Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2016

Strażnicy marzeń


Tytuł: Strażnicy marzeń

Reżyser: Peter Ramsey

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Chris Pine

Czas trwania: 1 godz. 37 min.

Premiera: 4 stycznia 2013 r. (Polska), 10 października 2012 r. (świat)

Ocena: 6/10







Wierzycie w Świętego Mikołaja? A Zajączka Wielkanocnego? Pewnie część z was wyśmieje mnie. Magiczne istoty? To chyba nie w tym wieku... Zapewne już dawno wyrośliście z tych lat i teraz opowiadacie niestworzone historie swojemu rodzeństwu, dzieciom. Nie mylę się? A moment, gdy zdaliście sobie sprawę, że te wszystkie magiczne stworzenia nie istnieją? Był to powolny proces, czy ktoś wredny uświadomił was? A teraz zastanówcie się nad tym. Jesteście pewni, że Mikołaj, Zając, Zębuszka nie istnieją? Na pewno? Ja wam powiem co innego. To wszystko bujdy. Oczywiście, że istoty naszego dzieciństwa istnieją i są wśród nas. Nawet lepiej – możemy je spotkać. Tylko przestaliśmy wierzyć, a wtedy to już niemożliwe. Zamknijcie oczy i po prostu uwierzcie. Następnie w święta wstańcie w nocy i czekajcie na Mikołaja. Zapewniam, on przyjdzie. 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej animacji. Przypadkowo, gdy szukałam jakieś ciekawej bajki, wpadłam na ten film. A że jestem niepoprawną marzycielką, musiałam obejrzeć produkcję o tak ważnych postaciach jak Strażnicy Marzeń. Przecież to obowiązek każdego idealisty. Tym bardziej że historia jest zachęcająca. Jakie wrażenia pozostawił po sobie film? 

Uważam, że pomysł jest wyjątkowo oryginalny. W końcu wcześniej nigdy z czymś takim się nie spotkałam i tytuł od razu zachęcił mnie do obejrzenia animacji. Które dziecko nie chce poznać Strażników Marzeń? A że mam z sobie wiele z dziecka i ja tego zapragnęłam. Nie spodziewałam się, że tytułowymi Strażnikami okażą się postacie, w które wierzyliśmy jako mali ludzie. Zrobiło to dobre wrażenie na mnie. Wbrew pozorom wcale nie ma dużo bajek, gdzie tradycje wszystkich świąt są połączone. I głównym bohaterem jest Jack Mróz, o którym ja wcześniej nie słyszałam. To wszystko jest takie pozytywne, pełne energii i radości. Właśnie takie powinny być animacje. Mają cieszyć i uczyć, a nie być ponure i zniechęcające...

Niestety na samej fabule bardzo się zawiodłam. Na pewno był dobry pomysł, ale potencjał nie został wykorzystany. Pojawiło się zbyt mało wątków, przez co brakowało wrażenie panoramiczności. Odczuwałam, że nie ma nic ważniejszego od głównego celu albo że po prostu nigdzie nic się nie dzieje, co dobrze wiemy, że jest niemożliwe. Brakowało mi dużej ilości wydarzeń, które ubarwiłyby historię i pozwoliły na przeżycie wielu niesamowitych przygód. Gdyby scenarzysta bardziej rozbudował opowieść, byłaby niezwykle ciekawa. Tymczasem było przeciwnie. 

Bohaterowie mieli ciekawe osobowości. Jak to w animacjach byli przedstawieni w karykaturalny sposób. Każdy miał jakąś jedną cechę, która należała wyłącznie do niego. Można było z tego wyciągnąć wiele intrygujących refleksji. Każdy na świecie ma swoje własne problemy. Jedne są mniejsze, inne większe, ale ludzie przeżywają je w ten sam sposób i często potrzebują akceptacji i przynajmniej próby zrozumienia. Tak było z Jackiem, który pragnął, by ludzie go widzieli i chciał poznać swoją przeszłość. Niestety poza tym postacie w "Strażnikach Marzeń" byli wyjątkowo niedopracowani, co odebrałam bardzo negatywnie. Wszyscy mieli wiele możliwości i jestem pewna, że z nich można by stworzyć coś więcej niż tylko animowanych bohaterów.

Grafika była bardzo ładna. Od razu wpadała w oczy i pozwalała się cieszyć kolorami i radością. Jednak cały czas miałam wrażenie, że czegoś w niej brakuje, że w pewien sposób jest niepoprawna, co niezwykle mnie irytowało. Bez wątpienia można było bardziej ją rozbudować.

"Strażnicy Marzeń" są bardzo przyjemnym filmem, lecz niestety nie byli tym, czego oczekiwałam. Jest to animacja na nudny dzień, ale nie można więcej po niej oczekiwać.          

sobota, 2 lipca 2016

Planeta Singli


Tytuł: Planeta Singli

Reżyser: Mitja Okorn

Produkcja: Polska

Gatunek: Komedia romantyczna

Rola główna: Agnieszka Więdłocha

Czas trwania: 2 godz. 16 min.

Premiera: 5 luty 2016 r. (Polska), 25 stycznia 2016 r. (świat)

Ocena: 7.5/10







Każdy z nas ma marzenia. Niektóre są wielkie, a niektóre malutkie, ale zawsze mają tę samą moc. Dziecko marzy o tym, żeby zostać aktorem, lekarzem, kosmonautą i nie ma żadnych ograniczeń, by marzyć. Jest przy tym szczere i pewne sukcesu. Nic nie jest w stanie go pokonać. Ale z czasem życie staje się bardziej skomplikowane. Pragnienia i idee zamieniają się w konkretne cele i przeszkody, które nie zawsze da się pokonać. Należy dokonywać wyborów. Lecz czasami nie ma dobrych decyzji – trzeba poświęcić siebie lub bliskich. Po latach może stać się to żmudne... Tymbardziej że człowiek staje się coraz starszy. A jeśli nie ma, z kim dzielić się smutkami? Jest samotny i właśnie w samotności musi poradzić sobie z problemami? Czy nie warto spróbować czegoś, co pomoże znaleźć drugą połówkę?  

"Planeta Singli" na początku tego roku zyskała wielki rozgłos. Wszędzie były plakaty, bilbordy, zwiastuny. Nie dało się o niej nie usłyszeć. W dodatku hasło: "Nowa komedia reżysera hitu Listy do M." przyciągnęło olbrzymią publiczność. Właśnie wtedy byłam krótko po obejrzeniu "Listów do M.". Zawsze myślałam, że jest to głupia komedia romantyczna, która nie wprowadzi nic nowego i istotnego do mojego życia. Pomyliłam się, dlatego tym razem nie oceniłam tak szybko "Planety Singli". Stwierdziłam, że jest to idealny film, by go obejrzeć razem z przyjaciółmi. Tak też zrobiłam i mam raczej dobre odczucia co do tej produkcji. 

Nie mogę zaprzeczyć, że "Planeta Singli"  jest dość naiwnym filmem. Wątpię, żeby taka sytuacja miała miejsce w prawdziwym życiu. Choć z drugiej strony to właśnie ono pisze najdziwniejsze scenariusze. No ale nie ulega wątpliwości, że nie każdemu może się przydarzyć ta historia. Mimo to jest bardzo przyjemna i lekka w odbiorze, a tego oczekiwałam po niej. Miałam wrażenie, że jest bardzo podobna do "Listów do M.". Z jednej strony jest to dobrym znakiem, a z drugiej powieleniem schematu, który całkiem niedawno się pojawił i zrobił furorę na polskim rynku. 

Jako komedia jest bardzo zabawna. Pod żadnym pozorem nie mogę jej tego odmówić. Gdy ją oglądałam, miałam za sobą trudny okres, więc taka doza śmiechu poprawiła mi humor. Jak w każdej produkcji z tego gatunku pojawiały się różnego typu dowcipy. Niektóre były naprawdę inteligentne i dawały duże pole do popisu, inne miały nas rozśmieszyć swoją beznadziejnością i niskim poziomem. Nie każdy to docenia, jednak ja uważam, że powinno być i trochę tego, i tego. Nie lubię komedii, które opierają się na głupich żartach, lecz uważam, że takie oparte tylko na myśleniu są meczące. W "Planecie Singli" pojawił się również komizm sytuacyjny, który ja uwielbiam. Sądzę, że wtedy można najbardziej się pośmiać i docenić dzieło. 

Fabuła jest naprawdę oryginalna, co od razu uderzyło we mnie. Spotykałam się z różnego typu komediami romantycznymi i najczęściej są one przewidywalne. W tym przypadku również tak było, aczkolwiek niesztampowe przeprowadzenie historii bardzo przypadło mi do gustu. Nie na co dzień spotykamy się z takimi opowieściami. Na początku pomysł wydawał się wyjątkowo niemądry. Nauczycielka, która umawia się na randki przez portal randkowy, by ośmieszyć mężczyzn w reality show, które swoją drogą prowadzi mężczyzna? To brzmi dość dziwacznie, ale na pewno zabawnie. Tymbardziej że z czasem wszystko nabierało sensu i dało wiele tematów do przemyśleń. 

Bohaterowie okazali się naprawdę wyjątkowo dobrze wykreowani, co mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się tego i jestem zadowolona, że postacie zrobiły na mnie tak dobre wrażenie. W produkcji pojawia się wachlarz charakterów. Mamy tam naprawdę dużą różnorodność. Każdy znajdzie sobie kogoś, z kim może się utożsamić. Bohaterowie niosą ze sobą wiele interesujących refleksji i mogę naprawdę nauczyć nowych rzeczy. Oczywiście największą uwagę przykuwa główna para. Na początku wydają się mętnymi postaci, by z czasem ukazać, że są kimś więcej i są w stanie zmienić się na lepsze.    

Aktorzy doskonale poradzili sobie z rolami, które otrzymali. Prawie każdy był oryginałem i w taki sposób się przedstawił. Główną rolę grała Agnieszka Więdlocha, którą znam przede wszystkim z "Czasu honoru". Właśnie wtedy zaczęłam doceniać jej kunszt aktorski i ten film to potwierdził.

Nie oczekiwałam wyjątkowo wiele od "Planety Singli", ale byłam raczej pozytywnie nastawiona. Komedia zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie, dlatego jeśli lubicie tego typu filmy, polecam je wam jak najbardziej. Natomiast innym polecam na odprężenie się. 

sobota, 7 maja 2016

Władca Pierścieni: Dwie Wieże


Tytuł: Władca Pierścieni: Dwie Wieże

Reżyser: Peter Jackson

Produkcja: Nowa Zelandia, USA

Gatunek: Fantastyka

Rola główna: Elijah Wood

Część: II

Czas trwania: 2 godz. 59 min.

Premiera: 31 stycznia 2003 r. (Polska), 5 grudnia 2002 r. (świat)

Ocena: 9/10





Nadchodzą mroczne czasy... Pierścień chce powrócić do swojego pana coraz bardziej, a tym razem nie ma drużyny, która go pokona. Jest tylko Frodo, Sam i... Gollum. Razem muszą dotrzeć do Mordoru, gdzie ostatecznie ma się rozegrać walka między dobrem i złem. Ale kto tak naprawdę jest dobry, a kto zły? Czy można zaufać odwiecznym wrogom? W tym samym czasie po tragicznej śmierci przyjaciela elf, krasnolud i strażnik ruszają w pogoń za armią orków, która porwała ich małych towarzyszy. Muszą pokonać własne ograniczenia i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę ten wysiłek jest wart wyznaczonego im celu. Każdy z nich musi zajrzeć w przeszłość i w przyszłość, by zrozumieć, kim tak naprawdę jest. Natomiast dwa młode hobbity, by przeżyć, muszą znaleźć w sobie wolę walki i ukazać swoją prawdziwą naturę. Czy drużyna jest w stanie się jeszcze raz połączyć i pokonać pana zła? Czy Saruman podejmie właściwe decyzje?

Nie muszę nikomu chyba tłumaczyć, jak ważną rolę w naszej kulturze odgrywa "Władca Pierścieni". Jest to jedna z najbardziej popularnych trylogii pod względem literatury, ale również kinematografii. Dotychczas zapoznałam się z książką "Hobbit" i pierwszym tomem "Władcy Pierścieni". Obejrzałam trzy filmy o przygodach Bilba, a stosunkowo niedawno zaczęłam poznawać też wydarzenia z życia Frodo. Obiecałam sobie, że będę czytać najpierw jeden tom, a później od razu oglądać film. Z "Drużyną Pierścienia" tak właśnie zrobiłam, a z "Dwiema Wieżami"... No cóż... Nie wyszło. Obejrzałam ekranizację, nie czytając powieści. Pewnie wiele z was uważa, że to poważny błąd i bez wątpienia tak jest, ale akurat w wolny wieczór druga część pojawiła się w telewizji. Jak można zrezygnować z czegoś takiego? No sami przyznajcie.

Odkąd tylko poznałam świat wykreowany przez Tolkiena, jestem w nim zakochana. Uważam, że jest niesamowity. Te wszystkie barwne opisy, niezwykłe stworzenia i dopracowane szczegóły zachwyciły mnie. W produkcji jest to wręcz perfekcyjnie przedstawione. Wiele osób zarzuca, że ta rzeczywistość jest nierealna. Jednak czy ona kiedykolwiek miała przedstawiać prawdę? To opowieść fantasty, która ma własne zasady i nikt nie powinien ich podważać. Kiedy zaczęłam oglądać "Dwie Wieże", od razu poczułam klimat Śródziemia i przeniosłam się do tej niewiarygodnej krainy. Peter Jackson idealnie oddał jej wizerunek. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak sobie wyobrażałam. Nie oglądałam wcześniej żadnego filmu, choć pewnie widziałam fragmenty i utrwaliły się one w mojej pamięci. 

Fabuła ekranizacji jest wyjątkowo wciągająca. Jestem osobą, która ma poważny problem z oglądaniem filmów. Po prostu nie mogę usiedzieć tyle czasu przed telewizorem lub komputerem. Dwie godziny to jest dla mnie maksimum. Tymczasem zdziwiłam się, że produkcja skończyła się tak szybko... Nie wierzyłam, że minęły już te trzy godziny. Naprawdę tak szybko? Wszystkie wątki są zaskakująco dobrze połączone. Jestem mistrzynią wynajdywania błędów logicznych, lecz w "Dwóch Wieżach" nie znalazłam ich, co jest dla mnie miłym zaskoczeniem. Nie chcę wiedzieć, co przegapiłam. Możemy obserwować przygody różnych bohaterów, którzy znajdują się w innych częściach Śródziemia, co pozwala nam na ogólne zrozumienie postępowania postaci oraz wyobrażenie sobie, jak ten świat działa. W dodatku prawie każde wydarzenie ma jakieś przesłanie. Jest ono najczęściej ukryte pod płaszczem magii i fantastyki, ale wystarczy spojrzeć głębiej i wtedy można nauczyć się wielu nowych rzeczy. 

Bohaterowie... To temat na oddzielną recenzję, lecz mimo to i tak opiszę ich w wersji skróconej tutaj. To jest niesamowite, jak perfekcyjnie są dopracowani. Nie ma ani jednej postaci, która byłaby mętna i pominięta. Każdy ma w sobie coś wyjątkowego i każdy jest inny. Jest niesamowita rozbieżność charakterów, która pozwala na poczucie rzeczywistości. Najbardziej ze wszystkich moją uwagę przykuł Aragorn. Jest to bohater, którego nie mogę do końca zrozumieć, dlatego właśnie tak bardzo go lubię. Nie znam całej jego przeszłości, nie wiem, co czuje. Mogę tylko się domyślać i szanować go za decyzje i walkę, którą podejmuje przeciwko całemu światu. To jest dla mnie pewna postać, która nawet jeśli popełni katastrofalny błąd i tak będzie godna mojego uznania. Sam Frodo i jego przyjaciel Sam są niezwykli, ponieważ postanowili zrobić coś, czego nikt wcześniej się nie odważył zrobić. Można by zadać pytanie, kim oni są, że postanowili tak bardzo zaryzykować. To nie ma znaczenia. Oni po prostu odważyli się. Idealnie są również ukazane relacje między Legolasem a Gimlim. Dwie osoby, które przez uprzedzenia nie powinny się akceptować, a tymczasem pokonały stare waśnie i zaprzyjaźniły się, by następnie u swojego boku walczyć. Ich przemiana wewnętrzna jest bardzo ważną częścią całego filmu. 

Gra aktorska według mnie jest bardzo dobra. Oczywiście szczególną uwagę zwróciłam na Aragorna. Moim zdaniem Viggo Mortenson doskonale odtworzył rolę strażnika, ukazując wszystkie jego cechy charakteru oraz zachowując przy tym jego tajemniczość. W "Dwóch Wieżach" każda postać, nawet ta która gra epizodyczną rolę, jest bardzo dopracowana. Nie ma wątpliwości, że na tak dokładny dobór aktorów i ich charakterystykę należało poświęcić wyjątkowo dużo czasu.

"Władca Pierścieni" jest też znany z efektów specjalnych. Mówi się, że tylko "Hobbit" go pobił. Nie spotkałam produkcji, gdzie efekty był tak bardzo dokładne i niesamowite. Piękne widoki z Nowej Zelandii oraz odpowiednio dopasowane do tego zdarzenia razem stworzyły fantastyczną całość, która na długo zapada w pamięci. Aczkolwiek dużym zdziwieniem byli dla mnie orkowie. Znam ich przede wszystkim z "Hobbita", gdzie mieli całkiem inną formę. Tu jest ona jeszcze trochę nierealna. Na podstawie tych dwóch trylogii można bardzo dobrze zaobserwować, jak działa postęp.

Z "Władcą Pierścienia: Dwie Wieże" spędziłam niezwykłe chwile, które na długo zapamiętam. Jestem pewna, że gdy tylko będę miała czas, to przeczytam dwa pozostałe tomy trylogii i zapoznam się z ostatnią ekranizacją. Tymczasem każdemu fanowi fantastyki polecam obejrzenie tej produkcji. Jest to pozycja obowiązkowa.


niedziela, 27 marca 2016

Pachnidło: Historia mordercy


Tytuł: Pachnidło: Historia mordercy

Reżyser: Tom Tykwer

Produkcja: Francja, Hiszpania, Niemcy

Gatunek: Thriller

Rola główna: Ben Whishaw

Czas trwania: 2 godz. 27 min.

Premiera: 12 stycznia 2007 r. (Polska), 7 września 2006 r. (świat)

Ocena: 8/10







Prawie każdy z nas codziennie używa perfum. Pozwalają one zmienić nasz własny zapach na coś innego, coś wyjątkowego. Idziemy do sklepu i wybieramy godzinami najbardziej odpowiadające nam zapachy. Jeśli tylko nas stać, stoimy przed półką z najdroższymi pachnidłami, jakie są w sklepie, dumnie unosząc głowę. Jednak jeżeli nie możemy pozwolić sobie na tak drogi wydatek, spoglądamy tęsknie na tę najwyższą półkę i szukamy czegoś nietypowego wśród tych tańszych. Przyznajcie – czy tak właśnie nie jest? Sama uwielbiam różnego typu zapachy i zwracam wyjątkowa uwagę na swoje odczucia. Kilka wieków temu też tak było... Tylko na świecie chodził wybitny perfumiarz – Jan Baptysta. Miał niesamowity talent i postanowił go wykorzystać. Chciał stworzyć najpiękniejsze perfumy, jakie mogą być na świecie. Czy udało mu się to? Jaką drogę wybrał? Co z tym wszystkim ma wspólnego seria morderstw na młodych kobietach?

O "Pachnidle" usłyszałam po raz pierwszy od swojej polonistki z gimnazjum. Opowiadała o tym filmie z pasją, co przyciągnęło moją uwagę. Postanowiłam, że obejrzę kiedyś tę ekranizację. Jednak jak to u mnie bywa, szybko zapomniałam o produkcji. Lecz w liceum znowu obiła mi się o uszy. "Pachnidło" zbiera naprawdę pozytywne opinie, co ostatecznie zachęciło mnie do obejrzenia go. Wiele również słyszałam o książce, którą też planuję przeczytać. Tymczasem jakie mam odczucia po ekranizacji?

Motyw jest niezwykle rzadko spotykany. Nikt raczej nie porusza tematu perfum, a jeśli nawet to w kwestii ich zapachu, a nie procesu powstawania. W tym filmie jest zwrócona uwaga przede wszystkim na ten aspekt, co bardzo miło mnie zaskoczyło. W dodatku akcja odbywa się w czasach, które od lat mnie intrygują. Jest to bardzo ciekawe połączenie – XVIII wiek, niesamowite zapachy i pewien morderca, który chce spełnić swoje jedno marzenie... Nie brzmi to intrygująco?

Fabuła jest naprawdę wciągająca. Mimo faktu że nie mogłam obejrzeć całej produkcji jednego dnia, nie mogłam się doczekać, kiedy poznam zakończenie. Cały czas zadawałam sobie pytania, jak ta historia się skończy. A muszę przyznać, że była bardzo nieprzewidywalna. Byłam pewna, że udało mi się przewidzieć kolejny ruch Jana, gdy tymczasem byłam zaskakiwana przez kolejne nieprawdopodobne wydarzenie. Nie mogłam znaleźć schematu, co irytowało mnie, ale w ten pozytywny sposób, który wydobywa pokłady niekończącej się ciekawości.  

Jest to dość znany horror i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czyżby miały się pojawić tajemnicze demony, które będą wysysać ludzką krew? To nie tego typu film. Nie ma tu żadnego dreszczyku strachu, czy zniecierpliwienia. Na pewno nic dziwnego nie wyskoczy zza muru. Jednakże nie zmienia to faktu, że ekranizacja jest przerażająca na swój sposób. Opowiada historię, która przynajmniej częściowo mogła się wydarzyć. A może się wydarzyła... Właśnie to sprawiło, że rozumiałam, dlaczego właśnie tak się dzieje. Jak już wspomniałam, nie byłam w stanie przewidzieć kolejnych wydarzeń, ale potrafiłam je zaakceptować, mimo że były wstrząsające. Zdałam sobie sprawę, że nic już nie mogła zatrzymać mordercę, a najgorsze, że wiedziałam, dlaczego właśnie tak postępuje.

Główny bohater – Jan – od razu przykuł moją uwagę. Jest to wyjątkowo rozbudowana postać, która posiada w sobie dużo cech pozytywnych. Zaskakujące, jak umiał je wykorzystać do czynienia zła. One potrafiły wytłumaczyć każde jego zachowanie, budząc przy tym podziw, ale również obrzydzenie. Wydawał się niesamowitą postacią, która wprowadza wiele do życia spotkanych ludzi, a tak naprawdę niósł za sobą śmierć. Jest to bardzo głęboko poruszona symbolika, dająca wiele tematów do rozważań.

Jednakże aktor odtwarzający rolę głównego bohatera nie przykuł mojej uwagi. Na pewno nie grał źle, ale nie wyróżniał się też niczym. Jestem pewna, że pod pewnym względem zawiódł. Bez wątpienia była to wyjątkowo trudna rola, dająca pole do popisu, ale niestety niewykorzystana przez Bena Whishawa. Pojawiły się też wiele epizodycznych postaci, lecz na żadną nie zwróciłam większej uwagi. 

Spodziewałam się czegoś innego po "Pachnidle", jednak ostatecznie mam bardzo dobre odczucia. Pozytywnie mnie zaskoczył swoją oryginalnością i rozbudowaną fabułą. Aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że wiele ludzi może mieć odmienne zdanie. To nie jest film dla każdego.  

piątek, 11 marca 2016

Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości


Tytuł: Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości

Reżyser: Laurent Tirard

Produkcja: Francja, Hiszpania, Włochy, Węgry

Gatunek: Komedia

Rola główna: Gérard Depardieu

Czas trwania: 1 godz. 50 min.

Premiera: 2 listopada 2012 r. (Polska), 6 października 2012 r. (świat)

Ocena: 6.5/10





Gdy słyszycie słowo historia, co myślicie? Kojarzy wam się z nudnym przedmiotem, którym byliście lub jesteście katowani w szkole? A może macie na myśli czasy przeszłe? Jesteście nimi zafascynowani? Na świecie jest wiele osób zaciekawionych historią i rozumiejących ją. Jednakże jeśli nie macie pojęcia o najprostszych wydarzeniach, co robicie? Proponowałabym w ciekawy sposób poznać parę komicznych zdarzeń, w których główna rolę odgrywało dwóch przyjaciół – Asterix i Obelix. Tym razem wybierają się do Anglii, by pomóc królowie obronić jej kraj. Lecz mają pewien problem – nie podróżują sami, ponieważ muszą opiekować się pewnym młodzieńcem, który ma odnaleźć w sobie mężczyznę. Czy Anglia zostanie uratowana? Czy młody Gal odnajdzie w sobie odwagę?

"Asterix i Obelix" jest kultową komedią, która od lat bawi i dorosłych, i dzieci. Jest to już czwarta produkcja przeznaczona dla starszych odbiorców, która łączy w sobie dwie wcześniejsze animacje. Ten cykl filmów jest dobrzy mi znany, lecz już dawno stracił na uroku i przestał mnie bawić. Kiedyś byłam wielką fanką tych komedii, gdyż odpowiadał mi humor oraz kreacja bohaterów. Całkowicie przypadkowo obejrzałam tę część, choć przyznaję, że gdy zaczęłam już oglądać, byłam ciekawa, jakie będzie moje ostateczne odczucie. Jakie było? 

Gdy zrozumiałam, że dwie animacje zostały powiązane, miałam mieszane odczucia. Jedna z tych bajek jest tą najstarszą wersją, którą oglądałam za czasów dzieciństwa. Natomiast ta druga jest najnowszym animowanym filmem pełnometrażowym z tej serii. Nie byłam do tego przekonana, choć muszę przyznać, że pod względem fabuły zaowocowało to ciekawym przebiegiem wydarzeń. Naprawdę szybko zmieniłam zdanie i dałam ponieść się wirowi akcji. Spodobało mi się również, że pojawiały się nawiązania do pozostałych produkcji, co nadało przebieg przyczynowo-skutkowy. Zawsze mnie bawi, gdy wydarzenia historyczne są przedstawiane jako komiczne wydarzenia z życia dwóch Galów. To jest naprawdę inteligentne posunięcie, choć niestety małe dzieci mogą w to uwierzyć, co raczej nie jest porządnym efektem...

Co do humoru w tej części mam ambiwalentne odczucia. Ogólnie spędziłam miłe chwile, śmiejąc się z różnego typu sytuacji, lecz czasami komizm wydawał mi się zbyt dziecinny i naiwny. Nie zmienia to faktu, że komedia jest naprawdę zabawna. Występuję typowo głupie żarty, ale pojawiają się również te na poziomie. Podoba mi się, że występuje nie tylko komizm sytuacyjny, ale też komizm postaci. Każdy bohater ma charakterystyczne cechy, sprawiające, że nieraz i nie dwa płakałam ze śmiechu. W "Asterixie i Obelixie" wszystko jest wyolbrzymione, co nadaje efekt przeniesienia się do innego świata. 

Jednak najbardziej ze wszystkiego zaskoczyła mnie kreacja bohaterów. Po karykaturalnym przedstawieniu spodziewałabym się wyłącznie refleksji nad jedną cechą. W tej części postacie miały bardzo rozbudowane charaktery, co naprawdę zrobiło na mnie dobre wrażenie. W dodatku występują silne powiązania między Galami i innymi mieszkańcami, co dobrze oddziaływuje na odbiór filmu. Przez to traci swoją naiwność i pod powłoką humoru pojawiają się istotne, życiowe problemy.

Co do gry aktorskiej nie mam żadnych zastrzeżeń. Oczywiście najważniejszą rolę odegrał aktor, który odtwarzał rolę Obelixa –  Gérard Depardieu. Zawsze ceniłam tego aktora. Potrafi oddać naturalność ludzkiego życia, przystosowując się do odpowiedniego środowiska.

"Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości" jest zabawną komedią, jednak przyznaję, że spodziewałam się czegoś więcej. Jest to produkcja, którą ogląda się wyłącznie do relaksu i w takiej formie go polecam. 

wtorek, 1 marca 2016

Apostoł


Tytuł: Apostoł

Reżyser: Cheyenne Carron

Produkcja: Francja

Gatunek: Dramat

Rola główna: Fayçal Safi

Czas trwania: 1 godz. 57 min.

Premiera: 1 października 2014 r. (świat)

Ocena: 5/10







Obecnie słowo muzułmanin kojarzy nam się bardzo źle. Po ostatnich wydarzeniach boimy się wręcz go. Nikt nie zaprzeczy, że wydarzyły się straszne rzeczy, które nie powinny  mieć miejsca na naszym świecie. Jednak nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić. Choć nie możemy zbytnio też uogólniać. Oczywiście, że bardzo dużo wyznawców islamu doprowadza do śmierci niewinnych ludzi, lecz są też tacy, którzy po prostu chcą w spokoju wyznawać swoją religię i być dobrymi ludźmi. Takie osoby warto szanować. Jednakże, co się stanie, gdy muzułmanin zmieni zdanie i będzie chciał przejść na inną religię? Czy jego rodzina i fanatyczni pobratymcy zaakceptują to?

Tytuł tego filmu obił mi się kiedyś o uszy. Jestem pewna, że w swoim czasie był bardzo popularny. Lecz ja rzadko zwracam uwagę na promowane produkcje, gdyż najczęściej ich najlepszą stroną jest reklama. Dopiero w ostatnich czasach zaczęłam się przekonywać do oglądania najnowszych filmów, co jest pewnie spowodowane wybudowaniem nowego kina w moim mieście. Przypominam sobie "Apostoła" jako biografię, o której ktoś mi powiedział. Dzięki lekcji religii miałam możliwość obejrzenia go. Jakie zrobił na mnie wrażenie?

Niestety filmy religijne kojarzą mi się źle. Najczęściej są nudne i przekoloryzowane. Dlatego, gdy mam jakiś obejrzeć, od razu jestem negatywnie nastawiona, choć od dawna próbuję to zmienić. Nie chodzi mi o religię, gdyż jestem katolikiem , który wierzy w Boga i nigdy nie wstydziłam się tego. Te filmy ukazują ludzi wspaniałych. Najczęściej pomijają ich błędy albo tworzą historię nierealną i nie mówię w tym przypadku o cudach. Jest naprawdę mało takich, które przekonują mnie do wiary i sprawiają, że stanę się lepszym człowiekiem. Jak trafię na taki, to bardzo go szanuję. "Apostoł" niestety nie należy do takiego typu produkcji. Aczkolwiek nie jest to dobre porównanie, ponieważ ukazuje całkiem inną tematykę. Jest ona bardzo ważna dla rodziny. Każdy krewny może nagle stwierdzić, że szuka czegoś innego w swoim wyznaniu i chce je zmienić. Ten film pozwala wyobrazić sobie taką sytuację i określić swoje postępowanie w takim przypadku. To jest bez wątpienia jego największy plus. Choć muszę przyznać, że szybko się zniechęciłam. Czuję jakąś niechęć do ludzi, którzy prawie z dnia na dzień zmieniają religię, którą wyznawali przez całe życie. Nie potępiam ich, ani nie oceniam, lecz po prostu nie rozumiem. Taką decyzję powinno podejmować się przez długi okres czasu. To nie jest zabawa. Człowiek musi w coś wierzyć, a my wybieramy najczęściej Boga.

Ukazanie całej tej historii jest przedstawione w nierealny i okropnie monotonny sposób. Nie będę ukrywać, że wynudziłam się przy tym filmie. Nie mogę wyobrazić sobie, że tak wyglądałoby to naprawdę. Lecz mimo to spodobało mi się ukazanie rodziny muzułmańskiej. W tej chwili naprawdę kojarzymy ją z jedną możliwością – terroryzmem. Nie ma co ukrywać, że mamy swoje powody, ale jak już wcześniej wspomniałam nie można założyć, że dotyczy to wszystkich wyznawców islamu. W "Apostole" po raz pierwszy zobaczyłam taką rodzinę przedstawioną w pozytywny sposób. Przypadło mi to do gustu. To zaprzecza stereotypom, które wielokrotnie raniły ludzi. Mimo to historia jest dla mnie przytłaczająca pod względem grafiki i realiów filmu.

Produkcja wywołała u mnie wiele głębokich refleksji. Tak naprawdę, czy zastanawialiście się nad tym, jakbyście postąpili, gdyby nagle członek waszej rodziny zmienił religię? A może przytrafiło wam się to? Moja rodzina poza kilkoma wyjątkami jest katolicka i tak było zawsze i na pewno długi czas jeszcze będzie. Lecz mamy różne poglądy na naszą religię. Nie wyobrażam sobie jej zmiany, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że inni mogą inaczej myśleć. "Apostoł" uświadomił mi, że wyznanie nie ma dla mnie znaczeniu w szczególności w rodzinie. Zaakceptowałabym takie postępowanie. Dzięki temu filmowi nabrałam pewności siebie i swoich poglądów. 

Gra aktorska moim zdaniem była fatalna. Aktor, grający głównego bohatera, nie potrafił oddać emocji towarzyszących takim wydarzeniom. Może właśnie dlatego cały film wydaje mi się nienaturalny i naciągany. Poza tym pojawiło się dużo postaci epizodycznych, które w ogóle nie wyróżniały się.

"Apostoł" nie był produkcją, która przypadła mi do gustu. Jestem zadowolona, że przemyślałam niektóre sprawy, ale jako film jest naprawdę źle wykonany i nieprzejmujący. Jeśli szukacie historii, która pogłębi waszą wiarę, to nie jest ona nią. 


sobota, 27 lutego 2016

Incepcja


Tytuł: Incepcja

Reżyser: Christopher Nolan

Produkcja: USA

Gatunek: Thriller

Rola główna: Leonardo DiCaprio

Czas trwania: 2 godz. 28 min.

Premiera: 8 lipca 2010 r. (świat)

Ocena: 7/10








Każdy z nas ma w życiu swój cel. Czasami się zastanawiam, czy nie pojawia się od razu z dniem naszych narodzin. Część z was pewnie zaprzeczy i powie mi, że właśnie w życiu brakuje wam misji, którą macie spełnić. Może po prostu jeszcze o niej nie wiecie... Ja sama mam marzenie, które jest olbrzymie, ale możliwe do spełnienia. A zaczęło się od idei – małego pomysłu, który pojawił się, gdy byłam dzieckiem. Mimo że nie zdawałam sobie wtedy sprawy z jego obecności, on był, aż pewnego dnia idea powróciła z całą swoją mocą i prowadzi mnie teraz przez życie. To niesamowite uczcie. Jestem pewna, że doświadczyliście go lub doświadczycie. Jednak gdyby się nagle okazało, że to nie był wasz pomysł? Że ktoś zamanipulował wami i wprowadził do umysłu myśl, która zaczęła się rozwijać i przejmować nad wami kontrolę?  Że wasze sny nie są tak naprawdę waszymi snami?

O "Incepcji" słyszałam wiele pozytywnych opinii. Jednak przykuła moją uwagę, ponieważ jest nadal znanym filmem, choć minęło już prawie sześć lat od premiery. Jest to spore osiągnięcie. Produkcje filmowe często pojawiają się z wielkim szumem, a odchodzą ciche i zapomniane. Mało, który film wybija się tak, by być długo pamiętanym. Wiedziałam, że przyjdzie dzień, gdy i ja obejrzę "Incepcję". Nie mogłoby być inaczej. Porusza ona motywy, które mnie interesują oraz gra w niej jeden z moich ulubionych aktorów. Dlatego spodziewałam się po nim bardzo dużo. Czy moje oczekiwania zostały spełnione? 

Gdy po raz pierwszy usłyszałam, na jakim pomyśle opiera się ten thriller, byłam zaskoczona. Jest to coś nowego. Na pozór wydaje się, że popularnego, bo mowa tu o oniryzmie, jednakże jest to coś niekonwencjonalnego w tym wydaniu. I właśnie to najbardziej przyciągnęło mnie do filmu. Uwielbiam, gdy pojawia się coś niespotykanego. Wtedy mogę zmierzyć się z nową rzeczywistością, która pozwoli mi zebrać nowe inspiracje. "Incepcja" pod tym względem spełniła swoją rolę. Dała mi świat, gdzie ludzie mogą podróżować po snach innych osób oraz w taki sposób manipulować nimi.

Thriller nie jest moim ulubionym gatunkiem. Jak mam być szczera, to omijam go wielkim łukiem. Zwykle nudzi mnie i  ogranicza moją wyobraźnię. Szanuję ten odłam kinematografii, jednak niestety nie mogę znaleźć filmu, który przypadłby mi do gusty. "Incepcja" nie jest wyjątkiem. Pojawiło się dużo scen pełnych przemocy oraz pościgów, co kojarzyło mi się z filmem akcji, który również nie należy do lubianych przeze mnie. Nie twierdzę, że takie wydarzenia nie były potrzebne. Ubarwiały całą historię i pozwalały na odzwierciedlenie rzeczywistości. Niestety bardzo zmęczyły mnie. Produkcja sama w sobie jest długa, więc miałam poważny problem z usiedzeniem na miejscu i skupieniem się na zdarzeniach przedstawionych w tej opowieści. Jednak uważam, że fanom akcji i mrocznych tajemnic ta akurat część przypadłaby do gustu.

Bez wątpienia największym plusem są bohaterowie. Jak wcześniej wspomniałam, wiele spodziewałam się po tej produkcji, jednak w tych wymaganiach nie znalazły się jakieś większe oczekiwania w stosunku do bohaterów. Dlatego bardzo miłym zaskoczeniem był fakt, że występuje bardzo silna psychologizacja postaci. Byłam w stanie wszystko wybaczyć, dzięki tak dokładnie wykreowanym bohaterom.  Oczywiście największa uwagę przykuwała główna postać, która walczyła z demonami przeszłości oraz własnym sumieniem. Jego historia opierała się przede wszystkim na przeszłości, która niszczyła go i skłaniała do podejmowania decyzji niekoniecznie korzystnych dla niego. 

Grę aktorską mogę określi jednym nazwiskiem – Leonardo DiCaprio. Bardzo szanuję tego aktora. Był moment, gdy zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest to spowodowane jego specyficznym wyglądem, lecz ostatecznie stwierdziłam, że jest to po prostu wybitny aktor, który okazał się idealnym odtwórcą roli głównego bohatera w "Incepcji". Nie wyobrażam sobie nikogo innego na jego miejscu. Tak naprawdę to on tworzy ten film. Pojawiły się również inne postacie, lecz z nich największą moją uwagę przykuła aktorka grająca Mal (Marion Cotillard). 

"Incepcja" okazała się inną produkcją niż się spodziewałam i muszę szczerze przyznać, że nie wiem, jak ją ocenić. Cieszę się, że wreszcie obejrzałam ją, jednakże zniszczył się obraz, który utożsamiałam z tym filmem. Na pewno nie spełnił wszystkich moich wymagań, ale jak najbardziej polecam go. 

środa, 17 lutego 2016

Mały Książę


Tytuł: Mały Książę

Reżyser: Mark Osborne

Produkcja: Francja

Gatunek: Animacja

Rola główna: Bernard Lewandowski

Czas trwania: 1 godz. 48 min.

Premiera: 7 sierpnia 2015 r. (Polska), 22 maja 2015 r. (świat)

Ocena: 10/10







Widzisz go?! Tam jest! Tam, tam! No widzisz? Ma takie niebieskie skrzydełka i jest olbrzymi! Jak moja dłoń. Jest przepiękny. Wiesz, to jest symbol – symbol tego, co było... To symbol mojego dzieciństwa. Gdy byłam mała, otwierałam oczy i byłam przekonana, że żyję w magicznym świecie. Wiecie co? Właśnie tak było. To był magiczny świat, którego byłam stwórcą. Spełniałam w nim swoje największe marzenia, dając szansę nowym. Nigdy się nie poddawałam. Tak bardzo uwielbiałam motyle. Chciałam zobaczyć takiego o niebieskich skrzydłach. Wiedziałam, że istnieje i pewnego dnia... TAK! Zobaczyłam go. Leciał nad łąką. Wśród kolorowych traw nie było prawie wcale go widać. Poza barwą nie różnił się niczym od innych motyli, ale dla mnie był wyjątkowy. Pamiętam to uczucie, kiedy obserwowałam go z bliska. Teraz coraz rzadziej odczuwam je, a tak bardzo chciałabym, żeby było inaczej. Czy jesteście gotowi porzucić swoje dorosłe życie i wrócić do baśni, którą sami napisaliście?

"Mały Książę" – książka, która podbiła serca czytelników na całym świecie. Pamiętam, gdy ją pierwszy raz przeczytałam. Była tylko przyjemną opowiastką. Teraz już tak nie jest. Za każdym razem odkrywałam coś nowego i co najważniejsze uczę się nowych rzeczy. To bardzo ważna książka dla mnie, gdyż w dużej mierze to ona mnie ukształtowała. Gdy tylko usłyszałam, że wychodzi kolejna ekranizacja i to jeszcze w mojej ulubionej formie, czyli animacji, musiałam obejrzeć tę produkcję. Obecnie oglądałam ją już dwa razy i naprawdę jestem zachwycona i zszokowana (w tym pozytywnym znaczeniu). Dlaczego? To zaraz wam opowiem...

Zacznijmy od tego, że fabuła jest zmieniona i nie jestem pewna, czy do końca można nazwać to ekranizacją. Akcja dzieje się kilkadziesiąt lat po spotkaniu Pilota i Małego Księcia. Rozpoczyna ją pewna Dziewczynka, które razem z Pilotem tworzy nową historię. No wiecie, a jak Pilot to opowieść o niesamowitym dziecku, które mieszka na asteroidzie, musiała się pojawić. Bardzo spodobała mi się ta forma. Jakoś nie wyobrażam sobie, że książka mogłaby być idealnie odwzorowana. Wtedy film utraciłby swój sens, bo po prostu zwykłe, urwane obrazy nie mogłyby przekazać jej treści. W taki sposób dostaliśmy całkiem nowe i głębokie opowiadanie, zachowując niezwykły przekaz "Małego Księcia". Poza tym jest to animacja. Wiele osób dziwi się, dlaczego tak bardzo cenię ten gatunek. Jest barwny i radosny, a tymczasem nie odbiera ważnych motywów i nadaje im prostotę, którą nie można tak po prostu ominąć i zaprzeczyć, jak to w ambitnych produkcjach (je też bardzo cenię za treść, którą przekazują). Animacja to bajka dla dzieci, która może zadecydować, kim będzie. Czy to nie jest potężna siła? Czy to nie jest nasza przyszłość?

Fabuła, która została stworzona, jest sama w sobie ciekawa i wyjątkowo wciągająca. Produkcja wydaje się bardzo długa, ale nie jest to czas, w którym usypiamy i próbujemy dyskretnie spojrzeć na zegarek. To jest też nasz czas, który świadomie poświęcamy na przeniesienie się do świata Dziewczynki i Pilota. Jest to historia o radości, szczęściu, bólu, cierpieniu, śmierci i marzeniach. Wyjątkowo emocjonalna mieszanka. Zwykle nie przepadam za tym, bo wtedy mam problem z subiektywną oceną, tymczasem w tym przypadku uważam, że było to potrzebne.

Przesłanie animacji jest naprawdę mocne. Inaczej odbiorą ją dzieci, inaczej dorośli. To ekranizacja dla dzieci – pozornie. Jest przyjemną i mądrą opowiastką, która pozwoli dzieciom zrozumieć wiele rzeczy. Pamiętam, jak w kinie dziewczynka zadała pewne pytanie, którego nie zdradzę, ponieważ mogłabym zbyt dużo powiedzieć o fabule. Jej babcia odpowiedziała: "Widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu".  Odpowiedź była piękna, ale to pytanie sprawiło, że zdałam sobie sprawę, jak dzieci wiele rozumieją. "Mały Książę" ma też drugą płaszczyznę. W pewnym sensie tą mroczniejszą, ale za to pełną nadziei. Bez wątpienia jest ona przeznaczona dla tych dojrzalszych. Pomaga zaakceptować życie.  

Grafika jest po prostu przecudowna. Widziałam wiele animacji, które zaskoczyły mnie szatą graficzną, ale ta zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Dzieli się na dwie rzeczywistości – teraźniejszość i przeszłość, dzięki czemu łatwiej jest odróżnić historię Małego Księcia. Jest to bardzo dobry zabieg, który ubarwia film.

Bardzo się cieszę, że w ten sposób "Mały Książę" został zekranizowany. Ten film dał mi dużo. Wiem, że różne są o nim opinie, ale moja jest jednoznaczna. Polecam go każdemu, żeby znalazł w swoim życiu sens i akceptację. 

niedziela, 31 stycznia 2016

Igrzyska Śmierci: Kosogłos część 2


Tytuł: Igrzyska Śmierci: Kosogłos część 2

Reżyser: Francis Lawrence 

Część: IV

Produkcja: USA

Gatunek: Science fiction

Rola główna: Jennifer Lawrence

Czas trwania: 2 godz. 25 min.

Premiera: 20 listopada 2015 r. (Polska), 4 listopada 2015 r. (świat)

Ocena: 5/10




Władza jest potęgą, za pomocą której można osiągnąć wiele. Można zmienić świat na lepsze. Wystarczy tylko się zaangażować i chcieć. Tylko że władza zmienia ludzi... na gorsze. Na początku to tylko pragnienie, później nałóg, na koniec żądza, która niszczy sumienie, niszczy najlepszą część duszy, sprawia, że człowiek zapomina, kim naprawdę jest. Widzi rozwiązanie tylko w terrorze. Mało jest osób, które są w stanie podołać obowiązkom i pokusom przywództwa. Nieumiejętne rządy i zepsuty charakter sprawiają, że w pewnym momencie ludzie wychodzą na ulice. Pragną prawa do życia. Wtedy nie ma znaczenia, kim jesteś, kto jest twoim przyjacielem, a kto wrogiem. Idziecie razem zawalczyć o wolność i nadzieję na lepsze jutro. Zaborca jest tylko jeden, ale może więcej niż wy. To nic... Nie można się poddawać. W końcu mamy ze sobą Kosogłosa – symbol nadziei i wiary. Co może się nie udać?

"Igrzyska Śmierci"... Kto nie słyszał o tej książce, a następnie filmie. Produkcja, którą pokochała publiczność i niecierpliwie czekała na ostatnią część. To już ten moment. "Kosogłos część 2" podbił ekrany polskich, ale również zagranicznych kin. Nie ukrywam, że czekałam na finał tej serii. Filmy nie robiły na mnie dużego wrażenia, gdy porównywałam je z książką. Miałam wrażenie, że były spłycone i wielokrotnie pomijano ważne wydarzenia. Jednakże i tak z chęcią oglądałam kolejne kontynuacje. Lecz na finał byłam raczej źle nastawiona. Moje wymagania były duże i wiedziałam, że nie zostaną spełnione. Mimo to miałam nadzieję, że się pomylę. Tak się nie stało...

Akcja jest wyjątkowo szybka. W momencie przechodzimy od jednego wątku do drugiego. Zawsze byłam zdania, że dzielenia powieści na dwa filmy jest złym rozwiązaniem, które niestety uwarunkowane jest zyskami finansowymi. Gdy dowiedziałam się, że "Kosogłos" zostanie podzielony na dwie części byłam rozgniewana. Można było poprzednie części zekranizować w jednej produkcji, a ostatniej już nie... Muszę przyznać, że ten film w miarę wiernie oddaje powieść. Co prawda minęło już kilka lat, odkąd czytałam książkę, ale  w tej chwili trudno jest nie odświeżyć sobie fabuły przez rozmowy z innymi i wszędzie spotykane reklamy. Jednak mimo to olbrzymia ilość fragmentów po prostu zanika. One pojawiają się, ale trwają tak krótko, że gdyby nie znajomość oryginału, umknęłyby mi. A często takie sceny są wyjątkowo symboliczne. Na co należy zwrócić uwagę...

Co do bohaterów mam mieszane uczucia. Brakowało mi czegoś w nich. Główna bohaterka – Katniss – była tajemniczą postacią, ale bardziej o zabarwieniu negatywnym. Jej charakter jest bardzo specyficzny i niestety w filmie nie było tego widać, co automatycznie zmniejszało znaczenie jej roli w całym powstaniu. Postacie drugoplanowe lub epizodyczne pojawiały się w olbrzymich ilościach i jeszcze tak szybko, że nie mogłam zapamiętać, kto jest kim. To był wielki chaos. Tak dużo ważnych bohaterów zanikło w gmatwaninie wydarzeń, co dla mnie jest wprost niewybaczalne. Te postacie to były symbole, na których opierała się cała fabuła...

Najbardziej w całym filmie spodobały mi się efekty specjalne. Muszę przyznać, że robiły na mnie wrażenie. Nie jestem znawcą i coś, co jest nierealne w naszym świecie sprawia, że wyobraźnia dopina własne wyobrażenia, tworząc z produkcją niezwykłe tło wydarzeń. Co do gry aktorskiej ani nie mam zastrzeżeń, ani tak naprawdę nikt nie wpadł mi w oko. Kiedyś bardzo podobała mi Jennifer w odtwórczyni roli Katniss, ale teraz moje zdanie na ten temat uległo zmianie. 

Jak czytacie moje recenzje, to wiecie, że ja z założenia zakładam, że ekranizacja będzie gorsza od oryginalnej powieści. Zapewne to jest błąd z mojej strony, przez co wiele tracę, jednakże nie potrafię wyzbyć się tego przyzwyczajenia. "Kosogłos część 2" dla fanów "Igrzysk Śmierci" jest obowiązkową pozycją, lecz ostrzegam, że nie należy nastawiać się na epicki finał...



piątek, 8 stycznia 2016

Kraina Jutra


Tytuł: Kraina Jutra

Reżyser: Brad Bird 

Produkcja: USA

Gatunek: Science-fiction

Rola główna: Britt Robertson

Czas trwania: 2 godz. 10 min.

Premiera: 29 maja 2015 r. (Polska), 9 maja 2015 r. (świat)

Ocena: 8/10








Wstajecie codziennie rano i za każdym razem myślicie o tym samym. Dzisiaj przybliżę się do spełnienia mojego marzenia! Tak, dzisiaj zrobię wszystko co w mojej mocy, by nareszcie poczuć się szczęśliwym. Wstajecie radośni, bez narzekania. Ten dzień musi być wspaniały. Ale nagle... Zdajecie sobie sprawę z czegoś – w naszym świecie nie da się spełnić tego jednego marzenia, które mogłoby zmienić bieg historii. Ludzie są zbyt ograniczeni, nie lubią zmian i kontrowersji. Nie pozwolą na taki przewrót. Siedzisz zawiedziony ze spuszczoną głową i popijasz kawę. Twój świat nagle runął. Tak codziennie... Wiecie, ale zawsze jest "ale". To przeklęte "ale", które irytuje i sprawia, że piękne rzeczy tracą swój urok. Jednak czasami jest inaczej. To ono pozwala na zmianę świata. Bo nagle zadajesz sobie pytanie: Ale skąd ja mam wiedzieć, że się nie uda? No właśnie! Nie wiesz tego, jeśli nie spróbujesz. Ludzie w ciebie nie wierzą, uważają cię za wariata, ale ty chcesz chociaż spróbować. Bez prób, porażek i sukcesów życie nie miałoby sensu. Tacy ludzie, którzy się nie poddają, dostają przepustkę do Krainy Jutra, gdzie wszystko jest możliwe. Jedynym ograniczeniem jesteś ty sam i twoja wyobraźnia. A ty? Chcesz spełnić swoje marzenie?

"Kraina Jutra" – film, o którym wszędzie było głośno. Gdziekolwiek bym nie poszła olbrzymie plakaty, włączam telewizję, radio a tu reklamy tej produkcji. Jak mnie chociaż troszkę znacie, wiecie dobrze, że nic nie może bardziej mnie zniechęcić do obejrzenia filmu. Jak nie zwariować przy takim natłoku tych samych informacji? Nawet nie brałam pod uwagę, że zdecyduję się na obejrzenie "Krainy Jutra", jednak jej sława przeminęła. Co prawda gdzieniegdzie można zaobserwować jeszcze wzmianki na jej temat, ale są już coraz rzadsze. Tak więc, zmieniłam swoje zdanie i postanowiłam dowiedzieć się, o czym jest ta produkcja. Mój umysł odrzucał jej fabułę, dlatego odkrywałam film, wiedząc jedynie, jacy aktorzy obsadzali dane role. Czy dobrze zrobiłam, postanawiając dać szansę tej superprodukcji?

Muszę przyznać, że od początku byłam zafascynowana. Nagle coś się zmieniło i zapragnęłam poznać tę historię. Byłam wręcz zahipnotyzowana. Każde słowo, wydarzenie śledziłam z uwagą i sama próbowałam odkryć, o co chodzi w filmie. Jednak ku mojemu zdziwieniu ten stan ducha nie utrzymał się długo. W pewnym momencie cała ta opowieść zaczęła wydawać mi się banalna, żeby nie powiedzieć trywialna. Przyznaję, przyjemna historyjka. Ale czy coś więcej? Takich historii jest tysiące, jednak po obejrzeniu zdałam sobie sprawę, że czymś się różni od innych. Sama w sobie opiera się na ciekawym temacie. Lecz to nie jest to. Jej potencjał został wykorzystany. To właśnie to mnie uderzyło. Szablonowa opowiastka niosła ze sobą głębokie przesłanie, wciągającą fabułę i dobrze wykreowanych bohaterów, czyli wszystko, czego można było oczekiwać po tego typu filmie.

Przesłanie jest czymś, co bardzo cenię i w książkach, i w powieściach, a także i w muzyce. Historia może być trywialna, zbudowana w prosty sposób, jednakże musi coś ze sobą nieść. Wtedy jest warta uwagi. Zastanówcie się. Większość baśni jest ckliwych, z dobrym zakończeniem i prostą fabułą, ale to właśnie je czytamy dzieciom, budujemy ich świat na wartościach zawartych w bajkach. A one są takie proste i oczywiste. Zbyt proste, dlatego często pomijane. Powinno się o nich przypominać. Coś podobnego odczułam w "Krainie Jutra". Jej prostota to był zwykły pozór. Ona miała drugie dno, o którym się nie pamięta, nie chce się pamiętać. Łatwiej się użalać nad sobą niż spróbować. Próby są ciężkie, bolą. Po co się tak katować? Ten film sprawia, że zadajesz sobie wymienione wcześniej pytanie. I wiesz co? Znajdujesz na nie odpowiedź, która pozwala ci na osiągnięcie niebywałych rzeczy. Pojawia się w tobie optymizm i ty już wiesz, co masz dalej robić. 

Bohaterowie mają bardzo rozbudowane charaktery. Nie są to zwykli ludzie, o których nie wiemy nic więcej niż o tych spotkanych na ulicy przypadkowo. My pragniemy się czegoś o nich dowiedzieć i sami musimy to odkryć. Każdy ma swoje dobre i złe strony. Tylko od nas zależy, która wygra. Poza tym po raz pierwszy od bardzo długiego czasu spotkałam się z ukazaniem robotów w innej odsłonie. Roboty są tylko symbolem, który zmusza do zastanowienia się nad swoimi poglądami. Atena jest tego najlepszym przykładem. Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, kim ona naprawdę jest. Nie dostałam odpowiedzi, ale dostałam coś innego, moim zdaniem o wiele ważniejszego... 

Efekty specjalne zaskoczyły mnie. Oczywiście wiedziałam, że mogę spodziewać się ich w olbrzymiej ilości, lecz nie zmienia to faktu, że byłam zszokowana. Kraina Jutra była wyjątkowo rozbudowana. W pewnym momencie zadałam sobie pytanie: czy to się nie dzieje naprawdę? Może to przypadkiem nasza przyszłość, tylko jeszcze nie jesteśmy na nią gotowi... A może to prawdziwy świat, tylko nigdy nie dostałam szansy, by go poznać.

Gra aktorska według mnie była dobra. Wielokrotnie podkreślałam, że nie jestem znawczynią w tej dziedzinie, jednak nie miałam żadnych zastrzeżeń, co oznacza, że nie zdarzyły się żadne wpadki i niedociągnięcia. Najbardziej w oczy rzuciła się odtwórczyni Ateny. Nie mogę zaprzeczyć, że w tym przypadku wchodzi w grę wyjątkowo specyficzna uroda aktorki, ale nie zmienia to faktu, że stworzyła ona wyjątkową postać.

"Kraina Jutra" okazała się o wiele lepszym filmem niż myślałam. Miałam małe oczekiwania, co do niego i zostały one w całości spełnione. Nawet dostałam pewnego rodzaju niespodziankę. Wszystkich optymistów oraz ludzi, którzy szukają szczęścia w swoich marzeniach zachęcam do obejrzenia tej produkcji. Ona wiele daje.  

wtorek, 15 grudnia 2015

Minionki rozrabiają


Tytuł: Minionki rozrabiają

Reżyser: Pierre Coffin, Chris Renaud

Produkcja: USA

Część: II

Gatunek: Animacja 

Rola główna: Steve Carell

Czas trwania: 1 godz. 38 min.

Premiera: 12 lipca 2013 r. (Polska), 20 czerwca 2013 r. (świat)

Ocena: 6.5/10





W końcu jest dobrze! Dziewczynki mają kochającego ojca, który jest gotowy zrobić wszystko dla nich. Poświęcił się. Po latach bycia zawodowym przestępcą, który tworzył maszyny do zabijania i inne narzędzia przydatne kryminalistom, zajął się swoimi córkami. Swoje laboratorium przekształcił w fabrykę żelek i dżemów. Jest szczęśliwy i spełnił swoje marzenia. Jednak wszystko się zmienia, gdy ktoś kradnie cały punkt laboratoryjny znajdujący się na Antarktydzie. Kto lepiej może sobie poradzić z takim kłopotem jak nie były przestępca? Tylko czy będzie chciał? Zrobił wszystko, by odciąć się od tego etapu swojego życia, a teraz służby specjalne zmuszają go, by jeszcze raz musiał przeżywać dawne chwile. Czy poradzi sobie z zadaniem? Czy Gru na pewno jest zadowolony ze swojego rodzinnego życia? A może brakuje mu drugiej połówki? 

Kiedyś przypadkowo trafiłam na "Jak ukraść księżyc". Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej animacji, a że uwielbiam tego typu bajki, nie mogłam odmówić sobie przyjemności zapoznania się z tym filmem. Bardzo spodobał mi się. Miał wszystko, czego szukam w podobnych produkcjach. A że nie jestem osobą, która nadąża za nowinkami, nie zdawałam sobie sprawy, że jest już kolejna część. Ba, ja nawet nie połączyłam obecnie popularnych "Minionków" z tym filmem, mimo że te małe, żółte stworzonka zdobyły moje serce. Jednak mam dobrych znajomych, którzy wytłumaczyli mi połączenie i podali kolejne części. Stąd właśnie moja dzisiejsza recenzja drugiej części animacji.

Jak już wspomniałam – "Jak ukraść księżyc" przypadł mi do gustu i spędziłam przy nim kilka miłych chwil. Naprawdę byłam wyjątkowo szczęśliwa, gdy wreszcie dowiedziałam się o drugiej części. Od razu obejrzałam ją. W końcu jest to animacja oparta na bardzo intrygującym pomyśle. Przestępca? Trzy małe sieroty? Żółte kuleczki? Jak to połączyć? Ta bajka udowadnia, że jest to możliwe i razem tworzy niesamowitą całość. Liczyłam, że kontynuacja będzie równie ciekawa. Niestety nie do końca spełniła moje oczekiwania, jednakże oglądałam "Minionki rozrabiają" z zapartym tchem. Cieszę się, że postać Minionków została podkreślona w tym filmie (bo w końcu nazwa wcale na to nie wskazuje...). Jest to niezwykły gatunek, którego trudno nie pokochać. Zawsze radosne, skore do zabawy, ale również lojalne i gotowe do poświęceń, a przy tym wyjątkowo niezdarne i wiecznie robiące sobie krzywdę. Czy to nie urocze istotki? Nie wiem, jak można ich nie pokochać. W dodatku w bajce nadal występują dzieci, które są bardzo rzeczywiste. Nie są to przerysowane postacie kreskówkowe, tylko prawdziwe osoby z problemami odpowiednimi do swojego wieku. 

Bohaterowie mają niepowtarzalne charaktery, które tak samo jak w życiu są odmienne od siebie. Nie ma tu bratnich dusz o identycznych zainteresowaniach, tylko są charaktery, które łączy się i wzajemnie wypełniają, czyli tak jak w naszej rzeczywistości. Każdy jest wyjątkowy i niezależnie od swojego postępowania ma ciemne strony osobowości, ale również i te jasne. Czy to bandyta, czy oddana przyjaciółka – nie ma to znaczenia – każde z nich ma w sobie tyle samo dobra i zła. To zależy od osoby, który zasób wybierze. I przede wszystkim jest to zrozumiałe dla dzieci. Dzieci często myślą, że niektórzy są idealni. Ta bajka ukazuje, że tak nie jest, ale nie w ten okrutny sposób, tylko tak, że mały szkrab zrozumie to i zaakceptuje.

Tematyka nie jest poruszające, co bardzo mnie zawiodło. Poprzedni część miała wielką puentę, która na pewno sprawiła, że nie jedna osoba przemyślała swoje życie. Tutaj jej brakowało. Miałam wrażenie, że jest przeznaczony wyłącznie dla rozrywki, a żaden film dla dzieci nie powinien być taki. Miałam uczucie, że coś zaczyna się dziać i to będzie istotne dla całej produkcji, a tymczasem nagle zostało to urywane, przez co w rezultacie czułam niedosyt. Tyle fascynujących wątków tak po prostu zostało przerwanych...

Grafika jest bardzo dobra. Jest przede wszystkim barwna, a przecież nasze życie też jest takie, tylko najczęściej udajemy, że jest inaczej. Cała animacja jest zrobiona bardzo dokładnie. Graficy postarali się, by prawa fizyki występowały i nie brakowało żadnych szczegółów. Dzięki temu "Minionki rozrabiają" są bardzo realne.

Animacja nie spełniła moich oczekiwań, jak ostatnio wszystkie filmy, na które trafiam. Chyba znowu mam pecha. Nie jest to zła bajka, ale wiem, że mogłaby być lepsza. Jestem pewna, że dzieciom podoba się, a ci co obejrzeli pierwszą część powinni poświęcić swój czas i na tę.




czwartek, 3 grudnia 2015

Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu


Tytuł: Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu

Reżyser: Michael Apted 

Część: III

Produkcja: USA, Wielka Brytania

Gatunek: Fantastyka

Rola główna: Georgie Henley

Czas trwania: 1 godz. 55 min.

Premiera: 25 grudnia 2010 r. (Polska), 2 grudnia 2010 r. (świat)

Ocena: 7/10




Aslanie! Aslanie! Gdzie jesteś? Aslanie, jesteś tu? Pamiętasz, jak razem pokonywaliśmy zło? Jak Edmund był pod jarzmem Białej Czarownicy? Albo jak Piotr kłócił się z Kaspianem? A małego i walecznego Ryczypiska pamiętasz? Musisz pamiętać. Wierzę w to. Mój świat jest ogarnięty wojną, a ja razem z Edmundem ukrywamy się u naszego kuzyna – Eustachego. Nie poznałam bardziej irytującej osoby na świecie... Ale dam mu jeszcze szansę. Każdemu się należy, pamiętasz? Jednak teraz Narnia znowu nas wezwała. Tym razem tylko mnie i Edmunda, no i przypadek Eustachy z nami przybył. Jesteśmy na statku Kaspiana – Wędrowcu do Świtu. Musimy odnaleźć Lordów ojca Kaspiana. Musimy odnaleźć ich miecze. Aslanie! Potrzebujemy pomocy! Ona jest już blisko, czuję ją... Bez Ciebie nie damy rady! Nie zapominaj o nas. Nie zapomnij o mnie – Twojej Łucji.

Pamiętam, jak dostałam cały cykl "Opowieści z Narnii" od rodziców. Byłam wtedy dzieckiem, a w ręku trzymałam dwie olbrzymie księgi, które niedługo po tym zawładnęły moim sercem. Nie oglądałam wtedy jeszcze ekranizacji, ale miałam przed sobą obraz kobiety ubranej na biało, lwa i krwawej bitwy. Z czasem poznałam fabułę książki, a następnie filmów. Pierwsza część produkcji zawiodła mnie, druga przypadła mi do gustu, choć nie jestem pewna, czy nie jest za to odpowiedzialny urok aktora odtwarzającego rolę Kaspiana. A trzecia? Czy po tylu latach zapomnienia przeniosła mnie do świata Narnii? W pewnym sensie na pewna, ale niestety nie do końca.

Uważam, że Lewis w "Podróż Wędrowca do Świtu" wyjątkowo ciekawie poprowadził wątek Łucji, Edmunda i naszego nowego bohatera. Powrót do Narnii po tylu latach niesie ze sobą wiele nieprzewidzianych zdarzeń, które ubarwiają całą opowieść. Jest to bardzo miły powrót. Gdy tylko na nowo spotkałam się z Łucją, Edmundem, Kaspianem i Ryczypiskem, moje serce zaczęło wariować ze szczęścia. Są to postacie, które bardzo cenię i z przyjemnością spędziłam z nimi czas. Moje imię z bierzmowania to właśnie Łucja. Choć ostateczne powody wybrania go były inne, podejrzewam, że to właśnie bohaterka tego cyklu nakierowała mnie na tę imię i jego historię. "Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu" jest to typowa fantastyka, która pokazuje nasz świat przez pryzmat magii i niesamowitych stworzeń. Ostatnimi czasy skupiłam się bardziej na rzeczywistych opowiadaniach, przez co zapomniałam, jak wielką przyjemność sprawiają mi powieści i filmy fantasy.

Pamiętam, że wszystkie przeczytane przeze mnie powieści Lewisa miały głębokie przesłanie, które zmieniało mój pogląd na świat. "Opowieści z Narnii" są książkami, które kreowały mój charakter oraz światopogląd. Natomiast ekranizacja trzeciego tomu była według mnie bardzo spłycona. Pomijała wiele ważnych tematów lub przemieniała je w nic nieznaczące epizody. Był to film nastawiony typowo na akcję i przygodę. Służył wyłącznie rozrywce, co bardzo mnie zawiodło. Jak sami widzicie, nie mogę przestać patrzeć na tę produkcję przez pryzmat powieści. Gdybym najpierw oglądała film, prawdopodobnie patrzyłabym na niego z całkiem innej perspektywy. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek ekranizacja spodobała mi się bardziej niż książka.

Na efektach specjalnych nie znam się dobrze, ale muszę przyznać, że zrobiły na mnie wrażenie. Statek na morzu, niesamowite krajobrazy... Miałam wrażenie, że cała ta sceneria została wyjęta z mojej wyobraźni. Część rzeczy wyobrażałam sobie  bardzo podobnie. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się, czy przypadkiem kiedyś nie oglądałam już tego filmu. Jedyny zarzut mam co do smoka. Smoki to piękne i majestatyczne stworzenia. Tu była to zwykła kreatura.

Gra aktorska moim zdaniem jest dobra, choć pojawiało się wiele momentów, gdy uważałam ją za zbyt sztuczną, nienaturalną. Aktorka, grająca Łucję, czasami bardzo dobrze oddawała jej charakter, innym razem miałam wrażenie, że patrzę na całkiem inną osobę. I oczywiście Ben Bernes, który utożsamiany jest z Kaspianem... Uwielbiam tego aktora, choć nie uważam, że jest wybitnie utalentowany.

"Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu" jest idealny, by odstresować się i powrócić do świata Narnii. Jednakże spodziewałam się czegoś więcej. I polecam najpierw przeczytać książki, jeśli tego nie zrobiliście. Niemniej nie oznacza to, że nie wyczekuję na kolejną część ekranizacji.