Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film przygodowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film przygodowy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 listopada 2017

Krudowie – reż. Chris Sanders, Kirk De Micco


Tytuł: Krudowie

Reżyser: Chris Sanders, Kirk De Micco

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Nicholas Cage

Czas trwania: 1 godz. 38 min.

Premiera: 5 kwietnia 2013 r. (Polska), 15 lutego 2013 r. (świat)

Ocena: 8/10







Jesteśmy przyzwyczajeni do naszej codzienności. W końcu jest to coś znanego nam, coś, co daje nam bezpieczeństwo i możliwość dobrego samopoczucia. Często nawet nie zwracamy uwagi, że zachowujemy się ciągle tak samo i tak naprawdę lubimy to. Przecież nie ma w tym nic złego. Ale czy czasami nie byłoby dobrze spróbować czegoś nowego i zaryzykować? Iść za nieoponową ciekawością? Świat jest piękny i kryje wiele tajemnic, które ktoś musi odkryć. Czemu właśnie nie ty?

Krudowie to jaskiniowcy, którzy opanowali do perfekcji sztukę przetrwania. Mimo że już żadni z sąsiadów nie żyją, zjedzeni przez jakieś gady czy wykończeni przez epidemię, to ta rodzinka nie daje się. Wychodzi z jaskini tylko w dzień i to na krótko. Jest to jedyne życie, które znają, a głowa całej rodziny uważa, że najlepsze z możliwych. Jednak pewnego dnia Eep postanawia na chwilę wyjść w nocy. Przyciągają ją iskierki ognia, które są dla niej całkowitą nowością. Wtedy też poznaje niesamowitego Guy'a. Chłopak ostrzega ją przed końcem świata. Dziewczyna nie wierzy w niego, ale gdy pojawiają się znaki zwiastujące koniec, wszystko w życiu Krudów zmienia się. Czy tym razem przetrwają? Jakie tajemnice skrywa ich świat?

O "Krudach" w swoim czasie było bardzo głośno. Pamiętam, gdy w telewizji pojawiały się niezliczone reklamy, a każde dziecko chciało poznać tę zwariowaną rodzinkę. Mimo to nie zwróciłam większej uwagi na tę animację. Było w tamtym czasie o wiele więcej bajek, które przyciągały moją uwagę. Jednak teraz gdy obejrzałam prawie wszystkie możliwe, wróciłam i do tej. Animacje to mój ulubiony gatunek filmowy. Uważam, że jest niedoceniany i spłycany niepotrzebnie. Może i są to opowiastki dla dzieci, ale jakby nie patrzeć niosą ze sobą wiele nauki i dostarczają jeszcze więcej rozrywki. Dla mnie to idealny rodzaj filmu. I ostatecznie chyba każdy go lubi – nawet jeśli temu przeczy. Dlatego cieszę się, że obejrzałam tę produkcję i mam po niej bardzo dobre odczucia. 

Co do pomysłu... Nie oszukujmy się – motyw jaskiniowców jest bardzo popularny w naszej kulturze, a w kinematografii jest tego pełno. Podejrzewam, że dlatego tak długo zwlekałam z obejrzeniem "Krudów". Mimo tej sztampowości czuć w nich pewien powiew świeżości. Nie jest już to schematyczna historia, ale wykorzystanie starego motywy w niekonwencjonalny sposób, który nieraz i nie dwa zaskakuje. Bardzo podoba mi się to nowe ujęcie, choć czasami jest bardzo nielogiczne. 

Od pierwszych minut wciągnęłam się w tę opowieść i tak naprawdę nie mogłam jej przestać oglądać. Musiałam dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy, jak potoczą się losy rodzinki. Fabuła jest niezwykle emocjonalna, czego w ogóle się nie spodziewałam, gdyż w większości bajek stawia się bardziej na rozrywkę i tylko w małym stopniu na silne emocje. Tutaj to wszystko było odwrócone. Raz się śmiałam, by zaraz drżeć o życie bohaterów. Czasami było mi tak przykro, że nie wiedziałam, co ze sobą mam zrobić. Chciałam wejść do tego świata i pozmieniać niektóre rzeczy tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Żałowałam, że to niemożliwe. Tym bardziej że historia jest rozbudowana i wielokrotnie szokuje. Może jesteśmy w stanie przewidzieć ostateczne zakończenie, ale to co dzieje się pomiędzy jest po prostu nieprzewidywalne. 

Główna bohaterka – Eep – od początku wzbudziła moją sympatię. Okazała się załamaniem schematu standardowych głównych postaci, które irytują na każdym kroku. Była otwarta na doświadczenia, nie grała nie wiadomo kogo, tylko cały czas po prostu była sobą i nie zamierzała tego zmienić. Czasami chciało mi się śmiać, gdy nie miała żadnych ograniczeń, a jej zachowania po prostu nie dało się opisać. Kogoś takiego nie da się nie lubić. Zresztą sam Guy również okazał się ciekawą osobowością, ale przy tym wyjątkowo tajemniczą i rąbek tych wszystkich sekretów nie zostaje uchylony. Co jednak mi w ogóle nie przeszkadza, ponieważ chłopak straciłby wtedy tą swoją iskrę, która nadawała akcji historii. Aczkolwiek ze wszystkich bohaterów najbardziej polubiłam Gruga, czyli ojca Eep. To jak starał się ochronić rodzinę oraz jego miłość urzekły mnie od początku. Zdobył cały mój szacunek i oddanie. 

"Krudowie" ukazują jak ważna jest w życiu ciekawość świata. Ale ostrzegają również przed nierozwagą i brakiem odpowiedzialności. Właśnie takich bajek potrzebują dzieci, a tym bardziej dorośli, którzy zapominają co to znaczy żyć. Jasne, że trzeba na siebie uważać i nie robić bezsensownych głupot, ale nie można też całe życie siedzieć w skorupie i nawet nie próbować czegoś zmienić, przeżyć coś nowego. Czasami w rolę wchodzi walka o przetrwanie, która w naszym świecie wydaje się już mało uniwersalna, jednak jeśli spojrzeć na to z innej strony, to nadal w dużej mierze nas dotyczy i moim zdaniem warto o tym pamiętać. W szczególności jak ma się nadopiekuńczego ojca jak Eep. Ich relacja pokazuje, co w życiu znaczy prawdziwa miłość i ile można za nią oddać. Historia opisująca ich miłość jest niesamowicie wzruszająca. Czasami miałam ochotę płakać i przede wszystkim kibicowałam im na każdym kroku. 

Grafika animacji jest fantastyczna. Od początku do końca każdy najmniejszy szczegół jest dopracowany i zachwyca. Otoczenie jest wielobarwne i przyciąga do siebie. Razem tworzy to przepiękną całość, którą można porównać z niesamowitym snem. Chciałabym choć na chwilę znaleźć się w tak niezwykłym świecie. 

Żałuję, że dopiero teraz obejrzałam "Krudów". Myślę, że wrócę do nich jeszcze nieraz i zmuszę wszystkich moich znajomych do obejrzenia ich. Tymczasem was do tego serdecznie zachęcam. Jeśli tylko lubicie tego typu filmy, to ten na pewno przypadnie wam do gustu. 

sobota, 24 czerwca 2017

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara – reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg


Tytuł: Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

Reżyser: Joachim Ronning, Espen Sandberg

Produkcja: Australia, USA

Gatunek: Film przygodowy

Rola główna: Johnny Depp

Część: 5

Czas trwania: 2 godz. 9 min.

Premiera: 26 maja 2017 r. (Polska), 11 maja 2017 r. (świat)

Ocena: 6/10



Słychać wokół szum oceanu. W powietrzu unosi się zapach świeżości. A lekka bryza owiewa policzki. Na horyzoncie widać tylko nieskończone pokłady zielonkawej wody, a na niebie latają morskie ptaki. Lecz chwila... Na horyzoncie pojawia się coś. To malutka czarna kropeczka, ale powoli zbliża się. Przez lunetę już widać – to piracki statek. Załoga wpada w panikę, wszyscy biegają w tą i w tamtą. Chcą zawrócić i uciekać póki jeszcze jest czas, póki są szanse na przeżycie. Ale Ty tylko patrzysz i z uśmiechem na ustach czekasz. Wiesz, że za chwilę przeżyjesz przygodę swojego życia. 

Salazar nienawidził piratów. Odkąd zaczął pływać po morzach i ocenach, niszczył ich statki i zabijał ich. Był postrachem wszystkich buntowników. Każdy statek piracki omijał go z daleka. Jednak pewnego dnia Salazar popełnił błąd. Pozwolił się oszukać pewnemu młodzieńcowi – Jackowi Sparrowowi. Młody pirat uwięził swojego wroga w trójkącie bermudzkim. Lecz po latach rządny zemsty korsarz uwalnia się z więzienia i oceany znowu zaczynają drżeć z przerażenia.

"Piraci z Karaibów" są dla mnie bardzo sentymentalnym cyklem filmów. Od dziecka fascynowali mnie buntownicy na morzu. Wtedy nie widziałam w tym nic złego, w końcu kreacja korsarzy była tajemnicza i intrygująca. Uważałam ich za wyjątkowo dobrych ludzi, którzy walczą o wolność. Już jako trochę starsze dziecko zrozumiałam, że nie do końca tak jest. Jednak to mi nie przeszkadza oglądać z zafascynowaniem produkcje o nich. Gdy tylko usłyszałam, że wychodzi kolejna część "Piratów z Karaibów" nie miałam wątpliwości, że odwiedzę kino i zapoznam się z kolejną przygodą nieokrzesanego Jaska Sparrowa. Czy spełniła moje oczekiwania?

Niestety nie do końca. Zaczynam podejrzewać, że te filmy są kontynuowane wyłącznie dla pieniędzy. Kiedyś cała historia opierała się na ciekawym pomyśle i jest on ciągnięty dalej, co jest dużą wadą. To wszystko staje sztampowe i podlega jednemu schematowi – jakaś klątwa rzucona lata temu, o której nagle się dowiadujemy, walka z nią i jakimś dawnym wrogiem, który nie wiadomo tak naprawdę, skąd się wziął. Z tego co sobie przypominam, żadna część nie była od tego wolna. I na początku robiło to odpowiednie wrażenie, ale teraz już się nudzi. Tym bardziej że miałam bardzo duże wymagania co do "Zemsty Salazara". Minęło sześć lat od czwartej części, więc to miał być wielki powrót. A wielki nie był.

Fabuła miała wiele wątków, lecz w dużej mierze było to pozorne, gdyż były one mało rozbudowane. Tylko ten główny był dostatecznie opisany, a reszta, mimo że była ciekawa, ginęła w tłumie, nad czym ubolewam. W mojej głowie pojawiało się wiele pytań i chciałam poznać na nie odpowiedzi, a nie było mi to dane. Na szczęście historia była bardzo wciągająca. Siedziałam i patrzyłam jak urzeczona, co stanie się dalej, do czego prowadzą poczynania Jacka i Henry'ego. Dlatego wszystko minęło mi bardzo szybko. Mam wręcz wrażenie, że za szybko. Film ma dwie godziny, więc nie jest krótki, choć krótszy w porównaniu do swoich poprzedników. 

Nie przepadam za akcją w produkcjach, ale tutaj uwielbiam ją. Jest barwna i trzyma w  napięciu. Nie można oderwać od niej wzroku, bo zawsze można coś przegapić, a przecież to byłoby straszne. Do tego dochodzi wiele niesamowitych efektów specjalnych, które pozwalają przenieść się w świat oceanów i tajemnic. 

Ze wszystkich bohaterów najbardziej do gustu przypadła mi Carina. Od początku filmu wie, czego chce i dąży do tego. Nawet jak zostanie rozczarowana, to nie załamuje się, tylko brnie dalej, by spełnić swoje pragnienia. Przyjmuje życie takim, jakim jest, ale przy tym próbuje zmienić go na lepsze. Posiada mimo zarozumiałości i zbytniej pewności siebie olbrzymią empatię, która pozwoliła mi ją polubić. Poza tym moją uwagę jak zawsze przykuł Barbossa. Nie wiem do końca, czemu tak bardzo lubię tego bohatera, ale bez niego "Piraci z Karaibów" byliby nudni. W tej części również był w formie. Żałuję trochę, że było tak mało samego Jacka i Willa Turnera. 

Jestem pod olbrzymi wrażeniem obsady filmu, gdyż była ona naprawdę dobra. Aktorzy odgrywający role Jacka, Barbossy i Salazara poradzili sobie perfekcyjnie ze swoimi rolami. Johnny Depp ukazał się z całym swoim kunsztem aktorskim. Podziwiam tego aktora, gdyż potrafi on zagrać specyficzne i przede wszystkim trudne role, radząc sobie z nimi doskonale. W "Zemście Salazara" chciałam ujrzeć również Orlanda Blooma, lecz jego rola tym razem nie była zbyt wielka. 

Zawiodłam się na tej części, lecz i tak jestem w siódmym niebie, że ja obejrzałam. I mimo wad była ona lepsze od swojej poprzedniczki. Jeśli oglądaliście poprzednie części, nie ma się, co zastanawiać – trzeba obejrzeć i tę. Tym bardziej że scena końcowa pokazuje rozpoczęcie nowej historii, więc możemy czekać na kolejne przygody naszych piratów. 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Vaiana: Skarb oceanu – reż. Ron Clements, John Musker


Tytuł: Vaiana: Skarb oceanu 

Reżyser: Ron Clements, John Musker

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Auli'i Cravalho

Czas trwania: 1 godz. 53 min.

Premiera: 25 listopad 2016 r. (Polska), 23 listopad 2016 r. (świat)

Ocena: 5/10






W naszym świecie jest pewien schemat dotyczący zawodu. Jeśli dziecko ma rodziców prawników lub lekarzy, ma iść w ich ślady. Najczęściej rodzina, znajomi nawet nie biorą pod uwagę, że ten mały człowiek pragnie czegoś innego. Nie ma znaczenia, jakie ma talenty i czy w ogóle nadaje się, by wykonywać tę pracę. I tak wszystko załatwią rodzice, którzy chcą jak najlepiej dla swojej pociechy. Oczywiście jest wiele rodzin, które nie ulegają tej tendencji. Jednakże niewystarczająco wiele... A dzieci mają to do siebie, że ich marzenia są olbrzymie, a one są gotowe zrobić wszystko, by je spełnić. Kiedy nawet nie spróbują, czuję się niepewne i zranione. Czy nie powinno dawać się im wyboru?

Vaiana jest córką wodza, więc to ona niedługo przejmie władzę nad wioską. Jest to bardzo odpowiedzialne zadanie, gdyż będzie musiała umieć sobie poradzić z problemami mieszkańców, żywiołami i niebezpieczeństwem, które w każdej chwili może się pojawić. Jednak nikt nie ma wątpliwości, że dziewczyna sobie z tym poradzi. Od dziecka miała własne zdanie, radziła sobie z kłopotami, dobrze dogadywała z ludźmi oraz wykazywała się wręcz nadmierną energicznością. Idealna przywódczyni. Lecz Vaiana w swoim sercu niesie inne pragnienie. Chce podróżować po morzu, odkrywać nowe wyspy i przeżywać niesamowite przygody. Ku jej rozpaczy jej ojciec dba, by jego ukochana córeczka nie dała się ponieść marzeniom. Ale pewnego dnia wszystko się zmienia... 

Uwielbiam animacje. Mimo że już dawno z nich wyrosłam, to i tak bardzo je cenię i z fascynacja oglądam każdą najnowszą bajkę. Jednak od kilku lat czuję pewnego rodzaju niesmak. Te opowieści są coraz nudniejsze i nie niosą już ze sobą tyle wiedzy co kiedyś. Na początku zrzucałam to na swój wiek. W końcu muszę inaczej postrzegać te historie niż w dzieciństwie, ale wróciłam do tych animacji z przełomu XX i XXI wieku. Okazało się, że te starsze były o wiele lepsze. Jednakże mimo to nie poddaję się i oglądam nadal. "Vaiana: Skarb oceanu" miała bardzo głośną reklamę, która przyciągała chyba każdego miłośnika tego gatunku. Właśnie dlatego postanowiłam ją obejrzeć i niestety bardzo się zawiodłam. 

Muszę przyznać, że pomysł na tę produkcję jest oryginalny. Nie przypominam sobie, żebym oglądała coś podobnego. Oczywiście niektóre motywy się powtarzają, ale nie na tyle by mieć odczucia, że ta opowieść jest powielana. Gdy zaczęłam oglądać "Vaianę", zdałam sobie sprawę, że tyle o niej słyszałam, a tak naprawdę nie miałam pojęcia, o czym jest. Spodziewałam się miłosnej historii, kolejnego wcielenia księżniczki. Dostałam to, ale w całkowicie nowym wydaniu, które bardzo mnie zaskoczyło. 

Fabuła miała olbrzymi potencjał. Widziałam w swojej wyobraźni, jak może się potoczyć ta historia, ile różnych możliwości można wykorzystać. Tymczasem okazała się  po prostu nudna. Miałam duży problem, żeby ją obejrzeć do końca. Opierała się na jednym, głównym motywie. A to za mało. Tym bardziej że w jej otoczeniu wyczuwało się tyle innych wątków, które można by bardziej rozbudować, tworząc panoramiczność. A tak to wszystko zostało wrzucone do jednego, małego pudełeczka i się gniotło. Każdy walczył, ale nie mógł wywalczyć tych kilku minut dla siebie. Niesamowicie mnie to irytowało.

Na szczęście samo uniwersum zrobiło na mnie dobre wrażenie. Jak na animację okazało się bardzo rozbudowane. Oparte na bardzo ciekawej mitologii, która mogłaby wystąpić w całym cyklu filmów i jestem pewna, że wszystkie przy odpowiednim wykonaniu okazałyby się ciekawe i poruszające. Co prawda brakowało w tym świecie podstaw, jednak w tym przypadku jest to wybaczalne i jakoś bardzo nie rzuca się w oczy. Zresztą cała ta piękna wyspa okazała się tak wielobarwna i różnorodna, że byłam zafascynowana. No dobra... Nie będę tego przed wami ukrywać – chciałabym tam się znaleźć chociaż na chwilkę.

Co do postaci mam ambiwalentne odczucia. Maui wykazał się wyrazistą osobowością, która wręcz przyciągała do siebie. Nie jest to bohater, którego tak po prostu lubimy. Do niego trzeba się przekonać, zrozumieć jego postępowanie i zaakceptować wady, które tak naprawdę dominują. Do samego końca nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co on zrobi. Może okaże się zły, a może właśnie stanie po dobrej stronie. To misz-masz gryzących się cech. Poza tym jeszcze babcia Vaiany okazała się kimś tak bardzo wyjątkowym. Po prostu wielbię tę kobietę. Jej nie obchodziły utarte zasady, konwenanse. Świat jest zbyt piękny i daje zbyt wiele możliwości, by przejmować się nieistotnymi rzeczami i oceną innych. Zapamiętam ją na długo. No i jeszcze kogut – przezabawne stworzenie, które ubarwiło całą opowieść. Niestety sama Vaiana zawiodła mnie. Mogła być kimś, a tak naprawdę była przezroczystą postacią. 

Tematyka filmu w przeciwieństwie do samej fabuły jest mało oryginalna. Wyobrażam sobie jakąś starszą babunię w chustce i o lasce, która jak nawiedzona mówi: "Podążajcie za swoimi marzeniami! To jest najważniejsze." Szczytna idea, ale pokazana w mało interesujący sposób i zbyt konwencjonalny. Takich bajek powstało już tysiące. I tak naprawdę ostatecznie jest to mało pouczające, choć w pewien sposób motywuje.

Wielki plus dla grafiki. Jest cudowna. Pełna kolorów, dopracowanych detali. No po prostu nie można oderwać oczu. Przynajmniej ja nie mogłam.

Spodziewałam się po "Vaiana: Skarb oceanu" czegoś lepszego i niestety bardzo się zawiodłam. Jest to po prostu animacja dla dzieci, która starszych widzów nie przekona do siebie. Jeśli macie dzieci, to warto z nimi obejrzeć tę produkcję, ale dla własnej rozrywki nie polecam.

czwartek, 14 lipca 2016

Strażnicy marzeń


Tytuł: Strażnicy marzeń

Reżyser: Peter Ramsey

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Chris Pine

Czas trwania: 1 godz. 37 min.

Premiera: 4 stycznia 2013 r. (Polska), 10 października 2012 r. (świat)

Ocena: 6/10







Wierzycie w Świętego Mikołaja? A Zajączka Wielkanocnego? Pewnie część z was wyśmieje mnie. Magiczne istoty? To chyba nie w tym wieku... Zapewne już dawno wyrośliście z tych lat i teraz opowiadacie niestworzone historie swojemu rodzeństwu, dzieciom. Nie mylę się? A moment, gdy zdaliście sobie sprawę, że te wszystkie magiczne stworzenia nie istnieją? Był to powolny proces, czy ktoś wredny uświadomił was? A teraz zastanówcie się nad tym. Jesteście pewni, że Mikołaj, Zając, Zębuszka nie istnieją? Na pewno? Ja wam powiem co innego. To wszystko bujdy. Oczywiście, że istoty naszego dzieciństwa istnieją i są wśród nas. Nawet lepiej – możemy je spotkać. Tylko przestaliśmy wierzyć, a wtedy to już niemożliwe. Zamknijcie oczy i po prostu uwierzcie. Następnie w święta wstańcie w nocy i czekajcie na Mikołaja. Zapewniam, on przyjdzie. 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej animacji. Przypadkowo, gdy szukałam jakieś ciekawej bajki, wpadłam na ten film. A że jestem niepoprawną marzycielką, musiałam obejrzeć produkcję o tak ważnych postaciach jak Strażnicy Marzeń. Przecież to obowiązek każdego idealisty. Tym bardziej że historia jest zachęcająca. Jakie wrażenia pozostawił po sobie film? 

Uważam, że pomysł jest wyjątkowo oryginalny. W końcu wcześniej nigdy z czymś takim się nie spotkałam i tytuł od razu zachęcił mnie do obejrzenia animacji. Które dziecko nie chce poznać Strażników Marzeń? A że mam z sobie wiele z dziecka i ja tego zapragnęłam. Nie spodziewałam się, że tytułowymi Strażnikami okażą się postacie, w które wierzyliśmy jako mali ludzie. Zrobiło to dobre wrażenie na mnie. Wbrew pozorom wcale nie ma dużo bajek, gdzie tradycje wszystkich świąt są połączone. I głównym bohaterem jest Jack Mróz, o którym ja wcześniej nie słyszałam. To wszystko jest takie pozytywne, pełne energii i radości. Właśnie takie powinny być animacje. Mają cieszyć i uczyć, a nie być ponure i zniechęcające...

Niestety na samej fabule bardzo się zawiodłam. Na pewno był dobry pomysł, ale potencjał nie został wykorzystany. Pojawiło się zbyt mało wątków, przez co brakowało wrażenie panoramiczności. Odczuwałam, że nie ma nic ważniejszego od głównego celu albo że po prostu nigdzie nic się nie dzieje, co dobrze wiemy, że jest niemożliwe. Brakowało mi dużej ilości wydarzeń, które ubarwiłyby historię i pozwoliły na przeżycie wielu niesamowitych przygód. Gdyby scenarzysta bardziej rozbudował opowieść, byłaby niezwykle ciekawa. Tymczasem było przeciwnie. 

Bohaterowie mieli ciekawe osobowości. Jak to w animacjach byli przedstawieni w karykaturalny sposób. Każdy miał jakąś jedną cechę, która należała wyłącznie do niego. Można było z tego wyciągnąć wiele intrygujących refleksji. Każdy na świecie ma swoje własne problemy. Jedne są mniejsze, inne większe, ale ludzie przeżywają je w ten sam sposób i często potrzebują akceptacji i przynajmniej próby zrozumienia. Tak było z Jackiem, który pragnął, by ludzie go widzieli i chciał poznać swoją przeszłość. Niestety poza tym postacie w "Strażnikach Marzeń" byli wyjątkowo niedopracowani, co odebrałam bardzo negatywnie. Wszyscy mieli wiele możliwości i jestem pewna, że z nich można by stworzyć coś więcej niż tylko animowanych bohaterów.

Grafika była bardzo ładna. Od razu wpadała w oczy i pozwalała się cieszyć kolorami i radością. Jednak cały czas miałam wrażenie, że czegoś w niej brakuje, że w pewien sposób jest niepoprawna, co niezwykle mnie irytowało. Bez wątpienia można było bardziej ją rozbudować.

"Strażnicy Marzeń" są bardzo przyjemnym filmem, lecz niestety nie byli tym, czego oczekiwałam. Jest to animacja na nudny dzień, ale nie można więcej po niej oczekiwać.          

sobota, 7 maja 2016

Władca Pierścieni: Dwie Wieże


Tytuł: Władca Pierścieni: Dwie Wieże

Reżyser: Peter Jackson

Produkcja: Nowa Zelandia, USA

Gatunek: Fantastyka

Rola główna: Elijah Wood

Część: II

Czas trwania: 2 godz. 59 min.

Premiera: 31 stycznia 2003 r. (Polska), 5 grudnia 2002 r. (świat)

Ocena: 9/10





Nadchodzą mroczne czasy... Pierścień chce powrócić do swojego pana coraz bardziej, a tym razem nie ma drużyny, która go pokona. Jest tylko Frodo, Sam i... Gollum. Razem muszą dotrzeć do Mordoru, gdzie ostatecznie ma się rozegrać walka między dobrem i złem. Ale kto tak naprawdę jest dobry, a kto zły? Czy można zaufać odwiecznym wrogom? W tym samym czasie po tragicznej śmierci przyjaciela elf, krasnolud i strażnik ruszają w pogoń za armią orków, która porwała ich małych towarzyszy. Muszą pokonać własne ograniczenia i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę ten wysiłek jest wart wyznaczonego im celu. Każdy z nich musi zajrzeć w przeszłość i w przyszłość, by zrozumieć, kim tak naprawdę jest. Natomiast dwa młode hobbity, by przeżyć, muszą znaleźć w sobie wolę walki i ukazać swoją prawdziwą naturę. Czy drużyna jest w stanie się jeszcze raz połączyć i pokonać pana zła? Czy Saruman podejmie właściwe decyzje?

Nie muszę nikomu chyba tłumaczyć, jak ważną rolę w naszej kulturze odgrywa "Władca Pierścieni". Jest to jedna z najbardziej popularnych trylogii pod względem literatury, ale również kinematografii. Dotychczas zapoznałam się z książką "Hobbit" i pierwszym tomem "Władcy Pierścieni". Obejrzałam trzy filmy o przygodach Bilba, a stosunkowo niedawno zaczęłam poznawać też wydarzenia z życia Frodo. Obiecałam sobie, że będę czytać najpierw jeden tom, a później od razu oglądać film. Z "Drużyną Pierścienia" tak właśnie zrobiłam, a z "Dwiema Wieżami"... No cóż... Nie wyszło. Obejrzałam ekranizację, nie czytając powieści. Pewnie wiele z was uważa, że to poważny błąd i bez wątpienia tak jest, ale akurat w wolny wieczór druga część pojawiła się w telewizji. Jak można zrezygnować z czegoś takiego? No sami przyznajcie.

Odkąd tylko poznałam świat wykreowany przez Tolkiena, jestem w nim zakochana. Uważam, że jest niesamowity. Te wszystkie barwne opisy, niezwykłe stworzenia i dopracowane szczegóły zachwyciły mnie. W produkcji jest to wręcz perfekcyjnie przedstawione. Wiele osób zarzuca, że ta rzeczywistość jest nierealna. Jednak czy ona kiedykolwiek miała przedstawiać prawdę? To opowieść fantasty, która ma własne zasady i nikt nie powinien ich podważać. Kiedy zaczęłam oglądać "Dwie Wieże", od razu poczułam klimat Śródziemia i przeniosłam się do tej niewiarygodnej krainy. Peter Jackson idealnie oddał jej wizerunek. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak sobie wyobrażałam. Nie oglądałam wcześniej żadnego filmu, choć pewnie widziałam fragmenty i utrwaliły się one w mojej pamięci. 

Fabuła ekranizacji jest wyjątkowo wciągająca. Jestem osobą, która ma poważny problem z oglądaniem filmów. Po prostu nie mogę usiedzieć tyle czasu przed telewizorem lub komputerem. Dwie godziny to jest dla mnie maksimum. Tymczasem zdziwiłam się, że produkcja skończyła się tak szybko... Nie wierzyłam, że minęły już te trzy godziny. Naprawdę tak szybko? Wszystkie wątki są zaskakująco dobrze połączone. Jestem mistrzynią wynajdywania błędów logicznych, lecz w "Dwóch Wieżach" nie znalazłam ich, co jest dla mnie miłym zaskoczeniem. Nie chcę wiedzieć, co przegapiłam. Możemy obserwować przygody różnych bohaterów, którzy znajdują się w innych częściach Śródziemia, co pozwala nam na ogólne zrozumienie postępowania postaci oraz wyobrażenie sobie, jak ten świat działa. W dodatku prawie każde wydarzenie ma jakieś przesłanie. Jest ono najczęściej ukryte pod płaszczem magii i fantastyki, ale wystarczy spojrzeć głębiej i wtedy można nauczyć się wielu nowych rzeczy. 

Bohaterowie... To temat na oddzielną recenzję, lecz mimo to i tak opiszę ich w wersji skróconej tutaj. To jest niesamowite, jak perfekcyjnie są dopracowani. Nie ma ani jednej postaci, która byłaby mętna i pominięta. Każdy ma w sobie coś wyjątkowego i każdy jest inny. Jest niesamowita rozbieżność charakterów, która pozwala na poczucie rzeczywistości. Najbardziej ze wszystkich moją uwagę przykuł Aragorn. Jest to bohater, którego nie mogę do końca zrozumieć, dlatego właśnie tak bardzo go lubię. Nie znam całej jego przeszłości, nie wiem, co czuje. Mogę tylko się domyślać i szanować go za decyzje i walkę, którą podejmuje przeciwko całemu światu. To jest dla mnie pewna postać, która nawet jeśli popełni katastrofalny błąd i tak będzie godna mojego uznania. Sam Frodo i jego przyjaciel Sam są niezwykli, ponieważ postanowili zrobić coś, czego nikt wcześniej się nie odważył zrobić. Można by zadać pytanie, kim oni są, że postanowili tak bardzo zaryzykować. To nie ma znaczenia. Oni po prostu odważyli się. Idealnie są również ukazane relacje między Legolasem a Gimlim. Dwie osoby, które przez uprzedzenia nie powinny się akceptować, a tymczasem pokonały stare waśnie i zaprzyjaźniły się, by następnie u swojego boku walczyć. Ich przemiana wewnętrzna jest bardzo ważną częścią całego filmu. 

Gra aktorska według mnie jest bardzo dobra. Oczywiście szczególną uwagę zwróciłam na Aragorna. Moim zdaniem Viggo Mortenson doskonale odtworzył rolę strażnika, ukazując wszystkie jego cechy charakteru oraz zachowując przy tym jego tajemniczość. W "Dwóch Wieżach" każda postać, nawet ta która gra epizodyczną rolę, jest bardzo dopracowana. Nie ma wątpliwości, że na tak dokładny dobór aktorów i ich charakterystykę należało poświęcić wyjątkowo dużo czasu.

"Władca Pierścieni" jest też znany z efektów specjalnych. Mówi się, że tylko "Hobbit" go pobił. Nie spotkałam produkcji, gdzie efekty był tak bardzo dokładne i niesamowite. Piękne widoki z Nowej Zelandii oraz odpowiednio dopasowane do tego zdarzenia razem stworzyły fantastyczną całość, która na długo zapada w pamięci. Aczkolwiek dużym zdziwieniem byli dla mnie orkowie. Znam ich przede wszystkim z "Hobbita", gdzie mieli całkiem inną formę. Tu jest ona jeszcze trochę nierealna. Na podstawie tych dwóch trylogii można bardzo dobrze zaobserwować, jak działa postęp.

Z "Władcą Pierścienia: Dwie Wieże" spędziłam niezwykłe chwile, które na długo zapamiętam. Jestem pewna, że gdy tylko będę miała czas, to przeczytam dwa pozostałe tomy trylogii i zapoznam się z ostatnią ekranizacją. Tymczasem każdemu fanowi fantastyki polecam obejrzenie tej produkcji. Jest to pozycja obowiązkowa.


piątek, 11 marca 2016

Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości


Tytuł: Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości

Reżyser: Laurent Tirard

Produkcja: Francja, Hiszpania, Włochy, Węgry

Gatunek: Komedia

Rola główna: Gérard Depardieu

Czas trwania: 1 godz. 50 min.

Premiera: 2 listopada 2012 r. (Polska), 6 października 2012 r. (świat)

Ocena: 6.5/10





Gdy słyszycie słowo historia, co myślicie? Kojarzy wam się z nudnym przedmiotem, którym byliście lub jesteście katowani w szkole? A może macie na myśli czasy przeszłe? Jesteście nimi zafascynowani? Na świecie jest wiele osób zaciekawionych historią i rozumiejących ją. Jednakże jeśli nie macie pojęcia o najprostszych wydarzeniach, co robicie? Proponowałabym w ciekawy sposób poznać parę komicznych zdarzeń, w których główna rolę odgrywało dwóch przyjaciół – Asterix i Obelix. Tym razem wybierają się do Anglii, by pomóc królowie obronić jej kraj. Lecz mają pewien problem – nie podróżują sami, ponieważ muszą opiekować się pewnym młodzieńcem, który ma odnaleźć w sobie mężczyznę. Czy Anglia zostanie uratowana? Czy młody Gal odnajdzie w sobie odwagę?

"Asterix i Obelix" jest kultową komedią, która od lat bawi i dorosłych, i dzieci. Jest to już czwarta produkcja przeznaczona dla starszych odbiorców, która łączy w sobie dwie wcześniejsze animacje. Ten cykl filmów jest dobrzy mi znany, lecz już dawno stracił na uroku i przestał mnie bawić. Kiedyś byłam wielką fanką tych komedii, gdyż odpowiadał mi humor oraz kreacja bohaterów. Całkowicie przypadkowo obejrzałam tę część, choć przyznaję, że gdy zaczęłam już oglądać, byłam ciekawa, jakie będzie moje ostateczne odczucie. Jakie było? 

Gdy zrozumiałam, że dwie animacje zostały powiązane, miałam mieszane odczucia. Jedna z tych bajek jest tą najstarszą wersją, którą oglądałam za czasów dzieciństwa. Natomiast ta druga jest najnowszym animowanym filmem pełnometrażowym z tej serii. Nie byłam do tego przekonana, choć muszę przyznać, że pod względem fabuły zaowocowało to ciekawym przebiegiem wydarzeń. Naprawdę szybko zmieniłam zdanie i dałam ponieść się wirowi akcji. Spodobało mi się również, że pojawiały się nawiązania do pozostałych produkcji, co nadało przebieg przyczynowo-skutkowy. Zawsze mnie bawi, gdy wydarzenia historyczne są przedstawiane jako komiczne wydarzenia z życia dwóch Galów. To jest naprawdę inteligentne posunięcie, choć niestety małe dzieci mogą w to uwierzyć, co raczej nie jest porządnym efektem...

Co do humoru w tej części mam ambiwalentne odczucia. Ogólnie spędziłam miłe chwile, śmiejąc się z różnego typu sytuacji, lecz czasami komizm wydawał mi się zbyt dziecinny i naiwny. Nie zmienia to faktu, że komedia jest naprawdę zabawna. Występuję typowo głupie żarty, ale pojawiają się również te na poziomie. Podoba mi się, że występuje nie tylko komizm sytuacyjny, ale też komizm postaci. Każdy bohater ma charakterystyczne cechy, sprawiające, że nieraz i nie dwa płakałam ze śmiechu. W "Asterixie i Obelixie" wszystko jest wyolbrzymione, co nadaje efekt przeniesienia się do innego świata. 

Jednak najbardziej ze wszystkiego zaskoczyła mnie kreacja bohaterów. Po karykaturalnym przedstawieniu spodziewałabym się wyłącznie refleksji nad jedną cechą. W tej części postacie miały bardzo rozbudowane charaktery, co naprawdę zrobiło na mnie dobre wrażenie. W dodatku występują silne powiązania między Galami i innymi mieszkańcami, co dobrze oddziaływuje na odbiór filmu. Przez to traci swoją naiwność i pod powłoką humoru pojawiają się istotne, życiowe problemy.

Co do gry aktorskiej nie mam żadnych zastrzeżeń. Oczywiście najważniejszą rolę odegrał aktor, który odtwarzał rolę Obelixa –  Gérard Depardieu. Zawsze ceniłam tego aktora. Potrafi oddać naturalność ludzkiego życia, przystosowując się do odpowiedniego środowiska.

"Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości" jest zabawną komedią, jednak przyznaję, że spodziewałam się czegoś więcej. Jest to produkcja, którą ogląda się wyłącznie do relaksu i w takiej formie go polecam.