Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 marca 2023

Patostreamerzy – Wojciech Kulawski

 

Tytuł: Patostreamerzy

Autor: Wojciech Kulawski

Seria: Nowy polski kryminał

Kategoria: Thriller, kryminał

Wydawnictwo: Wydawnictwo CM

Liczba stron: 321

Ocena: 8/10







Nasze działania pociągają za sobą konsekwencje, ale czasami mam wrażenie, że wiele wydarzeń tak naprawdę ma swój początek w czyimś pragnieniu. W kontekście dzisiejszej recenzji widzę to pragnienie jako chęć zemsty, sprawiedliwości, ale pragnienia mogą być najróżniejsze – pozytywne, negatywne, neutralne... Są jak ziarnka, z których mogą wyrosnąć kiełki, by później pojawiła się cała roślina. A czym będzie ta roślina? Idąc dalej tropem metaforycznym, właśnie konsekwencją. Więc zadajmy sobie pytanie: jaką? Piękną? Trującą? 

Tutaj naszą konsekwencją jest ciało Stefana Koniecznego. Widok naprawdę obrzydliwy i zaskakujący. Tym bardziej że razem z czasem wychodzą na jaw i inne rzeczy. Takie choćby jak filmik, gdzie na nagraniu jest torturowana ofiara. I tutaj zaczyna się całość, czyli... Patostreamerzy. Ile tak naprawdę jest robione pod publikę? Ile dla pieniędzy? A ile z tego ma mieć jakieś konkretne przesłanie? Tym razem tę sprawę muszą rozwiązać policjanci. 

Z twórczością Wojciecha Kulawskiego mam już styczność od paru dobrych lat – podkreślając dobrych. Każda z jego książek w jakiś unikatowy sposób zaskoczyła mnie. Oczywiście jedne bardziej przypadły mi do gustu, inne mniej. Jedne na dłużej zapamiętałam, inne tylko na chwilę. Niemniej każda z nich wywołała we mnie jakieś emocje i pozwoliła spędzić przyjemny wieczór z lekturą dającą rozrywkę, ale też wiele tematów do przemyśleń. Jak było tym razem? Niezawodnie. 

Przede wszystkim styl autora jest już mi dobrze znany i jak najbardziej przeze mnie szanowany. Mam poczucie, że z każdą książką powracam do przyjaciela, na którego długo czekałam. Cały język wyróżnia się rozbudowaniem i wnikliwością w szczegóły, utrzymując przy tym lekkość. Nie muszę być maksymalnie skupiona, ponieważ przy czytaniu mam odpocząć. Ale zarazem wiem, że styl jest na tyle dopracowany, że powinnam zwracać uwagę na wiele szczegółów. 

Tematycznie też jestem mocno usatysfakcjonowana, gdyż przede wszystkim o patostreamingu totalnie nie wiem nic, więc mogłam spojrzeć z takiej perspektywy fabularnej na ten temat. A ufam autorowi, że zrobił dobry research, zanim podjął się takiej tematyki. Dla mnie to nowa wiedza. Poza tym w książce jest zwrócona uwaga na cierpienie ludzi wywołane przez własnych rodziców. Ten wątek w szczególności mnie interesuje, ponieważ jak wiecie, duża część mojej pracy zawodowej na tym się opiera. Tutaj szło to w dość drastyczną stronę, ale myślę, że też miało wywołać szok. Tym bardziej że ciągnie się za tym pytanie, czy obiektywnie niemoralne czyny popełniane w imię dobra można usprawiedliwić

Fabularnie było fantastycznie, gdyż od pierwszych stron wciągnęłam się i wiele fragmentów autentycznie zaskoczyło mnie. Sama zagadka kryminalna okazała się zbudowana wspaniale, ponieważ dało się zebrać strzępy informacji i samemu coś z nich stworzyć, idąc w dobrą stronę, ale na końcu zostałam całkowicie zaskoczona. Takie właśnie dla mnie powinny być kryminały. Oparte na dowodach, szczegółach, zagadkach, które czytelnik sam może rozwiązać, ale jest to na tyle trudne, że i tak większość osób zostaje zaskoczona rozwiązaniem. 

Samych bohaterów jest naprawdę wiele i czuć ich oddziaływanie na emocje. Towarzyszyłam im i miałam nadzieję, że wiele spraw potoczy się po ich myśli. Są dopracowanie, jednak to oceniam z perspektywy wielu powieści autora. Nie jestem przekonana, czy określiłabym ich jako dopracowanym tylko w kontekście "Patostreamerów". Jednak mając większą gamę znajomości innych książek, jestem jak najbardziej w stanie dojrzeć ich wielowymiarowość i głębie. Choć bez bicia się przyznam, że cały czas mylę ich imiona i mam problem określić, kto jest kim. 

"Patostreamerzy" dali mi kawał wspaniałej rozrywki, ale też w sposób nienatarczywy zmusili do bardzo konkretnych przemyśleń. Nie były to tylko czcze słowa, tylko takie, które mogą w rzeczywistości coś zmienić. Dlatego bardzo cenię tę książkę i autora. Otwiera drzwi na najróżniejsze doświadczenia. 

środa, 23 listopada 2022

Zanim mnie zabijesz – Paula Er

 

Tytuł: Zanim mnie zabijesz

Autor: Paula Er

Kategoria: Thriller

Wydawnictwo: Novae Res

Liczba stron: 294

Ocena: 5/10








Każdy z nas ma jakąś przeszłość. Każdy z nas ma mniejszą lub większą tajemnicę, o której wiedzą tylko wybrane jednostki. Może to być coś naprawdę małego i nawet nie zadajemy sobie sprawy, że stworzyliśmy z tego coś na rodzaj sekretu, a może to być tajemnica wielka, niszcząca nas od środka i sprawiająca, że wiele aspektów swojego życia podporządkowujemy pod nią – by się nie wydała. Zadajcie samym sobie pytanie, czy Wy macie taką właśnie tajemnicę?

Julia jest osobą wysportowaną, mającą osiągnięcia w pracy zawodowej, kochającego męża i... Mroczną tajemnicę. Mijają lata, aż w pewnym momencie ma wrażenie, że widzi osobę z przeszłości. To tylko pomyłka. Jednak ile takich pomyłek i małych znaków może być? Czy Julia jest bezpieczna? Zmieniła wygląd, zmieniła swoje postępowanie i czuje, że jest inną osobą niż te kilkanaście lat temu. Nikt z dawnych czasów nawet by jej nie rozpoznał. Lecz tutaj ponownie powraca pytanie – czy na pewno? 

Od dawna miałam ochotę odejść na chwilkę od mojej ukochanej fantastyki i klasyków. Stwierdziłam, że taka obyczajówka z elementami thrillera może być doskonałym wyborem. Przypadł mi do gustu opis. Okładka wprost zachwyciła. Czego chcieć więcej? Treści spełniającej te oczekiwania, a tego niestety już nie było. 

Zaczynając tradycyjnie od stylu autorki, to był dla mnie rozczarowujący. Nie chodzi o to, że w jakikolwiek sposób był zły, czy niepoprawny, ale po prostu zwykły. Miałam wrażenie, że czytam troszkę lepsze wypracowanie, a to mnie w powieściach niestety dość mocno irytuje. Zdarzały się miejsca, gdzie odczuwałam brak dopracowania. Jednak takim największym minusem języka były opisy, które okazały się nudne, co dałoby się wybaczyć, lecz też pozbawione sensu i celu w odbiorze całokształtu. 

Dużą zaletą "Zanim mnie zabijesz" jest tematyka. Porusza według mnie wyjątkowo istotne tematy i robi to w sposób wielowymiarowy. Autorka za pomocą tej powieści opowiada o przemocy, uzależnieniach i... miłości. Podczas czytania miałam wrażenie, że chce przekazać perspektywę ofiary w dniach, gdy to się dzieje, po czasie oraz też perspektywę oprawcy. Zaimponowało mi to i dało wiele do myślenia. Tym bardziej że pisarka zadała podstawowe pytanie: "czemu kobieta pozostaje przy swoim przemocowym partnerze?". Uważam, że wielokrotnie zadaje się to pytanie, ale rzadko otrzymuje zrozumiałą odpowiedź. 

Natomiast sama fabuła jest wyjątkowo nierównomierna. Były momenty, gdy nie mogłam oderwać się od lektury i koniecznie chciałam wiedzieć co dalej i jak potoczą się losy bohaterów. Niestety były też fragmenty, gdzie przeczytanie dwudziestu stron było dla mnie koszmarkiem. Ja też nie lubię słuchać o sporcie, a raczej o tym jak kto ćwiczy, a tutaj to była wielka część życia głównej bohaterki. Ogólnie miałam cały czas poczucie, że gdyby wyrzucić te niepotrzebne opisy lub nadać im celowości oraz dodać różnorodne wskazówki, to mogłaby być genialna powieść kryminalna. Było wiele wątków i wydarzeń, które można było pociągnąć i całościowo stworzyć coś wielowymiarowego. 

Co do bohaterów to i tutaj nie mam pozytywnych odczuć. Nie polubiłam Julii, ponieważ była płytką postacią literacką. Mam tutaj na myśli taką papierowość, oparcie się tylko na powierzchowności. Gdy tymczasem miała coś innego reprezentować sobą. Miałam wrażenie, że to coś po prostu się gubi. Krzysztof, czyli postać dla tej książki również istotna, miała olbrzymi potencjał. On aż się prosił o wykorzystanie, a został stłamszony i uproszczony, co czytelniczo mnie zabolało. 

"Zanim mnie zabijesz" dało mi jakiś rodzaj odpoczynku od tego, co tak dobrze znam. To poczucie świeżości. Jednak to wynika z faktu, że rzadko decyduję się na tego typu powieści. Nie mam wątpliwości, że to rodzaj złudy i dla koneserów literatury obyczajowej z klimatem thrillera byłaby to rozczarowująca pozycja. Niemniej mam przeczucie, że pisarka będzie się rozwijać, więc jeśli zdecyduje się napisać kolejną książkę, to raczej dam jej jeszcze jedną szansę. 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

wtorek, 27 lipca 2021

Marionetkarz – Aleksander Filip Dubicki

 

Tytuł: Marionetkarz

Autor: Aleksander Filip Dubicki

Kategoria: Thriller

Wydawnictwo: Novae Res

Liczba stron: 102

Ocena: 2/10








Słyszeliście stwierdzenie, że jesteśmy kowalami własnego losu? Że to wszystko od nas zależy i to nasze decyzje doprowadzają nas do pewnych wydarzeń i sytuacji? Zakładam, że spotkaliście się z takimi stwierdzeniami, a być może sami jesteście podobnego zdania. Poglądy są różne. Jest też druga strona naszego istnienia, która może wydać się o wiele bardziej mroczna i nieść ze sobą bezradność lub ulgę. Mowa tutaj o jakimś określonym losie. Nazwijcie to, jak chcecie – Bóg, Fatum, Los, Natura... Wszystko sprowadza się do tego, że podążamy ścieżką z góry zaplanowaną i cokolwiek zrobimy, jest to tylko częścią wcześniej stworzonego planu. Nie ma w tym przypadku miejsca na wyjątki i odskocznie – idziemy według czyiś zamiarów. Osobiście przeraża mnie taka perspektywa i wolę wierzyć, że to ja władam swoim życiem, a moje decyzje są indywidualnym wytworem. Ale kto w rzeczywistości może mieć pewność, jak jest naprawdę? 

Pięć osób mających za sobą swoje własne, niepowtarzalne historie. Pięć osób z pragnieniami, marzeniami i uczuciami. Pięć osób wchodzących w dorosłość. Pięć osób kierowanych przez Marinetkarza. Kim on jest? Wiadomo, że ma przerażające, błękitne oczy. Wiadomo, że manipuluje ludźmi. Wiadomo, że za rogiem czeka śmierć. Wiadomo, że... Nie da się go pokonać? Co czeka piątkę nastolatków, którzy chcą żyć według własnych zasad? 

Gdy pierwszy raz przeczytałam opis "Marionetkarza", książka wydawała mi się czymś zapowiadającym niesamowitą ucztę czytelniczą. Iskrzyła nadzieja, że stare, tak dobrze nam znane wątki zostaną wykorzystane na nowo, by stworzyć splot niekonwencjonalnych przemyśleń i wydarzeń zmuszających czytelnika do kontemplacji. Tym bardziej że tak krótka historia, bo zawarta ledwie na stu stronach, jest też wyzwaniem i dla samego pisarza, i dla czytelnika. Czy "Marionetkarz" jest potwierdzeniem umiejętności obu stron? 

Niestety nie i schodki zaczynają się już na samym początku, czyli na stylu autora. Dominuje w nim sztuczność i brak prostych odniesień. Wszystko jest skomplikowane, więc traci na tym naturalność i najzwyczajniejszy odbiór rzeczywistości. Miałam odczucie, że to po prostu strumień nieskładnych myśli, które chcą znaleźć ujście, ale brakuje słów, brakuje planu, braku wyjścia. Wprowadzało mnie to w stan frustracji. Jednak tutaj nie koniec, bo jako czytelnik nie mogłam poradzić sobie z narracją, co zdarza mi się bardzo rzadko. Nie jestem w stanie nawet określić, czy to narracja trzecioosobowa, pierwszoosobowa... Czy narrator jest wszechwiedzący. Mam wrażenie, że to mieszanka wszystkiego, co jest błędem w przypadku tej opowieści. 

Jestem pewna na tyle, na ile mogę być jako czytelnik, że autor za pomocą metaforycznego ujęcia pragnął przekazać swoje myśli i refleksje nad życiem. Uwielbiam taką koncepcję, choć też zazwyczaj okazuje się ona mocno skomplikowana. W przypadku "Marionetkarza" ponownie zawitał chaos, niszcząc wszystko, co miało potencjał i mogło okazać się czymś naprawdę wartościowym dla całej książki. Po przeczytaniu z żalem przyznaję, że nie mam najmniejszego pojęcia, co wydarzyło się w tej opowieści i jaki to miało ostateczny cel. 

Bohaterowie nie istnieją w standardowym rozumieniu. Mamy imiona, mamy jakieś dopasowane do nich postacie, mamy jakieś strzępki informacji o tych ludziach, ale ponownie ginie to w bałaganie myśli. Udało mi się utrzymać połączenia pomiędzy postaciami tylko dzięki opisowi na tyle książki. W innym przypadku byłoby to skazane na porażkę. Tutaj ponownie czuję ukłucie żalu, gdyż mam silne przekonanie, że wystarczyłoby tylko w składny sposób przedstawić ich życie i wtedy nagle wszystko nabrałoby sensu i dało temat do głębokich rozmyślań. 

No właśnie, temat – jaki jest dominujący wątek w "Marionetkarzu"? Nie wiem, czy zbyt wiele sobie nie dopowiadam, ale to, co było dla mnie dość zrozumiałe, mocno przypadło mi do gustu. Sama postać Marionetkarza wywołała mocną fascynację we mnie. Kojarzy mi się z tym odwiecznym Fatum, które możemy spotkać na przykład w dramacie "Edyp". To mityczny symbol niezmienności naszego losu i naszej małej, ludzkiej walki z tym, mimo braku możliwości powodzenia. Wpłynęło to na mają wyobraźnię i pozwoliło dostrzec tę tematykę jako najlepszą stronę całej książki. 

Spodziewałam się o wiele więcej po tej powieści i czuję rozgoryczenie, że moje oczekiwania prawie w ogóle nie zostały spełnione. To potwierdza tezę, żeby nie nastawiać się zbyt pozytywnie do książek przed przeczytaniem. Niemniej nadal głęboko wierzę, że cała historia ma duży potencjał i parę zabiegów stylistycznych pozwoliłoby ujawnić mu się. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję bardzo redakcji Sztukater.pl 

piątek, 25 września 2020

Mroczny Rewers – Piotr Ander

 

Tytuł: Mroczny Rewers

Autor: Piotr Ander

Kategoria: Thriller

Wydawnictwo: Novae Res

Ocena: 9/10









Czasami nachodzą mnie refleksje dotyczące życia. Zazwyczaj nie mogę się wtedy zdecydować, czy życie jest największym cudem istnienia, czy największym koszmarem? Codziennie spotykają mnie wspaniałe rzeczy, codziennie śmieję się i uśmiecham, codziennie mam przy sobie osoby, które mnie kochają. Wspaniałość tego jest abstrakcyjna – to się dzieje naprawdę? Naprawdę spotkało mnie takie szczęście? Lecz w tym samym momencie na świecie cierpi tak wiele ludzi, tak wiele złych rzeczy się dzieje. Jeśli nawet w tej chwili jesteśmy szczęśliwi, to w przeszłości i na pewno przyszłości poznajemy smak bólu. Nie ma ludzi na świecie, którzy choć przez kilka sekund nie poczuliby tej potęgi istnienia i nie ma ludzi, którzy nie będą musieli mierzyć się ze złem. Więc jak jest? Cud czy koszmar? 

Hank Zaborski jest wybitnym detektywem, którzy w czasie dekady rozwiązał wiele spraw kryminalnych i pomógł wielu ludziom. Jednak jego idealistyczne spojrzenie na świat skończyło się od razu z pierwszą sprawą. Seryjny zabójca został schwytany, ale obraz, jaki po sobie zostawił, pozostał w snach detektywa. Teraz powraca z dwojoną siłą, gdy dochodzi do wypadku samochodowego, w którym ginie rozwijający karierę makler giełdowy. W jego portfelu zostaje odnalezione zdjęcie dziewczyny – dziewczyny nieżywej od dziesięciu lat, dziewczyny zamordowanej w bestialski sposób... Jak łączą się te dwie sprawy? 

"Mroczny Rewers" na wstępie zafascynował mnie nietypowo zapowiadającą się fabułą. Powieść z wątek kryminalnym, ale zahaczająca o fantastykę egzystencjonalną. Brzmi ciekawie? A ja jestem fanką mieszanych gatunków. Dopiero w momencie gdy pisarz łączy paradoksalne wątki, jestem w stanie ujrzeć całą gamę literackiej przyjemności. Jest to wyzwanie dla pisarza, ale i wyzwanie dla czytelnika. Jak można go nie podjąć? A ta powieść neguje logiczne myślenia, zarazem używając go. Jestem naprawdę zachwycona tą niesztampowością. 

Styl autora już od pierwszych stron wyróżnia się na tle innych książek. Pozwala na płynne przechodzenie pomiędzy wątkami fabuły. Łączy w sobie dopracowanie z lekkością pióra i często potocznym językiem, co daje wrażenie naturalności i opowieści opowiadanej przez przyjaciela, który wpadł tylko na chwilę, by podzielić się z nami właśnie nią. Wie, że zrozumiemy się nawzajem. Takie właśnie uczucia towarzyszyły mi podczas czytania powieści. A w dodatku autor wielokrotnie nawiązywał do dzieł współczesnej popkultury. Jeśli czytacie moje recenzje systematycznie, to na pewno wiecie, że uważam takie nawiązania za proste, przyjemne i godne podziwu ubarwienie całości. 

Za pomocą opisu mogę wprowadzać Was trochę w błąd, ponieważ "Mroczny Rewers" nie jest kryminałem ani thriller w standardowym rozumieniu tego słowa. Wątek kryminalny istnieje, ale jest on rodzajem metafizycznych rozważań oraz podążaniem za logiką, która stara namieszać się w głowie czytelnikowi. Nie wiedziałam, czy spodziewać się realistycznego rozwiązania zagadki, czy też liczyć na niemożliwe. Podobała mi się ta niepewność, ponieważ wprowadzała harmonijny chaos w moje myśli i dawała szansę na przekroczenie granic wyobraźni. Natomiast wielowymiarowość książki dała mi poczucie panoramiczności i potęgi naszego własnego świata. Mój dzień może być szczęśliwy albo być osobistym końcem świata. W tym samym czasie inni ludzie mają swoje własne życie i nawet im nie przyjdzie do głowy, że ktoś taki jak ja istnieje. Może brzmi to dość ponuro, ale w kontekście "Mrocznego Rewersu" wydaje mi się to pięknym spostrzeżeniem. Ukazaniem linii życia, które nie mają ze sobą nic wspólnego, a jeśli nawet, to nie są w stanie zauważyć splątania własnych historii. 

Jednak bez wątpienia najważniejszą częścią całej powieści jest dla mnie poruszana tematyka. Określam ją jako egzystencjonalną, ponieważ łączy ze sobą rozważania na temat istnienia, życia i śmierci. Trzy aspekty, które prawie zawsze są nierozłączne i dotyczą każdego człowieka na tej planecie. Pisarz za pomocą rozbudowanej fabuły maluje przed czytelnikiem obraz sensu istnienia. Jest to arcydzieło pełne najróżniejszych barw. Niektóre z nich porażają zimnem, inne ciepłem i wyrazistością, a niektóre miejsca nigdy nie zostaną zamalowane. Zostajemy subtelnie naprowadzeni na drogę, która być może pozwoli nam zdecydować, gdzie jest nasze własne miejsce. Nie ma wątpliwości – jest to droga pełna niebezpieczeństw, strachu i cierpienia, ale gdy ją obserwowałam, zdałam sobie sprawę, że cała powieść napawa mnie nadzieją i wiarą w możliwości. 

Pisarz nie ogranicza się tylko do paradoksalnego wykorzystania gatunków, czy tematyki, ale również w sposób niekonwencjonalny przedstawia nam bohaterów. Za pomocą pobieżnej kreacji wyłuszcza czytelnikowi najważniejsze aspekty ich osobistych historii i dokładnie palcem pokazuje, na co musimy spojrzeć. Nie potrzebujemy niczego więcej, by zrozumieć kim są i dlaczego właśnie tak potoczyły się ich losy. Bardziej stabilne miejsca w fabule odnajduje oczywiście Hank, który oczarował mnie swoim charakterem. Postać niesztampowa, wywołująca sympatię. Pełna zimna i opanowania, ale taż wiary, uczciwości i wbrew pozorom wierna ideom. 

"Mroczny Rewers" okazał się dla mnie strzałem w dziesiątkę. Miałam wrażenie, że wiele myśli jest również moimi myślami, tylko teraz mogę patrzeć, jak zostały zebrane i opowiedziane w skrystalizowanej formie. Jeśli jesteście odważni i lubicie wyzwania, jest to stanowczo książka dla Was. 

 Książkę otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

środa, 19 sierpnia 2020

Nie ufam już nikomu – Klaudia Muniak


Tytuł: Nie ufam już nikomu

Autor: Klaudia Muniak

Kategoria: Thriller

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 304

Ocena: 7/10













Psychika ludzka jest niezwykle kruchą strukturą, która jeśli zajdą odpowiednie warunki, może zostać momentalnie zniszczona. Jednak nie jest to słabość naszego umysłu. Osobiście wolałabym to paradoksalnie określić jako potęga ludzkości. Nasze umysły i przeżycia wewnętrzne są tak wielopoziomowe i mimo możliwości manipulacji i niszczenia ich, prowadzą nas przez życie i pozwalają wielokrotnie cieszyć się z najbłahszych wydarzeń, pozwalają pokonywać demony przeszłości, pozwalają radzić sobie ze swoim własnym szaleństwem. 

Iga cierpi na zaburzenie obsesyjno-kompulsywne, które potocznie jest nazywane nerwicą natręctw. Lubi, gdy rzeczy są ustawione prosto i symetrycznie. Symetria jest dla niej niezwykle ważna i dlatego też tak bardzo ceni liczby parzyste. Dzięki nim można osiągnąć symetrię. Zaburzeniu towarzyszą również napady lękowe. Jednak Iga od lat leczy się, więc wie, że odpowiednie dawkowanie leków oraz systematyczne uczęszczanie na psychoterapię pozwala jej na całkowicie normalne życie. Tym bardziej że teraz ma największy skarb na całym świecie – swojego kilkutygodniowego synka Joachima. Poród okazał się doświadczeniem trudnym, gdyż trwał ponad przeciętny czas. Dlatego Iga musi podzielić obowiązki między sobą, a swoją mamą, która jako babcia jest bardzo zaangażowana. Wszystko to wygląda pięknie do momentu, gdy lęk wraca, a halucynacje stają się częścią codzienności. Co się dzieje? Iga za pomocą wszczepionego chipa dba o poprawne dawkowanie leków. Czy to możliwe, że zwariowała? A może ktoś inny nią manipuluje? 

W świecie literackim książka odbiła się olbrzymim echem, a towarzyszyły temu prawie same pozytywne opinie. Przyznam, że taka zachęta w moim przypadku paradoksalnie działa jako zniechęcenie do lektury. Lecz mimo mojego sceptycyzmu zdecydowałam się przeczytać "Nie ufam już nikomu". Oczywiście przekonał mnie wątek zaburzeń psychicznych. Po trzech latach studiowania psychologii jestem już całkowicie oddana temu tematowi. Czy to była dobra decyzja? Czy pozytywne opinie sprawdziły się też w moim przypadku? 

Autorka prowadzi historię w dwutorowy sposób – opowiada o wydarzeniach, które miały miejsce "wtedy" i wydarzeniach z "teraz". Ta koncepcja wyjątkowo przypadła mi do gustu, ponieważ miałam wrażenie panoramiczności oraz wgłębienia się w całą opowieść. Dzięki lekkiemu pióru brnęłam przez książkę w zawrotnym tempie, a na jeszcze większe zaangażowaniem w fabułę pozwalały liczne opisy przeżyć wewnętrznych. Doceniam je, gdyż to właśnie im czytelnik zawdzięcza tak dobre zrozumienie głównej bohaterki. 

Choć muszę przyznać, że na początku powieść okazała się bardzo powolna. Długie opisy, które ograniczały akcję, sprawiały, że czułam się trochę znużona. Ale też sądzę, że w przypadku tej konkretnej historii takie wprowadzenie było konieczne i to ono pozwoliło w późniejszych częściach oddać mi się całą sobą fabule i wydarzeniom z życia Igi. Później kolejne aspekty coraz bardziej mnie szokowały i przerażały. Pisarka zaskoczyła mnie niesamowicie i tutaj wielki ukłon dla niej. Zazwyczaj moje przeczucia i przypuszczenia okazują się całkowicie słuszne. Tym razem każdy mój pomysł na zakończenie okazał się nietrafiony. Naprawdę jestem pod wrażeniem. 

Niestety w czytaniu przeszkadzał mi pewien mankament, a konkretnie niedokładne dopracowanie bohaterów. Samej Idze z wiadomych względów autorka poświęciła naprawdę dużo czasu, co mnie oczywiście cieszy. Co prawda nie zapałałam do niej sympatią, momentami nawet nie cierpiałam, ale bez wątpienia jej kreacja była rozbudowana i wielowymiarowa. Wywoływała we mnie pokłady współczucia i pragnienie niesienie pomocy. Jednak pozostali bohaterowie byli i w sumie nic więcej... Męża Igi – Natana – polubiłam, ale zawdzięcza to tylko opisom, jaki był czuły, inteligentny i przystojny. W tym przypadku to trochę za mało, by przywiązać się do niego. Podobnie miałam z przyjaciółką Igi – Martą. Cały czas była gdzieś w tle, a stanowczo kandydowała na ważniejszą postać. Jestem tym zawiedziona. 

"Nie ufam już nikomu" okazało się idealnie spełniać moje oczekiwania dotyczące aspektu psychiki ludzkiej. Uważam, że sposób, w jaki pisarka przedstawiła problemy psychiczne Igi, jest naprawdę zadowalający. Miałam wrażenie, że przeżywam to wszystko razem z główną bohaterką i tak samo jak ona jestem całkowicie zaplątana pomiędzy rzeczywistością a halucynacjami. Gdy nie można ufać swoim zmysłom, świat staje się niezwykle trudnym i niebezpiecznym miejscem. Tematyka zaburzeń psychicznych jest wybitnie istotna w naszym życiu. Ludzie chorzy kiedyś byli uważani za wariatów, którzy tylko szkodzą społeczeństwu. Mimo że czasy te minęły, to wiele tych przekonań zakorzeniło się w naszym sposobie myślenie. Jest to niesprawiedliwe, gdyż zaburzenia psychiczne najróżniejszego rodzaju wywołują olbrzymie cierpienie. Dzięki akceptacji można z nimi walczyć i pomóc chorym ludziom. Czasami z naszej strony jest to wielkie poświęcenie, ale czasami tylko chwila cierpliwości. Czy nie warto właśnie jej dać?

Niezwykle cieszę się, że nie czekałam, aż minie zbiorowa fala na tę książkę. Przeczytanie jej w tej chwili było dobrą decyzją i jeśli macie jakiekolwiek obawy co do niej, to zapewniam Was, że są zapewne tak samo wyolbrzymione jak w moim przypadku. Powieść za pomocą intrygującej i wciągającej fabuły daje wspaniałą rozrywkę, ale odwołuje się również do naszej empatii i pozwala lepiej zrozumieć trudności pochodzące z psychiki człowieka. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Taniej Książce i zapraszam do zapoznania się z ich ofertą: kryminały i sensacja

sobota, 24 lutego 2018

Kobieta w oknie – A.J. Finn


Tytuł: Kobieta w oknie

Autor: A.J. Finn

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Kategoria: Thriller

Wydawnictwo: W.A.B. 

Liczba stron: 416

Ocena: 8/10











Czasami mam wrażenie, że zbyt pochopnie oceniamy innych ludzi. Nie wiemy prawie nic o nich, a od razu wyrażamy swoje zdanie. Na czym je opieramy? Na plotce opowiedzianej przez dziesiątą osobę, na grze pozorów albo na ocenie teraźniejszej sytuacji, nie biorąc w ogóle pod uwagę przeszłości czy przyszłości? Jest to dość surowy sąd, ale myślę, że większość z nas właśnie tak się zachowuje. Przez to zapominamy o osobach, które potrzebują naszej pomocy i wręcz o nią błagają. Są tymi dziwakami, których się omija, przechodząc na drugą stronę ulicy. Dlaczego na to pozwalamy?

Anna ma pewien problem ze swoim zdrowiem psychicznym. Nie może wychodzić z domu, bo przytłacza ją całe otoczenie, przez co dostaje napadów niepohamowanej paniki. Już od dziesięciu miesięcy nie opuszcza murów swojej posiadłości i nie otwiera nawet okien. Takie życie nie jest jej wymarzonym życiem, ale musi sobie z tym poradzić. Dlatego całymi dniami ogląda czarno-białe filmy, gra w szachy, udziela porad na forum i za pomocą aparatu podgląda swoich sąsiadów. Doskonale zna ich codzienne rytuały i problemy, mimo że nawet nie zna wszystkich imion. To jej sposób na poradzenie sobie z własnym ja. Jednak wszystko się zmienia, gdy wprowadzają się nowi sąsiedzi. Zaczyna mieć na ich punkcie obsesję i z jeszcze większym zapałem obserwuje ich poczynania. Pewnego dnia widzi coś, czego nie powinna. Nie milczy, tylko stara się uratować ludzkie życie i wszystko wyjaśnić. Lecz kto uwierzy chorej psychicznie kobiecie, która bierze leki, jak się jej podoba i jeszcze w dodatku jest alkoholiczką? Ale Anna doskonale wie, co widziała...

Każdy, kto śledzi premiery książkowe, to wie, że "Kobieta w oknie" wywołała olbrzymie poruszenie wśród czytelników. Jest to bestseller, o którym mówi każda księgarnia, prawie każdy blogger i cała Polska. Zazwyczaj staram się unikać takich perełek, bo nastawiam się zbyt dobrze na nie, a okazuje się, że oddziaływanie reklamy jest silne, ale niekoniecznie prawdziwe. Tym bardziej że już spotkałam się z kilkoma raczej negatywnymi opiniami. Dlatego właśnie nie nastawiałam się na ten thriller jakoś  bardzo pozytywnie. Po prostu chciałam sprawdzić o co ten cały szum i jak ja odbiorę historię, która podobno zapiera dech w piersiach. Teraz jestem już po lekturze i jestem bardzo z tego powodu zadowolona. 

Jestem zachwycona tym, co wykreował autor. Jest to pewnego rodzaju pętla, bo dziwnie wygląda psycholog, który jest psychicznie chory, ale nadal stara się chociaż wirtualnie pomagać ludziom. Nie wiem, czy wam już wspominałam, ale od niedawna jestem studentką psychologii i taka literatura wyjątkowo mnie interesuje. Chcę pogłębiać swoją wiedzę i w sposób typowo naukowy, i przez właśnie takie książki. Dlatego pomysł przypadł mi od pierwszych stron do gustu. Poza tym przyciąga swoją niesztampowością. Spotkaliście się wcześniej z czymś takim? 

Styl autora również jest dobry, ponieważ wyróżnia się na tle innych i jest przy tym dopracowany, a to jest dla mnie ważne i zawsze zwracam na to uwagę w książkach. W dodatku występuje pierwszoosobowa narracja, która w tym przypadku wręcz doskonale się sprawdza. Dzięki niej mogłam dostrzec, w jaki sposób płynną myśli Anny i powoli poznawać przyczyny jej choroby. W końcu agorafobia nie bierze się znikąd

Tak jak wcześniej już wspomniałam – od pierwszych stron zastałam wciągnięta w całą historię. Wielokrotnie czytałam, że wszystko się rozkręca dopiero w połowie, więc byłam nastawiona na początkową nudę. W moim przypadku w ogóle tak nie było. Co prawda nie miałam przy sobie żadnych rozpraszaczy, bo akurat wtedy siedziałam samotnie przez kilka godzin w autobusie, ale nie czułam znużenia, co jest dużym plusem. "Kobieta w oknie" okazała się dla mnie w pewien sposób przewidywalna, ale zaraz i nieprzewidywalna. Na początku przyszedł mi pewien pomysł, który nawet się wydawał dobrym pomysłem, ale czym dalej czytałam, to dochodziła do wniosku, że to w ogóle niemożliwe. Końcówka mnie zaskoczyła, bo miałam rację. Pewnie niektórych czytelników zirytowałoby to, ale dla mnie było ciekawą mieszanką uczuć. Przy tym cała opowieść trzyma w napięciu i jest wyjątkowo ciekawa pod względem psychologicznym. To nie tylko pewien problem Anny, ale też innych ludzi, którzy nie chcą się nawet przed samym sobą przyznać, że jest coś nie tak z ich psychiką. 

Anna jest wyjątkowo specyficzną postacią. Czasami zachowywała się po prostu tak beznadziejnie, że moja irytacja sięgała zenitu. Mimo to polubiłam ją całym sercem. Miałam problem, żeby zaakceptować jej postępowanie, ale z czasem zrozumiałam ją i zaczynałam zdawać sobie sprawę, jakiej wagi jest to problem i z czym bohaterka musi się zmierzyć. Moją uwagę przykuł również David. Nie pojawiał się on często, ale wystarczająco by mnie zafascynować. Może nie jest to typowa postać do lubienia, ale na pewno wywołuje pewnego rodzaju sympatię. Ale jak już mowa o sympatii, to Ethan, czyli młody sąsiad Anny, sprawia, że wszyscy go lubią i chcą się nim zaopiekować. Miałam dokładnie takie same odczucia i zaczęłam go uwielbiać, choć przyznam, że Ethan też potrafi czasami zaskoczyć. 

Kobieta w oknie okazała się bardzo dobrym thrillerem. Takim, dla którego warto poświęcić trochę swojego czasu i razem z bohaterką poszukać odpowiedzi na trudne pytania. Przy tym nie jest książką wyłącznie dla rozrywki. Daje wiele do myślenia i właśnie to sprawia, że tak dobrze się ją czyta. 

Za możliwość poznania Anny, zrozumienia jej choroby, a przy tym możliwości rozwiązania ciekawej zagadki kryminalnej dziękuję bardzo księgarni Tania Książka

piątek, 16 czerwca 2017

Kod da Vinci – reż. Ron Howard


Tytuł: Kod da Vinci

Reżyser: Ron Howard

Produkcja: USA

Gatunek: Thriller

Rola główna: Tom Hanks

Czas trwania: 2 godz. 29 min.

Premiera: 16 maja 2006 r. (Polska), 17 maja 2009 r. (świat)

Ocena: 8/10






Zastanawialiście się, co by się stało, gdyby okazało się, że podstawy wiary, w które wierzymy, są kłamstwem? Zmodyfikowaną prawdą, która już dawno odbiegła od rzeczywistości? Dla ludzkości byłby to olbrzymi cios. Świat straciłby sens dla niektórych ludzi, a ci bardziej niecni wykorzystaliby ten fakt, aby zdobyć władzę. Prawda potrafi niszczyć. Jest jak żywioł, ale po burzy jest tęcza, więc może już pora by prawda wyszła na światło dzienne. 

Robert Langdon jest wezwany do Paryża a dokładnie do Luwru. Okazuje się, że zostało tam popełnione morderstwo w dość specyficzny sposób. Zwłoki kustosza muzeum  ułożone jak na szkicu Leonarda da Vinci. Morderca dla śledczego jest oczywisty. Jednak wszystko się komplikuje, gdy policja zauważa szereg zagadek pozostawionych przez zamordowanego człowieka. Wtedy Robert wraz z piękną Sophie rusza w zabójczą podróż, by odkryć zagadki z przeszłości. Czego się dowiedzą? Czy prawda nie będzie zbyt szokująca?

Myślę, że o "Kodzie da Vinci" słyszał chyba każdy. Sławna książka i popularna ekranizacja. Od dawna planowałam przeczytać "Kod Leonarda da Vinci", lecz na razie jednak tego nie zrobiłam. Lecz pokusiłam się o obejrzenie filmu. Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam. Ni więcej, ni mniej, Produkcja spełniła wszystkie moje oczekiwania, ale również niczym mnie nie zaskoczyła.

Thrillery są bardzo lubiane przez ludzi. Ich popularność bije rekordy i przyciąga największą publiczność w kinach. Nie dziwię się. Trzymają w napięciu, dają najczęściej jakąś ciekawą zagadkę i ich akcja zainteresuje prawie każdego wybrednego widza. Są to filmy typowo dla rozrywki, lecz ten fakt nie odbiera im inteligencji i zaskakujących scen. "Kod da Vinci" nie jest schematycznym thrillerem. Jest czymś rzadziej spotykanym, ale spełniającym wszystkie jego wyznaczniki. 

Pomysł na fabułę jest niekonwencjonalny i przede wszystkim intrygujący. Gdy pierwszy raz usłyszałam rozmowy na jego temat, a była to rozmowa mojej babci i mamy, byłam zafascynowana. Premiera produkcji przypadała na moje dziecięce lata, więc jakoś dużo nie zrozumiałam, ale wystarczająco, by zrozumieć, że jest to kontrowersyjny film, a właśnie takie historie od najmłodszych lat najbardziej lubiłam. Teraz wreszcie poznałam ją.

Sama fabuła jest bardzo wciągająca. Przyznaję się, że nie obejrzałam całego filmu naraz, ale mimo to z zapartym tchem patrzyłam, co tym razem się zdarzy. Nie wiedziałam, do czego to wszystko prowadzi, ani jakie będą tego konsekwencje. Chciałam się tego wszystkiego dowiedzieć, tym bardziej że w "Kodzie da Vinci" jest wiele wątków, które zaskakują, ale zmieniają też znaczenie całej historii. Pasjonowała mnie to, choć w niektórych momentach trochę się gubiłam. Jedno wydarzenie miało wpływ na kilka, przez co tworzyła się niesamowicie rozbudowana sieć zagadek, sekretów i następujących po sobie skutków. Potencjał całej tej opowieści został w stu procentach wykorzystany,

O samej akcji nie powiem za dużo. Pojawiała się w odpowiednich momentach. Tam gdzie powinna być szybka, właśnie taka była. Trzymała w napięciu i sprawiała, że nieraz przeszły mnie ciarki po plecach. Jednak czasami ustępowała, by można zastanowić się nad przebiegiem tych wszystkich zdarzeń oraz wymyślić multum własnych możliwości. Pozwolić ponieść się wyobraźni, ale i tak na końcu zostać zaskoczonym.

Bohaterowie są dość różnorodni. O głównej postaci – Robercie – dowiadujemy się mało. Jego przeszłość pojawia się w niektórych fragmentach rozmów, ale to jest za mało by stworzyć spójny wizerunek tej postaci. Natomiast sama Sophie okazała się bardzo odważną kobieta, która była gotowa na wszystko by poznać prawdę o sobie, swoim dziadku i świecie. Nie cofnęła się przed niczym, by zyskać to czego chciała. Dzięki temu zyskała moją sympatię. Polubiłam również Leigha. Jest to przeurocza postać. Jego zachowanie potrafiło być niezrównoważone, z samą lojalnością też miał problem, ale mimo to zapamiętam tego bohatera wyjątkowo dobrze.

Obsada filmu jest niezwykle dobra. Tak samo jak fikcyjna postać, tak i aktor przykuł moją uwagę. Mam na myśli konkretnie Iana McKellena, który wcielił się w rolę Leigha. Idealnie oddał jego fascynację historią, częstą nieporadność, ale również skrywany spryt. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie Paul Bettany (Silas). Trzeba mieć niezwykły talent, by oddać realność tych wszystkich brutalnych scen oraz fanatyzm i zarazem przywiązanie. Poza tym w tej produkcji gra Jean Reno, którego uwielbiam i bardzo cenię za kunszt aktorski.

"Kod  da Vinci" okazał się wyjątkowym dobrym filmem. Jeśli lubicie mroczne zagadki i nieodkryte prawdy, zostaniecie wciągnięci do rzeczywistości, gdzie historia pisze własną opowieść na teraźniejszości. 

niedziela, 27 marca 2016

Pachnidło: Historia mordercy


Tytuł: Pachnidło: Historia mordercy

Reżyser: Tom Tykwer

Produkcja: Francja, Hiszpania, Niemcy

Gatunek: Thriller

Rola główna: Ben Whishaw

Czas trwania: 2 godz. 27 min.

Premiera: 12 stycznia 2007 r. (Polska), 7 września 2006 r. (świat)

Ocena: 8/10







Prawie każdy z nas codziennie używa perfum. Pozwalają one zmienić nasz własny zapach na coś innego, coś wyjątkowego. Idziemy do sklepu i wybieramy godzinami najbardziej odpowiadające nam zapachy. Jeśli tylko nas stać, stoimy przed półką z najdroższymi pachnidłami, jakie są w sklepie, dumnie unosząc głowę. Jednak jeżeli nie możemy pozwolić sobie na tak drogi wydatek, spoglądamy tęsknie na tę najwyższą półkę i szukamy czegoś nietypowego wśród tych tańszych. Przyznajcie – czy tak właśnie nie jest? Sama uwielbiam różnego typu zapachy i zwracam wyjątkowa uwagę na swoje odczucia. Kilka wieków temu też tak było... Tylko na świecie chodził wybitny perfumiarz – Jan Baptysta. Miał niesamowity talent i postanowił go wykorzystać. Chciał stworzyć najpiękniejsze perfumy, jakie mogą być na świecie. Czy udało mu się to? Jaką drogę wybrał? Co z tym wszystkim ma wspólnego seria morderstw na młodych kobietach?

O "Pachnidle" usłyszałam po raz pierwszy od swojej polonistki z gimnazjum. Opowiadała o tym filmie z pasją, co przyciągnęło moją uwagę. Postanowiłam, że obejrzę kiedyś tę ekranizację. Jednak jak to u mnie bywa, szybko zapomniałam o produkcji. Lecz w liceum znowu obiła mi się o uszy. "Pachnidło" zbiera naprawdę pozytywne opinie, co ostatecznie zachęciło mnie do obejrzenia go. Wiele również słyszałam o książce, którą też planuję przeczytać. Tymczasem jakie mam odczucia po ekranizacji?

Motyw jest niezwykle rzadko spotykany. Nikt raczej nie porusza tematu perfum, a jeśli nawet to w kwestii ich zapachu, a nie procesu powstawania. W tym filmie jest zwrócona uwaga przede wszystkim na ten aspekt, co bardzo miło mnie zaskoczyło. W dodatku akcja odbywa się w czasach, które od lat mnie intrygują. Jest to bardzo ciekawe połączenie – XVIII wiek, niesamowite zapachy i pewien morderca, który chce spełnić swoje jedno marzenie... Nie brzmi to intrygująco?

Fabuła jest naprawdę wciągająca. Mimo faktu że nie mogłam obejrzeć całej produkcji jednego dnia, nie mogłam się doczekać, kiedy poznam zakończenie. Cały czas zadawałam sobie pytania, jak ta historia się skończy. A muszę przyznać, że była bardzo nieprzewidywalna. Byłam pewna, że udało mi się przewidzieć kolejny ruch Jana, gdy tymczasem byłam zaskakiwana przez kolejne nieprawdopodobne wydarzenie. Nie mogłam znaleźć schematu, co irytowało mnie, ale w ten pozytywny sposób, który wydobywa pokłady niekończącej się ciekawości.  

Jest to dość znany horror i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czyżby miały się pojawić tajemnicze demony, które będą wysysać ludzką krew? To nie tego typu film. Nie ma tu żadnego dreszczyku strachu, czy zniecierpliwienia. Na pewno nic dziwnego nie wyskoczy zza muru. Jednakże nie zmienia to faktu, że ekranizacja jest przerażająca na swój sposób. Opowiada historię, która przynajmniej częściowo mogła się wydarzyć. A może się wydarzyła... Właśnie to sprawiło, że rozumiałam, dlaczego właśnie tak się dzieje. Jak już wspomniałam, nie byłam w stanie przewidzieć kolejnych wydarzeń, ale potrafiłam je zaakceptować, mimo że były wstrząsające. Zdałam sobie sprawę, że nic już nie mogła zatrzymać mordercę, a najgorsze, że wiedziałam, dlaczego właśnie tak postępuje.

Główny bohater – Jan – od razu przykuł moją uwagę. Jest to wyjątkowo rozbudowana postać, która posiada w sobie dużo cech pozytywnych. Zaskakujące, jak umiał je wykorzystać do czynienia zła. One potrafiły wytłumaczyć każde jego zachowanie, budząc przy tym podziw, ale również obrzydzenie. Wydawał się niesamowitą postacią, która wprowadza wiele do życia spotkanych ludzi, a tak naprawdę niósł za sobą śmierć. Jest to bardzo głęboko poruszona symbolika, dająca wiele tematów do rozważań.

Jednakże aktor odtwarzający rolę głównego bohatera nie przykuł mojej uwagi. Na pewno nie grał źle, ale nie wyróżniał się też niczym. Jestem pewna, że pod pewnym względem zawiódł. Bez wątpienia była to wyjątkowo trudna rola, dająca pole do popisu, ale niestety niewykorzystana przez Bena Whishawa. Pojawiły się też wiele epizodycznych postaci, lecz na żadną nie zwróciłam większej uwagi. 

Spodziewałam się czegoś innego po "Pachnidle", jednak ostatecznie mam bardzo dobre odczucia. Pozytywnie mnie zaskoczył swoją oryginalnością i rozbudowaną fabułą. Aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że wiele ludzi może mieć odmienne zdanie. To nie jest film dla każdego.  

sobota, 27 lutego 2016

Incepcja


Tytuł: Incepcja

Reżyser: Christopher Nolan

Produkcja: USA

Gatunek: Thriller

Rola główna: Leonardo DiCaprio

Czas trwania: 2 godz. 28 min.

Premiera: 8 lipca 2010 r. (świat)

Ocena: 7/10








Każdy z nas ma w życiu swój cel. Czasami się zastanawiam, czy nie pojawia się od razu z dniem naszych narodzin. Część z was pewnie zaprzeczy i powie mi, że właśnie w życiu brakuje wam misji, którą macie spełnić. Może po prostu jeszcze o niej nie wiecie... Ja sama mam marzenie, które jest olbrzymie, ale możliwe do spełnienia. A zaczęło się od idei – małego pomysłu, który pojawił się, gdy byłam dzieckiem. Mimo że nie zdawałam sobie wtedy sprawy z jego obecności, on był, aż pewnego dnia idea powróciła z całą swoją mocą i prowadzi mnie teraz przez życie. To niesamowite uczcie. Jestem pewna, że doświadczyliście go lub doświadczycie. Jednak gdyby się nagle okazało, że to nie był wasz pomysł? Że ktoś zamanipulował wami i wprowadził do umysłu myśl, która zaczęła się rozwijać i przejmować nad wami kontrolę?  Że wasze sny nie są tak naprawdę waszymi snami?

O "Incepcji" słyszałam wiele pozytywnych opinii. Jednak przykuła moją uwagę, ponieważ jest nadal znanym filmem, choć minęło już prawie sześć lat od premiery. Jest to spore osiągnięcie. Produkcje filmowe często pojawiają się z wielkim szumem, a odchodzą ciche i zapomniane. Mało, który film wybija się tak, by być długo pamiętanym. Wiedziałam, że przyjdzie dzień, gdy i ja obejrzę "Incepcję". Nie mogłoby być inaczej. Porusza ona motywy, które mnie interesują oraz gra w niej jeden z moich ulubionych aktorów. Dlatego spodziewałam się po nim bardzo dużo. Czy moje oczekiwania zostały spełnione? 

Gdy po raz pierwszy usłyszałam, na jakim pomyśle opiera się ten thriller, byłam zaskoczona. Jest to coś nowego. Na pozór wydaje się, że popularnego, bo mowa tu o oniryzmie, jednakże jest to coś niekonwencjonalnego w tym wydaniu. I właśnie to najbardziej przyciągnęło mnie do filmu. Uwielbiam, gdy pojawia się coś niespotykanego. Wtedy mogę zmierzyć się z nową rzeczywistością, która pozwoli mi zebrać nowe inspiracje. "Incepcja" pod tym względem spełniła swoją rolę. Dała mi świat, gdzie ludzie mogą podróżować po snach innych osób oraz w taki sposób manipulować nimi.

Thriller nie jest moim ulubionym gatunkiem. Jak mam być szczera, to omijam go wielkim łukiem. Zwykle nudzi mnie i  ogranicza moją wyobraźnię. Szanuję ten odłam kinematografii, jednak niestety nie mogę znaleźć filmu, który przypadłby mi do gusty. "Incepcja" nie jest wyjątkiem. Pojawiło się dużo scen pełnych przemocy oraz pościgów, co kojarzyło mi się z filmem akcji, który również nie należy do lubianych przeze mnie. Nie twierdzę, że takie wydarzenia nie były potrzebne. Ubarwiały całą historię i pozwalały na odzwierciedlenie rzeczywistości. Niestety bardzo zmęczyły mnie. Produkcja sama w sobie jest długa, więc miałam poważny problem z usiedzeniem na miejscu i skupieniem się na zdarzeniach przedstawionych w tej opowieści. Jednak uważam, że fanom akcji i mrocznych tajemnic ta akurat część przypadłaby do gustu.

Bez wątpienia największym plusem są bohaterowie. Jak wcześniej wspomniałam, wiele spodziewałam się po tej produkcji, jednak w tych wymaganiach nie znalazły się jakieś większe oczekiwania w stosunku do bohaterów. Dlatego bardzo miłym zaskoczeniem był fakt, że występuje bardzo silna psychologizacja postaci. Byłam w stanie wszystko wybaczyć, dzięki tak dokładnie wykreowanym bohaterom.  Oczywiście największa uwagę przykuwała główna postać, która walczyła z demonami przeszłości oraz własnym sumieniem. Jego historia opierała się przede wszystkim na przeszłości, która niszczyła go i skłaniała do podejmowania decyzji niekoniecznie korzystnych dla niego. 

Grę aktorską mogę określi jednym nazwiskiem – Leonardo DiCaprio. Bardzo szanuję tego aktora. Był moment, gdy zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest to spowodowane jego specyficznym wyglądem, lecz ostatecznie stwierdziłam, że jest to po prostu wybitny aktor, który okazał się idealnym odtwórcą roli głównego bohatera w "Incepcji". Nie wyobrażam sobie nikogo innego na jego miejscu. Tak naprawdę to on tworzy ten film. Pojawiły się również inne postacie, lecz z nich największą moją uwagę przykuła aktorka grająca Mal (Marion Cotillard). 

"Incepcja" okazała się inną produkcją niż się spodziewałam i muszę szczerze przyznać, że nie wiem, jak ją ocenić. Cieszę się, że wreszcie obejrzałam ją, jednakże zniszczył się obraz, który utożsamiałam z tym filmem. Na pewno nie spełnił wszystkich moich wymagań, ale jak najbardziej polecam go. 

piątek, 20 listopada 2015

Dziewczyna z sąsiedztwa


Tytuł: Dziewczyna z sąsiedztwa

Reżyser: Gregory Wilson

Produkcja: USA

Gatunek: Thriller

Rola główna: Daniel Manche

Czas trwania: 1 godz. 31 min.

Premiera: 19 lipca 2007 r. (świat)

Ocena: 8/10








Pytanie do ludzi dorosłych: pamiętacie, jak to było być nastolatkiem? Atrakcyjną, młodą osobą, która ma swoje idee i marzenia? Na pewno pamiętacie. Pamiętacie tę radość z życia, plany na przyszłość, marzenia i całkowity brak odpowiedzialności. A teraz nagle to wszystko znika. Wypadek i śmierć – dwa słowa zmieniają całe wasze dotychczasowe życie. Meg i Susan tracą w wypadku samochodowym rodziców. Susan ledwie przeżyła zderzenie dwóch samochodów i jest niepełnosprawna. Siostry trafiają pod opiekę swojej ciotki Ruth. Na początku czują się tam dobrze, ale nagle coś się zmienia... Kim tak naprawdę jest Ruth? Co widział David, odwiedzając swoich sąsiadów? Czy dziewczęta mają jeszcze szansę na normalne życie?

"Dziewczyna z sąsiedztwa" jest filmem, który od iluś już lat pojawiał się w dyskusjach moich znajomych, wypracowaniach na polski i internecie. Wielokrotnie chciałam go obejrzeć, ale zanim to zrobiłam, zapominałam o jego istnieniu, by za jakiś czas znowu sobie przypomnieć. Tym razem zaczęłam go oglądać, gdy tylko przypadkowo trafiłam na wzmiankę o nim w internecie. Byłam niesamowicie zaintrygowana. Tak naprawdę nie wiedziałam do końca, o czym jest, jednakże bardzo poruszał moich znajomych, co znaczyło, że musi w jakiś sposób być wyjątkowy. Czy dobrze zrobiłam, ufając kolegom? 

Jest to historia oparta na prawdziwych faktach. Całe życie unikałam takich filmów, a teraz zmieniłam swoje zdanie na ich temat i poznaję ich coraz więcej. Jest to thriller, który w normalnych warunkach nie przestraszyłby mnie. Ale to nie są normalne warunki... Ta cała opowieść zdarzyła się w realnym życiu. Takie osoby jak Ruth, Meg i Susan istniały, przez co cała produkcja nabiera innego znaczenia. Jest to film, który podczas oglądania wydaje się całkowicie zmyślony. Otóż kolejna historia napisana po to, by nas przerazić. Tak działa kinematografia i nie tylko ona. Jednak przychodzi moment, gdy opowieść skończyła się i wtedy uświadomiłam sobie, o czym naprawdę jest i jak bardzo wstrząsnęła mną.    

Zapewne wiele osób zarzuci jej brutalność, która nic nowego nie wnosi do naszego życia. Cierpienie i tortury występują w filmie systematycznie, ale mają bardzo ważną funkcję. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że to jest rzeczywiste i to mnie przeraziło. Horror sprawia, że boimy się, ale tylko przez moment, ewentualnie noc. Jest to tylko wytwór naszej wyobraźni. "Dziewczyna z sąsiedztwa" sprawia, że gdy tylko przypomnę sobie o tym filmie od razu czuję mdłości, strach i nie wiem, co ze sobą zrobić. Zawsze myślałam, że ból psychiczny ma większą moc od tego fizycznego. Wielokrotnie czytałam sentencje, które zwracały uwagę na psychikę człowieka. Nigdy nie przeżyłam mocnego bólu fizycznego. Ta produkcja sprawiła, że zaczęłam zastanawiać się nad tezą wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Nie wiem, czym jest prawdziwy ból, ale za to widziałam, co przeżyła Meg. Mam wątpliwości, czy ja bym dała radę. 

Moją uwagę przykuł charakter głównego bohatera – Davida. Chłopiec jest narratorem całej opowieści. Jego osobowość jest bardzo rozbudowana. Można zauważyć, jak zmaga się z trudnościami i własnym sumieniem. Jest świadkiem rzeczy, o których chciałby zapomnieć. Co powinien zrobić? Niesamowitą psychikę ma również Meg, która stała się dla mnie kimś w rodzaju autorytetu. I nie mam tu na myśli naśladowania jej, ale ogromnego szacunku. Poza tym muszę zwrócić uwagę na Ruth, która jest idealnym przykładem osoby chorej psychicznie i nieradzącej sobie w życiu.

Cały film jest opowieścią o okrutności niektórych ludzi, ale również uczy i ostrzega. Opowiada się nam historie o wymyślonych potworach, a tak naprawdę tymi potworami często są sami ludzie. Niepowodzenie, nałogi i niepohamowana zazdrość prowadzą do podjęcia nieodpowiednich decyzji i zatraceniu się w sobie.

Cieszę się, że wreszcie obejrzałem "Dziewczynę z sąsiedztwa". Nie jestem pewna, czy byłabym w stanie obejrzeć ten film jeszcze raz. Muszę się przyznać, że pisanie recenzji tej produkcji jest dla mnie bardzo trudne. Nie chcę wracać do niego, ale czuję, że powinnam pamiętać wiedzę, którą mi przekazał. Jeśli jesteście na tyle silnie, by zmierzyć się z rzeczywistością, obejrzyjcie go.    



niedziela, 8 listopada 2015

Everest


Tytuł: Everest

Reżyser: Baltasar Kormákur

Produkcja: Islandia, USA, Wielka Brytania

Rola główna: Jason Clarke 

Gatunek: Thriller

Czas trwania: 2 godz. 1 min.

Premiera: 18 września 2015 r. (Polska), 2 września 2015 r. (świat)

Ocena: 9/10






Wyobraźcie sobie przed sobą górę – olbrzymia, nie widzicie jej szczytu, cała pokryta śniegiem i majestatycznie unosząca się nad wami. To jest Mont Everest – najwyższa góra świata położona w Himalajach. Każdy himalaista pragnie ją zdobyć i na jej szczycie pozostawić małą flagę, która będzie symbolem jego zwycięstwa. Jest wiele ludzi, którzy postanawiają podjąć walką z kolosem. Taka ekspedycja złożona z himalaistów, którzy są pełni marzeń i nadziei, wyrusza w 1996 roku. Jest to rok zapamiętany przez każdego człowieka, mieszkającego u podnóża tych gór, przez każdego himalaistę. To jest rok tragedii... Everest pokazał, czym naprawdę jest, pokazał swoją potęgę. Czy członkom wyprawy uda się dotrzeć na szczyt? Co przygotowała dla nich jedna siedmiu Koron Świata?

Uwielbiam góry i od dawna jestem zafascynowana Alpami, Himalajami i oczywiście przede wszystkim Mont Everestem. Wielokrotnie oglądałam jego zdjęcia, czytałam artykuły na temat wypraw i potęgi tej góry. Marzę, by zobaczyć ją na żywo, więc gdy tylko usłyszałam, że w polskich kinach ukaże się film "Everest", wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Słyszałam wiele pozytywnych opinii na temat tej produkcji, ale słyszałam również o tej wyprawie. 

Już całkowicie przekonałam się do filmów opartych na prawdziwych faktach. Nigdy nie wątpiłam, że życie opowiada jeszcze dziwniejsze historie niż literatura, kinematografia, czy muzyka. Jednak one powinny być zachowane dla życia. Nie jestem już taka pewna słuszności swojego poglądu. Może jednak lepiej, że wiemy, co może nas czekać i spodziewamy się najbardziej nietypowych scenariuszy. "Everest" również jest opowieścią o prawdziwym zdarzeniu, które, jak większość wie, zakończyło się tragedią. Gdyby to nie była rzeczywistość, nadal sądziłabym, że Mont Everest to po prostu olbrzymia góra, którą każdy może zdobyć, jeśli wystarczająco tego pragnie. Tak nie jest... "Everest" opowiada o jednym najsławniejszych zdarzeń w Himalajach. Wyprawa, gdzie cudy przeplatają się z tragediami. Wiecie, nie przeraża mnie potęga Everestu, nie przeraża mnie zimno, ani nawet to, że ludzie giną podczas wypraw. Nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo... Przeraża mnie to, co ludzi myślą, gdy przychodzi godzina kryzysu i do czego potrafią doprowadzić te myśli. Tak, to budzi we mnie lęk.

"Everest" od pierwszych chwil wciąga. Od samego początku trzymasz kciuki, by bohaterom udało się, by spełnili swoje marzenia. Słuchasz ich opowieści. Zaczynasz rozumieć, czemu to robią, dlaczego akurat takie hobby wybrali i nagle, nawet nie wiesz kiedy, zaczynasz utożsamiać się z postaciami i kibicujesz im na każdym kroku. Razem z nimi przeżywasz nawet najmniej znaczące wydarzenie, ale nie potrafisz inaczej. Ich historia zawładnęła mną i nawet na chwilę nie mogłam oderwać się od ekranu. To w pewnym znaczeniu również moja historia.

Nie znam się na efektach specjalnych. Najczęściej nawet ich nie zauważam. Po prostu są i to jest dla mnie naturalne. "Everest" oglądałam w 3D, czego po prostu nienawidzę. Dla widza z okularami założenie kolejnych okularów i dbanie o to, by nie spadły, jest koszmarem. W dodatku przez jakiś czas po wyjściu z kina czuję się skołowana i nie do końca wiem, co dzieje się wokół mnie. Każde urządzenie elektryczne staje się dla mnie wrogiem. Jednak mimo to cieszę się, że obejrzałam ten film w trzech wymiarach. Mogłam mieć przynajmniej złudzenie, że naprawdę widzę Mont Everest i często pojawiał się śnieg, który czasami wprowadzał rozbawienie, innym razem lęk. 

W "Evereście" grała naprawdę duża liczba sławnych aktorów. A nie ukrywajmy, że oni przyciągają widzów do kina. Niektórzy idą na film tylko dla danego aktora. Czasami też tak robię, choć staram się tego unikać. W produkcji pojawiło się wiele postaci i nie zapamiętałam wszystkich. Oczywiście główną uwagę zwracał Rob – kierownik ekspedycji. I nie mogę zapomnieć o Keirze Knightley, która należy do moich ulubionych aktorem. Nie odegrała tu wielkiej roli i przez to nie potrafię ocenić jej gry aktorskiej.

Film polecam każdemu miłośnikowi gór, który choć raz w życiu zapragnął zdobyć jakąś kola. Jednak ostrzegam, że jest to produkcja dla ludzi o mocnych nerwach. 




wtorek, 7 lipca 2015

Odnaleziony


Tytuł: "Odnaleziony"

Autor: Harlan Coben

Tłumaczenie: Robert Waliś 

Cykl: Mickey Bolitar

Tom: III 

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 336

Ocena: 7.5/10






To już osiem miesięcy... Wiele osób powiedziałoby, że to rok. Osiem miesięcy... A ojciec Mickey'a nadal nie żyje. W końcu umiera się tylko raz. Tylko w książkach fantasy martwi zmartwychwstają. Ale czy na pewno? Mickey po dziwnej wypowiedzi Nietoperzycy nie jest już tego taki pewien. Nie wierzy w magiczne zmartwychwstanie, ale nasuwa się pytanie, czy Brad Bolitar na pewno umarł... W tym samym czasie Łyżka leży w szpitalu, mając nadzieję, że częściowy paraliż minie, a on będzie mógł chodzić. No i jeszcze Ema – gotka, będąca córką słynnej gwiazdy. Ona też ma problem, który niezwłocznie należy rozwiązać. I tak oto Mickey ma pełne ręce roboty. Czy uda mu się rozwikłać wszystkie zagadki? Kim jest tajemniczy Luther, który ostatnio chciał go zabić? Czy koszykówka okaże się ważniejsza od przyjaciół?

O Cobenie słyszałam same pozytywne opinie. Gdy tylko miałam możliwość przeczytania tej książki, jak widzicie, zrobiłam to niezwłocznie. Tak naprawdę nie wiedziałam, w jakim gatunku specjalizuje się Harlan Coben. Łatwiej byłoby mi wskazać, w czym się nie specjalizuje. Pozostaje też kwestia trzeciego tomu. To trzecia część, a ja nie czytałam ani pierwszej, ani drugiej. Jednak mimo to postanowiłam zaryzykować. Zawsze jest ta nadzieja, że sama dam radę domyślić się, o co chodzi bohaterom. Czy słusznie postąpiłam? Jakby inaczej. 

Pierwsze, co od razu rzuciło mi się w oczy, to styl autora. Macie takie coś, że gdy zaczynacie czytać powieść i właśnie zapoznaliście się z pierwszym jej zdaniem, jesteście już całkowicie przekonani, że to jest książka idealna dla was? Ja właśnie tak miałam. Już w pierwszym zdaniu zauważyłam, że styl, jakim posługuje się autor, jest moim ulubionym (no dobra... jednym z ulubionych). Ma w sobie coś świeżego. Nie można w nim znaleźć jakiś naleciałości z przeszłości, które obecnie bardzo dobrze się sprawdzają, ale tylko przy odpowiednim pisarzu. Nie poczułam również zniechęcenia  z powodu zbyt dużej ilości neologizmów. Dla mnie styl Cobena był idealny. Sprawił, że nie chciałam przestawać czytać. Choć powieść nie wiem, jak bardzo byłaby nudna, ja nadal czytałabym ją tylko dla tych odpowiednio dobranych słów na kartce.

Również bardzo spodobali mi się bohaterowie, a raczej zafascynowali. Każdy z nich jest inny i ma całkowicie odmienną historię, a mimo to tworzą doskonałą drużynę. Nieporozumienia nieraz pojawiały się, ale to właśnie one nadawały realności relacjom międzyludzkim. Miałam wrażenie, że każda postać kryje niesamowitą opowieść, której spokojnie można by poświecić kilka książek. Nikt nie brał się tak po prostu znikąd. Inni mogli tak myśleć, ale to było widać i przede wszystkim instynktownie czuć. 

To jeszcze nie koniec zalet... Sama fabuła jest bardzo oryginalna i inspirująca. Schronisko Abeony to bardzo ciekawy pomysł i dający do myślenia. Czytałam wiele powieści, w których ratowano dzieci, ale tutaj było coś innego. Jak już pewnie sami zauważyliście, nie mogę tego nazwać. Jest to uczucie, krążące po mojej głowie, ale nie jest bliżej sprecyzowane. Po prostu musicie mi zaufać.

Jednak, żeby nie było, że wychwalam zbyt powieść, napiszę o pewnej wadzie, która niestety bardzo przeszkodziła mi w ostatecznym odbiorze książki. Niedosyt. Wszystko zostało wyjaśnione, ale zbyt szybko, zbyt łatwo. Nie wpadłam na rozwiązanie tych wszystkich tajemnic, ale dążenie do niego wydaje mi się zbyt banalne. Mickey postanowił rozstrzygnąć zagadkę i nagle tak po prostu wszystko się wyjaśniło. W końcu ma to we krwi. Nie chcę też zbyt pochopnie oceniać, ponieważ jestem pewna, że gdybym przeczytała poprzednie tomy, na pewno odebrałabym to inaczej.

Jestem bardzo zadowolona, że rozpoczęłam swoją przygodę z Harlanem Cobenem. Może powinnam zacząć od pierwszej części, ale nie żałuję, że już przeczytałam "Odnalezionego". Na pewno zapoznam się ze "Schronieniem" i " Kilka sekund do śmierci". Prawdopodobnie będę znała większość odpowiedzi, jednak zwykle czerpię dziką satysfakcję z faktu, że wiem coś, czego nie wiedzą bohaterowie. Tymczasem polecam wszystkim fanom lekkich kryminałów. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu Albatros


Książka przeczytana w ramach wyzwania: