Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 listopada 2017

Tatuaże podświadomości – Grażyna Mączkowska


Tytuł: Tatuaże podświadomości

Autor: Grażyna Mączkowska

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Psychoskok

Liczba stron: 193

Ocena: 7/10













Usiądźcie wygodnie w fotelu, napijcie się ciepłej herbatki, zjedzcie jakieś ciasto albo herbatnika, jeśli akurat ciasta nie macie pod ręką, i przypomnijcie sobie, jak to było... Jak to było, gdy mieliście po kilka, kilkanaście lat. Podejrzewam, że wasz wzrok na początku zmętnieje. Będziecie szukać w głowach tych wszystkich wspomnień. Później na waszych twarzach pojawi się delikatny uśmiech, prawie niezauważalny. A wraz z nimi w oku pojawi się iskra radości, może nawet popłynie pojedyncza łza po waszym policzku. To ona ukaże drogę, którą przebyliście przez tyle lat. Jestem pewna, że u większości z was wspomnienia z dzieciństwa są niesamowitymi chwilami, które ukształtowały was, dały miłość i szczęście. Ale zapewne wiecie już, że życie nie jest sprawiedliwe, więc nie każdy uśmiechnie się, gdy przypomni sobie momenty z przeszłości. Jakkolwiek trudno w to uwierzyć, są na tym świecie ludzie, którzy pamiętają swoje dzieciństwa jako piekło na ziemi. Jak radzą sobie tacy ludzie? Czy potrafią zapomnieć o tym, co się zdarzyło? Czy w ogóle jest to możliwe? 

Gabriela jest już dojrzałą kobietą, która wychowała dwójkę synów i ma już nawet wnuki. Jest z tego faktu niezmiernie dumna. Bardzo kocha swojego męża i docenia go na każdym kroku. Ma swoją pasję, którą jest ogród. Poza tym szczyci się przyjaźnią z dwójką niezwykłych kobiet. Jej życie wydaje się perfekcyjne pod każdym względem, gdyż ona sama promienieje radością i nieobliczalnym optymizmem. Mało kto pomyślałby, co naprawdę przeżyła Gabrysia, gdy była dzieckiem. Wydarzenia sprzed pół wieku do dzisiaj pojawiają się w jej koszmarach i dyktują warunki jej życia. Czy ta kobieta jest w stanie poradzić sobie z demonami przeszłości? Brakiem akceptacji ze strony rodziców i straconymi więzami z rodzeństwem?

O "Tatuażach podświadomości" nigdy wcześniej nie słyszałam. Choć trudno się temu dziwić, gdyż książka dopiero wchodzi na rynek. Jednak autorka ma na swoim koncie już jedną powieść i jestem zdumiona, że nie miałam pojęcia o jej istnieniu. Tym bardziej że ta książka jest w pewnym sensie kontynuacją pierwszej, a przynajmniej tak wnioskuję. Dlatego pewnie jak to ja, przeczytałam najpierw drugą. Po co zaczynać od początku? Jednak nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ i tak doskonale rozumiałam fabułę i nie czułam się przytłoczona niewiedzą. Jakie ostatecznie były moje odczucia?

Zacznę od tego, że nie przepadam za takimi pozycjami. Wszyscy zawsze się nimi zachwycają – dojrzałe kobiety, szalone nastolatki i wrażliwi mężczyźni. Ja jednak nigdy nie mogłam ich zrozumieć. Owszem, czytałam kilka takich książek i nie były złe, ale żadna mnie nie zachwyciła i nie poruszyła dogłębnie. A po tych wszystkich pozytywnych opiniach tego właśnie się spodziewałam. Zdaję sobie sprawę, że to są najczęściej trudne i przede wszystkim emocjonalne opowieści. Pewnie to mnie tak w nich drażni. Trzeba się zaangażować, a jak ja nie mam problemu z tym przy literaturze fantastycznej, to przy realnym życiu mam już olbrzymi. Jednak to też sprawia, że daję szansę kolejnym historiom, bo wiem, że należy znać prawdę. "Tatuaże podświadomości" przypomniały mi o tym. I mimo że to nie była genialna książka, to i tak jestem zadowolona, że ją przeczytałam i zrozumiałam problemy głównej bohaterki. 

Styl autorki jest dość zwyczajny. Nie zaskakuje nas, ale nie oznacza to również, że jest przewidywalny do bólu. Jest po prostu naturalny, przez co książka nie jest tak bardzo przytłaczająca. Słuchamy opowieści kobiety, która po prostu chce ją nam opowiedzieć i sama się do niej zdystansować. Stąd też wynika niewyszukany język, który moim zdaniem w tym przypadku pasował idealnie. Inaczej zabrakłoby tej naturalności, a wszystko wydawałoby się takie sztuczne i na pokaz. 

Sama fabuła wywołała we mnie bardzo ambiwalentne odczucia. Pierwsze kilkadziesiąt stron było straszne. Od początku wiało nudą, a ja ze wstydem muszę się przyznać, że dałam się temu zwieść i już spisałam książkę na straty. W ogóle nie mogłam się na niej skupić, a co tu mówić dopiero o wciągnięciu się w historię. Dziwiłam się, jak tak krótką książkę można czytać aż tak długo. Dopiero gdzieś koło połowy spojrzałam na to wszystko inaczej i nastąpił pewnego rodzaju przełom, który zaskoczył mnie samą. Nie chciałam wierzyć, że tak łatwo dałam się zwieść pozorom. Nie oceniam tak szybko książek, a jednak w tym przypadku to zrobiłam. Dla wybielenia przyznam się, że od pierwszych stron zwróciłam uwagę na tytuł i twierdzę, że jest naprawdę genialny, a przy tym doskonale pasuje do fabuły. Podoba mi się oryginalność "Tatuaży podświadomości". Może jednak nie sama oryginalność, bo takich książek jest multum, ale z jakiej perspektywy to wszystko zostało uchwycone. Pełen ukłon w stronę autorki. 

Co do głównej bohaterki, czyli Gabrysi nie jestem przekonana. Na pewno jest to kobieta, którą powinno się podziwiać na każdym kroku. Mimo że czasami jej opinie wydawały mi się przesadzone, to i tak uważam, że poradziła sobie bardzo dobrze. Miałam takie momenty, gdy chciałam jej powiedzieć: ogarnij się kobieto. Jednak moje dzieciństwo było idealne, więc z moich ust takie słowa nie powinny padać, bo ja nie mogę sobie nawet wyobrazić, że ktoś jest niekochany, nie najważniejszy dla rodziców. Gabi zachowała optymizm w życiu i umie go wykorzystać w każdej możliwej chwili. Z takich ludzi powinno się brać przykład. W książce w pewnym sensie pojawia się kompozycja klamrowa. Autorka na początku daje nam znać, że to jest powieść, w której ona sama występuje i tym motywem również kończy swoją książkę. Ogólnie nie przepadam za tym rozwiązaniem, by autor znajdował się we własnej opowieści, ale tutaj wyszło to naprawdę dobrze, więc nie zwróciłam większej uwagi na to. Choć na szczęście pisarka nie daje nam się zbyt dobrze poznać. 

"Tatuaże podświadomości" poruszają niezwykle ważny temat, który jest pomijany w dzisiejszych czasach. Mimo postępu w dziedzinie psychologii nadal uważa się go za wstydliwy. Według większości ludzi przemoc w rodzinie, patologię i jej skutki trzeba zaamieść pod dywan i udawać, że nic się nie stało. W końcu ci ludzie  żyją i tak naprawdę większość z nich żyje normalnie. Czy tak powinno być? Każdy z nas odgrywa jakąś rolę w swoim życiu i często pomija przy tym swoje prawdziwe odczucia. A one go niszczą od wewnątrz. Napawają nienawiścią i zabraniają na cieszenie się szczęściem. Trzeba wyciągnąć pomocną dłoń i nie udawać, że prawda nie istnieje. 

Mimo że nie sądzę, że jest to jakoś wyjątkowo dobra powieść, to uważam, że każdy powinien ją przeczytać. Ma głębokie przesłanie i pozwala na refleksję, która zmieni życie niejednej osobie. Jest wiele osób, które mają problem i ta książka może im pomóc się otworzyć na świat i uporządkować traumatyczne wspomnienie z dzieciństwa. Polecam wam ją całym sercem. 

 

niedziela, 22 października 2017

Podróż w trzech smakach. Przepyszne opowieści w Buenos Aires, Nowego Jorku i Berlina – Layne Mosler


Tytuł: Podróż w trzech smakach. Przepyszne opowieści z Buenos Aires, Nowego Jorku i Berlina

Autor: Layne Mosler

Tłumaczenie: Kinga Markewicz

Kategoria: Literatura współczesna

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 488

Ocena: 6/10








Mam pewne wspomnienie z dzieciństwa. Nie jest zbyt ważne, ani jakkolwiek nie odegrało w moim życiu istotnej roli. Jednak mimo to zapamiętałam to wydarzenie sprzed lat i w jakiś sposób towarzyszy mi w życiu. Gdy byłam dzieckiem, razem z rodzicami pojechałam nad morze. Mama uwielbia ryby, więc postanowiliśmy wybrać się do typowej nadmorskiej restauracji, gdzie właśnie je serwują. Wydaje mi się, że jeszcze wtedy nie umiałam czytać, ale jakimś cudem wybrałam jakąś rzadką rybę. Za namową mamy i babci zamówiłam ją. Okazała się paskudna – pełna ości i tłuszczu, którego do dzisiaj nienawidzę. Mimo tego jest to bardzo dobre wspomnienie, bo przemogłam się i spróbowałam czegoś nowego. A co by było, gdybyśmy częściej próbowali nowych rzeczy? 

Layne Mosler rzuca studia dla jednego marzenia. Jej decyzja wydaje się szokująca, ponieważ kobieta postanawia założyć własną restaurację. Wybiera życie pełne zmian, sukcesów, ale również częstych porażek. Szybko sobie uświadamia, że niekoniecznie restauracja jest dobrym wyborem, ale jest lojalna wobec swojego marzenia. Dlatego właśnie wybiera się do Buenos Aires. Właśnie tam rozpoczyna swoją niesamowitą przygodę. Jej początek jest niewinny, gdyż ma miejsce w zwykłej taksówce. Co wiedzą kierowcy taksówek? Gdzie jest najlepsza restauracja? Co może przynieść na pozór zwykła noc?

Podróże są niesamowite. Mogą tyle nauczyć pod każdym względem. Każdy w nich znajdzie coś dla siebie, coś, co zapamięta na całe swoje życie. Nieraz i nie dwa snułam marzenia o tym, jak wyjeżdżam ze swojego miasteczka i poznaję cały świat, zaczynając od pobliskich miast, a kończąc na innym kontynencie. Moi bliscy zawsze się z tego śmieją, bo niekoniecznie są przekonani, że dam sobie sama radę, kiedy nawet nie umiem gotować. Pewnie dlatego wybrałam, jako swoją kolejną lekturę, najnowszy bestseller Podróż w trzech smakach. Chyba miałam nadzieję, że dzięki niemu nabiorę ochoty na nauczenie się nowej umiejętności, a przynajmniej na pogłębienie wiedzy na jej temat. Po części tak się stało. Aczkolwiek zostałam bardziej przekonana do odkrywania nowych restauracji, barów i przede wszystkim smaków niż gotowania. Ale przy tym znalazłam motywację do spełniania marzeń. 

Żeby było jasne – nie przepadam za powieściami, które ukazują prawdę. Rzadko je czytam i jakoś ogólnie jestem sceptycznie do nich nastawiona. W końcu życie to życie, a opowieść to opowieść. Ale nawet ja nie mogę zapomnieć, że najciekawsze historie kreuje właśnie to nasze życie. Pewnie to tak na mnie wpłynęło i sprawiło, że byłam pod wrażeniem, kiedy Layne pierwszy raz wsiadła do taksówki i zdecydowała się całkowicie spontanicznie zadać kierowcy jedno niezobowiązujące pytanie. Kto by pomyślał, że od takiej chwili zacznie się cała przygoda, którą na własnej skórze poczują najróżniejsi ludzie?

Styl pisarki bardzo mi się spodobał. Dokładnie takiego oczekiwałam po tego typu książce. Był na tyle charakterystyczny, by pamiętać, że mamy do czynienie z całkowicie żywym człowiek, który w dodatku opowiada nam ważne dla niego wspomnienia. Przy tym szybki, przyjemny i niezobowiązujący. Idealnie wpasował się w ogólną koncepcję powieści, dzięki czemu czułam się mile usatysfakcjonowana. 

Co do samej fabuły mam bardzo ambiwalentne odczucia. Początek po prostu mnie zachwycił. Bardzo dawno nie czytałam takiej opowieści, więc byłam oczarowana i nie chciałam się z nią rozstawać. Niestety szybko to się zmieniło, kiedy zdałam sobie sprawę, że staje się to rutynowe. Pierwsze dobre wrażenie odeszło, robiąc miejsce monotonni. Właśnie przez to czytałam "Podróż w trzech smakach" bardzo długo i wielokrotnie zmuszałam się do jej kończenia. Cała historia jest podzielona na trzy miasta – Buenos Aires, Nowy Jork i Berlin. Każde miasto ma jakiś niepowtarzalny wpływ na bohaterkę i kieruje jej karierę oraz marzenia w odpowiednie miejsce. Pewnie dlatego że początek najbardziej mi się podobał, to właśnie Buenos Aires najmocniej zapadło mi w pamięci. Egzotyczne miasto, którym rządzą całkowicie inne zasady niż u nas. A do tego sławetne tango. I to nie tylko takie w telewizji, ale dostępne również dla całkowicie zwykłych ludzi. Sama pragnęłabym przeżyć coś podobnego. Nie mogę zapomnieć też o olbrzymiej wiedzy, którą książka przekazuje nam. Mówimy tu o jedzeniu i zwyczajach. Jest to skarbnica odkryć i praktyk, o których nic nie wiemy. 

Layne do końca pozostała dla mnie zagadką i ostatecznie nie wyrobiłam sobie o niej żadnego zdania. Z jednej strony wykazała się olbrzymią odwagą, którą podziwiam całym sercem, ale z drugiej zbyt często jak dla mnie zapominała, co jest jej celem. To bardzo mnie irytowało. Przez powieść przewija się multum bohaterów, którzy pojawiają się często lub są tylko epizodyczni. Jest to perfekcyjny opis naszego życia, gdzie ludzie się przewijają, pozostawiając wspomnienie na długi okres lub zostają prawie od razu zapomniani. Czasami żałowałam, że autorka nie skupiła się bardziej na niektórych, jednak w pewnym sensie rozumiem, czemu właśnie tego nie zrobiła. 

"Podróż w trzech smakach" ukazuje, jak ważne jest, żeby podążać za swoimi marzeniami – nawet tymi najbardziej szalonymi. Oczywiście należy być im wiernym, a przy tym pozostać otwartym na nowe możliwości. I nigdy, przenigdy nie zapominać, że życie jest piękne.

Książka nie do końca mnie zadowoliła, jednak mimo to jestem zadowolona, że miałam okazję ją przeczytać. Dla fanów podróży i bardzo dobrego, ale całkowicie nowego jedzenia, jest to pozycja obowiązkowa, wisienka na torcie. 

Za możliwość zasmakowania w egzotycznych klimatach oraz znalezienia motywacji do spełniania marzeń dziękuję bardzo księgarni Tania Książka
 

środa, 27 września 2017

Assassin's Creed: Ostatni potomkowie. Grobowiec chana – Matthew J. Kirby

Tytuł: "Assassin's Creed: Ostatni potomkowie. Grobowiec chana"

Autor: Matthew J. Kirby

Tłumaczenie: Michał Jóźwiak 

Cykl: Assassin's Creed – Ostatni potomkowie

Tom: II

Seria: Assassin's Creed

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 400

Ocena: 4/10


Wydaje się wam, że wiecie wszystko o sobie. Znacie swoich rodziców, większość rodziny, swoje zalety i wady oraz położenie, w którym się znajdujecie. Nie macie przed sobą tajemnic, o których istnieniu nie wiecie. Możecie coś wypierać ze swojego umysłu, udawać, że tego nie ma, ale tak naprawdę zdajecie sobie z tego sprawę. Tylko prawda jest inna. Wy jesteście inni, a wasze DNA niesie ze sobą nieodkryte sekrety zmieniające przyszłość. Jesteście żywą maszynę, która może dać nieograniczoną władzę. Walka się rozpoczyna.

Natalia, David, Grace i Sean przebywają w pracowniach należących do templariuszy. Warunki, które zapewnia im Zakon, są idealne. Mogą czuć się bezpieczni oraz mają nieograniczone możliwości, by poznawać wydarzenia z życia swoich przodków. Nie jest to przyjemne, jednakże wiedza zdobywana przez nich jest warta tego poświęcenia. W zamian mają bacznie obserwować świat w symulacji i szukać fragmentu Trójzębu Edenu. W tym samym czasie Owen i Javier są szkoleni przez assassina, który o nich dba, lecz nie jest w stanie zapewnić im odpowiednich warunków. Ma podobne pragnienia jak templariusze. Pytanie kogo wybiorą nastolatki.

Nie znam się zbyt dobrze na serii "Assassin's Creed", lecz wystarczająco by zrozumieć powiązania między assassinami a templariuszami oraz ich dążenia. Mam za sobą pierwszą część napisaną przez Olivera Bowdena. Nie podobała mi się, lecz zachęciła do uniwersum swoim mrocznym klimatem. Dlatego obecnie gram w grę "Assassin's Creed: Revelations". Robią na mnie duże wrażenie te wszystkie tajemnice, mroczne poczynania i skrytobójstwa. To spowodowało, że oczekiwałam bardzo wiele po najnowszej serii o assassinach, choć nie zdawałam sobie sprawy, że "Grobowiec chana" to druga część "Ostatnich potomków". Niestety bardzo się zawiodłam na tej powieści.

Od początku byłam zaskoczona pomysłem na przeprowadzenie tej historii. Zdaję sobie sprawę, że jest to literatura młodzieżowa, ale raczej nie spodziewałam się, że ktoś wykorzysta typowe postacie nastolatków jako głównych bohaterów. Z jednej strony bardzo mnie to zaciekawiło. W końcu najsławniejszego chyba assassina – Ezja – poznajemy jako rozbrykanego młodzieńca. Zastanawiałam się, czy ktoś jest w stanie powtórzyć to w satysfakcjonujący mnie sposób. Ale z drugiej strony... Sami wiecie... Takie młode nastolatki potrafią irytować (tak naprawdę jeszcze przez kilka miesięcy sama nim jestem). I właśnie tego w tym pomyśle najbardziej się obawiałam. I miałam rację.

Chyba z całej książki największy problem miałam ze stylem autora. W ogóle niczym niezwykłym się nie wyróżniał, a dla mnie to podstawa. Poza tym był zbyt lekki. Nie oczekiwałam nie wiadomo jak rozbudowanego języka i kilometrowych opisów, ale czasami po prostu podchodził pod infantylizm. Książka ma naprawdę potencjał. To czemu go nie wykorzystać?

Fabuła niestety jest mało wciągająca, choć do przebrnięcia. Może dlatego że nie jest zbyt rozbudowana, ale myślę, że tego przesadnie nie można wymagać od książki dla młodzieży. Na szczęście pojawia się bardzo interesujący motyw. Dzieciaki wchodzą do symulacji, gdzie przebywają w różnych czasach oraz miejscach. Wszystkie fakty historyczne wydają mi się niezmiernie ciekawe, co bardzo ubarwiło historię. Poza tym niektórzy bohaterowie byli nieświadomi, z kim konkretnie rozmawiali, co dodało pewnego rodzaju pikanterii. W "Ostatnich potomkach" jest coś intrygującego, ale zarazem czegoś brakuje, czego nie jestem w stanie określić.

Do samych bohaterów mam również mieszane odczucia, ponieważ każdy z nich ma własną, całkowicie oddzielną historię, która na swój własny sposób oddziałuje na nich i sprawia, że przyszłość się zmienia. Taki efekt motyla od dawna mnie fascynował i tutaj pomiędzy stronami można go zauważyć. Poza tym bardzo polubiłam Owena, który przez swoje pragnienia oraz samą przeszłość jest postacią rzeczywistą, która potrafi zaskoczyć i przede wszystkim jego poczynania są dla mnie zrozumiałe. Niestety nikt inny nie zyskał mojej sympatii. Spodziewałam się, że ktoś jeszcze się wyróżni, ale nic takiego się nie stało.

Niektórych na pewno zaintryguje wątek samych assassinów i templariuszy. Jest odmienny od pozostałych historii, ponieważ nasza banda nastolatków nie opowiedziała się po żadnej stronie. Patrzymy na opowieść oczami osób bezstronnych, które dopiero się zastanawiają, co jest słuszne a co nie. Ja już dawno opowiedziałam się po jednej stronie i jestem pewna, że to oczywiste której, więc mnie ciutkie to irytowało. Aczkolwiek rozumiem wszystkie opory bohaterów i w wielu sprawach zgadzam się z nimi.

Tematyka jest różnorodna, ponieważ możemy zaobserwować, jak dwie strony walczą o sprawiedliwość, dokonując przy tym przerażających czynów. Nie cofną się przed niczym. Ważny jest cel, a nie sami ludzie. A tak naprawdę wszystko sprowadza się do władzy, która zabiera resztki rozumu i przede wszystkim moralności. 

Jest mi przykro, że ta książka nie zrobiła na mnie odpowiedniego wrażenia, lecz mimo to wiem, że jest wiele młodych osób, którym na pewno by się spodobało. Jednak decyzję musicie podjąć sami. Myślę, że zapoznam się z pierwszą część, ale to raczej w odległej przyszłości.


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Sekta Egoistów – Eric-Emmanuel Schmitt


Tytuł: "Sekta Egoistów"

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt

Tłumaczenie: Łukasz Muller

Kategoria: Literatura współczesna

Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 208

Ocena: 6/10









Od dziecka uczą nas, żeby być miłym, mieć własne zdanie, ale szanować również zdanie innych, wykazywać się dobrym wychowaniem i dbać o dobro innych. To piękna, pełna empatii idea, którą wiele osób wyznaje. Jednakże nie oszukujmy się – chcielibyśmy, żeby to na nas skupiała się uwaga innych i to nasze, wyłącznie nasze problemy są najważniejsze. W końcu nie możemy poczuć tego, co inna osoba. Możemy to sobie wyobrazić, przywołać dawne wspomnienia, ale to i tak namiastka prawdy. Tak sama inny ludzie nie są w stanie poczuć dokładnie tego samego co my. Nie przyszło wam do głowy, że tak naprawdę na świecie istniejemy tylko my sami?

Główny bohater jest znudzony swoimi naukowymi badaniami. Spędza nad nimi godziny, dnie, aż wreszcie wszystko łączy się w lata. Wcześniej to uwielbiał, jednakże teraz pragnie coś zmienić. Postanawia zrobić radykalny krok w swoim życiu – przeczytać coś dla przyjemności. Pada na pewną książkę, gdzie pojawia się wzmianka o wyjątkowym człowieku, który założył sławną w przeszłości Sektę Egoistów. Jegomość fascynuje głównego bohatera do tego stopnia, że badacz postanawia ruszyć jego śladem i zrozumieć jego historię. Czy mu się to uda?

Schmitt jest dla mnie wybitnym pisarzem, aczkolwiek bardzo skrajnym. Pamiętam, gdy czytałam jego pierwsze powieści. Zawsze mnie zaskakiwały. Kiedy sięgałam po jego książkę, już wiedziałam, że będzie to coś wyjątkowego. Dlatego czytałam tych opowieści coraz to więcej i wtedy zdałam sobie sprawę, że Schmitt może i potrafi zaskoczyć, ale używa do tego cały czas tego samego narzędzia. Wtedy poczułam się zbita z tropu. Dawałam szansę kolejnej książce, ale ona wydawała mi się złudnie podobna do poprzednich. To tak jakby zmieniać całe nasze otoczenie, ale czuć ten sam zapach. 

"Sekta Egoistów" na początku wydawała mi się czymś nowym. Nigdy nie wpadłabym na pomysł, że można opowiedzieć historię o egoistach, którzy się szczycili, że właśnie nimi są. Ciekawe ujęcie opowieści oraz przeszłość człowieka odkrywana po kilkuset latach zafascynowały mnie. Wszystko szło w ogóle w innym kierunku niż typowe książki Schmitta. Byłam już naprawdę na nią pozytywnie nastawiona. Oczywiście do momentu aż wreszcie historia wróciła na standardową ścieżkę. Byłam wściekła. Myślałam, że ponownie odkryję Schmitta i ponownie będę mogła doceniać jego dzieła. Nie stało się tak – ponownie się zawiodłam. 

Pisarz ma bardzo charakterystyczny styl, który w tym momencie jestem w stanie bez trudu rozpoznać. On nie pisze książki, on opowiada opowiastkę, która ma uczyć i dawać do myślenia. Wcale nie przekładamy kartek, tylko siedzimy przy ognisku i słuchamy swojego mentora, który wiele już w życiu widział, więc jego doświadczenia są bardzo cenne dla nas. Czerpiemy z tego przyjemność, ale również odnajdujemy samych siebie. Tym bardziej że jego historia to jeden wielki chaos. To jest jego znak rozpoznawczy. Mamy się orientować i wysilić. Nie dostaniemy wszystkiego tak po prostu, bo nagle chcemy. Należy za to zapłacić swoją uwagą. 

Sama fabuła okazała się wciągająca, dzięki czemu przeczytałam "Sektę Egoistów" bez problemu na jeden raz. Fakt faktem, że zakończenie przewidziałam prawie na samym początku. Nic zaskakującego, lecz za to bardzo wstrząsającego. Byłam przekonana, że jeżeli się nie mylę, to zakończenie nie zrobimy na mnie żadnego wrażenia. Przeliczyłam się. Choć muszę się wam przyznać, że ta końcówka nie była dla mnie do końca zrozumiała. Musiałam wszystko sobie przeanalizować w głowie i upewnić, że jest tak, jak myślę. I tu mi paradoksalnie pomógł opis na okładce powieści. W dodatku miałam odczucie, że poza tą jedną historią na świecie nic się nie dzieje. Jest tylko główny bohater i nic więcej. To zniechęca do czytania.

Głównego bohatera nie polubiłam. Tak naprawdę to go wręcz znienawidziłam. Nie mogłam się w nim doszukać poza wnikliwością i cierpliwością żadnej innej pozytywnej cechy. Cały czas narzekał na swój los, fascynował się losem Gasparda, a nie robił nic by czerpać z tego przyjemność i przede wszystkim zmienić swoje życie. Na szczęście sam Gaspard okazał się dość niezwykłą postacią. Był tajemniczy i miał intrygujące spojrzenie na świat. Potrafił przekonać ludzi do swoich racji. Nawet ja nieraz byłam zaskoczona takim punktem widzenia i musiałam przyznać mu w niektórych kwestiach rację.

"Sekta Egoistów" ukazuje, jak duży wpływ na życie człowieka może mieć ideologia. Niektórzy są gotowi oddać wszystko, by udowodnić jej słuszność i dążyć do wyznaczonego sobie celu. Cała opowieść dzieje się na tle szaleństwa, które na początku tylko czasami daje znać o swoim istnieniu, by później nawet na chwilę nas nie opuszczać. Jego macki są wszędzie – nawet w naszym umyśle.

Już dawno chciałam się zapoznać z tą opowieścią Schmitta, ale spodziewałam się po niej stanowczo czegoś więcej. Jeżeli lubicie Schmitta to warto ją przeczytać, ale nie radziłabym innym zapoznawać się z tym pisarzem poprzez tę historię. 

piątek, 29 lipca 2016

Ruiny Gorlanu


Tytuł: "Ruiny Gorlanu"

Autor: John Flanagan 

Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński

Cykl: Zwiadowcy

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 320

Ocena: 8/10






Idziesz wąską ścieżką. Rozglądasz się wokół. Czujesz to... Ten niepokój. W końcu zwykle nie opuszczasz przyjemnego zamku i jego okolic. Tam zawsze jest bezpiecznie i nikt cię nie napadnie. A tu? Tu może się zdarzyć wszystko. Ten dźwięk! Co to jest?! A oczy? One nie są ludzkie. Coś jest przed tobą. Twój oddech staje się coraz szybszy. Po czole spływa mała kropelka potu. W głowie masz jedną myśl – uciekaj! Robisz krok to tyłu i już masz zamiar się odwrócić i pobiec, ale... To tylko sowa – nic więcej. Bierzesz głębszy wdech i już odważniej idziesz do przodu. Ale to pozory. Boisz się jeszcze bardziej. Jednak nie poddajesz się i dochodzisz do celu. Widzisz go. Tak samo mroczny i niebezpieczny, jak mówiły opowieści. Tak samo tajemniczy... Nieśmiało podchodzisz bliżej. Tak, to ten sławny Halt. A za nim? Chłopiec o szczerym uśmiechu i jeszcze bardziej śmiejących się oczach – Will. Już wiesz. Właśnie dzisiaj rozpoczyna się twoja przygoda i nowe życie.

Nie pamiętam, kiedy wyszli "Zwiadowcy". Nie mam też pojęcia, czy ten cały szum pojawił się po wydaniu pierwszego tomu czy dopiero później. A może to wydawnictwo odpowiednio zareklamowało książkę. To nie ma już najmniejszego znaczenia. Wyszło już tyle części tego cyklu. Prawie wszystkie oceniane pozytywnie. To nie zdarza się często. Dlatego musiałam koniecznie się z nim zapoznać. Tak przed wami proszę państwa recenzja "Ruin Gorlanu", czyli przeniesienie się do magicznego świata, gdzie ważna jest przyjaźń, obowiązek i przede wszystkim odwaga.

Pierwsze, co od razu na wstępie mnie zachwyciło, to świat wykreowany przez Flanagana. Byłam nim oczarowana. Na początku może wydawać się dość banalny i schematyczny, lecz bardzo szybko wyczułam w nim coś więcej. Ma bardzo dobre podstawy, przez co wydaje się rzeczywisty. Prawdą jest, że pojawiły się pewne luki, które sprawiły, że nie wszystko było logiczne, ale dla mnie jest to zapowiedź czegoś większego. Jestem pewna, że w kolejnych tomach autor dopracował każdy szczegół i ukazał nam niesamowity świat, w którym wszystko jest możliwe. Kto by nie chciał go poznać?

Olbrzymim plusem jest sama w sobie fabuła. W pierwszej fazie miałam wiele oporów przed całym cyklem, lecz gdy tylko zaczęłam czytać, zrozumiałam, że było to całkowicie niepotrzebne. Od razu wciągnęłam się w wir wydarzeń, które rozpoczynały całą przygodę. Mam często tak, że dla mnie nie jest najważniejsza główna akcja, tylko to co ją poprzedza. W wielu powieściach jest to prawie całkowicie pomijane, przez co jestem sfrustrowana. Jak można pominąć szkolenie kogoś, kto wykaże się później wybitnymi umiejętnościami, a teraz jest dzieckiem? Flanagan zadbał o to, żebyśmy zrozumieli, jak Will doszedł to tego, co ma. Historia jest pełna zagadek, które niekoniecznie same się rozwiązują. Dla mnie to bardzo duża zaleta, gdyż moja wyobraźnia dostaje pole do popisu. Choć muszę przyznać, że w pewnym momencie czułam niedosyt, ale jak wcześniej wspomniałam, to dopiero początek nadchodzących wydarzeń. Jeszcze wszystko może się rozwiązać. "Zwiadowcy" są bardzo pozytywni. Pamiętam, jak w szkole mieliśmy napisać coś o najbardziej pozytywnej powieści, jaką dotychczas przeczytało się. Byłam zdumiona, ponieważ większość osób, których opinie bardzo cenię, podało właśnie ten cykl. Teraz już rozumiem dlaczego. Już dawno tak bardzo się nie śmiałam i po prostu byłam optymistycznie nastawiona do świata podczas czytania.

Styl jest wyjątkowo przyjemny. Lekki, ale nie w ten irytujący sposób. Sprawił, że przeczytałam książkę w zastraszająco szybkim tempie. Nie spodziewałam się tego. Raczej byłam przekonana, że będę się męczyć. Tymczasem szybko przeniosłam się do nowego dla mnie uniwersum.  Tym bardziej że ciągle trafiałam na zabawne scenki czy gry słowne.

Od razu wprost pokochałam głównego bohatera – Willa. Był zbiorem cech, które uwielbiam w ludziach. Pełen życia i radości, ale przy tym cierpliwości i wytrwałości, a tego właśnie mi brakuje. Nie wyobrażam sobie, jak można by przy nim się nudzić. Interesował się otaczającym go światem i nie bał się zadawać żadnych pytań – nawet tych najbanalniejszych. To mnie urzekło. Kolejną postacią, która zrobiła na mnie wyjątkowo dobre wrażenie, był Halt. Flanagan wykreował go na niezwykłego bohatera o rozbudowanym charakterze. Wydawał się szorstki i obojętny na świat, gdy tymczasem obserwował bacznie ludzi i wyciągał trafne wnioski, pozostając przy tym wrażliwym i empatycznym człowiekiem.

Jestem bardzo zadowolona, że wreszcie zapoznałam się z pierwszym tomem "Zwiadowców". Bez wątpienia będę kontynuować cykl. Na pewno nie jest to książka dla dorosłych i niektórzy mogą ją odebrać za infantylną, ale dla mnie była powieścią, którą szukałam w czasach dzieciństwa, dlatego właśnie tak bardzo ją doceniam.

sobota, 23 lipca 2016

Tożsamość Anioła


Tytuł: "Tożsamość anioła"

Autor: Lidia Helena Zelman

Cykl: Tożsamość anioła

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Liczba stron: 328

Ocena: 3/10








Czy was też przeraża, że osoby dobre, pełne empatii i życia mają za sobą wiele ciężkich przejść i często mimo tego że są młodsze, większy bagaż doświadczenia? Znam niejednego takiego człowieka i za każdym razem, gdy przypomina mi się jego historia, czuję ogromny szacunek i przede wszystkim podziw. Miałam i mam idealne życie, którego może mi pozazdrościć większość ludzi. A co z innymi? Andrea musi borykać się z wielkim darem, a raczej przekleństwem. Jest w stanie przewidzieć katastrofy. Można powiedzieć, że dzięki temu może ratować ludzkie życie. "Można" jest słowem kluczem. Choć bardzo by chciała, nie może nic zrobić. Czuje cierpienie tych ludzi, czuje ich ból, ale nie może im pomóc. Dlatego właśnie dziewczyna pomaga w domu starców i ośrodku wspierającym potrzebujących w Afryce. Jest ucieleśnieniem dobra. Nic nie było w stanie jej zagiąć – tajemnice przeszłości, trudne dzieciństwo i skrajna samotność z własnego wyboru. Ale ile można być samotnym? Jak długo można radzić sobie samemu z tak olbrzymimi problemami? 

Muszę wam się przyznać, że nie wiem, skąd mam tę książkę. Po prostu pewnego dnia wylosowałam jej tytuł z mojego pudełeczka z książkami. Chciałam zdać się na łut szczęścia i zostałam całkowicie zaskoczona. Powieść, o której istnieniu zapomniałam, już coraz mniej popularne paranormal romance, czy to może okazać się dobre? Na pewno okładka jest magnetyzująca, ale treść już niekoniecznie. Od początku czułam, że nie jest to opowieść dla mnie. Przyznaję się bez bicia, że w swoim czasie uwielbiałam te wszystkie mroczne historie o upadłych aniołach, wampirach i wilkołakach, ale ten czas już minął. Przeczytałam dostateczną liczbę książek z tego gatunku i wiem, że naprawdę trudno o dobrą powieść tego typu. "Tożsamość anioła" na pewno taka nie jest.

Od razu zirytował mnie początek książki. Nieśmiała dziewczyna, przystojny chłopak, niespotykane moce... Moment – czy tego już nie było? Przewidywalna do granic wytrzymałości. No i jak być tu pozytywnie nastawionym? Naprawdę wierzyłam, że może trafię na coś niesztampowego. Tymczasem okazało się takie jak zawsze... Na szczęście dalsza część była dla mnie niespodzianką. Nie spodziewałam się takiego przebiegu akcji i cieszę się, że autorka przynajmniej w głównej części stworzyła coś niekonwencjonalnego. Jednak niestety nic nie trwa wiecznie. Końcówka była powrotem do rozpoczęcia. Tak samo do odgadnięcia, bez żadnych tajemnic, zdumiewających wydarzeń. Był moment, gdy "Tożsamość anioła" urzekła mnie, ale on minął zbyt szybko i przez to czuję się w pewien sposób oszukana. W dodatku pojawił się motyw upadłych aniołów. Jest on zbyt często spotykany, by mógł dać pole do popisu. Trzeba by mieć naprawdę niesamowitą wyobraźnię, by stworzyć coś niepowtarzalnego. 

Styl autorki okazał się wyjątkowo lekki, co sprawiło, że przeczytałam powieść w zastraszająco szybkim tempie. Nie będę udawać, że się nie wciągnęłam mimo schematyczności. Jest on typowy dla młodzieżówek, co w pewien sposób jest dobre, bo zachęci młode osoby do czytania, jednakże ja jestem już za stara. Był dla mnie zbyt prosty. Żadnych ciekawych słów, składnia charakterystyczna dla języka nastolatków. Nic, co mogłoby zaspokoić mój głód literacki.

Co do bohaterów mam również negatywne odczucia. Na wstępie nie polubiłam Andrei i mimo że próbowałam to zmienić, to nie potrafiłam. Była ucieleśnieniem dobra i to mnie denerwowało. Ona nie miała prawie wcale wad. Jedyne jakie się pojawiały, to z jej przekonania, że to dla dobra innych ludzi. Przyznajcie sami – ludzie idealnie (wiem, że nie istnieją, ale ci blisko ideału) są niezwykle irytujący. Dla mnie są tacy nieludzcy i sztuczni. I właśnie taka była Andrea. Co do naszego przystojnego chłopaka – Kaspara – mam mieszane odczucia. Na pewno w pewnym momencie zyskał moją sympatię, ale nie potrafił jej utrzymać. Natomiast inne postacie okazały się mętne o nierozbudowanych charakterach. To byli tylko przypadkowi ludzie, których mijamy na ulicy i wyłącznie po ich wyglądzie jesteśmy w stanie coś o nich stwierdzić. Czy tak powinno być? To byli przyjaciele głównej bohaterki, jej wrogowi. Tymczasem dla mnie nie mieli żadnego znaczenia. 

Moja próba powrotu do dawnego gatunku zakończyła się totalnym fiaskiem. Czytałam gorsze książki, ale ta stanowczo zalicza się do tych zapełniaczy czasu, o których zapomina się od razu po przeczytaniu. Jeśli macie ochotę na fantastykę, romans poszukajcie ciekawszej i ambitniejszej powieści.    

środa, 20 lipca 2016

Miedziana rękawica


Tytuł: "Miedziana rękawica"

Autor: Cassandra Clare, Holly Black

Tłumaczenie: Robert Waliś

Cykl: Magisterium

Tom: II

Kategoria: Fantastyka 

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 336

Ocena: 8/10






Życie Calluma Hunta zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Jego ojciec nienawidzi magii, a w szczególności szkoły zwanej Magisterium. Dlatego Call był przekonany, że to złe miejsce dla niego i chciał zrobić wszystko, by tam nie być. Tymczasem po roku nauki wszystko nabrało innego sensu. Nareszcie ma przyjaciół, którzy nie wyśmiewają się z jego problemów z nogą, zwierzaka w postaci olbrzymiego wilka ogarniętego chaosem i przede wszystkim umiejętności, które mogą dać mu szczęście. Niestety ma też swoją mroczną tajemnicę – jest kimś innym niż myślą wszyscy. Gdy chłopak odkrywa, że jego ojciec domyśla się, kim naprawdę jest, ucieka z domu i rozpoczyna szaloną przygodę pełną niebezpieczeństw, śmierci i kłamstw... Czy poradzi sobie ze swoim sekretem i nieokrzesaną naturą?

Pamiętam, jak wychodziła pierwsza część tej powieści. To było coś. Cassandra Clare wróciła do nas z nową serią. Razem z Holly Black zjednoczyły się i stworzył niesamowitą historię, która zawładnęła niejedną osobą – również mną. Nie spodziewałam się, że "Próba Żelaza" zrobi na mnie tak dobre wrażenie. Jest to opowieść raczej dla młodszej młodzieży, tymczasem zostałam oczarowana i przeniesiona do świata magii i zagadek. I właśnie dlatego obawiałam się kolejnej części. Czy będzie tak samo dobra? Czy poczuję ten sam dreszczyk, co podczas czytania pierwszego tomu? Takich pytań pojawiło się tysiące. I odpowiedź jest tylko jedna – tak. 

Styl autorek nie jest zbyt skomplikowany. Nie można po nim oczekiwać trudnych czy rzadko spotykanych słów. Lecz nie oznacza to, że jest dziecinny. Jest wręcz odwrotnie. Posiada w sobie pewną dozę inteligencji, którą od razu zauważyłam, czytając pierwszą stronę. Zrobiło to na mnie bardzo dobre wrażenie, gdyż poczułam, że mój wiek nie ma znaczenia, a ja mogę oddać się nowym przygodom. Dzięki temu "Miedziana rękawica" była płynna i zrozumiała. Jedyne, co czasami irytowało mnie, to nietypowa składnia, przez którą gubiłam się w linijkach. Dla mnie jest to ciekawa konstrukcja gramatyczna, z którą wcześniej się nie spotkałam, dlatego mimo to podziwiam autorki za ten niekonwencjonalny styl. 

Od pierwszych stron wciągnęłam się w tę opowieść. Przeczytałam ją w zastraszająco szybkim tempie, co nawet mnie samą zaskoczyło. Już dawno nie straciłam poczucia czasu przy czytaniu. Historia jest nieprzewidywalna i pełna zwrotów akcji. Słuchamy zabawnych docinek przyjaciół, gdy nagle wszystko się zmienia i zaglądamy śmierci w oczy. Cały czas czułam porażającą mnie ciekawość, ale i niepokój o dalsze losy bohaterów. Wszystkie opisy, niezwykłe wydarzenia sprawiły, że moja wyobraźnia zaczęła pracować na największych obrotach, by dać mi możliwość brania udziału w misji razem z czwórką przyjaciół. 

Jak na początku wam wspomniałam, bardzo się obawiałam tej kontynuacji. Wyzwaniem jest napisanie dobrej książki, ale jeszcze większym napisanie jej dalszej części. W końcu powinna być jeszcze lepsza albo chociaż na tym samym poziomie. A czytelnicy są niezwykle wymagający. Sama wiem, jak bardzo dużo oczekuję po kolejnych tomach. Na szczęście "Miedziana rękawica" spełniła swoje zdanie i okazała się wybitniejsza od swojej poprzedniczki. Razem z "Próbą Żelaza" połączyły się w zgrabną całość, nadając płynności fabule i przede wszystkim emocjonalności. Tak bardzo pragnęłam, by bohaterowie poznali o sobie nawzajem prawdę i zaakceptowali się, że czasami nie mogłam wytrzymać i musiałam odłożyć powieść na bok. To wszystko było takie logiczne. Jednak oni nie mogli o tym wiedzieć...

Co do kreacji świata mam trochę zastrzeżeń. Brakuje mu częściowo podstaw. Niby wszystko jest zrozumiałe, ale nie czuję tego uczucia panoramiczności, które tak bardzo lubię. Jakby nic innego się nie działo oprócz wydarzeń związanych bezpośrednio z głównymi postaciami. Muszę też przyznać, że mam skojarzenia z "Harrym Potterem". Jest to pozorne uczucie, lecz nie można zaprzeczyć, że niektóre motywy się powtarzają – szkoła magii, dusza, która jest w innym ciele i przede wszystkim wszechobecna magia. Skądś to znamy, prawda? Na szczęście fabuła ma inny przebieg, co ratuje całą sytuację. 

Bohaterowie się wykreowani w perfekcyjny sposób. Główny bohater nie jest wybitną jednostką, która uratuje cały świat (choć mam nadzieję, że ostatecznie to zrobi), wcale wszyscy go nie podziwiają i szanują, nie jest bardzo lubiany – jest naturalny i to mnie w nim urzekło. Ma naprawdę wiele wad, które niejedną osobę zirytują, ale również ma zalety. Poza tym bardzo polubiłam ojca Calla – Alastaira. Ma w sobie coś niespotykanego. Pozwolił, by zawładnęła nim przeszłość, ale ostatecznie to on z nią walczy i nie poddaje się. 

"Miedziana rękawica" jest książką, która przeniesie każdego w niezwykły świat magii, gdzie liczy się przyjaźń, prawda i odwaga. Już dawno nie czytałam tak dobrze skonstruowanej powieści. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego fana fantastyki. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu Albatros

wtorek, 21 czerwca 2016

Zimowe Panny


Tytuł: "Zimowe Panny"

Autor: Cristina Sánchez-Andrade

Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Muza

Liczba stron: 320

Ocena: 5/10










Życie mieszkańców wioski od lat toczy się spokojnie i pracowicie. Nic się nie zmienia. Ludzie rodzą się i umierają. Są śluby i rozstania. Tak jak powinno być. Lecz wieś kryje swoją mroczną tajemnicę, która została pochowana wraz z uzdrowicielem. Wojna przyszła szybko i niespodziewanie. Niszczyła wszystko, co znalazło się na jej drodze. Nie miała żadnych ograniczeń. Wraz z nią przyszła śmierć i głód. Ludzie w takich przypadkach są gotowi na wszystko. Bez mrugnięcia oka zdradzą swoich przyjaciół, oddadzą najcenniejsze rzeczy. Byle tylko przeżyć. Później się o wszystkim zapomni. Nie będzie żadnych dowodów ani świadków. Ale czy na pewno? Przez wiejską drogę idą dwie kobiety. Są już dojrzałe, ale niestare. Minęło tyle czasu... Wszyscy już zapomnieli... Jednak teraz pora wrócić do wspomnień, bo idą Zimowe Panny.

Zanim przeczytałam "Zimowe Panny", dużo o nich słyszałam. Nie były to opinie ani jednoznacznie pozytywne, ani negatywne. Na początku nawet nie zwróciłam uwagi na tę książkę. Była jedną z wielu innych obyczajówek. Zwykle nie czytam tego gatunku i w swoim życiu trafiłam na naprawdę mało dobrych powieści tego typu. Dlatego z czasem się zniechęciłam i teraz raczej omijam je szerokim łukiem. Przyznaję też, że książki fantasy często poruszają podobne tematy, tylko forma oraz uniwersum zachwycają i zachęcają do czytania. Normalne życie mamy na co dzień... Lecz nie można udawać, że ono nie istnieje. Właśnie to sprawiło, że i ja postanowiłam zapoznać się z "Zimowymi Pannami". W jakiś sposób prześladowały mnie. Na każdej stronie poświęconej literaturze trafiałam na kolejne recenzje. Sama chciałam sprawdzić, co takiego jest w tej książce, że tyle czytelników zajrzało do niej.

Jak zabrać się za taką powieść? To było pierwsze pytanie, jakie sobie zadałam. Pewnie dla części z was wyda się śmieszne, ale ja naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Powinnam przeznaczyć kilka godzin na jej czytanie, a może robić sobie przerwy na refleksje? Tak banalna sprawa, a jednak zastanawiała mnie. Gdy już zaczęłam czytać, zdałam sobie sprawę, jak naturalna jest ta książka. Nie było żadnych niestworzonych rzeczy, nadnaturalnych istot... Tylko i wyłącznie zdarzenia z życia codziennego. Było w tym coś pięknego. Zaczęłam się dziwić, dlaczego mnie to nie nudzi. Nigdy nie lubiłam prostych zagadnień. Wolałam w czeluściach umysłu szukać rozwiązań skomplikowanych i pełnych emocji. W tej obyczajówce nie znalazłam tego. Rzadko kiedy zdarza się, że autor w taki sposób prowadzi książkę. Jest to duży plus, gdyż każdy niekonwencjonalny pomysł jest przeze mnie bardzo ceniony.

Styl autorki jest również nieszablonowy. Pisze ona bardzo oschle i oszczędnie. Opisy są mało rozbudowane. Mimo że powieść posiada nieznaczne ilości dialogów, to i tak nie znajdziemy tam wielu stron poświęconym na przedstawienie okolicy. Każdy opis ma jakieś znaczenie, które odpowiednio odniesione do  wydarzeń tworzy całość. Miałam wrażenie, że autorka specjalnie pisze bardzo chaotycznie. Częste retrospekcje bardzo zaburzały chronologię, co czasami skutkowało pogubieniem się czytelnika. 

Fabuła książki jest niepotrzebnie ciągnięta. Wiele wątków jest nielogicznych. Nie mają jakiegokolwiek połączenia z rzeczywistością, co bardzo psuło naturalność historii. Nic mnie nie zaskoczyło, a zakończenie przewidziałam bardzo wcześnie, co jest olbrzymim minusem. Krótka opowieść zajęła kilkaset stron, co było całkowicie niepotrzebne. Rozumiem, że autorka chciała ukazać psychologiczną część bardzo dokładnie, ale przy tak sztywnym stylu było to niemożliwe.

Zimowe Panny okazała się niesamowitymi postaciami... Gdy na początku je poznałam, wątpiłam, że będą godne uwagi. Tymczasem okazały się bohaterkami o bardzo rozbudowanych charakterach. Nie polubiłam je jako osoby, ale doceniłam jako postacie literackie. I myślę, że to najbardziej się liczy. Ich wizerunek jest karykaturalny. Uważam, że w prawdziwym życiu nie spotkamy tak skrajnych osób. Choć z drugiej strony ludzie zawsze mnie zaskakują i dlatego tak bardzo darzę ich sympatią. W powieści pojawiały się nietypowe cechy, które były przypisane wyłącznie konkretnym postaciom. Cenię takie zabiegi, lecz w tym przypadku ich osobowości zostały spłycone tylko do tych cech.

Trudno określić mi tematykę książki. Miała w sobie wiele cennych uwag, lecz nie skupiała się na czymś konkretnym. Ukazywała wstydliwe myśli, do których zazwyczaj się nie przyznajemy. One towarzyszą każdemu z nas, ale nie są dobrze postrzegane, dlatego zachowujemy je dla siebie. Można w nich dostrzec bolesną prawdę o ludziach i ich postępowaniu. Jedno traumatyczne wydarzenie nie musi nas złamać, ale kilka – i to niekoniecznie w tym samym czasie – może z nas stworzyć potwora lub pozbawić szczęścia w życiu.

Niestety powieść odebrałam negatywnie. Spodziewałam się czegoś innego i niestety ta realna forma zawiodła mnie. Jak na samym początku wspomniałam, nie jestem przyzwyczajona do obyczajówek i "Zimowe Panny" zniechęciły mnie do kontynuowania przygody z tym gatunkiem.

wtorek, 7 czerwca 2016

Polowanie


Tytuł: "Polowanie"

Autor: Maggie Stiefvater

Tłumaczenie: Michał Kubiak

Cykl: Spirit Animals

Tom: II

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Wilga

Liczba stron: 234

Ocena: 7/10






Zastanawialiście się czasem nad ludzką niezależnością? Nasze myśli należą wyłącznie do nas i nikt nam ich nie odbierze. Sami decydujemy, z kim podzielimy się nimi. Czasami bliskie osoby potrafią odczytywać, o czym w tej chwili myślimy. Nie zmienia to faktu, że możemy być samotni we własnej głowie. A gdybyśmy mieli kogoś, kto myśli tak samo jak my, kto czuje nasze emocje i jest w stanie perfekcyjnie z nami współpracować? Czy wtedy nie czulibyśmy się pewni? Czwórka dzieci, która niedawno wywołała swoje zwierzoduchy i to nie pierwsze lepsze – tylko Wielkie Bestie, musi nauczyć się nad nimi panować i docenić ich umiejętności. Razem wybiorą się w podróż, by odnaleźć sławetnego Dzika. Jedynie on może dać im medalion, który zbliży ich do pokonania wroga. Czy uda się im osiągnąć cel? Czy mogą sobie nawzajem ufać? Czy w ogóle nad Wielkimi Bestiami da się zapanować?

Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tym cyklem książek. Dopiero gdy dostałam możliwość przeczytania drugiej części, zainteresowałam się, o czym dokładnie są. Zaintrygowała mnie ta seria do tego stopnia, że zadałam sobie pytanie, czemu wcześniej o niej nie słyszałam. "Polowanie" napisała bardzo znana autorka powieści dla młodzieży. Spod jej pióra wyszło wiele pozytywnie ocenianych książek. Dlaczego ta nie miałaby być tak samo dobra?

Motyw zwierząt w historiach spotyka się bardzo często. Od setek lat różni pisarze wykorzystują je jako rożnego typu symbole i istoty żywe towarzyszące ludziom. W tej powieści zwierzęta również są przy ludziach i wiernie asystują im. Na pozór wielokrotnie jest to spotykane w opowiadaniach, lecz tutaj jest on przedstawiony w oryginalny sposób, z którym nigdy wcześniej się nie spotkałam. W niejednej książce dzieci miały swoich towarzyszy, ale w tej wszystkie wilki, pandy są kimś więcej dla człowieka. Rozumieją się bez słów i razem mogą być niepokonani. Zaintrygowała mnie ich więź. Jednak w całej serii najbardziej mnie pasjonuje fakt, że każdy tom jest napisany przez innego autora. W "Polowaniu" Maggie idealnie sobie poradziła. Jest to jej kawałek duszy, która tworzy całą tę historię. Zastanawiam się, jak przy niej wypadli inni pisarze. Czy razem tworzy to jedną część, posiadającą większy sens? Jest to na pewno interesujący sposób na napisanie serii.

Styl autorki jest bardzo przyjemny. Stiefvater pisze lekkim piórem, które zachęci niejedną, młodą osobę do czytania. Dzięki niezbyt skomplikowanym zdaniom wszystko trzyma się logicznej całości. Fragmentami "Polowanie" jest wyjątkowo zabawne. I nie mówię w tym przypadku o niepohamowanym śmiechu, tylko o tych iskierkach radości, pojawiających się w oczach dziecka, gdy czyta coś wyjątkowo sympatycznego. Dzięki krótkim, ale barwnym opisom bardzo łatwo wyobrazić sobie świat, w którym żyją bohaterowie. Bardzo często w powieściach trudno zrozumieć zasady działające w nowym, nieznanym nam uniwersum. Tutaj od razu przeniosłam się do tej rzeczywistości i mimo że nie czytałam pierwszej części, nie miałam problemu z pojęciem wszystkich reguł. 

Fabuła książki jest bardzo wciągająca. Od pierwszych stron zaciekawiła mnie i sprawiła, że nie mogłam się oderwać od tej historii. Przeczytałam ją wyjątkowo szybko i mam bardzo pozytywne wspomnienia. "Polowanie" nie jest jakoś szczególnie rozbudowane, ale nie mam wątpliwości, że to zapowiedź czegoś większego. Dopiero wszystkie części pewnie stworzą niezwykłą i nieprzewidywalną opowieść. Powieść porusza istotne tematy dla młodych ludzi. Ukazuje, jak bardzo ważna jest rodzina i jak wiele jesteśmy w stanie dla niej zrobić. Jej brak też ma olbrzymi wpływ na ludzkie życie. Może wręcz zmienić bieg historii. Skłania to do refleksji i zachęca do doceniania tych małych rzeczy, które są naszą codziennością, ale zarazem też olbrzymim darem. 

Pod względem bohaterów trochę się zawiodłam. Nie są oni wyjątkowo rozbudowani i trudno coś konkretnego powiedzieć na ich temat. Na pewno przypał mi do gustu Rollan, którego poznajemy trochę lepiej i jego biografia jest naprawdę osobliwa, ale niestety w ten okrutny sposób. Bardzo doceniłam też Finna, który wydawał mi się niezwykle tajemniczy, lecz mimo to sympatyczny. Intrygowało mnie połączenie tych dwóch cech. Inne postacie mają najróżniejsze charaktery, ale są one nieuporządkowane i nie dają się lepiej poznać, co jest w tym przypadku dość dużym minusem.   

Jestem pewna, że zapoznam się z pozostałymi częściami "Spirit Animals" i przede wszystkim pierwszą. Jest to cykl dla młodszej młodzieży, więc jeśli macie w rodzinie takie osoby i chcecie zachęcić je do czytania, to ta książka doskonale nadaje się do tego.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję bardzo portalowi Zażyj Kultury

wtorek, 10 maja 2016

Szklany tron


Tytuł: "Szklany tron"

Autor: Sarah J. Maas

Tłumaczenie: Marcin Mortka

Cykl: Szklany tron

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Uroboros 

Liczba stron: 520

Ocena: 6/10






Większość z nas ma szczęśliwe życie. Nieidealne, ale szczęśliwe. Wracamy do domu i ktoś na nas czeka. Wiemy, że ten ktoś porozmawia z nami, pocieszy nas, czasami się pokłóci, ale będzie. Wiemy, że gdy rano wstaniemy zaczniemy schematycznie wykonywać te same czynności, by po chwili narzekać, że to takie nudne. Wiemy, że drugiego dnia będziemy żyć. Może to nie jest pewna wiedza, ale nie zakładamy, że jutro umrzemy. Celaena nie ma żadnej pewności. Dla niej zwykły dzień to cierpienie, śmierć, głód i brak nadziei. Lecz jednak coś nie pozwala się jej poddać. Może to wspomnienie tego kim kiedyś była... A może pragnienie wolności – na tyle mocne, by pozwoliło jej przetrwać w otchłani kopalni. Pewnego dnia Celaena dostaje szansę. Może znowu stać się wolna. Musi tylko wygrać jeden turniej i zostać na kilka lat królewską zabójczynią. Jeszcze niedawno byłaby to łatwa próba, ale po roku pracy w kopalni, gdzie średnia życia wynosi trzy miesiące, dziewczyna straciła swoje umiejętności. Czy da radę odnaleźć iskrę radości w życiu? Czy jest gotowa na powtórny trening? 

Pierwsze moje wspomnienie z tą książką wiąże się z okładką. Gdy pierwszy raz zobaczyłam ją na półce księgarni, zostałam oczarowana. Coś mnie przyciągało do tej niezwykłej dziewczyny. Może jej tajemniczość, bezwzględność. Sama nie wiem... Niestety ostatecznie nie uległam jej czarowi. Lecz zaczęłam trafiać na jej recenzje, gdzie zawsze była wychwalana. Wyszła kolejna część, a później trzecia. Każda z nich pozytywnie oceniana. Dlatego właśnie miałam bardzo wysokie oczekiwania co do niej. Wreszcie ją przeczytałam i tak naprawdę bardzo trudno jest mi wyrazić swoje zdanie.

Pomysł od razu wydał mi się oryginalny. Co prawda takich książek, gdzie występuję femme fatale, potrafiąca zabić człowieka gołymi rękami, jest obecnie dużo. Jednakże w "Szklanym tronie" historia Celaene jest w pewien sposób inna. Może dlatego że na początku nie dostajemy opisu niezwykłej, niepokonanej dziewczyny tylko jej cienia. Mało która powieść zaczyna się w ten sposób – od upadku... Jest to nietypowe podejście i mogłoby się wydawać, że niezachęcające, tymczasem ja dzięki temu od razu oddałam się z pasją czytaniu. Niestety po pewnym czasie okazało się, że powieść ma niewykorzystany potencjał. "Szklany tron" nie był tym, czego się spodziewałam w początkowej fazie i działa to na niekorzyść książki.

Styl autorki jest bardzo przyjemny. Od razu mnie tym zaskoczyła. Nic dziwnego, że tak dużo ludzi ją wychwala. Dzięki lekkiemu piórowi powieść czyta się niezwykle szybko i w ogóle nie zauważa upływu czasu. Sama oddałam się tej historii, nie zważając na realny świat i konsekwencje. Jednak musi być jakieś "ale". Język, który używa Mass, jest wyjątkowo płynny i lekki, lecz pasuje bardziej do obecnie popularnego New Adult niż opowieści fantasy. W pewien sposób łamie klimat i ogranicza wyobraźnię. W historiach, które dzieją się w podobnym do średniowiecza uniwersum, cenię archaizowany język o nietypowej składni.

Co do bohaterów mam bardzo mieszane uczucia... Celaena wydawała mi się na początku bardzo barwną postacią, lecz w pewnym momencie okazała się papierowa i... pusta. Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale naprawdę rzadko się zdarza, że postać, którą polubiłam od samego początku, staje się dla mnie irytująca i po pewnym czasie obojętna. Natomiast księcia Doriana od pierwszej chwili nie polubiłam. Gdy tylko się pojawiał, czułam rozdrażnienie i nigdy nie mogłam zrozumieć jego postępowania. A raczej mogłam, tylko uważałam, że jest nieodpowiednie... Za to bohaterem, którego zapamiętam na długo, jest dowódca straży królewskiej – Chaol. Jest on dla mnie niezwykle fascynujący i muszę przyznać, że trochę się z nim utożsamiam. Mimo tego że nie zawsze był sympatyczny czy tajemniczy, miał w sobie coś wyjątkowego. Poza tym postacie epizodyczne okazały się ciekawymi zagadkami. Część z nich pewnie nigdy nie rozwiążę, ale jestem pewna, że w niektórych przypadkach autorka na pewno pociągnęła te wątki dalej. 

Niestety trochę rozczarowałam się... "Szklany tron" bez wątpienia był ciekawym przeżyciem dla mnie, ale po tylu pozytywnych opiniach miałam większe oczekiwania. Jestem pewna, że sięgnę po kolejne części, ale już nie z takim zainteresowaniem. Tymczasem polecam tę powieść osobom, które lubią lekkie książki fantasy. 

środa, 20 kwietnia 2016

Zazdrośnice


Tytuł: "Zazdrośnice"

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt

Tłumaczenie: Łukasz Muller

Kategoria: Literatura współczesna

Wydawnictwo: Znak 

Liczba stron: 144

Ocena: 9/10











Szkolne czasy... Te wszystkie wspomnienia, małe problemy. Czy to niepiękne lata? Część z was pewnie jeszcze chodzi do szkoły tak jak ja i nie docenia ich. Jeszcze mamy prawo. Jednak niektórzy zakończyli już ten okres w swoim życiu i mogą bazować wyłącznie na zapamiętanych wydarzeniach. Nie spotkałam osoby, która miałaby złą opinię o szkolnych lata, lecz nie oznacza to, że tacy nie istnieją. Czwórka młodych dziewczyn, które są związane nierozłącznym węzłem przyjaźni, codziennie mierzy się z demonami własnej duszy. Są to zwyczajne problemy, które przeżywa każdy nastolatek, jednakże nie można zapominać, że mają one bardzo duży wpływ na kształtowanie się charakteru. Jak ostatecznie potoczą się losy przyjaciółek? Czy jeden chłopak jest w stanie zmienić ich przyszłość? Do czego tak naprawdę doprowadzą ich wybory?

Czytałam cztery książki Schmitta, a dokładnie rzecz ujmując cztery opowiadania. Każde z nich zrobiło na mnie dojmujące wrażenie. Spodziewałam się po nich czegoś głębokiego, a dostałam historię, która na długo zapadła mi w pamieć, zakorzeniając się w moim umyśle. Dlatego, gdy tylko dostałam możliwość zrecenzowania "Zazdrośnic", bez zastanowienia wybrałam je. Opis z tyłu książki nie przekonywał mnie, ale wiedziałam, że to są tylko pozory. Zwykła, ostatnimi czasami wyjątkowo popularna historyjka. Czy na pewno? Eric-Emmanuel Schmitt po raz kolejny zaskoczył mnie w ten najbardziej przerażający sposób.

Zawsze miałam mieszane odczucia co do stylu pisarza. Prawie każdy czytelnik zna go z poważnych opowieści. Tymczasem jego styl jest bardzo lekki. Najczęściej występujący w młodzieżówkach, których celem jest wyłącznie rozrywka. Dzięki temu na pewno lepiej czyta się książkę i tak było w wypadku "Zazdrośnic", lecz ja zawsze wolałam skomplikowaną składnię i niecodzienne słowa. Lecz nie zmienia to faktu, że od razu wciągnęłam się w fabułę. Opowieść o czterech przyjaciółkach jest napisana w formie pamiętników. Każda z nich ukazuje swoje subiektywne spojrzenie bez zbędnego ubarwiania. Dlatego właśnie tak cenię pióro Schmitta. Umiał napisać książkę językiem typowo młodzieżowym, poruszając przy tym wiele ważnych spraw. Dzięki czemu wszystko wygląda naturalnie.

Początek książki ukazuje środowisko bardzo dobrze mi znane. Mam dokładnie tyle samo lat co Anouchka, Julia, Raphaelle i Colombe. Wiem, z czym muszą mierzyć się na co dzień i rozumiem to. Może nie mamy ogólnoświatowych problemów, ale są one dla nas bardzo istotne, ponieważ kreują nas i dopiero uczymy się z nimi walczyć. Czy zawsze dajemy radę? W pewnym sensie utożsamiam się z nimi. Mimo że mam inne idee i cechy charakteru, zdaję sobie sprawę, co w danym momencie nimi kierowało. I ich przyjaźń. Każdy w szkole znał taką nierozłączną paczkę i dobrze wiedział, na czym polegają więzy ich łączące. Nie zawsze jest tak pięknie, jak nam z boku się wydaje. W "Zazdrośnicach" pojawia się niesamowicie dużo postaci epizodycznych. To niezwykłe jak autorowi w tak krótkiej powieści udało się ukazać tyle osób i tyle różnorodnych osobowości. Żaden bohater nie był podobny do innego. Każdy miał coś w sobie. Można zarzucić Schmittowi, że są to papierowe postacie, bo są, ale jestem pewna, że taki właśnie był cel. Na tyle setek ludzi, którzy są naszymi znajomymi, kogo naprawdę znamy? Dzień w dzień rozmawiamy z tymi samymi osobami, a w większości przypadków nie jesteśmy w stanie powiedzieć, kim tak naprawdę są. To jeden z wielu motywów, które możemy zaobserwować w "Zazdrośnicach". 

Tematyka jest bardzo istotna dla młodzieży. Każdy nastolatek musi sobie poradzić z przeciwnościami, czy tego chce czy nie. Tak jest skonstruowany nasz świat i nie jesteśmy w stanie tego zmienić, ale możemy zmienić nasze reakcje, przyszłość. Schmitt ostrzega nas, ale daje też pewnego rodzaju szansę na nowy początek. Uczy nas, gdzie się na chwilę zatrzymać, a gdzie pędzić dalej przed siebie. Cała ta historia to wydarzenia, które dzieją się obok nas. Wielokrotnie patrzymy na przypadkowe osoby, a to właśnie one są głównymi bohaterami tych wydarzeń. Jeszcze częściej my sami nimi jesteśmy. "Zazdrośnice" uczą, że nie można tego ignorować. Tym samym ukazują myśli, które pojawiają się w umyśle każdego człowieka, ale nikt nie przyznaje się do nich sam przed sobą. Właśnie to było najbardziej szokujące, bo szczere. Ktoś nagle nam mówi coś, co ukrywamy przed sobą w każdym momencie naszego życia, gdyż po prostu wstydzimy się tego. A ten ktoś nagle ubiera to w realne słowa i wypowiada na głos. Czy to nieprzerażające ale też potrzebne? Może czasami trzeba przestać uciekać...

Tak jak zawsze Eric-Emmanuel Schmitt zaskoczył mnie kunsztem swojej powieści i głębią przemyśleń. Nie bał się powiedzieć tego, co już dawno powinno być wypowiedziane. Dlatego polecam jego książkę każdemu. Dla młodzieży jest ostrzeżeniem, a dla osób dorosłych kierunkowskazem – bardzo bolesnym kierunkowskazem. Macie siłę się z nim zmierzyć? 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Redakcji Essentia i księgarni Tania Książka