Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 lipca 2023

Nevermore. Kruk – Kelly Creagh

 

Tytuł: Nevermore. Kruk 

Autor: Kelly Creagh

Przekład: Jacek Drewnowski

Cykl: Nevermore

Tom: I

Kategoria: Fantasy, paranormal romance, literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 480

Ocena: 6/10




Co sprawia, że tak bardzo lubimy czytać? Wydaje mi się, że każdy z nas odpowiedziałby na to pytanie w całkowicie odmienny sposób. Prawdopodobnie czerpiemy z czytania przyjemność, ale wydaje mi się, że to może być coś więcej niż tylko przyjemność. W końcu to może być również ucieczka od rzeczywistości, od problemów i braku zrozumienia ze strony innych ludzi. To może być również niesamowita podróż otwierająca nam miejsca, które na co dzień nie są dla nas dostępne. To może być poszukiwanie wiedzy, odpowiedzi na niekończące się pytania. To może być... Tutaj każdy może dopowiedzieć coś innego i odpowiedzi będzie naprawdę wiele. Dlatego teraz spróbujcie sami sobie odpowiedzieć, skąd ta pasja do czytania. 

Isobel ma idealnie uporządkowane życie. Jest chiliderką, która wyróżnia się swoimi umiejętnościami na tle innych. Ma niesamowicie przystojnego i niesamowicie popularnego chłopaka i oczywiście równie piękną i niesamowitą przyjaciółkę. Znacie skądś ten scenariusz? Bo ja aż za dobrze. Jednak coś musi to zniszczyć i tym czymś jest nic innego jak praca domowa. Nauczyciele czasami naprawdę potrafią czerpać radość z utrudniania życia, a przynajmniej tak właśnie jest u Isobel, której partnerem do projektu okazuje się Varen, czyli got, o którym krążą wyjątkowo mroczne plotki. I teraz przygoda rozpoczyna się na całego. 

Zdecydowałam się przeczytać "Kruka", ponieważ przyciągnął mnie do niego mroczny klimat oraz też wspomnienie, że bardzo chciałam już to zrobić, gdy wychodził w Polsce po raz pierwszy. To jest wyjątkowo mój styl i właśnie wspomniany klimat. Lecz czy teraz po przeczytaniu na pewno tak było?

Jak zaczęłam czytać powieść, to w mojej głowie od razu pojawiła się myśl, że to przecież totalny paranormal romance, czyli gatunek, który za moich nastoletnich lat bił granice popularności. Zrobiło mi się, aż ciepło na serduszku, ponieważ pojawiły się wspomnienia z tamtych czasów. I jak patrzę na datę pierwszego wydania, to właśnie idealnie czasowo się zgadza. I generuje to samo ale, co przy dużej części pozostałych książek pochodzących z tego gatunku – ale ma niewykorzystany potencjał. W tej chwili mam za sobą tyle światów high fantasy, że takie niewykorzystanie pewnych wątków mocno niszczy mi odbiór całej powieści. 

Natomiast styl książki jest dokładnie taki, jakiego można by się spodziewać, czyli bardzo lekki i przyjemny w odbiorze. Dla młodzieży myślę, że to perfekcyjny złoty środek. Choć pojawia się w mojej ocenie zbyt dużo niepotrzebnych opisów. Wprowadzają one wiele nieistotnych szczegółów i zabierają miejsce tym istotniejszym. I tak oceniając z perspektywy czasu, mam wrażenie, że "Kruk" bardzo dobrze się starzeje, choć też pytanie, na ile tutaj jest to kwestia umiejętności tłumacza. 

Sama fabuła to cała góra lodowa sprzecznych emocji i opinii. Z jednej strony wiele wątków jest wyjątkowo niespójnych, nie mających większego sensu. Brakuje właśnie wspomnianego wcześniej rozbudowania pewnych elementów. Ukazuje się też obraz toksycznych relacji. Tych wad jest naprawdę sporo i to są konkretne wady. Z drugiej strony nie ma, co ukrywać. Bawiłam się fantastycznie i to była dla mnie rozrywka dająca ulgę i takie ukojenie dnia codziennego. Choć też do czasu, bo zakończenie jest w mojej opinii fatalne. Naprawdę, wyjątkowo mi się nie podobało. Nie do końca rozumiałam, co się dzieje i nie spodobało mi się, jak zostały poprowadzone pewne ścieżki fabularne. To pozostawiło po sobie niesmak. 

Bohaterowie nie zachwycają. Są płytcy, ogólnie słabo wykreowani. Tak naprawdę można ich odróżnić wyłącznie po imionach, na pewno nie po zachowaniach czy charakterystycznych cechach. Pojawia się wiele toksycznych relacji, które w jakiś sposób są akceptowalne w tym świecie i miałam poczucie, że momentami wręcz ukazane jako te atrakcyjne. Sama Isobel jest postacią mętną, ambiwalentnie odczuwam jej moralność. I przede wszystkim dziewczyna stanowczo inteligencją nie grzeszy. Wiele naprawia Varen. On również nie jest jakąś wybitną postacią, jednak wprowadza do fabuły pewną barwność poprzez niejednoznaczność swoich zachowań. Co za tym idzie ujął mnie wątek romantyczny. Gdybym teraz miała go analizować, to pewnie wypadłby marnie. Lecz w takim ogólnym odbiorze moje serduszko stopniało. 

"Kruk" ukazuje, czym jest brak tolerancji, akceptacji i tak naprawdę, do czego może to prowadzić. Ten brak zrozumienia innych osób, brak w ogóle podjęcia próby, by zrozumieć drugiego człowieka ogranicza i ciągnie za sobą ciąg niepotrzebnej brutalności. Uderza w ten sposób w przyjaźń i miłość. Zadaje pytanie, gdzie jest granica pomiędzy akceptacją, kim jest drugi człowiek, a powiedzeniem nie, gdy nie zgadza się to z naszymi wartościami. W powieści właśnie ten motyw akceptacji jest ukazany w dwojaki sposób, co jak najbardziej przypadło mi do gustu. 

Cała książka to była dobra rozrywka i stanowczo nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Gdybym miała piętnaście lat, to byłabym nią zachwycona i z niecierpliwością oczekiwałabym kolejnego tomu. W tej chwili jestem w stanie docenić jej zalety, ale też dosadniej odczuwam wady. Z tego względu raczej nie planuję czytać kolejnego tomu. Jednak jeśli jesteście fanami właśnie paranormal romance, to myślę, że może Wam naprawdę przypaść do gustu. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

wtorek, 7 marca 2023

Heartstopper. Yearbook – Alice Oseman

 

Tytuł: Heartstopper. Yearbook

Autor: Alice Oseman

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 160 

Ocena: 6/10








Czy czasami zastanawiacie się, jak powstają Wasze ulubione książki? Bo ja niekiedy mam wizję, jak jakiś pisarz siedzi, zastanawia się nad fabułą, później skupiony pisze na komputerze, pełen pasji, później zdenerwowania i irytacji, czasami nie ma weny, a później... Zaczyna się proces wydawniczy, który w mojej wyobraźni wywołuje całą gamę najróżniejszych emocji. Radość, stres, podekscytowanie, irytację, znudzenie, zniecierpliwienie. I w końcu książka wychodzi na rynek. Czasami jak myślę o autorach, to mniej więcej przedstawione obrazki mam przed oczami. A czemu o tym dzisiaj? Ponieważ tym razem trafiła do mnie książka, która jest w pewnej mierze o tym! 

"Heartstoppera" bardzo lubię i szanuję, choć też cały czas jestem zaskoczona ilością słodyczy, która tam jest. Niemniej jest to na tyle istotna historia, że nie mogę jej nie docenić. Pokazuje najróżniejsze problemy osób młodych (i nie tylko) oraz konstruktywne sposoby radzenia sobie z nimi. Właśnie za to tak bardzo darzę ten komiks szacunkiem. Tymczasem właśnie niedawno do moich rąk trafił "Heartstopper. Yearbook", czyli zbiór... W sumie to najróżniejszych rzeczy związanych ze światem "Heartstoppera" i samą autorką. 

Co myślę o samym pomyśle na stworzenie tego rodzaju książki? Przepraszam, ale od początku byłam do tego nastawiona bardzo sceptycznie. Choć może warto zacząć od tego, że nigdy nie miałam dobrego nastawienia na tego typu dodatków. Dla mnie to jednak ciągnięcie sznurków po jeszcze większe zarobki i utrzymanie popularności. Być może tacy bardziej oddani fani patrzą na to inaczej (choć ja w odniesieniu do mojego ukochanego "Harry'ego Pottera" nie zmieniam zdania, że dodatki są niepotrzebne). Dla nich może być to właśnie powrót do dobrych przyjaciół, uzupełnienie pewnych spraw czy gra sentymentów. Jednak nie dla mnie. 

Tak jak wspomniałam – ta książka to zbiór wszystkiego i niczego. Są informacje o procesie twórczym, procesie wydawniczym, a następnie serialowym. Karty postaci, które przybliżają każdą z nich o wiele bardziej. Możemy się dowiedzieć, co lubią, a czego nie, jakie mają cechy, które jeszcze niekoniecznie były ujawnione i jak w ogóle doszło do ich powstania. Dla mnie najbardziej wartościową częścią były różne urywki komiksów, które właśnie wiele uzupełniały. Tylko tutaj zataczamy błędne koło, ponieważ to tylko dosadnie potwierdza fakt, że bardziej ucieszyłabym się z kolejnego tomu. Jednak poza tym możemy znaleźć dość dokładne instrukcje, jak były rysowane postacie i jak sami możemy je narysować. Choć na rysowaniu trochę się znam i wiem, że trzeba coś tam umieć, by móc skorzystać właśnie z tych rad. Niemniej nadal pozostaje to dość ciekawym dodatkiem. Myślę, że też wiele osób mogłoby się zainteresować aspektami dotyczącymi wydania i samego tworzenia komiksów i książek. Czuć w tym podekscytowania autorki i to jak bardzo na przestrzeni lat rozwijała się pod względem umiejętności, ale też pewności siebie. 

Nie można też przejść obojętnie przy samym wydaniu tej książki. Jest tak niesamowicie barwna, że aż cieszy oczy. Nie jest nadmiernie barwna... Słowo barokowa nasuwa mi się. Ale na tyle by dać poczucie optymizmu, wiary i właśnie to ciepło powrotów. Tym bardziej że widać skupienie się na najmniejszych szczegółach i dopracowanie wizualnie całokształtu, co jest kolejnym aspektem potwierdzającym szacunek do czytelników. 

Było ciekawie zapoznać się z "Hearstopper. Yearbook", ale też nie będę ukrywać, że postrzegam to bardziej jako zabieg biznesowy. Ukłon w stronę fanów z nadzieją utrzymania popularności. Ale tak jak wspomniałam – postrzegam tak wszelkie dodatki do książek. Jeśli jesteście oddanymi fanami całości i autorki, to myślę, że możecie to odebrać całkowicie inaczej niż ja. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

piątek, 23 grudnia 2022

Scholomance. Lekcja druga. Ostatni Absolwent – Naomi Novik

 

Tytuł: Scholomance. Lekcja druga. Ostatni Absolwent

Autor: Naomi Novik

Przekład: Zbigniew A. Królicki

Cykl: Scholomance

Tom: II

Kategoria: Fantastyka, literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Rebis

Liczba stron: 400

Ocena: 4/10





Kiedy dobro jest naprawdę dobrem, a zło naprawdę złem? Kto to to ocenia i jakimi zasadami się kieruje? Czy mniejsze zło istnieje? Czy poświęcenie jest dobrem, czy może dbanie o swoje własne życie jest lepszym moralnie wyborem? Mogę kreować takie pytania bez końca, lecz to nic nie zmieni – nadal w większości zostaną bez odpowiedzi, a przynajmniej bez odpowiedzi obiektywnej, bo za tę subiektywną odpowiadamy wyłącznie my sami. I jestem głęboko przekonana, że większość z nas miało już trudność mierzenia się z nimi. Pozostaje mi tylko nadzieja, że Wasze decyzje okazały się dla Was dobre i nie pozostawiły wyrzutów sumienia. 

Cała moja refleksja bierze się z historii El, która została postawiona w bardzo dosłowny sposób przed najróżniejszymi, trudnymi wyborami. Udało się jej przetrwać i teraz rozpoczyna ostatni rok w szkole Scholomance. Wydawałoby się to ostatnimi krokami do mety, ostatnim finałem, lecz w rzeczywistości wszystko wskazuje na to, że El będzie musiała się zmierzyć z problemami o wiele gorszymi niż dotychczas, a jej życie w tej szkole, delikatnie mówiąc, jest zagrożone. Ewidentnie cyborgi wraz ze szkołą uparły się na nią i nie wróżą jej przetrwania do końca. Czy tak właśnie będzie? Czy nastolatka jest w stanie pokonać zło i dokonać dobrych moralnie decyzji? 

W tym przypadku – zresztą jak prawie w każdym – będę dobitnie szczera. Chciałam przeczytać tę książkę tylko i wyłącznie ze względu na fantastyczną okładkę i motyw szkoły magii. Te dwa aspekty były na tyle przekonywujące, że dały mi motywację do czytania i przy okazji sprawiły, że nie przeszkadzało mi nieprzeczytanie pierwszego tomu. Zresztą to jest już wręcz moją osobistą tradycją. Niestety materializm wychodzi i powieść okazała się dla mnie wielką porażką. Dlaczego? 

Moje zamiłowanie do magicznych szkół jest dość przewidywalne, ponieważ wywodzi się z "Harry'ego Pottera". Tak jak wiele lat temu zostałam oczarowana Hogwartem, tak od tamtego czasu ponownie szukam tego oczarowania. Nigdy nie udało mi się powtórzyć mojego własnego, emocjonalnego fenomenu szkolnego, niemniej ten motyw w wykonaniu różnych pisarzy naprawdę potrafi zaskakiwać. Jest powtarzalny, konwencjonalny, ale co jakiś czas znajdzie się autor, który nadal potrafi coś z niego wyciągnąć. W przypadku "Scholomance" tak właśnie jest – czego jak czego, ale niesztampowego pomysłu na uniwersum i samą szkołę nie mogę odmówić Naomi Novik. Potrafiła na znanym gruncie stworzyć coś nowego. Ale musi być ale. A tym razem tym ale jest niedopracowanie. Sam pomysł dla mnie nie wystarczy, trzeba go stworzyć od fundamentów i to stabilnych fundamentów. Nawet książki z gatunku fantastyki mają swoje zasady. W pewien sposób gatunek bazuje na łamaniu ich, ale są szkielety nienaruszalne, a tutaj pisarka całkowicie je pominęła, przez co w ogóle nie utrzymała spójności. 

A odnosząc się do stylu pisarskiego, to jak na książkę z literatury młodzieżowej i fantasy wydaje się naprawdę ciężki, co mnie zdziwiło, ale w moim przypadku to jak najbardziej pozytywne zdziwienie. Doceniam rozbudowane zdania, poważne i pełne niuansów. Dla mnie to pewnego rodzaju sztuka na najwyższym poziomie. Niemniej w "Ostatnim Absolwencie" było niezwykle wiele neologizmów i fakt, że nie czytałam pierwszego tomu mocno uderzał w całą fabułę. Nie do końca wiedziałam, o czym autorka pisze i jakie to ma znaczenie dla bohaterki, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie rozumiałam tych słów. Choć to nadaje też charakterystycznej atmosfery całości, więc wywołuje we mnie mieszane odczucia. 

Natomiast fabuła jest wyjątkowo nierównomierna. Już dawno nie widziałam, tak odrębnego prowadzenia historii. Były momenty, gdzie przepadałam i czytało mi się fantastycznie. Ale były też takie, gdzie przeczytać dwadzieścia stron było prawie niemożliwe dla mnie. Po prostu się nudziłam, a co za tym idzie, męczyłam. Tym bardziej że wcześniej wspomniany brak spójności niszczył prawie wszystko, co dla mnie istotne w powieści. Gdy czytałam, odczuwałam, że wiele aspektów jest zbyt wydumanych, zbyt przemyślanych, a w rezultacie niezrozumiałych. Mimo że nie czytałam pierwszego tomu, to po przeczytaniu drugiego mam poczucie, że to niedopracowanie jest kardynalnym błędem pisarki i wręcz nienaprawialnym. 

"Ostatni Absolwent" porusza temat głęboko zakorzenionej moralności i zmian, które się dokonują, gdy standardowy świat zostaje zaburzony, a ludzie stają przed wyborem: życie swoje i swojej rodziny, czy życie innych. Wynik zazwyczaj jest przewidywalny i niemożliwy do zmiany. Cały czas gdzieś w tle wybrzmiewa pytanie, czy możemy robić coś naprawdę złego w imię większego dobra? Czy to jest usprawiedliwione i czy po takiej sytuacji można jeszcze kiedykolwiek usnąć bez wyrzutów sumienia? 

Kolejnym negatywnym aspektem powieści jest... również niedopracowanie, ale tym razem w aspekcie bohaterów. Przede wszystkim irytowali mnie i opierali się na jednej głównej cesze. Byli pozbawieni głębi i po prostu człowieczeństwa. Nie mam tutaj na myśli tematu moralności, tylko odnoszę się do cech osobowości, które tworzą z nas ludzi. Postępowania samej El nie mogłam zrozumieć, więc brakowało mi jakieś analizy jej postaci. To nie jest kwestia, że pochwalałam jej czyny lub wręcz przeciwnie, tylko nie dostałam szans, by zobaczyć, jaką właśnie drogę przechodzi. 

Jak sami czytacie, dla mnie mimo kilku ciekawych zalet, powieść jest niegodna polecenia i na pewno nie powrócę też do pierwszego tomu. Tak podkreślane przeze mnie niedopracowanie połyka prawie wszystkie aspekty książki, więc jest dla mnie niewybaczalne. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

poniedziałek, 16 maja 2022

Act Cool – Tobly McSmith

 

Tytuł: Act Cool

Autor: Tobly McSmith

Przekład: Janusz Maćczak

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Harper Collins Polska

Liczba stron: 407

Ocena: 4/10







W życiu niezmiernie ważne jest, żeby mimo wszystkich okoliczności pozostać sobą. Zdaję sobie sprawę, że siedząc przed komputerem i pisząc tę recenzję, bardzo łatwo jest mi to powiedzieć. W końcu sytuacje są różne, różne są też okoliczności. Czasami czymś naturalnym jest, że jakoś inaczej zachowujemy się przy określonych osobach. Jednak niektórzy ludzie intensywnie pragną być zaakceptowani przez społeczeństwo i odgrywają swoją rolę. Kogo to jest wina? Każdy z nas powinien dostać akceptację i tolerancję od innych niezależnie od pochodzenia, płci, orientacji, rasy i każdego innego aspektu, który nas dzieli. Zgadzacie się ze mną? 

August podjął decyzję życia – decyzję, która niosła za sobą wiele poświęcenia i odwagi, ale też pozytywnych zmian. Jego wybory mogą się wydawać szalone, bo wiążą się z ucieczką z domu i rozpoczęciem życia w Nowym Jorku. Jednak dotychczasowe życie okazało się być jedną, wielką pomyłką niosącą zbyt wiele cierpienia, by w takiej formie je kontynuować. Teraz August już to wie i jest gotowy dać z siebie wszystko, by zostać zaakceptowany przez innych i spełnić swoje marzenia. Czy uda mu się to? Czy August stanie się szczęśliwym, młodym mężczyzną? 

O "Act Cool" zrobiło się ostatnio w książkowym świecie bardzo głośno. Literatura dla młodzieży, która daje wiele wspaniałej rozrywki, ale porusza też wiele trudnych tematów, między innymi temat transpłciowości. Na polskim rynku pojawia się coraz więcej książek o tematyce LGBTQ+, jednak nadal mam wrażenie, że nie jest ich wystarczająco wiele. Idąc za pozytywnymi opiniami czytelników i piękną okładką – tak, nadal przyznaję się do wybierania książek po okładce – zapoznałam się z "Act Cool". Przyznam, że trochę żałuję, że dokładniej nie sprawdziłam tematyki książki, bo już na początku się zawiodłam. Ale jak całościowo oceniam powieść?

Co do samego pomysłu trudno mi się wypowiedzieć, ponieważ w większości opiera się na koncepcji elitarnej szkoły aktorskiej, a ja po prostu nie cierpię tego motywu. Mam wrażenie, że tego typu tematyka powtarza się na okrągło, a ja ją systematycznie omijam. A przynajmniej tak było do teraz. Szkoła aktorska, rywalizacja w niej i wielkie marzenia wydają mi się czymś przesadnie sztampowym, co irytuje. Tym bardziej że "Act Cool" wykorzystuje standardowe motywy i poza wątkiem tranpłciowości nie idzie krok dalej. Być może już ten wątek jest krokiem milowym, ale poprzez konwencjonalność pozostałych pomysłów jest według mnie spłycony, o czym za chwilkę. 

Sam styl pisarza jest dokładnie taki, jakiego się spodziewałam i jakiego oczekiwałam, czyli prosty i przyjemny w odbiorze. Jako czytelnika całkowicie mnie to satysfakcjonuje, gdyż to powieść dla młodzieży, która ma dać radość z czytania, być może zachęcić kogoś ogólnie do czytania, ale też poruszyć ważne tematy w nieobciążający sposób. "Act Cool" stanowczo to daje. W dużej mierze jest potoczny, ale zarazem zachowuje uniwersalność. Nie ma zbyt wiele młodzieżowego słownictwa, które tak szybko się zmienia. Jestem prawie pewna, że bardziej dojrzały czytelnik nie będzie miał problemu ze zrozumieniem niczego. I że za kilka lat język nie będzie ze względu na swoją potoczność brzmiał dziwnie. Szkoda tylko, że nie wyczułam czegoś bardziej charakterystycznego w stylistyce dla Tobly McSmitha. 

Fabuła jest dla mnie wielką porażką, którą określę trzema słowami: nudna, pretensjonalna i przewidywalna. Wiem, że to bardzo surowy osąd, który dla wielu osób jest nieuzasadniony, lecz ja sama po prostu tak to odczuwam, ale też mam wyobrażenie, dlaczego ta powieść zbiera tak wiele pozytywnych opinii. Całkowicie rozumiem, że motyw aktorstwa dla wielu osób jest atrakcyjny, a dodając do tego powagę tematu jest to coś więcej niż zwykła opowieść. Niemniej dla mnie jest to mocno naciągane. Cała ta niezwykła szkoła, nagłe umiejętności Augusta i osiągnięcia, który przychodzą na wyciągnięcie ręki. Niekoniecznie mnie to przekonuje. 

Teraz przechodząc do najważniejszego, czyli tematyki – też jestem zwiedziona. Trochę ciężko mi pisać, ponieważ osobiście nie znam zbyt dobrze żadnej osoby transpłciowej, więc też wszystko, co mówię wnioskuję na podstawie książek, czy wypowiedzi z internetu, co może się okazać całkowicie błędne. Dlaczego o tym mówię? "Act Cool" wydaje mi się wiele aspektów spłycać. Wiem, że sam pisarz jest osobą transpłciową, więc opiera powieść na pewno na jakiś swoich własnych przeżyciach i doświadczeniach, ale mam wrażenie, że niektórych aspektów nie umiał przenieść na papier. Wiele problemów, choćby dysforia płciowa, pojawiały się nagle, miałam wrażenie, że w nieuzasadniony sposób, by zostać momentalnie rozwiązane i zapomniane. Nie wierzę, że wystarczy parę słów, by nagle wszystko stawało się łatwe i bezproblemowe. Ogólnie cieszę się, że Tobly McSmith nie odniósł się tylko do transpłciowości, ale do całej społeczności LGBTQ+. Dawało to poczucie doceniania każdego, ale też wieloperspektywiczność na różne wydarzenia. Ma to swoje zalety i jest niezmiernie ważne, tylko przy tak krótkiej powieści te uczucia, doświadczenia i poglądy nakładały się na siebie i z czasem ginęły. 

Da się to zauważyć na przykładzie samych bohaterów, których było wielu, ale przez to nie mogli też wybrzmieć. Pojawiali się znikąd i mieli tylko swoje pięć minut, bez własnej historii, bez własnej przyszłości. Było tylko tu i teraz, a to za mało, by zrozumieć drugiego człowieka. Natomiast z Augustem osobiście miałam problem, gdyż często był osobą dwulicową. I całkowicie rozumiem, skąd wynikało wiele jego kłamstw, uważam, że były naprawdę uzasadnione, ale niektóre sprawy nie powinny się potoczyć tak, jak się potoczyły. August też nonstop grał kogoś, zamiast być sobą. Nie dostał w wielu przypadkach możliwości, by być, kim jest, ale w wielu przypadkach też z niej nie skorzystał. W ogóle mam wrażenie, że główny bohater nie jest stworzony tak, by od razu zyskiwać sympatię czytelników, co jest dla mnie ciekawym zabiegiem literackim. Dostajemy go z jego wadami i zaletami i to my decydujemy, co jesteśmy w stanie w jego zachowaniu zaakceptować, a co nie. 

Olbrzymią zaletą polskiego wydania – nie wiem, czy oryginalne też ma tę część – jest koniec powieści, gdzie znajduje się słowniczek tłumaczący pojęcia związane z LGBTQ+. Część z nich wydawałaby się oczywistością, ale nie zawsze tak jest i warto na spokojnie wszystko wytłumaczyć. Też niezmiernie cieszę, że na końcu znajdują się numery telefonów i miejsca, gdzie osoby zmagające się z podobnymi problemami co August, czy po prostu nie radzące sobie z niektórymi aspektami swojego życia, mogą zgłosić się po pomoc. Nasza psychika jest istotna i trzeba o nią dbać tak jak o zdrowie fizyczne, a warto pamiętać, że wiele osób mierzy się z brakiem akceptacji ze strony społeczeństwa, ale też brakiem akceptacji samego siebie i niską samooceną. Tak nie musi być. 

Mimo że całościowo oceniam "Act Cool" w sposób dość negatywny, to i tak cieszę się, że zapoznałam się z tą książką i dostałam szansę, by przemyśleć niektóre aspekty życia. Dzięki tej pozycji mam wrażenie w choć małym stopniu lepiej zrozumieć wiele osób i to, co przeżywają. A to naprawdę coś wielkiego, dlatego powieść ostatecznie polecam każdemu czytelnikowi niezależnie od wieku. Ma wiele wad warsztatowo, ale jest istotna tematycznie. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

czwartek, 7 kwietnia 2022

The Gravity of Us – Phil Stamper

 

Tytuł: The Gravity of Us

Autor: Phil Stamper

Przekład: Iwona Wasilewska

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 340

Ocena: 5/10







Jako dzieci każdy z nas ma marzenia. Czasami są one niemożliwe do spełniania, czasami absurdalne, jeszcze innym razem zabawne, a niekiedy bardzo konkretne i racjonalne. Tak naprawdę nie ma znaczenia, jakie one są. Liczy się samo ich istnienie, sam proces wyobrażania sobie, jak je spełniamy, jak będzie wyglądać nasze życie, gdy już nam się uda i jak zareagują inni. Chciałabym Wam dzisiaj zdradzić wyjątkowy sekret. Sekret, który pewnie już znacie, ale chciałabym się upewnić, czy tak jest. Otóż dorośli też marzą – dokładnie tak samo jak dzieci. 

Cal pragnie być w przyszłości dziennikarzem. Ma już siedemnaście lat i perfekcyjnie zaplanowaną przyszłość. Jest rozsądnym i pracowitym, młodym człowiekiem, więc pilnie się uczy, angażuje w wprowadzenie swojego kanału z informacjami, swoją drogą bardzo dobrze prosperującego, wybrał też już uczelnię i miejsce, gdzie chce pracować... Ba, nawet dostał tam staż. Cóż może pójść nie tak? Otóż wszystko. Cal pewnego dnia dowiaduje się, że jego tata złożył zgłoszenie do pracy jako astronauta przy najnowszym projekcie NASA, którego celem jest lot na Marsa. Czy jego tata dostanie tę pracę? Czy decyzje rodziców mogą wpłynąć na już prawie dorosłe dzieci? 

W ostatnim czasie "The Gravity of Us" przyciągało mój wzrok. I tutaj podkreśliłabym słowo wzrok, ponieważ mam na myśli, że jestem zachwycona tą okładką. Czym powieść stawała się bardziej popularna i czym więcej pozytywnych opinii czytałam, tym bardziej chciałam ją przeczytać. I to dokładnie zrobiłam. Czy okładka równa się dobra książka? Myślę, że to pytanie nieraz i nie dwa zadał sobie każdy czytelnik i już większość z nas wie, że stanowczo nie można robić takich porównań. 

Zaczynając od pozytywów, jestem pod dużym wrażeniem pomysłu. Wydaje mi się wyjątkowo niesztampowy. Nie przypominam sobie, żebym dotychczas spotkała się, z czymś podobnym. Jednak to, że doceniam jego niekonwencjonalność w żaden sposób nie znaczy, że mi się podobał. Bardzo nie lubię, gdy w książkach jest motyw mediów społecznościowych. Wiem, że to dość absurdalne stwierdzenie, patrząc na to, czym się zajmuję. Lecz po prostu po ludzku, tak niewytłumaczalnie nie lubię. Natomiast loty kosmiczne i reality show, które mają duże znaczenie w tej historii, też nie są tematem, który mnie interesuje. Tym bardziej że oryginalność oryginalnością, ale mam poczucie, że można z tego pomysłu było wyciągnąć o wiele więcej. 

Co ze stylem? Niestety za bardzo nic. Po prostu jest dobry, choć bardziej pasowałoby tu słowo odpowiedni. Nie wyróżnia się niczym, ale ma w sobie coś przyjemnego i pozwalającego na łatwość odbioru. Czyli to, czego można by oczekiwać po literaturze młodzieżowej. W żaden sposób nie jest infantylny, ale też nie ma w sobie tej iskry ani jakiegoś wyzwania. 

Fabularnie "The Gravity of Us" jest bardzo niedopracowane. Po prostu pojawiają się różnego rodzaju luki. Może brakujące treści nie są konieczne do zrozumienia samej fabuły, ale też zabierają panoramiczność opowieści i naturalność. Tak jakby na świecie odbywała się wyłącznie ta jedna historia, a reszta na jej czas się zatrzymała. W dodatku miałam poczucie, że momentami historia jest mocno rozproszona i nie wiadomo, do czego zmierza, przez co staje się nudna. 

Tematycznie... Są dwie strony spojrzenia na to, co przedstawia książka. Jedno spojrzenie odnosi się do relacji, o czym za chwilę dokładniej, drugie do pewnego rodzaju edukacja wartościowania treści – treści, których jest bardzo dużo, o wiele za dużo. Ewidentnie autor chciał poruszyć wiele istotnych tematów w swojej książce, lecz przez ich mnogość były one niedopracowana i przytłaczały, by za chwilkę o nich zapomnieć. Między innymi takim wątkiem jest depresja i zaburzenia lękowe. Cieszę się, że pisarz podkreślił ich istnienie i problematykę oraz sposoby radzenia sobie. To jednak coś z mojej psychologicznej działki. Lecz mam wrażenie, że to trochę czcza robota, gdyż takie ujmowanie tych trudności w kategorii, że raz są, raz nie ma, mimo że zwrócono uwagę, że zaburzenia nie działają na włączanie i wyłączanie, daje mylne wyobrażenie o zmaganiach się z nimi. 

Głównego bohatera, czyli Cala bardzo polubiłam, ponieważ jest postacią o wielu wspaniałych zaletach, ale też wielu irytujących wadach, co daje obraz osoby wyjątkowo ludzkiej i wzbudzającej sympatię. Leon, którego jako czytelnicy poznajemy trochę później, jest postacią niewiadomą. Dowiadujemy się o nim bardzo mało, mimo że miałam wrażenie, że ma być rodzajem bohatera wywołującego głębokie przemyślenia. Tak naprawdę to jest on bardzo poddany schematowi i działaniu etykiet. Ciekawa jest ich relacja, co prawda i w tym przypadku też niedopracowana, ale odmienna od tego, czego się spodziewałam. Ona właśnie jest wolna od opinii innych i tego przylepiania łatki. Troszkę uprzedzając Wam wydarzenia, jest to relacja oparta na romantycznych uczuciach. Większość książek idzie w kierunku pokazania, jak pary nieheteronormatywne muszą sobie radzić z brakiem akceptacji społeczeństwa, oszczerstwami i nietolerancją. Tymczasem tutaj w ogóle tego nie ma. W "The Gravity of Us" jest ukazane, jak to powinno wyglądać, czyli jak każda prawdziwa miłość. Nadaje to naturalności i nadziei. 

Powieść niestety dość mocno mnie rozczarowała. Nie dała spodziewanej rozrywki, momentami nużyła. Bez wątpienia niesie ze sobą wiele wartościowych treści, o których należy mówić głośno. Daje też obraz tego, jak relacje ludzkie powinny wyglądać. Doceniam to i doceniam również pomysł, ale to za mało, by ostatecznie mi się spodobało. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Detektyw Erik Vogler i (nie)prawdziwa dziewczyna – Beatriz Osés García

 

Tytuł: Detektyw Erik Vogler i (nie)prawdziwa dziewczyna

Autorka: Beatriz Osés García

Przekład: Joanna Zeler

Cykl: Detektyw Erik Vogler

Tom: IV

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Akapit Press

Liczba stron: 180

Ocena: 6/10





Czy nie zdarza się Wam mieć poczucie, że wokół Was dzieją się dziwne rzeczy? Jakieś niewytłumaczalne zjawiska? Może nawet paranormalne? Albo niezbyt dobrze ukryte kłamstwa? Intrygi? Jako ludzie mamy gigantyczną wyobraźnię, którą jeśli tylko dostatecznie chcemy, jesteśmy w stanie wykorzystać, by wprowadzić w życie różne szalone pomysły – podyktowane najróżniejszymi powodami. Dla nas może i są logiczne, ale dla innych mogą wydawać się ekstrawaganckie, bezsensowne lub właśnie dziwne. Być może właśnie w tej chwili ktoś jest powodem zdumienia innej osoby. Kto wie...

Erik wraz z babcią i niestety z Zimmerem udał się do Francji na zjazd dinozaurów... No dobrze – na zjazd bardzo starych absolwentów Sorbony. Zdecydował się na tak nudny wyjazd ze względu na niepokojące zjawiska i wydarzenia, które były wykierowane w niego. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie obecność Zimmera. On zawsze wszystko niszczy i utrudnia. Niemniej los jest przewrotny, więc Erik szybko zdaje sobie sprawę, że wyjazd niesie ze sobą różne pasjonujące możliwości. A szczególnie jedną. Na imię jej Cloé i jest przepiękną oraz mądrą dziewczyną. Idealną, by od razu się zakochać, co też właśnie robi Erik. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zdarzenia tragiczne i przyprawiające o dreszcz. Erik po raz kolejny będzie musiał zmierzyć się z niebezpieczeństwem i rozwikłać zagadkę. Czy uda mu się to? Czy dziewczyna odwzajemni jego względy? 

Nie dane mi czytać książek w odpowiedniej według zaplanowanego cyklu kolejności, dlatego przygodę z Erikiem rozpoczynam od czwartego tomu. Zanim zaczęłam czytać tę powieść, byłam niezmiernie ciekawa, co z w niej zastanę. Cykl "Detektyw Erik Vogler" jest połączeniem literatury młodzieżowej wraz z kryminałem. Uważam, że każdy z tych dwóch gatunków niesie ze sobą wiele trudności i połączenie ich zgrabnie jest nie lada wyzwaniem. Czy udało się to pisarce? 

Może zacznę w tradycyjny sposób od stylu, który jest wybitnie łatwy w odbiorze. Oczywiście literatura młodzieżowa powinnam utrzymywać pewną dozę łatwości podczas czytanie, lecz niekiedy wyczuwałam całkowicie niepotrzebny infantylizm. Na szczęście byłam w stanie przymknąć na to oko, gdyż dyskretny dowcip dawał mi powody, by zapominać o wielu wadach. Naprawdę już dawno nie poczułam, żeby jakaś książka sprawiała, że powoli na moich ustach pojawi się subtelny uśmiech, a iskierki rozbawienia pojawią się w moich oczach. Szkoda tylko, że dość często gubiłam się w narracji i nie byłam pewna, kto w danej chwili mówi lub komu towarzyszymy, co niezmiernie mnie irytowało. 

Początki powieści zachwycały mnie, ponieważ wyczuwałam bardzo ciekawy, wyróżniający się niesztampowością klimat. Dobrze, że pisarka ma taki charakterystyczny znak rozpoznawczy. Choć też warto zwrócić uwagę na intrygujący zabieg pochodzący już między innymi z dzieł Agathy Christie. Jestem przekonana, że autorka zafascynowana fenomenem królowej kryminałów, postanowiła zainspirować się i zamknąć swój wykreowany świat, opierając się na wydarzeniach odbywających się na jednej posesji, czerpiąc z przeszłości bohaterów. Choć na pewno czułabym, że obraz zdarzeń jest o wiele bardziej głębszy, gdybym lepiej znała przeszłość Erika i jego bliskich. Na pewno powrócę do pozostałych tomów, by mieć taką możliwość. 

Jak pierwszą częścią książki, byłam mocno zachwycona, to druga mocno mnie rozczarowała. Koło połowy cała fabuła gwałtownie i w sposób nieuzasadniony zaczyna przyśpieszać. Historia nabiera zawrotnego tempa, gdzie wiele wątków zaczyna ginąć, by następnie pojawiły się niespójności i niesatysfakcjonujące mnie rozwiązania fabularne. Żałuję, że pisarka nie pozostała przy pierwotnym tempie i nie wydłużyła opowieści na rzecz bardziej rozbudowanych wątków. 

Parę słów należy też rzec na temat wątku romantycznego, który co prawda należał do naiwnej relacji, ale pozostawał przy tym uroczy i łapiący za serce. Sam Erik jest postacią pod każdym względem niestandardową i niekoniecznie sympatyczną. Osobiście polubiłam go i kibicowałam mu na każdym kroku, jednakże jestem w stanie bez większych problemów wyobrazić sobie, że wielu czytelnikom nie przypadłby do gustu. Taki zabieg cenię całym sercem, ponieważ żeby się na niego zdecydować, należy posiadać pisarską odwagę. 

Jednak młodzieżowe powieści mają to do siebie, że powinny poza rozrywką nieść też jakieś moralizujące wartości. Ten tom "Detektywa Erika Voglera" nie różni się pod tym względem. Możemy obserwować, jakie konsekwencje niosą ze sobą nasze wybory. Wydawać by się mogło, że to tylko te wielkie mają bezpośredni wpływ na nasze życie i życie innych ludzi. Tymczasem nawet najdrobniejsze decyzje mogą zapukać do nas po latach i zażądać zapłaty. Najlepszym dowodem tego jest pojawiający się w powieści motyw zemsty, który należy do wyświechtanych, lecz nadal pozostaje istotny. 

"Detektyw Erik Vogler i (nie)prawdziwa dziewczyna" dostarczył mi odczuć godnych rollercoastera. Najchętniej oceniłabym oddzielnie pierwszą część powieści, a następnie drugą. Ta nierównomierność zaburza obraz całości i nie pozwala mi uczciwie powiedzieć, że książka podobała mi się. Zbyt wiele aspektów zostało niedopracowanych.   

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

piątek, 1 kwietnia 2022

Heartstopper 2 – Alice Oseman

 

Tytuł: Heartsopper 2

Autor: Alice Oseman

Przekład: Natalia Mętrak-Ruda

Cykl: Heartstopper 

Tom: II

Kategoria: Komiks, literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 320

Ocena: 6/10





Wbrew pięknym powiedzeniom, że najlepsze lata to lata młodości, życie nastolatka wcale nie jest łatwe. Okres dojrzewania, nowe wyzwania i bardzo ważne decyzje sprawiają, że można poczuć się przytłoczonym i zagubionym. To czas emocji, pierwszych miłości i perspektywa nieznanej przyszłości. Daje to wiele możliwości, wiele radości, wspaniałych wspomnień, ale nie zawsze musi tak być. Niekiedy jest to okupione cierpieniem, rozpaczą, brakiem akceptacji i motywacji do tego, żeby iść dalej. Warto pamiętać o tych dwóch stronach medalu. 

Charlie przestraszył się tego, co zrobił. Wspomnienie tego wieczoru i reakcji Nicka zasmuciło go i przyniosło wieczór pełen łez. W tym samym czasie Nick próbuje sobie uporządkować w głowie swoją relację z Charliem i odnieść to do tego, co się stało wieczorem. Kim tak naprawdę jest dla niego Charlie? Czy przyjaźń może przetrwać wszystko? Tutaj pora na spojrzenie w głąb siebie i otwartość na świat. Czy uda się to Nickowi? 

Byłam niezmiernie podekscytowana możliwością przeczytania drugiego tomu "Heartstoppera"! Pierwsza część dała mi wiele radości, przeuroczych scen, ale też tematów do przemyśleń. Wydawało mi się to perfekcyjnym połączeniem w komiksie przeznaczonym dla młodzieży. W końcu to ukazanie różnych problemów, z którymi młodzi (zresztą nie tylko młodzi) ludzie mogą się właśnie zmierzać, ale też nie przesadne obciążenie, które mogłoby okazać się zbyt przytłaczające. Dlatego tak bardzo byłam ciekawa, jak potoczą się dalej losy Nicka i Charliego. Jak moje wrażenia?

Mimo że to komiks to tradycyjnie zacznę od stylu. W pewnym sensie trochę trudno o nim mówić, jednak za to trudno go nie docenić. Przede wszystkim jest prosty, czyli codzienny. Sprawia, że przedstawione sytuacje nabierają naturalności. Jestem w stanie bez większego problemu wyobrazić sobie, że tak rozmawiają nastolatkowi, zresztą ludzie w moim wieku też. Dlatego łatwiej utożsamić się z bohaterami i zrozumieć ich sytuację oraz emocje. 

"Heartstopper" to piękna opowieść o zmaganiach młodych ludzi z nadchodzącą dorosłością. Ukazuje, z jakimi problemami nastolatkowie zmagają się i jak sobie z nimi radzą. Jest to poszukiwanie orientacji seksualnej. Komiks podkreśla, że nie jest to ścieżka, która zawsze tak samo wygląda. Niekiedy ludzie od razu wiedzą, kim są pod względem orientacji seksualnej, innym razem tego nie wiedzą i nie ma w tym nic złego. Potrzebują czasu, by zrozumieć samego siebie i swoje potrzeby. Tym bardziej że nie można zapomnieć, że jest to związane z potrzebą akceptacji i przede wszystkim samoakceptacji, co w środowisku młodzieży może być trudna i wiązać się z cierpieniem. I niekoniecznie ta akceptacja występuje na przykład w rodzinnym środowisku, choć jest tak bardzo ważna. "Heartstopper" nie ogranicza się też do stereotypów, co niezmiernie cenię. W końcu świat i sami ludzie nie są czymś oczywistym, czymś, co można tak po prostu wpisać w schemat. 

Tematyka pierwszych miłości i radości, ale też problemów za nią idących, jest dla mnie urzekająca. Przyznam się, że moje serce czuło olbrzymią czułość do przeżyć bohaterów podczas lektury tego komiksu. Przykład Nicka, Charliego i przyjaciół Charliego przedstawia, jak można sobie radzić z różnymi trudnościami – poprzez właśnie akceptację i wsparcie bliskich. Wydawałoby się, że to banalne, ale wiele osób potrafi o tym zapomnieć. 

Moim jedynym ale, które niestety miejscami popsuło mi historię, jest sama fabuła. W drugim tomie "Heartsoppera" pod względem emocjonalnym dzieje się wiele, co całkowicie uznaję. Niemniej pod względem fabularnym poczułam olbrzymie rozczarowanie. Mam poczucie, że ten tom można by podzielić na pół i dołączyć do pierwszego tomu i obecnie trzeciego. Nie wiem, czy się nie mylę, bo trzeciego nie znam jeszcze, jednak tego drugiego nie umiem za bardzo umiejscowić w innym sposób.

Co do kreacji bohaterów mam jak najbardziej pozytywne odczucia. Charlie jest postacią uroczą, kochaną i pełną zrozumienia, co jest momentami wręcz niezwykłe. Nie wyobrażam sobie, jak można go nie polubić. Ma w sobie olbrzymie pokłady akceptacji, wyrozumiałości i wrażliwości. Dostrzega problemy innych ludzi i umie ich wspierać za pomocą empatii i po prostu bycia przy tej osobie. Natomiast Nick dla mnie jest nieuchwytną postacią, ale w tym przypadku nie ujmuję tego jako wadę, gdyż świadczy to o jego głębi oraz pewnej niespójności i podkreśla, że on jeszcze poszukuje samego siebie i potrzebuje na to czasu. 

Nie można też zapomnieć o ilustracjach, które są po prostu przecudowne. Wyróżniają się przejrzystością i wyrazistością, co pozwala doskonale zrozumieć fabułę. Ich prostota jest też unikalna i nadająca piękno. Dzięki nim łatwo przywiązać się do całej historii. 

Cieszę się, że mogłam zapoznać się z drugim tomem "Hearstoppera". Co prawda w porównaniu do pierwszego rozczarował mnie, niemniej to nadal wartościowa i wciągająca opowieść o dwóch młodych ludziach, którzy poszukują akceptacji, zrozumienia i samych siebie. Bez wątpienia zapoznam się z trzecim tomem. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

niedziela, 13 marca 2022

Zagubiona Księżniczka – Connie Glynn

 

Tytuł: Zagubiona Księżniczka

Autor: Connie Glynn

Przekład: Anna Kłosiewicz

Cykl: Kroniki Rosewood

Tom: III

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 352

Ocena: 2/10





Każdemu z nas zdarza się popełniać jakiś błąd i przez to zawieść kogoś bliskiego. Czasami to jakaś mała rzecz, którą można naprawić lub która po prostu została wybaczona. Lecz czasami może być to już o wiele poważniejsza sprawa, o której nie tak łatwo zapomnieć. Niekiedy nawet nie jest to możliwe, choć czasami czas i starania mogą zabliźnić niektóre rany. Jednak bez wątpienia to długa i ciężka droga, gdzie niekoniecznie można spodziewać się dobrego zakończenia. 

Lottie i Ellie czuję się zmęczone ostatnim rokiem w Rosewood. Ich traumatyczne przeżycia nie pozwalają im normalnie żyć, a widmo Lewiatana sprawia, że noce pozostają nieprzespane. Na domiar złego Jamie nie chce z nimi rozmawiać, z każdym dniem wydaje się coraz bardziej nieobecny w ich życiu. Wypełnia wyłącznie swoje obowiązki, ale relacja między tą trójką wisi na włosku. Dziewczyny nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić. Na szczęście, nieszczęście okazuje się, że Lottie nie zaliczyła rocznych egzaminów. Rozwiązaniem tego problemu jest wakacyjna wymiana ze szkołą w Japonii. Dziewczyna uważa, że to ich szansa na odpoczynek, naprawienie relacji i swoich własnych błędów. Czy im się to uda? Czy może to tak naprawdę wyłącznie ucieczka od problemów? I czy przede wszystkim będą tam bezpieczni? 

Nie będę udawać – czytam tę serię wyłącznie dla okładek. Są tak piękne, słodkie i cukierkowe, że mimo niekoniecznie mojej tematyki musiałam się zapoznać z cyklem, choć to może zbyt duże słowa, gdyż przeczytałam tylko tom drugi i teraz miałam... nieprzyjemność przeczytać tom trzeci, czyli właśnie "Zagubioną Księżniczkę". Po poprzedniej części spodziewałam się, że powieść nie zachwyci mnie i na pewno nie będzie tym, czego początkowo oczekiwałam. Natomiast nie spodziewałam się, że może być jeszcze gorzej i to jeszcze gorzej mimo minimalnych oczekiwań... Wiem, że dużo czytelników ceni "Kroniki Rosewood", ale ja widzę w nich prawie same wady – poza genialnymi okładkami. 

Styl... Mam wrażenie, że już tutaj przesadnie zaczynam narzekać, ponieważ jest całkiem przyjemny, bardzo łatwy w odbiorze i całą powieść niesamowicie szybko się czyta. Czasami można w języku wyczuć pewien nienaturalny infantylizm. Co mi nie odpowiada? Brak jakichkolwiek cech charakterystycznych dla pisarki. Dla mnie to po prostu kolejna osoba, która umie pisać, ale niekoniecznie wyróżnić się czymś unikatowym. Zdaję sobie sprawę, że to książka z dziedziny literatury młodzieżowej, ale przecież w żaden sposób to nie oznacza, że musi być banalnie i schematycznie. 

Co do fabuły to jest jeszcze gorzej – nudno i monotonnie. Jakbym miała wymienić teraz wydarzenia z tej historii czy napisać streszczenie, to byłabym w stanie zrobić to całkiem sprawnie, lecz żadne z tych zdarzeń czy mniemanych zwrotów akcji nie wywołało we mnie głębszych emocji. Wydaje mi się, że zakończenie tego tomu miało być swojego rodzaju przełomem, ponieważ czytelnicy wreszcie mogą dowiedzieć się ważnych faktów dotyczących wszystkich tomów. To powinno robić wrażenie i zachęcać do czytania kolejnych części, tylko że większość odpowiedzi poznałam o wiele wcześniej, ponieważ były one podane na tacy. Zamiast dyskretnych wskazówek, które co wnikliwszym czytelnikom pozwoliłyby dojść do rozwiązania, a tym trochę mnie dałyby szansę zaobserwować logiczne powiązania, to tu wszystko było przesadnie wyolbrzymione. A to wszystko w atmosferze przedramatyzowania... Troszkę teraz ja wyolbrzymiam, ale towarzyszyło mi przez większość czasu poczucie, że małe, nieistotne sprawy nabierają wielkich rozmiarów, a te naprawdę istotne nikną gdzieś pomiędzy... Właśnie, pomiędzy czym?

Teraz przejdźmy do zalet? Nie, choć na pewno nie jest tragicznie w przypadku kreacji bohaterów. Osobowości postaci wydają się poharatane. Wygląda to tak, jakby pisarka wiedziała, że bohaterowie powinni mieć głębokie wnętrze i wiele różnorodnych cech, ale nie do końca jej to wychodziło. Ewidentnie się starała to uchwycić i przy okazji stworzyć też ciekawe relacje między nimi, ale było to mocno nierównomierne i ogólny efekt ginął. Choć może to wynika z faktu, że nie lubię ani Lottie, ani Ellie. Lottie wydaje mi się przeidealizowana, same zalety, a jak już pojawiają się wady to i tak okazują się szlachetne – jakkolwiek nietypowo to brzmi. Dominuje w niej zbytnia słodycz. Natomiast w przypadku Ellie widzę potencjał, tylko brakuje mu logiki. Pisarka pobieżnie wytłumaczyła cel jej działań i przyczyny. 

"Zaginiona Księżniczka" niestety też nie zachwyca sferą tematyczną. Zawsze staram się z każdej książki, nawet tej, która bardzo nie przypadła mi do gustu lub ewidentnie jest źle napisana, wyciągnąć coś wartościowego, coś dla samej siebie. W tym przypadku miałam problem, choć akurat nie chodzi o brak wartościowych treści, gdyż one są, ale również jest ich wiele, a pobieżnie. Można przemycić treści o prawdziwej i lojalnej przyjaźni, o dojrzewaniu i pierwszych w teorii niewinnych miłościach. Ale czy to nie kolejny schemat? Bardziej do gustu przypada mi spojrzenie, które starałam się ukazać we wstępie. Czasami się popełnia błędy i niekiedy nie da się ich naprawić. To smutna rzeczywistość, ale w powieści można też zaobserwować, że można na siebie brać błędy kogoś innego lub po prostu wydarzenia wynikające z samego losu, a poczucie winy może przejąć nad człowiekiem kontrolę. 

Myślę, że ta recenzja jest już moim pożegnaniem z "Kronikami Rosewood". Mimo mojego dość dziecinnego zamiłowania do tych okładek nie planuję powracać do pierwszego tomu, ani zapoznać się z niedawno wydanym czwartym. W "Zagubionej Księżniczce" brakuje akcji i dobrze osadzonych w fabule tajemnic. Nie odnalazłam też żadnych sympatii wśród bohaterów... Niestety czuję się niesamowicie rozczarowana. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

poniedziałek, 10 stycznia 2022

All I want for Christmas. Świąteczna zamiana miejsc – Beth Garrod

 

Tytuł: All I want for Christmas. Świąteczna zamiana miejsc

Autor: Beth Garrod

Przekład: Matylda Biernacka

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: YA!

Liczba stron: 397

Ocena: 4/10






Święta potrafią być naprawdę wyjątkowym czasem. W szczególności, gdy przez lata udało się stworzyć swoje własne tradycje i schematy, które sprawiają, że czujemy się szczęśliwi i pełni radości. Wtedy nawet mimo rożnych trudności w życiu, nagłych zmian można odetchnąć i zobaczyć świat, gdzie magia świąt kreuje wszystko wokół. Tylko mimo tej magii czasami dochodzi do tego, że i ona nie jest w stanie pokonać większych problemów. Wtedy można tylko spróbować samemu się z nimi zmierzyć. 

Elle wraz z bratem i rodzicami znowu się przeprowadziła. Podczas gdy jej brat doskonale zaadaptował się do nowego środowiska, ona nie umie się odnaleźć. Cały czas żyje historią sprzed przeprowadzki, która wykończyła ją psychicznie i nawet teraz, po tak długim czasie, wpływa na jej wybory. Dziewczyna musi coś zrobić, by odzyskać pewność siebie i wreszcie poczuć, że jest w domu. Natomiast Holly uwielbia święta. Tylko pewien chłopak popsuł jej okres przedświąteczny, ale nastolatka już ma plany, jak to wszystko naprawić i doprowadzić do tradycyjnej, rodzinnej gwiazdki. Szkoda tylko, że okazuje się, że jej siostra nie wraca na święta do domu, a mama postanowiła się przeprowadzić wraz z nią do swojego partnera. Jak Holly poradzi sobie z tak dużymi i nagłymi zmianami? 

Wiem, że mamy już styczeń, a święta za kolejne jedenaście miesięcy, ale czasami warto podtrzymać jeszcze trochę świąteczny nastrój. Tak wiecie – na poprawę humoru. Z tego względu w początkowych dniach nowego roku czytałam "All I want for Christmas. Świąteczna zamiana miejsc". Spodziewałam się lekkiej i przyjemnej lektury i dokładnie taką dostałam, ale okazało się, że to mi nie wystarcza. Trzeba czegoś jeszcze więcej, by utrzymać wspominany nastrój. 

Już od samego początku pomysł wywołuje we mnie ambiwalentne odczucia, gdyż widzę w tym pewien schemat fabularny, ale zarazem też wprowadzenie nowych motywów. Jak teraz myślę, to jest naprawdę niesamowicie wiele opowieści, gdzie najróżniejsi bohaterowie zamieniają się miejscem i prowadzi to do nieprzewidzianych konsekwencji. W przypadku tej powieści spontaniczność tej decyzji odgrywa główną rolę i mimo sztampowości przekonuje mnie. 

Styl autorki, jak bardzo łatwo się domyślić, jest wyjątkowo lekki i przyjemny w odbiorze, czyli dokładnie taki, jaki powinien być w literaturze młodzieżowej. Choć czasami niestety zahacza o infantylizm. Niekiedy pojawiają się też niedopracowania. Jednak gdy czytałam, miałam wrażenie, że jest to typowy język naszych myśli, co upraszczało zrozumienie bohaterów oraz nadawało pewnej barwności. 

Fabuła... Tutaj brak mi słów. Dla mnie jest stanowczo zbyt naiwna i zbyt słodka. Tak, tak, wiem, że to powieść dla nastolatków, w dodatku świąteczna i z motywami romantycznymi, ale nadal... Oczekiwałabym większej realności i dojrzałości. Tym bardziej że były wyczuwalne pewne niedopracowania i pomijanie treści ważnych, a pojawiały się za to sceny, które były w moim odbiorze nudne i całkowicie niepotrzebne. 

Narracja była pierwszoosobowa i dotyczyła dwóch osób – Holly i Elle. To według mnie trudny zabieg literacki, ponieważ narracja pierwszoosobowa wymaga głębokiej analizy psychiki, a w przypadku dwóch osób całkowicie odmiennych dwóch analiz i tutaj autorka poległa. Dlaczego? Gdyby nie nazwy rozdziałów i dwa różne miejsca akcji, to nie miałabym pojęcia, o której bohaterce czytam. Dla mnie pod względem charakterów były identyczne. Najprawdopodobniej wynika to z kreacji bardzo pobieżnej, bazującej wyłącznie na cechach powierzchownych. I niestety przenosiło się to również na pozostałych bohaterów. Byli przesympatyczni i posiadali olbrzymi potencjał charakterologiczny, tylko że zabrakło wspomnianej głębi. A to nie był jedyny problem, ponieważ zawiodły też opis relacji między nimi i procesów psychologicznych. To istniało, ale tylko zahaczało o bohaterów. 

W "All I want for Christmas" wprowadzono motyw instagrama, co spodobało mi się ze względu na atrakcyjność dla młodych osób. Sama spędzam w świecie instagrama wiele czasu i wiem, że nabiera coraz większego znaczenia dla ludzi. Czasami stanowczo zbyt wielkiego. Akurat takiego, żeby zapomnieć, że to real jest ważny. A dokładnie, że najważniejsi są ludzie nam bliscy, takich, których znamy naprawdę, a nie poprzez wizerunek kreowany na profilu instagramowym. Zarazem to pokazuje dwie rzeczy odnośnie social mediów – łatwo wykreować samego siebie całkowicie odmiennego od naszej osobowości, ale można też dzięki możliwościom mediów i autentyczności stworzyć niesamowite rzeczy. 

W książce jest też podkreślona waga szczerych rozmów, gdzie można wyrazić swoje emocje i uczucia oraz opowiedzieć o radościach i problemach. Tak się tworzy prawdziwą więź i dostaje tak bardzo potrzebne nam wsparcie innych ludzi. Też pozwala uniknąć niepotrzebnych domysłów, które czasami mają się daleko od prawdy. Tym bardziej że w naszym świecie naprawdę łatwo zatracić samego siebie i nie zauważyć, jak bardzo wyjątkowym jest się człowiekiem – takim, jakim się jest naprawdę. 

Cóż... Dla mnie ta powieść była naprawdę wielkim rozczarowaniem i wbrew pozorom nie dała mi poczucia podtrzymania świątecznego klimatu. Poruszała wiele ważnych tematów dotyczących młodych ludzi, co niezmiernie mi się podobało, ale zarazem nie utrzymywała przy tym odpowiedniego tonu i momentami za bardzo przyśpieszała albo zwalniała. Niemniej sądzę, że jeśli lubicie lekkie książki czytane ku przyjemności, gdzie można samemu według własnych planów wyciągnąć z niej albo głęboką treść, albo zabawną historię, to spełni ona Wasze oczekiwania. 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

wtorek, 23 listopada 2021

Almond – Won-Pyung Sohn

 

Tytuł: Almond

Autor: Won-Pyung Sohn

Przekład: Urszula Gardner

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: MOVA

Liczba stron: 240

Ocena: 8/10







Niektórzy z nas cierpią na jakieś zaburzenia i mówię tutaj o szerokiej gamie dolegliwości, chorób i deficytów. Ja mam wadę wzroku, ktoś inny problemy z kręgosłupem, jeszcze ktoś inny zmaga się z problemami psychicznymi. Część z tych rzeczy jest dla nas czymś naturalnym i w żaden sposób nie przyciąga uwagi. W końcu która młoda osoba nie ma teraz problemu ze wzrokiem? Jednak inne wymagają o wiele więcej cierpliwości, tolerancji i zaangażowania społecznego. Czy to oznacza, że ten ktoś jest dziwny, nienormalne albo obciążający? Wiem, że to ciężkie działa, ale takie słowa często się słyszy. Odpowiedź oczywiście brzmi nie, pod żadnym pozorem. Niemniej nadal brniemy w takie stygmatyzujące etykiety. 

Yunjae cierpi na aleksytymię, czyli niemożność odczuwania i identyfikacji swoich przeżyć emocjonalnych. Jest to powiązane z deficytami w działaniu ciał migdałowatych. Chłopiec nie uśmiecha się, nie płacze, nie boi niczego i nie do końca rozumie zachowania innych osób. Mogłoby się wydawać, że brak możliwości odczuwania strachu czy smutku jest czymś wymarzonym, lecz te emocje nie powstały po to, by nas gnębić. Są całkowicie adaptacyjne. W takim razie jak ma żyć ktoś taki jak Yunjae? Mimo tej trudności jego mama bardzo go kocha i angażuje się w walkę z jego zaburzeniem. Jak każdy z nas czasami popełnia błędy, jednak jej kreatywność i miłość do dziecka prowadzą przez życie chłopca. Lecz co się stanie, gdy zabraknie matki? 

W ostatnim czasie czytałam bardzo dużo japońskiej literatury, więc tym razem zdecydowałam się na coś trochę innego. Co prawda nie odchodzę zbytnio od schematu, ale przemieszczam się do innego państwa – dzisiaj o dziele koreańskim o zachęcającym tytule "Almond". Miałam okazję poznać wiele pozytywnych opinii na temat tej powieści, co sprawiło, że sama zapragnęłam poznać tę książkę i wyrazić całkowicie własne zdanie. I teraz mogę to powiedzieć – zgadzam się, "Almond" jest fantastyczną historią. 

Gdy zaczynałam czytać tę książkę, nie wiedziałam do końca, o czym ona opowiada. Być może właśnie dlatego jestem teraz zaskoczona, ale też oczarowana niekonwencjonalnym pomysłem. Dotychczas nigdy nie spotkałam się z tą tematyką. Mam na swoim czytelniczym koncie powieści o psychopatach, o tym zaburzeniu, lecz nawet nie wiedziałam, że istnieje choroba zwana aleksytymią. Wydaje się to tak podobne do psychopatii, a tak naprawdę jest czymś całkowicie odmiennym. 

Styl, którym posługuje się pisarka, jest niesamowicie dopracowany, a przy tym płynny. Odpowiedni dobór słów sprawił, że przeniosłam się do życia Yunjae i zapomniałam, że istnieje moje własne. Pozwoliło mi to na tyle zagłębić się w fabułę, że nawet nie zauważyłam, jak przeczytałam ponad połowę książki. Myślę, że ta swoboda stylistyczna objawia się również w dialogach i opisach uczuć wewnętrznych, które optymalnie ze sobą współgrały. 

Sama fabuła jest wolno płynąca, ale tak naprawdę są to tylko pozory, ponieważ dzieje się w powieści wiele, tylko często wychodzi to poza sferę wydarzeń, a przemieszcza się do sfery uczuć i emocji. To właśnie tam odbywa się główna część akcji i to ona prowadzi czytelnika przez zawiły i odmienny mózg chłopca, by ukazać świat poprzez inną perspektywę. "Almond" jest podzielony na cztery części, gdzie trzy pierwsze symbolizują konkretne osoby, a ostatnia w moim mniemaniu jest podsumowaniem. Ten układ w sposób przejrzysty ukazuje życie Yunjae, by następnie łącząc całościowo wątki, ukazać, jak bardzo skomplikowane jest i jak wiele cierpienia, ale też szczęścia niesie. 

Jestem pod wrażeniem, że pisarka wykreowała tak nieoczywistą postać jak Yunjae. To nie lada wyzwanie, gdyż jest to bohater pejoratywnie kojarzony ze względu na brak odczuwania emocji. Wydaje się być robotem, który nic nie czuje i funkcjonuje wyłącznie dzięki swojej inteligencji. Tymczasem pokazanie wielowymiarowości jego umysłu jest mistrzowskim zabiegiem. Podobnie sprawa ma się co do przyjaciela chłopaka – Gona. Tutaj ponownie jest to postać nieoczywista i wymykająca się wszelkim stereotypom. Dająca poczucie, że zbyt często oceniamy innych na podstawie... Właśnie, na podstawie czego? 

Samo wskazanie na istnienie aleksytymii jest godne szacunku. W końcu takie osoby istnieją, są rzadkością, ale istnieją i my sami możemy mieć z nimi styczność. Zrozumienie, na czym polega ten deficyt, jest niezmiernie ważne. Jednak odchodząc już od mózgu chłopca, to można to odczytywać jako niezwykłą metaforę mechanizmów oceniania i postrzegania świata wyłącznie przez własną indywidualną perspektywę. Won-Pyung Sohn łamie tutaj stereotypy i przypomina, że żeby zrozumieć drugiego człowieka trzeba przysłowiowo przejść się w jego butach. Wydaje się to banalnym frazesem, ale stojąc przed człowiekiem, nigdy do końca nie wiemy, co przeszedł w życiu, z czego to wynika, co on o tym myśli i jak to go ukształtowało.  

"Almond" dogłębnie mnie poruszył i dał szansę na przemyślenie wielu rzeczy. To jedna z tych powieści, która autentycznie zmienia coś w myśleniu człowieka i daje szansę, by wykorzystać to realnie w życiu. Jest to książka przyporządkowana do literatury młodzieżowej, ale tak naprawdę tutaj nie ma znaczenia, czy jest się nastolatkiem, czy dorosłym. Warto się z nią zapoznać, gdyż po prostu jest wartościową pozycją literacką. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

sobota, 13 listopada 2021

Heartstopper – Alice Oseman

 

Tytuł: Heartstopper

Autor: Alice Oseman

Przekład: Natalia Mętrak-Ruda

Cykl: Heartstopper

Tom: I

Kategoria: Komiks, literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 288

Ocena: 7/10





Świat się zmienia i sprawia, że niektóre rzeczy postrzegamy z czasem odmiennie niż jeszcze kilkaset lat temu. Czasami jest to wręcz kilkadziesiąt czy kilka lat temu. Jednak czy naprawdę świat, aż tak bardzo się zmienia? Niekiedy mam teorię, że właśnie niekoniecznie. Niektóre rzeczy, zjawiska czy nasze pragnienia się po prostu dogłębnie ukrywane lub zapomniane. A tak naprawdę cały czas są przy nas, a my dopiero dajemy szansę im, by później powiedzieć, że świat się zmienia. Może to nie świat, tylko my sami?

Charlie jest homoseksualistą i przez długi czas był prześladowany z tego powodu w szkole. Jego orientacja była non stop wyśmiewana, co z czasem sprawiło, że chłopak czuł się gorszy i zaczął nienawidzić swoich prześladowców. Teraz nie wstydzi się tego, kim jest. Choć ma sekretnego chłopaka. Wszystko wydawałoby się być dobrze, gdyby... Nick nie usiadł w ławce obok Charliego. Wtedy w życiu chłopaka zmienia się wiele, a on nareszcie zaczyna dostrzegać, że jest wykorzystywany i uczy się, czym jest prawdziwe zakochanie. Lecz jak sobie z tym wszystkim poradzić, kiedy Nick jest heteroseksualny, więc zainteresowany wyłącznie przyjaźnią z Charliem? 

Mam wrażenie, że na polskim rynku wydawniczym ten komiks przyciągnął prędzej czy później wzrok każdego czytelnika. Gdy pierwszy raz zobaczyłam tę okładkę, od razu doceniłam kreskę ilustratora, lecz nic poza tym nie przyciągnęło mojej uwagi. Z czasem coraz to więcej pozytywnych recenzji sprawiło, że i ja zapragnęłam zapoznać się z tą historią. Liczyłam na ciepłą i przyjemną opowieść, która w sposób lekki, ale trzymający również odpowiedni poziom powagi, poruszy ważne tematy społeczne. Czy moje oczekiwania zostały spełnione? 

Zaczynając od pomysłu – od początku uznałam go za bardzo potrzebny. Cieszę się, że coraz więcej książek i różnych opowieści porusza tematykę LGBTQ+. Czym więcej takich historii, tym większa szansa, że niektórzy ludzie lepiej zrozumieją to społeczeństwo i dadzą nareszcie tak potrzebną akceptację i równość. Z tego względu cieszy mnie ta koncepcja. Lecz jeśli mam się odwołać do pomysłu poprzez aspekt warsztatu literackiego, to niczym nie zostałam zaskoczona, co trochę mnie rozczarowało, ale ma też w sobie dozę zalety, gdyż czasami zwykłe i codzienne historie są nam najbardziej potrzebne. Tym bardziej że przed czytelnikami jeszcze kolejne tomy, które dają olbrzymi potencjał całości. 

Nie wiem, czemu tak się stało, ale opis znajdujący się wewnątrz książki opisuje większą część fabuły. Nie jest ona zaskakująca, ale sama chciałam się o tym przekonać. Czemu do tego doszło? Będę wierzyć, że miało to zastosowanie, tylko ja go nie rozumiem. Odwołując się już bezpośrednio do fabuły, to jest to opowieść o codzienności homoseksualnego nastolatka, który musi zmierzyć się z szyderstwami, zaakceptowaniem swojej orientacji i zakochaniem. Brzmi standardowo? Stanowczo i w tym jest niepodważalne piękno. Same moje oczekiwania, że coś niesztampowego mnie zaskoczy, świadczą o tym, jak bardzo potrzebowałam historii pokazującej dzień codzienny i codzienne zmagania nastolatków. Gdy czytałam i zachwycałam się ilustracjami, miałam poczucie, że przeniosłam się do liceum. Całą sobą ponownie odnajdywałam się w tym świecie i powoli zaczynałam lepiej rozumieć Charliego. 

Bohaterów w "Heartstopper" jest mało, ale każdy z nich chwyta za serce. Autorka za pomocą ograniczonej liczby słów i pozornie zwykłych obrazków wykreowała postacie wielowymiarowe i o barwnych osobowościach. Jestem oczarowana, jak w tak krótkiej formie można zawrzeć tyle treści i stworzyć poczucie, że bohaterowie żyją wśród nas. Przez te niecałe trzysta stron przywiązałam się do bohaterów i już nie mogę się doczekać, jak dalej potoczą się ich losy. Charlie i Nick oczywiście wyróżniają się na tle całości. Są niesamowicie wyraziści i całkowicie odmienni. Jednak nie na zasadzie przeciwieństw, ale po prostu różnych osobowości, co tworzy wrażenie, że pisarka opisuje realnie żyjące osoba. Zresztą kto wie, czy tak nie jest...

Tematycznie cały komiks jest niezmiernie istotny. Tutaj do głosu ponownie dochodzi stwierdzenie, że najważniejsze rzeczy trzeba przekazywać w sposób prosty, bo w prostocie tkwi siła. Najbardziej w całej książce podoba mi się ukazanie miłości. Tutaj wbrew pozorom nie jest na pierwszym planie orientacja seksualna Charliego, ale piękna i naturalna nastoletnia miłość. W "Heartstopper" jest skupienie na tej delikatności i niepowtarzalności miłości. W sposób subtelny są podkreślone zmagania osób mających inną orientację niż heteroseksualną, ale zarazem daje przeświadczenie, że miłość to miłość – koniec kropka. 

Ilustracje są po prostu fantastyczne i tu po raz jeszcze kolejny wypowiem to słowo – prostota. Są przejrzyste i pozwalają zrozumieć fabułę, co na pewno jest też dużym plusem dla osób, które zazwyczaj nie czytają komiksów. Przekazują one tak wiele emocji i oddziaływają na wyobraźnię w sposób niezaprzeczalny i godny szacunku. 

"Heartstopper" to przeurocza historia ukazująca codzienne życie nastoletnie i podkreślająca wspaniałość pierwszego prawdziwego zakochania. Zarazem subtelnie kieruje uwagę czytelnika na trudności, z którymi spotyka się LGBTQ+, dając zrozumienie i możliwość zdobycia nowych przeżyć. Nie można też zapomnieć, że to wspaniały i wartościowy odpoczynek poprawiający samopoczucie i wywołujący uśmiech na twarzy. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

czwartek, 7 października 2021

Przewodnik dla damy po halkach i korsarstwie – Mackenzi Lee

 

Tytuł: Przewodnik dla damy po halkach i korsarstwie

Autor: Mackenzi Lee

Przekład: Daria Kuczyńska-Szymala

Cykl: Rodzeństwo Montague

Tom: II

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Young

Liczba stron: 405

Ocena: 7/10

Książkę "Przewodnik dla damy po halkach i korsarstwie" otrzymałam w ramach współpracy z TaniaKsiażka.pl



Czuliście się kiedyś ograniczeni przez system? Dlatego że macie określone preferencje, że jesteście z określonej warstwy społecznej, że jesteście jakieś płci, innej niż hetero orientacji seksualnej, że macie określony kolor skóry, pochodzenie? Cokolwiek, co sprawiło, że nie mogliście żyć tak, jakbyście chcieli? Myślę, że jest wśród nas na pewno dużo osób, które w swoim życiu z różnych powodów zostały wykluczone ze społeczeństwa, w którym chciały uczestniczyć. Często mówi się o równości, tych samych możliwościach, ale równie często życie to weryfikuje i rachunek niekoniecznie jest dodatni. 

Felicity po tym, jak Monty i Percy zostali parą i postanowili żyć poza rodziną, by móc być razem i nie obawiać się w takim stopniu, że może dojść do tragedii ze względu na ich orientację seksualną i przypadłość Percy'ego, również postanowiła żyć według własnych zasad. Utrzymuje się poprzez pracę u piekarza i dzielnie dąży do tego, by dostać się do szkoły medycznej i z czasem uzyskać licencję lekarza. Jednak zderzenie z XVIII-wieczną rzeczywistością okazuje się bolesne i trudne do pokonania. Lecz Felicity jest silną młodą kobietą, która jest gotowa walczyć o swoje wartości i marzenia. Z tego względu rusza do Londynu, by tam próbować swoich sił i zostać lekarzem. Czy uda się Felicity osiągnąć cel? Czy da się przekonać mężczyzn, że bycie kobietą nie eliminuje inteligencji i tak samo sprawnie pozwala leczyć innych ludzi? Jak dalej potoczyły się losy Monty'ego i Percy'ego? 

Gdy dowiedziałam się, że już niedługo drugi tom cyklu "Rodzeństwo Montague", byłam niezmiernie podekscytowana. Z pierwszą częścią zapoznałam się poprzez podejście, że być może okaże się to ciekawa rozrywka. Tymczasem okazało się, że to wartościowa pozycja ukazująca realia ówczesnych czasów, ale podkreślająca również problemy współczesne, a to wszystko w otoczce genialnego poczucia humoru i wnikliwych analiz profili psychologicznych. Przywiązałam się do bohaterów, więc byłam przekonana, że to będzie niesamowity i nostalgiczny powrót. Czy tak było?

Na pewno drugi tom udowodnił mi, że styl, którym posługuje się pisarka, jest czymś stałym u niej. Również zachwyca wspaniałą lekkością pióra, ale też skupieniem się na szczegółach. Daje to poczucie, że jest to literatura młodzieżowa, jednakże dla starszych czytelników też jest godną uwagi pozycją, gdzie nie trzeba się obawiać zbytniego infantylizmu lub spłyconych problemów. Zarazem da się zauważyć, że coś się zmieniło. Pisarka pamiętała, że inną osobowość ma Monty, a inną Felicity i jest to wyczuwalne w narracji. Być może to wyłącznie zaleta narracji pierwszoosobowej, która już sama w sobie narzuca inność. Niemniej jestem zdania, że to też praca autorki nad kreacją bohaterów. 

Sama fabuła okazała się intrygującą i pełną pasji przygodą, choć przyznam, że stanowczo bardziej do gustu przypadła mi opowieść z pierwszej części, gdzie większość zdarzeń skupiało się jednak na bracie Felicity. Tutaj chyba powinnam podkreślić, że tak polubiłam postać Monty'ego, że główna postać gasła, a ja tylko wyczekiwałam, kiedy pojawi się ten niesforny chłopak. Nie sądzę, by wynikało to z błędu pisarki, tylko mojej pozostałej z pierwszego tomu fascynacji. Tym bardziej że naprawdę historia tej młodej i pełnej werwy oraz pasji kobiety była nieprzewidywalna i dawała wiele do myślenia. Ujmowała rzeczywistość w kontekście wielowymiarowym i mimo że dominował problem dyskryminacji kobiet, to dało się zwrócić uwagę i na inne istotne aspekty społeczne. 

Ogólnie już pierwsze strony poruszyły moje serce, gdy zdałam sobie sprawę, że talent Felicity nie ma znaczenia w świecie, gdzie liczą się wyłącznie mężczyźni i ich status społeczny. Czułam oburzenie i sama tworzyłam listę argumentów, które dokładnie mówiły, dlaczego ci mężczyźni powinni się zastanowić nad sobą. Mimo dość oschłej natury Felicity darzę ją olbrzymią sympatią i szacunkiem. Było niesamowicie czytać, że ta kobieta nie poddaje się i mimo ciężkiej pracy w piekarni oraz ciągłym odmowom – często odbywającym się w sposób mało kulturalny – nadal ma w sobie tę iskrę, by przeć do przodu. Nie mogłam zapomnieć, że mimo braku uwagi ze strony rodziców dziewczyna pochodzi z bogatej i wpływowej rodziny arystokratycznej. Sam fakt, że była gotowa poświęcić luksus w imię swoich marzeń jest godny podziwu. Choć nie można zapominać, że pieniądze, szanowane nazwisko i właśnie luksus nie są w stanie zmyć krzywdy stereotypów, obraz i ograniczeń. 

Postać Felicity Montague okazała się dla mnie inspirująca i dająca nadzieję, że da się przeć do przodu mimo przeciwności. Tak jak napisałam we wprowadzeniu – do dzisiaj wiele z nas w większym lub mniejszym stopniu doświadczyło w życiu stygmatyzacji. Na pewno czasy się zmieniły i obecnie możemy na nie patrzeć w lepszych kolorach, ale czy nadal wystarczających? Czy możemy osiąść na laurach? Jeśli jest z Was coś, co przez społeczeństwo jest uważane za odmienność, mam nadzieję, że macie odpowiednie wsparcie i rozumiecie, że to system jest chory i nie ma prawa decydować, czym jest odmienność i czy to powód, by ranić kogokolwiek. 

Więcej podobnych książek można znaleźć w dziale książki dla młodzieży na TaniaKsiążka.pl

poniedziałek, 13 września 2021

Angst with happy ending – Weronika Łodyga

 

Tytuł: Angst with happy ending

Autorka: Weronika Łodyga

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 292

Ocena: 7/10








Kojarzycie ten moment, gdy ktoś opowiada Wam o swoich problemach i Wy słuchacie, staracie się pomóc, aż wreszcie na koniec słyszycie słowa "ale Ty przecież nie masz żadnych problemów, więc nie zrozumiesz"? Nie wiem, na ile często to się zdarza, ale w swoim życiu osobiście nieraz i nie dwa coś takiego przeżyłam i widziałam jako obserwator. Gdy o tym myślę, czuję w sobie narastająco frustrację i rodzaj buntu. Czemu ktoś daje sobie prawo oceniać życie innych i to niekoniecznie znając podstawowe fakty z jego życia? Czemu ktoś daje sobie prawo do wartościowania problemów innych? Prawda jest taka, że niektórzy lubią o swoich problemach rozmawiać, bo daje im to ulgę, możliwość wyrzucenia z siebie cierpienia albo dostają współczucie, którego potrzebują. Są też osoby w sobie zamknięte, które w ogóle nie opowiadają o sobie w kontekście cierpienia. Wolą wszystko przeżywać wewnętrznie. Łatwo wtedy zapomnieć, że w ich życiu nie zawsze jest dobrze. Każdy ma prawo radzić sobie na swój własny sposób i nie ma w tym nic złego. Po prostu pamiętajmy, żeby nie oceniać innych, a już w szczególności, gdy nie mamy dostatecznie dużo informacji – prawie nigdy ich nie mamy. Zgodzicie się ze mną, czy inaczej widzicie tę sprawę? 

Aleks mieszka razem ze swoją matką, która pracuje na dwa etaty, by móc utrzymać siebie i syna. Dla Aleksa najważniejsze są rozmowy ze swoją internetową przyjaciółką. Yuki rozumie go, wie zawsze, co powiedzieć, wie, jak go rozśmieszyć i sprawia, że chłopak ufa jej i jest gotowy opowiedzieć o swoich problemach. Jednak wszystko się zmienia, gdy Aleks nalega na spotkanie na żywo. Yuki nie jest chętna i uważa, że powinni pozostać przy internetowej przyjaźni, lecz nastolatek nie odpuszcza i nadal namawia dziewczynę na spotkanie. Wreszcie Yuki się zgadza, tylko wtedy wychodzi prawda, dlaczego nie chciała poznać Aleksa na żywo. Czy chłopak jest gotowy pogodzić się z nową dla niego rzeczywistością? 

O pierwszej książce autorki już od dawna słyszałam wiele pozytywnych opinii. Czytelnicy zachwycali się i podkreślali wartościowość treści, które przedstawia w swojej historii. To mnie przekonało, by po nią sięgnąć, choć zanim to zrobiłam, to pojawiła się już kolejna powieść pisarki – "Angst with happy ending". I w taki o to sposób zamiast sięgnąć po "Hurt/Comfort", sięgnęłam po drugą opowieść. Miałam dość spore oczekiwania, ale w ostatnim czasie kilka razy sparzyłam się na literaturze młodzieżowej, więc podchodziłam z dozą ostrożności. Jak moje wrażenia? 

Od pierwszych stron byłam zachwycona językiem, który używa Weronika Łodyga. Przemówiła do mnie prostota językowa dająca mi poczucie naturalności. Ani razu nie poczułam infantylizmu w stylu pisarki, ale czułam, że to powieść pochodząca ze szkolnej rzeczywistości, gdzie mamy już osoby dość rozsądne i mające wiele mądrych przemyśleń, ale zarazem dopiero wchodzące w drogę dorosłości rozumianej jako dojrzałość. Podobało mi się to docenienie młodych ludzi i podkreślenie, że jak każdy człowiek mogą mieć najróżniejsze problemy, a dojrzewanie jest tylko jednym z nich. Dzięki udanej narracji trzecioosobowej wspaniale bawiłam się, czytając, ale też miałam wiele przemyśleń. 

Książkę charakteryzują niezmiernie błyskotliwe spostrzeżenia doprawione dawką humoru. Niesamowicie wciągnęłam się w te treści i traciłam poczucie czasu. Choć przyznam, że momentami brakowało mi kontekstu, dlaczego rozmowy pomiędzy Aleksem a Yuki były tak bardzo ważne. Musiałam całkowicie zaufać pisarce na słowo, że tak było, a sama zostałam postawiona przed faktem dokonanym. Nie jest to do końca wada, ale z chęcią zobaczyłabym jeszcze więcej, by zrozumieć, dlaczego w ten sposób rozwinęła się cała sytuacja. 

Doceniam również kreację bohaterów, ponieważ mimo małych mankamentów wielowymiarowość ich osobowości zachwyca i pozwala poczuć, że to prawdziwi ludzie, a nie tylko postacie stworzone na potrzeby książki. Nie każdy pisarz umie tak kunsztownie przekształcić fikcję na rzeczywistość. Polubiłam też samego Aleksa, ponieważ ma on w sobie wiele zalet i wad. I tutaj ponownie powracamy do naturalności. Aleks nie posiadał wad, bo tak wypada wykreować bohatera, żeby aby nie był wyidealizowany. Aleks ma wady, ponieważ jest to część jego, którą musimy zaakceptować i zrozumieć, że jak my oczekujemy, że ktoś będzie lubił nas za to, kim jesteśmy, to nie chcemy, żeby lubił nas wyłącznie za same zalety. Jesteśmy wypadkową obu rzeczy i w "Angst with happy ending" to właśnie wybrzmiewa. I nie ogranicza się do jednostek, a przechodzi również na relacje ukazane w subtelny sposób. 

Wychwalam powieść i wychwalam, a nie doszłam jeszcze do najważniejszego aspektu w moim mniemaniu. Mówię tutaj o tematyce i to tematyce nieograniczającej się do jednego tematu, ale pokazującej całą gamę problemów i szczęśliwych chwil. Gdy czytałam, miałam wrażenie, że wybrzmiewają pseudomądrości. Brzmi to raczej źle, jednak czym bardziej nad tym myślałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że książka podkreśla oczywistości, ale oczywistości zapomniane, pomijane, a istotne w życiu każdego. Weronika Łodyga w obrazowy sposób przekazała prawdę, że ludzie nie składają się z jednej cechy. Tak naprawdę po co nadajemy sobie etykietki? Jeśli nawet jest ona prawdziwa, a doskonale wiemy, że często tak nie jest, to jest jedną rzeczą, jednym elementem pośród całej gamy najróżniejszych cech, wydarzeń i uczuć. Ich całość nas tworzy, a nie jakiś jeden element. Oczywiście on jest też jednostkowo ważny, w szczególności, gdy sama osoba tak uważa, ale nie jest jeden. Bardzo mi się to podobało. W "Angst with happy ending" mocno wybrzmiewa tematyka orientacji seksualnej, co mocno doceniam, bo stanowczo nadeszły czasy, gdy trzeba coraz więcej mówić o tym i dać wreszcie ludziom o innej orientacji niż heteroseksualna takie same prawa, poczynając od prawa do wolności, bycia sobą i szczęścia rozumianego w indywidualny sposób. 

"Angst with happy ending" to bardzo wartościowo pozycja z gatunku literatury młodzieżowej. Choć z sercem na ręku mogę powiedzieć, że i dla dorosłych jest też doskonałą pozycją, która może otworzyć oczy na wiele istotnych spraw i być może nawet zmienić postrzeganie. Cieszę się, że miałam przyjemność zapoznać się z nią i bez wątpienia sięgnę też po debiut autorki. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl