Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 czerwca 2023

Anamene i inne opowiadania – Jakub Lisicki

 

Tytuł: Anamene i inne opowiadania

Autor: Jakub Lisicki

Kategoria: Opowiadania, literatura piękna

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 132

Ocena: 8/10








Sny potrafią nieść ukojenie. Przenoszą nas do innego świata, a czasami zdarza się nawet, że ten świat jest dużo lepszy niż nasz własny. Wtedy bez zastanowienia oddajemy się w objęcia Morfeusza i podróżujemy. Przypomina mi się tu scena z Harry'ego Pottera, gdy Dumbledore mówi "We śnie człowiek znajduje się we własnym świecie. Czasem pływa w głębokim oceanie, a czasem robi pierwszy krok w chmurach.". Bardzo spodobał mi się ten cytat. Miał w sobie piękno i prostotę. Jednak moje myśli idą dalej do innego Morfeusza, w popkulturze znanego jako Sandman. On doskonale wie, że sny mogą się przerodzić w koszmary, a koszmary ukojenia, a nawet odpoczynku już nie dają. A czy mogą dać coś innego?

Jak część z Was pewnie wie, nie jestem fanką opowiadań. Jednak bardzo je doceniam, ponieważ uważam za niesamowity kunszt przekazanie czegoś w tak krótki, ale dosadny sposób. Może właśnie dlatego mam wrażenie, że jest mało dobrych opowiadań. Niemniej jak sami czytacie, czasami decyduję się jakieś przeczytać i tym razem był to zbiór opowiadań "Anamene i inne opowiadania" Jakuba Lisickiego. Moje zaskoczenie było wprost niesamowite. Myślałam, że to będą po prostu przyjemne opowiastki, a tymczasem okazało się, że to jedna z najlepszych książek, które czytałam dotychczas. Dlaczego?

Sam pomysł wydaje mi się niezmiernie interesujący. Nieczęsto takie spotykam. Ogólnie mam wrażenie, że wykorzystanie oniryzmu jest czymś rzadkim. Z jednej strony jest dużo takich motywów, ale są one dość ubogie, dość spłycone. Tymczasem wykorzystanie snu (i nie tylko) ma w sobie coś kuszącego, ma w sobie moc. Bardzo to szanuję. 

Pod względem stylistycznym książka okazała się dla mnie bardzo ciężka, co oznacza, że zaczęłam ją traktować jako rodzaj wyzwania. Myślałam, że przeczytam wszystkie opowiadania bardzo szybko, prawdopodobnie na jedno dłuższe posiedzenie przy książce. Tymczasem potrzebowałam więcej czasu na jej przeczytanie, gdyż wymagała ona skupienia, zaangażowania się, łączenia faktów i wychodzenia poza swoje własne granice. Wbrew pozorom dla niejednej osoby to bardzo trudna sprawa. Lubię, jak w literaturze pojawia się wyzwanie. Zawsze mam wrażenie, że to ukłon w stronę czytelników. Wtedy wiem, że pisarz traktuje swoich czytelników na równi ze sobą, a to wiele dla mnie znaczy. 

Pod względem fabularnym dominuje właśnie ten oniryzm i według mnie autor po mistrzowsku prowadzi czytelnika przez ten świat. Tym bardziej że w książce "Anamene i inne opowiadania" jest trudno dostrzec jakąś główną oś. Każda historia żyje własnym życiem i wymyka się schematom. W wielu przypadkach nie można powiedzieć o rozpoczęciu, rozwinięciu i zakończeniu. To stanowczo szkolna sprawa. Tutaj jest większy chaos, który wbrew pozorom wydaje się bardzo dokładnie przemyślany i niosący za sobą pokłady zrozumienia. 

Opowiadania mocno uderzają w wyobraźnię i zmuszają do przemyśleń. Gdy czytałam, miałam poczucie, że w tym wspomnianym chaosie, autor uderza w samo sedno i w ogóle nie obawia się tego robić. To część jego myśli, które w śnie ujrzały swoją drogę i prowadzą całość według wyznaczonego szlaku. 

"Anamene i inne opowiadania" to od momentu przeczytania moja perełka. Oczywiście opowiadania były różne i jedne przemówiły do mnie bardziej, inne mniej. Jednak jako całość to wspaniała pozycja literacka, choć przyznam, że dla wytrwałych, która przedstawia wiele tematów na najróżniejszych płaszczach. Jeśli tylko lubicie takie klimaty, to ja bardzo polecam. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

poniedziałek, 24 października 2022

Trzynaście krzeseł – Dave Shelton

 

Tytuł: Trzynaście krzeseł

Autor: Dave Shelton

Przekład: Anna Kłosiewicz

Kategoria: Literatura dziecięca, opowiadania, horror

Wydawnictwo: Dwukropek

Liczba stron: 254

Ocena: 8/10







Strach może być czymś więcej niż tylko emocją, reakcją ciała. Strach może tworzyć granice nie do przejścia, ale też dawać olbrzymią motywację. Niekiedy pobudzenie jest tak wielkie, że nie da się przewidzieć skutków. Być może właśnie z tego powodu część z nas tak bardzo lubi się bać i z taką pasją oddaje strasznym historiom. A teraz październik i nadchodzący listopad sprzyjają tym mrocznym, pełnym grozy opowieściom. W szczególności gdy pomyślimy, że nadchodzi Halloween. Nie jest zbyt popularne na naszych terenach, spotyka się nawet z pogardą, jednak jestem przekonana, że część z Was lubi ten klimat i w jakiś sposób oddaje się haloweenowym zwyczajom. Jak to jest u Was?

Jack postanawia odwiedzić dom, który podobno jest nawiedzony. Już od dawna go obserwuje i słyszał o nim rozmaite opowieści. Jednak chłopiec nie wierzy w duchy i nawiedzenia. To nie jego bajka, lecz przecież nie zaszkodzi zajrzeć. I dokładnie tak jak uważał – dom nie jest nawiedzony. Co wcale nie musi oznaczać, że stoi pusty i nikt go nie odwiedza. Jak myślicie – kto przebywa w starym, zniszczonym domu? Czy Jack zaspokoi swoją ciekawość? 

"Trzynaście krzeseł" zainteresowało mnie gatunkiem. Z jednej strony literatura dziecięca, którą uwielbiam i cenię, z drugiej elementy horroru i to wszystko ubrane w opowiadania. Poczułam się zaintrygowana i stwierdziłam, że koniecznie muszę się zapoznać z tą lekturą. Jak moje wrażenia?

Niesamowicie oczarował mnie pomysł na całą koncepcję. Dotychczas nie spotkałam się z czymś podobnym. Oczywiście wiele elementów jest dość typowych i schematycznych, ale autor zgrabnie udekorował to powiewem świeżości, nowości i wyraźnie bijącym klimatem mroku. "Trzynaście krzeseł" to trzynaście opowieści, która się zarazem odrębne, ale coś je ze sobą łączy. Długo myślałam, co to jest i przyznam, że wpadłam na parę koncepcji, które w pewien sposób się potwierdziły, ale też nie do końca. 

Natomiast styl, którym posługuje się pisarz, od pierwszych stron przypadł mi do gustu. Zachwycił przyjemnością czytania, ale przede wszystkim poczuciem autentyczności. Mimo że w niektóre historie można powątpiewać, to i tak całość jest przedstawiona w taki sposób, jakby to wszystko mogło wydarzyć się w rzeczywistości. Tym bardziej że opowiadania intensywnie oddziaływały na moją wyobraźnię, co cudownie łączyło się z unikatowością języka autora i dopracowaniem najmniejszych szczegółów. 

Czytając, czułam gotycki klimat. Od razu powiem, że większość historii nie spełnia typowych wyznaczników gotyku, mimo to atmosfera mroku, tego przyciemnienia i niepewności była cały czas wyczuwalna. Może samo miejsce pozwalało utrzymać ten klimat. Każde opowiadanie było inne i wabiło, by poznać jego rozwiązanie, a tutaj warto wspomnieć, że wszystkie miały otwarte zakończenia, choć myślę, że one po prostu nie potrzebowały słów. Każdy czytelnik kończył je sam według własnych, mocno ugruntowanych przeczuć. Gdy czytałam, miałam olbrzymią potrzebę czytać opowieść za opowieścią i zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje w tym pozornie nawiedzonym domu. 

Nie można również zapomnieć o różnorodnej tematyce opowiadań. Ich celem było wywoływanie strachu i niepewności, lecz każda z nich przekazywała coś istotnego. Wystąpił najbardziej typowy motyw, ale mocno przeze mnie ceniony – motyw zbrodni i kary. To mrok sam w sobie. W końcu jeśli dojdzie do zbrodni, to winny powinien być ukarane. Tymczasem "Trzynaście krzeseł" miało pewną niespójność, która według mojej opinii była stworzona całkowicie świadomie przez autora. Niektóre historie były mocno ugruntowane w tym motywie, natomiast inne łamały standardy sprawiedliwości, ukazując, że i dobrzy ludzie potrafią cierpieć nie za swoje zbrodnie. Co ostatecznie wygrywa? By odpowiedzieć na to pytanie, należy przeczytać tę książkę. 

"Trzynaście krzeseł" okazało się niesamowitą przygodą – pełną napięcia, niepewności, często mrożącą krew w żyłach, jednak na swój sposób genialną. Te opowiadania pozostaną ze mną na dłużej, ponieważ pozostawiły po sobie wiele emocji, ale również przemyśleń. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

poniedziałek, 29 listopada 2021

Gąsienica – Ranpo Edogawa

 

Tytuł: Gąsienica

Autor: Ranpo Edogawa

Przekład: Dariusz Latoś

Kategoria: Kryminał, opowiadania

Wydawnictwo: Tajfuny

Liczba stron: 191

Ocena: 6/10







Dusza człowieka jest niezgłębionym naczyniem, które potrafi zaskoczyć nawet właściciela. Tak naprawdę jest bytem oddzielnym, niezależnym, istniejącym według własnych praw. Możemy zapewniać wszystkich wokół, że zapanujemy nad nią albo jesteśmy jej częścią. Ale czy tak naprawdę to ona nie panuje nad nami? To nie my jesteśmy jej własnością? Tak naprawdę wszystko zależy od tego, czy wierzycie w istnienie duszy i w jakim rozumieniu. Dla mnie to pojęcie zawsze kojarzy się z początkami filozofii i w pewnym ujęciu również psychologii, więc z chęcią zamieniłabym "duszę" na "psychikę". Jednak znaczenie pozostaje to samo i tak samo w sferach domysłów i właśnie filozofii. 

W ostatnim czasie zapoznaję się z literaturą japońską. Swoją przygodę z nią rozpoczęłam poprzez mangi, by przejść bezpośrednio do klasyki literatury japońskiej. Mam bardzo mieszane uczucia co do niej, gdyż mój odbiór przedstawianych treści jest niespójny. Zarazem czuję mroczną fascynację, by właśnie przez nią czuć też odrzucenie. Tym razem zdecydowałam się zapoznać z opowiadaniami w zbiorze "Gąsienica". Wydawało mi się, że to będzie coś odmiennego. W dużej mierze takie były, ale potwierdziło moją teorię co do tego, że przez tę kulturę przechodzi niespotykany rodzaj mroku. 

Na razie ujmując "Gąsienicę" jako całość, muszę przyznać, że styl autora jest bardzo niedopracowany. Brakuje finezji w doborze słów i gramatyce, choć nie jestem w stanie wyczuć, czy pochodziło to bezpośrednio od pisarza, czy jest to kwestia tłumaczenia. Niemniej przez język autora przemawia pewnego rodzaju barwność i unikatowość, która prowadzi czytelnika przez ciemne oblicze duszy człowieka, dając obrazowy wgląd w uczucia bohaterów. 

Niezmiernie doceniam, że na początku polskiego wydania znajduje się wstęp do opowiadań. Pozwala to już na samym początku przygody z twórczością pisarza poznać lepiej jej kontekst, po krótce historię Ranpo Edogawa i nakierunkowuje, gdzie poszukiwać sedna. A w tym przypadku bez wątpienia warto podchodzić do lektury z jakąś wiedzą. To nie są opowiadania stricte w naszym europejskim rozumieniu. Jako czytelniczka mogę jednoznacznie stwierdzić, że my mamy swój własny schemat, który może nie jest na co dzień wyczuwalny, lecz w porównaniu do literatury innych części świata nie można go nie zauważyć.

Pisarz używa ciekawych zabiegów narratorskich i wykazuje w tym aspekcie dużą dozę kreatywności. Niekiedy poznajemy opowieść poprzez list, innym razem są to słowa całkowicie innej osoby i przy tym często występuje narrator wszechwiedzący. Tutaj ponownie mam wrażenie, że w naszej kulturze narracja jest zamknięta w ciasnych stereotypach. Oczywiście narracje są różne, ale jest to rzadsze i widać pewien kłopot z wykorzystaniem możliwości różnorodności narracji. 

Zbiór opowiadań rozpoczyna "Test psychologiczny", który okazał się moim wielkim rozczarowaniem. Nie chodzi o to, że ta historia ma zły warsztat, czy nieciekawą fabułę. Po prostu brakuje dopracowanie i wielkim problemem jest inspiracja. Nie wiem, czy to wynika z wcześniejszego wstępu, czy jest to rzeczywiście tak bardzo powiązane, ale od pierwszych stron da się wyczuć fascynację "Zbrodnią i karą" Dostojewskiego. Mam wrażenie, że "Test psychologiczny" jest pigułką tego dzieła, tylko dużo gorszą i nie skupiającą się na małych, ale tak istotnych motywach pobocznych. Sytuację w dużej mierze ratuje już kolejne opowiadanie, czyli "Czerwony pokój". Przy nim nadal czuję rozczarowanie, ale już pojawia się zafascynowanie, obrazowe postrzeganie świata i uczuć bohaterów. Ostatecznie "Czerwony pokój" robi na mnie wrażenie, lecz nadal to za mało. Jeśli miałabym wybrać opowiadanie, które wreszcie zaspokaja mój niedosyt, to byłaby to tytułowa "Gąsienica". To właśnie ta historia pozostawia mnie przepełnioną mrocznymi emocjami, skonfundowaną i z poczuciem olbrzymiego dyskomfortu. 

Wszystkie opowiadania łączy to mroczne oblicze duszy, które niesie ze sobą hipnotyzujące, ale też negatywne emocje. Tutaj pasja, która osobiście kojarzy mi się z czymś pięknym i niesamowitym, przeradza się w obsesję, by spętać duszę człowiekowi i zawładnąć nim na zawsze. Jej macki owijają całe istnienie i doprowadzają do autodestrukcji. Jest to tak odmienne od tego, co promuje europejska literatura, że trudno uświadomić sobie, że pasja w tych dwóch rozumieniach ma ten sam rdzeń. Czytając, miałam poczucie, że powietrze przy mnie robi się coraz bardziej gęste i coraz bardziej dusi i zmusza, by wreszcie obsesja przejęła stery. 

"Gąsienica" okazała się zbiorem opowiadań pozwalających zdobyć nowe spojrzenie na świat, lecz niekoniecznie lepsze. Na pewno trudniejsze i bardziej mistyczne. Jednak mimo tego obezwładniającego efektu, nadal niesie ze sobą rozczarowanie i nie zachęca, by dalej zapoznawać się z twórczością pisarza. Niemniej myślę, że jeśli polskie przekłady pozwolą, to dam jeszcze szansę klasyce japońskiej w wykonaniu tego twórcy. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

poniedziałek, 4 października 2021

Skaza na niebie – Tomasz Kołodziejczak

Tytuł: Skaza na niebie

Autor: Tomasz Kołodziejczak

Kategoria: Opowiadania, science fiction

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 442

Ocena: 4/10

 







Przyszłość jest nieprzewidywalna i pełna tajemnic. Tworzymy ją tak naprawdę tu i teraz, mamy swoje własne przewidywania, marzenia i cele, lecz i tak potrafimy zaskoczyć samych siebie, a i Natura nieraz i nie dwa stara się ubarwić nasze istnienie. Wizjonerzy kreują świat. Są gotowi oddać się we władanie wyobraźni po to tylko, by przenieść swoje własne wytwory w rzeczywistość i zacząć nową epokę. Choć może ona się już zaczęła? Może lot na Księżyc mimo swoich kontrowersji jest jej symbolem? A może przed nami przełom, o którym ludzie niezwiązani z tematem nawet nie pomyślą? Dokładnie w tej chwili nikt tego nie wie – chyba, że właśnie do niego dochodzi. 

Zazwyczaj gdy opowiadam, że moim ulubionym gatunkiem literackim jest fantastyka, mam na myśli odłam fantasy. Jestem olbrzymią miłośniczką światów podobnych do naszego średniowiecza, wojowników, rycerzy i istot magicznych. Jednakże czasami zdarza mi się sięgnąć po drugi odłam, czyli science fiction. Zachwyca mnie wizja przyszłości, gdzie jesteśmy w stanie podróżować po kosmosie, gdzie technologia tworzy potęgę i gdzie niemożliwe staje się możliwe. Między innymi z tego względu postanowiłam zapoznać się ze zbiorem opowiadań Tomasza Kołodziejczaka. 

Styl pisarza od pierwszych stron wydaje mi się duszący i mocno skomplikowany. Na początku wychodziłam z założenia, że to moje ograniczone doświadczenia z tym gatunkiem wpływają na taki odbiór, lecz do ostatnich stron to odczucie pozostało ze mną. Bez wątpienia to język trudny i ciężki. Jednak idzie za tym też olbrzymia zaleta w postaci pewnego rodzaju zachwycającej unikatowości. Gdy już uda się odnaleźć choć na chwilę w nim za pomocą dużego skupienia, widać, że jest to coś wyjątkowego. Poza tym pojawia się wiele pojęć nieużywanych w codziennym języku, co dodatkowo komplikowało poziom zrozumienia. 

Natomiast fabuła niesie za sobą poczucie potęgi. Da się to wyczuć wśród podróży kosmicznych, świata, gdzie technologia osiągnęła poziom dotychczas nam nieznany, zmianie wartości i poglądów na rzeczywistość. To rodzaj siły ukazującej, że postęp jest konieczny i nie do zatrzymania. Razem tworzy to ciekawą syntezę odpowiadającą za patos. Wśród stron da się słyszeć krzyk, że to mocne science fiction, które zostało stworzone, by ukazać tworzenie przyszłości, czyli tak naprawdę by ukazać nasze działania w teraźniejszości poprzez konsekwencje i możliwości. Tomasz Kołodziejczak dał popis wyobraźni, ale też niesamowitej inteligencji, ubierając naszą codzienność w skomplikowaną symbolikę. Udowodnił również, że dobrze zna fizykę i jej potencjał, a przynajmniej tak to odebrałam jako człowiek, który zna wyłącznie podstawy fizyki. 

Każde opowiadanie miało swoją unikatową treść, ale zarazem wspólny mianownik – metaforyzację współczesnych wydarzeń. "Skaza na niebie" jako zbiór opowiadań jest subiektywnym wyjawieniem poglądów pisarza, a poglądy te są intensywne i odbierane jako pewne i bezwarunkowe. Na pewno szanuję autora za to, że umiał wykorzystać ten często niedoceniany gatunek, by przedstawić swoją wizję różnorodnych zdarzeń i problemów. Niemniej było to dla mnie emocjonalne doświadczenie, gdyż nie znajdowaliśmy optymalnego punktu. Albo całkowicie zgadzałam się z pisarzem w niektórych sprawach, co było ekscytujące dla mnie, albo wprost przeciwnie – różnimy się pod wieloma względami i to potrafiło wywoływać we mnie niekiedy gniew i potrzebę tłumaczenia w myślach, czemu mam inne zdanie niż pisarz. 

"Skaza na niebie" na pewno ma wiele wartościowych treści i jest nietuzinkową pozycją literacką. Jednakże przez większość czasu nie mogłam się odnaleźć w lekturze. Przeszkadzał mi styl pisarski, wspomniana nachalność w narzucaniu poglądów i też pewna powtarzalność zauważana po przeczytaniu kolejnego opowiadania. Tak jak wcześniej zauważyłam – są one odmienne, ale nawet ta odmienność z czasem ginie. Być może prawdziwi wielbiciele gatunku dostrzegą więcej zalet. 

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję Fabryce Słów

środa, 26 maja 2021

Miasto z mgły – Carlos Ruiz Zafón

 

Tytuł: Miasto z mgły

Autor: Carlos Ruiz Zafón

Przekład: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas

Kategoria: Literatura piękna, opowiadania

Wydawnictwo: Muza

Liczba stron: 224

Ocena: 7/10

"Miasto z mgły" otrzymałam w ramach współpracy z TaniaKsiążka.pl





Niektóre rzeczy czy wydarzenia stają się symbolami w naszym życiu. Dla innych nie mają znaczenia, nie zwraca się na nie uwagi lub uważa się za mało istotne. Lecz są ludzie, dla których to nie jest tylko rzeczy, to nie jest tylko sytuacja, to symbol ich życia, ich miłości, ich uczuć i wielu innych aspektów. Ale tutaj można się zastanowić: do czego nam są potrzebne symbole? Czy naprawdę ich potrzebujemy? Myślę, że tak. Życie jest pewnym ciągiem, pewną ścieżką – mocno krętą i z wieloma rozwidleniami. Potrzebujemy portu, gdzie będziemy mogli na chwilę zatrzymać się i przemyśleć co dalej. Ale porty mają swoje latarnie, a statki swoje kotwice. Wydaje mi się, że tak właśnie działają symbole, które dają nam znać, gdzie jesteśmy, po co albo do czego mamy dążyć. Zastanówcie się – czy w różnych sytuacjach nie macie właśnie czegoś takiego? 

Dla mnie moim symbolem czytelnictwa jest jeden cykl książek młodzieżowych i autor, który nadał słowu książka nowe, o wiele głębsze znaczenie. W pierwszym przypadku chyba duża rzesza czytelników domyśli się, że chodzi o "Harry'ego Pottera". Dużo osób miłujących literaturę łączy właśnie ta historia pełna magii i dająca swoisty obraz prawdziwej przyjaźni. Natomiast autorem pozwalającym sobie na magię zmieniania pojęć jest bez wątpienia Carlos Ruiz Zafón. Dlaczego? Wystarczy przytoczyć bardzo rozpoznawalny cytat, by wytłumaczyć to fenomenalne zjawisko:

"Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią" Carlos Ruiz Zafón

Gdy po raz pierwszy zapoznałam się z tym fragmentem "Cienia wiatru", zrozumiałam, że czytanie nigdy nie było dla mnie rozrywką, rozwijaniem swoich umiejętności, czy nawet sposobem zdobywania wiedzy. Wtedy wydawało mi się to zbyt prozaiczne, zbyt przyziemne. Tak określić proces czytania? Sprowadzić książkę do podstawowego poziomu? Oczywiście między innymi właśnie do tego służy książka i jest to jak najbardziej słuszne. Tylko że tamtego dnia uświadomiłam sobie, że dla mnie jest to coś znacznie ważniejszego, wręcz duchownego. Czytanie jest częścią mnie, stworzyło człowieka, którym jestem, dlatego książka już nigdy nie była dla mnie tylko książką. I dzisiaj chciałabym Was zaprosić w podróż wyjątkowo symboliczną, gdzie moją drogę życia ponad dziesięć lat temu wybrał Zafón. 

"Miasto z mgły" to ostatnie dzieło tego wybitnego pisarza, które zostało stworzone z krótkich opowiadań publikowanych na przestrzeni lat w różnych gazetach lub odkładane do szuflady. To pożegnanie Zafóna ze swoimi czytelnikami, kropka nad i kończąca pewną epokę. Jak odebrałam ostatnie dzieło twórcy? 

Cóż można powiedzieć... Tutaj wszystko, co czuję, jest samo w sobie oczywiste. Od pierwszych stron pisarz stał się czarodziejem, który rzuca urok zakochania i sprawia, że niezwykła atmosfera opowiadań i ten kunsztowny, dominujący język nęcą czytelników i pozwalają zapomnieć, że istnieje coś więcej poza przedstawioną opowieścią. Gdy się czyta, żyje się życiem innych ludzi i przeżywa ich emocje. Zafón po raz kolejny udowodnił, że jest gotowy zdjąć wszelkie ograniczenia wyobraźni i przekazać pokłady uczuć, przeżyć i doświadczeń, by dać nową wiedzę. Jednak idzie o krok dalej, porzuca standardowe znaczenie wiedzy i skupia się na wiedzy o życiu. To niesamowicie obezwładniające wrażenie dające moc tworzenia nowej rzeczywistości. 

Niedawno usłyszałam, że twórczość Zafóna porównuje się do dzieł Edgara Allana Poego. Wydaje mi się to niezmiernym zaszczytem, ale też ukoronowaniem powieści hiszpańskiego pisarza. Osobiście nie zauważyłam tych powiązań, ale też moja znajomość twórczości Poego jest mocno uboga. Jednak gdy już wiem, czego powinnam poszukiwać albo raczej co poczuć, to podpisuję się bez zastanowienia pod tym stwierdzeniem. "Miasto z mgły" stanowczo charakteryzuje się stylem gotyckim, pełnym mroku i grozy. 

Kunszt autora jest odczuwalny poprzez kuszące kreacje bohaterów. Sprawiają one, że od pierwszego spotkania czytelnik przywiązuje się do postaci i wnika w świat przedstawiony, by przemierzać ulice bajecznej Barcelony i poszukiwać doświadczeń zawartych w symbolice i emocjach. Każde opowiadanie na swój własny sposób porusza, uderzając w tę najdalszą strunę. Nie można przejść po tym tak po prostu do codzienności. Tym bardziej że "Książę Parnasu" jest wyrazem czci i szacunku autora do Miguela de Cervantesa – autora "Don Kichota z La Manczy". Opowiadanie wyłaniające się z gęstych oparów mroku, rządzy sławy, spełnienia pragnień i paktu z diabłem. Opowiadanie poruszające i głębokie. Choć jeśli miałabym wskazać jedno opowiadanie – najlepsze i najważniejsze – to nie wahałabym się wskazać na "Panienkę z Barcelony". Przesłanie niesie ze sobą cierpienie, akceptację, zniewolenie i doświadczenia intensywne, przygnębiające, ale i dyskretnie moralizujące. Jednym słowem – niezapomniane. 

Opowiadania są lepsze i gorsze, tak jak zazwyczaj bywa. Lecz łączy je jedno. Odsłaniają duszę człowieka i każą się jej przyjrzeć. Bez ozdób, bez usprawiedliwień, a to wszystko w atmosferze strachu. Wydawałoby się to przerażające, ale to czyste katharsis. Brutalnie, choć za pomocą pięknych słów, zmuszające, by przemyśleń swoje poczynania, konsekwencje tychże poczynań i uczucia, uczucia do innych ludzi. Na to trzeba być gotowym, by wreszcie oczyścić duszę. 

Napisanie tej recenzji okazało się dla mnie wielkim stresem. Jak przekazać, czemu ten zbiór opowiadań odgrywa w moim życiu tak monumentalną rolę? Dlaczego czytając, czułam tak olbrzymie wzruszenie? Dlaczego nie byłam w stanie usiąść i czytać, tylko musiałam robić ciągłe przerwy? Dlaczego tak cenię twórczość pisarza, choć "Cień wiatru" czytałam ponad dziesięć lat temu, będąc dzieckiem? Czy w ogóle pamiętam, o czym były książki pisarza? Na ostatnie pytanie mogę odpowiedzieć – nie pamiętam. Jednak pamiętam coś znacznie istotniejszego. Pamiętam emocje, które wtedy przeżywałam i zmianę, która we mnie nastąpiła. Tyle wystarczy.

"To jest po prostu koniec twórczości Zafóna. Została nam tylko ta garść opowiadań" Leszek Bugajski

Po więcej podobnych książek zapraszam do działu bestsellery na TaniaKsiażka.pl

wtorek, 16 marca 2021

Profesor Andrews w Warszawie. Wyspa – Olga Tokarczuk

 

Tytuł: Profesor Andrews w Warszawie. Wyspa

Autorka: Olga Tokarczuk

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Ocena: 5/10









Świat, który na co dzień znamy, jest pewnego rodzaju schematem powtarzającym się dzień w dzień. Pojedyncze aspekty różnią się, ale tak naprawdę jako ludzie lubimy powtarzalność i z nieświadomą pasją ulegamy jej. Bo czy w końcu nie chodzimy prawie codziennie do pracy, czy szkoły? Czy w określone dni nie spotykamy się ze znajomymi? Czy rok w rok w pewnym momencie nie trafiamy do tego samego miejsca? Na te pytania każdy musi odpowiedzieć indywidualnie sam sobie. Jednakże moje własne obserwacje i doświadczenie ukazują, że właśnie tak jest. Całkowicie inną sprawą jest fakt, czy to coś złego, a może dobrego i czy w ogóle jesteśmy w stanie przerwać to błędne koło? A historia i całych społeczeństw, i pojedynczych osób pokazała, że czasami czynniki zewnętrzne przerywają je i wymagają od nas najwyższej spontaniczności i elastyczności. Jesteście na nie gotowi?

Dwa opowiadania Olgi Tokarczuk – "Profesor Andrews w Warszawie" i "Wyspa". Dwie pozornie odmienne historie. Dwoje ludzi postawionych w nieznanej sobie sytuacji. Dwie drogi wyboru. Co może łączyć zagranicznego Profesora i przypadkowego człowieka na wyspie? To pytanie skłoniło mnie, bym ostatecznie sięgnęła po te dwa dzieła naszej niedawnej noblistki i być może odkryła ich głębię. Czy udało mi się to? Ze smutkiem przyznaję, że nie do końca. 

Lecz chciałabym utrzymać tradycję i skupić się na początku na języku, jakim posługuje się pisarka. To moje drugie spotkanie z autorką, więc miałam swoje oczekiwania, które pod względem stylu zostały całkowicie spełnione. Niezmiernie podoba mi dość nietypowa składnia, które od pierwszych zdań wyróżnia daną książkę, czy – jak w tym przypadku – opowiadanie. Choć nie można zapomnieć, że pewnego rodzaju odmienność niesie ze sobą też konieczność większego skupienia i zaangażowania w czytanie. Dla mnie ten język jest dość trudny i na samym początku odczuwałam, że to bardziej wymagająca kwestia. Jednak cenię tę chwilową niedogodność, bo w ostatecznym efekcie nadaje to odpowiedniej barwności i wyróżnia pisarkę unikatowością językową. 

"Profesor Andrews w Warszawie" od pierwszych stron zafascynował mnie, przez co niestrudzenie brnęłam przez treść, którą koniecznie chciałam poznać w całości. To opowiadanie poruszyło mnie mocno pod względem emocjonalnym, choć jeśli zadalibyście mi pytanie, co konkretnie tak na mnie oddziaływało, nie byłabym w stanie odpowiedzieć. Byłam w głębokim szoku, czytając tę historię, ale nie umiałam go umiejscowić i odnieść do żadnego aspektu. To uczucie po prostu we mnie trwało i prowadziło przez treść. Zarazem miałam wrażenie, że wokół mnie jest niesamowicie wiele symboli, co również mnie przekonuje, ale w tym opowiadaniu był dla mnie zbyt duży tłok i czułam się zagubiona. Nie wiedziałam, co ostatecznie chce czytelnikowi przekazać pisarka, co ja umiem odczytać i co sama sobie dopisuję. 

Natomiast "Wyspa" okazała się dla mnie zbyt trudna i nieuchwytna w odbiorze. Opierała się na znaczeniach metaforycznych, co również wymaga głębszego skupienia i naprawdę inteligentnej analizy. Niestety w tym miejscu stanowczo poległam. Ostatecznie zaczęłam się nudzić i dość mało wyniosłam z tego opowiadania. Starałam się wszystko rozumieć, jednak w moim odczuciu było zbyt wiele w tak krótkiej formie. Lubię opowiadania właśnie za to, że tak trudno jest przekazać coś wartościowego na kilkudziesięciu stronach. Tutaj prawdopodobnie wartościowa treść jest, ale niedostrzegalna dla mnie. 

I w tym momencie warto byłoby zadać pytanie, jaka jest główna tematyka tych dwóch opowiadań. W moim przypadku najbardziej odczuwalny był motyw samotności, który niezmiernie przypadł mi do gustu. Pozwalał na dogłębne zrozumienie bohaterów i utożsamienie się z nimi. Jednak przez większość czasu, gdy czytałam, nie byłam w stanie złapać pewnych treści. Wyciągałam po nie rękę, ale ostateczne nie dawałam rady ich uchwycić i zrozumieć. Zazwyczaj chwalę się moją wnikliwością i dostrzeganiem niedostrzegalnego, tymczasem tutaj czuję, że zawiodłam, a to z kolei prowadzi do dużych pokładów frustracji. 

"Profesor Andrews w Warszawie" i "Wyspa" to dzieło zbyt refleksyjne i metaforyczne dla mnie. W żaden sposób nie oznacza to, że nie wartościowe. Jednak bez wątpienia dla czytelnika bardziej dojrzałego i wnikliwego niż ja. Z bólem przyznam, że zniechęciłam się teraz do twórczości pisarki, ale myślę, że z czasem spróbuję ponownie i być może wtedy odnajdę coś dla siebie. 

poniedziałek, 26 lutego 2018

Show na żywo – Mateusz Kocowski


Tytuł: Show na żywo

Autor: Mateusz Kocowski

Kategoria: Opowiadanie

Wydawnictwo: E-bookowo

Liczba stron: 30

Ocena: 9/10













Żyjemy w świecie, gdzie nie wszystko jest oczywiste. Znamy swoje moralne zasady, znamy zasady moralne innych ludzi i wiemy, co to jest bycie dobrym człowiekiem. Jednak mimo to przekraczamy najróżniejsze granice, zdając sobie sprawę, że nie powinniśmy. Nie czujemy przy tym wyrzutów sumienia ani też się nie wahamy. Tworzymy rozrywkę z cierpienia innych, nie zastanawiając się, czy to ma jakikolwiek sens. Czy nasz świat naprawdę musi tak wyglądać? 

Główny bohater znalazł się w wyjątkowo trudnej sytuacji. Sam się na nią zdecydował, choć twierdzi, że nie ma innego wyjścia. Aczkolwiek w pewnym momencie zastanawia się, czy na pewno tak jest. W końcu oknami przecież też da się wyjść. Decyduje się na pewnego rodzaju teleturniej – show dla żądnej krwi publiczności. Słyszy rozemocjonowaną widownię, widzi innych uczestników i przypomina sobie, dlaczego biorą w tym udział. Zaraz się zacznie... Proszę Państwa, przed wami rosyjska ruletka...

Wielokrotnie już wam wspominałam, że bardzo rzadko czytam opowiadania. Lecz nie można zaprzeczyć, że stają się one obecnie coraz bardziej popularne. Są krótkie, dzięki czemu nie trzeba spędzać godzin nad książką, można za pomocą ich przekazać naprawdę wiele, często nawet kwintesencję naszego życia. Pewnie się zastanawiacie, dlaczego w takim razie tak rzadko je czytam. Odpowiedź jest wyjątkowo prosta – jest mało pisarzy, którzy są w stanie zmierzyć się z opowiadaniem. Oczywiście, że pewnie większość z nas ma jakieś próby za sobą. Są lepsze i gorsze, ale jest naprawdę mało osób, które są w stanie stworzyć coś wyjątkowego. Tym razem odważyłam się przeczytać "Show na żywo" Mateusza Kocowskiego. Czy pisarz poradził sobie z tym wyzwaniem?

Pomysł na opowiadanie według mnie jest nietuzinkowy, gdyż wcześniej nie miałam w ogóle styczności z rosyjską ruletką. Przyznam się wam, że musiałam się nieźle skupić, by przypomnieć sobie, na czym dokładnie ona polega. Wbrew pozorom raczej rzadko o niej się mówi. Jest to mocne opowiadanie, które jest przedstawione za pomocą show oglądanego przez miliony ludzi. Brzmi to banalnie, jednak przecież nie chodzi o sam program, tylko o to, co on mówi o nas oraz do jakich skutków prowadzi. 

Styl autor jest przyjemny, dlatego czyta się opowiadanie szybko i bezproblemowo. Przy tym nie czuć infantylizmu, do którego współcześni pisarze mają jakąś tendencję. Dzięki temu można spokojnie skupić się na fabule, która nie jest zbyt wymagająca, ale też nie jest irytująca. W opowiadaniu występuje narracja pierwszoosobowa, co jest idealnym wręcz posunięciem. Powoli jesteśmy wprowadzani w fabułę przez głównego bohatera, o którym nie wiemy prawie nic, ale ma się poczucie, że dogłębnie go poznajemy i razem z nim myślimy nad sensem tego wszystkiego. 

Jak już wspomniałam, pomysł wyjątkowo mi się podoba. Przedstawia coś więcej niż pozornie się przedstawia. Przyznam się wam, że mam ochotę usiąść tak jak w szkole i po kolei analizować pojedyncze fragmenty, by wyciągnąć z tego jak najwięcej. Na razie nawet nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam, co chciał nam przekazać Mateusz Kocowski. Podchodzi do tego z humorem, ale i cynizmem, przy tym nie bagatelizując tematu. W końcu wyobrażacie się ruletkę rosyjską jako jeden z programów, które oglądacie wieczorem w telewizji? Nic takiego jeszcze nie było. Tylko słowem kluczem jest jeszcze. Właśnie do tego dąży nasze społeczeństwo, a przy tym znajdują się ludzie tak zdesperowani, że biorą w tym udział. Czasami wydaje im się, że nie ma innego wyjścia, a innym razem chcą coś innym udowodnić. 

Cieszę się, że zapoznałam się z tym opowiadaniem,  bo jest naprawdę warte przeczytania i skłania nas do refleksji nad swoim postępowaniem i jego konsekwencjami. Coraz częściej próbujemy ich uniknąć, a nie powinniśmy. Polecam "Show na żywo" każdemu, kto nie boi się prawdy i jest przygotowany na mocny wstrząs. 

Za możliwość spojrzenia na nasz świat w inny, bardziej dramatyczny sposób dziękuję bardzo autorowi opowiadania – Mateuszowi Kocowskiemu  

sobota, 20 stycznia 2018

Wiedźmin. Szpony i kły


Tytuł: Wiedźmin. Szpony i kły

Autor: Andrzej W. Sawicki, Przemysław Gul, Nadia Gasik, Jacek Wróbel, Michał Smyk, Piotr Jedliński, Barbara Szeląg, Beatrycze Nowicka, Sobiesław Kolanowski, Katarzyna Gielicz, Tomasz Zliczewski

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: SuperNOWA

Liczba stron: 400

Ocena: 7/10









Pamiętam, jak kilka lat temu po raz pierwszy zapoznałam się z najsłynniejszym dziełem Andrzeja Sapkowskiego – "Sagą o Wiedźminie". Byłam wtedy bardzo ciekawa, czy okaże się tak dobra, jak wszyscy mówią. Wiele osób mnie do niej zachęcało, ale miałam ambiwalentne odczucia co do tej historii. Oczywiście tylko do czasu, gdy sięgnęłam po "Ostatnie życzenie". Bardzo szybko przeczytałam cały cykl i byłam pod olbrzymi wrażeniem. Świat, który wykreował Sapkowski, był niesamowity. Tylko wtedy pojawił się problem... Chciałam czytać dalej, poznawać dzieje Geralta, mimo że mogłoby to być trudne. Sporo dały mi gry, ale nawet ona nie mogły mi dać takiej radości jak wydanie kolejnej książki. Choć przez chwilę dałam się nabrać chwytliwej okładce... 

Jak mam być szczera, to nie jestem przekonana do fanowskich opowiadań, choć bardzo często je czytam. Zazwyczaj pod żadnym aspektem nie dorównują oryginałowi, przez co zawsze jestem zawiedziona. Aczkolwiek niektórzy ludzie mają naprawdę wyjątkowo intrygujące pomysły, ale najczęściej jest słabo z wykonaniem. No i nie oszukujmy się – opowiadania są bardzo krótką formą, więc nie każdy dobrze sobie z nimi radzi. Trzeba mieć odpowiednie umiejętności, by stworzyć na kilkudziesięciu stronach prawdziwą i poruszającą historię. Mało kto to potrafi...

O stylach książki trudno mi coś powiedzieć, bo oczywiście każdy autor miał coś własnego. Były one najróżniejsze – lepsze i gorsze. Jednak widać tendencje do prób stworzenia czegoś podobnego co Sapkowski. Dlatego większość wyróżniała się trudnym słownictwem i bardzo ciężkim stylem. I tutaj muszę przyznać, że niektórzy pisarze prawie dorównali oryginałowi, co sprawiło, że byłam pod olbrzymim wrażeniem. Jest to coś wyjątkowo trudnego, więc wątpiłam, że ktoś inny poza samym Sapkowskim potrafi poradzić sobie z tym wyzwaniem.

Tytułowe opowiadanie "Szpony i kły" zostało umieszczone w książce jako ostatnie, więc jeśli ktoś tak jak ja czytał po kolei, to musiał cierpliwie na nie czekać. Bardzo dużo po nim się spodziewałam, bo w końcu to miało być to najlepsze opowiadanie o wyjątkowo oryginalnym pomyśle. Może przez to właśnie tak bardzo się zawiodłam. Bez wątpienia zostałam zaskoczona narracją i wykonaniem, co jest sporym plusem, a przynajmniej byłoby, gdyby było wciągające i nie drażniło mnie na każdym kroku. Jacek Wróbel wykazał się niesamowitą odwagą, ponieważ tylko on wykorzystał opowiadanie z "Ostatniego życzenia", które przerobił w szokujący wręcz sposób. Trzeba mieć tupet, żeby na to się odważyć, więc mimo niezbyt pozytywnych odczuć do "Szponów i kłów" bardzo szanuję autora. 

Ze wszystkich dzieł najbardziej polubiłam "Lekcję samotności" autorstwa Przemysława Gula oraz "Nie będzie śladu" Tomasza Zliczewskiego. Są one naprawdę wyjątkowe i przede wszystkim wyróżniają się na tle innych, co w pewnym momencie było dla mnie miłą odmianą. Są pełne tajemnic i oddziaływają bardzo na emocje, a właśnie to uwielbiam w opowiadaniach. W dodatku niosą wiele nauki, która nawet w dzisiejszych czasach jest uniwersalna. 

Moją uwagę przykuła również historia "Dziewczyny, która nigdy nie płakała" Andrzeja Sawickiego. Podejrzewam, że wam również tytuł kojarzy się ze słynnym cyklem "Millenium". Jestem bardzo ciekawa, czy w jakiś sposób autor wzorował się na tej serii, a sama nie jestem w stanie tego sprawdzić, gdyż poza tytułami nie znam fabuły tych książek. Jednak nie dlatego skupiłam się na tym opowiadaniu. Jest to wzruszająca historia, która w pewnym momencie przewartościowała moje życie. Nie można o niej tak po prostu zapomnieć. Tylko... Niestety można zapomnieć o bohaterce – Tourviel. Kojarzyłam to imię, ale w ogóle nie byłam w stanie umiejscowić tej elfki w "Sadze o Wiedźminie", a jak sprawdziłam, to nieraz i nie dwa się pojawiła. Pora odświeżyć sobie pamięć. 

Nawet nie wiecie, jak wspaniały był powrót do uniwersum. Ono ma w sobie jakąś magię, która przejmuje kontrolę nad człowiekiem. Przewijają się przepiękne obrazy oraz te brutalne – pełne krwi i cierpienia. Aczkolwiek nadal to nie jest oryginał. Choć zdziwiło mnie bardzo, że większość autorów czerpało inspirację z wojen, które miały miejsce w "Sadze o Wiedźminie". Nie spodziewałam się tego. 

Co do samych bohaterów to mam mieszane odczucia. Oczywiście pojawił się Geralt, ale nikt chyba nie oddał w stu procentach jego specyficznego charakteru. Dlatego właśnie te opowiadania niezbyt mi się podobały. Za to jego przyjaciel – Jaskier – wrócił w formie do nas. Pojawiał się często i okazał się dokładnie tym Jaskrem, którego znam i którego tak bardzo polubiłam. Wiele pisarzy wykorzystało również epizodyczne postacie. Nadali im imiona, które teraz znaczą już coś więcej. Jednak nie może być zbyt kolorowo. Nie pojawia się nawet raz imię Ciri! Było mi z tego powodu po prostu smutno. 

"Wiedźmin. Szpony i kły" okazały się dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Nie jest to nie wiadomo jak wybitna książka, którą można nazwać kontynuacją oryginalnej sagi. Jednak dla fanów jest ciekawym dodatkiem, który pozwoli na powrót do świata wiedźmina oraz da możliwość ponarzekania na niedociągnięcia. Fani to lubią, jakkolwiek by się nie wypierali tego. 


środa, 3 lutego 2016

Czarny kot


Tytuł: "Czarny kot"

Autor: Edgar Allan Poe

Kategoria: Opowiadanie

Wydawnictwo: Imprint

Liczba stron: 12

Ocena: 9/10












Zwierzęta – małe kotki i pieski o delikatnych futerkach i oczach, którym nie można się oprzeć. Kto ich nie kocha? Przyznajcie się, części z was właśnie tak kojarzy się słowo "zwierzątko". To naturalne. Duża ilość zwierząt w tych czasach jest udomowiona i jest maskotką domu. No właśnie maskotką... Czy można tak traktować istotę żywą? Jak maskotkę? Zwierzę powinno się szanować i kochać w odpowiedni sposób. Dać dom oraz poczucie bezpieczeństwa. Inaczej hodowla tych domowych ssaków nie miałaby sensu. Najlepszym przykładem takiej zwierzęcej miłości jest główny bohater. On widział w swoich pupilach coś więcej niż cztery łapy, ogon, czy ewentualnie skrzydła. To była część jego życia... Słowo klucz – była. Z czasem wszystko się zmieniło. Zwierzęta nadal otaczały go, a raczej prześladowały... Czy miłość do zwierzęcia może być prawdziwa? Czy człowiek może dokonać całkowitej autodestrukcji? 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o krótkich opowiadaniach Edgara Allan Poe. O samym autorze, owszem. Jednakże nie utożsamiałam go z żadnym gatunkiem, ani tym bardziej okresem czasowym. Ostatnimi czasami, gdy przypadkowo dostałam możliwość przeczytania jego krótkich opowiastek, zaczęłam zwracać uwagę na to nazwisko i okazało się, że nadzwyczaj często przewija się na stronach podręcznika od polskiego. Zafascynowało mnie to i postanowiłam zapoznać się z pierwszym z dostępnych mi opowiadań – "Czarnym kotem". Nie spodziewałam się niczego. Nie miałam wielkich wymagań, ale nie byłam też nastawiona negatywnie. Kierowała mną wyłącznie ciekawość... 

Przed chwilą wspomniałam, że nie posiadałam wiedzy na temat gatunku, jaki dominuje w powieściach Poe. Jednak cały czas myślałam o jego dziełach jako grubej książce, która posiada tysiące opisów i fascynujących motywów. Tymczasem okazało się, że najpopularniejsze jego dzieła, to opowiadania. Zaskoczyło mnie to. Spodziewałam się czegoś odmiennego. Kto w tych czasach czyta krótkie, zazwyczaj nic nieznaczące opowiastki? Lecz zdałam sobie szybko sprawę, że historia przedstawiona przez pisarza ma olbrzymie znaczenie, a długość nie oznacza, że nie warto poświęcić się lekturze. Byłam zaintrygowana, jak na dwunastu stronach można tak bardzo pobudzić ludzką wyobraźnią. Przeniosłam się od razu w świat traumatycznej baśni i stałam się jedną z bohaterek... 

Gdy otrzymałam do przeczytania "Czarnego kota", dostałam również wzmiankę o gotyckim klimacie. Przyznaję, że to do końca przekonało mnie, by poświęcić czas na tę krótką lekturę. Gotyk już dawno mnie oczarował i odnosi się to do każdej dziedziny sztuki. Muzyka, malarstwo, architektura, literatura... to miód na moją duszę. Dlaczego w tym przypadku miałoby być inaczej? Poza tym narrator zwracał się bezpośrednio do czytelnika, co jeszcze bardziej potęgowało magiczną atmosferę i sprawiło, że w pewnym momencie czytałam historię o samej sobie, mimo tego że posiadam inne problemy, nigdy nie znalazłam się w tego typu sytuacji. To nie miało znaczenia. Silna symbolika i wyjątkowo dokładny styl zniewoliły mnie. Edgar Poe osiągnął niesamowity efekt, który zapamiętam na wyjątkowo długi czas.

Zaskoczyła mnie tematyka. Nie chodzi o jej oryginalność, gdyż w obecnych czasach jest bardzo często poruszana w mediach, czy nawet prywatnych rozmowach. Na początku nie zrozumiałam przesłania tej opowieści. Jedno słowo, którego nie znałam i nawet nie zwróciłam na nie uwagi, zaważyło nad przesłaniem "Czarnego kota". Dopiero gdy jeszcze raz wszystko przemyślałam i w innych źródłach znalazłam opracowanie, zrozumiałam jaką naiwnością i niestety brakiem zrozumienia wykazałam się. Teza opowiadania jest ukryta i jestem zdania, że nie tylko ja miałam problem z odczytaniem jej. Ona przestrzega w wyjątkowo przerażający i wstrząsający sposób przed pewnymi zachowaniami. Jest uniwersalna, przez co myśl, że ona nas dotyczy, sprawia, że bez wątpienia każdy na długo zapamięta historię czarnego kota.

Jestem pozytywnie zaskoczona "Czarnym kotem" i twórczością Edgara Poe. Na pewno z olbrzymią chęcią poznam inne jego utwory. Tymczasem namawiam was, żebyście i wy spróbowali poznać tę historię. Niejednej osobie da dużo do myślenia...

Za możliwość przeczytania "Czarnego kota" dziękuję bardzo Wydawnictwu Wymowania. 

czwartek, 18 grudnia 2014

W śnieżną noc


Tytuł: "W śnieżną noc"

Autor: Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Ilość stron: 312

Ocena: 7/10














"W śnieżną noc" to trzy opowiadania o małym miasteczku Gracetown. Pierwsze z nich nosi tytuł "Podróż wigilijna". Opowiada o dziewczynie, która ma wyjątkowo dziwne imię - Jubilatka. Julia, bo tak chce, żeby się do niej zwracać, ma spędzić Wigilię w domu swojego chłopaka na Smorgasbord. Jednak niespodziewane wydarzenia sprawiają, że dziewczyna ląduje w pociągu na Florydę. W tym samym czasie trwa największa śnieżyca od pięćdziesięciu lat. Niestety pociąg nie jest w stanie jej pokonać. Jubilatka wraz z tajemniczym Jebem i czternastoma cheerleaderkami musi zostać na noc w Gracetown, gdzie poznaje dziwnego Stuarta, u którego postanawia spędzić tę magiczną noc. Kolejne opowiadanie to "Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy". Tym razem poznajemy trójkę przyjaciół: Tobina, Diukę i JP. Spędzają oni Wigilię razem w domu Tobina, którego rodzice utknęli na lotnisku z powodu śnieżycy. Oglądają oni Jamesa Bonda, gdy dzwoni do nich ich przyjaciel - Keun. Proponuje im świetną zabawę z czternastoma cheerleaderkami. Jednak miejsca są tylko dla dwóch chłopaków. Mimo niezadowolenia Diuk cała trójka rusza w niebezpieczną podróż z Twisterem w ręku.  Czy to jest dobry pomysł, gdy na dworze panuje  niesamowita śnieżyca? Trzecia historia nosi tytuł: "Święta patronka świnek". Opowiada nam wydarzenia po Bożym Narodzenie. Addie rozpacza po zerwaniu ze swoim chłopakiem. Ma nadzieję, że wszystko jeszcze się naprawi. Lecz ta nadzieja sprawia, że dziewczyna staje się samolubna i zapomina o innych ludziach. Czy losy tej niezwykłej plejady bohaterów splotą się? Czy wszystko ostatecznie dobrze się ułoży? Czy śnieżyca sprawi cuda?

Na pewno słyszeliście już nie raz o tej książce. Ostatnimi czasy coraz więcej osób chce ją przeczytać. Ja należałam do tej grupy. Nazwisko Johna Greena bez wątpienia przyciąga fanów jego książek. Jeśli czytaliście moje recenzje jego książek, wiecie, że mam sprzeczne uczucia co do niego. Nie jest on autorem, którego uwielbiam, jednakże bardzo cenię jego powieści. Właśnie dlatego i ja zapragnęłam przeczytać w "Śnieżną noc", tym bardziej że niedługo święta. Jest idealna pora, by poczuć klimat świąt. Czy moje oczekiwania wobec książki zostały spełnione? Niestety, a może "stety" mam mieszane uczucia. 

Na początku byłam przekonana, że są to trzy oddzielne historie. Gdy odkryłam, że łączą się one i splatają ze sobą, byłam zaskoczona i to bardzo mile zaskoczona. Mogłam obserwować, jak bohaterowie mijają się na ulicy, przypadkowo spotykają, plotkują o sobie, aż wreszcie historia się kończy. Ale czy tak naprawdę się kończy? Może trwa dalej, tylko my o tym nie wiemy... Połączenie trzech historii i to jeszcze napisanych przez trzech różnych autorów jest świetnym pomysłem. I muszę przyznać, że świetnie skomponowali fabułę. W pewnym momencie nawet zapomniałam, że to jednak trójka różnych osób. 

Historie są przekomiczne, czasami wręcz nienormalne, jednak bardzo zabawne. Nie raz śmiałam się do książki. Jednak mimo specyficznego poczucia humoru opowiadania poruszają wyjątkowo ważne tematy. Pokazują co to jest miłość, prawdziwy związek, empatia, przyjaźń. Ukazują sytuacje, które dzieją się w specyficznych warunkach, lecz na co dzień też są spotykane. To one tworzą nasze życie i sprawiają, że stajemy się niepowtarzalnymi osobami, od których zależą losy świata. Bardzo się cieszę, że autorzy poruszyli takie tematy, bo one mimo popularności często są bagatelizowane. Niestety książka ma pewną wadę, którą nie do końca umiem określić. Gdy czytałam, czułam się, jakby autorzy próbowali uchwycić jakiś temat, a nie umieli go przedstawić. Rozpraszało mnie to i nie pozwalało się skupić na treści.

W całej powieści brakowało mi też tego klimatu świąt, na który tak bardzo czekałam. Byłam przekonana, że ta książka da mi go więcej niż nawet chcę, a tymczasem ani przez chwilę nie poczułam tej magii świąt. Ani śnieżyca, ani choinki nie były w stanie sprawić, że spędziłam razem z bohaterami Boże Narodzenie. Cała sceneria bardziej mi pasowała na szalone ferie z przyjaciółmi. Choć to też pasuje na ten okres... U mnie ferie w tym roku już w styczniu.

"W śnieżną noc" dało mi wiele chwil relaksu i niepohamowanego śmiechu. Nie żałuję, że przeczytałam te trzy niezwykłe opowiadania. Spodziewałam się więcej, lecz to pewnie przez zbyt dużą liczbę reklam. Jestem zadowolona z lektury i polecam ją każdemu, kto chce miło spędzić czas przy kominku (choć ja go nie mam). Dla fanów Greena pozycja obowiązkowa!

Książka przeczytana w ramach wyzwania: