu coś się zdarzyło i tak ma być. Brakowało scenek sytuacyjnych. W każdej rozbudowanej powieści występują, tworząc tło dla opowieści. To jest konieczne, bo dzięki temu wiemy, w jakiej rzeczywistości żyje bohater. A w takim przypadku widzimy główną postać na białej kartce. Nic się nie zmienia, nie pojawiają się nowe wątki, wszystko dąży to tego samego.

Jestem w stanie wybaczyć wszystkie te wady oprócz jednej. Czas, czas i jeszcze raz czas. Autor całkowicie nie umiał nim operować, a to jest podstawa. Gdy poznajemy Ezia, ma on siedemnaście lat. Natomiast gdy kończymy powieść, ma ponad czterdzieści. Nie twierdzę, że taka duża przestrzeń czasu jest błędem. Lecz nie czułam, jak upływa. Dostawałam zwykłe zdanie: minęło lat osiem. Co się działo przez te osiem lat? Jak zmienił się główny bohater? Ludzie się zmieniają a raczej ich mentalność. A Ezio? Cały czas był tą samą postacią, którą poznałam na początku. Dążył do celu, ale nigdy tak naprawdę nie został on jasno określony. Kończąc "Renesans" nadal nie wiem, czym on był.

Dla osób, które lubią akcję, jest to dobra książka, ponieważ opiera się tylko na szybkim tempie wydarzeń. Dla mnie nie jest to dobre rozwiązanie, ponieważ nie otrzymałam odpowiedzi, nie wiem, z czego wynika postępowanie asasyna i nie wiem, jak do tego doszło. Na początku myślałam, że to po prostu ja nie rozumiem wielu rzeczy, ale z czasem doszłam do wniosku, że ich nie ma. Miałam wrażenie, że Bowden miał genialny pomysł, który został dopracowany w jego głowie, lecz bardzo śpieszył się, żeby przelać go na kartkę, więc ominął istotne wyjaśnienia.    

"Assassin's Creed: Renesans" jest dla mnie największym zawodem tego roku. Przyznaję, że moje wymagania były wyjątkowo wysokie i to bardzo wpływa na ogólną ocenę, jednakże nie ukrywajmy, że jest to po prostu książka o dobrym pomyśle, ciekawiej fabule i przede wszystkim niewykorzystanym potencjale. Mimo tak złych wspomnień jestem pewna, że zaznajomię się z kolejnymi częściami, Kto wie, może będzie coraz lepiej... 

Książka przeczytana w ramach wyzwania: