Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film familijny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film familijny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 kwietnia 2019

Asteriks i Obeliks. Tajemnica magicznego wywaru – reż. Louis Clichy, Alexandre Astier


Tytuł: Asteriks i Obeliks. Tajemnica magicznego wywaru

Reżyser: Louis Clichy, Alexandre Astier

Produkcja: Francja

Gatunek: Animacja

Czas trwania: 1 godz. 25 min.

Rok produkcji: 2018 (świat)

Ocena: 7/10










Każdy zawód wiąże się z jakimiś zasadami, wymaganiami i umiejętnościami. Gdy się na jakiś decydujemy, to powinniśmy znać je wcześniej i podjąć decyzję, czy jesteśmy gotowi poświęcić się mu z całą swoją pasją i zaangażowaniem. To niezwykle ważne, ponieważ wtedy przyczyniamy się do swojego dobrego samopoczucia, satysfakcji i dobra społeczności. Przynajmniej taki jest mój ideał pracy. Jednak wszyscy dobrze wiemy, że życie jest trochę bardziej skomplikowane i czasami decyduje samo za nas, a my możemy albo się dostosować, albo walczyć z tym. W efekcie mamy na świecie wiele znudzonych ludzi bez ambicji, wspomnianej pasji i zaangażowania. Na szczęście to tylko ta mroczna strona życia. Ta świetlista również istnieje i możemy liczyć, że na swojej drodze spotkamy ludzi, którzy kochają to, co robią.

Dzień jak co dzień w małej wiosce w Galii – Asteriks z Obeliksem polują na dziki, na rynku śmierdzi nieświeżymi rybami, które za chwilę doprowadzą do masowej bójki, z góry słychać pisk, który ma uchodzić za śpiew, a stary dziadek z werwą wymachuje laską. Każdy z nas zna ten piękny i w pewnym sensie sentymentalny obraz. Całości dopełnia Panoramiks, który z radością i pełnym zaangażowaniem skacze z drzewa na drzewo i zbiera zioła. Co może zepsuć ten cały sielski wizerunek? Pozornie nic, lecz w pewnym momencie słychać trzask gałęzi – niezawodny druid spada z drzewa. Ktoś, kto z szacunkiem i poświęceniem traktuje swoją pracę, nie może pozwolić, by coś takiego się zdarzyło. Załamany Panoramiks po nieszczęśliwym upadku postanawia znaleźć ucznia na druida, który przejmie jego umiejętności, a przede wszystkim przepis na słynny napój magiczny. Czy znajdzie się osoba, która podoła temu zadaniu? Czy przyjaźń zawsze jest prawdziwa? A co z Rzymianami? 

Opowieści o Asteriksie i Obeliksie są jednymi z moich ulubionych opowieści z dzieciństwa. Uwielbiałam spędzać godziny na oglądaniu ciągle tych samych animacji. Były dla mnie wciągające i zawsze bawiły. Dlatego byłam radosna, gdy dowiedziałam się, że pojawi się nowa bajka po tylu latach. Choć przed chwilą się dopatrzyłam, że kilka lat temu przygody dwójki Galów zostały wznowione, więc mam jeszcze trochę do nadrobienia. Jednak wracając do tej części, muszę przyznać, że miałam olbrzymie oczekiwania, które nie do końca zostały spełnione, choć produkcję oglądało się wyjątkowo dobrze. 

Fabuła animacji naprawdę była dla mnie bardzo przyjemna mimo typowej historii, która nie wyróżniała się niczym oryginalnym. Ale jakby nie patrzeć, to Asteriks i Obeliks to taki klasyk, że sam schemat sprawia olbrzymią radość przez sentymentalne względy. Muszę też zwrócić uwagę na to, że opowieść jest prosta i prawie wcale nie rozbudowana. Jest główny wątek, pojawiają się jakieś małe poboczne, lecz dla mnie to nie wystarczyło. Oczekiwałam o wiele bardziej panoramicznej historii. Nie chcę za bardzo narzekać, ponieważ mimo tych wad całkowicie wciągnęłam się w historię i z niecierpliwością czekałam na zakończenie, choć tak naprawdę wszyscy dokładnie wiemy, jak kończy się ta bajka. 

Bohaterów mamy i stałych, i nowych, co urozmaica cały film. Mam do nich tylko jeden główny zarzut –byli za mało barwni, niedopracowani. Obeliks tak jak zawsze był przekochany, przeuroczy i przezabawny, dlatego trochę mi przykro, że w tej części było go tak mało. W końcu jest głównym bohaterem, więc powinien wiec główny prym. O wiele więcej było Asteriksa, który tradycyjnie walczył, ratował sytuację i wiecznie się denerwował. Przez to mnie irytował i nie mogłam zobaczyć przez to tego znanego mi Asteriksa. Za to Panoramiks, który chyba jest moim ulubionym bohaterem, wywołał we mnie całą gamę emocji. Cieszę się, że mogłam znowu zapoznać się z jego historią, poglądami i całokształtem, no ale błagam... Miałam ochotę go udusić za głupotę. Panoramiks zawsze jest mądry, a tu miał ciągle problemy, ciągle był zły i w ogóle nie myślał. A szkoda...

Sama animacja jest ładnie zrobiona, ponieważ jest bardzo kolorowa, co zawsze jest moim głównym punktem oceny ze strony technicznej. Zadbano też o logiczne powiązania z siłami fizyki. Oczywiście pomijając przy tym typowe-nietypowe zachowania bohaterów. Na ten temat nie mam zbytnio, co powiedzieć, gdyż po prostu była ładnie zrobiona. Można było ewentualnie popracować jeszcze nad szczegółami. 

"Asteriks i Obeliks. Tajemnica magicznego wywaru" jest dla mnie wielkim powrotem starych, dobrych przyjaciół z dzieciństwa. Cieszę się, że zdecydowałam się na obejrzenie tej produkcji, ponieważ spędziłam przyjemnie ten czas. Nie jest to ta stara, dobra bajka, lecz mimo to sentyment pozostaje i czekam na kolejne części, które mam nadzieję, że powstaną. 

niedziela, 12 listopada 2017

Krudowie – reż. Chris Sanders, Kirk De Micco


Tytuł: Krudowie

Reżyser: Chris Sanders, Kirk De Micco

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Nicholas Cage

Czas trwania: 1 godz. 38 min.

Premiera: 5 kwietnia 2013 r. (Polska), 15 lutego 2013 r. (świat)

Ocena: 8/10







Jesteśmy przyzwyczajeni do naszej codzienności. W końcu jest to coś znanego nam, coś, co daje nam bezpieczeństwo i możliwość dobrego samopoczucia. Często nawet nie zwracamy uwagi, że zachowujemy się ciągle tak samo i tak naprawdę lubimy to. Przecież nie ma w tym nic złego. Ale czy czasami nie byłoby dobrze spróbować czegoś nowego i zaryzykować? Iść za nieoponową ciekawością? Świat jest piękny i kryje wiele tajemnic, które ktoś musi odkryć. Czemu właśnie nie ty?

Krudowie to jaskiniowcy, którzy opanowali do perfekcji sztukę przetrwania. Mimo że już żadni z sąsiadów nie żyją, zjedzeni przez jakieś gady czy wykończeni przez epidemię, to ta rodzinka nie daje się. Wychodzi z jaskini tylko w dzień i to na krótko. Jest to jedyne życie, które znają, a głowa całej rodziny uważa, że najlepsze z możliwych. Jednak pewnego dnia Eep postanawia na chwilę wyjść w nocy. Przyciągają ją iskierki ognia, które są dla niej całkowitą nowością. Wtedy też poznaje niesamowitego Guy'a. Chłopak ostrzega ją przed końcem świata. Dziewczyna nie wierzy w niego, ale gdy pojawiają się znaki zwiastujące koniec, wszystko w życiu Krudów zmienia się. Czy tym razem przetrwają? Jakie tajemnice skrywa ich świat?

O "Krudach" w swoim czasie było bardzo głośno. Pamiętam, gdy w telewizji pojawiały się niezliczone reklamy, a każde dziecko chciało poznać tę zwariowaną rodzinkę. Mimo to nie zwróciłam większej uwagi na tę animację. Było w tamtym czasie o wiele więcej bajek, które przyciągały moją uwagę. Jednak teraz gdy obejrzałam prawie wszystkie możliwe, wróciłam i do tej. Animacje to mój ulubiony gatunek filmowy. Uważam, że jest niedoceniany i spłycany niepotrzebnie. Może i są to opowiastki dla dzieci, ale jakby nie patrzeć niosą ze sobą wiele nauki i dostarczają jeszcze więcej rozrywki. Dla mnie to idealny rodzaj filmu. I ostatecznie chyba każdy go lubi – nawet jeśli temu przeczy. Dlatego cieszę się, że obejrzałam tę produkcję i mam po niej bardzo dobre odczucia. 

Co do pomysłu... Nie oszukujmy się – motyw jaskiniowców jest bardzo popularny w naszej kulturze, a w kinematografii jest tego pełno. Podejrzewam, że dlatego tak długo zwlekałam z obejrzeniem "Krudów". Mimo tej sztampowości czuć w nich pewien powiew świeżości. Nie jest już to schematyczna historia, ale wykorzystanie starego motywy w niekonwencjonalny sposób, który nieraz i nie dwa zaskakuje. Bardzo podoba mi się to nowe ujęcie, choć czasami jest bardzo nielogiczne. 

Od pierwszych minut wciągnęłam się w tę opowieść i tak naprawdę nie mogłam jej przestać oglądać. Musiałam dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy, jak potoczą się losy rodzinki. Fabuła jest niezwykle emocjonalna, czego w ogóle się nie spodziewałam, gdyż w większości bajek stawia się bardziej na rozrywkę i tylko w małym stopniu na silne emocje. Tutaj to wszystko było odwrócone. Raz się śmiałam, by zaraz drżeć o życie bohaterów. Czasami było mi tak przykro, że nie wiedziałam, co ze sobą mam zrobić. Chciałam wejść do tego świata i pozmieniać niektóre rzeczy tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Żałowałam, że to niemożliwe. Tym bardziej że historia jest rozbudowana i wielokrotnie szokuje. Może jesteśmy w stanie przewidzieć ostateczne zakończenie, ale to co dzieje się pomiędzy jest po prostu nieprzewidywalne. 

Główna bohaterka – Eep – od początku wzbudziła moją sympatię. Okazała się załamaniem schematu standardowych głównych postaci, które irytują na każdym kroku. Była otwarta na doświadczenia, nie grała nie wiadomo kogo, tylko cały czas po prostu była sobą i nie zamierzała tego zmienić. Czasami chciało mi się śmiać, gdy nie miała żadnych ograniczeń, a jej zachowania po prostu nie dało się opisać. Kogoś takiego nie da się nie lubić. Zresztą sam Guy również okazał się ciekawą osobowością, ale przy tym wyjątkowo tajemniczą i rąbek tych wszystkich sekretów nie zostaje uchylony. Co jednak mi w ogóle nie przeszkadza, ponieważ chłopak straciłby wtedy tą swoją iskrę, która nadawała akcji historii. Aczkolwiek ze wszystkich bohaterów najbardziej polubiłam Gruga, czyli ojca Eep. To jak starał się ochronić rodzinę oraz jego miłość urzekły mnie od początku. Zdobył cały mój szacunek i oddanie. 

"Krudowie" ukazują jak ważna jest w życiu ciekawość świata. Ale ostrzegają również przed nierozwagą i brakiem odpowiedzialności. Właśnie takich bajek potrzebują dzieci, a tym bardziej dorośli, którzy zapominają co to znaczy żyć. Jasne, że trzeba na siebie uważać i nie robić bezsensownych głupot, ale nie można też całe życie siedzieć w skorupie i nawet nie próbować czegoś zmienić, przeżyć coś nowego. Czasami w rolę wchodzi walka o przetrwanie, która w naszym świecie wydaje się już mało uniwersalna, jednak jeśli spojrzeć na to z innej strony, to nadal w dużej mierze nas dotyczy i moim zdaniem warto o tym pamiętać. W szczególności jak ma się nadopiekuńczego ojca jak Eep. Ich relacja pokazuje, co w życiu znaczy prawdziwa miłość i ile można za nią oddać. Historia opisująca ich miłość jest niesamowicie wzruszająca. Czasami miałam ochotę płakać i przede wszystkim kibicowałam im na każdym kroku. 

Grafika animacji jest fantastyczna. Od początku do końca każdy najmniejszy szczegół jest dopracowany i zachwyca. Otoczenie jest wielobarwne i przyciąga do siebie. Razem tworzy to przepiękną całość, którą można porównać z niesamowitym snem. Chciałabym choć na chwilę znaleźć się w tak niezwykłym świecie. 

Żałuję, że dopiero teraz obejrzałam "Krudów". Myślę, że wrócę do nich jeszcze nieraz i zmuszę wszystkich moich znajomych do obejrzenia ich. Tymczasem was do tego serdecznie zachęcam. Jeśli tylko lubicie tego typu filmy, to ten na pewno przypadnie wam do gustu. 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Vaiana: Skarb oceanu – reż. Ron Clements, John Musker


Tytuł: Vaiana: Skarb oceanu 

Reżyser: Ron Clements, John Musker

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Auli'i Cravalho

Czas trwania: 1 godz. 53 min.

Premiera: 25 listopad 2016 r. (Polska), 23 listopad 2016 r. (świat)

Ocena: 5/10






W naszym świecie jest pewien schemat dotyczący zawodu. Jeśli dziecko ma rodziców prawników lub lekarzy, ma iść w ich ślady. Najczęściej rodzina, znajomi nawet nie biorą pod uwagę, że ten mały człowiek pragnie czegoś innego. Nie ma znaczenia, jakie ma talenty i czy w ogóle nadaje się, by wykonywać tę pracę. I tak wszystko załatwią rodzice, którzy chcą jak najlepiej dla swojej pociechy. Oczywiście jest wiele rodzin, które nie ulegają tej tendencji. Jednakże niewystarczająco wiele... A dzieci mają to do siebie, że ich marzenia są olbrzymie, a one są gotowe zrobić wszystko, by je spełnić. Kiedy nawet nie spróbują, czuję się niepewne i zranione. Czy nie powinno dawać się im wyboru?

Vaiana jest córką wodza, więc to ona niedługo przejmie władzę nad wioską. Jest to bardzo odpowiedzialne zadanie, gdyż będzie musiała umieć sobie poradzić z problemami mieszkańców, żywiołami i niebezpieczeństwem, które w każdej chwili może się pojawić. Jednak nikt nie ma wątpliwości, że dziewczyna sobie z tym poradzi. Od dziecka miała własne zdanie, radziła sobie z kłopotami, dobrze dogadywała z ludźmi oraz wykazywała się wręcz nadmierną energicznością. Idealna przywódczyni. Lecz Vaiana w swoim sercu niesie inne pragnienie. Chce podróżować po morzu, odkrywać nowe wyspy i przeżywać niesamowite przygody. Ku jej rozpaczy jej ojciec dba, by jego ukochana córeczka nie dała się ponieść marzeniom. Ale pewnego dnia wszystko się zmienia... 

Uwielbiam animacje. Mimo że już dawno z nich wyrosłam, to i tak bardzo je cenię i z fascynacja oglądam każdą najnowszą bajkę. Jednak od kilku lat czuję pewnego rodzaju niesmak. Te opowieści są coraz nudniejsze i nie niosą już ze sobą tyle wiedzy co kiedyś. Na początku zrzucałam to na swój wiek. W końcu muszę inaczej postrzegać te historie niż w dzieciństwie, ale wróciłam do tych animacji z przełomu XX i XXI wieku. Okazało się, że te starsze były o wiele lepsze. Jednakże mimo to nie poddaję się i oglądam nadal. "Vaiana: Skarb oceanu" miała bardzo głośną reklamę, która przyciągała chyba każdego miłośnika tego gatunku. Właśnie dlatego postanowiłam ją obejrzeć i niestety bardzo się zawiodłam. 

Muszę przyznać, że pomysł na tę produkcję jest oryginalny. Nie przypominam sobie, żebym oglądała coś podobnego. Oczywiście niektóre motywy się powtarzają, ale nie na tyle by mieć odczucia, że ta opowieść jest powielana. Gdy zaczęłam oglądać "Vaianę", zdałam sobie sprawę, że tyle o niej słyszałam, a tak naprawdę nie miałam pojęcia, o czym jest. Spodziewałam się miłosnej historii, kolejnego wcielenia księżniczki. Dostałam to, ale w całkowicie nowym wydaniu, które bardzo mnie zaskoczyło. 

Fabuła miała olbrzymi potencjał. Widziałam w swojej wyobraźni, jak może się potoczyć ta historia, ile różnych możliwości można wykorzystać. Tymczasem okazała się  po prostu nudna. Miałam duży problem, żeby ją obejrzeć do końca. Opierała się na jednym, głównym motywie. A to za mało. Tym bardziej że w jej otoczeniu wyczuwało się tyle innych wątków, które można by bardziej rozbudować, tworząc panoramiczność. A tak to wszystko zostało wrzucone do jednego, małego pudełeczka i się gniotło. Każdy walczył, ale nie mógł wywalczyć tych kilku minut dla siebie. Niesamowicie mnie to irytowało.

Na szczęście samo uniwersum zrobiło na mnie dobre wrażenie. Jak na animację okazało się bardzo rozbudowane. Oparte na bardzo ciekawej mitologii, która mogłaby wystąpić w całym cyklu filmów i jestem pewna, że wszystkie przy odpowiednim wykonaniu okazałyby się ciekawe i poruszające. Co prawda brakowało w tym świecie podstaw, jednak w tym przypadku jest to wybaczalne i jakoś bardzo nie rzuca się w oczy. Zresztą cała ta piękna wyspa okazała się tak wielobarwna i różnorodna, że byłam zafascynowana. No dobra... Nie będę tego przed wami ukrywać – chciałabym tam się znaleźć chociaż na chwilkę.

Co do postaci mam ambiwalentne odczucia. Maui wykazał się wyrazistą osobowością, która wręcz przyciągała do siebie. Nie jest to bohater, którego tak po prostu lubimy. Do niego trzeba się przekonać, zrozumieć jego postępowanie i zaakceptować wady, które tak naprawdę dominują. Do samego końca nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co on zrobi. Może okaże się zły, a może właśnie stanie po dobrej stronie. To misz-masz gryzących się cech. Poza tym jeszcze babcia Vaiany okazała się kimś tak bardzo wyjątkowym. Po prostu wielbię tę kobietę. Jej nie obchodziły utarte zasady, konwenanse. Świat jest zbyt piękny i daje zbyt wiele możliwości, by przejmować się nieistotnymi rzeczami i oceną innych. Zapamiętam ją na długo. No i jeszcze kogut – przezabawne stworzenie, które ubarwiło całą opowieść. Niestety sama Vaiana zawiodła mnie. Mogła być kimś, a tak naprawdę była przezroczystą postacią. 

Tematyka filmu w przeciwieństwie do samej fabuły jest mało oryginalna. Wyobrażam sobie jakąś starszą babunię w chustce i o lasce, która jak nawiedzona mówi: "Podążajcie za swoimi marzeniami! To jest najważniejsze." Szczytna idea, ale pokazana w mało interesujący sposób i zbyt konwencjonalny. Takich bajek powstało już tysiące. I tak naprawdę ostatecznie jest to mało pouczające, choć w pewien sposób motywuje.

Wielki plus dla grafiki. Jest cudowna. Pełna kolorów, dopracowanych detali. No po prostu nie można oderwać oczu. Przynajmniej ja nie mogłam.

Spodziewałam się po "Vaiana: Skarb oceanu" czegoś lepszego i niestety bardzo się zawiodłam. Jest to po prostu animacja dla dzieci, która starszych widzów nie przekona do siebie. Jeśli macie dzieci, to warto z nimi obejrzeć tę produkcję, ale dla własnej rozrywki nie polecam.

czwartek, 14 lipca 2016

Strażnicy marzeń


Tytuł: Strażnicy marzeń

Reżyser: Peter Ramsey

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Chris Pine

Czas trwania: 1 godz. 37 min.

Premiera: 4 stycznia 2013 r. (Polska), 10 października 2012 r. (świat)

Ocena: 6/10







Wierzycie w Świętego Mikołaja? A Zajączka Wielkanocnego? Pewnie część z was wyśmieje mnie. Magiczne istoty? To chyba nie w tym wieku... Zapewne już dawno wyrośliście z tych lat i teraz opowiadacie niestworzone historie swojemu rodzeństwu, dzieciom. Nie mylę się? A moment, gdy zdaliście sobie sprawę, że te wszystkie magiczne stworzenia nie istnieją? Był to powolny proces, czy ktoś wredny uświadomił was? A teraz zastanówcie się nad tym. Jesteście pewni, że Mikołaj, Zając, Zębuszka nie istnieją? Na pewno? Ja wam powiem co innego. To wszystko bujdy. Oczywiście, że istoty naszego dzieciństwa istnieją i są wśród nas. Nawet lepiej – możemy je spotkać. Tylko przestaliśmy wierzyć, a wtedy to już niemożliwe. Zamknijcie oczy i po prostu uwierzcie. Następnie w święta wstańcie w nocy i czekajcie na Mikołaja. Zapewniam, on przyjdzie. 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej animacji. Przypadkowo, gdy szukałam jakieś ciekawej bajki, wpadłam na ten film. A że jestem niepoprawną marzycielką, musiałam obejrzeć produkcję o tak ważnych postaciach jak Strażnicy Marzeń. Przecież to obowiązek każdego idealisty. Tym bardziej że historia jest zachęcająca. Jakie wrażenia pozostawił po sobie film? 

Uważam, że pomysł jest wyjątkowo oryginalny. W końcu wcześniej nigdy z czymś takim się nie spotkałam i tytuł od razu zachęcił mnie do obejrzenia animacji. Które dziecko nie chce poznać Strażników Marzeń? A że mam z sobie wiele z dziecka i ja tego zapragnęłam. Nie spodziewałam się, że tytułowymi Strażnikami okażą się postacie, w które wierzyliśmy jako mali ludzie. Zrobiło to dobre wrażenie na mnie. Wbrew pozorom wcale nie ma dużo bajek, gdzie tradycje wszystkich świąt są połączone. I głównym bohaterem jest Jack Mróz, o którym ja wcześniej nie słyszałam. To wszystko jest takie pozytywne, pełne energii i radości. Właśnie takie powinny być animacje. Mają cieszyć i uczyć, a nie być ponure i zniechęcające...

Niestety na samej fabule bardzo się zawiodłam. Na pewno był dobry pomysł, ale potencjał nie został wykorzystany. Pojawiło się zbyt mało wątków, przez co brakowało wrażenie panoramiczności. Odczuwałam, że nie ma nic ważniejszego od głównego celu albo że po prostu nigdzie nic się nie dzieje, co dobrze wiemy, że jest niemożliwe. Brakowało mi dużej ilości wydarzeń, które ubarwiłyby historię i pozwoliły na przeżycie wielu niesamowitych przygód. Gdyby scenarzysta bardziej rozbudował opowieść, byłaby niezwykle ciekawa. Tymczasem było przeciwnie. 

Bohaterowie mieli ciekawe osobowości. Jak to w animacjach byli przedstawieni w karykaturalny sposób. Każdy miał jakąś jedną cechę, która należała wyłącznie do niego. Można było z tego wyciągnąć wiele intrygujących refleksji. Każdy na świecie ma swoje własne problemy. Jedne są mniejsze, inne większe, ale ludzie przeżywają je w ten sam sposób i często potrzebują akceptacji i przynajmniej próby zrozumienia. Tak było z Jackiem, który pragnął, by ludzie go widzieli i chciał poznać swoją przeszłość. Niestety poza tym postacie w "Strażnikach Marzeń" byli wyjątkowo niedopracowani, co odebrałam bardzo negatywnie. Wszyscy mieli wiele możliwości i jestem pewna, że z nich można by stworzyć coś więcej niż tylko animowanych bohaterów.

Grafika była bardzo ładna. Od razu wpadała w oczy i pozwalała się cieszyć kolorami i radością. Jednak cały czas miałam wrażenie, że czegoś w niej brakuje, że w pewien sposób jest niepoprawna, co niezwykle mnie irytowało. Bez wątpienia można było bardziej ją rozbudować.

"Strażnicy Marzeń" są bardzo przyjemnym filmem, lecz niestety nie byli tym, czego oczekiwałam. Jest to animacja na nudny dzień, ale nie można więcej po niej oczekiwać.          

piątek, 11 marca 2016

Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości


Tytuł: Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości

Reżyser: Laurent Tirard

Produkcja: Francja, Hiszpania, Włochy, Węgry

Gatunek: Komedia

Rola główna: Gérard Depardieu

Czas trwania: 1 godz. 50 min.

Premiera: 2 listopada 2012 r. (Polska), 6 października 2012 r. (świat)

Ocena: 6.5/10





Gdy słyszycie słowo historia, co myślicie? Kojarzy wam się z nudnym przedmiotem, którym byliście lub jesteście katowani w szkole? A może macie na myśli czasy przeszłe? Jesteście nimi zafascynowani? Na świecie jest wiele osób zaciekawionych historią i rozumiejących ją. Jednakże jeśli nie macie pojęcia o najprostszych wydarzeniach, co robicie? Proponowałabym w ciekawy sposób poznać parę komicznych zdarzeń, w których główna rolę odgrywało dwóch przyjaciół – Asterix i Obelix. Tym razem wybierają się do Anglii, by pomóc królowie obronić jej kraj. Lecz mają pewien problem – nie podróżują sami, ponieważ muszą opiekować się pewnym młodzieńcem, który ma odnaleźć w sobie mężczyznę. Czy Anglia zostanie uratowana? Czy młody Gal odnajdzie w sobie odwagę?

"Asterix i Obelix" jest kultową komedią, która od lat bawi i dorosłych, i dzieci. Jest to już czwarta produkcja przeznaczona dla starszych odbiorców, która łączy w sobie dwie wcześniejsze animacje. Ten cykl filmów jest dobrzy mi znany, lecz już dawno stracił na uroku i przestał mnie bawić. Kiedyś byłam wielką fanką tych komedii, gdyż odpowiadał mi humor oraz kreacja bohaterów. Całkowicie przypadkowo obejrzałam tę część, choć przyznaję, że gdy zaczęłam już oglądać, byłam ciekawa, jakie będzie moje ostateczne odczucie. Jakie było? 

Gdy zrozumiałam, że dwie animacje zostały powiązane, miałam mieszane odczucia. Jedna z tych bajek jest tą najstarszą wersją, którą oglądałam za czasów dzieciństwa. Natomiast ta druga jest najnowszym animowanym filmem pełnometrażowym z tej serii. Nie byłam do tego przekonana, choć muszę przyznać, że pod względem fabuły zaowocowało to ciekawym przebiegiem wydarzeń. Naprawdę szybko zmieniłam zdanie i dałam ponieść się wirowi akcji. Spodobało mi się również, że pojawiały się nawiązania do pozostałych produkcji, co nadało przebieg przyczynowo-skutkowy. Zawsze mnie bawi, gdy wydarzenia historyczne są przedstawiane jako komiczne wydarzenia z życia dwóch Galów. To jest naprawdę inteligentne posunięcie, choć niestety małe dzieci mogą w to uwierzyć, co raczej nie jest porządnym efektem...

Co do humoru w tej części mam ambiwalentne odczucia. Ogólnie spędziłam miłe chwile, śmiejąc się z różnego typu sytuacji, lecz czasami komizm wydawał mi się zbyt dziecinny i naiwny. Nie zmienia to faktu, że komedia jest naprawdę zabawna. Występuję typowo głupie żarty, ale pojawiają się również te na poziomie. Podoba mi się, że występuje nie tylko komizm sytuacyjny, ale też komizm postaci. Każdy bohater ma charakterystyczne cechy, sprawiające, że nieraz i nie dwa płakałam ze śmiechu. W "Asterixie i Obelixie" wszystko jest wyolbrzymione, co nadaje efekt przeniesienia się do innego świata. 

Jednak najbardziej ze wszystkiego zaskoczyła mnie kreacja bohaterów. Po karykaturalnym przedstawieniu spodziewałabym się wyłącznie refleksji nad jedną cechą. W tej części postacie miały bardzo rozbudowane charaktery, co naprawdę zrobiło na mnie dobre wrażenie. W dodatku występują silne powiązania między Galami i innymi mieszkańcami, co dobrze oddziaływuje na odbiór filmu. Przez to traci swoją naiwność i pod powłoką humoru pojawiają się istotne, życiowe problemy.

Co do gry aktorskiej nie mam żadnych zastrzeżeń. Oczywiście najważniejszą rolę odegrał aktor, który odtwarzał rolę Obelixa –  Gérard Depardieu. Zawsze ceniłam tego aktora. Potrafi oddać naturalność ludzkiego życia, przystosowując się do odpowiedniego środowiska.

"Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości" jest zabawną komedią, jednak przyznaję, że spodziewałam się czegoś więcej. Jest to produkcja, którą ogląda się wyłącznie do relaksu i w takiej formie go polecam. 

piątek, 8 stycznia 2016

Kraina Jutra


Tytuł: Kraina Jutra

Reżyser: Brad Bird 

Produkcja: USA

Gatunek: Science-fiction

Rola główna: Britt Robertson

Czas trwania: 2 godz. 10 min.

Premiera: 29 maja 2015 r. (Polska), 9 maja 2015 r. (świat)

Ocena: 8/10








Wstajecie codziennie rano i za każdym razem myślicie o tym samym. Dzisiaj przybliżę się do spełnienia mojego marzenia! Tak, dzisiaj zrobię wszystko co w mojej mocy, by nareszcie poczuć się szczęśliwym. Wstajecie radośni, bez narzekania. Ten dzień musi być wspaniały. Ale nagle... Zdajecie sobie sprawę z czegoś – w naszym świecie nie da się spełnić tego jednego marzenia, które mogłoby zmienić bieg historii. Ludzie są zbyt ograniczeni, nie lubią zmian i kontrowersji. Nie pozwolą na taki przewrót. Siedzisz zawiedziony ze spuszczoną głową i popijasz kawę. Twój świat nagle runął. Tak codziennie... Wiecie, ale zawsze jest "ale". To przeklęte "ale", które irytuje i sprawia, że piękne rzeczy tracą swój urok. Jednak czasami jest inaczej. To ono pozwala na zmianę świata. Bo nagle zadajesz sobie pytanie: Ale skąd ja mam wiedzieć, że się nie uda? No właśnie! Nie wiesz tego, jeśli nie spróbujesz. Ludzie w ciebie nie wierzą, uważają cię za wariata, ale ty chcesz chociaż spróbować. Bez prób, porażek i sukcesów życie nie miałoby sensu. Tacy ludzie, którzy się nie poddają, dostają przepustkę do Krainy Jutra, gdzie wszystko jest możliwe. Jedynym ograniczeniem jesteś ty sam i twoja wyobraźnia. A ty? Chcesz spełnić swoje marzenie?

"Kraina Jutra" – film, o którym wszędzie było głośno. Gdziekolwiek bym nie poszła olbrzymie plakaty, włączam telewizję, radio a tu reklamy tej produkcji. Jak mnie chociaż troszkę znacie, wiecie dobrze, że nic nie może bardziej mnie zniechęcić do obejrzenia filmu. Jak nie zwariować przy takim natłoku tych samych informacji? Nawet nie brałam pod uwagę, że zdecyduję się na obejrzenie "Krainy Jutra", jednak jej sława przeminęła. Co prawda gdzieniegdzie można zaobserwować jeszcze wzmianki na jej temat, ale są już coraz rzadsze. Tak więc, zmieniłam swoje zdanie i postanowiłam dowiedzieć się, o czym jest ta produkcja. Mój umysł odrzucał jej fabułę, dlatego odkrywałam film, wiedząc jedynie, jacy aktorzy obsadzali dane role. Czy dobrze zrobiłam, postanawiając dać szansę tej superprodukcji?

Muszę przyznać, że od początku byłam zafascynowana. Nagle coś się zmieniło i zapragnęłam poznać tę historię. Byłam wręcz zahipnotyzowana. Każde słowo, wydarzenie śledziłam z uwagą i sama próbowałam odkryć, o co chodzi w filmie. Jednak ku mojemu zdziwieniu ten stan ducha nie utrzymał się długo. W pewnym momencie cała ta opowieść zaczęła wydawać mi się banalna, żeby nie powiedzieć trywialna. Przyznaję, przyjemna historyjka. Ale czy coś więcej? Takich historii jest tysiące, jednak po obejrzeniu zdałam sobie sprawę, że czymś się różni od innych. Sama w sobie opiera się na ciekawym temacie. Lecz to nie jest to. Jej potencjał został wykorzystany. To właśnie to mnie uderzyło. Szablonowa opowiastka niosła ze sobą głębokie przesłanie, wciągającą fabułę i dobrze wykreowanych bohaterów, czyli wszystko, czego można było oczekiwać po tego typu filmie.

Przesłanie jest czymś, co bardzo cenię i w książkach, i w powieściach, a także i w muzyce. Historia może być trywialna, zbudowana w prosty sposób, jednakże musi coś ze sobą nieść. Wtedy jest warta uwagi. Zastanówcie się. Większość baśni jest ckliwych, z dobrym zakończeniem i prostą fabułą, ale to właśnie je czytamy dzieciom, budujemy ich świat na wartościach zawartych w bajkach. A one są takie proste i oczywiste. Zbyt proste, dlatego często pomijane. Powinno się o nich przypominać. Coś podobnego odczułam w "Krainie Jutra". Jej prostota to był zwykły pozór. Ona miała drugie dno, o którym się nie pamięta, nie chce się pamiętać. Łatwiej się użalać nad sobą niż spróbować. Próby są ciężkie, bolą. Po co się tak katować? Ten film sprawia, że zadajesz sobie wymienione wcześniej pytanie. I wiesz co? Znajdujesz na nie odpowiedź, która pozwala ci na osiągnięcie niebywałych rzeczy. Pojawia się w tobie optymizm i ty już wiesz, co masz dalej robić. 

Bohaterowie mają bardzo rozbudowane charaktery. Nie są to zwykli ludzie, o których nie wiemy nic więcej niż o tych spotkanych na ulicy przypadkowo. My pragniemy się czegoś o nich dowiedzieć i sami musimy to odkryć. Każdy ma swoje dobre i złe strony. Tylko od nas zależy, która wygra. Poza tym po raz pierwszy od bardzo długiego czasu spotkałam się z ukazaniem robotów w innej odsłonie. Roboty są tylko symbolem, który zmusza do zastanowienia się nad swoimi poglądami. Atena jest tego najlepszym przykładem. Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, kim ona naprawdę jest. Nie dostałam odpowiedzi, ale dostałam coś innego, moim zdaniem o wiele ważniejszego... 

Efekty specjalne zaskoczyły mnie. Oczywiście wiedziałam, że mogę spodziewać się ich w olbrzymiej ilości, lecz nie zmienia to faktu, że byłam zszokowana. Kraina Jutra była wyjątkowo rozbudowana. W pewnym momencie zadałam sobie pytanie: czy to się nie dzieje naprawdę? Może to przypadkiem nasza przyszłość, tylko jeszcze nie jesteśmy na nią gotowi... A może to prawdziwy świat, tylko nigdy nie dostałam szansy, by go poznać.

Gra aktorska według mnie była dobra. Wielokrotnie podkreślałam, że nie jestem znawczynią w tej dziedzinie, jednak nie miałam żadnych zastrzeżeń, co oznacza, że nie zdarzyły się żadne wpadki i niedociągnięcia. Najbardziej w oczy rzuciła się odtwórczyni Ateny. Nie mogę zaprzeczyć, że w tym przypadku wchodzi w grę wyjątkowo specyficzna uroda aktorki, ale nie zmienia to faktu, że stworzyła ona wyjątkową postać.

"Kraina Jutra" okazała się o wiele lepszym filmem niż myślałam. Miałam małe oczekiwania, co do niego i zostały one w całości spełnione. Nawet dostałam pewnego rodzaju niespodziankę. Wszystkich optymistów oraz ludzi, którzy szukają szczęścia w swoich marzeniach zachęcam do obejrzenia tej produkcji. Ona wiele daje.