Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2020

Miedziaki – Colson Whitehead


Tytuł: Miedziaki

Autor: Colson Whitehead

Tłumaczenie: Robert Sudół

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 288

Ocena: 9/10











W którymś momencie życia powinniśmy nauczyć się, jak odróżniać dobro od zła. Wśród tych wszystkich umiejętności, których uczymy się przez całe życie, właśnie to jest jeden z najważniejszych aspektów naszej edukacji. Wszyscy wiemy, że świat nie jest czarno-biały, więc w ogóle zdefiniowanie dobra czy zła jest tylko próbą pokategoryzowania go. Nie zmienia to faktu, że są czyny, które są po prostu złe i nie ma tu żadnej dyskusji. Można zadać pytanie, z czego konkretnie wynikają, dlaczego to właśnie one są złe. Jeśli nawet znaleźlibyśmy tak konkretną odpowiedź jak dowód matematyczny, to nic ona by nam nie dała. Trzeba się udać do samych podstaw i zadać pytanie ogólniejsze, większej rangi – skąd bierze się nienawiść i brak tolerancji? 

Elwood jest czarnoskórym dzieckiem, które wykazuje się niesamowitą pracowitością, poświęceniem i wytrwałością. Temu wszystkiemu towarzyszy pogodny uśmiech, dobro, oddanie swoim ideom i inteligencja. Podsumowując – Elwood jest kochanym dzieckiem, które ma przed sobą wspaniałą przyszłość wybrukowaną przez jego własne cnoty. Mijają lata i Elwood dostaje propozycję nauki na politechnice. Jest zaszczycony i podekscytowany nową drogą edukacji. Pierwszego dnia z radością maszeruje na uniwersytet, ale ma szczęście, bo łapie autostopa. Wtedy jeszcze nie wie, że zwykły fart zaprowadzi go do owianego złą sławą poprawczaka – Miedziaka. Jak tam trafia? To opowiada książka, ale myślę, że i tak już wszyscy domyśliliśmy się, że odpowiedź jest jedna – kolor skóry. 

O "Miedziakach" słyszałam wiele pozytywnych opinii i jest to bodajże druga książka w mojej historii, którą świadomie czytam między innymi ze względu na nagrodę Pulitzera. Bardzo ceniona nagroda w świecie literackim, na którą zwykle nie zwracam uwagi. I teraz po przeczytaniu "Miedziaków" postanowiłam przyjrzeć się baczniej nagradzanym powieściom, by sprawdzić, czy to zwykły przypadek, że ta książka zmieniła moje postrzeganie na świat, czy może tendencja w historii tej nagrody. W tej chwili nie ma to znaczenia, ponieważ liczą się tylko "Miedziaki", które wstrząsnęły mną dogłębnie i zostawiły wypalony ślad w mojej duszy, bym nigdy nie zapomniała, co ta historia niosła ze sobą. 

Cała książka jest napisana w bardzo dopracowany sposób, dzięki któremu powoli czytelnik może poznać historię Elwooda i pozornie przyjemnie dostrzegać, jak wygląda nasz świat. Autor wykorzystał zabieg, który uwielbiam, ale uważam też za wybitnie trudny – skoki czasowe. Mamy główną linię fabularną, jednak czasami przenosimy się do innych czasów, by móc zajrzeć w nieznaną nam przyszłość. Początkowo wydawało mi się to po prostu ciekawe, ale z czasem zrozumiałam, że to klucz do zrozumienia całej opowieści, a raczej jej poczucia. Bo tu nie ma, co rozumieć, tu trzeba czuć. 

Mam nadzieję, że wybaczycie mi fakt, że zdradziłam w opisie trochę fabuły. Zwykle staram się tego nie robić, ale uważam to za tak istotny aspekt całej książki, że nie wyobrażam sobie pisania recenzji bez tej podstawy. Dla mnie jest to właśnie powieść, gdzie trzeba wiedzieć przed, jak wielkim wyzwaniem stajemy. A tutaj tematyka – przez wielu uważana już za oklepaną – jest niezmiernie trudna i wybitnie ważna. Oczywiście mowa tutaj o rasizmie. Bez wątpienia jako ludzkość robimy postępy, lecz chyba wszyscy się zgodzimy, że one są zbyt wolne, że czas, który mija, byśmy wreszcie zrozumieli, że kolor skóry w żaden sposób się nie liczy, rani zbyt wielu i przede wszystkim zadali sobie kolejne z wielkich pytań – jak w ogóle doszło do rasizmu i tak nieuzasadnionego okrucieństwa w historii człowieka?

Historia Elwooda oddziałuje na mnie w sposób, którego długo nie zapomnę, jeśli w ogóle do tego dojdzie. Gdy czytałam, miałam wrażenie, że po prostu poznaję losy zwykłego, czarnoskórego chłopca, którego co jakiś czas ktoś obrazi. Oburzałam się wtedy, bo to po prostu niesprawiedliwe, nieuzasadnione i podłe. Dopiero kiedy skończyłam czytać powieść, zrozumiałam, że tu nie wystarczy się oburzyć, że jedno niechlubne wydarzenie dodane do drugiego i jeszcze kolejnego stwarza historię rasizmu i braku tolerancji. A to wszystko okupione biernością ludzi, którzy wiedzą. 

Ale przecież to nie koniec trudnej tematyki – przed nami poprawczak, który ma właśnie chwalebne zadanie resocjalizacji... Napisane tylko na papierze. Tymczasem łamie wszelkie człowieczeństwo w młodych chłopcach, którzy popełnili w życiu jakiś błąd albo po prostu się urodzili. Na początku pisałam o tym, że świat nie jest czarno-biały, ale są czyny, które nie mają żadnego wybaczenia. Miedziak ukazuje właśnie tę zależność. Opisuje życia osób, gdzie splot zdarzeń i cierpień doprowadza dobrych ludzi do złych czynów, które można, a nawet trzeba wybaczyć. Zarazem pokazuje też niczym nieuzasadnioną nienawiść przejawiającą się w brutalności i okrucieństwie. Mój wniosek jest tylko jeden – nie można nikogo oceniać, ale są czyny, przy których nie można milczeć. 

Jedyną wadą książki, którą zauważyłam, jest niezbyt dokładna kreacja bohaterów. Samego Elwooda to nie dotyczy, bo nie ma wątpliwości, że autor poświęcił mu wiele uwagi. Jednak niektórzy z chłopców mogliby zostać lepiej skonstruowani, byśmy jako czytelnicy widzieli dogłębniej ich perspektywę, a nie opierali się tylko na analogii opowieści głównego bohatera. Mimo to z czystym sumieniem wybaczam to pisarzowi, ponieważ Elwood jest postacią dogłębnie przemyślaną. Poznajemy jego historię od najmłodszych lat, by później obserwować jego poczynania w Miedziaku. Miałam wrażenie, że ten chłopiec jest dobrze mi znany od wielu lat, a ja jestem gotowa na wielkie poświęcenia, by mógł być szczęśliwy. 

Po raz pierwszy, odkąd piszę dla Was recenzje, boję się, że nie uda mi się przekazać Wam, czemu ta powieść jest tak bardzo ważna, czemu powinniście ją przeczytać i w jak wielkim stopniu wpłynęła na moje życie. "Miedziaki" nie są kolejną moralizującą powieścią o rasizmie. One sprawiały, że moje postrzeganie świata rozpadło się na kawałki. Jak każdy człowiek mam swoje własne uprzedzenia, lecz nigdy nie dotyczyły one pochodzenia. Mimo to jestem wstrząśnięta tym, co przeczytałam i tym co poczułam. Po prostu nie jestem w stanie po przeczytaniu tej książki wziąć się w garść. Moje istnienie cały czas pozostaje na kartach historii opowiadającej o kochanym chłopcu, który tak bardzo pragnie być dobrym człowiekiem. Na koniec powiem jedno – weźmy z niego przykład. 

niedziela, 11 lutego 2018

Najmroczniejszy sekret – Alex Marwood


Tytuł: Najmroczniejszy sekret

Autor: Alex Marwood


Tłumaczenie: Rafał Lisowski

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

Ocena: 8/10










Mówi się, że każda rodzina ma jakąś mroczną tajemnicę, która ma nigdy nie ujrzeć światła dnia codziennego. Dlatego jest to temat tabu, o którym nigdy się bez powodu nie rozmawia, a ludzi spoza kręgu nie wprowadza się nawet w fakt jego istnienia. Brzmi to naprawdę przerażająco i podejrzewam, że każdy z nas przeszukuje teraz swoje wspomnienia albo odpycha niechciane myśli. To czy tak jest w rzeczywistości zostawiam bez odpowiedzi. W końcu wszyscy potrafimy w zależności od własnych rodzin odpowiedzieć na to pytanie. Jednak mimo to na pewno ciekawość wygrywa i chcielibyśmy się dowiedzieć, jakie trupy w szafie mają inne rodziny. 

Coco i Ruby są trzyletnimi bliźniaczkami, które żyją w luksusie i dostają pełną opiekę swoich rodziców oraz niani. Tak mogłoby się pozornie wydawać. Jednak świat biznesmenów jest abstrakcyjną rzeczywistością, która rządzi się własnymi zasadami. Tworzy pozory szczęśliwych małżeństw, rodzin, a tak naprawdę funduje swoim bliskim koszmar. Tak jest też w przypadku rodziny Seana. Pełna tajemnic i udawanych uprzejmości. Lecz wszystko zostaje odwrócone do góry nogami, gdy Coco znika. Do gazet trafiają jej zdjęcia, cała rodzina i przyjaciele starają się wywołać jak największą falę poszukiwań. Co tak naprawdę stało się z Coco? Czy dziewczynka odnajdzie się? I co ukrywają najróżniejsi członkowie rodziny?

O Alex Marwood słyszał chyba każdy fan kryminałów i wiele innych osób. Gdy wchodziły jej pierwsze książki, to świat kryminałów w pewnym sensie się zmienił. Nawet ja to zauważyłam, a nie jest to moją domeną. Autorka otrzymała nagrodę Allana Edgara Poe, a nie jest to byle co. Sama bardzo szanuję tego pisarza i co jakiś czas odkrywam jakieś nowe jego opowiadanie. Aż dziw, że tyle ich napisał. Jednak wracając do naszej pisarki, to nie miałam jeszcze okazji czytać żadnej jej książki. "Najmroczniejszy sekret" jest moją pierwszą i muszę przyznać, że jestem naprawdę usatysfakcjonowana tym, co dostałam. 

Muszę wam przypomnieć, że bardzo rzadko czytam kryminały. Lubię ten gatunek, więc to może się wydawać dziwne. Jednakże w tym przypadku nienawidzę wprost poświęcać swojego czasu na słabe zagadki kryminalne, które nie są ani ciekawe, ani oryginalne. A takich niestety jest dużo. I w dodatku te rozległe wprowadzenia... Są wyjątkowo irytujące, choć wiem też, że potrzebna, gdyż inaczej nie bylibyśmy w stanie zrozumieć zawiłości całej historii. Kryminał to dla mnie płynny temat, stąd wynika moja słaba znajomość tego gatunku. 

Jednak "Najmroczniejszy sekret" pozytywnie mnie zaskoczył, ponieważ okazał się całkowicie inny. Oczywiście na początku byłam znudzona, ale zauważyłam, że coraz częściej mam problemy z przebrnięciem przez początkowe fazy najróżniejszych książek. Mimo właśnie nudy książka okazała się bardzo ciekawa i oryginalna. Nie mieliśmy na wstępie morderstwa i załamanego detektywa, który wszystko w mig rozwiąże. To mnie przekonało, tym bardziej że autorka wykorzystała cały potencjał tej historii i jej przebieg był dla mnie wprost idealny. Rzadko się zdarza, że jestem tak dobrze nastawiona do pomysłu. 

W dodatku styl autorki jest przyjemny, co tylko ułatwia czytanie i pozwala się wciągnąć w świat tajemnic. Przy tym na szczęście nie jest zbyt prosty i infantylny. Razem tworzy to przejrzystą i bardzo łatwą w odbiorze treść. W tym przypadku jest to olbrzymi plus. Pisarka wykorzystując dobrze dobrane słowa i zgrabną składnię, pozwala nam się przenieść do wykreowanej przez nią rzeczywistości i razem z nią zaglądać pod dobrze ukryte zasłony sekretów. 

Chyba będę pod niebiosa wychwalać warsztat Marwood, ponieważ jest naprawdę wyjątkowo dobry i już dawno nie miałam styczności z tak dobrze napisanym kryminałem. Mam wrażenie, że każdy najmniejszy szczegół jest dopracowany. A jeszcze pewna specyfika fabuły potęguje to uczucie. To wszystko wydaje się takie oczywiste i przewidywalne, a w rzeczywistości w ogóle takie nie jest i tu zostałam zaskoczona. Co prawda nie było efektu "wow, to jest inaczej niż myślałam", ale powoli sobie uświadamiałam, że dałam się nabrać i zresztą nie tylko ja. W dodatku wydarzenia biegną dwutorową ścieżką. Mamy ukazaną przeszłość, kiedy zaginęła Coco i konsekwencje tego po wielu latach. Dzięki tej kompozycji dostajemy najróżniejsze możliwości. Tylko jedna jest prawdziwa, ale ludzie czasami się mylą i nie chcą usłyszeć prawdy. 

Najbardziej ze wszystkich polubiłam chyba Milly. Na początku nie byłam do niej przekonana, bo wydawała mi się zbyt pewna siebie, zbyt pyskata i zarozumiała. Miałam wrażenie, że nic nie robi w życiu. Tak w pewnym sensie właśnie jest – nie robi nic w życiu, ale robi coś ze swoimi życiem. To dyskretna różnica, ale jednak jest. Gdy dziewczyna musi zmierzyć się z rodzinną tragedią, jej tok myślenia się zmienia, a ona widzi więcej możliwości. Zresztą Milly nie jest jedyną ciekawą postacią w tej książce. Moją uwagę również przyciągnął Sean, czyli ojciec dziewczyny i zarazem bliźniaczek. Nie zyskał mojej sympatii i ci, co czytali książkę, pewnie dobrze wiedzą dlaczego. Jednak jest on wyjątkową postacią pod względem kreacji psychologicznej i właśnie to mnie tak zainteresowało. W "Najmroczniejszym sekrecie" jest jeszcze wiele ciekawych bohaterów, którzy są niepowtarzalni i wprost genialnie wykreowani. 

Cieszę się, że zapoznałam się z twórczością Alex Marwood, bo była to naprawdę ciekawa przygoda i zarazem fascynująca oraz przerażająca historia. Na pewno zapoznam się z innymi książkami autorki. Mam nadzieję, że zrobią one takie samo dobre wrażenie jak "Najmroczniejszy sekret". Tymczasem zachęcam was do zapoznania się właśnie z nim. 

niedziela, 17 września 2017

Jesienna miłość – Nicholas Sparks


Tytuł: Jesienna miłość

Autor: Nicholas Sparks

Tłumaczenie: Andrzej Szulc

Kategoria: Romans

Wydawnictwo: Albatros 

Liczba stron: 224

Ocena: 4/10










Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co znaczy słowo "miłość"? Jestem pewna, że tak. W końcu mówimy tu o słowie, które określa całe nasze życie. Miłość jest naszą nieodłączną częścią. Nawet najbardziej zatwardziali jej przeciwnicy nie są w stanie bez niej żyć, choć nie wiem, jak bardzo by przeczyli. To ona dyktuje wszystkie warunki i ostatecznie to właśnie jej się podporządkowujemy. Brzmi to trochę przerażająco, ale tak naprawdę jest najpiękniejszą rzeczą, jaka nas spotyka i powinniśmy zawsze o tym pamiętać. Nawet w chwilach największego cierpienia.

Landon jest chłopakiem, który lubi się bawić. Nauka nie jest dla niego zbyt ważna, mimo że wymagają tego rodzice. Woli powłóczyć się z przyjaciółmi i poświęcać swój czas rozrywkom. Ma pieniądze i nazwisko sławnego polityka, którym jest jego ojciec, więc na wiele może sobie pozwolić. Aż dziw uwierzyć, że ktoś taki jak on chwilę przed balem szkolnym zostaje bez partnerki. Wtedy decyduje się zaprosić najbardziej dziwną i ugrzecznioną dziewczynę w historii szkoły – Jamie. Córka pastora zawsze jest tak samo ubrana, nie rozstaje się z Biblią, we wszystkim widzi zamysły Boga, a jej ulubionym zajęciem jest pomaganie innym. Przemiła osoba, lecz na pewno nieodpowiednia dla takiego chłopaka jak Landon. Ale czy życie nie lubi nas zaskakiwać?

To jest książka Nicholasa Sparksa. To jedno zdanie wyraża więcej niż można by się spodziewać. Nawet nie będę udawać, że nie uległam jego pięknym historiom o miłości. One zawsze wciskały mnie w fotel i sprawiały, że patrzę inaczej na świat. Pierwszą jego książką, jaką czytałam, była "Ostatnia piosenka". Jest to powieść, która wzruszyła mnie dogłębnie. Jedna z niewielu, na których płakałam i nie miałam zamiaru z tym walczyć. Kolejne może nie wywarły na mnie takiego wrażenia, lecz mimo to bardzo je ceniłam. Pewnie dlatego tak dużo oczekiwałam po "Jesiennej miłości". Niestety zawiodłam się bardzo, stanowczo za bardzo. 

Po pierwsze ten pomysł. No nie oszukujmy się – jest bardzo popularny. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to jedna z najnowszych powieści. Należy do tych starszych książek, więc wtedy może ten motyw nie był jeszcze tak bardzo popularny. Jednak mimo to nie chce mi się wierzyć, że nie było czegoś podobnego. A w tej chwili to sami wiecie, że takich historii jest multum i każda jest wręcz identyczna. Mało która wyróżnia się na tle innych. Ale pominę już ten fakt. Szkoda tylko, że jak już autor wziął się za tę historię, to nie wykorzystał jej potencjału. Naprawdę można było z tego zrobić coś niezwykłego...

Dawno nie czytałam żadnej powieści Sparksa, więc tak naprawdę nie pamiętam, jaki miał styl. Wiem tylko, że dobrze mi się je czytało i nie wymagało to ode mnie nie wiadomo jakiego wysiłku. W "Jesiennej miłości" język pisarza od razu rzucił mi się w oczy i jak dla mnie był stanowczo za lekki. To poważna opowieść opowiedziana w niepoważny sposób. Oczywiście na początku byłam zadowolona z tego, że czasami mogę się pośmiać, bo pojawiło się naprawdę dużo zabawnych i uroczych scen, lecz w ostatecznej rachubie mijało się to z celem. Tym bardziej że to wszystko było subiektywne. Pewnie część osób zdziwi mi się, gdyż w końcu o to chyba chodzi. Tak, ale przez to miałam wrażenie, że to wszystko tylko zmyślona historyjka. 

Natomiast fabuła była przewidywalna do bólu. Po kilku stronach większość wydarzeń była dla mnie oczywista i niestety nie myliłam się pod tym względem. Wszystko szło schematem, który zna chyba każda kobieta i pewnie większość mężczyzn. Może to i romantyczne oraz pełne nadziei, ale zbyt sztampowe by się wczuć. Pierwsze trzy czwarte książki dłużyło się w nieskończoność, żeby później sama końcówka działa się stanowczo za szybko. Podobało mi się, że autor przyzwyczaja nas do bohaterów i pozwala ich lepiej poznać przed tymi najważniejszymi wydarzeniami, jednak one trwały później sekundę, która nie miała dla mnie większego znaczenia. Chciałam się wzruszyć, a w rezultacie się zniechęciłam. Moja reakcja była całkowicie odmienna niż powinna być. Ta opowieść jest piękna i dająca wiele do myślenia, ale ona powinna zostać opowiedziane, a nie napisana. 

Głównego bohatera – Landona – bardzo polubiłam, mimo że okazał się dość mdłą postacią, mało wyrazistą. Po prostu był sobie i w coś tam wierzył, coś tam chciał osiągnąć. Niestety tak go zapamiętałam. Zaś Jamie była straszna. Już dawno się nie spotkałam z bohaterką, która tak bardzo by mnie irytowała. Miała być wcieleniem anioła i my mieliśmy to czuć, a była tylko niezdecydowaną dziewczyną, która jedynie chciała zwrócić na siebie uwagę. Sama kreacja postaci okazała się koszmarna – byli nudni, mało wyraziści i bardzo szybko o nich zapomnę. 

Nie mogę uwierzyć, że tak zawiodłam się na powieści Sparksa. Jeszcze przed chwilą dowiedziałam się, że ekranizacja to słynna "Szkoła uczuć", którą od dawna chciałam obejrzeć. Teraz jestem zniechęcona i pewnie tego nie zrobię. Oczekiwałam wiele od tej historii i nic z tego nie dostałam. Dlatego nikomu nie polecam tej książki. Oczywiście fani Sparksa i tak ją przeczytają, ale ci, co dopiero zaczynają przygodę z jego twórczością, na pewno nie powinni zaczynać od niej. 

środa, 20 lipca 2016

Miedziana rękawica


Tytuł: "Miedziana rękawica"

Autor: Cassandra Clare, Holly Black

Tłumaczenie: Robert Waliś

Cykl: Magisterium

Tom: II

Kategoria: Fantastyka 

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 336

Ocena: 8/10






Życie Calluma Hunta zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Jego ojciec nienawidzi magii, a w szczególności szkoły zwanej Magisterium. Dlatego Call był przekonany, że to złe miejsce dla niego i chciał zrobić wszystko, by tam nie być. Tymczasem po roku nauki wszystko nabrało innego sensu. Nareszcie ma przyjaciół, którzy nie wyśmiewają się z jego problemów z nogą, zwierzaka w postaci olbrzymiego wilka ogarniętego chaosem i przede wszystkim umiejętności, które mogą dać mu szczęście. Niestety ma też swoją mroczną tajemnicę – jest kimś innym niż myślą wszyscy. Gdy chłopak odkrywa, że jego ojciec domyśla się, kim naprawdę jest, ucieka z domu i rozpoczyna szaloną przygodę pełną niebezpieczeństw, śmierci i kłamstw... Czy poradzi sobie ze swoim sekretem i nieokrzesaną naturą?

Pamiętam, jak wychodziła pierwsza część tej powieści. To było coś. Cassandra Clare wróciła do nas z nową serią. Razem z Holly Black zjednoczyły się i stworzył niesamowitą historię, która zawładnęła niejedną osobą – również mną. Nie spodziewałam się, że "Próba Żelaza" zrobi na mnie tak dobre wrażenie. Jest to opowieść raczej dla młodszej młodzieży, tymczasem zostałam oczarowana i przeniesiona do świata magii i zagadek. I właśnie dlatego obawiałam się kolejnej części. Czy będzie tak samo dobra? Czy poczuję ten sam dreszczyk, co podczas czytania pierwszego tomu? Takich pytań pojawiło się tysiące. I odpowiedź jest tylko jedna – tak. 

Styl autorek nie jest zbyt skomplikowany. Nie można po nim oczekiwać trudnych czy rzadko spotykanych słów. Lecz nie oznacza to, że jest dziecinny. Jest wręcz odwrotnie. Posiada w sobie pewną dozę inteligencji, którą od razu zauważyłam, czytając pierwszą stronę. Zrobiło to na mnie bardzo dobre wrażenie, gdyż poczułam, że mój wiek nie ma znaczenia, a ja mogę oddać się nowym przygodom. Dzięki temu "Miedziana rękawica" była płynna i zrozumiała. Jedyne, co czasami irytowało mnie, to nietypowa składnia, przez którą gubiłam się w linijkach. Dla mnie jest to ciekawa konstrukcja gramatyczna, z którą wcześniej się nie spotkałam, dlatego mimo to podziwiam autorki za ten niekonwencjonalny styl. 

Od pierwszych stron wciągnęłam się w tę opowieść. Przeczytałam ją w zastraszająco szybkim tempie, co nawet mnie samą zaskoczyło. Już dawno nie straciłam poczucia czasu przy czytaniu. Historia jest nieprzewidywalna i pełna zwrotów akcji. Słuchamy zabawnych docinek przyjaciół, gdy nagle wszystko się zmienia i zaglądamy śmierci w oczy. Cały czas czułam porażającą mnie ciekawość, ale i niepokój o dalsze losy bohaterów. Wszystkie opisy, niezwykłe wydarzenia sprawiły, że moja wyobraźnia zaczęła pracować na największych obrotach, by dać mi możliwość brania udziału w misji razem z czwórką przyjaciół. 

Jak na początku wam wspomniałam, bardzo się obawiałam tej kontynuacji. Wyzwaniem jest napisanie dobrej książki, ale jeszcze większym napisanie jej dalszej części. W końcu powinna być jeszcze lepsza albo chociaż na tym samym poziomie. A czytelnicy są niezwykle wymagający. Sama wiem, jak bardzo dużo oczekuję po kolejnych tomach. Na szczęście "Miedziana rękawica" spełniła swoje zdanie i okazała się wybitniejsza od swojej poprzedniczki. Razem z "Próbą Żelaza" połączyły się w zgrabną całość, nadając płynności fabule i przede wszystkim emocjonalności. Tak bardzo pragnęłam, by bohaterowie poznali o sobie nawzajem prawdę i zaakceptowali się, że czasami nie mogłam wytrzymać i musiałam odłożyć powieść na bok. To wszystko było takie logiczne. Jednak oni nie mogli o tym wiedzieć...

Co do kreacji świata mam trochę zastrzeżeń. Brakuje mu częściowo podstaw. Niby wszystko jest zrozumiałe, ale nie czuję tego uczucia panoramiczności, które tak bardzo lubię. Jakby nic innego się nie działo oprócz wydarzeń związanych bezpośrednio z głównymi postaciami. Muszę też przyznać, że mam skojarzenia z "Harrym Potterem". Jest to pozorne uczucie, lecz nie można zaprzeczyć, że niektóre motywy się powtarzają – szkoła magii, dusza, która jest w innym ciele i przede wszystkim wszechobecna magia. Skądś to znamy, prawda? Na szczęście fabuła ma inny przebieg, co ratuje całą sytuację. 

Bohaterowie się wykreowani w perfekcyjny sposób. Główny bohater nie jest wybitną jednostką, która uratuje cały świat (choć mam nadzieję, że ostatecznie to zrobi), wcale wszyscy go nie podziwiają i szanują, nie jest bardzo lubiany – jest naturalny i to mnie w nim urzekło. Ma naprawdę wiele wad, które niejedną osobę zirytują, ale również ma zalety. Poza tym bardzo polubiłam ojca Calla – Alastaira. Ma w sobie coś niespotykanego. Pozwolił, by zawładnęła nim przeszłość, ale ostatecznie to on z nią walczy i nie poddaje się. 

"Miedziana rękawica" jest książką, która przeniesie każdego w niezwykły świat magii, gdzie liczy się przyjaźń, prawda i odwaga. Już dawno nie czytałam tak dobrze skonstruowanej powieści. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego fana fantastyki. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu Albatros

sobota, 14 listopada 2015

Płonąca Korona


Tytuł: Płonąca Korona

Autor: Rae Carson

Tłumaczenie: Elżbieta Piotrowska

Cykl: Trylogia Ognia i Cierni

Tom: II

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

Ocena: 6/10






"Dziewczyna Ognia i Cierni" wydawał mi się na początku dość nietypową książką i tak pozostało do końca. Nie była jakoś wyjątkowo dobra, ale było w niej coś niezwykłego i sprawiającego, że nie dało oderwać się od niej. Dlatego właśnie tak długo wyczekiwałam drugiej części tej trylogii. Gdy tylko usłyszałam, że zostanie już niedługo wydana w Polsce, wiedziałam, że kiedy tylko będę miała okazję, zapoznam się z jej treścią. Nareszcie to zrobiłam. Było warto? Na pewno tak, ale muszę przyznać, że zawiodłam się na niej. Spodziewałam się bardzo dobrej kontynuacji, a tymczasem dostałam coś innego.

Podoba mi się pomysł na fabułę. Ma w sobie pewną nutę oryginalności, którą również wyczuwałam w pierwszym tomie. Nie jest to powielanie schematów, mimo że posiada wspólne cechy z innymi powieściami. Można by powiedzieć, że jest to dość popularna opowieść, ale tak naprawdę jest niepowtarzalna. Jednakże autorka nie wykorzystała jej potencjału. Wykreowała w pierwszej części nowy świat, więc miała bardzo dobrą podstawę na opowiedzenie dalszych losów Elisy, a tymczasem wszystko zostało zaburzone. Wątków było wiele, ale kończyły się zbyt szybko lub po prostu nikły w gmatwaninie wydarzeń, co raczej źle odbierałam. Liczyłam, że podekscytowanie wywołane jakąś tajemnicą, intrygą, czy przepowiednią będzie mi długo towarzyszyć, a ja postaram rozwiązać się dany problem. Nie było mi to dane, gdyż po chwili wszystko samo się wyjaśniało.  

Styl autorki bardzo mi odpowiada. Jest lekki i zachęcający do czytania, ale niebanalny. Pozwala przenieść się do historii i poczuć tę atmosferę. To lekkie pióro Carson sprawia, że powieść od pierwszych stron wciąga i czyta się ją niesamowicie szybko. To jest kilkaset stron, a ma się wrażenie, że to zaledwie kilkadziesiąt. Jednak niestety miałam wrażenie, że pisarka/tłumaczka chciała popisać się swoim bogatym zasobem słownictwo. Dlatego co jakiś czas znikąd pojawiały się dość trudne i rzadko spotykane słowa. Czytałam przyjemny tekst i nagle na jakimś zdaniu zacinałam się, ponieważ musiałam zastanowić się nad jego znaczeniem. 

Elisa jest bohaterką, które nie jest idealna. Ma wiele wad, które rzucają się w oczy i często po prostu brakuje jej odwagi. Lubię inne bohaterki. Nawet pewnie domyślacie się jakie. Silne, niezależne kobiety, które zawsze potrafią sobie poradzić, nie zakochują się w naiwny sposób, są odważne. Tak, takie właśnie są najlepsze. Ale czy nie są zbyt wyidealizowane? Nierealne? Dlatego cenię główną bohaterkę "Płonącej Korony". Jest rzeczywista i po prostu ludzka. Pokonuje swoje lęki, choć nie zawsze udaje się to jej. Utożsamiam się z nią. Natomiast inni bohaterowie nie przyciągnęli mojej uwagi. Mam wrażenie, że brakuje im... charakterów – tak na pozór prostej rzeczy. Inne postacie opowiadają o nich, ukazując całą gamę cech osobowościowych, a brakuj ich potwierdzenia w rzeczywistości.

Jestem zaskoczona błędem (a może brakiem mojego zrozumienia) na okładce. Według mnie opis i pytania nad tytułem nie zgadzają się z treścią książki. Może po prostu nie widzę drugiego dna albo jest to dopiero zapowiedź, jednakże dla mnie jest to niespójne z fabułą.

Mimo wad "Płonącej Korony" polecam ją wszystkim, którzy przeczytali pierwszy tom. Nie jest to kontynuacja, o jakiej marzyłam, ale myślę, że warto poznać dalsze losy Elisy i jej przyjaciół 
Za możliwość przeczytania powieści dziękuję bardzo Wydawnictwu Albatros

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

niedziela, 18 października 2015

Oskarżony


Tytuł: "Oskarżony"

Autor: John Grisham

Tłumaczenie: Krzysztof Obłucki

Cykl: Theodore Boone

Tom: III

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 336

Ocena: 5.5/10






Theo jest jedynakiem, który od dziecka jest przygotowywany do zawodu prawnika. Wszyscy w jego otoczeniu to adwokaci, którzy kochają swoją pracę i są przekonani o jej słuszności. Chłopak jest zachwycony światem prawa, zbrodni i artykułów. To rzeczywistość, w której czuje się dobrze i wie, że jest tam przeznaczone dla niego miejsce. Jest bardzo podekscytowany, gdy w jego małej miejscowości odbywa się sprawa o morderstwo. Ma własne teorie co do prawdziwych zdarzeń i z zapałem śledzi poczynania policji. Jednak wszystko ulega zmianie, gdy nagle Theodore, który zawsze był idealnym uczniem, zostaje oskarżony o kradzież. Wszystkie dowody wskazują na jego udział w przestępstwie. Czy Theodorowi uda się udowodnić swoją niewinność? Kto go wrabia? 

Na książkę przypadkowo trafiłam w bibliotece szkolnej. Kojarzyłam nazwisko autora. Wiedziałam, że pisze kryminały, ale innej wiedzy na jego temat nie posiadałam. Postanowiłam zaryzykować i spróbować zapoznać się z tą powieścią. Oczywiście nie zdarzyło się jeszcze, żebym serię kryminalną zaczęła czytać od pierwszej części. Trafiłam na trzecią i  cały czas byłam nieświadoma, że czytam kontynuację. Tradycji stało się zadość. Czy dobrze wybrałam? Niestety bardzo zawiodłam się na tym autorze. Znajomość jego nazwiska sugerowała, że jest on sławnym pisarzem, który cieszy się dobrą opinią. Tak nie było...

Początek bardzo mnie zaintrygował. Sprawa o morderstwo, która porusza całe miasteczka, tajemnicze zniknięcie jedynego podejrzanego, zbrodnia idealna i niesamowite wyobrażenia o prawdziwym przebiegu wydarzeń. Włączyłam się całym sercem w tę sprawę, gdy nagle okazała się, że jest to tylko wątek epizodyczny, a prawdziwa historia wydaje się przy tym codzienna i wręcz serialowa. Idealna na jakieś pięć odcinków  telenoweli, za którymi nie przepadam. Nie mogłam włączyć się do rozwiązywania tej banalnej zagadki, ponieważ otrzymywałam za mało informacji, a często nawet ich kompletny brak. Nie było żadnych zwrotów akcji, ani pomyłek w śledztwie. Pierwsze przypuszczenie okazało się ostatnim, co bardzo niemiło mnie zaskoczyło. Miałam wrażenie po przeczytaniu książki, że o wiele przyjemniej spędziłabym czas, oglądając zwykły serial kryminalny, który we współczesnych czasach jest bardzo popularny. Tam przynajmniej coś się dzieje, jest akcja, intrygi i widać, że to kontynuacja. 

Załamałam się nad stylem autora. okazał się tak bardzo banalny i prosty, że wyjątkowo irytowałam się. Od dobrego kryminału oczekuję stuprocentowego skupienia oraz języka, który wprowadzi mnie w całe śledztwo. W "Oskarżonym" zabrakło tego. Nie przemawia do mnie styl pisarza, choć muszę przyznać, że powieść czyta się wyjątkowo szybko i były momenty, które wciągnęły mnie w wir poczynań bohaterów. Cały czas miałam wrażenie, że  w tej historii czegoś brakuje i ten brak aż krzyczy.

Główny bohater przypadł mi do gustu. Theo ma w sobie pewnego rodzaju iskrę, która zachęca do lepszego poznania chłopaka. Gdyby autor wprowadził więcej wątków z jego życia, jestem pewna, że Theodore nieraz zachwyciłby mnie i stał się jedną  z moich ulubionych postaci. Na razie jest to namiastka bohatera, którego może  w przyszłości polubię. Najbardziej przypadł mi do gustu wątek wujka Ike. Dostajemy wiele informacji o nim, które na razie nie łączą się w całość. Jestem pewna, że za tymi półsłówkami kryje się głębsza historia, która tylko czeka na swoje odkrycie. Żałuję, że Grisham nie poświęcił więcej czasu kreacji bohaterów. Było ich naprawdę wiele i miałam odczucie, że każdy coś ukrywa i wystarczy tylko wgłębić się w jego opowieść.

Nie wspominam swojego pierwszego spotkania z Grishamem zbyt dobrze, ale jestem pewna, że jeszcze dam mu przynajmniej jedną szansę. I może tym razem zacznę czytać od pierwszego tomu... Wielbicielom kryminałów raczej odradzam tę pozycję, jeśli chcą przeczytać dobrze zbudowaną powieść kryminalną. Jeśli natomiast mają ochotę na coś lekkiego, "Oskarżony" jest idealny. Natomiast osobom, które dopiero zapoznają się z tym gatunkiem, polecam tę książkę. Nie jest to od razu lot na głębokie wody.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

wtorek, 15 września 2015

Schronienie


Tytuł: "Schronienie"

Autor: Harlan Coben

Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki 

Cykl: Mickey Bolitar

Tom: I

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 368

Ocena: 8.5/10






Czasami jest dobrze. To jedno zdanie najlepiej może przedstawić naszą sytuację. To właśnie najlepsze podsumowanie życie Mickey'a Bolitara. Od dziecka podróżuje z rodzicami po całym świecie i pomaga potrzebującym. Zobaczył na ziemi wiele niesamowitych zjawisk, poznał większość kultur, czyli w skrócie wiódł życie, o którym marzy większość ludzi. Jednak te cudowne życie staje się monotonne, gdy nie ma się stałych przyjaciół i nie można rozwijać swojego talentu. Rodzice Mickey'a postanawiają osiąść na stałe w małej miejscowości. Lecz, gdy nagle pojawiają się zmiany, czasami nie wychodzą one na dobre. Ojciec chłopaka ginie w wypadku, a jego matka załamuje się i ucieka w narkotyki. Mickey musi sobie poradzić, jednakże nie jest to łatwe, gdy kobieta uznana za nawiedzoną, stwierdza, że jego ojciec żyje. Wtedy zaczyna się walka z nadzieją. Czy Mickey poradzi sobie z fałszywym faktem, który wywołał w nim falę wspomnień? Jak zareaguje na zniknięcie swojej dziewczyny? Czy szkolna gotka jest w stanie pomóc mu w problemach?

Jakiś czas temu przeczytałam trzecią część słynnego cyklu o Mickey'u Bolitarze. To nie był dobry pomysł czytać od ostatniej części, lecz nie zmienił faktu, że książka urzekła mnie. Oczywiście miała swoje wady, ale przecież każda powieść je ma. Długo zastanawiałam się, czy jest warto czytać wcześniejsze części. W końcu znam zakończenie większości wątków. Jednak wiele osób mówiło, że tom trzeci jest najgorszy ze wszystkich. Skoro "Odnaleziony" jest najgorszy, to jak dobre muszą być dwa poprzednie tomy? Zdecydowałam to sprawdzić i nie żałuję swojego wyboru.

Styl autora za każdym razem zaskakuje mnie swoją lekkością. Jest naprawdę przyjemny i prosty w odbiorze, ale nie oznacza to, że naiwny. Po prostu słowa są idealnie do siebie dopasowane, co daje tak przejrzysty język. Jest doskonały, jeśli przez długi czas czyta się ciężkie i refleksyjne powieści. Pozwala odpocząć od nich, ale nie "odmóżdża". Sprawia, że bardzo łatwo wciągnąć się od samego początku. Pierwsze słowa od razu zaskakują i przede wszystkim intrygują.

Kolejną rzeczą, która zwróciła moją uwagę, jest tematyka. Na pozór wydaje się płytka i dziecinna. Na pewno każdy przyzna, że problemy głównego bohatera są ważne, ale jestem pewna, że część z ludzi uważa, że dziewczyna, która ma problem z kontaktami międzyludzkimi z własnej winy, ucieka w popkultury i odnosi się wyjątkowo arogancko do innych, jest motywem oklepanym i nieciekawym, ponieważ to problem wielu nastolatkowy i zazwyczaj przechodzi. To fakt, ale mnie bardzo przypadło do gustu, że autor zwrócił uwagę i na tę trudność. Łatwo jest powiedzieć, że to z czasem minie, że to nowa fascynacja, ale często zapomina się, że ona nie wynika z niczego. Musi być jakaś przyczyna. W "Schronieniu" nie jest to bardzo poruszone, ale jest zapowiedzią kolejnych części, które okażą się pod tym względem bardzo ciekawe.

Nie mogę też zapomnieć o głównym bohaterze, którego wprost uwielbiam. Od razu zdobył moje serce i nie wygląda na to, bym zmieniła swoje zdanie. Coben ukazuje go jako człowieka, zwykłego nastolatka, który musi zmierzyć się z trudną rzeczywistością i zwykłą codziennością, która z czasem okazuje się zbyt monotonna. Ma wiele zalet, ale wady też często dają o sobie znać. Łatwo ponoszą go emocje, ale mimo to walczy, choć nie jest ukazany w tej powieści jako typowy twardziel (na szczęście dla mnie). Już wcześniej wspominania postać Emy jest bardzo dobrze dopracowana. Wyczuwa się w niej wiele osobowości, ale również pewnego rodzaju stabilność, co przypadło mi do gustu.

Akcja jest wartka. Czasami miałam wrażenie, że wszystko dzieje się za szybko. Książka ma wiele wątków, które albo zanikają, albo szybko rozwiązują się. To niesamowite, że tak krótka książka ma w sobie tyle najróżniejszych motywów. W dodatku co chwila zaskakuje i sprawia, że wszystko ulega zmianie.

I ta tajemniczość... Na każdym rogu znajduje się jakiś sekret, który trzeba odkryć. Ale to byłoby za łatwe. Jeden sekret jest tylko częścią większej tajemnicy. Nic nie da się odkryć tak po prostu na zawołanie. Tymbardziej że pierwsza część nie wyjaśnia nam wszystkiego. Chce się wiedzieć więcej – natychmiast.

Cykl o Mickey'u Boliterze stał się jedną z moich ulubionych serii kryminalnych. Jestem pewna, że niedługo przeczytam drugą część, by znać całą fabułę i rozwiązać tajemnice. Tymczasem polecam tę książkę wszystkim fanom lekkiego kryminału. "Schronienie" wyróżnia się na tle innych powieści z tego gatunku.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:
~ Czytam polecane książki (przez kogoś z blogosfery)

czwartek, 9 lipca 2015

Znalezione nie kradzione


Tytuł: "Znalezione nie kradzione" 

Autor: Stephen King

Tłumaczenie: Rafał Lisowski

Cykl: Bill Hodges

Tom: II

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 480

Ocena: 7/10






Świat jest okrutny – powie wam to wiele ludzi. Nie zastanowią się nad odpowiedzią, nie zawahają się ani przez chwilę. Po prostu stwierdzą fakt, który według nich jest niepodważalny. Ale czy nie można tego zmienić? Peter urodził się w szczęśliwej rodzinie. Jego rodzice kochali się, mieli dobrą pracę, piękną przyszłość przed sobą, tylko... Te tylko zmienia wszystko w ciągu jednej chwili. Ojciec Pete'a traci pracę. Jest jednym z wielu osób, które straciły wszystkie dochody przez kryzys. Jednak człowiek nie traci tak łatwo nadziei. Po prawie roku bezowocnego poszukiwania pracy wybiera się na targi pracy. Pamiętacie je? Tysiące ludzi pełnych nadziei na zmianę swojego losu, matki z dziećmi, trzymające się niezachwianie ostatniej deski ratunku i szaleniec za kierownicą mercedesa... 

I tak oto po raz pierwszy w swoim życiu przeczytałam powieść sławnego Stephena Kinga. Czekałam na tę chwilę wiele lat, a teraz rozkoszuję się pisaniem tej recenzji. Mam multum słów, którymi chcę się z wami podzielić. Tyle spostrzeżeń, tyle uwag... Dlaczego zaczynam od najnowszej powieść Kinga, jego drugiego kryminału i zarazem kolejnej części przygód Billa Hodgesa? To jest bardzo dobre pytanie, na które nie umiem odpowiedzieć. Większość z was stwierdzi, że to największa zbrodnia jaką mogłam popełnić. Zgadzam się, ale czy nadal pozostaje zbrodnią, jeśli dzięki niej na pewno zapoznam się z innymi dziełami tego wybitnego pisarza?

To nie jest tak, że nigdy wcześniej nie miałam żadnej książki Kinga w ręku. Kiedyś, jeszcze jako dziecko, zaczęłam czytać "Cujo", które poleciła mi bibliotekarka. Jest to jeden z najsławniejszych horrorów pisarza, ale niestety ciężki styl autora okazał się dla mnie (w wersji kilka lat młodszej) o wiele za ciężki. Biorąc "Znalezione nie kradzione" do ręki, miałam wiele obaw. Bałam się, że styl nadal okaże się dla mnie za ciężki i nie pozwoli na zapoznanie się z tą lekturą. W końcu nie każdy musi lubić Kinga. Na szczęście moje obawy okazały złudne. Przyznaję, że według mnie język autora nie jest językiem łatwym i na początku miałam duże trudności ze skupieniem się. Musiałam przebrnąć przez te pierwsze kilkadziesiąt stron i przyzwyczaić się do wcześniej mi nieznanego pióra. Dopiero wtedy zaczęłam doceniać kunszt twórcy. Choć nie zmienia to faktu, że nadal uważam, że potrzebuję odpowiedniego miejsca, by zrozumieć tekst. Nie może być to zatłoczony autobus, czy spotkanie rodzinne.

"Znalezione nie kradzione" zyskało moją sympatię do tego stopnia, że stało się częścią mojego życia. Nie odczuwałam gwałtownego pragnienia czytania dalej powieści, jednakże przyzwyczaiłam się do niej i przez kilka dni zapoznawanie się z jej treścią okazało się moim zwyczajem. Na pewno gdy wracacie z pracy, szkoły macie jakiś zwyczaj, czynność, która pozwala wam odpocząć,  a przy tym nie nudzi się mimo codziennego powtarzania jej. Dla mnie taką czynnością jest słuchanie muzyki, ale przez te kilka dni właśnie ten kryminał stał się częścią mojego życia. 

Zawsze zakładałam, że w książkach Kinga najpierw jest wprowadzenie, które pozwala nam poznać bohaterów, przywiązać się do danego miejsca, a dopiero później pojawia się ten moment zaskoczenie, który jest jeszcze straszniejszy, gdyż wiemy, kogo dotknął, a jest to najczęściej postać nam bliska. Ta książka potwierdza moją małą teorię (nie wiem, jak inne). Nie powiem, że na początku nic się nie działo, bo to byłoby kłamstwo, ale akcja była powolna i mozolnie nabierała tempa. Dla mnie jest to bardzo duża zaleta. Gdy wszystko dzieje się za szybko, nie mam czasu, by przejąć się czymkolwiek, a dzięki temu mogłam poświęcić odpowiednią ilość czasu na przeżywanie tych wszystkich zdarzeń. 

Również przypadła mi do gustu fabuła, a w szczególności wątek mordercy, który stał się nim wyłącznie przez fanatyczną miłość do książki. Widziałam w nim siebie. To wszystko zaczęło się tylko od pytań, pragnienia poznania większej liczby informacji, a zakończyło desperacją, która prowadziła do zniszczenia życia wielu ludzi. Natomiast wielopoziomowość powieści dodała realności tym wydarzeniom. Nie pojawili się tylko bohaterowie, którzy mieli coś wspólnego z całą opowieścią. Byli również ci epizodyczni, którzy mają własną historię do opowiedzenia.

Jak przeczytaliście, jestem bardzo szczęśliwa, że nareszcie zapoznałam się z twórczością Stephena Kinga. Przede mną wiele jego książek. Mam nadzieję, że nie zawiodę się. "Znalezione nie kradzione" polecam fanom kryminału, choć radziłabym zacząć od "Pana Mercedesa". Druga część nie nawiązuje do niego prawie wcale, ale nie ukrywa zakończenia pierwszego tomu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

wtorek, 7 lipca 2015

Odnaleziony


Tytuł: "Odnaleziony"

Autor: Harlan Coben

Tłumaczenie: Robert Waliś 

Cykl: Mickey Bolitar

Tom: III 

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 336

Ocena: 7.5/10






To już osiem miesięcy... Wiele osób powiedziałoby, że to rok. Osiem miesięcy... A ojciec Mickey'a nadal nie żyje. W końcu umiera się tylko raz. Tylko w książkach fantasy martwi zmartwychwstają. Ale czy na pewno? Mickey po dziwnej wypowiedzi Nietoperzycy nie jest już tego taki pewien. Nie wierzy w magiczne zmartwychwstanie, ale nasuwa się pytanie, czy Brad Bolitar na pewno umarł... W tym samym czasie Łyżka leży w szpitalu, mając nadzieję, że częściowy paraliż minie, a on będzie mógł chodzić. No i jeszcze Ema – gotka, będąca córką słynnej gwiazdy. Ona też ma problem, który niezwłocznie należy rozwiązać. I tak oto Mickey ma pełne ręce roboty. Czy uda mu się rozwikłać wszystkie zagadki? Kim jest tajemniczy Luther, który ostatnio chciał go zabić? Czy koszykówka okaże się ważniejsza od przyjaciół?

O Cobenie słyszałam same pozytywne opinie. Gdy tylko miałam możliwość przeczytania tej książki, jak widzicie, zrobiłam to niezwłocznie. Tak naprawdę nie wiedziałam, w jakim gatunku specjalizuje się Harlan Coben. Łatwiej byłoby mi wskazać, w czym się nie specjalizuje. Pozostaje też kwestia trzeciego tomu. To trzecia część, a ja nie czytałam ani pierwszej, ani drugiej. Jednak mimo to postanowiłam zaryzykować. Zawsze jest ta nadzieja, że sama dam radę domyślić się, o co chodzi bohaterom. Czy słusznie postąpiłam? Jakby inaczej. 

Pierwsze, co od razu rzuciło mi się w oczy, to styl autora. Macie takie coś, że gdy zaczynacie czytać powieść i właśnie zapoznaliście się z pierwszym jej zdaniem, jesteście już całkowicie przekonani, że to jest książka idealna dla was? Ja właśnie tak miałam. Już w pierwszym zdaniu zauważyłam, że styl, jakim posługuje się autor, jest moim ulubionym (no dobra... jednym z ulubionych). Ma w sobie coś świeżego. Nie można w nim znaleźć jakiś naleciałości z przeszłości, które obecnie bardzo dobrze się sprawdzają, ale tylko przy odpowiednim pisarzu. Nie poczułam również zniechęcenia  z powodu zbyt dużej ilości neologizmów. Dla mnie styl Cobena był idealny. Sprawił, że nie chciałam przestawać czytać. Choć powieść nie wiem, jak bardzo byłaby nudna, ja nadal czytałabym ją tylko dla tych odpowiednio dobranych słów na kartce.

Również bardzo spodobali mi się bohaterowie, a raczej zafascynowali. Każdy z nich jest inny i ma całkowicie odmienną historię, a mimo to tworzą doskonałą drużynę. Nieporozumienia nieraz pojawiały się, ale to właśnie one nadawały realności relacjom międzyludzkim. Miałam wrażenie, że każda postać kryje niesamowitą opowieść, której spokojnie można by poświecić kilka książek. Nikt nie brał się tak po prostu znikąd. Inni mogli tak myśleć, ale to było widać i przede wszystkim instynktownie czuć. 

To jeszcze nie koniec zalet... Sama fabuła jest bardzo oryginalna i inspirująca. Schronisko Abeony to bardzo ciekawy pomysł i dający do myślenia. Czytałam wiele powieści, w których ratowano dzieci, ale tutaj było coś innego. Jak już pewnie sami zauważyliście, nie mogę tego nazwać. Jest to uczucie, krążące po mojej głowie, ale nie jest bliżej sprecyzowane. Po prostu musicie mi zaufać.

Jednak, żeby nie było, że wychwalam zbyt powieść, napiszę o pewnej wadzie, która niestety bardzo przeszkodziła mi w ostatecznym odbiorze książki. Niedosyt. Wszystko zostało wyjaśnione, ale zbyt szybko, zbyt łatwo. Nie wpadłam na rozwiązanie tych wszystkich tajemnic, ale dążenie do niego wydaje mi się zbyt banalne. Mickey postanowił rozstrzygnąć zagadkę i nagle tak po prostu wszystko się wyjaśniło. W końcu ma to we krwi. Nie chcę też zbyt pochopnie oceniać, ponieważ jestem pewna, że gdybym przeczytała poprzednie tomy, na pewno odebrałabym to inaczej.

Jestem bardzo zadowolona, że rozpoczęłam swoją przygodę z Harlanem Cobenem. Może powinnam zacząć od pierwszej części, ale nie żałuję, że już przeczytałam "Odnalezionego". Na pewno zapoznam się ze "Schronieniem" i " Kilka sekund do śmierci". Prawdopodobnie będę znała większość odpowiedzi, jednak zwykle czerpię dziką satysfakcję z faktu, że wiem coś, czego nie wiedzą bohaterowie. Tymczasem polecam wszystkim fanom lekkich kryminałów. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu Albatros


Książka przeczytana w ramach wyzwania:

piątek, 26 czerwca 2015

Magisterium. Próba Żelaza ~ by Elfik


Tytuł: "Magisterium. Próba Żelaza" 

Autor: Holly Black, Cassandra Clare

Tłumaczenie: Robert Waliś

Seria: Magisterium

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 352

Ocena: 7/10






Callum w dzieciństwie stracił matkę. Teraz mieszka wraz ojcem, który uwielbia naprawiać antyki. Chciałoby się powiedzieć, że jest normalnym chłopcem, jednak jest to zwykłe kłamstwo. Call jest inny – jego broń to sarkazm, chora noga przyciąga wiele niemiłych uwag i do tego magiczne pochodzenie, o którym chce zapomnieć. Lecz z pamięci nie da się tak po prostu wymazać pewnych rzeczy, tym bardziej że magia lubi przypominać o sobie. Mały czarodziej musi udać się na przesłuchanie do Magisterium – szkoły magii. Razem z ojcem, który przez lata opowiadał straszliwe rzeczy o tej uczelni, planują, w jaki sposób Call może oblać egzamin. Czy uda mu się uzyskać słaby wynik na egzaminach, mimo że ma wrodzone umiejętności? Kim naprawdę jest Callum? Czemu jego ojciec nienawidzi magii? 

O "Próbie Żelaza" usłyszałam jeszcze przed wydaniem książki. Cassandra Clare należy do listy moich ulubionych pisarzy. Jej seria "Dary Anioła" już wiele lat temu skradła moje serce. Dlatego bez wahania postanowiłam zapoznać się z nową powieścią autorki i poznać styl Holly Black, której twórczości jeszcze nie poznałam. 

"Próba Żelaza" wielokrotnie była porównywana do "Harry'ego Pottera". Nie spodobało mi się to, ponieważ seria Rowling jest dla mnie bardzo sentymentalna i chwile, które z nią spędziłam są niepowtarzalne. Żadna książka nie jest w stanie przywołać tych samych uczuć. Z obawami zaczęłam czytać. To prawda, że fabuła początkowa jest podobna do sławetnej serii, lecz poza tym ani na chwilę nie poczułam tej atmosfer magii, która jest tak bardzo wyczuwalna w "Harrym Potterze". Jednak to nie oznacza, że ona w ogóle nie występuje. Wręcz odwrotnie. Po prostu jest inna i moim zdaniem o wiele bardziej podobna do "Percy'ego Jacksona". Od początku "Magisterium" kojarzyło mi się właśnie z tą serią. Do połowy książki miałam wrażenie, że czytam o przygodach herosów, ale po przekroczeniu magicznej granicy wszystko się zmieniło. Powieść zaczęła nabierać akcji, coraz więcej bohaterów zaczęło odgrywać istotną rolę. W ten sposób ukształtował się unikalny klimat, który mam nadzieję, że zagości w następnych częściach.

Bardzo polubiłam Calla. Czytając opis, byłam przekonana, że będę zmuszona czytać o chłopcu, który będzie idealny, niezwykle utalentowany i którego zadaniem będzie ocalić świat. Nawet nie wiecie, jak bardzo się myliłam. Młody mag okazał się typowym nastolatkiem – buntowniczy, często leniwy, z zamiłowaniem do popisywania się, pragnący miłości i przyjaźni. Ma swoje wady i zalety jak każdy człowiek. Często wpada w kłopoty, ale to nie skutkuje przymusem ratowania świata od zagłady. Powieść ma swój cel, który na razie nie jest wyraźnie podkreślony, dlatego przez całą historię nie wiedziałam, czego mam się spodziewać.

Uwielbiam przewidywać zakończenie. Dlatego z pasją oddałam się wymyślaniu scenariuszy, które mogą się wydarzyć. Na początku byłam przekonana, że powieść będzie schematyczna. Dopiero po około setnej stronie zorientowałam się, że obie autorki są zbyt doświadczone, by banalnie zakończyć tę część. Wymyśliłam kolejne, własne zakończenie, którego kurczowo się trzymałam. Chciałabym zobaczyć własną minę, gdy nagle okazało się, że wszystko potoczyło się inaczej. Black i Clare zaserwowały niespodziewany finał, który sprawił, że od razu zapragnęłam przeczytać kolejny tom.

W "Próbie Żelaza" znalazłam tylko jedną wadę, która przeszkadzała w czytaniu. Świat wykreowany przez autorki jest niedokładnie przedstawiony. Na pewno obie panie miały genialny pomysł na niego, jednak niestety nie do końca umiały przedstawić go. Brakuje podstaw tego świata. Widzimy tylko to, co jest obecnie, a nie wiemy, skąd to się wzięło. Często zastanawiałam się nad wieloma rzeczami, które dla bohaterów były oczywiste i nikt nic nie tłumaczył, a ja tymczasem nie miałam pojęcia, dlaczego tak a nie inaczej.

Mimo że "Próby Żelaza" są przeznaczone raczej dla młodszych osób, bardzo przyjemnie czytało mi się tę opowieść. Jestem zadowolona, że mogłam się zapoznać z twórczością pani Black oraz spojrzeć na nowy świat wykreowany przez Cassandre Clare. Książka okazała się miłą odskocznią od życia codziennego oraz refleksyjnych powieści. Polecam ją każdemu fanowi fantastyki.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Próba żelaza ~ oczami Healy

''Próba żelaza''
Holly Black
Cassandra Clare
Wydawnictwo Albatros

''Większość dzieciaków zrobiłaby wszystko, żeby zdać ten egzamin – Próbę Żelaza. 
Ale nie Callum Hunt. On chce oblać. Ojciec przez całe życie przestrzegał go, żeby trzymał się od magii z daleka. 
Kiedy mimo swoich starań Call przechodzi Próbę Żelaza i dostaje się do Magisterium, wie, że to nie skończy się dla niego dobrze. I bardzo się stara, żeby go wyrzucono. Nie jest to jednak takie łatwe.
Podziemna siedziba Magisterium to miejsce mroczne, a jednocześnie fascynujące. Miejsce, gdzie splątane więzy połączą jego przeszłość z przyszłością. 
Próba Żelaza to tylko początek. Najważniejsza próba dopiero nadejdzie.''

Witaj w niezwykłej szkole, pełnej magii i tajemnic. Zajrzyj do strasznego podziemia z srebrzystymi kryształami w tle. Zapoznaj się z żywiołami, którym zdarza się łamać prawa natury, bo ...

Ogień chce płonąć, 
Woda chce płynąć, 
Powietrze chce się unosić, 
Ziemia chce wiązać, 
Chaos chce pożerać.

... łącząc się stanowią mieszankę wybuchową. Upragnione przez dobro, bratanice zła, twórczynie żywiołaków.  Chaos, czy dusza? Zło, czy dobro? Strach, czy ukojenie? Kto wygra tą szaloną bitwę? 

Callum Hunt to niczym nie wyróżniający się łobuziak. Zawsze odpychany, wyśmiewany, z uszkodzoną nogą, szalonym tatą i coraz bardziej szerzącą się ironią. Zwyczajne popychadło, ale jednak... Świat magii odkrył w chłopcu więcej, niżby pragnął. Niezastąpione oko magów ujrzało potencjał w dziecku z najgorszymi wynikami. Czy ten jakże szalony wybór zagwarantuje Callowi bezpieczeństwo? Czy nie wiążą się z nim katastrofalne skutki?

''Próba żelaza'' to doskonała lektura z równie dobrze zarysowanymi bohaterami. Szczerze mówiąc, mogę przyznać, iż to właśnie postacie były gratką dla umysłu czytelnika. To one uratowały całokształt powieści. Ale po kolei. Call to główny bohater, o jakim mogliśmy tylko marzyć. Jego ironiczne dowcipy, zwariowane pomysły, czy charakterystyczne spojrzenie na przyjaźń pozostawią miłe, niezapomniane wspomnienia. Aaron, Tamara, Jasper, Drew, czy Rufus to dowód na to, iż książka posiada niebywale barwnych bohaterów. A postacie to przecież najistotniejszy element powieści, prawda? Brakowało mi tu jedynie komicznych sytuacji, o których tak to się naczytałam w internecie. Niestety, lecz ''Próba żelaza'' nie zdołała mnie rozśmieszyć, no może poza jednym wyjątkiem, co oczywiście nie oznacza, że uśmiech nie schodził mi z twarzy. 

''A któż chciałby być człowiekiem? Ludzkie serce można złamać. Ludzkie kości miażdżyć. Ludzką skórę rozedrzeć.''

Niestety żałuję, iż fabuła nie odzwierciedla sukcesu bohaterów, czy scenerii książki. Akcja niesamowicie się dłużyła. Zabrakło tu ekscytujących wydarzeń, zwrotów akcji, straszniejszych potworków. Brakowało tego czegoś, co nadałoby grozy, czy podekscytowania. To właśnie wydarzenia, a raczej ich brak, są największym minusem ''Próby żelaza''. Po obu paniach spodziewałam się przebojowej akcji, która by gnała i gnała, i wciągała nas w wielki wir magii. Pani Cassandro i Holly, zawiodłam się na Waszym braku weny i mam ogromną nadzieję, że szykujecie coś specjalnego na następne części. 

Mimo wszystko ''Próba żelaza'' zagwarantowała wspaniałą odskocznię od codzienności. Miło było zapoznać się z czymś ala ''Harry Potter'' i znów wstąpić w te cudowne klimaty, które zaskakująco przypominają o naszym okularniku z blizną w kształcie błyskawicy na czole. Podobieństwa mogłabym wymienić z zamkniętymi oczami. A raczej przeciwieństwa, bo większość fabuły prezentowała się tak, jakby autorki przestudiowały całą serię o Harrym i próbowały odwrócić jego dzieciństwo, życie, naukę, osobowość, przyjaciół. Na początku nieco było to denerwujące, jednak po jakimś czasie po prostu przestałam zwracać na nie uwagę, gdyż warto zatopić się w tym nowym, a może i starym świecie. 

Podsumowując - ''Próba żelaza'' to wspaniała książka z bardzo interesującymi bohaterami, a trochę gorszymi wątkami. To lektura, z którą spędzimy miły wieczór, a dzieciństwo spłynie na nas kaskadami wspomnień. Książkę jak najbardziej polecam, szczególnie dla osób zafascynowanych fantastyką, czy ''Harrym Potterem'', dla młodszych i starszych. Jeszcze raz polecam! :)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros. 

Moja ocena: 
7,5/10