Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lipca 2016

Granica


Tytuł: "Granica"

Autor: Zofia Nałkowska

Kategoria: Klasyka

Wydawnictwo: Greg

Liczba stron: 248

Film: Granica (1977 r.)

Ocena: 7/10










Granica jest ruchoma. Bardzo łatwo ją przesunąć. Państwo za pomocą jednego papieru może zmienić losy całego kraju. Co dopiero człowiek, który sam wyznacza własną granicę? Nie ma żadnych ograniczeń. Tylko i wyłącznie słowa, które mogły być nawet niewypowiedziane. Jak duże mają znaczenie? Ile razy sami nie dotrzymaliście obietnicy? Zenon ma tylko jedno pragnienie – chce być uczciwy. Jako dziecko patrzył, jak jego ojciec zdradza matkę i codziennie ją przeprasza. Ona natomiast sumiennie wybaczała mu. Wybaczenie to podstawa, ale czy na dłuższą metę można uniknąć konfliktów? Czy w konsekwencji ich syn spełni wszystkie swoje marzenia? 

Zwykle jestem pozytywnie nastawiona do lektur. W końcu to jedna z wielu książek, które mają uznanie wśród ludzi wykształconych, a przynajmniej taka jest oficjalna wersja. O "Granicy" nigdy wcześniej nie słyszałam, więc z chęcią wzięłam się za czytanie. W czasie lektury zaczęły mnie dochodzić negatywne opinie, ale nie dałam się zniechęcić. Powieść okazała się dość trudna i jak to ocenił jeden z moich znajomych – kobieca. W pewnym sensie miał rację, ale nie tak do końca...

Styl autorki jest bardzo ciężki. Pisze skomplikowaną składnią, która w tych czasach jest prawie niespotykana. Jest to dość trudne dla ucznia. Ja od dziecka bardzo lubię czytać, jednakże dla innych osób może to być naprawdę uciążliwe. Sama potrzebowałam wielu stron, by przywyknąć do języka autorki. Pojawiła się naprawdę duża liczba opisów przeżyć wewnętrznych. Uwielbiam tego typu opisy, więc pod tym względem powieść była dla mnie rajem. Nie zmienia to faktu, że czasami była nużąca. 

Fabuła okazała się mało oryginalna. Jest to dość sztampowa historia, która wielokrotnie pojawiała się w literaturze. Nie zaskoczyła mnie niczym, co odebrałam raczej negatywnie. Jednak oczekuję, że powieść zaskoczy mnie i da nową inspirację. Od początku znaliśmy zakończenie, gdyż wystąpiła kompozycja klamrowa. Można powiedzieć, że w jaki sposób miała być nieprzewidywalna, gdy autorka od razu zdradza nam losy Zenona. Lecz mimo to spodziewałam się czegoś więcej, jakieś niespodzianki. W "Granicy" niejednokrotnie wystąpiły retrospekcje, które zaburzały chronologię i sprawiały, że naprawdę trzeba było się skupić na tekście, jeśli chciało się dobrze zrozumieć fabułę. Skomplikowało to książkę, lecz na mnie to wywarło dobre wrażenie. I muszę przyznać, że coś jest z tym spojrzeniem kobiecym. Uważam, że jest to zbyt duże słowo, ale na pewno powieść jest lepiej zrozumiała dla żeńska płci.

Bohaterowie byli dla mnie papierowi. Nałkowska nie dała możliwości lepszego poznania ich. Znaliśmy ich przeszłość i przyszłość, ale zabrakło typowej codzienności i reakcji na różne sytuacje. Trochę zaprzeczam samej sobie, gdyż były liczne opisy, ale to nie było to. Brakowało opisu ich charakterów albo sytuacji, z której sami moglibyśmy więcej wywnioskować. Miałam bardzo duży problem z ich ostateczną oceną. Każdy popełnił błędy i każdy musiał zmierzyć się z ich konsekwencjami. Ale kto ich nie popełnia? W powieści wystąpiło wiele postaci epizodycznych, które były okryte dla mnie wielką tajemnicą. Pojawiały się, ale tak naprawdę były jednym, wielkim sekretem.

Psychologia była bardzo rozbudowana. Autorka przedstawiała nam standardową sytuację, która miała miejsce w każdych czasach i jej konsekwencje. Przyznała się do rzeczy, o których nie chcemy mówić i udajemy, że nas nie dotyczą, mimo że dobrze wiemy, że jest inaczej. Daje możliwość przemyślenia wielu sytuacji i zrozumienia ich, a przy tym ostrzega. Pod względem psychologicznym ukazała swój warsztat w całej okazałości, dlatego właśnie "Granica" tak bardzo przypadła mi do gustu.

Jest to ciężka książka i jestem pewna, że wiele osób podda się, próbując ją przeczytać lub negatywnie ją oceni. Jednakże ja zapamiętam ją na długo i uważam, że powinno się przynajmniej podjąć próbę, by zapoznać się z jej treścią.      

poniedziałek, 11 lipca 2016

Jądro ciemności


Tytuł: Jadro ciemności

Autor: Joseph Conrad

Tłumaczenie: Aniela Zagórska 

Kategoria: Klasyka

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 160

Film: Jadro ciemności (1993 r.)

Ocena: 8/10








Kim naprawdę jestem? Czym jest świat? Czy człowiek jest czymś więcej niż zwierzęciem? Te pytania są zadawane od wieków i nikt na nie nie odpowiedział. Każdy ma jakieś zdanie, jakieś argumenty, może nawet dowody, ale tak naprawdę nie jest w stanie potwierdzić swojej odpowiedzi. Marlow wyruszył na Czarny Ląd, by tam zaznać przygody, ale również spełnić swoje marzenia i poznać samego siebie. Jest człowiekiem z doświadczeniem oraz wyjątkowo rozwiniętą inteligencją. Jednak nawet on jest zaskoczony tym, co zobaczył, a raczej zrozumiał. Wtedy właśnie on zadawał pytanie – kim naprawdę jesteśmy?. Z czym spotkał się Marlow? Jakie wrażenie zrobił na nim tajemniczy Kurtz?

"Jądro ciemności" jest lekturą szkolną, o której mówi się dość dużo. Co prawda nie słyszymy o niej tyle co o "Krzyżakach", "Lalce", czy "Panu Tadeuszu", lecz gdy młody człowiek przekroczy mury liceum, będzie musiał spotkać się z tą powieścią. Jest wiele różnych zdań na jej temat. Jednak ja najczęściej spotykałam się z tymi pozytywnymi. Wiedziałam, że książka jest krótka, ale czyta się ją długo i ma w sobie wiele inteligentnych spostrzeżeń. Uwielbiam takie lektury, dlatego z chęcią przeczytałam ją i na pewno nie zawiodłam się. 

Joseph Conrad jest bardzo sławnym pisarzem, który oczarował na całym świecie wiele ludzi swoimi cennymi uwagami oraz łatwością uchwycenia tematu. Zastanawiałam się, co takiego jest w jego powieściach, że czytelnicy tak bardzo je chwalą i dlaczego podobno czyta się je tak długo. Teraz już rozumiem to. Styl autora jest niesamowity. Bardzo ciężki i często ma skomplikowaną składnię, co utrudnia czytanie, jednakże gdy już się wciągnęłam, nie miało to najmniejszego znaczenia. Choć nie – sprawiło, że ta opowieść zawładnęła mną. Język, jakim posługuje się Conrad, jest niespotykany, co mnie oczarowało i zachęciło do sięgnięcia po inne jego dzieła.

Fabuła jest niezwykle zajmująca. Nie spodziewajcie się, że znajdą się tu sceny pełne akcji i zaskakujących wydarzeń. To nie tego typu opowieść. Jest ona raczej statyczna i bardzo płynna, ale właśnie to ją ubarwia i nadaje geniuszu. Nie miała być to historia napisana dla rozrywki, tylko dla refleksji i zastanowienia się na swoim postępowaniem. Ona bardzo rozbudowany morał i wyjątkowo wciąga. W pewien sposób zawładnęła mną i nie żałuję, że pozwoliłam na to.

Tematyka jest bardzo istotna. Co prawda porusza temat, który w tej chwili nie dotyczy nas tak bardzo jak kiedyś, ale nadal jest pewnym problemem i można jak najbardziej uznać ją za uniwersalną. Wspomina o Murzynach, którzy zacofani i nie znający świata technologii pozwalali się wykorzystywać Europejczykom. To oni byli nazywani dzikusami, a tymczasem udowadniali, że jest całkiem odwrotnie. "Jądro ciemności" wprowadziło mnie w nastrój refleksyjny, który utrzymywał się jeszcze długo po przeczytaniu powieści. Tymbardziej że omawiałam ją również w szkole. 

Cieszę się, że ta książka znajduje się w kanonie listy lektur. Podejrzewam, że inaczej nie miałabym okazji jej przeczytać albo po prostu zrobiłabym to wiele lat później. Jeśli jeszcze jej nie znacie, uważam, że waszym obowiązkiem jest zapoznanie się z nią.  

wtorek, 10 maja 2016

Szklany tron


Tytuł: "Szklany tron"

Autor: Sarah J. Maas

Tłumaczenie: Marcin Mortka

Cykl: Szklany tron

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Uroboros 

Liczba stron: 520

Ocena: 6/10






Większość z nas ma szczęśliwe życie. Nieidealne, ale szczęśliwe. Wracamy do domu i ktoś na nas czeka. Wiemy, że ten ktoś porozmawia z nami, pocieszy nas, czasami się pokłóci, ale będzie. Wiemy, że gdy rano wstaniemy zaczniemy schematycznie wykonywać te same czynności, by po chwili narzekać, że to takie nudne. Wiemy, że drugiego dnia będziemy żyć. Może to nie jest pewna wiedza, ale nie zakładamy, że jutro umrzemy. Celaena nie ma żadnej pewności. Dla niej zwykły dzień to cierpienie, śmierć, głód i brak nadziei. Lecz jednak coś nie pozwala się jej poddać. Może to wspomnienie tego kim kiedyś była... A może pragnienie wolności – na tyle mocne, by pozwoliło jej przetrwać w otchłani kopalni. Pewnego dnia Celaena dostaje szansę. Może znowu stać się wolna. Musi tylko wygrać jeden turniej i zostać na kilka lat królewską zabójczynią. Jeszcze niedawno byłaby to łatwa próba, ale po roku pracy w kopalni, gdzie średnia życia wynosi trzy miesiące, dziewczyna straciła swoje umiejętności. Czy da radę odnaleźć iskrę radości w życiu? Czy jest gotowa na powtórny trening? 

Pierwsze moje wspomnienie z tą książką wiąże się z okładką. Gdy pierwszy raz zobaczyłam ją na półce księgarni, zostałam oczarowana. Coś mnie przyciągało do tej niezwykłej dziewczyny. Może jej tajemniczość, bezwzględność. Sama nie wiem... Niestety ostatecznie nie uległam jej czarowi. Lecz zaczęłam trafiać na jej recenzje, gdzie zawsze była wychwalana. Wyszła kolejna część, a później trzecia. Każda z nich pozytywnie oceniana. Dlatego właśnie miałam bardzo wysokie oczekiwania co do niej. Wreszcie ją przeczytałam i tak naprawdę bardzo trudno jest mi wyrazić swoje zdanie.

Pomysł od razu wydał mi się oryginalny. Co prawda takich książek, gdzie występuję femme fatale, potrafiąca zabić człowieka gołymi rękami, jest obecnie dużo. Jednakże w "Szklanym tronie" historia Celaene jest w pewien sposób inna. Może dlatego że na początku nie dostajemy opisu niezwykłej, niepokonanej dziewczyny tylko jej cienia. Mało która powieść zaczyna się w ten sposób – od upadku... Jest to nietypowe podejście i mogłoby się wydawać, że niezachęcające, tymczasem ja dzięki temu od razu oddałam się z pasją czytaniu. Niestety po pewnym czasie okazało się, że powieść ma niewykorzystany potencjał. "Szklany tron" nie był tym, czego się spodziewałam w początkowej fazie i działa to na niekorzyść książki.

Styl autorki jest bardzo przyjemny. Od razu mnie tym zaskoczyła. Nic dziwnego, że tak dużo ludzi ją wychwala. Dzięki lekkiemu piórowi powieść czyta się niezwykle szybko i w ogóle nie zauważa upływu czasu. Sama oddałam się tej historii, nie zważając na realny świat i konsekwencje. Jednak musi być jakieś "ale". Język, który używa Mass, jest wyjątkowo płynny i lekki, lecz pasuje bardziej do obecnie popularnego New Adult niż opowieści fantasy. W pewien sposób łamie klimat i ogranicza wyobraźnię. W historiach, które dzieją się w podobnym do średniowiecza uniwersum, cenię archaizowany język o nietypowej składni.

Co do bohaterów mam bardzo mieszane uczucia... Celaena wydawała mi się na początku bardzo barwną postacią, lecz w pewnym momencie okazała się papierowa i... pusta. Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale naprawdę rzadko się zdarza, że postać, którą polubiłam od samego początku, staje się dla mnie irytująca i po pewnym czasie obojętna. Natomiast księcia Doriana od pierwszej chwili nie polubiłam. Gdy tylko się pojawiał, czułam rozdrażnienie i nigdy nie mogłam zrozumieć jego postępowania. A raczej mogłam, tylko uważałam, że jest nieodpowiednie... Za to bohaterem, którego zapamiętam na długo, jest dowódca straży królewskiej – Chaol. Jest on dla mnie niezwykle fascynujący i muszę przyznać, że trochę się z nim utożsamiam. Mimo tego że nie zawsze był sympatyczny czy tajemniczy, miał w sobie coś wyjątkowego. Poza tym postacie epizodyczne okazały się ciekawymi zagadkami. Część z nich pewnie nigdy nie rozwiążę, ale jestem pewna, że w niektórych przypadkach autorka na pewno pociągnęła te wątki dalej. 

Niestety trochę rozczarowałam się... "Szklany tron" bez wątpienia był ciekawym przeżyciem dla mnie, ale po tylu pozytywnych opiniach miałam większe oczekiwania. Jestem pewna, że sięgnę po kolejne części, ale już nie z takim zainteresowaniem. Tymczasem polecam tę powieść osobom, które lubią lekkie książki fantasy. 

sobota, 2 kwietnia 2016

Szklany Miecz


Tytuł: "Szklany Miecz"

Autor: Victoria Aveyard

Tłumaczenie: Adrianna Sokołowska-Ostapko

Cykl: Czerwona Królowa

Tom: II

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 560

Ocena: 8/10





Coś się kończy, coś się zaczyna. Jest to nieunikniony bieg historii. Czasami są to małe sprawy, o których istnieniu nie zdajemy sobie sprawy. Innym razem są to wydarzenia, które zapadną w pamięć każdemu człowiekowi na świecie. Miną wieki, a i tak znajdą się ludzie, którzy będę pamiętać i przekazywać dalej nieprawdopodobną opowieść, będącą przeszłością całego świata. Mare żyje w czasach, gdzie tworzy się nowa historia. Jest postacią, która zostanie zapamiętana na wieki. Jest symbolem wolności i nowej rzeczywistości. Czy dziewczyna poradzi sobie z tym obowiązkiem? Czeka ją ciężka próba, gdzie będzie musiała podejmować decyzje dotyczące życia tysięcy ludzi. Kto tym razem zginie, a kto dostanie drugą szansę?  

Gdy do księgarni weszła "Czerwona Królowa", wszyscy oszaleli na punkcie tej książki. Nie miałam wątpliwości, że wydawnictwo osiągnęło to dzięki odpowiedniej reklamie i hipnotyzującej okładce. Nikt nie zaprzeczy, że okładki tego cyklu są niezwykłe. Jak się domyślacie, właśnie to przyciągnęło moją uwagę. Cały czas walczę, by w taki sposób nie oceniać książek, ale nie da się tego tak po prostu wyeliminować. Mogłam tylko liczyć na to, że jej środek okaże się wartościowy. Ostatecznie miałam mieszane uczucia. Powieść zrobiła na mnie wrażenie, ale została też według mnie nieodpowiednio poprowadzona. Jakie odczucia mam po przeczytaniu drugiego tomu – "Szklanego Miecza"? Na pewno o wiele lepsze.

Nie mam wątpliwości, że druga część jest o wiele lepiej wykonana niż jej poprzedniczka. Victoria Aveyard rozwinęła swój talent i zafundowała nam niesamowitą opowieść, która pochłonęła mnie bez końca. Choć na początku bardzo kojarzyła mi się z "Igrzyskami Śmierci", co mnie zirytowało, ponieważ mam już dość kopiowania serii, która kilka lat temu zyskała taką sławę. To już było. Nie warto powtarzać tego samego motywu, gdyż staje się nudny. Jednak po pewnym czasie fabuła zmieniła swoją postać i zaczęła kreować własną historię, dając pole popisu dla wyobraźni. Gdyby nie początek, byłaby to całkiem nowa opowieść. Nie byłabym w stanie skojarzyć ją z inną książką. Oczywiście pojawiają się podobne motywu, ale jest niemożliwe, by to wyeliminować.

Byłam zaskoczona, jak szybko wciągnęłam się i przeniosłam do świata Mare, poznając samą siebie. Od jakiegoś czasu zaczęłam się zastanawiać, co bym zrobiła na miejscu bohaterów. Kiedyś powieści ukazywały dla mnie jednoznacznie dobro i zło. Od razu oceniałam i nie zmieniałam swojej oceny. "Szklany Miecz" jest książka, która udowadnia, że nie można zbyt pochopnie wyrażać swojego zdania i krytykować innych. Każdy popełnia błędy. Tymbardziej jeśli niektórych rzeczy nie można przewidzieć. Na każdej stronie czekała mnie nowa niespodzianka, która wielokrotnie szokowała. W dodatku cała powieść jest wyjątkowo dokładna. Nie pojawiają się w niej błędy logiczne, a jeśli nawet to ja ich nie zauważyłam, a miłuję się w wynajdywaniu takich małych kruczków. Jestem również zadowolona, że wątek romantyczny nie okazał się tak bardzo ckliwy jak w "Czerwonej Królowej". W pierwszym tomie miłość bohaterów zniszczyła całą opowieść. Była nieuzasadniona i irytująca. W tej części okazała się miłą odskocznią od problemów wielkiego świata i czułam, że jest rzeczywista. 

W powieści dzieje się niesamowicie wiele. Akcja gna, ale na szczęście nie męczy. Pozwala się wciągnąć oraz nadaje realności wydarzeniom. Jesteśmy świadkami zwykłej rozmowy, a za moment cały świat przewraca się do góry nogami. Bardzo mi się to spodobało, gdyż podobnie jest w życiu. Niektóre rzeczy pojawiają się z dnia na dzień i nie jesteśmy w stanie nad nimi zapanować. Victoria Aveyard idealnie obrazuje to.

Co do bohaterów mam wyjątkowo mieszane uczucia. Zacznijmy od tego, że nie lubię głównej bohaterki. Jest dla mnie papierową postacią, która bardzo mało wprowadza do mojego życia. Poza tym Mare okropnie mnie irytuje. Wspomniałam wcześniej, ze trudno jest ocenić jej postępowanie i nie jestem pewna, czy nie zrobiłabym identycznie. Jednak nie jestem w stanie poczuć sympatii do dziewczyny od błyskawic. Natomiast bardzo do gustu przypadł mi jej brat – Shade – oraz Farley. Są to postacie wyjątkowo barwne i nieprzewidywalne. Żałuję, że pisarka nie poświęciła im więcej uwagi. Mogłaby stworzyć z nich niesamowitych bohaterów, którzy na długo zapadliby w pamięć. Poza tym w całej powieści pojawia się bardzo dużo epizodycznych postaci, które wiele wprowadzają do fabuły. Tak naprawdę nie poznajemy ich, ale podświadomie czujemy, że odgrywają ważną rolę.

Cieszę się, że miałam okazję przeczytać "Szklany Miecz". Po przeczytaniu "Czerwonej Królowej" nie miałam wygórowanych wymagań, a tymczasem okazało się, że młoda pisarka poradziła sobie idealnie. Jeśli lubicie fantastykę i czytaliście pierwszy tom, zachęcam was do przeczytania kolejnego. Naprawdę jest tego warty.   


Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo platformie Woblink

PS: Książka dostępna na [LINK]

czwartek, 24 marca 2016

Posiadacz


Tytuł: "Posiadacz"

Autor: John Galsworthy

Tłumaczenie: Róża Centnerszwerowa

Cykl: Saga rody Forsyte'ów

Tom: I

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 387

Film: Saga rodu Forsyte'ów (serial)

Ocena: 8/10




Wiktoriańska Anglia – czasy, gdy liczy się moda, pieniądze i odpowiednia opinia. Nie ma nic ważniejszego. W końcu zawsze trzeba dobrze się prezentować i nie pozwalać, by jakiekolwiek emocje brały nad nami górę. Można poświęcić wszystko, by reputacja nie uległa zniszczeniu. Miłość, nienawiść, dzieci? Nie, to nie ma żadnego znaczenia. Najistotniejsze jest to, co posiadasz, to, czym możesz się pochwalić przed rodziną i innymi znakomitymi rodami. Nie masz nic takiego – jesteś nikim. Takie poglądy na ten temat ma rodzina Forsyte'ów. Jednak co się stanie, gdy jeden z jej członków może stracić swoją własność? Czy wygra niepożądana miłość, czy wrodzona nienawiść?

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej książce. Postanowiłam ją przeczytać tylko, dlatego, że opowiada o czasach wiktoriańskich, którymi od lat się fascynuję. Muszę przyznać, że spodziewałam się ckliwego romansu, który będzie irytował mnie każdą możliwą sceną. Obecnie są popularne powieści historyczne oparte na wątku miłosnym. Niestety nie robią na mnie dobrego wrażenia. Lecz postanowiłam zaryzykować i dać szansę "Posiadaczowi". Okazało się, że to był wyjątkowo dobry wybór. Książka okazała się czymś zgoła odmiennym od tego, co sobie wyobrażałam. 

Fabuła wciągnęła mnie od pierwszych stron. Byłam zaskoczona, że z taką łatwością przeniosłam się do świata Forsyte'ów i odnalazłam jako jedna  z bohaterek. Czym więcej czytałam, tym mój apetyt był większy. Denerwowałam się, gdy musiałam przerwać w tak ciekawym momencie, a prawie każdy taki był. Na pozór cała historia wydaje się bardzo powolna i nie wnosząca nic istotnego do naszego życia. Wszystkie wydarzenia były poprzedzone rozległymi opisami, które nie każdemu przypadną do gustu, jednakże mnie oczarowały. Nie lubię, gdy w tego typu powieściach akcja jest szybka i niedokładna. Mija się to z celem. Tutaj mogłam się delektować prostym życiem, ale dającym wiele wskazówek. Nie miałam pomysłu, do czego opowieść może prowadzić i jak mam być szczera, to nadal nie wiem. Lecz nie czuję tego niedosytu, dyskomfortu. To jest jak życie. Każdy z nas ma plany, marzenia, a mimo to nie wie, gdzie będzie za rok. 

Zaskoczył mnie styl autora. Okazał się bardzo trudny i ciężki. Na początku bałam się, że bardzo mi to utrudni czytanie i zniechęci do dalszej lektury, lecz po jakimś czasie zaczęłam doceniać kunszt pisarza i zdałam sobie sprawę, że to właśnie ten język sprawia, że "Posiadacz" jest tak wspaniałą książką. Składnia jest wyjątkowo nietypowa i naprawdę trzeba poświęcić trochę czasu, by przyzwyczaić się do niej, ale gdy przejdzie się przez ten etap, zaczyna się rozumieć świat przedstawiony w powieści. Dzięki niemu łatwo przenieść się do ówczesnych czasów i przeżywać wszystkie wydarzenia razem z wybitnym rodem.

Największym plusem "Posiadacza" są bohaterowie. Są bardzo różnorodni i niejednoznaczni. Każdy ma swój charakter, który wyróżnia go na tle innych. A trzeba wam wiedzieć, że postaci w tej historii jest naprawdę wiele. Nie ma osoby, którą jednoznacznie można określić jako złą lub dobrą, gdyż każdy członek rodziny ma swoje zalety cenione przez innych, ale również wady, które bardzo często trudno zaakceptować. Moją ulubioną postacią jest Soames. Jest to mężczyzna całkowicie pozbawiony wyobraźni i niepotrafiący się odnaleźć w prawdziwym świecie. Nie posiada za grosz empatii, ani zrozumienia. Jednak mimo tych wszystkich wad bardzo go polubiłam. Wiele rzeczy i emocji nie było zależne od niego, choć on sam miał inne zdanie. Wydawał się chłodny, aczkolwiek potrafił kochać prawdziwą miłością, choć nikt nie potrafił tego dojrzeć. Natomiast o jego żonie  – Irenie – nie mam żadnego zdania i chyba właśnie dlatego tak przykuła moją uwagę. Jest dla mnie tajemniczą marą, która może pewnego dnia ukaże światu swój sekret. Również moją sympatię zyskał Jolyon. To człowiek z krwi i kości, a przede wszystkim duszy. Popełnił w swoim życiu wiele błędów i nigdy publicznie nie przyzna się do nich, lecz potrafi przyznać się samemu sobie, co jest dla mnie pewnym aktem odwagi. 

Tematyka jest wieloraka. Mimo że główny motyw to najróżniejsze formy posiadania, jest ona o wiele bardziej rozbudowana. Myślę, że każdy czytelnik znajdzie w "Posiadaczu" odwołanie do własnych rozterek, problemów czy błędów. Ta powieść ostrzega w bardzo odczuwalny sposób i sprawia, że człowiek jest skłonny do refleksji nad swoim życiem i otoczeniem.

"Posiadacz" bez wątpienia jest wybitną książką, która wiele wprowadza do istnienia i świata. Nie można jednak zapomnieć, że jest bardzo trudna i nie jestem pewna, czy do końca ją zrozumiałam. Właśnie dlatego za kilka lat wrócę do jej lektury. Tymczasem polecam pierwszy tom o tym znakomitym rodzie dojrzałym czytelnikom.   

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Redakcji Essentia 


piątek, 18 grudnia 2015

Czekając na odkupienie


Tytuł: "Czekając na odkupienie"

Autor: Katarzyna Łochowska

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 266

Ocena: 7/10











W mroku słychać jęk. Słyszycie? Jest coraz głośniejszy... Coraz bliżej nas. On nie jest jeden! Jest ich więcej. Zbliżają się. To już koniec – nic nam nie pomoże. Te jęki... one są przerażające. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by ktoś tak cierpiał. A Wy? Są już. Przyszły po nas. Czy my też będziemy znosić takie katusze? Cierpieć za nasze grzechy? Dzisiaj zabierze tylko jedno z nas, ale na pozostałych też przyjdzie kolei. Ona już odeszła. Jest tam. Przecież sobie nie zasłużyła! Ale czy na pewno? Cassandro, gdzie jesteś? Widzieliście? Te zielone oczy są z nią. Cassandra się ich boi. Czy da radę? Czy wróci do nas? 

"Czekając na odkupienie" jest powieścią, o której nie słyszałam w roku premiery. Jak wiele innych książek, pojawiła się na rynku bez krzyku i bez wszędzie wiszących plakatów. Jednak z czasem usłyszałam o tej książce i odtąd z każdą chwilą słyszałam o niej coraz więcej. Spotkałam się z pozytywnymi opiniami, ale także i tymi złymi. Moja ciekawość z małego zainteresowania zmieniła się w olbrzymią potrzebę przeczytania tej historii. Musiałam ją zaspokoić i tak też zrobiłam. Czy było warto? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, po prostu nie umiem. "Czekając na odkupienie" jest opowieścią, którą nie wiem, jak ocenić. Chce mi się śmiać, gdy przypominam sobie, jak ją czytałam. Te wszystkie momenty zwątpienia, które były zastępowane niesamowitą fascynacją. Już dawno nie trafiłam na powieść, która wywołała u mnie tak wiele sprzecznych uczuć. A historia, która tak bardzo oddziałuje na człowieka i to w dodatku w tak różnorodny sposób, jest dobra, choćby miała dostać najniższą ocenę. 

Od początku byłam zaintrygowana nią. Nie miałam najmniejszego pojęcia, o czym ona jest. I chciałam się tego dowiedzieć. W swojej głowie dzielę ją na trzy różne światy i co do każdego z nich mam inne odczucia. Jeden wywoływał mieszane uczucia, drugi był znienawidzony przeze mnie, a trzeci uwielbiany. Podoba mi się ten pomysł. Nie wiem, czy autorka zdawała sobie sprawę, że tworzy takie tło fabularne, jednakże wyróżnia się ono na pierwszy rzut oka, co jest dość oryginalnym zabiegiem literackim. Razem tworzą ciekawy podkład do wydarzeń. Lecz takie zróżnicowanie sprawiło, że niektóre momenty były niemiłosiernie nudne i miałam ochotę przestać czytać. Natomiast inne sprawiały, że nawet na chwilę nie mogłam się oderwać od powieści. Ta fascynacja przeplata z olbrzymią dawką irytacji w interesujący sposób oddziaływała na mnie. Poza tym nie mam najmniejszej wątpliwości, że Katarzyna Łochowska jest oczarowana światem wykreowanym przez Tolkiena. Znam ten rodzaj zauroczenia, ponieważ, jak część z was pewnie wie, niedawno wkroczyłam w rzeczywistością stworzoną przez Tolkiena. Cieszę się, że pojawił się taki motyw. I nie mam tu namyśli wykorzystania pomysłów tego autora, tylko zwykłą inspirację, która w połączeniu z nowymi wydarzeniami ubarwiła opowieść. W dodatku wyczuwałam jeszcze jedną znaną mi książkę. Wydaje mi się, że jest to "Strąceni", lecz jest to mało znana powieść i podobieństwa były subtelne. Razem stworzyło to pasjonującą historię.

Jak już wcześniej wspomniałam, były momenty, które wyjątkowo mnie intrygowały. Najczęściej towarzyszyły im ciekawe wydarzenia, która nadawały powieści akcji oraz bez wątpienia zachęcały do kontynuacji książki. Jednakże autorka miała, jak większość młodych pisarzy, problem z odnalezieniem się w czasie. Jest to drażniący błąd i tak naprawdę nie jestem w stanie określić, skąd wynika. Gubiłam się w czasie. Co prawda nie wpływało to jakoś bardzo na całokształt opowieści, ale złościło. Ludzie z czasem się zmieniają, krajobraz również, teraźniejszość idzie nową drogą. Nie wystarczy napisać, ile czasu minęło. Trzeba czegoś więcej, żeby było to dobrze i przede wszystkim naturalnie widoczne. Jednak nawet w momentach zwątpienia pchał mnie do dalszego czytania dziwny rodzaj ciekawości. Po prostu chciałam wiedzieć, do czego to wszystko zmierza i jaki ma cel.

Co do bohaterów mam mieszane odczucia. Pisarka nadała im różnego typu charaktery, który od razu wyczuwało się, ale brakowało dowodów na ich potwierdzenie. Nie mówię tu o tym, by opisywać dokładnie ich osobowość. To byłby karygodny błąd, lecz stwierdzam, że nadal ich nie znam. Brakuje mi logiki w tym, co robię. Oczywiście nie oczekuję od nich racjonalnych decyzji, które zawsze będą dobrze wpływać na rzeczywistość. Nie wiem, co ich motywuje do takiego działania.

Styl autorki jest poprawny, choć brakuje mi w nim czegoś. Bez wątpienia jest dobry i wciągający czytelnika. Przeprowadził mnie płynnie przez całą powieść i wielokrotnie sprawił, że na mojej twarzy zagościł uśmiech. Lecz brakowało swego rodzaju iskry, która ubarwiłaby całą powieść. 

"Czekając na odkupienie" jest specyficzną książką. Nadal nie mam pojęcia, jak ją ocenić. Warto przeczytać, czy nie? Na pewno nie jest to historia, która spodoba się wszystkim. By ją przeczytać trzeba mieć nietypowe spojrzenie na świat i z dystansem podchodzić do życia.

Za możliwość poznania innego świata i refleksyjnie spędzone chwile dziękuję bardzo Autorce powieści – Katarzynie Łochowskiej 

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

sobota, 12 grudnia 2015

Deszczowa noc


Tytuł: "Deszczowa noc"

Autor: Jodi Picoult

Tłumaczenie: Katarzyna Kasterka

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 

Liczba stron: 536

Ocena: 6/10 










To zwykły nic nieznaczący dzień. Każdy wykonywał swoje obowiązki tak jak co dzień. Bo niby czym taki normalny dzień miałby się różnić od pozostałych? Zacznie padać deszcz? Komendant policji zrobi obchód inną trasą niż zwykle? A może miejscowa kwiaciarka nie zdąży zrobić wszystkich bukietów na czas? To byłoby coś innego, ale nie na tyle ważnego, by na dłużej skupić na tym swoją uwagę. Na pewno tego dnia nie wydarzy się nic nadzwyczajnego. Dlaczego niby tego dnia miałby do małej miejscowości przyjechać kuzyn komendanta policji, z którym sam policjant nie widział się od przeszło dwudziestu lat? A jeśli nawet – co miałby powiedzieć? Że jest z żoną, którą przed chwilą zabił? Nie, to przecież nieprawdopodobne. Na pewno?

" – Nazywam się James MacDonald – powiedział mężczyzna tak głośno, żeby wszyscy wokół dobrze go usłyszeli. – Jestem twoim kuzynem. – Cofnął się w stronę pikapa i wskazał na siedzenie pasażera, na którym półleżała śpiąca kobieta. – Moja żona, Maggie, nie żyje. – Spojrzał w oczy Cameronowi. – I to ja ją zabiłem."

O książkach Jodi Picoult słyszałam wiele pozytywnych opinii. Podobno ukazują ludzkie problemy i pozwalają inaczej spojrzeć na świat. Już raz się spotkałam z tą pisarką i niestety miałam całkiem inny pogląd na jej twórczość. Kilka lat temu przeczytałam "Z innej bajki". Powieść, która była mi polecana przez bibliotekarkę. Namawiała mnie, ponieważ wiele osób opowiadało jej, jak bardzo jest niesamowita ta powieść. Sama bibliotekarka jeszcze nie przeczytała jej i chciała poznać moje zdanie. Czułam się dumna. W końcu w pewien sposób zostałam wyróżniona. Byłam pewna, że za kilka dni przyjdę do biblioteki i opowiem o swoich wspaniałych przeżyciach i głębokich refleksjach wywołanych tą książką. Moja wizja nie spełniła się i zniechęciłam się do autorki. Po tak długim czasie postanowiłam dać jeszcze jedną szansę Jodi Picoult. "Z innej bajki" było młodzieżówką, więc miałam nadzieję, że jedna z jej najsławniejszych powieści obyczajowych okaże się warta uwagi. I przyznam, że miałam wyjątkowo duże wymagania. Niestety zawiodłam się.  

Książka rozpoczyna się dwoma oddzielnymi rozpoczęciami. Jedno z nich ukazuje odejście małżonki od swojego męża w bardzo spektakularny sposób. Urzekł mnie ten początek. Mam osiemnaście lat i żadnego doświadczenia w małżeństwie, jednakże, jak już pewnie dobrze wiecie, uwielbiam obserwować różnych ludzi. Nastawiłam się na wyjątkowo ciekawe oględziny życia dwojga ludzi, którzy po latach postanowili zmienić drogę, która ich łączyła. Gdy już byłam przekonana, że właśnie problemy małżeńskie będą głównym tematem, pojawił się kolejny początek. Tym razem byłam świadkiem specyficznego morderstwa, które wywarło na mnie duże wrażenie. Nie odbierajcie tego jako pozytywną ocenę. Po prostu to wyjątkowo niespotykany motyw w literaturze. Sama nie wiedziałam, co sądzić o takim rozpoczęciu. Bez wątpienia przykuło moją uwagę. Dwie różne historie, które splatają się i wzajemnie oddziałują na siebie. Idealne podłoże dla dobrej książki. Szkoda tylko, że autorka nie wykorzystała potencjału swojego pomysłu. "Deszczowa noc" ma kilkaset stron, a tak naprawdę to, co się zdarzyło, mogłabym bez większych problemów pomieścić na jednej kartce i nie pominęłabym żadnych wątków. 

Wracając do początku, był on również dobrze skonstruowany pod względem bohaterów. Picoult ukazała nam głębię ich charakterów i ich różnorodność. Byłam przekonana, że postaci w książce jest wyjątkowo dużo. Tymczasem okazało się, że to pozory. Nazwisk występuje wiele, owszem. Jednakże to tylko puste nazwiska, nawet nie przyporządkowane do osób. Byłam bardzo zawiedziona, że nie dostałam gamy bogatych osobowości. Spodziewałam się czegoś więcej. Główni bohaterowie – w tym przypadku Cam i Allie – byli papierowymi postaciami. Przyznaję, że czułam, że są kimś więcej niż tylko dwojgiem ludzi z pośród miliardów. Tak, co do tego nie miałam najmniejszych wątpliwości, lecz niestety w obyczajówce brakuje jakiegokolwiek potwierdzenia tej tezy. Pisarka nie uchwyciła tej subtelnej różnicy, Podejrzewam, że poświęciła swój czas dla Jamiego, który był wyśmienicie wykreowany. W pewnym sensie utożsamiałam się z nim. Pragnęłam zrozumieć jego postępowanie oraz dowiedzieć się, co czuje, by mu pomóc.  

"– Czyżby jeszcze nie dotarło do ciebie, że nie można pomóc człowiekowi, który nie chce pomocy?"

"Deszczowa noc" jest powieścią wyjątkowo refleksyjną. Zadaje pytania, na które na co dzień nie odpowiadamy, a może przyjść czas, gdy będziemy musieli – tak nagle, bez ociągania. Kiedy wszystko idzie po naszej myśli, zapominamy jak łatwo stracić wymarzone życie. Boimy się, że popełnimy błąd i robimy wszystko, żeby temu zapobiec. Czasami nie da się wszystkiego przewidzieć. Nie na wszystko mamy wpływ. Wtedy przychodzi czas podejmowania decyzji, a żadna nie będzie dobra. Czy jesteśmy gotowi na ten ból, na to niszczące nas uczucie? Podoba mi się, że Jodi Picoult podjęła w swojej powieści właśnie tę tematykę. Jednakże nie jestem usatysfakcjonowana jej przeprowadzeniem. Przez pięćset stron czytałam o tym samym i nie dostawałam nowych pomysłów, inspiracji...

Niestety nie mogę przekonać się do tej pisarki. Nie wynika to z tego, że nie jest mistrzynią pióra, a jej książki są potocznie zwanymi "gniotami". To nie tak. Picoult zwraca uwagę na wiele ważnych spraw i nie udaje, że nie ma problemu. Tylko ja i ona postrzegamy trochę inaczej świat, mamy inne wartości. Tak samo jest ze stylem autorki. Bez wątpienia jest on dobry, ale nie taki jaki cenię najbardziej. 

Pewnie większość z was jest teraz zniechęcona do tej powieści. Nie patrzcie na to z takiej perspektywy. To poprawnie napisana książka, która przekazuje wiele ważnych wartości. "Deszczowa noc" jest historią, która nie każdemu przypadnie do gustu. Miałam wielkie oczekiwania i nie zostały one spełnione, ale nie oznacza to, że nie dam Jodi Picoult jeszcze jednej szansy. Może na innym polu odnajdziemy się...

Za możliwość przeczytania powieści dziękuje bardzo portalowi Woblink.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

niedziela, 6 grudnia 2015

Assassin's Creed: Renesans


Tytuł: "Assassin's Creed: Renesans"

Autor: Oliwer Bowden

Tłumaczenie: Tomasz Brzozowski

Cykl: Assassin's Creed 

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 488

Film: Assassin's Creed

Ocena: 2/10




W Italii w średniowieczu powstają państwa-miasta. Każde z nich ma własnego władcę i własne zasady. Na pozór nic ich nie łączy poza sojuszami i walkami. Jednak czy na na pewno nie mają innych połączeń? We Florencji jednym z ważniejszych rodów jest Auditore. Giovanni – głowa rodu – odgrywa ważną rolę w polityce i bankowości. Tymczasem jego synowie bawią się, rozrabiają i żyją beztroskim życiem. Ezio uwielbia beztroskę, brak obowiązków i swoją młodość. Nie myśli o czasach, gdy będzie musiał przejąć powinność swojego ojca. A ten dzień przychodzi szybko i niespodziewanie. Ezio z niestatecznego młodzieńca będzie musiał zmienić się w morderczego asasyna. Czy poradzi sobie z zadaniem wyznaczonym mu jeszcze przed jego narodzinami? Kim naprawdę jest jego ojciec? Czy Ezio może ufać swoim przyjaciołom?

"Assassin's Creed" już od iluś lat jest bardzo popularną grą. W 2017 r. ma powstać film na jego podstawie. Niedawno wyszła kolejna część niesamowitych rozgrywek. Dlatego właśnie jest o nim tak głośno. Do tego stopnia, że nawet ja, jako osoba nie interesująca się tą tematyką, zwróciłam uwagę na ten cykl. Nie jestem graczem i nie chcę poświęcać swojego czasu na granie na komputerze lub konsoli, choć nie uważam, że to strata czasu, dlatego postanowiłam przeczytać pierwszy tom w wersji papierowej. Przyciągnął mnie rozgłos i niestety hipnotyzujące okładki. Zawsze mnie fascynowały te tajemnicze postacie na obwolutach. Zadawałam sobie pytanie: kim są? Aż wreszcie zadecydowałam, że poznam odpowiedź. Czy była warta mojego czasu? "Assassin's Creed: Renesans" jest książką, która wyjątkowo mnie zwiodła. Miałam duże wymagania, które w najmniejszym stopniu nie zostały spełnione. 

Odkąd tylko się dowiedziałam, że powieści zostały napisane na podstawie gry, byłam niesamowicie zdziwiona tą kolejnością. Naprawdę rzadko zdarza się, że inspiracją nie jest książka tylko rozgrywka komputerowa. Ludzie polubili do tego stopnia "Assassin's Creed", że powstał i cały literacki cykl, i film. Przed przeczytaniem tej historii obejrzałam najpierw zwiastuny gry. Mogę je określi dwoma słowami – robią wrażenie. Przeniosłam się do innego świata, który mnie zachwycał i dawał niesamowitą ilość adrenaliny. W ostatnim czasie tego potrzebowałam, więc miałam nadzieję, że znajdę to w opowieści o asasynach. W dodatku miałam skojarzenie z "Sagą o Wiedźminie". Nie mam tu na myśli podobnej fabuły czy nawet kreacji świata. Po prostu byłam przekonana, że znajdę kolejną książkę fantasy, która mną zawładnie tak jak "Saga o Wiedźminie". Wybaczcie mi fani Sapkowskiego, że popełniłam tak karygodną pomyłkę.

Fabuła "Renesansu" jest niemiłosiernie nudna. Pierwsze kilkadziesiąt stron zaciekawiło mnie. Jednakże czym dalej, tym pojawiało się więcej suchych faktów. Czasami miałam wrażenie, że czytam podręcznik od historii, zamiast pasjonującej powieści, na którą tak bardzo liczyłam. Bowden skupił się na ogólnym przekazie, a nie dopracował wykreowanego świata, przyczyn i skutków. Po prostu coś się zdarzyło i tak ma być. Brakowało scenek sytuacyjnych. W każdej rozbudowanej powieści występują, tworząc tło dla opowieści. To jest konieczne, bo dzięki temu wiemy, w jakiej rzeczywistości żyje bohater. A w takim przypadku widzimy główną postać na białej kartce. Nic się nie zmienia, nie pojawiają się nowe wątki, wszystko dąży to tego samego.

Jestem w stanie wybaczyć wszystkie te wady oprócz jednej. Czas, czas i jeszcze raz czas. Autor całkowicie nie umiał nim operować, a to jest podstawa. Gdy poznajemy Ezia, ma on siedemnaście lat. Natomiast gdy kończymy powieść, ma ponad czterdzieści. Nie twierdzę, że taka duża przestrzeń czasu jest błędem. Lecz nie czułam, jak upływa. Dostawałam zwykłe zdanie: minęło lat osiem. Co się działo przez te osiem lat? Jak zmienił się główny bohater? Ludzie się zmieniają a raczej ich mentalność. A Ezio? Cały czas był tą samą postacią, którą poznałam na początku. Dążył do celu, ale nigdy tak naprawdę nie został on jasno określony. Kończąc "Renesans" nadal nie wiem, czym on był.

Dla osób, które lubią akcję, jest to dobra książka, ponieważ opiera się tylko na szybkim tempie wydarzeń. Dla mnie nie jest to dobre rozwiązanie, ponieważ nie otrzymałam odpowiedzi, nie wiem, z czego wynika postępowanie asasyna i nie wiem, jak do tego doszło. Na początku myślałam, że to po prostu ja nie rozumiem wielu rzeczy, ale z czasem doszłam do wniosku, że ich nie ma. Miałam wrażenie, że Bowden miał genialny pomysł, który został dopracowany w jego głowie, lecz bardzo śpieszył się, żeby przelać go na kartkę, więc ominął istotne wyjaśnienia.    

"Assassin's Creed: Renesans" jest dla mnie największym zawodem tego roku. Przyznaję, że moje wymagania były wyjątkowo wysokie i to bardzo wpływa na ogólną ocenę, jednakże nie ukrywajmy, że jest to po prostu książka o dobrym pomyśle, ciekawiej fabule i przede wszystkim niewykorzystanym potencjale. Mimo tak złych wspomnień jestem pewna, że zaznajomię się z kolejnymi częściami, Kto wie, może będzie coraz lepiej... 

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

poniedziałek, 23 listopada 2015

Zbrodnia i kara


Tytuł: "Zbrodnia i kara"

Autor: Fiodor Dostojewski

Tłumaczenie: J.P. Zajączkowski

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: MG

Liczba stron: 576

Film: Zbrodnia i kara

Ocena: 8/10








Roskolnikow żyje w skrajnej nędzy w Petersburgu, gdzie przybył na studia. Już dawno nie studiuje, a jego jedyną pociechą są listy i pieniądze od matki i siostry. Gdy człowiek jest skazany na nędze i samotne spędzanie czasu w małym, brudnym pokoiku, ma różne myśli. Nie zawsze są one optymistyczne. Rodion jest osobą dumną i ambitną. Chce sprawdzić swoje umiejętności i silna wolę. Pragnie dowiedzieć się, kim jest. Jednakże wybiera do tego bardzo nietypowy i przerażający sposób. Jaką drogę wybierze Roskolnikow? Czy spełni swoje marzenia? Jak bardzo moralny upadek potrafi wpłynąć na człowieka?

"Zbrodnia i kara" należy do obowiązkowych lektur w liceum. Wiele osób jest przerażonych obowiązkiem przeczytania kilkuset stron książki. Jednakże ta powieść wyróżnia się wśród innych przymusowych powieści. Od swoich starszych kolegów w większości słyszałam same pozytywne opinie, które sprawiły, że nie mogłam się doczekać, kiedy sama poznam tę lekturę. I muszę przyznać, że nie żałuję ani minuty czasu, który spędziłam nad "Zbrodnią i karą". 

Powieść Dostojewskiego jest klasyką rosyjską. Jest to nietypowe połączenie, ponieważ literaturę klasyczną kojarzymy najczęściej z powieściami obyczajowymi. "Zbrodnia i kara" jest kryminałem i to wyjątkowym, gdyż jest to również książka psychologiczna. Jest to bardzo ciekawe połączenie, którego nie spodziewałam się w szkole. Nie krytykuję wyboru lektur, choć do niektórych mam zastrzeżenia, lecz jest to dość kontrowersyjny tekst jak na realia szkolnictwa. Kryminał jest misternie wykonany. Autor zadbał o najmniejsze szczegóły. Sama bez pomocy pisarza nie zauważyłabym ich, a odgrywały dość istotną rolę w całej opowieści. W dodatku historia jest opowiedziana przez pryzmat uczuć mordercy. To wyjątkowo pasjonujący temat dla ludzi, którzy interesują się psychologią. Dowiadujemy się, dlaczego morderca popełnił zbrodnię, co nim kierowało i co tak naprawdę czuł.

Jak przed chwilą wspomniałam, psychologizacja bohaterów w "Zbrodni i karze" jest bardzo rozbudowana. Spostrzeżenia zabójcy i osób z jego otoczenia są intrygujące. Czasami miałam wrażenie, że ktoś wylał mi wiadro zimnej wody na głowę. Dostojewski wypowiadał myśli, które podejrzewam, że każdy z nas ma w głowie, a boi się do nich przyznać, na głos. To bardzo refleksyjna powieść, która sprawia, że dokładnie zaczynamy wertować swoje myśli, poglądy i pragnienia. Poza tym ostrzega nas, ale nie w sposób typowo moralizujący, przed skutkami naszych wyborów. Czasami trzeba podjąć drastyczne decyzje, a czasami jest to nasz zwykły kaprys.

W powieści pojawia się wielu bohaterów, którzy w większości wypadków zmieniają bieg wydarzeń. Nawet zwykłe epizodyczne postacie miały jakieś znaczenie. Niestety nie uczę się rosyjskiego, więc miałam olbrzymi problem z zapamiętaniem imion i nazwisk. Mylili mi się istotni bohaterowie i nawet teraz sama mam kłopot z napisaniem tych nazwisk, a ich poprawne wymówienie jest dla mnie wręcz niemożliwe. Moją uwagę zwrócił również fakt, że każda osoba miała bardzo rozbudowaną i unikalną emocjonalność.

Styl autora jest dość ciężki. Musiałam bardzo się skupić, by zrozumieć tekst. Dostojewski zwraca uwagę na szczegóły, które nadają niesamowitą dokładność całej powieści. Bardzo szanuję go za to, choć przyznaję, że utrudnia to czytanie. Nie jestem przyzwyczajona do typowo ciężkiej literatury.

"Zbrodnia i kara" jest powieścią dla dojrzałych ludzi z doświadczeniem. Mam wrażenie, że nie zrozumiałam wszystkiego, co chciał przekazać autor. Nie spotkałam się jeszcze z "prawdziwym" życiem i cała moja wiedza wynika z obserwacji, opowiadań, książek i filmów. Jestem pewna, że powrócę jeszcze do tej książki, by porównać swoje odczucia. Tymczasem polecam wszystkim odważnym tę historię. 
Książka przeczytana w ramach wyzwania:

wtorek, 17 listopada 2015

Trzynaście powodów


Tytuł: "Trzynaście powodów"

Autor: Jay Asher

Tłumaczenie: Aleksandra Górska

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Rebis

Liczba stron: 272

Ocena: 8/10










Czasami po prostu jest źle... Wstaje się rano i jedyna myśl to, że znowu trzeba przetrwać cały dzień i udawać, że wszystko jest dobrze. Trzeba zajmować się wszystkim, tylko żeby zapomnieć o tym, co było. Trzeba walczyć, by nie usiąść i nie załamać się. Trzeba iść dalej mimo wszystko. Tylko czasami przychodzi moment, gdy nie ma się sił, gdy to wszystko – nasze życie nie ma już sensu. Po co przeciwstawiać się losowi? Po co próbować? Nie lepiej byłby zostawić świat i nareszcie być spokojnym? Mieliście kiedyś takie myśli? Jeśli nawet tak, były one płonne. Czytacie tę recenzję, jesteście tu. Hannah nie. Ona podjęła decyzję i konsekwentnie dążyła wybraną ścieżką. Jakbyście się czuli na miejscu Cley'a, który, wracając ze szkoły, znalazł paczkę z kasetami, gdzie Hannah opowiedziała trzynaście powodów swojego postępowania? Wysłuchalibyście jej? Mielibyście na tyle sił, by poznać tę historię?

Gdy pierwszy raz zobaczyłam "Trzynaście powodów", byłam bardzo pozytywnie nastawiona. Przyciągająca okładka, moja ulubiona liczba w tytule. Byłam pewna, że to jakaś pozytywna powieść, która umili mi dzień. Aż wreszcie przyszedł czas, kiedy dowiedziałam się, o czym naprawdę jest ta książka. Z perspektywy czasu dziwię się, że nie zniechęciłam się do niej. Szukałam czegoś lekkiego, by odpocząć od przytłaczających obowiązków. Tymczasem wybrałam opowieść o bardzo ważnych i trudnych sprawach. Musiałam ją przeczytać. Coś mi mówiło, że to jest historia, którą zrozumiem i na pewno jest wartościowa. Myliłam się? Moje przeczucia do książek zwykle sprawdzają się i tym razem taż tak było.

Pomysł na fabułę jest wyjątkowo oryginalny. Ludzie, gdy chcą popełnić samobójstwo, zwykle zostawiają listy, gdzie tłumaczą swoje postępowanie. Ale kasety z całą opowieścią i trzynastoma powodami? Tego jeszcze nie było. Od pierwszych słów Hannah zastanawiałam się, jak musiał czuć się Cley, który słyszał głos osoby, która już nie żyje. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek usłyszy ten niesamowity dźwięk. Zabawne, jak sytuacja umie sprawić, że zwykły głos dziewczyny przeraża i niesie ze sobą cierpienie, ale również szczeście. To jej ostatnie słowa. Już nigdy nowe zdania nie zostaną wypowiedziane. Tak, to jest wstrząsające. Dlatego czułam obawę przed przeczytaniem tej książki. Nie byłam pewna, czy jestem na tyle silna, by przeżyć tę historię razem z Cley'em i nieżyjącą dziewczyną. Jednakże musiałam. Jak już wcześniej wspomniałam, nieznana mi siła ciągnęła mnie do tej powieści.

Tematyka poruszana w "Trzynastu powodach" jest niezwykle ważna. Hannah opowiada o efekcie kuli śnieżnej. Małe, na pozór nic nieznaczące wydarzenia są przyczyną tych złych, które prowadzą do śmierci. Kto przejmowałby się jakimś rankingiem stworzonym przez niedojrzałego chłopaka? A plotki?  To są tylko plotki. Nimi nie trzeba się przejmować. Na początku te powody wydawały mi się banalne, ale właśnie o to chodziło autorce. Nie ma problemów banalnych. Każdy odczuwa je inaczej. Mało kto zwraca uwagę na na te "nieważne" kłopoty. A może to one są przyczyną? Brak reakcji ze strony otoczenia jest gwoździem do trumny dla przyszłego samobójcy. On zna prawdę... Wie, kogo obwiniać, ale zdaje sobie sprawę, że on sam jest również winny. Wystarczy tylko otworzyć oczy i nie udawać, że nie ma problemu. 

Książka jest bardzo emocjonalna. Jednakże nie znaczy to, że popłyną wam z oczu łzy. To nie tego typu powieść. Tu pojawiają się elementy humorystyczne, które nie pozwalają źle odebrać opowieści. Jest to rodzaj historii, która uczy. Mówi, że na niektóre rzeczy nie mamy wpływu, bo to jest już przeszłość. Nic nie zrobimy, choć nie wiem, jak bardzo byśmy chcieli. Lecz możemy nie popełnić drugi raz tego samego błędu. "Trzynaście powodów" pozwala przemyśleć pewne sprawy i daje nadzieję na lepsze jutro.

Cieszę się, że przeczytałam tę powieść i poznałam tytułowe trzynaście powodów. Myślę, że każdy powinien zapoznać się z nimi. Nie jest to historia, która ma nam dostarczyć dużego ładunku emocjonalnego. To historia, która radzi i kieruje nami.   

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję bardzo platformie Woblink

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

sobota, 14 listopada 2015

Płonąca Korona


Tytuł: Płonąca Korona

Autor: Rae Carson

Tłumaczenie: Elżbieta Piotrowska

Cykl: Trylogia Ognia i Cierni

Tom: II

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

Ocena: 6/10






"Dziewczyna Ognia i Cierni" wydawał mi się na początku dość nietypową książką i tak pozostało do końca. Nie była jakoś wyjątkowo dobra, ale było w niej coś niezwykłego i sprawiającego, że nie dało oderwać się od niej. Dlatego właśnie tak długo wyczekiwałam drugiej części tej trylogii. Gdy tylko usłyszałam, że zostanie już niedługo wydana w Polsce, wiedziałam, że kiedy tylko będę miała okazję, zapoznam się z jej treścią. Nareszcie to zrobiłam. Było warto? Na pewno tak, ale muszę przyznać, że zawiodłam się na niej. Spodziewałam się bardzo dobrej kontynuacji, a tymczasem dostałam coś innego.

Podoba mi się pomysł na fabułę. Ma w sobie pewną nutę oryginalności, którą również wyczuwałam w pierwszym tomie. Nie jest to powielanie schematów, mimo że posiada wspólne cechy z innymi powieściami. Można by powiedzieć, że jest to dość popularna opowieść, ale tak naprawdę jest niepowtarzalna. Jednakże autorka nie wykorzystała jej potencjału. Wykreowała w pierwszej części nowy świat, więc miała bardzo dobrą podstawę na opowiedzenie dalszych losów Elisy, a tymczasem wszystko zostało zaburzone. Wątków było wiele, ale kończyły się zbyt szybko lub po prostu nikły w gmatwaninie wydarzeń, co raczej źle odbierałam. Liczyłam, że podekscytowanie wywołane jakąś tajemnicą, intrygą, czy przepowiednią będzie mi długo towarzyszyć, a ja postaram rozwiązać się dany problem. Nie było mi to dane, gdyż po chwili wszystko samo się wyjaśniało.  

Styl autorki bardzo mi odpowiada. Jest lekki i zachęcający do czytania, ale niebanalny. Pozwala przenieść się do historii i poczuć tę atmosferę. To lekkie pióro Carson sprawia, że powieść od pierwszych stron wciąga i czyta się ją niesamowicie szybko. To jest kilkaset stron, a ma się wrażenie, że to zaledwie kilkadziesiąt. Jednak niestety miałam wrażenie, że pisarka/tłumaczka chciała popisać się swoim bogatym zasobem słownictwo. Dlatego co jakiś czas znikąd pojawiały się dość trudne i rzadko spotykane słowa. Czytałam przyjemny tekst i nagle na jakimś zdaniu zacinałam się, ponieważ musiałam zastanowić się nad jego znaczeniem. 

Elisa jest bohaterką, które nie jest idealna. Ma wiele wad, które rzucają się w oczy i często po prostu brakuje jej odwagi. Lubię inne bohaterki. Nawet pewnie domyślacie się jakie. Silne, niezależne kobiety, które zawsze potrafią sobie poradzić, nie zakochują się w naiwny sposób, są odważne. Tak, takie właśnie są najlepsze. Ale czy nie są zbyt wyidealizowane? Nierealne? Dlatego cenię główną bohaterkę "Płonącej Korony". Jest rzeczywista i po prostu ludzka. Pokonuje swoje lęki, choć nie zawsze udaje się to jej. Utożsamiam się z nią. Natomiast inni bohaterowie nie przyciągnęli mojej uwagi. Mam wrażenie, że brakuje im... charakterów – tak na pozór prostej rzeczy. Inne postacie opowiadają o nich, ukazując całą gamę cech osobowościowych, a brakuj ich potwierdzenia w rzeczywistości.

Jestem zaskoczona błędem (a może brakiem mojego zrozumienia) na okładce. Według mnie opis i pytania nad tytułem nie zgadzają się z treścią książki. Może po prostu nie widzę drugiego dna albo jest to dopiero zapowiedź, jednakże dla mnie jest to niespójne z fabułą.

Mimo wad "Płonącej Korony" polecam ją wszystkim, którzy przeczytali pierwszy tom. Nie jest to kontynuacja, o jakiej marzyłam, ale myślę, że warto poznać dalsze losy Elisy i jej przyjaciół 
Za możliwość przeczytania powieści dziękuję bardzo Wydawnictwu Albatros

Książka przeczytana w ramach wyzwania: