Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 sierpnia 2023

Raj utraconych – Kinga Hryc

 

Tytuł: Raj utraconych 

Autor: Kinga Hryc

Kategoria: Poezja

Wydawnictwo: Agencja Wydawnicza Gajus

Liczba stron: 84

Ocena: 8/10








Jak radzicie sobie z nadmiarem emocji? U mnie odpowiedź jest dość oczywista – czytam. Czytanie potrafi sprawić, że na chwilę poczuję ulgę, że na chwilę odpocznę od tego wszystkiego, co jest wokół mnie, że się skupię na tych małych, czarnych literach. To się wydaje nic nieznaczące, ale gdy tych emocji jest wiele, gdy świat mnie przerasta, ta chwila wytchnienia pozwala mi spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Pozwala mi rozplątać moje własne emocje i zrozumieć, co czuję, a następnie konstruktywnie to przetworzyć. Czy czytanie nie jest rodzajem siły i momentami wręcz nieokiełznanej magii?

Wszystkie te refleksje wzięły się w rezultacie przeczytania tomiku wierszy Kingi Hryc – "Raj utraconych". Tak jak ostatnio się z Wami dzieliłam, po naprawdę długiej przerwie wracam do czytania poezji i poszukuję czegoś, co mnie poruszy, co mi przypomni, dlaczego tak kocham czytać poezję. Tylko że niestety często jest tak, że trzeba przeczytać wiele wierszy, wiele tomików, by znaleźć coś, co nas tak intensywnie poruszyło. Na szczęście "Raj utraconych" jak najbardziej spełnił swoje zadanie i właśnie to zrobił. 

Już od samego początku styl, którym posługuje się Kinga Hryc, przypadł mi do gustu. Okazał się bardzo mocno rozbudowany, posiadający wiele środków stylistycznych. Tutaj można krótko powiedzieć – czyli wszystko to, co szanuję w wierszach i uwielbiam. A dodatkowo wśród środków stylistycznych mam poczucie, że dominowały metafory i to kolejny tak bardzo ceniony przeze mnie element. Dzięki temu wiersze czytało mi się po prostu dobrze, a co za tym też idzie: wnikliwie. 

W tomiku "Raj utraconych" wiele wierszy mono mnie poruszyło i sprawiło, że świat objawił się w pewien odmiennny sposób. Właśnie to też uwielbiam w wierszach, tak naprawdę parę słów może zmienić nasze postrzeganie, sprawić, że świat ukaże nam się w innych barwach, a my jesteśmy gotowi poszerzyć nasze perspektywy. Czyż nie jest to piękne? Gdy czytałam wiersze z tego tomiku, miałam poczucie, że poruszyły one gdzieś strunę we mnie. Choć też nie będę udawać, że wszystko doskonale rozumiałam, bo wcale tak nie było. Wiele wierszy okazało się dla mnie bardzo skomplikowanych i w rezultacie niezrozumiałych, więc też trudnych do oceny. Niemniej te wiersze, które myślę, że zrozumiałam i jakoś w sobie poczułam dawały mi szanse spojrzenia na podwójną głębię. Czułam, że z całości przenika nieopisane cierpienie, które słowa mimo to próbują ukazać. Jako czytelnik i we mnie pojawiły się podobne emocje. Gdzieś pomiędzy cierpieniem czułam nadzieję, a gdzieś pomiędzy nadzieją czułam cierpienie. Tym bardziej że poetka wielokrotnie w swoich wierszach w sposób momentami wręcz brutalny podkreślała niektóre istotne dla siebie elementy. Nie ograniczała się, nie bawiła w półsłówka. Po prostu wykorzystała moc poezji. 

Wśród wierszy przede wszystkim największe wrażenie zrobiło na mnie "Osiem błogosławieństw". Poczułam w tym wierszu samą siebie i przewrotność, która za tym szła. Dla mnie to właśnie przykład pewnej realnej brutalności tego świata, gdzie niektóre pytania muszą zostać ugłośnione, a człowiek sam przed sobą musi na nie odpowiedzieć. Poruszyło mnie to dogłębnie i skłoniło do przemyśleń. Dużym sentymentem darzę też wiersz "Braki". I z nim potrafiłam i przede wszystkim chciałam się utożsamić. 

Kinga Hryc w swoim tomiku poezji "Raj utraconych" bez wątpienia włożyła swoją duszę i przeprowadziła czytelników przez swoje życia, dając nam możliwość utożsamienia się, zrozumienia i właśnie odnalezienia w tych słowach samego siebie. Polecam ten tomik każdej osobie, która odnajduje się w poezji.

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

piątek, 28 lipca 2023

Nastawienie na rozwój – Peyton Curley

 

Tytuł: Nastawienie na rozwój

Autor: Peyton Curley

Przekład: Agnieszka Cioch

Kategoria: Literatura naukowa

Wydawnictwo: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Liczba stron: 147

Ocena: 8/10







Dzieci mają olbrzymie możliwości. Kiedyś twierdziło się, że mogą być tabula rasa. Pewnie niektórzy nadal tak uważają. Jednak nie da się zaprzeczyć, że czynniki genetyczne mają również wpływ na pewne aspekty człowieka. Niemniej dyskurs na temat wpływu genetyki a środowiska trwa od dawna i nie jest jednoznacznie rozwiązany. To podsunęło mi refleksję na temat, jak wiele możemy osiągnąć z takim właśnie dziecięcym potencjałem. Zaczynając od rozwijania talentów, a kończąc na nauce innych umiejętności. Tak naprawdę świat jest pełen możliwości dla dzieci. Jak je wykorzystać?

Niedawno na polskim rynku wydawniczym ukazała się pozycja "Nastawienie na rozwój". Przyznam się, że od razu przyciągnęła moją uwagę, ponieważ miałam poczucie, że pozwala spojrzeć na pewne trudności w inny sposób. Tak jak kiedyś Seligman uznał, że niekoniecznie trzeba skupiać się na patologiach, tylko można zacząć szukać zasobów, elementów, które odpowiadają za dobrostan, tak ta książka skupia się na tym, co dzieci już potrafią i co mogą potrafić. Zafascynowało mnie to, ponieważ jest to odejście od standardowych zaburzeń typu ADHD czy spektrum autyzmu. To w tym kontekście nie ma takiego znaczenia, gdyż każde dziecko posiada właśnie zasoby, swoje zalety, talenty i jest otwarte na naukę nowych rzeczy. Czemu tego nie wykorzystać? Czemu nie sprawić, by dziecko rozwijało się według swoich własnych zasad? "Nastawienie na rozwój" jest pozycją, która w sposób naprawdę wyjątkowo konstruktywny umożliwia to. 

Przede wszystkim cała książka jest przystępna w odbiorze. Wydaje się być zrozumiała dla większości czytelników – i dorosłych, i dzieci. Co prawda niekiedy pojawia się specjalistyczne słownictwo, ale jest ono dokładnie wyjaśnione. Czasami użyto do tego po prostu genialnych metafor czy porównań. Jest to dzięki temu forma łatwiejsza do przyswojenia i zapamiętania. Dająca możliwość łatwego i płynnego przeprowadzenia dziecka przez przedstawione treści i ćwiczenia

W przypadku tej książki wyjątkowo podoba mi się układ całości. Widać, że jest przemyślny i uporządkowany. Rozpoczyna się od treści podstawowych, by później przechodzić do tych bardziej skomplikowanych. Nauka idzie małymi kroczkami tak by dziecko nie czuło się obciążone nadmiarem wiedzy i dostało czas na nauczenie się pewnych elementów oraz powtórkę. Mam poczucie, że właśnie ten przemyślany układ jest już rodzajem sukcesu. Podkreśla, jak ważna jest jakość, cierpliwość i powtórki, a nie szybkość. Nie chodzi o to, by dziecko przeczytało naraz całość, tylko by te treści okazały się dla dziecka wartościowe i jak sam tytuł mówi – rozwijające. 

W książce znajduje się wiele ciekawych przykładów i jest to kolejny element pozytywnie odebrany przeze mnie. Dla mnie to fantastyczna podpowiedź do pracy z dziećmi – jak opisać pewne rzeczy, w jaki sposób wprowadzić niektóre pojęcia i przede wszystkim jak pokazać dziecku, jak zdobytą wiedzę wykorzystać w praktyce. Do przedstawionych treści są również ćwiczenia i to chyba z mojej perspektywy najbardziej wartościowa część tej książki. W tej chwili już razem z moimi pacjentami wykonałam sporą część ćwiczeń i widzę, że się sprawdzają. Nie są nudne, dzieci chcą je robić, angażują się i nie próbują wymigać, a czasami mam poczucie, że to najtrudniejszy etap naszej pracy. Podczas wykonywania ćwiczeń widzę, że moi mali pacjenci dobrze się bawią, ale też przychodzi im do głowy wiele pytań, wiele skojarzeń i to naprawdę fantastycznie rozbudowuje naszą wspólną pracą i jest wyjściem do kolejnych elementów. Niekiedy właśnie takim pokrętnym kołem udaje nam się rozwinąć pewne umiejętności, a i z zaburzenia wyciągnąć zasoby. 

Z ręką na sercu mogę polecić "Nastawienie na rozwój" rodzicom, nauczycielom i psychologom. W momencie gdy przeczytałam tę książkę, miałam odczucie, że to wartościowa i bardzo przydatna pomoc. Gdy wprowadziłam jej treści na moich zajęciach z dziećmi, zostało to potwierdzone w praktyce. Bardzo się cieszę, że ktoś spojrzał na dzieci z innej perspektywy i w sposób ciekawy i uporządkowany stworzył narzędzie do pracy. 

Współpraca recenzencka z Gdańskim Wydawnictwem Psychologicznym

wtorek, 25 lipca 2023

Szara dama – Elizabeth Gaskell

 

Tytuł: Szara dama

Autor: Elizabeth Gaskell

Kategoria: Literatura klasyczna

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 96

Ocena: 8/10








Za każdym razem gdy trafiam na jakąś powieść historyczną lub osadzoną z czasie przeszłym, pojawia się w mojej głowie wiele refleksji na temat tego, jak bardzo świat i zasady społeczne zmieniły się na przestrzeni wieków. Postęp z jednej strony potrzebował tyle czasu, by móc ruszyć całą parą, ale właśnie gdy ruszył, był już nie do zatrzymania. Lecz nadal da się dostrzec brak sprawiedliwości, równouprawnienia i zwykłego wyzwolenia, które w swoich czasach miało miejsce, a i nadal w wielu przypadkach nie jest czymś oczywistym. Jak było kiedyś? Jak jest teraz? I oczywiście jak będzie w przyszłości?

Wszystko zaczyna się od portretu pewnej kobiety. Wygląda ona na nim bardzo smutnie, ale przede wszystkim w pewien sposób jest szara. I właśnie ta szarość cery sprawia, że przyciąga wzrok i ostatecznie pozwala poznać swoją historię, bo tak naprawdę rozpoczyna się ona o wiele wcześniej. Jest to historia niespodziewana, historia, która niejedną osobę przyprawi o ciarki. Czy Ty czytelniku jesteś gotowy ją poznać? 

Zdecydowałam się przeczytać "Szarą damę", ponieważ dotychczas nie czytałam jeszcze żadnej książki pisarki. Miałam też olbrzymią ochotę zapoznać się z jakąś literaturą poważną, klasyczną. Już dawno tego nie robiłam i tutaj poza pierwszą przyczyną zdecydowała również długość książki. Nie ma ona nawet stu stron, więc jest opowieścią na jedno posiedzenie. A zapewniam, że tak wciąga, że nie jest to najmniejszy problem. Co tak naprawdę odpowiada za to, że tak pozytywnie odebrałam "Szarą damę"?

Sam pomysł wydaje mi się wyjątkowo oryginalny. Zważywszy jeśli weźmiemy pod uwagę ówczesne czasy. Nie jestem znawcą, ale mam poczucie, że wymyka się wielu schematom. Stawia na grozę, towarzyszenie głównej bohaterce oraz na emocje. Nie jest to w żaden sposób standardowa opowieść. Oczywiście pojawiają się elementy dobrze znane nam i charakterystyczne dla ówczesnej epoki. Jednak pisarka poszła krok dalej. Wiele motywów, które tutaj się pojawiają, bardzo cenię. Między innymi za nieprzewidywalność i nieoczywistość swoich sądów. 

Stylistycznie powieść jest dość mocno rozbudowana, ale też uważam, że większość czytelników nie powinna mieć trudności ze zrozumieniem jej mimo występowania niekiedy archaicznego języka. Dzięki temu jest bardzo wciągająca i pozwala przenieść się do świata wyobraźni, który przejmuje kontrolę nad czytelnikiem. 

Podczas czytania dało się intensywnie odczuć atmosferę gotyku i wszechobecnego mroku. "Szara dama" wywołała we mnie wiele napięcia i strachu. Towarzyszyłam bohaterce i na każdym kroku kibicowałam jej, zarazem obawiając się, że może wydarzyć się najgorsza z możliwych opcji. Ostatecznie nie spodziewałam się, że powieść pójdzie w tak odmienną stronę niż przewidywałam, co wyjątkowo pozytywnie mnie zaskoczyło i dało też jeszcze dodatkową motywację do dalszego czytania. 

Morał z całej powieści wydaje się dość prosty, wręcz oczywisty, ale myślę, że właśnie dlatego tak wartościowy. To, co najbardziej widoczne czasami najłatwiej przegapić. Tutaj jest to jedno z najbardziej znanych powiedzeń: "pieniądze szczęścia nie dają". Widzimy wiarę w to, że być może jest inaczej, że właśnie majątek i status społeczny mogą rozwiązać pewne problemy, mogą dać lepszy życie. Jednak wygląda to całkowicie inaczej kiedy nie jest oparte na miłości, zaufaniu i dobroci. Ludzie potrafią mieć wiele twarzy, a niekiedy te najmroczniejsze przejmują nad nimi kontrolę i niszczą innych. 

"Szara dama" jest bez wątpienia moim wielkim odkryciem. Książką bardzo krótka, a niosąca w sobie tyle treści. Od refleksji na temat życia zaczynając, po grozę i napięcie, by skończyć na najzwyklejszej rozrywce. Jak najbardziej polecam ją każdemu czytelnikowi. 

Współpraca recenzencka z Wydawnictwem MG

niedziela, 9 lipca 2023

Pusty horyzont – A.C. Cobble

 

Tytuł: Pusty horyzont

Autor: A.C. Cobble

Przekład: Dominik Repeczko

Cykl: Beniamin Ashwood

Tom: IV

Kategoria: Fantasy

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 520

Ocena: 8/10





Zastanawialiście się nad tym, jakie są cechy dobrego przywódcy? I nie mówię o takim zastanawianiu się w ramach czczej rozmowy, czy wypracowania szkolnego. Jednak mam na myśli takie szczere odpowiedzenie samemu sobie, czego tak naprawdę oczekujemy od liderów, których wybieramy lub jakim liderem chcemy być. W końcu najróżniejsze rodzaje przewodnictwa czy nawet władzy niosą ze sobą mnóstwo trudnych decyzji, czasami trzeba ważyć dobro i zło. Czy pozwalamy na ważenia zła? Czy to jest już przekroczenie granicy moralności? 

Przed Beniaminem i jego przyjaciółmi kolejne wyzwania. Dopiero co została zamknięta Szczelina, dopiero co roje demonów zostały pokonane. Tymczasem prawie od razu należy ruszyć dalej i szukać rozwiązania problemów. W końcu demony są realnym zagrożeniem, szkoda tylko że władcy i politycy tego nie widzą. Czy Beniaminowi uda się uratować świat? Czy jest jakieś konkretne rozwiązanie tych problemów? 

"Beniamin Ashwood" jest dla mnie wyjątkowo sentymentalną książką. Prawie każdy tom niósł ze sobą ciepło oraz wiele refleksji. W momencie gdy piszę tę recenzję, mam za sobą już wszystkie tomy o Benku i przyznam, że troszkę zlały mi się w jedność. Dla mnie to jest już jedna, bardzo konkretna opowieść. Jednak tom czwarty wyjątkowo mnie zachwycił i zapadł w pamięć. 

Styl autora jest mi już dobrze znany i tak naprawdę od pierwszych zdań jestem w stanie wciągnąć się w fabułę. Nie potrzebuję tego czasu na adaptację do nowej historii, co zazwyczaj mi się zdarza. Dla mnie to jedna linia wytyczająca opowieść trudną, pełną nadziei, ciepła i przede wszystkim moralności. Wyróżnia się charakterystycznym rysem dla Cobble i to właśnie szanuję u pisarzy. Przez całość jest wyczuwalna płynność i to poszukiwanie złotego środka pomiędzy prostotą a rozbudowaniem stylistycznym. I autor doskonale sobie radzi z wyważeniem tego. 

Samą fabułę jest mi niezwykle ciężko podsumować, gdyż tak jak wcześniej mówiłam, nie dzielę już historii na tomy. Jednak myślę, że właśnie to też jest rodzajem wyznacznika wspomnianej płynności. W końcu to rodzaj przedstawienia życia ludzkiego. Trudno oczekiwać, że zostanie ona równo pocięta. Wiadomo że występują jakieś etapy, okresy, lecz wszystko ze wszystkim się łączy. Choć w "Pustym horyzoncie" nie ma niewidomo jak wielkich przełomów, które poruszają całą opowieścią. Niemniej przedstawione są wydarzenia, które pozornie są mało istotne, a to one odpowiadają za dalszą fabułę i za to jak jako czytelnik odnosimy się do bohaterów, kim oni dla nas pozostaną. To właśnie sprawia, że czwarty tom jest wyjątkowo ciekawy i właśnie w nieoczywisty sposób przełomowy. Tym bardziej że jestem pod olbrzymim wrażeniem rozciągłości granic i wielkości całego uniwersum. Da się odczuć, że nie istnieje wyłącznie jedna mała wioska, czy jakieś mityczne miasto, ale mimo tego że akcja rozgrywa się w danym miejscu, istnieją inne miasta i tam coś się dzieje. 

"Beniamin Ashwood" wypada też ciekawie pod względem tematycznym. Przedstawia topos rycerski, który intensywnie podkreśla, że życie, gdzie główną wartością są zasady moralne, ma sens i prowadzi wielokrotnie do trudnych decyzji, ale daje spokój ducha i rozlicza rachunek na poczet szczęścia. Zarazem zwraca uwagę, że tak naprawdę każdy ma swoje własne walki i to sam musi wybrać, co jest dla niego priorytetem, do których walk może przystąpić. 

Natomiast kreacja bohaterów jest naprawdę dobra. Jest ich wielu i większość z nich okazuje się postacią wielowymiarową, postacią pełną cech i posiadającą własną historię życia. Tym bardziej że niezależnie od tego, co właśnie robi Beniamin i gdzie jest, to inni bohaterowie istnieją i wiodą swoje życie. Nie znikają, by się pojawić, gdy tylko będą potrzebni Benkowi – oni gdzieś tam są. Mam wrażenie, że o tym zabiegu literackim wielu pisarzy zapomina. To jest opowieść o Beniaminie Ashwoodzie, ale nie jest on centrum wszechświata, poza nim inni też istnieją. 

Czwarty tom cyklu o "Beniaminie Ashwoodzie" wypada naprawdę dobrze, więc czytelnicy, którzy jeszcze nie mieli przyjemności zapoznać się z nim, bez zastanowienia mogą to zrobić. Po to by historia mogła trwać dalej. 

Współpraca recenzencka z Fabryka Słów

środa, 14 czerwca 2023

Anamene i inne opowiadania – Jakub Lisicki

 

Tytuł: Anamene i inne opowiadania

Autor: Jakub Lisicki

Kategoria: Opowiadania, literatura piękna

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 132

Ocena: 8/10








Sny potrafią nieść ukojenie. Przenoszą nas do innego świata, a czasami zdarza się nawet, że ten świat jest dużo lepszy niż nasz własny. Wtedy bez zastanowienia oddajemy się w objęcia Morfeusza i podróżujemy. Przypomina mi się tu scena z Harry'ego Pottera, gdy Dumbledore mówi "We śnie człowiek znajduje się we własnym świecie. Czasem pływa w głębokim oceanie, a czasem robi pierwszy krok w chmurach.". Bardzo spodobał mi się ten cytat. Miał w sobie piękno i prostotę. Jednak moje myśli idą dalej do innego Morfeusza, w popkulturze znanego jako Sandman. On doskonale wie, że sny mogą się przerodzić w koszmary, a koszmary ukojenia, a nawet odpoczynku już nie dają. A czy mogą dać coś innego?

Jak część z Was pewnie wie, nie jestem fanką opowiadań. Jednak bardzo je doceniam, ponieważ uważam za niesamowity kunszt przekazanie czegoś w tak krótki, ale dosadny sposób. Może właśnie dlatego mam wrażenie, że jest mało dobrych opowiadań. Niemniej jak sami czytacie, czasami decyduję się jakieś przeczytać i tym razem był to zbiór opowiadań "Anamene i inne opowiadania" Jakuba Lisickiego. Moje zaskoczenie było wprost niesamowite. Myślałam, że to będą po prostu przyjemne opowiastki, a tymczasem okazało się, że to jedna z najlepszych książek, które czytałam dotychczas. Dlaczego?

Sam pomysł wydaje mi się niezmiernie interesujący. Nieczęsto takie spotykam. Ogólnie mam wrażenie, że wykorzystanie oniryzmu jest czymś rzadkim. Z jednej strony jest dużo takich motywów, ale są one dość ubogie, dość spłycone. Tymczasem wykorzystanie snu (i nie tylko) ma w sobie coś kuszącego, ma w sobie moc. Bardzo to szanuję. 

Pod względem stylistycznym książka okazała się dla mnie bardzo ciężka, co oznacza, że zaczęłam ją traktować jako rodzaj wyzwania. Myślałam, że przeczytam wszystkie opowiadania bardzo szybko, prawdopodobnie na jedno dłuższe posiedzenie przy książce. Tymczasem potrzebowałam więcej czasu na jej przeczytanie, gdyż wymagała ona skupienia, zaangażowania się, łączenia faktów i wychodzenia poza swoje własne granice. Wbrew pozorom dla niejednej osoby to bardzo trudna sprawa. Lubię, jak w literaturze pojawia się wyzwanie. Zawsze mam wrażenie, że to ukłon w stronę czytelników. Wtedy wiem, że pisarz traktuje swoich czytelników na równi ze sobą, a to wiele dla mnie znaczy. 

Pod względem fabularnym dominuje właśnie ten oniryzm i według mnie autor po mistrzowsku prowadzi czytelnika przez ten świat. Tym bardziej że w książce "Anamene i inne opowiadania" jest trudno dostrzec jakąś główną oś. Każda historia żyje własnym życiem i wymyka się schematom. W wielu przypadkach nie można powiedzieć o rozpoczęciu, rozwinięciu i zakończeniu. To stanowczo szkolna sprawa. Tutaj jest większy chaos, który wbrew pozorom wydaje się bardzo dokładnie przemyślany i niosący za sobą pokłady zrozumienia. 

Opowiadania mocno uderzają w wyobraźnię i zmuszają do przemyśleń. Gdy czytałam, miałam poczucie, że w tym wspomnianym chaosie, autor uderza w samo sedno i w ogóle nie obawia się tego robić. To część jego myśli, które w śnie ujrzały swoją drogę i prowadzą całość według wyznaczonego szlaku. 

"Anamene i inne opowiadania" to od momentu przeczytania moja perełka. Oczywiście opowiadania były różne i jedne przemówiły do mnie bardziej, inne mniej. Jednak jako całość to wspaniała pozycja literacka, choć przyznam, że dla wytrwałych, która przedstawia wiele tematów na najróżniejszych płaszczach. Jeśli tylko lubicie takie klimaty, to ja bardzo polecam. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

poniedziałek, 22 maja 2023

Mity nordyckie - Mateusz K. Sawczyn

 

Tytuł: Mity nordyckie

Autor: Mateusz K. Sawczyn

Kategoria: Mitologia 

Wydawnictwo: SBM

Liczba stron: 368

Ocena: 8/10








Gdy trafiam na mitologię, pojawia się w mojej głowie refleksja na temat wiary i jej potęgi. Odkąd pamiętam, mitologia czy to grecka, rzymska, egipska i inne które poznałam, wydawała mi się dość śmieszna. A raczej śmieszne, że kiedyś ludzie w to wierzyli. Jednak jak zaczynam się wgłębiać w tę tematykę, to zdaję sobie sprawę, że to coś więcej niż specyficzne opowieści. Wtedy pojawia się też myśl, że teraz też jest wiele religii, wiele wierzeń i ona opierają się na swoich własnych historiach, w które mocno wierzymy. Wtedy to wszystko jest fascynujące i przede wszystkim przestaje być śmieszne, staje się niesamowite i godne uwagi. Między innymi właśnie dlatego czuję mocne przyciąganie do najróżniejszych mitologii – od formy bardziej naukowej, po formę fabularną. Tym razem przyszedł czas na powtórzenie mitologii nordyckiej. 

Bardzo się cieszę, że zostały wydane "Mity nordyckie" Mateusza Sawczyna. Dotychczas moja wiedza o nich pochodziła od Gaimana, a jednak jest dość mocno fabularyzowana oraz z popkultury. Brakowało mi czegoś takiego jak dzieło słynnego Parandowskiego. Ta książka jest odpowiedzią na tę moją potrzebę. Czemu?

Może zaczynając moją standardową konstrukcją, zacznę od stylu pisania. Jest on niezmiernie trudny i jakkolwiek paradoksalnie to brzmi – właśnie tego oczekiwałam. To już nie jest bajka dla dzieci, przystępna historia o bohaterów, tylko dość konkretne tekst i wierzenia. Nie jest to forma naukowa, gdzie tylko specjaliści zrozumieją o co chodzi, jednak nie jest to też forma zrozumiała dla każdego. Wymaga przede wszystkim olbrzymiego skupienia przy czytaniu i łączenia faktów. Dla mnie okazało się to dość skomplikowane, ale też dawało olbrzymią satysfakcję i tak naprawdę to początki były najtrudniejsze. W kolejnych etapach odnajdywałam się o wiele lepiej. Lecz główną trudnością okazały się nazwy własne. Te wszystkie imiona, nazwy miejsc, to dla mnie stanowczo za dużo. W ogóle nie mam pamięci nawet do polskich imion. Na szczęście na wklejce książki znajduje się mapa i drzewo genealogiczne. To było zbawieniem. 

Same treści są niezwykle fascynujące. Oczywiście to kwestia gustu czytelniczego i zainteresowań. Dla osób nie posiadających takiej pasji, byłaby to wyjątkowo ciężka książka. Niemniej jak dla mnie jest to właśnie książka, która przedstawia treści w sposób konkretny i odrywa się od jakiś schematycznych, popkulturowych wyobrażeń. Gdy czytałam, miałam poczucie, że tworzył to specjalista i to właśnie była dla mnie wyjątkowo wartościowe. Nie mam wiedzy, by zweryfikować te treści, ale przede wszystkim nie mam takiej potrzeby, bo miałam poczucie, że ufam autorowi. W ogóle jestem pod wrażeniem tego, jak wiele pracy wymaga stworzenie tego typu pozycji. Przecież to bez wątpienia wiele lat pracy, poszukiwań, tłumaczeń i też rozbudowana umiejętność łączenia faktów. 

Jak sami czytacie, jestem pod olbrzymi wrażeniem "Mitów nordyckich" w wydaniu Mateusza Sawczyka. Czuję się dumna, że przeczytałam tę pozycję i pogłębiłam swoją wiedzę. Jeśli interesuje Was mitologia, to naprawdę myślę, że to fantastyczny wybór, który przyniesie ze sobą wiedzę, ale też rozrywkę poprzez piękno tych opowieści, 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

sobota, 4 marca 2023

Patostreamerzy – Wojciech Kulawski

 

Tytuł: Patostreamerzy

Autor: Wojciech Kulawski

Seria: Nowy polski kryminał

Kategoria: Thriller, kryminał

Wydawnictwo: Wydawnictwo CM

Liczba stron: 321

Ocena: 8/10







Nasze działania pociągają za sobą konsekwencje, ale czasami mam wrażenie, że wiele wydarzeń tak naprawdę ma swój początek w czyimś pragnieniu. W kontekście dzisiejszej recenzji widzę to pragnienie jako chęć zemsty, sprawiedliwości, ale pragnienia mogą być najróżniejsze – pozytywne, negatywne, neutralne... Są jak ziarnka, z których mogą wyrosnąć kiełki, by później pojawiła się cała roślina. A czym będzie ta roślina? Idąc dalej tropem metaforycznym, właśnie konsekwencją. Więc zadajmy sobie pytanie: jaką? Piękną? Trującą? 

Tutaj naszą konsekwencją jest ciało Stefana Koniecznego. Widok naprawdę obrzydliwy i zaskakujący. Tym bardziej że razem z czasem wychodzą na jaw i inne rzeczy. Takie choćby jak filmik, gdzie na nagraniu jest torturowana ofiara. I tutaj zaczyna się całość, czyli... Patostreamerzy. Ile tak naprawdę jest robione pod publikę? Ile dla pieniędzy? A ile z tego ma mieć jakieś konkretne przesłanie? Tym razem tę sprawę muszą rozwiązać policjanci. 

Z twórczością Wojciecha Kulawskiego mam już styczność od paru dobrych lat – podkreślając dobrych. Każda z jego książek w jakiś unikatowy sposób zaskoczyła mnie. Oczywiście jedne bardziej przypadły mi do gustu, inne mniej. Jedne na dłużej zapamiętałam, inne tylko na chwilę. Niemniej każda z nich wywołała we mnie jakieś emocje i pozwoliła spędzić przyjemny wieczór z lekturą dającą rozrywkę, ale też wiele tematów do przemyśleń. Jak było tym razem? Niezawodnie. 

Przede wszystkim styl autora jest już mi dobrze znany i jak najbardziej przeze mnie szanowany. Mam poczucie, że z każdą książką powracam do przyjaciela, na którego długo czekałam. Cały język wyróżnia się rozbudowaniem i wnikliwością w szczegóły, utrzymując przy tym lekkość. Nie muszę być maksymalnie skupiona, ponieważ przy czytaniu mam odpocząć. Ale zarazem wiem, że styl jest na tyle dopracowany, że powinnam zwracać uwagę na wiele szczegółów. 

Tematycznie też jestem mocno usatysfakcjonowana, gdyż przede wszystkim o patostreamingu totalnie nie wiem nic, więc mogłam spojrzeć z takiej perspektywy fabularnej na ten temat. A ufam autorowi, że zrobił dobry research, zanim podjął się takiej tematyki. Dla mnie to nowa wiedza. Poza tym w książce jest zwrócona uwaga na cierpienie ludzi wywołane przez własnych rodziców. Ten wątek w szczególności mnie interesuje, ponieważ jak wiecie, duża część mojej pracy zawodowej na tym się opiera. Tutaj szło to w dość drastyczną stronę, ale myślę, że też miało wywołać szok. Tym bardziej że ciągnie się za tym pytanie, czy obiektywnie niemoralne czyny popełniane w imię dobra można usprawiedliwić

Fabularnie było fantastycznie, gdyż od pierwszych stron wciągnęłam się i wiele fragmentów autentycznie zaskoczyło mnie. Sama zagadka kryminalna okazała się zbudowana wspaniale, ponieważ dało się zebrać strzępy informacji i samemu coś z nich stworzyć, idąc w dobrą stronę, ale na końcu zostałam całkowicie zaskoczona. Takie właśnie dla mnie powinny być kryminały. Oparte na dowodach, szczegółach, zagadkach, które czytelnik sam może rozwiązać, ale jest to na tyle trudne, że i tak większość osób zostaje zaskoczona rozwiązaniem. 

Samych bohaterów jest naprawdę wiele i czuć ich oddziaływanie na emocje. Towarzyszyłam im i miałam nadzieję, że wiele spraw potoczy się po ich myśli. Są dopracowanie, jednak to oceniam z perspektywy wielu powieści autora. Nie jestem przekonana, czy określiłabym ich jako dopracowanym tylko w kontekście "Patostreamerów". Jednak mając większą gamę znajomości innych książek, jestem jak najbardziej w stanie dojrzeć ich wielowymiarowość i głębie. Choć bez bicia się przyznam, że cały czas mylę ich imiona i mam problem określić, kto jest kim. 

"Patostreamerzy" dali mi kawał wspaniałej rozrywki, ale też w sposób nienatarczywy zmusili do bardzo konkretnych przemyśleń. Nie były to tylko czcze słowa, tylko takie, które mogą w rzeczywistości coś zmienić. Dlatego bardzo cenię tę książkę i autora. Otwiera drzwi na najróżniejsze doświadczenia. 

niedziela, 29 stycznia 2023

Rosnę z uważnością – Christoper Willard

 

Tytuł: Rosnę z uważnością

Autor: Christopher Willard

Przekład: Magdalena Stonowska

Kategoria: Literatura naukowa, poradnik

Wydawnictwo: CoJaNaTo?

Liczba stron: 312

Ocena: 8/10







W ostatnim czasie coraz więcej mówi się o praktykach mindfulness. Sama z tym pojęciem spotkałam się stosunkowo niedawno. Na studiach mój profesor przedstawiał nam pokrótce wyznaczniki mindfulness i możliwości ich stosowania. W tamtym czasie nie czułam się przekonano do tego, jednak coś w pamięci pozostało i ponownie zaczęłam dawać szansę takim technikom. Okazało się, że wraz z nowo zdobytą wiedzą jestem coraz bardziej przekonana, a teraz to nawet bym powiedziała, że całkowicie przekonana i pozytywnie nastawiona. 

Z tego względu cieszę się, że miałam możliwość zapoznać się z książką "Rosnę z uważnością". Już od jakiegoś czasu poszukiwałam różnych praktyk relaksacyjnych, uważności, które pozwoliłyby mi wprowadzić coś atrakcyjnego i skutecznego do zajęć z moimi małymi pacjentami. Rozmowy na trudne tematy i ćwiczenia koncentracji mogą być wykańczające, więc jakiś rodzaj odpoczynku zarazem dającego coś dodatkowo konstruktywnego był jak najbardziej pożądany. Czy udało mi się to osiągnąć dzięki tej pozycji literackiej? 

Przede wszystkim samą książkę wyjątkowo dobrze się czyta. Miałam cały czas odczucie, że razem z autorem prowadzimy dialog, gdzie każdy z nas może coś powiedzieć bez obawy o ocenę. Pisarz traktuje swoich czytelników jako równych sobie i z pasją przekazuje wiedzę, którą zdobył, oraz swoje własne doświadczenie, podkreślając, że to jego doświadczenie, więc niektóre aspekty działania i relacji mogą się znacznie różnić. Gdy czytałam książkę, co chwila zaznaczałam jakiś fragment, ponieważ albo przedstawiał bardzo istotne dla mnie informacje, albo okazywał się wspaniałym, życiowym cytatem, o którym nie można tak po prostu zapomnieć. 

W "Rosnę z uważnością" samo wytłumaczenie, o czym tak naprawdę mowa, czym są te praktyki mindfulness, wydaje mi się niesamowicie atrakcyjne. Tak jak na początku wspomniałam – w moim odczuciu coraz więcej się o tym mówi, jednak czy my jako laicy rozumiemy te pojęcie, czy wiemy, z czym się wiąże. Często spotykam się z porównaniem, że to po prostu medytacja i jak zmuszać dzieci do tego, by z niej skorzystały. Tymczasem mindfulness ma w sobie elementy medytacji, ale nie jest w żaden sposób przełożeniem jeden do jednego. Cieszę się, że jest to wytłumaczone i przede wszystkim cieszę się, że ja sama zaczynam lepiej dostrzegać pewne zależności. 

Poza tym pisarz podkreśla, że każdy z nas jest inny, każdy z nas ma swoje cechy osobowości, swoje potrzeby i swoją percepcję, więc to od człowieka zależy, w czym akurat się odnajdzie. Nie ma jednej uniwersalnej zasady pozwalającej całym sobą poczuć rezultatów. Należy próbować i z czasem znaleźć coś, co nas przekonuje i co daje nam pozytywne efekty. W całym tekście wyczuwalne było zrozumienie i przestrzeń do własnych refleksji. 

W tej chwili już sama na sobie wypróbowałam wiele praktyk – niektóre mnie przekonały, inne są dla mnie nie do przejścia. Staram się też powoli wprowadzać je do moich zajęć z dziećmi. Jest to dość długotrwały proces, ale mam poczucie, że i ja, i moi mali pacjenci jesteśmy otwarci na nowe próby i na poszukiwanie w nich samego siebie. W tego powodu wiem, że "Rosnę z uważnością" okazało się książką pełną wspaniałych rad, sugestii, ale też otwierającą różne perspektywy i inspirującą. Głęboko polecam każdemu niezależnie od wykształcenia i zawodu. 

Współpraca recenzencka z CoJaNaTo? 

niedziela, 11 grudnia 2022

Nowe scenariusze zajęć dla nauczycieli, pedagogów i rodziców – Agnieszka Kazdroń

 

Tytuł: Nowe scenariusze zajęć dla nauczycieli, pedagogów i rodziców

Autor: Agnieszka Kozdroń

Kategoria: Psychologia

Wydawnictwo: Difin

Liczba stron: 206

Ocena: 8/10







Dzieci to niezwykłe istoty. Mali ludzie, którzy dopiero zaczynają swoje życie, którzy zaczynają zdobywać nowe umiejętności, rozwijać własne zdolności i uczyć się życia społecznego. Odkąd pamiętam, miałam poczucie, że dzieci są niezmiernie ważne. W momencie gdy chcemy zmienić świat, sprawić, by były lepszym miejscem, to kluczem są dzieci. Wystarczy dać im miłość, pozwolić odpowiednio się rozwijać i doceniać ich istnienie. Mam poczucie, że jest to zarazem coś tak bardzo naturalnego i też niezmiernie trudnego. Jak dać dzieciom to, co pozwoli im przeżywać jak najszczęśliwsze życie? 

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie w sposób jednoznaczny. Moje przemyślenia są dość idealistyczne, co w żaden sposób nie oznacza, że pewnych elementów nie mogę wprowadzić w swojej pracy. W końcu mogę jako psycholog dziecięcy dać dzieciom wsparcie, zrozumienie i pomóc rozwijać najróżniejsze umiejętności, od społecznych zaczynając, po niektóre rodzaje wykształcenia. Tylko nadal wybrzmiewa to pytanie – jak?. Z pomocą przychodzą mi "Nowe scenariusze zajęć dla nauczycieli, pedagogów i rodziców" Agnieszki Kazdroń. Tytuł książki brzmi profesjonalnie, a przy tym dość sztywno, ale dzięki temu konkretnie. Niezmiernie się cieszę, że miałam szansę zapoznać się z tą pozycją literacką, ponieważ odebrałam ją wyjątkowo pozytywnie i zmotywowała mnie do wielu zmian. Ale zaczynając od początku... 

Podkreślę tutaj samą wagę pomysłu na taki zbiór. Wiem, że w kręgach pedagogicznych ze względu na duże pokłady wiedzy zdobytej przez specjalistów, ale też tej, którą według podstaw programowych trzeba przekazać, jest dość popularne zbieranie istotnych rzeczy w jednym miejscu. W tej chwili widzę, jaką to ma wagę. Pomysły mają to do siebie, że są ulotne. Jestem w stanie przywołać mnóstwo sytuacji, gdy wymyśliłam coś ciekawego według mnie, a później to przepadło lub przypomniało mi się w niewczas. Tymczasem właśnie takie kompendium, taki zbiór daje szansę mieć wszystko w jednym miejscu, by móc w odpowiednim czasie sprawdzić sobie różne aspekty, sięgnąć po jakieś konkretne narzędzie lub wykorzystać jako inspirację. Dla mnie to jest też o tyle istotne, że mam dość krótkie doświadczenie w pracy zawodowej i czasami zapominam o oczywistościach. Właśnie te scenariusze uświadomiły mi to i dały szansę, by lepiej pod względem uporządkowania zaplanować pewne zajęcia. 

Poza tym nie można przejść obojętnie przy układzie całej książki. Jest bardzo przejrzysta, a wszystkie zabawy, pomysły i scenariusze są ułożone według schematu, gdzie da się sprawnie poruszać w kategoriach wiekowych, potrzebnych materiałów, czasu, który trzeba poświęcić na zabawę oraz umiejętności, które są zdobywane podczas takich zajęć. Dla mnie to naprawdę istotny aspekt, gdyż szybko odnajduję się w książce i mogę metaforycznie czerpać z niej całymi garściami. Należy też podkreślić, że każda taka zabawa jest dokładnie opisana. Dlatego od początku wiadomo, czemu ona ma służyć i jak może przebiegać. Autorka też często podaje wiele opcji i alternatyw tej zabawy, co dodatkowo poszerza perspektywy, ale mam poczucie, że również inspiruje do własnych modyfikacji oraz zdobywania nowej wiedzy i pogłębiania już tej zdobytej. W moim odczuciu są to wspaniałe zalety. 

Wychwalam ten zbiór zabaw pod niebiosa i tutaj robię to z ręką na sercu. Jednak to nie te wszystkie wcześniej wymienione zalety tak bardzo mnie przekonują do tej książki. Tutaj główną rolę odgrywa empatia autorki. Gdy czytałam wstęp, a następnie dokładne opisy zajęć, czułam, że pisarka ma w sobie pokłady zrozumienia. Zrozumienia zarówno dla dorosłych, którzy mają prowadzić zajęcia, ale też dla małych ludzi, którzy często z taką pasją się w nie angażują. Wyczuwa się wrażliwość na potrzeby dziecka oraz czystą pasję. 

W tej chwili parę przedstawionych zabaw mam już za sobą. Moi pacjenci z chęcią do nich przystąpili i w moich oczach bawili się bardzo dobrze oraz mam nadzieję, że zdobyli nowe doświadczenia i nową wiedzę. Mam jeszcze dużo planów związanych z "Nowymi scenariuszami zajęć dla nauczycieli, pedagogów i rodziców", więc jest to pozycja, która nie zostanie odłożona na półce, ale autentycznie będzie mi towarzyszyć w mojej pracy. 

Współpraca recenzencka z Wydawnictwem Difin 

piątek, 2 grudnia 2022

Poławiaczka pereł. Legenda o źrenicy oka – Karin Erlandsson

 

Tytuł: Poławiaczka pereł. Legenda o źrenicy oka

Autor: Karin Erlandsson

Cykl: Legenda o źrenicy oka

Tom: I

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Dwukropek

Liczba stron: 256

Ocena: 8/10






Marzenia są czymś niesamowitym, czymś, co prowadzi nas przez życie i jest w stanie sprawić, że będzie miało ono sens. Samo dążenie do celu jest tak niesamowite i najczęściej towarzyszy mu wielka pasja, że jest tak naprawdę najważniejszą częścią całego procesu. Jednak niekiedy marzenia, dążenie do celu przybierają formę przerażającą, formę, która jest przeciwstawieństwem tego pięknego procesu. Wszystko wynika z granic. Mówi się, żeby podążać za marzeniami, nie poddawać się i dawać z siebie wszystko. Rzadko wspomina się o cenie tego. Czy na pewno zawsze spełnienie celu jest tego warte? 

Miranda od najmłodszych lat jest poławiaczką pereł. Uważa siebie samą za najlepszą ze wszystkich. To ojciec w dzieciństwie uczył ją podstaw. Wtedy też doszło do pewnej tragedii – dziewczynka straciła rękę. To był rekin. Lecz te wydarzenia miały miejsce lata temu, obecnie jest tu i teraz i tylko to się liczy. Tym bardziej że królowa ogłosiła poszukiwania źrenicy oka, czyli najstarszej i zarazem najwspanialszej perły. Czy Miranda postanowi wyruszyć w wyprawę po tę drogocenną perłę? Mówi się, że osoba, która ją odnajdzie nie będzie już nigdy niczego pragnąć, ponieważ będzie miała wszystko. Czy to prawda? Czemu nikt od tysięcy lat jej nie znalazł? 

"Poławiaczka pereł" przykuła moją uwagę swoją przepiękną okładką i nietypowym tytułem. Zastanawiałam się, co on tak naprawdę oznacza. Jest dosłowny? A może jest metaforą? Zresztą ostatnio po prostu mam ochotę na literaturę dziecięcą. Czy moje oczekiwania oparte na solidnych argumentach, czyli czystym przeczuciu, zostały spełnione? Mam ochotę pobyć przez chwilę osobą pewną siebie, więc jednoznacznie odpowiem: oczywiście! Jakże mogłoby być inaczej? 

Pomysł na całą powieść jest po prostu niesamowity. Gdy czytałam, coraz bardziej byłam zachwycona wyjątkową kreatywnością. Wcześniej w ogóle nie spotkałam się w literaturze w motywem pereł, a raczej z motywem ujętym w tak oryginalny sposób. Nie chcę Wam za dużo zdradzać, dlatego też nie opowiem dokładnie, które elementy najbardziej przykuły moją uwagę. Ale jestem przekonana, że większość z Was również zostanie pozytywnie zaskoczona. Ogólnie po przeczytaniu "Poławiaczki pereł" czuję niesamowitą satysfakcję i przede wszystkim dumę z pisarzy, że nadal znajdują tak niekonwencjonalne, nowe pomysły na fabułę. Według mnie to naprawdę godne szacunku. 

Styl autorki jest bardzo ładny. Zdaję sobie sprawę, że to mało konkretne stwierdzenie, niemniej mam poczucie, że idealnie opisuje właśnie stylistykę. Książka jest łatwa w odbiorze, więc młodzi czytelnicy pod względem zrozumienia powinni się w niej odnaleźć. Łączy w sobie również optymalne połączenie barwności i przejrzystości, co ma w sobie coś unikatowego i przekonywującego do całości. W dodatku język wyróżnia się czymś bliżej nieokreślonym, ale zapewne charakterystycznym dla pisarki. Jestem niezmiernie ciekawa, czy wybrzmi to w następnym tomach. 

Natomiast fabuła jest całkowicie nieprzewidywalna. Od prawie samego początku wciągnęła mnie i sprawiła, że koniecznie chciałam dowiedzieć się, czy Mirandzie uda się odnaleźć tę niezwykłą perłę i jak potoczy się jej relacja z pewną dziewczynką. Warto też podkreślić, że książka pod względem miejsc, w których bywa Miranda, jest mocno rozbudowana. Nie jest to może świat z fantastyki przeznaczonej bardziej dla starszych czytelników, ale na pewno jak dla dzieci mocno rozbudowany i dopracowany. Nie jest też światem naiwnym, czy wręcz sielankowym. Tak jak w naszej rzeczywistości da się w nim odnaleźć dobro i zło, ale też niekoniecznie da się je ująć w sztywne ramy. Tam dominowała nadzieja. 

Bohaterowie wyróżniają się wyrazistymi osobowościami, które pozwalają ulokować swoje uczucia. Sama Miranda jest fantastycznie wykreowana, gdyż posiada całą, wielowymiarową historię. Nie jest bohaterem jednoznacznym, którego można ot tak polubić lub znienawidzić. Ona po prostu wywołuje mieszane odczucia i uważam, że te uczucia wynikają z dobrej analizy psychologicznej. W powieści pojawia się też postać, którą uważam za punkt radości – Syrsa. Dzięki niej świat jest pełen barw. 

Tematyka jest nietypowa, a przynajmniej początkowo tak mi się wydawało. Choć muszę się przyznać, że w pierwszych chwilach niekoniecznie potrafiłam ją przenieść na naszą rzeczywistość. Dopiero czym dalej czytałam, tym bardziej widziałam, jak wiele wątków przedstawionych w tej książce możemy odnaleźć w samych sobie. "Poławiaczka pereł" sprawiła, że poddałam wiele spraw głębokiej refleksji. Zaczęłam zadawać sobie pytania, czym tak naprawdę jest pragnienie? Czy jest nam ono potrzebne? I jak daleko sięga? Tym bardziej że poruszone wątki występują w kontekście miłości i istnienia drugiej osoby. Na świecie jest wiele ważnych rzeczy, ale jednak to drugi człowiek powinien być dla nas najważniejszy – nie powinien rywalizować z rzeczami materialnymi. 

Opowieść dla dzieci okazała się tak naprawdę opowieścią dla dorosłych. Oczywiście nasi młodzi czytelnicy na pewno dzięki niej zapoznają się z wieloma wartościowymi treściami. Niemniej mam poczucie, że to często właśnie osoby dorosłe zapominają o tym, co najważniejsze i przede wszystkim czemu jest to najważniejsza. "Poławiaczka pereł" okazała się niesamowicie piękną książką, która zachwyca i uczy. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

niedziela, 13 listopada 2022

Zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne u nastolatków – Jon Hershfield

 

Tytuł: Zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne u nastolatków

Autor: Jon Hershfield

Przekład: Sylwia Pikel

Kategoria: Literatura naukowa, poradniki

Wydawnictwo: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Liczba stron: 124

Ocena; 8/10







Jak sięgam teraz pamięcią do tyłu, to mam taką refleksję, że o zaburzeniu obsesyjno-kompulsyjnym jako społeczeństwo wiemy mało. Zanim poszłam na studia, to nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje. Owszem, kojarzyłam, że istnieje jakieś zaburzenie, które karze ludziom bardzo często myć ręce, jednak ten opis przecież jest jakimś wyrywkiem, olbrzymim uproszczeniem. Dopiero właśnie na studiach dokładnie zapoznałam się z nim i miałam możliwość spotkać osoby, które zmagają się z taką trudnością. Obecnie gdy jestem w pracy, staram się jak najlepiej potrafię, pomóc ludziom radzić sobie z obsesjami i kompulsjami, lecz one rządzą się własnymi zasadami. Jak złamać te zasady i pozwolić ludziom lepiej funkcjonować? 

To pytanie spędzało mi sen z powiek. Jak każdy w moim fachu znam podstawowe zasady, jednak miałam poczucie, że nie do końca umiem wykorzystać tę wiedzę. I tutaj jak jakiś znak, został wydany poradnik z ćwiczeniami dokładnie wchodzący w moją trudność zawodową – "Zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne u nastolatków". Byłam niezmiernie ciekawa tej pozycji, ale też czułam olbrzymią potrzebę, by się z nią zapoznać. W końcu potrzebowałam jakiegoś potwierdzenia lub zwrócenia w dobrą stronę. Czy otrzymałam coś takiego?

Tutaj bez zawahania odpowiem, że tak, ale powrócę jeszcze do refleksji na temat świadomości społeczeństwa. Nie ma wątpliwości, że istnieje coś takiego jak zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne i że niektórzy ludzie zmagają się z nim. Dlatego uważam za niezmiernie ważne, by istniało coś, co pogłębi świadomość społeczeństwa, ale też pomoże poszukać jakieś drogi właśnie pomocy osobom zmagającym się z określonymi trudnościami. A książka, poradnik to zawsze jakiś wyznacznik, jakaś ścieżka naprzód. 

Sama pozycja jest napisana język prostym, przystępnym i pozwalającym na zrozumienie treści niezależnie od wykształcenia. To nie jest pozycja z cyklu naukowych monologów. To książka, która dąży do zrozumienia, dąży do pomocy. Autor zwraca się bezpośrednio do czytelnika, ponieważ doskonale wie, kogo ma przed sobą i wie, jak dużo wsparcia i zrozumienia ten ktoś potrzebuje. W jakiś unikatowy sposób złapało mnie to za serce i dało też refleksję, że niekiedy właśnie takie wsparcie może dać największą pomoc. Tym bardziej że bezpośrednie zwracanie się do osoby czytającej to rodzaj bliskości, poczucie odbywania prawdziwej rozmowy, ale też zaufanie sobie nawzajem. 

Natomiast odwołując się już bezpośrednio do treści, to ma ona wiele istotnych elementów. Dowiedziałam się naprawdę dużo, dostałam to upragnione potwierdzenie w pewnych aspektach i pogłębienie wiedzy, co niezmiernie cenię. Jednak nie dowiedziałam się też wszystkiego, co pragnęłam. Tutaj już wchodzi w grę subiektywne spojrzenie i jednak moja ścieżka wiedzy, która w swoim czasie była już mocno ugruntowana, a przynajmniej taką mam nadzieję. Niemniej myślę, że dla laika, dla takiego rodzica czy takiej młodej osoby to niezwykle efektywny i potrzebny wyznacznik. Tymczasem dla mnie to baza ćwiczeń, które mogę wykorzystać w swojej praktyce i dostosować w zależności od potrzeb. 

Sama wiedza jest przekazywana w sposób uporządkowany i spójny. Autor zadbał o to, by informacje nie były bezsensownie wrzucane, lecz łączyły się odpowiednio. I też skupił się na tym, by było to w odbiorze luźne, ale też konkretne. Nie ma potrzeby lać przysłowiowej wody na nie wiadomo ile stron, gdy można na lekko ponad stu zawrzeć to, co najistotniejsze. Po przeczytaniu książki mam wrażenie, że można ją podzielić na dwie części: na tę, która pokazuje jak można walczyć z zaburzeniem i na tę część uświadamiającą, jak olbrzymie znaczenie ma również akceptacja niektórych aspektów. 

Wydanie całej książki też jest godne uwagi, gdyż dzieli rozdziały na ramkę wprowadzającą, która przedstawia istotę problemy w zwięzły sposób, podstawowe informacje, ćwiczenia, ćwiczenia dodatkowe oraz podsumowanie. Jest to konkretne i pozwalające utrwalić zdobytą wiedzę. A poza tym książka posiada niesamowite ilustracje. W sposób prześmiewczy obrazują różne aspekty zaburzenia, co pozwala spojrzeć z tej zabawnej strony na zaburzenie, jednak w żaden sposób nie ujmując mu wagi. 

Książka przeczytana w ramach współpracy recenzenckiej z Gdańskim Wydawnictwem Psychologicznym

poniedziałek, 24 października 2022

Trzynaście krzeseł – Dave Shelton

 

Tytuł: Trzynaście krzeseł

Autor: Dave Shelton

Przekład: Anna Kłosiewicz

Kategoria: Literatura dziecięca, opowiadania, horror

Wydawnictwo: Dwukropek

Liczba stron: 254

Ocena: 8/10







Strach może być czymś więcej niż tylko emocją, reakcją ciała. Strach może tworzyć granice nie do przejścia, ale też dawać olbrzymią motywację. Niekiedy pobudzenie jest tak wielkie, że nie da się przewidzieć skutków. Być może właśnie z tego powodu część z nas tak bardzo lubi się bać i z taką pasją oddaje strasznym historiom. A teraz październik i nadchodzący listopad sprzyjają tym mrocznym, pełnym grozy opowieściom. W szczególności gdy pomyślimy, że nadchodzi Halloween. Nie jest zbyt popularne na naszych terenach, spotyka się nawet z pogardą, jednak jestem przekonana, że część z Was lubi ten klimat i w jakiś sposób oddaje się haloweenowym zwyczajom. Jak to jest u Was?

Jack postanawia odwiedzić dom, który podobno jest nawiedzony. Już od dawna go obserwuje i słyszał o nim rozmaite opowieści. Jednak chłopiec nie wierzy w duchy i nawiedzenia. To nie jego bajka, lecz przecież nie zaszkodzi zajrzeć. I dokładnie tak jak uważał – dom nie jest nawiedzony. Co wcale nie musi oznaczać, że stoi pusty i nikt go nie odwiedza. Jak myślicie – kto przebywa w starym, zniszczonym domu? Czy Jack zaspokoi swoją ciekawość? 

"Trzynaście krzeseł" zainteresowało mnie gatunkiem. Z jednej strony literatura dziecięca, którą uwielbiam i cenię, z drugiej elementy horroru i to wszystko ubrane w opowiadania. Poczułam się zaintrygowana i stwierdziłam, że koniecznie muszę się zapoznać z tą lekturą. Jak moje wrażenia?

Niesamowicie oczarował mnie pomysł na całą koncepcję. Dotychczas nie spotkałam się z czymś podobnym. Oczywiście wiele elementów jest dość typowych i schematycznych, ale autor zgrabnie udekorował to powiewem świeżości, nowości i wyraźnie bijącym klimatem mroku. "Trzynaście krzeseł" to trzynaście opowieści, która się zarazem odrębne, ale coś je ze sobą łączy. Długo myślałam, co to jest i przyznam, że wpadłam na parę koncepcji, które w pewien sposób się potwierdziły, ale też nie do końca. 

Natomiast styl, którym posługuje się pisarz, od pierwszych stron przypadł mi do gustu. Zachwycił przyjemnością czytania, ale przede wszystkim poczuciem autentyczności. Mimo że w niektóre historie można powątpiewać, to i tak całość jest przedstawiona w taki sposób, jakby to wszystko mogło wydarzyć się w rzeczywistości. Tym bardziej że opowiadania intensywnie oddziaływały na moją wyobraźnię, co cudownie łączyło się z unikatowością języka autora i dopracowaniem najmniejszych szczegółów. 

Czytając, czułam gotycki klimat. Od razu powiem, że większość historii nie spełnia typowych wyznaczników gotyku, mimo to atmosfera mroku, tego przyciemnienia i niepewności była cały czas wyczuwalna. Może samo miejsce pozwalało utrzymać ten klimat. Każde opowiadanie było inne i wabiło, by poznać jego rozwiązanie, a tutaj warto wspomnieć, że wszystkie miały otwarte zakończenia, choć myślę, że one po prostu nie potrzebowały słów. Każdy czytelnik kończył je sam według własnych, mocno ugruntowanych przeczuć. Gdy czytałam, miałam olbrzymią potrzebę czytać opowieść za opowieścią i zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje w tym pozornie nawiedzonym domu. 

Nie można również zapomnieć o różnorodnej tematyce opowiadań. Ich celem było wywoływanie strachu i niepewności, lecz każda z nich przekazywała coś istotnego. Wystąpił najbardziej typowy motyw, ale mocno przeze mnie ceniony – motyw zbrodni i kary. To mrok sam w sobie. W końcu jeśli dojdzie do zbrodni, to winny powinien być ukarane. Tymczasem "Trzynaście krzeseł" miało pewną niespójność, która według mojej opinii była stworzona całkowicie świadomie przez autora. Niektóre historie były mocno ugruntowane w tym motywie, natomiast inne łamały standardy sprawiedliwości, ukazując, że i dobrzy ludzie potrafią cierpieć nie za swoje zbrodnie. Co ostatecznie wygrywa? By odpowiedzieć na to pytanie, należy przeczytać tę książkę. 

"Trzynaście krzeseł" okazało się niesamowitą przygodą – pełną napięcia, niepewności, często mrożącą krew w żyłach, jednak na swój sposób genialną. Te opowiadania pozostaną ze mną na dłużej, ponieważ pozostawiły po sobie wiele emocji, ale również przemyśleń. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

niedziela, 17 lipca 2022

Zgroza w Dunwich – Leandro Pinto

 

Tytuł: Zgroza w Dunwich

Autor: Leandro Pinto

Przekład: Małgorzata Kafel

Cykl: Choose Cthulhu

Tom: V

Kategoria: Gra paragrafowa, horror

Wydawnictwo: Black Monk

Liczba stron: 160

Ocena: 8/10





Zew przygody to coś niesamowitego. Coś, co sprawia, że jesteśmy w stanie podejmować bardzo ryzykowne decyzje. Jednak czego się nie robi, by zaspokoić swoją ciekawość? Mówi się, że ciekawość to pierwszy krok do piekła... Ja bym jednak szła w kierunku zaspokojenia, ulgi i być może już ostatniego kroku do piekła. W końcu nie każdy z nas musi źle wyjść na tym, że zadaje pytania, podejmuje różne działania i jest gotowy zmieniać świat. Niemniej czy każdy wychodzi na tym dobrze? Myślę, że na podstawie własnych doświadczeń jesteście w stanie sami odpowiedzieć na to pytanie. 

Jak część z Was na pewno wie, od jakiegoś czasu zaczęłam się interesować troszkę inną formą literatury. Mam tutaj na myśli gdy paragrafowe. Jeszcze niedawno nie miałam nawet pojęcia, że coś takiego istnieje, lecz dzisiaj mam już za sobą niejedną taką pozycję i całym sercem doceniam ich pomysłowość oraz możliwości, które dają. W końcu pewnie każdy z nas, a przynajmniej większość z nas była w momencie, gdy książka poszła całkiem innym tropem niż się spodziewaliśmy i nie mogliśmy tego zaakceptować. Tutaj czegoś takiego nie ma – tutaj my decydujemy. 

Tym razem na kaliber wzięłam kolejny tom serii, którą od jakiegoś czasu Wam przedstawiam. Są to książki paragrafowe z cyklu "Choose Cthulhu". Są one oparte na twórczości Lovecrafta, której osobiście nadal nie poznałam, dlatego "Zgroza w Dunwich" jest przeze mnie oceniana wyłącznie przez pryzmat samej siebie. Nie jestem w stanie dostrzec powiązań z genialnym pisarzem i ocenić rozwiązań Leandra Pinto.

Niemniej w żaden sposób nie przeszkadzało mi to, by całą sobą docenić pomysł. Za każdym razem jak czytam książkę z tej serii, nie jestem w stanie być obojętna na ten niesamowity klimat, który tworzą pisarze. Jestem głęboko przekonana, że to właśnie ujmuje twórczość samego Lovecrafta. Historia "Zgrozy w Dunwich" od pierwszych stron zaprezentowała motywy z jednej strony tak doskonale nam znane, z drugiej ujęte w całkowicie odmienny, nietypowy sposób. Niesamowicie pozytywnie to odebrałam. 

Styl autora jest intensywnie obrazowy dzięki swoim barwnym opisom. Cały czas czuć, że pisarz stara się mocno oddziaływać na wyobraźnię i wychodzi mu to po mistrzowsku. Nawet na chwilę nie odpuszcza. Cały czas czerpie ze wspomnianego klimatu i trzymając czytelnika w garści, przedstawia mu obrazy, od których nie da się oderwać ani ze strachu, ani z ciekawości. Tkwiłam w nich i czułam się zahipnotyzowana. Musiałam wiedzieć, do czego dążę i jaki to ma cel. 

Ta ścieżka fabularna, którą jako pierwszą przeszłam, jest zachwycająca. Gdy już nabierała spójności i myślałam, że wiem, gdzie i po co podążam, zaskakiwała mnie czymś nowym. Czymś całkowicie logicznym, ale wcześniej bezpośrednio dla mnie niedostrzegalnym. Między innymi właśnie dlatego nie byłam w stanie oderwać się od fabuły i właśnie pierwszą moją ścieżkę przeszłam dosłownie na raz. Musiałam – tu nie było możliwości, choćby na chwilę oderwać się od lektury, ani tym bardziej odłożyć ją na później. W końcu trzeba było poznać to zakończenie i dać się porwać atmosferze pełnej grozy, magnetyzmu i swoistego piękna. 

Jestem niezmiernie podekscytowana, że mogłam ponownie zapoznać się z tą serią, a raczej jej kolejnym tomem i ponownie przeżyłam przygodę, która zawładnęła moim sercem i pozwoliła mi podejmować moje własne decyzje. Nie czułam się tak bardzo przez nią ograniczona, jak to czasami bywa przy niektórych lekturach. Czy to nie jest cudowne? Jeśli czasami odczuwacie ten sam problem co ja, to bez wątpienia pozycja literacka dla Was. Też podkreślę, że książki z serii można czytać niezależnie od siebie. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

piątek, 8 lipca 2022

Insulinooporność. Dieta i książka kucharska – Tara Spencer


Tytuł: Insulinooporność. Dieta i książka kucharska

Autor: Tara Spencer

Przekład: Renata Czernik

Kategoria: Poradnik, książka kucharka

Wydawnictwo: Vital

Liczba stron: 248

Ocena: 8/10






W ostatnim czasie coraz częściej mówi się o różnych zaburzeniach, chorobach czy trudnościach wynikających z naszej biologicznej sfery. Bardzo mnie to cieszy, gdyż ważne jest, żeby zdawać sobie sprawę z istnienia takich spraw i wiedzieć, jak sobie z nimi radzić. Jesteśmy jako społeczeństwo na tak bardzo zaawansowanym poziomie, że w tej chwili mamy wiele efektywnych sposobów pomocy, a jeśli nawet ich nie posiadamy, to staramy się je stworzyć. To daje możliwość, by każdy z nas mógł funkcjonować przynajmniej trochę lepiej, jeśli w ogóle nie całkowicie normalnie. Przykładem takiego aspektu jest insulinooporność, która jest częstą trudnością, więc warto wiedzieć, jak ułatwić sobie życie i pomóc swojemu organizmowi. Ale czym jest ta insulinooporność? Insulinooporność to zmniejszona wrażliwość mięśni i tkanki tłuszczowej na insulinę, co prowadzi do zaburzenia metabolicznego. Rezultatem tego może być duży przyrost masy, złe samopoczucie, a w niektórych przypadkach nawet cukrzyca. 

Gdy dostanie się diagnozę insulinooporności, to warto poszukać, jak najwięcej informacji o tym, by po części rozwiązać tę trudność. Moim własnym rozwiązaniem jest zawsze literatura. Choć akurat mnie nie przyciągnęła diagnoza, ale zwykłe pragnienie pogłębienia wiedzy i zdobycia też nowych, interesujących przepisów. Trudno mi określić, jak duże jest zapotrzebowanie na wiedzę właśnie w postaci książki. Ile ludzi poszukuje tak konkretnych informacji? Ile z nich skorzysta? Nie mam najmniejszego pojęcia, ale myślę, że warto było napisać tę książkę, choćby dla garstki. Tak naprawdę to nie może być garstka, patrząc że ta pozycja doczekała się polskiego tłumaczenia. 

"Insulinooporność. Dieta i książka kucharska" jest napisana bardzo przyjemnym językiem, który pozwala w sposób efektowny przyswoić przedstawioną wiedzę. Dzięki prostemu odbiorowi miałam poczucie, że nie jest to pozycja, z której tak naprawdę się uczę, ale rozmowa z kimś, kto ma wiedzę i z zamiłowaniem przekazuje mi ją. To duży plus, bo ostatecznie bez poczucia znużenia i niemocy uczę się tych nowych rzeczy. To na pewno zachęca. 

Autorka wydaje się być bardzo praktyczną osobą, która doskonale zna świat i ludzi. Wie, jak wygląda rzeczywistość i wie, z jakimi trudnościami zmagają się jej czytelnicy. Nie owija w bawełną, ani też nie razi naukowymi wypowiedziami, choć książka jak najbardziej ma naukowe podstawy. Uczciwie mówi o tym, że walka z insulinoopornością i często przyrostem masy jest trudną i długą walką. Dieta ma wiele minusów, o których otwarcie mówi, ale też rzeczowo, co daje poczucie, że da się to przetrwać. W ostatecznym rozrachunku dieta jest efektywna i przynosi więcej plusów. Nie jest też czymś stałym. Takie spojrzenie jest racjonalne, ale też bardzo zachęcające do podjęcia próby. Tym bardziej że pisarka krok po kroku tłumaczy co i jak robić, ale nie jest to sztywny schemat. Cały czas widać różnorodność kontekstową i elastyczność przedstawionych pomysłów. Ludzie z insulinoopornością mają najróżniejsze trudności, czasami wynikające z ich biologii, czasami z charakteru, a czasami z możliwości środowiska. Naprawdę byłam zachwycona, gdy zobaczyłam jak subtelnie jest to ujęte w tej książce. Tym bardziej że pojawiają się też ćwiczenia, których mocno się obawiałam, gdyż mam słabą kondycję i jestem prawie wcale nierozciągnięta –  bądźmy szczerzy, jestem przeciwieństwem jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Tymczasem okazało się, że i takie aspekty są ujęte. Są ćwiczenia dla osób o słabych możliwościach fizycznych, ale i ćwiczenia dla ludzi, którzy już systematycznie ćwiczą. 

Co do części z przepisami mam dość mieszane odczucia. Ogólnie są bardzo interesujące i niejedną potrawę zrobiłoby się z chęcią od razu. Niemniej w tym przypadku to nie wystarcza, gdyż nie są one przystosowane do polskich realiów. Nie wiem, jak to się ma do Ameryki, lecz u nas duża część składników jest trudnodostępna, a już na pewno nie w zwykłym markiecie. W dodatku niektóre z nich są naprawdę drogie, więc niekoniecznie na każdą kieszeń. To nie jest tak, że one są złe. Po prostu przydałby się jakiś tłumacz-dietetyk, który dostosowałby te przepisy do naszych składników. Momentami jest to możliwe i wynika z samej treści. Choć pewnie to też kwestia praw autorskich. Pomijając ten aspekt, to w ogóle przedstawiony plan żywienia jest bardzo ciekawy i inspirujący. 

"Insulinooporność. Dieta i książka kucharska" to bez wątpienia interesująca i wartościowa pozycja. Przyznam się, że najczęściej tego typu książki irytują mnie i przede wszystkim nie spełniają moich oczekiwań. Są zbyt wydumane dla mnie. Tymczasem ta książka jest prosta w odbiorze, przystosowana do rzeczywistości i pełna nadziei. Polecam ją osobom, które zmagają się z insulinoopornością, ale też osobom, które są ciekawe świata. Zresztą nigdy nie wiadomo, co przyszłość przyniesie. Taka wiedza może się przydać. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

wtorek, 5 lipca 2022

Blacksad: Upedek 1 – Juan Díaz Canales, Juanjo Guarnido

 

Tytuł: Blacksad: Upadek 1

Autor: Juan Díaz Canales, Juanjo Guarnido

Przekład: Joanna Jabłońska

Cykl: Blacksad

Tom: VI

Kategoria: Komiks

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 64 

Ocena: 8/10





Miasto zbiera najróżniejszych ludzi. Daje im możliwości, dom, historię oraz spełnienie wielu marzeń. A przynajmniej jest to jedna z możliwych ścieżek rozwoju danej istoty. Miasto tworzy też opowieści pełne mroku, cierpienia i pragnienia zapomnienia. Często też karmi złudzeniami, pięknymi abstrakcjami, które oprócz piękna niosą absurd i manipulację. Chciałoby się napisać, że to od człowieka zależy, którą drogę wybierze. Lecz nie jest to tak oczywiste i banalne. Jakie w rzeczywistości jest?

Wszystko zaczęło się od szekspirowskich występów w plenerze. No może nie wszystko, ale sporo właśnie z tym jest związane. Problem polega na tym, że oprócz wielbicieli sztuki są też jej przeciwnicy. Policja stara się, żeby nie miały miejsca owe występy. Niemniej nie do końca im się to udaje. Jaka intryga za tym idzie? Co tym razem czeka detektywa Blacksada? 

Może zacznę od tradycyjnego już w moim wykonaniu wstępu – nie znam wcześniejszych tomów. Oczywiście nie byłam tego świadoma, bo dałam się zwieść jedynce, która tak naprawdę dzieli po prostu szósty tom "Upadku". Pomijając ten mały szczegół, byłam bardzo podekscytowana możliwością przeczytania tego komiksu. Tak jak 2021 był rokiem poezji dla mnie, coś czuję, że rok 2022 będzie rokiem komiksu. Trzeba poszerzać swoje horyzonty, tym bardziej że jestem fanką sztuk plastycznych, więc ilustracja jak najbardziej się do tego wpisuje. Czy "Blacksad. Upadek" przypadł mi do gustu?

Ogólnie jestem niezmiernie zafascynowana pomysłem na całą alegorię. Doceniam, że scenarzysta wybrał motyw zwierząt w wielkim mieście. Brzmi to trochę jak tytuł jakiegoś filmu, lecz tak naprawdę wyróżnia się niesztampowością. "Blacksad" to połączenie znanych nam motywów, ale stworzono za ich pomocą całkowicie nową historię. Z jednej strony mam poczucie, że przede mną coś dobrze znanego, z drugiej poczucie świeżości i wyjątkowości, które mnie hipnotyzuje i mami. 

Co do stylu, którego wytrwale doszukuję się w komiksach, to wyróżnia się naturalnością. Mimo pewnych ekscentrycznych scen mam wyobrażenie, że podobne słowa w danych sytuacjach mogłyby zostać wypowiedziane. Naprawdę łatwo usłyszeć je w głowie i pozwolić im na urealnienie. Choć przyznam, że momentami, choć bardziej dotyczy to początku, miałam wrażenie chaosu. Z czasem krok po kroku odnajdywałam się w nim. 

Fabularnie trochę ciężko mi ocenić ten komiks, ponieważ ze względu na brak znajomości kontekstu straciłam moment kulminacyjny. Mimo to stosunkowo szybko wciągnęłam się w historię i jeszcze szybciej ją pochłonęłam zafascynowana działaniami bohaterów i konsekwencjami ich działań. Scenarzysta zdecydował się na wielowątkowość i zgrabnie wszystkie wątki splótł w całość, co zrobiło na mnie pozytywne wrażenie i dało poczucie panoramiczności i braków ograniczeń. Nadało to całości odpowiednią barwę i atmosferę. 

"Blacksad. Upadek" to bez wątpienia ukazanie mroku, ale też potęgi wielkiego miasta. W takim mieście nie ma nic oczywistego, nic bez skazy. Wbrew pozorom każdy walczy o swoje przetrwanie i stara się nie stać ofiarą, niektórzy decydują się po prostu na bycie drapieżnikami. Pod hasłem "dobroć" i "rozwój" wiele da się ukryć, a najlepiej ukrywa się manipulacje i intrygi, co ma na celu wyzysk niewinnych jednostek. 

Ilustrator pokazał całą gamę umiejętności. Ilustracje są po prostu przepiękne i zachwycające. Wyróżniają się realizmem, co musiało być trudne, ponieważ bohaterowie to hybrydy zwierząt i ludzi. Dlatego tak doskonale widać wnikliwość obserwacji ilustratora i umiejętności, by przenieść właśnie te obserwacje na kartkę i stworzyć z nich niesamowitą opowieść. Są one niezmiernie dopracowane, ale mimo tego zachowują przejrzystość i nie pozwalają czytelnikowi zgubić się. 

"Blacksad. Upadek 1" mimo niefortunnej kolejności bardzo przypadł mi do gustu i pogłębił moją nową fascynację komiksem. Coraz częściej w mojej głowie pojawia się refleksja, że umiejętności ilustratorów i scenarzystów pozwalają niekiedy stworzyć historie o wiele bardziej wielowymiarowe i głębokie niż książki. Zaskoczyło mnie to, bo jednak moją pierwszą i długo jedyną miłością są książki. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

piątek, 17 czerwca 2022

Zaklinacz tygrysów – Roch Urbaniak

 

Tytuł: Zaklinacz tygrysów

Autor: Roch Urbaniak

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Dwukropek

Liczba stron: 88

Ocena: 8/10








Zdarzają mi się dni, gdy wstaję i myślę sobie, jaki ten świat jest piękny. Zdaję sobie sprawę, że piękno jest określeniem wybitnie subiektywnym, a w odniesieniu do świata wyjątkowo zależnym od kontekstu i przeżyć wewnętrznych konkretnych ludzi. Niemniej w takie dni lubię zachwycać się każdą najmniejszą rzeczą. Słońce, deszcz... Czy to nie są niesamowite zjawiska? Piękne kwiaty, radośnie szczekające psy, latające pszczoły i motyle, no i oczywiście uśmiechnięci ludzie. Jeśli popatrzy się na świat z takiej perspektywy, to naprawdę jest wyjątkowym miejscem. Tylko niestety ludzie są też wyjątkowi i mam tu na myśli i pozytywny wydźwięk, i negatywny. W końcu należymy do tej planety, ale też codziennie, w sposób wyjątkowo systematyczny i bezlitosny niszczymy ją. Czy to nie jest pora, by zawalczyć o naszą Ziemię? 

W Najdalszej Zatoce pewnego dnia doszło do niesamowitego wydarzenia. Wystąpił mistrz fletu Ari! To był niezapomniany występ. Artysta grał tak przepięknie, że wszystko zastygło i wsłuchało się w grane przez niego utwory. Koncert trwał w najlepsze, jednak coś nagle go przerwało. A tym czymś tak naprawdę okazał się tygrys. Tygrysy mają niepokorną naturę, a ten w sposób widoczny okazywał swoje złe nastawienie i złość. Czym bardziej się złościł, tym był większy i groźniejszy. Co z tego wynikło? Jak Najdalsza Zatoczka poradziła sobie z tym rozwścieczonym zwierzęciem? Czy koncert został kiedyś dokończony? 

Gdy tylko po raz pierwszy zobaczyłam zapowiedź tej książki, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Po prostu muszę! Nie ma tutaj, o czym mówić. Ilustracje i raczej nietypowa tematyka zachęcały i obiecywały równie niezapomnianą przygodę jak wspomniany występ. Jak się oprzeć czemuś takiemu? Zwłaszcza, gdy obejrzało się część prac ilustratora, który również odpowiada za tekst. Niesamowite! Czy moje podekscytowanie pozostaje takie samo po przeczytaniu tej książeczki? Oczywiście, że tak! Liczba wykrzykników, które staram się ograniczać, mówi sama za siebie. 

Zaczynając wedle mojej tradycji od pomysłu – wyjątkowo niesztampowy. Wprost kipi oryginalnością, a ja zawsze cenię nowe perspektywy patrzenia na świat i nowe wyżyny wyobraźni. Roch Urbaniak tą książką udowodnił, że doskonale zwiedził wszystkie szczyty właśnie wyobraźni. Nigdy dotychczas nie spotkałam się z podobnym pomysłem i warto zaznaczyć, że wyjątkowo przypadł mi do gustu. Wyróżnia się barwnością i odkrywczością. 

Tymczasem styl autora tylko dodatkowo podkreśla wspomnianą barwność. Już od pierwszych stron robi niesamowite wrażenie, poprzez wiele opisów krajobrazów i możliwych przeżyć wewnętrznych. Jednak nie są one przytłaczające i nie są też pod żadnych pozorem nudne. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to one odpowiadają za pobudzenie wyobraźni i możliwość podążania za całą opowieścią. Tym bardziej że przy tym styl pisarski jest stosunkowo łatwy i przyjemny w odbiorze, co sprawi, że młodsze dzieci nie powinny mieć za bardzo problemów ze zrozumieniem. A starszy czytelnik na pewno doceni taką dozę fantazji. 

"Zaklinacz tygrysów" pod względem fabularnym wciąga od samego początku. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się w Najdalszej Zatoczce i skąd oraz po co wziął się ten tygrys. Te pytania prowadziły mnie przez całą historię, nie pozwalając się oderwać od lektury. Dominował wyjątkowo rozbudowany jak na literaturę dziecięcą świat, który ciekawił i inspirował. Razem z treścią można było go tworzyć w wyobraźni i nie było tu żadnych ograniczeń. Tym bardziej że główni bohaterowie zyskali też moją sympatię, więc kibicowałam im i równie mocno jak oni pragnęłam, by spełnili swoje cele. Okazało się, że mamy naprawdę bardzo zbieżne marzenia i plany. 

Jednak w całej książce przede wszystkim chodzi o tematykę wyróżniającą się szerokim zakresem, ale niezmiernie istotnym. W niesamowicie barwny sposób autor wskazuje na problem ekologiczny naszej planety i konieczność walczenia o nią. Przeplata to z pragnieniem wolności i możliwości dokonywania swoich własnych wyborów. Wybrzmiewa to przede wszystkim w kontekście zwierząt i naszym zbytnim wkraczaniem w ich naturalne środowiska. Niemniej dla ludzi też jest miejsce. Mimo naszych błędów i niepokorności oraz pragnienia zawładnięcia światem, również do niego należymy i mamy swoje własne miejsce. Tylko musimy pamiętać właśnie o tym – mamy własne miejsce, własną rolę i tego powinniśmy się trzymać. Wtedy być może świat pozostanie nadal przepiękną, pełną życia i niesamowitości planetą. Czy to nie byłoby cudowne?

Tematyka powieści daje nadzieję, a ilustracje sprawiają, że warto za nią podążać. Są po prostu nieopisywalnie cudowne. Tutaj ponownie powracamy do oryginalności. Oryginalny jest pomysł, co na nich się znajduje, oryginalna jest kreska Rocha Urbaniaka i oryginalny jest całokształt. Pod względem artystycznym to dosłownie niezapomniane wrażenie. Przy tym dobór barw sprawia, że łatwo oczami wyobraźni przenieść się do przedstawionych miejsc. Tym bardziej że ilustrator zadbał o szczegóły. 

"Zaklinacz tygrysów" to wyjątkowa opowieść o nadziei, przyjaźni i walce o szeroko pojętą wolność. Zarazem nie ma oczywistego podziału na dobro i zło. Każda postać i każda historia jest poruszona z wielu perspektyw i pozwala na własne wnioski. Tłumaczy przyczyny, działania i konsekwencje. Takiej powieści potrzebują zarówno dzieci, jak i dorośli. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl