czwartek, 30 grudnia 2021

Wisielcza Góra – Paulina Hendel

 

Tytuł: Wisielcza Góra

Autor: Paulina Hendel

Kategoria: Fantasy

Wydawnictwo: We need YA

Liczba stron: 450

Ocena: 6/10

Książkę "Wisielcza Góra" otrzymałam w ramach współpracy z TaniaKsiazka.pl






W życiu bywa różnie – wszyscy to wiemy. Raz jest całkiem dobrze, innym razem wszystko nam się wali i sposoby naprawienia okazują się bardzo angażujące i wymagające poświęceń. Nie każdy jest na nie gotowy, ale są one wymuszone. Trzeba jakoś przystosować się do nowej sytuacji i żyć dalej. Albo wierzyć, że z coś się ponownie zmieni, co pozwoli wrócić do dobrze znanego świata. Znacie to? 

Anka, Antek i Nastka zostali zmuszeni, by wyprowadzić się z domu i zamieszkać z ciotkami. Bez matki, która tak naprawdę jest przyczyną wyprowadzki, bez ojca i bez znanego otoczenia. Nie dość, że sytuacja już sama w sobie jest trudna dla rodzeństwo, to okazuje się, że w Grobowicach nie ma za zasięgu, a co za tym idzie internetu. To jeszcze nie koniec! Z niewiadomych przyczyn wszyscy mieszkańcy małego miasta patrzą na naszą trójkę bohaterów nieprzyjaźnie i widać, że coś jest nie tak. Co przyniesie los? Jak rodzeństwo poradzi sobie z tym wszystkim? I czy na pewno świat zapomniał o dawnych wierzeniach? 

O twórczości Pauliny Hendel słyszałam od dawna i były to w większości same pozytywy. Tym bardziej że wiele osób ceni ją ze względu nawiązań do wierzeń słowiańskich. To również mój konik. W swoim czasie lubiłam poznawać przeszłość naszej kultury i w tej tematyce również się odnalazłam. Nie posiadam dużej wiedzy, ale każdy taki motyw i ja cenię. To były wystarczające powody, bym dała się skusić najnowszej książce pisarki. No dobrze – mam też obsesję na punkcie słów, więc okładka na dzień dobry swoje zrobiła. Jak ostatecznie moje wrażenia? 

Zaczynając tradycyjnie od stylu, to muszę przyznać, że moje uczucia są mocno mieszane. Walczą ze mną dwie strony, gdzie jedna zachwala wiele aspektów, druga bezlitośnie krytykuje. Język, jakim pisze autorka, jest niesamowicie przyjemny i lekki w odbiorze. Po prostu siada się i momentalnie czyta, nie zauważając, ile stron już za czytelnikiem. Taka lekkość pióra daje szansę osobom, które niekoniecznie lubią czytać lub mają problemy ze skupianiem uwagi. Zarazem moje uwielbienie do angażującej stylistyki cierpiało. Widziałam wiele niedopracowanych elementów, braki opisowe i to wszystko sprawiało, że mimo przyjemnie spędzonego czasu na czytaniu, kończyłam z poczuciem braku satysfakcji z lektury. 

Fabularnie książka początkowo bardzo przypominała mi "Zmorojewo" Żulczyka. Uczucie to było na tyle intensywne, że gdybym czytała powieść na przykład w ebooku, to mogłabym się pomylić. Z czasem oczywiście minęło i fabuła poszła innymi torami. Wiele elementów rozczarowało mnie, ale też wiele dało radość z czytania. W końcu tak jak wspomniałam jest to jeden z wyjątkowo lubianych przeze mnie motywów. A tutaj od początku było czuć mgłę tajemnicy, która wabiła i hipnotyzowała. 

Co do bohaterów to również mam niespójne odczucia, lecz tym razem w żaden sposób nie jest to wada. Po prostu ich nie polubiłam, ale to wybitnie kwestia gustu, więc skupię się bardziej na kreacji. Jest ona według mnie naprawdę dobra, choć trudna do uchwycenia. Istnieje główna cecha, która przewodzi bohaterem, ale pod nią można zaobserwować wielowymiarowe osobowości. Zaskakują i zachęcają do oceny. Jeśli miałabym jednak poszukać jakiś sympatii, to o dziwo jest to Antek. Gdy go na początku poznajemy, to przemawia przez niego naturalność, taki brak wymuszenia. 

"Wisielcza Góra" okazała się ciekawą pozycją literacką, choć jest dla mnie symbolem powieści zbudowanej na bazie niespójności, co momentami irytowało mnie. Niemniej dało wiele godzin niesamowitej rozrywki i pozwoliło odpocząć od naszego codziennego świata. 

Więcej podobnych książek możecie znaleźć w dziale bestseller na TaniaKsiazka.pl

wtorek, 28 grudnia 2021

Echo Przyszłych Wypadków – James Islington

 

Tytuł: Echo Przyszłych Wypadków

Autor: James Islington 

Przekład: Grzegorz Komerski

Cykl: Trylogia Licaniusa 

Tom: II

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 873

Ocena: 7/10





Na przestrzeni tysiącleci możemy obserwować jak odmienność nie jest akceptowana, jak walczy się z nią i ją unicestwia. O jakiej odmienności mowa? Mam na myśli każdą, również tę niezdefiniowaną. Każdy pewnie rozumie przez "odmienność" coś innego. Czy widzicie nieświadomą w tym przypadku grę słów? Mówi ona o tym, że wszyscy jesteśmy inni od innych i jest to naturalne. W końcu czym by był świat, gdybyśmy byli nadmiernie do siebie podobni? Bez wątpienia jakimś nudnym miejscem bez finezji i piękna. Jeśli w ogóle byłby w stanie istnieć. 

Bariera słabnie – coraz więcej osób w to wierzy i jest gotowa coś z tym zrobić. Lecz niestety to więcej nie oznacza, że wystarczająco dużo. Nadal wiele osób uważa to za mrzonki i wymysły szaleńców lub za manipulację polityczną. W tym samym czasie Davian szkoli swoje umiejętności i niecierpliwie oczekuje na wieści właśnie spod Bariery. Wirr stara się wprowadzić wszystkie zamierzone plany i utrzymać stanowisko, co robi się coraz trudniejsze. Nie jest mile widziany wśród swoich poddanych, a pogłębia to jeszcze niepochlebna opinia jego matki. Asha również stara się utrzymać swoje stanowisko, ale o wiele bardziej interesuje ją odkrycie, co się stało z Azylem, a co za tym idzie, gdzie są Cienie. No i Caeden, który pragnie odzyskać jak najwięcej wspomnień, by ostatecznie dowiedzieć się, kim jest i jaki był jego plan, który w tej chwili wygląda na szaleństwo. Co z tego wyniknie? Czy uda się utrzymać Barierę? 

Premiera drugiego tomu "Trylogii o Licaniusie" była chyba najbardziej wyczekiwaną przeze mnie premierą końca tego roku. Pierwszy tom zachwycił mnie rozbudowanym uniwersum, niekonwencjonalnymi rozwiązaniami oraz genialnie wykreowanymi bohaterami. Dlatego nie mogłam się doczekać, co będzie dalej i jak poradzą sobie moi książkowi przyjaciele w świecie, który z każdą chwilą staje się inny niż dotychczas im znany. Co mogę powiedzieć po przeczytaniu "Echa Przyszłych Wypadków"? Chyba najbardziej wyczekiwaną przeze mnie premierą 2022 roku jest trzeci tom cyklu. Myślę, że to wystarczająco dużo tłumaczy.

Bardzo lubię styl, którym posługuje się pisarz, choć przyznam, że wymaga on ode mnie olbrzymich pokładów skupienia i zaangażowania wyobraźni. Cechuje się dopracowaniem i mocno rozbudowanymi zdaniami, co cenię wyjątkowo w literaturze, ale też przyznaję, że przez to czytałam powieść niesamowicie długo jak na moje możliwości. Pewnie z tego powodu mam wrażenie, że tym razem język autora był trochę nierównomierny, wręcz niestabilny. Były momenty, gdy dosłownie przepadałam w lekturze książki i nie zdawałam sobie sprawy, że za mną już 200 stron, a innym razem czytałam, czytałam i czytałam i przeczytałam dziesięć stron. 

Natomiast fabuła to ciężki orzech do zgryzienia, a raczej analizy wydarzeń, które tam miały miejsce. "Echo Przyszłych Wypadków" przedstawia niesamowicie skomplikowaną historię. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że chyba najbardziej skomplikowaną w mojej czytelniczej historii książek fantasy. To był kolejny aspekt, który sprawiał, że musiałam utrzymywać prawie przez cały czas skupienie i każdy rozpraszacz sprawiał, że traciłam wątek. Wrażenie zagubienia dodatkowo potęgowało występowanie w dużej liczbie imion, co jak część z Was wie, dla mnie jest problemem. Przez to miałam poczucie, że jednak w tym przypadku powieść jest zbyt długa. 

Mimo tych pojedynczych wad, które wymieniłam, nadal jestem pod olbrzymim wrażeniem całości i mam tutaj na myśli i całe uniwersum, i samą historię. Wyjątkowo cenię zabieg literacki związany ze wspomnieniami Caedena. Niesamowicie było spojrzeć na tego bohatera z tak wielu perspektyw, ale też jego wspomnienia dawały szansę, by zrozumieć, dlaczego przedstawiony świat wygląda teraz tak jak wygląda. To wszystko to naczynia powiązane tworzące niezwykłą sieć pomiędzy różnymi osobami, wydarzeniami i nawet przyszłością. Poza tym spowodowane tym zabiegiem przeskoki czasowe pozwalały zaobserwować, jak pisarz pewnie czuje się w swojej opowieści i jak sprawnie porusza się po wspomnianej sieci powiązań. Zarazem nie boi się łamać pewnych stereotypów występujących w gatunku fantasy. Niestety nie jestem w stanie przedstawić Wam tego na konkretach, bo właśnie jest to bardziej intuicyjne, abstrakcyjne niż uchwytne. 

Lubię przy tym gatunku powtarzać, że tak naprawdę mimo załamania zasad rzeczywistości opowieści fantasy są odzwierciedleniem realu. Historia lubi się powtarzać, a mechanizmy psychologiczne i polityczne pozostają takie same. To wszystko można odbierać jako wielką metaforę i gdy podniesie się kurtyna iluzji oraz wyobraźni wyraźnie widać nasze własne życie. "Echo Przyszłych Wypadków" jest tego najlepszym dowodem. Ukazuje, do czego może doprowadzić strach przed nieznanym. Boimy się tego, o czym nie mamy dostatecznie dużo informacji, wygłaszając czasami nieprzemyślane opinie. Niekoniecznie staramy się poznać nieznane, tylko z góry zakładamy, że to zagrożenie. I jakkolwiek jestem zdania, że ostrożność jest bardzo pożądana, to czasami przekraczamy granicę. Za tym powstaje mechanizm nienawiści do odmienności. Powstaje brak tolerancji, bliżej nieokreślony lęk oraz cierpienie i przemoc. W tym momencie zaczynają się decyzje, a niekiedy trudno określić, co jest odpowiednie, a co nie, co jest moralne, a co po prostu złe. Mniej więcej powieść przedstawia właśnie to zjawisko. 

Lecz przechodząc do mniej katastrofalnych tonów, muszę ukazać swoje uwielbienie do kreacji postaci. Widać, że każdy bohater został stworzony w sposób dogłębnie przemyślany, co pozwoliło wykreować osoby ludzkie, wielowymiarowe i będące symbolem wnikliwej obserwacji ludzkich charakterów. Najbardziej ze wszystkich cenię Caedena, co pewnie jest oczywistym wyborem. Jego historia jest najbardziej wielowymiarową opowieścią o jednym człowieku, więc możemy jako czytelnicy spojrzeć na niego z wielu perspektyw i poprzez pryzmat wielu ocen moralnych. Wtedy wyłania się postać o niesamowicie skomplikowanej i tajemniczej osobowości. Trochę odmiennie jest z Wirrem, który dzięki swoim rozważaniom świadczącym o jego inteligencji i naturalnym ciepłem, zyskał moją sympatię. 

"Echo Przyszłych Wypadków" to epicka opowieść o przyjaźni, wspólnym celu, tolerancji i wzajemnym zrozumieniu. Niesie ze sobą wiele wartościowych rozważań i daje olbrzymie pole popisu dla wyobraźni, kreując świat dobrze nam znany, ale zarazem całkowicie odmienny od codzienności. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak niecierpliwie oczekiwań na zwieńczenie tej opowieści. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Fabryce Słów

poniedziałek, 20 grudnia 2021

Dziadek do orzechów – E.T.A. Hoffmann

 

Tytuł: Dziadek do orzechów

Autor: E.T.A. Hoffmann

Przekład: Józef Kramsztyk

Kategoria: Literatura dziecięca, klasyka

Wydawnictwo: MG

Liczba stron: 188

Ocena: 4/10







Już za kilka dni święta, a razem z nimi ta niesamowita atmosfera, która jest uwielbiana nie przez jedną osobę. Okres świąteczny bardzo kojarzy mi się z dzieciństwem. Wtedy jeszcze wierzyłam w magię w dosłownym rozumieniu tego słowa i chciałam, by było jej jak najwięcej. A moja wyobraźnia była na tyle rozbudowana, że moje pragnienia były spełniane przez mój umysł. Mam wrażenie, że teraz brzmi to jak jakieś halucynacje, ale tak naprawdę to były cudowne czasy. A wspomnienie tego pozwala mi przypomnieć, że każdy z nas posiada nadal swoją cząstkę dziecka i powinien w odpowiednim czasie z tego skorzystać. Zrobicie to? 

Nadszedł ten niesamowity czas, na który Klara i Fred czekali tak niecierpliwie – czas na świąteczne prezenty! Co roku otrzymują od swojego ojca chrzestnego niezwykły, misternie wykonany przedmiot. Tym razem jest to zamek, który dzięki wspaniałemu mechanizmowi posiada ruszające się figury. Mimo tego że to małe cudo wśród mechanizmów, dzieci nie doceniają prezentu. Jednak dostają jeszcze jeden prezent – dziadka do orzechów. Mała Klara ku zdziwieniu wszystkich dorosłych jest nim oczarowana i otacza swoją opieką. Co niesie za sobą ta niezwykła przyjaźń? Czy świat naprawdę jest tym, czym się wydaje? 

"Dziadek do orzechów" to powieść, o której słyszałam wiele pozytywnych opinii – oczywiście najczęściej w okresie świąt bożonarodzeniowych. Lecz nigdy nie miałam okazji się z nią zapoznać. Moje pragnienie, by to zrobić było dogłębne. Ale wiecie, jak to jest z książkami. Zawsze jest coś do przeczytania i zawsze jest coś jeszcze pilniejszego do przeczytania... Na pewno sami to przeżywacie. Jednak nie tym razem! Ogłaszam, że w roku 2021 udało mi się przeczytać "Dziadka do orzechów". Jak moje wrażenia? 

Przyznam się, że w ogóle nie wiedziałam, o czym jest ta opowieść. Wystarczyło mi, że jest tam jakiś tytułowy dziadek do orzechów. Nawet nie wiedziałam, czy chodziło o przedmiot, czy może przewrotnie osobę. Gdy czytałam i poznawałam dalej fabułę, to miałam wrażenie, że sam pomysł mnie odrzuca i nie pozwala poczuć historii całą sobą. Wydaje mi się ona zbyt typowo dziecięca i niczym nie wyróżniająca. Zdaję sobie sprawę, że te słowa niektórym mogą wydać się zbyt odważne i może nawet kontrowersyjne. W końcu to klasyka literatury dziecięcej, nie od wczoraj uznana. Niestety w moim przypadku nic to nie zmienia. 

Styl autora jest stanowczo największą zaletą "Dziadka do orzechów". Wyróżnia się kwiecistością i barwnością, ale zarazem utrzymuje odpowiedni jej poziom. W końcu to opowieść dla dzieci, dlatego ten piękny język zachwyca ciekawą składnią, ale jest też na tyle prosty, by dzieci mogły go zrozumieć. A przynajmniej tak mi się wydaje. Pod każdym względem dopracowany, co intensywnie oddziaływuje na wyobraźnię. Plastycznie nadaje barw historii. Dzięki temu widać, że pisarz szanował swoich czytelników i tutaj upływ lat tego nie zmienił. 

Moim największym problemem w tej książce jest fabuła. Z jednej strony dzieje się w niej tak niesamowicie wiele, a z drugiej nic, co zachęcałoby do dalszej lektury. Naprawdę nie jestem w stanie ubrać tego w słowa, ale było coś, co mnie po prostu odrzucało od powieści i w żaden sposób nie umiałam z tym walczyć, czy zaakceptować. Pod tym względem to naprawdę wielkie rozczarowanie. 

Cała książka to niezwykły popis umiejętności pobudzania wyobraźni i pozwolenia, by zawładnęła ona rzeczywistością. To przekaz, że wyobraźnia jest potęgą i za jej pomocą można czynić wielkie rzeczy. Jest to pogląd, który sama wyznaję, więc pod tym względem moje serce napełniło się ciepłem, a ja sama ostatecznie podchodzę do powieści z szacunkiem. Tym bardziej że udowadnia ona, że dobro niesie za sobą dobro, a podążanie za swoimi ideałami, póki w nie wierzymy i nie krzywdzą nikogo, jest słusznym wyborem

Mimo tego że ostatecznie "Dziadek do orzechów" okazał się rozczarowaniem i nie przyniósł mi magii świąt, której tak bardzo oczekiwałam, cieszę się, że nareszcie poznałam tę opowieść. Mam wrażenie, że jest to bardziej kwestia mojego gustu i być może jakiś uprzedzeń niż bezpośrednio książki. Przekazuje ona wspaniałe wartości i sprawia, że nagle nie ma żadnych ograniczeń. Każdy z nas od czasu do czasu powinien to poczuć. 

Za książkę dziękuję bardzo Wydawnictwu MG


czwartek, 16 grudnia 2021

Bożonarodzeniowa Księga Szczęścia – Jolanta Kosowska


Tytuł: Bożonarodzeniowa Księga Szczęścia 

Autor: Jolanta Kosowska

Kategoria: Literatura obyczajowa, romans

Wydawnictwo: Zaczytani

Liczba stron: 342

Ocena: 6/10







Niedługo nadchodzi Boże Narodzenie, czyli czas, który dużej części z nas kojarzy się jako czas dobry, wyjątkowy i wnoszący magię do naszego życia. Mam wrażenie, że akurat święta Bożego Narodzenia wywołują w nas skrajne emocje. Wiele z nas raduje się w tym okresie i stara cieszyć z obecności rodziny i bliskich. Jednak wyobrażam sobie, że niektórzy z nas właśnie wtedy uświadamiają sobie, że brakuje jakieś bliskiej osoby, że ktoś się nie pojawił, że przygotowania świąteczne to też duży wysiłek i fizyczny, i psychiczny, i ekonomiczny. Wszystko ma swoje dwie strony. Akurat ja zawsze należałam do tej szczęśliwej strony. To prawda – przed Wigilią potrafi być nerwowo. Kupowanie prezentów, robienie zakupów w tłumie ludzi, sprzątanie czy gotowanie... Mój dom wtedy to stanowczo kłębek nerwów, lecz gdy przychodzi już ten niezwykły czas, cieszymy się, że jesteśmy razem. 

Piątka przyjaciół, którzy mimo upływającego czasu, mimo odległych miejsc zamieszkania i mimo różnych zainteresować, nadal uwielbiają siebie nawzajem, wspierają się i... Piszą co roku listy bożonarodzeniowe. Co by się nie działo, to przed Bożym Narodzeniem musi przyjść list od pozostałej czwórki, musi być też wysłany. I nikt nigdy nie zawiódł. To podsumowanie obecnego roku i przypomnienie, że mimo tylu różnic nadal przyjaźnią się. Czyż nie piękna tradycja? Jednak w tym roku jednego listu zabrakło. Można mówić, że się zgubił, że nie było czasu go napisać lub że po prostu się zapomniało. Lecz dochodzą do tego nieodebrane połączenia telefoniczne, nieodpisane maile. Tego nie można zignorować. 

Mamy grudzień, więc z zapałem zaczytuję się w książkach świątecznych. W żadnym innym miesiącu nie byłabym w stanie się w nich zaczytywać. Po prostu stronię od literatury obyczajowej czy romansów. Niemniej atmosfera świąt Bożego Narodzenia jest na tyle wyjątkowa, że wychodzę z frazesowej strefy komfortu i zaczynam przez chwilę inaczej patrzeć na świat. Drugą świąteczną książką, którą przeczytałam w tym roku, jest "Bożonarodzeniowa Księga Szczęścia". Tak trochę nie do końca na temat – bardzo podoba mi się tytuł!

Przede wszystkim zdecydowałam się ją przeczytać, bo przypadł mi do gustu pomysł na fabułę. Listy bożonarodzeniowe, droga na ratunek – czyż nie brzmi intrygująco? Mam wrażenie, że to fascynujące połączenie tradycji z czymś odrobinę bardziej nowoczesnym. Tym bardziej że zagadka, co się stało z Leną, czyli bohaterką, która w tym roku nie napisała listu i nie odbiera telefonów, sprawia, że koniecznie chciałam poznać zakończenie. Nie miałam w ogóle koncepcji, co mogło się stać i przyznam, że zakończenie bardzo mnie zadziwiło, choć nie do końca się spodobało. Lecz mimo to je doceniam, gdyż cała ta tajemnica pcha do przodu fabułę, ucząc zarazem czytelnika cierpliwości i w sposób przyjemny przedstawiając inne opowieści z życia bohaterów. 

Największym mankamentem, który dostrzegam, jest styl pisarki. Cały czas czułam, że jest niedopracowany i nie chodzi mi tu o to, że autorka nie umie pisać, ponieważ bez wątpienia posiada tę umiejętność. Po prostu uważam, że powinno się jeszcze do tego przysiąść i właśnie dopracować w niektórych miejscach. Być może moje zastrzeżenie wynika z faktu, że język jest bardzo, naprawdę bardzo prosty. Co dla wielu na pewno jest zaletą. W szczególności, że to książka typowo świąteczna. Dla mnie niestety okazało się to wadą. Odbierało potencjał przedstawionym treściom. 

Niezmiernie ciekawym zabiegiem literackim jest fakt, że akcja tak naprawdę odbywa się w ciągu tylko kilku dni. Tymczasem listy oraz wspomnienia sprawiają, że poznajemy jako czytelnicy kilkanaście lat życia bohaterów. W rzeczywistości siedzimy razem z Rafałem w jego mieszkaniu, a następnie w samochodzie, by dowiedzieć się, jak wiele przeszli razem z Leną i jak wpłynęło to na ich obecne życie. Fascynowało mnie to, gdyż ogólnie uważam to za ciekawy zabieg literacki i zarazem bardzo trudny. A w "Bożonarodzeniowej Księdze Szczęścia" został on wykonany wprost perfekcyjnie. Dzięki temu mimo że nie dzieje się zbyt dużo, to miałam poczucie, że stało się wiele istotnych rzeczy. Szkoda tylko, że niekiedy opowieść okazywała się naiwna i nie wyobrażam sobie niektórych ciągów przyczynowo-skutkowych. 

Niestety też zawiodłam się na kreacji głównych bohaterów. Mamy piątkę przyjaciół, gdzie prym wiedzie tylko dwójka. Pięć postaci, które można genialnie wykreować. Pięć postaci z potencjałem. Żadnego nie poznajemy. Jest skupienie na historii Leny i Rafała i mam wrażenie, że pisarka zapomniała o pozostałej trójce i tym, że poza wydarzeniami w życiu istnieją też osobowości i konkretne relacje, co doprowadza dopiero do właśnie tych wydarzeń. 

Teraz chcę przejść do najważniejszej dla mnie części książki, czyli do tematyki. "Bożonarodzeniowa Księga Szczęścia" jest przykładem powieści, która przedstawia treści, z którymi prawie w stu procentach się zgadzam, a nie są one w literaturze zbyt często poruszane. Ujmę to w jednym zdaniu: najważniejsze są priorytety. Brzmi co najmniej sztywno i protekcjonalnie.  Jednak ujmuje fakt, że w życiu jest wiele ważnych relacji, spraw i marzeń, z których musimy zrezygnować. Na rzecz czego? Na rzecz tych najważniejszych. Zawsze wydawało mi się okrutną prawdą, że czasami trzeba poświęcić sprawy niezwykle ważne, by móc utrzymać te najważniejsze. I tutaj te sprawy, które określam jako najważniejsze, są dla każdego człowieka indywidualne. Dla jednych jest to miłość i bliscy, dla niektórych kariera, dla innych spełnianie pasji. To kwestia subiektywnego wyboru, do czego każdy ma prawo i jeśli dobrze zdecyduje, na tyle, na ile pozwoli życie, powinien być szczęśliwy. Warto też przy tym pamiętać, że jeśli obiecamy komuś opiekować się nim, to powinniśmy dotrzymać tej obietnicy. 

"Bożonarodzeniowa Księga Szczęścia" ma wiele wad pod względem warsztatu literackiego, niemniej w mojej opinii niesie wiele wartościowych treści i pozwala na dogłębną refleksję. Tyle wystarczy, by ostatecznie przymknąć oko na mankamenty i skupić się na najważniejszym. Jeżeli odnajdujecie się w tego typu literaturze, powieść powinna Wam się spodobać. 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

PREMIERY NA STYCZEŃ 2022 OD MG! ♥♥♥

Miasteczko Middlemarch t.1 George Elliot 


Miasteczko Middlemarch to jedna z najważniejszych pozycji w kanonie klasycznej literatury angielskiej. George Eliot, jedna z najbardziej nowoczesnych postaci epoki wiktoriańskiej, erudytka, okrzyknięta z powodu wyzwań, jakie rzuciła opinii publicznej - angielską George Sand, podniosła powieść do rangi dyskursu filozoficznego, a pasjonujący romans umiejscowiła w sferze społeczno-moralnej.

Dzieją się w Anglii lat 20. XIX wieku rzeczy ważne, a miasteczko Middlemarch, tak jak każde prowincjonalne miasteczko, jest tych wielkich przemian minisceną, toteż historia toczy się wraz z wątkiem romantycznym i kryminalnym. Losy miasteczka Middlemarch są historycznie i ekonomicznie splecione z losami okolicznej społeczności, mieszkańcami sąsiednich dworów i należących do nich farm.

Na tak szeroko zarysowanym tle maluje George Eliot losy głównych bohaterów: młodej, bogatej i szlachetnej Dorotei Brooke, która szuka godnego celu, by nadać sens swojemu życiu, oraz Tertiusa Lydgate’a, lekarza, który cel znalazł w pracy badawczej i praktyce medycznej, ale przeszkodą w jego realizacji staje się piękna kobieta. Oba te główne wątki mają liczne odgałęzienia, odnogi i boczne pędy, tyleż interesujące, co barwne i nasycone ciepłym humorem. Oglądamy cały złożony świat prowincjonalnej Anglii - mieszczan, kupców, lekarzy, prawników, a także farmerów, ba, nawet najemnych robotników rolnych, których zakończony około 1815 roku proces grodzenia otwartych pastwisk, uprzednio dostępnych każdemu, pozbawił możliwości pracy na własnej ziemi. Nie brak również przedstawicieli Kościoła i typowego dla ówczesnych zmian w hierarchii społecznej procesu przeobrażania się żarliwego kalwińskiego dysydenta w szacownego członka Kościoła anglikańskiego. Obrazu dopełnia piękna sceneria okolic Coventry, pełne nostalgicznej tęsknoty opisy krajobrazu środkowej Anglii, owego raju utraconego szczęśliwego dzieciństwa pisarki…


Bolesław Chrobry. Złe dni ** Antoni Gołubiew 


Kontynuacja trzeciego tomu monumentalnego dzieła o początkach polskiej państwowości. Powieść historyczna z czasów Mieszka I i początków panowania Bolesława Chrobrego.

Potężna i niezwyciężona armia Henryka II prze na wschód, już stoi nad Odrą. Bolesław jeden tylko rozkaz wydaje - nie przepuścić! Jednakowoż za wielkie i za silne to parcie na Bolesławowe Księstwo. Giną tarczownicy, drużyny posieczone w lasach, spalone domostwa, mordy, rabunek i gwałty…. Ciżba ludzka, głodna i przerażona gna ku grodom, które trzeba zamknąć…

Co robić, jak przetrwać ten marsz tysięcy saskich wojów w szłomach…. Jaka będzie tego cena? Czy Księstwo się zbuntuje przeciw władcy?

Profesor Charlotte Brontë 


William Cromsworth odrzuca swe arystokratyczne dziedzictwo i wyrusza do Brukseli, by tam znaleźć szczęście. Zostaje nauczycielem języka angielskiego w szkole z internatem dla młodych panien, gdzie musi stawić czoła manipulacjom ze strony dyrektorki, Zoraïde Reuter, która, powodowana zazdrością, usiłuje zniszczyć miłość rodzącą się między nim a uczennicą, Frances Henri, równie jak William ambitną i energiczną młodą kobietą. Niezwykła opowieść o miłości a zarazem krytyka relacji damsko-męskich, które w epoce wiktoriańskiej niejednokrotnie sprowadzały się do walki o dominację. W książce tej znajdziemy liczne wątki autobiograficzne. Charlotte Brontë, podobnie jak jej bohater William, uczyła angielskiego w szkole w Brukseli. I podobnie jak on doświadczała miłości. Jednak jej obiektem był żonaty właściciel szkoły, co nie mogło zakończyć się happy endem.

Mały lord Frances Hodgson Burnett 


Siedmioletni Cedryk wiedzie szczęśliwe, choć skromne życie u boku matki w Nowym Jorku. Dzięki nieprzeciętnej urodzie i ujmującej osobowości chłopiec zjednuje sobie serca wszystkich spotkanych osób. Jego los zmienia się diametralnie, gdy do drzwi puka tajemniczy prawnik z wiadomością, że Cedryk jest jedynym żyjącym potomkiem hrabiego Dorincourt i dziedzicem jego bajecznej fortuny. Chłopiec wyrusza do Anglii, aby zamieszkać z dziadkiem – człowiekiem powszechnie nielubianym, który przez całe swoje długie życie nie znał miłości innej niż własna.

Pani na Hruszowej. Dwadzieścia pięć lat wspomnień o Marii Rodziewiczównie Jadwiga Skirmunttówna 


Pamiętnik najbliższej przyjaciółki Marii Rodziewiczówny.
Poznały się w czasie rodzinnych wizyt. Praca społeczna, wspólne zebrania i wycieczki zaowocowały stale pogłębiającą się przyjaźnią, na której charakter niewątpliwy wpływ miał podziw, by nie powiedzieć uwielbienie Jadwigi dla starszej o jedenaście lat Marii. Z czasem więzy przyjaźni zadzierzgnęły się jeszcze mocniej. W 1919 obie zamieszkały razem. Jadwiga stała się prawą ręką właścicielki Hruszowej, pomagała jej w prowadzeniu domu i ogrodu. Stała się dobrym i po trosze opiekuńczym duchem powieściopisarki, starającym się odsunąć od niej wszystko, co mogłoby stanowić przeszkodę w twórczej pracy. Dla siebie wybrała świadomie miejsce na drugim planie. Wszyscy zapamiętali ją jako osobę uśmiechniętą, pogodną...
Towarzyszyła pisarce podczas wojen i pokoju, zarówno w Warszawie, jak i w Hruszowej. Była z nią aż do chwili śmierci.
Wspomnienia spisane w niniejszej książce to zapis przepięknej przyjaźni, czy wręcz miłości dwóch niezwykłych kobiet, ale też zapis życia w wyjątkowych czasach i w wyjątkowych miejscach, które tak bardzo obie ukochały – Warszawie i na Kresach.



Coś Was zainteresowało? 

poniedziałek, 13 grudnia 2021

Tchnienie duszy – Barbara Ptak

 

Tytuł: Tchnienie duszy 

Autorka: Barbara Ptak

Kategoria: Poezja 

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 46

Ocena: 6/10








Z pasją kontynuuję tegoroczną przygodę z poezją i tym razem ponownie postanowiłam zapoznać się z tomikiem współczesnych wierszy. Nie do końca wiem, po czym wybierać takie tomiki poezji, więc tym razem dałam się przekonać tytułowi, który za pomocą dwóch słów oczarował mnie i zapowiedział intrygującą przygodę z głębokimi przeżyciami wewnętrznymi. A mówię tutaj o dziele Barbary Ptak, czyli o „Tchnieniu duszy”. 

Od pierwszych stron poczułam się mocno przekonana do tych wierszy, ponieważ od jakiegoś czasu decyduję się na krótką i prostą formę poezji, a tym razem poczułam wreszcie jakąś odmianę i mogłam cieszyć mój zmysł literacki rozbudowaną stylistyką. Dla samej siebie określam to jako starą szkołę wierszy. Taka rozbudowana poezja dosłownie kojarzy mi się z edukacją, gdy z pasją interpretowałam na języku polski wiersze naszych narodowych wieszczy, ale też i innych klasyków. Wtedy miałam właśnie poczucie takiej patetyczności i wręcz podekscytowania, że za kurtyną pozornie nic nie znaczących zdań kryją się głębokie refleksje, które nastrajają do kontemplacji przeczytanego tekstu. W przypadku „Tchnienia duszy” moje odczucia są identyczne. Tutaj całość po prostu tchnie wieloma metaforami, przepięknymi epitetami, niekonwencjonalnymi porównaniami i innymi środkami stylistycznymi, których nie jestem w stanie nazwać. Choć zaczynam się trochę obawiać, że przeraziłam Was już tym tomikiem wierszy. Nic mylnego – Barbara Ptak przy całym kunsztownym języku zadbała, by nie została przekroczona granica pomiędzy przesadnością, nieuzasadnionym patosem, a poczuciem zrozumienia u czytelnika. Bardzo szanuję poetkę właśnie za do subtelne wyczucie swoich czytelników. 

Jednak żeby nie było zbyt pięknie, to po przeczytaniu wierszy mam takie negatywne poczucie, że nie wyróżniają się niczym. Mają w sobie coś niesamowitego i całkowicie to doceniam, ale zarazem czuję, że autorka nie odnalazła własnej niszy i powtórzyła treści, które są już czytelnikom doskonale znane. Być może za dużo oczekuję, ponieważ obecnie wychodzą codziennie nowe książki, nowe tomiki poezji… Trudno znaleźć coś nowego. Wiersze zawarte w „Tchnieniu duszy” są dobre, naprawdę dobra, ale też tylko dobre. Pragnęłabym znaleźć wśród nich taki wiersz, który poruszy mnie na tyle, żebym teraz mogła o nim Wam opowiedzieć, żebym przede wszystkich chciała to zrobić. Poezja ma moc i podczas czytania chciałabym ją poczuć. 

A teraz małe wyzwanie dla Was! Jak myślicie, o czym są wiersze? Tak, oczywiście są o życiu i miłości. Nic wyróżniającego, ale przecież to moje ulubione tematy, więc bardzo się cieszę, że to one znalazły ujście w poezji. To niesamowite, jak bardzo te dwa pojęcia są szerokie, abstrakcyjne i pełne możliwości. Jednak czy odnalazłam w tych konkretnych wierszach coś zaskakującego mnie i zapierającego dech w piersiach? Niestety nie. Tutaj jest podobnie – wszystko doceniam, uważam, że to jak najbardziej słuszne i cudowne, ale nadal moja dusza krzyczy, że chce oryginalności… 

Warto też wspomnieć, że niektóre wiersze są mocno religijne. Jeśli mnie znacie, to dobrze wiecie, że raczej unikam tego jak ognia. Co prawda jestem osobą wierzącą – katoliczką, lecz duchowe sprawy pozostawiam właśnie własnej duszy, a w literaturze nie umiem odnaleźć się w takich motywach i przeżyciach. W „Tchnieniu duszy” też się nie odnalazłam, ale za to nie przeszkadzały mi w żaden sposób te wiersze, co jest z moich ust komplementem. 

„Tchnienie duszy” to tomik poezji, który czyta się z przyjemnością i pozwala on skupić się na różnego rodzaju przeżyciach, a nie czasami ponurej rzeczywistości. Niezmiernie cieszę się,  że mogłam zapoznać się z twórczością poetki. Mimo pewnych wad i rozczarowań będę dobrze wspominać tę przygodę. 

Egzemplarz recenzencki Szukater.pl

czwartek, 9 grudnia 2021

Ministerstwo moralnej paniki – Amanda Lee Koe


Tytuł: Ministerstwo moralnej paniki 

Autor: Amanda Lee Koe

Przekład: Mikołaj Denderski

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Tajfuny

Liczba stron: 216

Ocena: 6/10






Historia pokazała, że świat dla kobiet nie jest miejscem przyjaznym. Przez większość istnienia ludzkości kobiety były poniżane i traktowane jako gorszy gatunek ludzi. Nie mogły mieć własnego zdania, nie mogły iść przez życie według własnych zasad, często nie mogły nawet marzyć. Były prowadzone jedną ścieżką i nikt nie zwracał uwagi, czy ta ścieżka im odpowiada. Na szczęście w wielu rejonach świata z czasem sytuacja kobiet się poprawiła. Powoli zaczęły być traktowane jako równe mężczyznom. Niemniej proces poprawy sytuacji kobiet rozpoczął się stosunkowo niedawno, a i dzisiaj niekiedy wydaje się być tylko pozorny. Tym bardziej że w wielu częściach świata nadal nic się nie zmieniło i nie widać znaków, by w najbliższym czasie miało się zmienić. Brzmi to dla mnie przerażająco, ale cieszy mnie, że mówi się o tym na głos. 

Moje przemyślenia miały początek w czasie lektury książki "Ministerstwo moralnej paniki". Autorka jest pochodzenia singapursko-amerykańskiego, więc zapewne zna dwa kulturowo odmienne od siebie światy. Zdecydowałam się zapoznać z tą książką, ponieważ słyszałam często sprzeczne opinie na temat treści, które przedstawia. Dla mnie takie sprzeczne opinie działają jak wabik. I oto mam lekturę za sobą i... Bardzo mieszane odczucia. 

Od pierwszych stron można zaobserwować, że pisarka posługuje się unikatowym stylem. Dotychczas nie spotkałam się z powieścią, gdzie język używany przez autora tworzył taką niestandardową atmosferę. Przez "Ministerstwo moralnej paniki" przemawia pewność siebie i bezkompromisowość. Te dwie cechy warsztatu literackiego prowadzą czytelnika przez przedstawiane treści, mówiąc, że teraz czas na słowa pisarki. Nie ma tu możliwości przerywania, podważania. Teraz czas na Amandę Lee Koe i to, co ona chce opowiedzieć. Trudno mi się było ustosunkować do jej poglądów, ponieważ czułam właśnie to narzucanie mi opinii. Zamiast chcieć słuchać pisarki, czułam się do tego zmuszona. 

W ogóle warto wspomnieć, że książka jest zbiorem czternastu opowiadań. Opowiadań, które są całkowicie od siebie odmienne, jednakże posiadają wspólny rdzeń – poniżenie i bardzo trudny los kobiet. Każde opowiadanie po kolei wywoływało we mnie wiele negatywnych emocji. Bez wątpienia właśnie taki był zamysł pisarki, lecz było mi ciężko sobie poradzić z własnymi, tak bardzo intensywnymi, emocjami. Ogrom zadawanego cierpienia, niesprzyjającego losu i niemożność wyrwania się z błędnego koła poniżenia przytłaczały mnie i sprawiały, że nie chciałam kończyć książki. Zarazem wiedziałam, że należy ją skończyć, bo nie można obojętnie przechodzić przy takich treściach. 

Podoba mi się różnorodność opowieści. Przedstawione są kobiety w różnym wieku, o różnych pochodzeniu pod względem statusu społecznego i ekonomicznego oraz o różnych historiach. Niektóre z kobiet zostały postawione przed danym wydarzeniem i nie otrzymały szansy wyboru. To los i źli ludzie zdecydowali o nich. Lecz jako czytelnicy możemy też obserwować kobiety, które miały wybór i wybrały cierpienie i upokorzenie. Tak naprawdę to pozornie był wybór. Z obiektywnej perspektywy można zaobserwować, gdzie mogły zdecydować inaczej i iść drogą lepszego traktowanie. Niemniej społeczeństwo, stereotypy i presja podyktowały ich życie i nie pozwoliły na szczęście. 

W "Ministerstwie moralnej paniki" czuć pewne różnice kulturowe. Wydają się być dyskretne, lecz wystarczająco zauważalne, by doprowadzić do refleksji nad tym, co dzieje się w innych częściach świata i jak jest to postrzegane. Wszystkie opowiadania traktuję jako manifest pisarki, która krzyczy, że nadal potrzeba zmian. I że nie można zamykać oczu, tylko dlatego że być może nam w tej chwili jest komfortowo i czujemy się szczęśliwe. Nigdy nie wiadomo, czy to się nie zmieni, a teraz mamy wystarczająco sił, by przynajmniej próbować pomóc innym. 

Moim jedynym problemem związanym z tą książką jest pewnego rodzaju wyłaniająca się pretensjonalność wśród przedstawionych treści. Mam poczucie, że to przemówi do osób, które same choć w małej mierze przeżyły coś podobnego. Dla osób, które nie rozumieją, może pozostać to nadal nieuargumentowanym zarzutem. Pragnęłabym w tej książce odnaleźć coś, co właśnie pomoże innym zrozumieć sytuację niektórych kobiet. 

Książką Amandy Lee Koe okazała się wyjątkowo poruszającą lekturą, która niosła wiele wartościowych i przełomowych treści. Pisarka nie bała się pisać o tym, co myśli i nie unikała tematów tabu. Jest to godne szacunku i przyznania jej olbrzymich pokładów odwagi. Niestety nie wszystkie aspekty pod względem warsztatu literackiego przypadły mi do gustu, co sprawiło, że odebrałam opowiadania w mniej pochlebny sposób niż dawały na to potencjał. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

niedziela, 5 grudnia 2021

Dobrze, że jesteś – Gabriela Gargaś

 

Tytuł: Dobrze, że jesteś

Autorka: Gabriela Gargaś

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Liczba stron: 326

Ocena: 6/10

Książkę "Dobrze, że jesteś" przeczytałam w ramach współpracy z TaniaKsiazka.pl






"Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku" – słowa Seweryna Krajewskiego odwołują się do dnia ważnego dla wielu osób, które obchodzą święta Bożego Narodzenia, do Wigilii. Wigilia Bożego Narodzenia jest dniem wyjątkowym, podczas którego może dojść do wielu magicznych wydarzeń. Nas do tego dnia już nie wiele dzieli. Lecz czy tak naprawdę nie możemy sprawić, żeby każdy dzień był tak samo wyjątkowy jak właśnie Wigilia? Oczywiście, że 24 grudnia niesie ze sobą niepowtarzalną atmosferę związaną z towarzystwem bliskich osób, religijnych uniesień i pięknych ozdób świątecznych. A jeśli by odrzucić kolędy, zimę, prezenty i ozdoby, a pozostawić miłość do bliskich, to czy nie mogłoby być tak codziennie? 

Zoja bardzo potrzebuje pieniędzy, by wspomóc swojego brata. Z tego powodu jest zdecydowana przyjąć pracę, gdzie będzie musiała pracować nawet w święta Bożego Narodzenia. Lecz jest zdeterminowana, pełna energii i gotowa nawet wśród tabelek Excela nieść świąteczną radość. Natomiast Borys ma tylko jeden cel do realizacji – oddać perfekcyjny projekt do pracy. Jego pracoholizm oraz perfekcjonizm sprawiają, że nie dostrzega tego co wokół. Dlatego jest gotowy zatrudnić kogoś do pomocy w pracy, kto będzie gotowy wspierać go w tym projekcie nawet w święta. Więc oto oni: ona pełna energii, kolorów i miłości, on skupiony na pracy i nadmiernie profesjonalny. Co z tego wyniknie? 

Grudzień jest stanowczo miesiącem, gdzie mam ochotę sięgnąć po gatunek literacki, który zazwyczaj omijam szerokim łukiem – literaturę obyczajową, oczywiście z elementami romansu. I również oczywiście z motywem świątecznym. W tym roku zdecydowałam się zapoznać z twórczością Gabrieli Gargaś. Dużo dobrego słyszałam o powieściach pisarki, więc postanowiłam sprawdzić, jak mają się one do mojego gustu czytelniczego. Jak wrażenia? Rollercoaster emocjonalny – tylko tak da się to określić. Mam Wam bardzo dużo do przekazania. 

Pod względem stylu pisarskiego jestem całkowicie usatysfakcjonowana. Był dokładnie taki, jakiego oczekiwałam, czyli prosty i przyjemny w odbiorze. Nie był przesadnie kunsztowny lub na siłę poetycki, nie był też infantylny. Po prostu był swojski, co pozwoliło mi odnaleźć się w powieści. Wielokrotnie zostałam rozśmieszona, co było kolejną, wielką zaletą książki. To naprawdę rzadko w moim przypadku się zdarza. Mimo że jestem pozytywną osobą, to ciężko mnie szczerze rozśmieszyć, a tutaj autorce się udało. Dzięki tej naturalnej prostocie i zabawnym fragmentom powieść czytało się w zastraszająco szybkim tempie. 

Natomiast odnosząc się do fabuły, to była ona bardzo nierównomierna. Początkowe wydarzenia niosły ze sobą naturalność oraz pozwalały poznać bohaterów i cały kontekst opowieści. Jednak czym dalej, tym byłam coraz bardziej rozczarowana i miałam coraz więcej zastrzeżeń. Pojawiają się przeskoki czasowe, które utrudniały mi odnalezienie się w chronologii. Wydaje mi się, że wiem, jaki był zamiar pisarki, jednakże pozostanę przy opinii, że tutaj nie było potrzeby wprowadzać innej kolejności wydarzeń. Utrzymanie linii chronologicznej przyniosłoby takie same efekty i uchroniło przed niepotrzebnym zamętem w historii. Ogólnie "Dobrze, że jesteś" jest powieścią bardzo przesłodzoną i przedramatyzowaną. Tego się spodziewałam po świątecznej książce, lecz tutaj miałam wrażenie, że zostały przekroczone pewne granice. Te urocze i ckliwe sceny jak najbardziej są potrzebne i ich w żaden sposób nie neguję. Często takie opowieści pozwalają nam poczuć ciepło na sercu. Niemniej mam wątpliwości, co do realności tego wszystkiego. Być może mogłoby zdarzyć się w prawdziwym życiu w odniesieniu jeden do jednego, ale by to opisać trzeba o wiele więcej słów – słów stwierdzających fakty i słów opisujących rzetelniej przeżycia wewnętrzne bohaterów. Podsumowując ten wątek – książka powinna być o wiele dłuższa!

Niestety i do bohaterów mam wiele zastrzeżeń. Założyłam, że Gabriela Gargaś w tej powieści zdecydowała się przedstawić proces zmiany postrzegania życia. Motyw przeze mnie uwielbiany i bardzo ceniony. Tylko niestety tutaj ponownie wszystko działo się za szybko i w sposób nie do końca spójny! Borysa bardzo polubiłam i mimo jego zdystansowanego zachowania darzyłam niezwykłą sympatią. Rozumiałam tego mężczyznę i początkowo jedno zachowanie wynikała z drugiego. Z czasem nadeszła wspomniana zmiana i tutaj zabrakło mi poczucia, że to się dzieje. Natomiast Zoi nie umiałam zaakceptować. Uwielbiam ekscentryków i ludzi, którzy łamią normy społeczne, nie krzywdząc przy tym nikogo. Ale u Zoi nie czułam tej kreatywności, tego powiewu radości. Wszystko, co robiła, wydawało mi się wymuszone i na pokaz. 

Same treści przedstawione w "Dobrze, że jesteś" – swoją drogą bardzo podoba mi się tytuł – przemawiają do mnie i pokrywają się z poglądami, które ja sama wyznaję. Więc dlaczego tutaj nasuwa się "ale"? Ponieważ były one przekazana w sposób zbyt nachalny i moralizujący. Wybrzmiewały w pięknych cytatach, które znajdowały się prawie na każdej stronie. Mówi się, że od przybytku głowa nie boli, ale nie byłabym taka pewna tego stwierdzenia. Pragnęłabym ujrzeć te treści w samej historii. Ujrzeć, a nie usłyszeć. To duża różnica. 

Lecz żeby nie popaść w ton zbyt krytykujący, bo ta książka ma zbyt dużo zalet, by przesadzić z wymienianej wad, to chciałabym się  jeszcze odnieść do tematyki. Pojawia się motyw ukazujący, że czasami zamiast gnać do przodu na siłę, warto się zatrzymać, rozejrzeć wokół siebie i docenić to, co się już ma, ponieważ w wyścigu o więcej można stracić dobrych ludzi, których ma się wokół. Jednak jak zapewne wszyscy wiemy, życie nie jest idealne i jakkolwiek byśmy pragnęli, nie układa się dokładnie według naszych marzeń. Dlatego po prostu trzeba się zmierzyć z tym, co właśnie życie przyniesie. Może być to niezwykle trudne, wydające się nie do pokonania, ale trzeba próbować. A czasami taką próbą jest walka, a innym razem danie sobie przyzwolenie na odpoczynek i pobycie z własnymi emocjami. Każdy z nas popełnia błędy i każdy z nas powinien dostać szansę, by przeżyć ich konsekwencje, a następnie wyciągną coś z nich dla siebie. 

W każdym roku wygląda to tak samo – koniecznie pragnę przeczytać świąteczną książkę, by później narzekać na jej ckliwy i moralizujący wydźwięk. Jak widzicie, "Dobrze, że jesteś" właśnie jako pierwsze w tym roku dołączyło do tej tradycji. Dlatego z czystym sumieniem powiem Wam, że jeśli lubicie świąteczne powieści, to zakochacie się w niej. Natomiast jeśli nie, to może przemyślcie jej lekturę! 

Podobne świąteczne książki znajdziecie w kategorii nowości na TaniaKsiazka.pl

czwartek, 2 grudnia 2021

Epigramy – Małgorzata-Maggie Gołębiowska

 

Tytuł: Epigramy

Autorka: Małgorzata-Maggie Gołębiowska 

Kategoria: Poezja

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza 

Ocena: 2/10









Przy prawie każdej recenzji gnębię Was tą samą historią – postanowiłam w tym roku pogłębić swoją znajomość poezji. Oczywiście mam tu na myśli i poezję współczesną, i trochę bardziej tradycyjną. Jednak całkowicie w swoim postanowieniu zapomniałam o formach jak najbardziej należących do gatunku poezji, ale też odmiennych od tego, z czym spotykamy się na co dzień. A mówię tutaj o epigramach. Czym są epigramy? Dla niewtajemniczonych już tłumaczę. Idąc za słownikiem PWN: „krótki utwór poetycki o zaskakującej puencie”. Przecież to brzmi genialnie! W ostatnim czasie stanowczo zaczynam doceniać krótkie formy, które pozornie wydają się banalne, a tak naprawdę zawierają w sobie wiele mądrości i często też rozrywki. Próbowaliście napisać coś krótkiego i inteligentnego? Ja tak i przyznam, że w moim wykonaniu to delikatnie mówiąc porażka. Szybciej napiszę opasłą księgę niż w zdaniu lub dwóch zawrę coś wartościowego. 

Ale czemu tym razem z zaangażowaniem przedstawiam Wam tę anegdotę? Otóż jestem świeżo po zapoznaniu się z krótkim tomikiem wierszy pod bardzo naprowadzającym tytułem – „Epigramy”. Gdyby nie ten tytuł, to w ogóle nie pamiętałabym o istnieniu takiej formy poezji. Dlatego z zaintrygowaniem postanowiłam przeczytać te krótkie zdania i sprawdzić, jak przypadną mi do gustu. Jak było? Niestety bardzo źle…

Przede wszystkim zostałam negatywnie zaskoczona prostym odbiorem. Pewnie zastanawiacie się, dlaczego negatywnie. Jeszcze przed chwilą wychwalałam taką formę. Tak, ale tutaj prostota weszła w infantylizm, przekroczyła granicę dobrego smaku i zamiast dawać iskrę, która mówi: patrzcie, to oczywiste, ale zapominacie o tym, to mówi o rzeczach banalnych, znanych i powtarzalnych. Być może tutaj dużą rolę odgrywa również fakt, że byłam mocno nastawiona na jakieś barwne rozwiązania stylistyczne. Spodziewałam się gier słów, pięknych metafor, niekonwencjonalnych porównań i niespotykanych epitetów. Tymczasem nie znalazłam tego, choć może lepiej stwierdzić, że nie było to w moim guście. Wydawało mi się, że pisanie epigramów daje olbrzymie możliwości na błyskotliwe i kąśliwe uwagi. W przypadku tych „Epigramów” nie czułam satysfakcji z czytania i momentami męczyłam się. 

Kolejnym aspektem, który mnie rozczarował, jest sama treść krótkich wierszy. Po przeczytaniu tomiku – a zapewniam Was, że starałam się czytać ze skupieniem i zaangażowaniem – nie jestem w stanie stwierdzić, co takiego autorka chciała przekazać swoim czytelnikom. Oczywiście warto wziąć pod uwagę, że pewnych rzeczy mogłam po prostu nie zrozumieć albo nie przemawiają do mnie, jednakże tutaj nie trafiłam na ani jedno dzieło, które poruszyłoby mnie lub oczarowało. Wierszyki mówią o rzeczach codziennych i przyziemnych. W pewnym sensie to dobrze, ponieważ o nich też nie można w żaden sposób zapominać. Tylko że w tym momencie ponownie muszę powiedzieć „ale”. Ale w tej codzienności nie było konkretnej treści, w której mogłabym odnaleźć jakieś ważne wartości. Rezultat jest taki, że po przeczytaniu nie miałam potrzeby przemyślenia niczego, zastanowienia się nad moim życiem. Po prostu odłożyłam tomik na półkę i przypomniałam sobie o nim dopiero w kontekście pisania tej recenzji. Teraz myślę, że chyba wśród wszystkim moich oczekiwań – jak widać mocno wygórowanych – pragnęłam, by pojawił się śmiech, a przynajmniej rozbawienie. Kolejne niepotrzebne rozczarowanie… 

Gdy wyrażam swoje zdanie, które jest tak mocno negatywne, mam pewne opory, czy to na pewno kwestia pozycji literackiej, czy być może moich odczuć podyktowanych wyłącznie przez subiektywizm. Tutaj wchodzą dwa podejście do takich tekstów: właśnie całkowicie subiektywne odczucia i głęboka analiza zahaczająca już o obiektywną wiedzę. Drugiego nie jestem w stanie Wam dać, bo mam poczucie, że za mało wiem, ale żeby nie popaść zbyt w pierwsze podejście zakończę, mówiąc: spróbujcie, może właśnie to dla Was wiersze. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

poniedziałek, 29 listopada 2021

Gąsienica – Ranpo Edogawa

 

Tytuł: Gąsienica

Autor: Ranpo Edogawa

Przekład: Dariusz Latoś

Kategoria: Kryminał, opowiadania

Wydawnictwo: Tajfuny

Liczba stron: 191

Ocena: 6/10







Dusza człowieka jest niezgłębionym naczyniem, które potrafi zaskoczyć nawet właściciela. Tak naprawdę jest bytem oddzielnym, niezależnym, istniejącym według własnych praw. Możemy zapewniać wszystkich wokół, że zapanujemy nad nią albo jesteśmy jej częścią. Ale czy tak naprawdę to ona nie panuje nad nami? To nie my jesteśmy jej własnością? Tak naprawdę wszystko zależy od tego, czy wierzycie w istnienie duszy i w jakim rozumieniu. Dla mnie to pojęcie zawsze kojarzy się z początkami filozofii i w pewnym ujęciu również psychologii, więc z chęcią zamieniłabym "duszę" na "psychikę". Jednak znaczenie pozostaje to samo i tak samo w sferach domysłów i właśnie filozofii. 

W ostatnim czasie zapoznaję się z literaturą japońską. Swoją przygodę z nią rozpoczęłam poprzez mangi, by przejść bezpośrednio do klasyki literatury japońskiej. Mam bardzo mieszane uczucia co do niej, gdyż mój odbiór przedstawianych treści jest niespójny. Zarazem czuję mroczną fascynację, by właśnie przez nią czuć też odrzucenie. Tym razem zdecydowałam się zapoznać z opowiadaniami w zbiorze "Gąsienica". Wydawało mi się, że to będzie coś odmiennego. W dużej mierze takie były, ale potwierdziło moją teorię co do tego, że przez tę kulturę przechodzi niespotykany rodzaj mroku. 

Na razie ujmując "Gąsienicę" jako całość, muszę przyznać, że styl autora jest bardzo niedopracowany. Brakuje finezji w doborze słów i gramatyce, choć nie jestem w stanie wyczuć, czy pochodziło to bezpośrednio od pisarza, czy jest to kwestia tłumaczenia. Niemniej przez język autora przemawia pewnego rodzaju barwność i unikatowość, która prowadzi czytelnika przez ciemne oblicze duszy człowieka, dając obrazowy wgląd w uczucia bohaterów. 

Niezmiernie doceniam, że na początku polskiego wydania znajduje się wstęp do opowiadań. Pozwala to już na samym początku przygody z twórczością pisarza poznać lepiej jej kontekst, po krótce historię Ranpo Edogawa i nakierunkowuje, gdzie poszukiwać sedna. A w tym przypadku bez wątpienia warto podchodzić do lektury z jakąś wiedzą. To nie są opowiadania stricte w naszym europejskim rozumieniu. Jako czytelniczka mogę jednoznacznie stwierdzić, że my mamy swój własny schemat, który może nie jest na co dzień wyczuwalny, lecz w porównaniu do literatury innych części świata nie można go nie zauważyć.

Pisarz używa ciekawych zabiegów narratorskich i wykazuje w tym aspekcie dużą dozę kreatywności. Niekiedy poznajemy opowieść poprzez list, innym razem są to słowa całkowicie innej osoby i przy tym często występuje narrator wszechwiedzący. Tutaj ponownie mam wrażenie, że w naszej kulturze narracja jest zamknięta w ciasnych stereotypach. Oczywiście narracje są różne, ale jest to rzadsze i widać pewien kłopot z wykorzystaniem możliwości różnorodności narracji. 

Zbiór opowiadań rozpoczyna "Test psychologiczny", który okazał się moim wielkim rozczarowaniem. Nie chodzi o to, że ta historia ma zły warsztat, czy nieciekawą fabułę. Po prostu brakuje dopracowanie i wielkim problemem jest inspiracja. Nie wiem, czy to wynika z wcześniejszego wstępu, czy jest to rzeczywiście tak bardzo powiązane, ale od pierwszych stron da się wyczuć fascynację "Zbrodnią i karą" Dostojewskiego. Mam wrażenie, że "Test psychologiczny" jest pigułką tego dzieła, tylko dużo gorszą i nie skupiającą się na małych, ale tak istotnych motywach pobocznych. Sytuację w dużej mierze ratuje już kolejne opowiadanie, czyli "Czerwony pokój". Przy nim nadal czuję rozczarowanie, ale już pojawia się zafascynowanie, obrazowe postrzeganie świata i uczuć bohaterów. Ostatecznie "Czerwony pokój" robi na mnie wrażenie, lecz nadal to za mało. Jeśli miałabym wybrać opowiadanie, które wreszcie zaspokaja mój niedosyt, to byłaby to tytułowa "Gąsienica". To właśnie ta historia pozostawia mnie przepełnioną mrocznymi emocjami, skonfundowaną i z poczuciem olbrzymiego dyskomfortu. 

Wszystkie opowiadania łączy to mroczne oblicze duszy, które niesie ze sobą hipnotyzujące, ale też negatywne emocje. Tutaj pasja, która osobiście kojarzy mi się z czymś pięknym i niesamowitym, przeradza się w obsesję, by spętać duszę człowiekowi i zawładnąć nim na zawsze. Jej macki owijają całe istnienie i doprowadzają do autodestrukcji. Jest to tak odmienne od tego, co promuje europejska literatura, że trudno uświadomić sobie, że pasja w tych dwóch rozumieniach ma ten sam rdzeń. Czytając, miałam poczucie, że powietrze przy mnie robi się coraz bardziej gęste i coraz bardziej dusi i zmusza, by wreszcie obsesja przejęła stery. 

"Gąsienica" okazała się zbiorem opowiadań pozwalających zdobyć nowe spojrzenie na świat, lecz niekoniecznie lepsze. Na pewno trudniejsze i bardziej mistyczne. Jednak mimo tego obezwładniającego efektu, nadal niesie ze sobą rozczarowanie i nie zachęca, by dalej zapoznawać się z twórczością pisarza. Niemniej myślę, że jeśli polskie przekłady pozwolą, to dam jeszcze szansę klasyce japońskiej w wykonaniu tego twórcy. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

piątek, 26 listopada 2021

Król Lew – Bobby J.G. Weiss

 

Tytuł: Król Lew

Autor: Bobby J.G. Weiss

Ilustracje: Sparky Moore

Przekład: Mateusz Lis

Kategoria: Komiks

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 64

Ocena: 6/10






Mamy rok 1994. Ja go nie pamiętam, bo jeszcze nie było mnie na świecie. Jednak na pewno część moich czytelników miało już dostatecznie dużo lat, by mieć jakieś wspomnienia z tamtego okresu. Pewnie zastanawiacie się, co było w 1994. Wtedy weszła do kin animacja, które przez kolejne prawie 30 lat będzie podbijać serca małych widzów, ale i tych starszych też. Mowa tutaj oczywiście o „Królu Lwie”. Internetowe plotki mówią, że wytwórnia Disney’a zdecydowała się na tę produkcję, jednak nie zwiastowała jej spektakularnego sukcesu. Z perspektywy czasu wydaje mi się to wręcz przekomiczne. Przecież duża część z nas zgadza się, że ta bajka jest po prostu przepiękna. Sama historia porusza serce, piękna jak na tamte czasy animacja zachwyca do dzisiaj, mimo że na tę chwilę mamy o wiele większe techniczne możliwości. Nie można też zapomnieć o jakże cudownym podkładzie muzycznym. Jak sami widzicie, stanowczo mam olbrzymi sentyment do „Króla Lwa”.

Z tego względu zdecydowałam się na zapoznanie z komiksem „Król Lew”. Dla mnie to klasa sama w sobie i olbrzymie pokłady sentymentalizmu o pozytywnym wydźwięku. Czy pomysł, by tym razem przedstawić tę historię w postaci komiksu jest dobry? Ciężko mi stwierdzić. To zawsze jakaś nowość, a przynajmniej dla mnie, bo wcześniej nie spotkałam się, żeby ta opowieść była przedstawiana w takiej graficznej wersji. Jednak wychodząc do przodu, już teraz zdradzę Wam, że po przeczytaniu mówię kategorycznie nie. Czemu?

Mam wrażenie, że fabuła została mocno uproszczona, co może i jest rozsądnym rozwiązaniem, patrząc, że głównymi odbiorcami mają być dzieci, jednakże taki zabieg pozbawił historię jej piękna i mądrości. Mam mocne wątpliwości, czy osoby, które nie poznały oryginału, będą w stanie bez większych kłopotów odnaleźć się w całości i zrozumieć, co się dzieje. Tym bardziej że tutaj nie ma żadnego miejsca, by przywiązać się do bohaterów. Niekiedy nawet wątpiłam, czy da się ich tak po prostu spamiętać. Jeśli oglądało się animację, czy film z 2019, to doskonale się wie, kogo mamy przed sobą. Zresztą sympatię i antypatie w takim przypadku są już wyrobione. Ale co jeżeli nie zna się w ogóle bohaterów? Myślę, że w tym momencie cały komiks staje się porażką. 

Warto też zwrócić uwagę na to, czego ten komiks może nauczyć. Sama animacja niesie ze sobą wiele mądrości, ale w formie graficznej ona ginie. Za każdym razem gdy czytam książkę lub właśnie komiks, a następnie piszę dla Was recenzję, staram się przemyśleć dokładnie, co mi dała ta pozycja, o czym mówiła i czego się nauczyłam. Zazwyczaj udaje mi się bez większych problemów, a w tym przypadku prawie wszystko, co chcę napisać pochodzi bardziej z oryginalnej historii, a nie bezpośrednio komiksu. Choć też przyznaję, że w tym przypadku mam olbrzymi problem z brakiem podkładu muzycznego. To papierowe kartki – tutaj jeśli bardzo mi zależy, mogę sobie sama włączyć odpowiedni utwór. Niemniej „Król Lew” na zawsze pozostanie przede wszystkim musicalem i nic tego nie zmieni. 

Odkąd tylko wiedziałam, że ta wersja „Króla Lwa” trafi do mnie, byłam mocno podekscytowana i zastanawiałam się, w jaki sposób będzie rozwiązana kwestia ilustracji. Czy sugerując się okładką, będą one fotosami z animacji? Czy jednak to będzie całkowicie nowa wersja? Ostatecznie teraz mogę potwierdzić, że są to oryginalne ilustracje z filmu. Dla mnie jest to zarazem olbrzymia zaleta, ale też i wada. Cieszę się z wykorzystania tradycyjnej wersji, gdyż tutaj ponownie przemawia przeze mnie sentyment, który jednak odgrywa najważniejszą rolę w tym przypadku. Ale mam też poczucie, że to rodzaj powtarzalności i pójście na łatwiznę. Prawdopodobnie wykreowanie nowej pod względem wizualnych walorów wersji byłoby skomplikowanym prawnie procesem. Jednak jak już ktoś decyduje się na odnowienie historii, to może warto byłoby dosłownie ją odnowić… 

W całej recenzji skupiłam się na samej sobie i własnych przeżyciach, a przecież tutaj chodzi przede wszystkim o naszych małych czytelników, więc zadam te pytanie – czy dzieciom ten komiks spodobałby się? Moim zdaniem dzieci będą się nudzić, czytając tę historię w takiej wersji. Potrzeba czegoś więcej, żeby je zainteresować. Na pewno nie będą tak mocno rozważać tych wszystkich niuansów jak ja. W końcu nie są wychowane na tej bajce przez ponad 20 lat. Ostatecznie mimo mojego sceptyzmu nie chcę byście twierdzili, że nie jest to godna uwagi pozycja. Myślę, że to komiks z rodzaju: co czytelnik to inna opinia. I przy tym pozostańmy. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

wtorek, 23 listopada 2021

Almond – Won-Pyung Sohn

 

Tytuł: Almond

Autor: Won-Pyung Sohn

Przekład: Urszula Gardner

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: MOVA

Liczba stron: 240

Ocena: 8/10







Niektórzy z nas cierpią na jakieś zaburzenia i mówię tutaj o szerokiej gamie dolegliwości, chorób i deficytów. Ja mam wadę wzroku, ktoś inny problemy z kręgosłupem, jeszcze ktoś inny zmaga się z problemami psychicznymi. Część z tych rzeczy jest dla nas czymś naturalnym i w żaden sposób nie przyciąga uwagi. W końcu która młoda osoba nie ma teraz problemu ze wzrokiem? Jednak inne wymagają o wiele więcej cierpliwości, tolerancji i zaangażowania społecznego. Czy to oznacza, że ten ktoś jest dziwny, nienormalne albo obciążający? Wiem, że to ciężkie działa, ale takie słowa często się słyszy. Odpowiedź oczywiście brzmi nie, pod żadnym pozorem. Niemniej nadal brniemy w takie stygmatyzujące etykiety. 

Yunjae cierpi na aleksytymię, czyli niemożność odczuwania i identyfikacji swoich przeżyć emocjonalnych. Jest to powiązane z deficytami w działaniu ciał migdałowatych. Chłopiec nie uśmiecha się, nie płacze, nie boi niczego i nie do końca rozumie zachowania innych osób. Mogłoby się wydawać, że brak możliwości odczuwania strachu czy smutku jest czymś wymarzonym, lecz te emocje nie powstały po to, by nas gnębić. Są całkowicie adaptacyjne. W takim razie jak ma żyć ktoś taki jak Yunjae? Mimo tej trudności jego mama bardzo go kocha i angażuje się w walkę z jego zaburzeniem. Jak każdy z nas czasami popełnia błędy, jednak jej kreatywność i miłość do dziecka prowadzą przez życie chłopca. Lecz co się stanie, gdy zabraknie matki? 

W ostatnim czasie czytałam bardzo dużo japońskiej literatury, więc tym razem zdecydowałam się na coś trochę innego. Co prawda nie odchodzę zbytnio od schematu, ale przemieszczam się do innego państwa – dzisiaj o dziele koreańskim o zachęcającym tytule "Almond". Miałam okazję poznać wiele pozytywnych opinii na temat tej powieści, co sprawiło, że sama zapragnęłam poznać tę książkę i wyrazić całkowicie własne zdanie. I teraz mogę to powiedzieć – zgadzam się, "Almond" jest fantastyczną historią. 

Gdy zaczynałam czytać tę książkę, nie wiedziałam do końca, o czym ona opowiada. Być może właśnie dlatego jestem teraz zaskoczona, ale też oczarowana niekonwencjonalnym pomysłem. Dotychczas nigdy nie spotkałam się z tą tematyką. Mam na swoim czytelniczym koncie powieści o psychopatach, o tym zaburzeniu, lecz nawet nie wiedziałam, że istnieje choroba zwana aleksytymią. Wydaje się to tak podobne do psychopatii, a tak naprawdę jest czymś całkowicie odmiennym. 

Styl, którym posługuje się pisarka, jest niesamowicie dopracowany, a przy tym płynny. Odpowiedni dobór słów sprawił, że przeniosłam się do życia Yunjae i zapomniałam, że istnieje moje własne. Pozwoliło mi to na tyle zagłębić się w fabułę, że nawet nie zauważyłam, jak przeczytałam ponad połowę książki. Myślę, że ta swoboda stylistyczna objawia się również w dialogach i opisach uczuć wewnętrznych, które optymalnie ze sobą współgrały. 

Sama fabuła jest wolno płynąca, ale tak naprawdę są to tylko pozory, ponieważ dzieje się w powieści wiele, tylko często wychodzi to poza sferę wydarzeń, a przemieszcza się do sfery uczuć i emocji. To właśnie tam odbywa się główna część akcji i to ona prowadzi czytelnika przez zawiły i odmienny mózg chłopca, by ukazać świat poprzez inną perspektywę. "Almond" jest podzielony na cztery części, gdzie trzy pierwsze symbolizują konkretne osoby, a ostatnia w moim mniemaniu jest podsumowaniem. Ten układ w sposób przejrzysty ukazuje życie Yunjae, by następnie łącząc całościowo wątki, ukazać, jak bardzo skomplikowane jest i jak wiele cierpienia, ale też szczęścia niesie. 

Jestem pod wrażeniem, że pisarka wykreowała tak nieoczywistą postać jak Yunjae. To nie lada wyzwanie, gdyż jest to bohater pejoratywnie kojarzony ze względu na brak odczuwania emocji. Wydaje się być robotem, który nic nie czuje i funkcjonuje wyłącznie dzięki swojej inteligencji. Tymczasem pokazanie wielowymiarowości jego umysłu jest mistrzowskim zabiegiem. Podobnie sprawa ma się co do przyjaciela chłopaka – Gona. Tutaj ponownie jest to postać nieoczywista i wymykająca się wszelkim stereotypom. Dająca poczucie, że zbyt często oceniamy innych na podstawie... Właśnie, na podstawie czego? 

Samo wskazanie na istnienie aleksytymii jest godne szacunku. W końcu takie osoby istnieją, są rzadkością, ale istnieją i my sami możemy mieć z nimi styczność. Zrozumienie, na czym polega ten deficyt, jest niezmiernie ważne. Jednak odchodząc już od mózgu chłopca, to można to odczytywać jako niezwykłą metaforę mechanizmów oceniania i postrzegania świata wyłącznie przez własną indywidualną perspektywę. Won-Pyung Sohn łamie tutaj stereotypy i przypomina, że żeby zrozumieć drugiego człowieka trzeba przysłowiowo przejść się w jego butach. Wydaje się to banalnym frazesem, ale stojąc przed człowiekiem, nigdy do końca nie wiemy, co przeszedł w życiu, z czego to wynika, co on o tym myśli i jak to go ukształtowało.  

"Almond" dogłębnie mnie poruszył i dał szansę na przemyślenie wielu rzeczy. To jedna z tych powieści, która autentycznie zmienia coś w myśleniu człowieka i daje szansę, by wykorzystać to realnie w życiu. Jest to książka przyporządkowana do literatury młodzieżowej, ale tak naprawdę tutaj nie ma znaczenia, czy jest się nastolatkiem, czy dorosłym. Warto się z nią zapoznać, gdyż po prostu jest wartościową pozycją literacką. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

"Pani Dobrego Znaku. Wieczny pokój" Feliks W. Kres – PREMIERA 26 listopada

 

Szerń - wisząca nad światem Potęga zdolna obdarzyć inteligencją dowolny gatunek i zamienić w strzaskany grobowiec największe góry. Albo ożywić marzenie.


Każdy kraj ma swoje legendy. Serce Dartanu bije dla tych o rycerskiej chwale. Ile w tej chwale pozostało honoru, przekona się Ezena - wyzwolona niewolnica postawiona przez umierającego księcia na czele największego majątku Cesarstwa.
W krainie rządzonej przez mężczyzn, kobieta sięgnie po władzę. Bez sprzymierzeńców, bez przyjaciół, mając po swojej stronie tylko najdroższą niewolnicę królestwa i bezgraniczną wiarę zmarłego.
W walce o SeyAye nie będzie litości, miłosierdzia ani godności. Ale będą o niej śpiewać pieśni.
 





Feliks W. Kres
Urodzony 1 czerwca 1966 r w Łodzi
Debiutował w roku 1983 opowiadaniem „Mag” nadesłanym na konkurs miesięcznika „Fantastyka”.
Od tego czasu opublikował kilkadziesiąt opowiadań i 13 dłuższych form, zyskując oddane grono wiernych wielbicieli.
Czytelnicy pokochali jego opowiadania i powieści o Szererze, ale zanim doczekali się ukończenia Księgi Całości, autor ogłosił w 2010, że zawiesza działalność na czas nieokreślony.

Był to długi urlop, niemniej właśnie się skończył i w roku 2021 autor powróci z dwiema zupełnie nowymi książkami, które zamkną cykl a Księga Całości wreszcie stanie się kompletna!

Wieszczymy, że przyniesie to autorowi wiele satysfakcji, gdyż jak sam o sobie mówi, jest porządnym rzemieślniczym majstrem i tak też podchodzi do swojej twórczości: „byłem uczniem, potem czeladnikiem, teraz, po dwudziestu latach, mam już własny warsztacik. Gdybym był krawcem, to na ścianie domu wisiałby szyld o treści: "Krawiectwo lekkie. Mistrz Feliks W. Kres". Taki profesjonalizm został wielokrotnie doceniony przez krytyków i czytelników, przynosząc autorowi szereg nagród, w tym Nagrodę im. Janusza A. Zajdla dla Najlepszej Powieści Roku za powieść "Król Bezmiarów" (1992)
A co później? Może kolejny tom z serii „Piekło i szpada”, którą Feliks stworzył z tęsknoty za klasyczną powieścią awanturniczą? Może kolejny tom znakomitych felietonów nonfiction?

Tego jeszcze nie wiemy, ale wiemy jedno – już nie możemy się doczekać!

poniedziałek, 22 listopada 2021

"Pan Lodowego Ogrodu 3" Jarosław Grzędowicz – JUŻ W KSIĘGARNIACH

 


Władza… Wystarczyło zaledwie czworo obdarzonych jej pełnią Ziemian, by z planety Midgaard uczynić istne piekło.

Vuko Drakkainen podąża śladami ich przerażającego szaleństwa. Z misją: zlikwidować! Odesłać na Ziemię, lub pogrzebać na bagnach. Problem w tym, że oni stali się… Bogami.

Filar, cesarski syn, mimo młodego wieku zaznał już losu władcy i wygnańca, wodza i niewolnika. Podąża ku przeznaczeniu, szukając ratunku dla swego skazanego na zagładę świata.

Nafaszerowany magią, naszpikowany akcją. Nie spoczniesz, dopóki nie skończysz.

Trzeci tom cyklu to prawdziwa uczta. Drakkar niesie Vuko i jego drużynę w nieznane. Gdzieś tam daleko czeka Lodowy Ogród, a w nim, niczym pająk w sieci, władca, któremu korona wyrasta wprost z czaszki...

Mówią, że zimna mgła żyje. Inni uważają, że to oddech bogów albo brama zaświatów.

Midgaard. Planeta, gdzie nas, ludzi, postrzega się jako istoty o rybich oczach. Gdzie trwa wojna bogów, a samozwańczy demiurgowie hodują okrucieństwo kwitnące w mroku zła. Gdzie więdną najnowsze ziemskie technologie, a człowiek stawić musi czoła swoim koszmarom. I zostaje

zupełnie sam…

Kto czytał tom pierwszy wie, że nie spocznie, póki nie skończy. Kto nie czytał, powiększy grono ogrodników.

piątek, 19 listopada 2021

Liście - Rafał Barbarski

 

Tytuł: Liście

Autor: Rafał Barbarski

Kategoria: Poezja

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 38

Ocena: 8/10








Po dniu ciężkim, pełnym wrażeń, obowiązków i nieprzewidzianych konsekwencji lubię usiąść i sięgnąć po poezję. Wiersze od jakiegoś czasu pozwalają mi złapać oddech i zapomnieć o istnieniu w ostatnich czasach ponurej rzeczywistości. Tak naprawdę nie należę do ludzi, którym z łatwością przychodzi rozumienie głębokich metafor, odnajdywanie symboli i wyciąganie rozsądnych lub poruszających wniosków. Na szczęście wiersze nie różnią się tak bardzo od prozy i mogą nieść ze sobą różnorodność możliwości. Ja akurat decyduję się na rozrywkę. Co tym razem przeczytałam? 

Zapoznałam się z tomikiem poezji Rafała Barbarskiego o prostym i wdzięcznym tytule „Liście”. Gdy zaczynałam czytać, nie miałam żadnych oczekiwań poza wspomnianą rozrywką. Miałam odpocząć, pozwolić sobie na wydech i zapomnienie. Tak też w samej rzeczy było, lecz okazało się, że na tych ledwie kilkudziesięciu stronach mogę znaleźć znacznie więcej. I teraz z ręką na sercu muszę przyznać, że to był jeden z najlepszych tomików współczesnej poezji, jaki miałam okazję czytać w swoim życiu. 

Przede wszystkim od pierwszych stron byłam oczarowana umiejętnością poety do tworzenia bardzo prostych i oczywistych metafor, ale zachowujących w sobie piękno i zrozumienie. Czułam się poruszona dogłębnie. Wprowadziło mnie to w nastrój nostalgiczny, który utrzymywał się jeszcze długo po zakończeniu całości. Kolejną zaletą „Liści” jest ukazanie, że jedno słowo w odpowiednim kontekście może mieć w sobie moc zmieniania ludzi. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to górnolotnie, jednakże to poezja – tutaj jest potrzebny rodzaj patetyczności. Zresztą za samymi słowami idą gry słowne. Nie mam tutaj dokładnie na myśli zagadek, tylko odpowiednie i czasami mocno nietypowe połączenia słów. To one dawały możliwość kontemplacji oraz potwierdzały zdolności autora do tworzenia mocno plastycznych obrazów. 

Jeśli miałabym w jakiś prosty sposób określić, co podarowały mi te wiersze, to odpowiedziałabym, że po prostu wzruszenie. To było poczucie spokoju – tego, który jest wywołany przez akceptację, że niektórych rzeczy nie da się zmienić i mam całkowite prawo nie martwić się tym. Jesteśmy tylko ludźmi, jeśli nawet mamy najlepsze intencje, siłę i pomysł na sensowne działanie, to są rzeczy, nad którymi jako jednostka nie możemy zapanować. Czasami trzeba zdecydować, czemu poświęca się swój czas i energię. Za tą krótką refleksją idą wspomnienia, które mnie nachodziły podczas czytania. Tę formę również bardzo doceniam, bo jest coś fascynującego w tym, że za pomocą słów, często odmiennych, ktoś jest w stanie przywołać u innego człowieka określone wspomnienia. Czy taki był zamysł autora? Odpowiedzieć na to pytanie nie mogę. Jednak mogę potwierdzić, że świadomie czy nieświadomie wyszło to w naprawdę poruszający sposób. 

W tym miejscu przychodzi czas na trochę bardziej konkretne fakty. A przynajmniej pozornie. Jaka jest tematyka wierszy? Moja ulubiona odpowiedź – są o życiu. Pokazują codzienność, krok po kroku, by pokazać, że to właśnie te codzienne chwile, te zwykłe dni tworzą nasze życie. A w końcu samo życie jest syntezą piękna, ale też cierpienia. W poezji Rafała Barbarskiego doskonale ta mądrość wybrzmiewa. Dla mnie wierszem najbardziej poruszającym i zarazem najlepszym był wiersz „łatwo”. Odnajdywałam w nim samą siebie, miałam możliwość intensywnego utożsamienia się. Razem dało mi to możliwość ponownego spojrzenia na pewne sytuacje, ale tym razem już z całkowicie odmiennej perspektywy. Podobne przemyślenia pojawiły się również w kontekście wiersza „Uniosę”. 

Ten niepozorny tomik wierszy dał mi doskonałą rozrywkę, ale też godziny głębokich rozmyślań, a co za tym idzie całej gamy emocji. Właśnie taka powinna być poezja i „Liście” potwierdzają, że niepozorny wygląd i krótka forma, wcale nie odstają od bardziej kunsztownych form poezji, czy po prostu prozy. Nie zawsze jest potrzebny kwiecisty język, dla umiejętnego pisarza wystarczą same słowa.  

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl