Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 lipca 2023

Kod 612: Kto zabił Małego Księcia? – Michel Bussi

 

Tytuł: Kod 612: Kto zabił Małego Księcia?

Autor: Michel Bussi

Przekład: Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Świat Książki

Liczba stron: 240 

Ocena: 4/10







Niektóre historie mają drugie dno. Bardzo trudne do zauważenia, a następnie odkrycia. Jednak są ludzie, którzy są zdeterminowani, by odkryć właśnie tę tajemnicę. Nie spoczną póki nie dowiedzą się, co tak naprawdę zostało skryte, jaka jest rzeczywistość. Idą krok za krokiem, dokładnie obserwują otoczenie, dane, fakty. Czy ostatecznie dotrą do prawdy?

"Mały Książę" jest dla mnie jedną z najważniejszych książek. Odkąd pierwszy raz go przeczytałam, mam do niego olbrzymi sentyment. Już jako dziecko dostrzegłam w nim coś więcej. Z czasem moje odczucia, moja własna interpretacja tej książki zmieniała się, wręcz ewoluowała. Tym razem zdecydowałam się pójść o krok dalej i dowiedzieć się coś więcej o autorze, dowiedzieć się coś więcej o symbolice, wykroczyć poza ramy lektury szkolnej. Niestety wybrałam do tego złą książkę, a był nią "Kod 612: Kto zabił Małego Księcia?". Przekonał mnie opis, ale ostatecznie jest to dla mnie duże rozczarowanie. 

Od samego początku miałam dość ambiwalentne odczucia. Z jednej strony czułam potrzebę zaznajomienia się z czymś więcej oprócz "Małego Księcia" i wydawało mi się, że to może być dobry pomysł. Z drugiej takie koncepcje kopania i poszukiwania nie do końca mnie przekonują, gdyż mam poczucie, że naruszają pewną aurę. Jednak na pewno przyciągają uwagę niejednej osoby i nadają jakiś nowy rodzaj spojrzenia na twórczość pisarzy. Akurat "Kod 612" nadał mi całkowicie nową perspektywę, z której nie jestem zadowolona. Ale o tym za chwilkę. 

Sam styl pisarki jest wyjątkowo lekki w obiorze i całą powieść czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Akurat w tym przypadku idzie za tym brak dopracowania, wiele luk fabularnych i poczucie, że powieść była robiona na szybko, jeśli można się tak wyrazić. 

Problematyczne jest to, że to nie jest konkretny gatunek. Można trafić na informację, że to kryminał, jednak według mojej opinii stanowczo nie. Oczywiście pojawiają się jakieś pojedyncze elementy kryminału, ale to kryminałem jeszcze go nie czyni. Nie jest to też reportaż, a na początku miałam właśnie takie skojarzenie. Jest wiele konkretnych informacji, które zgadzają się z faktami, niemniej część fabularna zaprzecza temu. Pojawiają się też elementy symboliki "Małego Księcia", które są przeniesione na fabułę. Tylko że to też nie jest dopracowane. Nie jest to kryminał, nie jest to reportaż, nie pojawia się tu rozbudowana symbolika, więc czym tak naprawdę jest ta książka... Nie jestem też fanką wrzucania koniecznie literatury w utarte schematy, lecz by z nich wyjść trzeba umieć dobrze pisać, tutaj niestety tak nie było. 

Przekazanie informacji o autorze i samym "Małym Księciu" w jakiś nietypowy sposób rozczarowało mnie. Nie było tym, co oczekiwałam i czuję z tego powodu rozżalenie. Pojawiała się też w mojej głowie refleksja, że są tajemnice, które właśnie tymi tajemnicami powinny pozostać. Nie zawsze należy skupiać się na tym, co ukryte, nie zawsze trzeba przekładać to dosłownie na rzeczywistość i odnosić do życia artysty. Niekiedy warto pozostać w tym pierwotnym odbiorze i odnieść dzieło wyłącznie do siebie. Wtedy można najwięcej zyskać. A przynajmniej to takiej konkluzji doszłam w przypadku "Kodu 612".

Rozczarowanie było dość duże, ale jak to mówi znane powiedzenie "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" i to skusiło mnie, by tym razem podejść do poszukiwań od jeszcze innej strony – czyli skupić się na twórczości autora i przeczytać jego wcześniejsze powieści. I myślę, że to będzie najlepszy wybór w przypadku wielu czytelników. 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

sobota, 4 marca 2023

Patostreamerzy – Wojciech Kulawski

 

Tytuł: Patostreamerzy

Autor: Wojciech Kulawski

Seria: Nowy polski kryminał

Kategoria: Thriller, kryminał

Wydawnictwo: Wydawnictwo CM

Liczba stron: 321

Ocena: 8/10







Nasze działania pociągają za sobą konsekwencje, ale czasami mam wrażenie, że wiele wydarzeń tak naprawdę ma swój początek w czyimś pragnieniu. W kontekście dzisiejszej recenzji widzę to pragnienie jako chęć zemsty, sprawiedliwości, ale pragnienia mogą być najróżniejsze – pozytywne, negatywne, neutralne... Są jak ziarnka, z których mogą wyrosnąć kiełki, by później pojawiła się cała roślina. A czym będzie ta roślina? Idąc dalej tropem metaforycznym, właśnie konsekwencją. Więc zadajmy sobie pytanie: jaką? Piękną? Trującą? 

Tutaj naszą konsekwencją jest ciało Stefana Koniecznego. Widok naprawdę obrzydliwy i zaskakujący. Tym bardziej że razem z czasem wychodzą na jaw i inne rzeczy. Takie choćby jak filmik, gdzie na nagraniu jest torturowana ofiara. I tutaj zaczyna się całość, czyli... Patostreamerzy. Ile tak naprawdę jest robione pod publikę? Ile dla pieniędzy? A ile z tego ma mieć jakieś konkretne przesłanie? Tym razem tę sprawę muszą rozwiązać policjanci. 

Z twórczością Wojciecha Kulawskiego mam już styczność od paru dobrych lat – podkreślając dobrych. Każda z jego książek w jakiś unikatowy sposób zaskoczyła mnie. Oczywiście jedne bardziej przypadły mi do gustu, inne mniej. Jedne na dłużej zapamiętałam, inne tylko na chwilę. Niemniej każda z nich wywołała we mnie jakieś emocje i pozwoliła spędzić przyjemny wieczór z lekturą dającą rozrywkę, ale też wiele tematów do przemyśleń. Jak było tym razem? Niezawodnie. 

Przede wszystkim styl autora jest już mi dobrze znany i jak najbardziej przeze mnie szanowany. Mam poczucie, że z każdą książką powracam do przyjaciela, na którego długo czekałam. Cały język wyróżnia się rozbudowaniem i wnikliwością w szczegóły, utrzymując przy tym lekkość. Nie muszę być maksymalnie skupiona, ponieważ przy czytaniu mam odpocząć. Ale zarazem wiem, że styl jest na tyle dopracowany, że powinnam zwracać uwagę na wiele szczegółów. 

Tematycznie też jestem mocno usatysfakcjonowana, gdyż przede wszystkim o patostreamingu totalnie nie wiem nic, więc mogłam spojrzeć z takiej perspektywy fabularnej na ten temat. A ufam autorowi, że zrobił dobry research, zanim podjął się takiej tematyki. Dla mnie to nowa wiedza. Poza tym w książce jest zwrócona uwaga na cierpienie ludzi wywołane przez własnych rodziców. Ten wątek w szczególności mnie interesuje, ponieważ jak wiecie, duża część mojej pracy zawodowej na tym się opiera. Tutaj szło to w dość drastyczną stronę, ale myślę, że też miało wywołać szok. Tym bardziej że ciągnie się za tym pytanie, czy obiektywnie niemoralne czyny popełniane w imię dobra można usprawiedliwić

Fabularnie było fantastycznie, gdyż od pierwszych stron wciągnęłam się i wiele fragmentów autentycznie zaskoczyło mnie. Sama zagadka kryminalna okazała się zbudowana wspaniale, ponieważ dało się zebrać strzępy informacji i samemu coś z nich stworzyć, idąc w dobrą stronę, ale na końcu zostałam całkowicie zaskoczona. Takie właśnie dla mnie powinny być kryminały. Oparte na dowodach, szczegółach, zagadkach, które czytelnik sam może rozwiązać, ale jest to na tyle trudne, że i tak większość osób zostaje zaskoczona rozwiązaniem. 

Samych bohaterów jest naprawdę wiele i czuć ich oddziaływanie na emocje. Towarzyszyłam im i miałam nadzieję, że wiele spraw potoczy się po ich myśli. Są dopracowanie, jednak to oceniam z perspektywy wielu powieści autora. Nie jestem przekonana, czy określiłabym ich jako dopracowanym tylko w kontekście "Patostreamerów". Jednak mając większą gamę znajomości innych książek, jestem jak najbardziej w stanie dojrzeć ich wielowymiarowość i głębie. Choć bez bicia się przyznam, że cały czas mylę ich imiona i mam problem określić, kto jest kim. 

"Patostreamerzy" dali mi kawał wspaniałej rozrywki, ale też w sposób nienatarczywy zmusili do bardzo konkretnych przemyśleń. Nie były to tylko czcze słowa, tylko takie, które mogą w rzeczywistości coś zmienić. Dlatego bardzo cenię tę książkę i autora. Otwiera drzwi na najróżniejsze doświadczenia. 

środa, 11 stycznia 2023

Wodnik – Jędrzej Pasierski

 

Tytuł: Wodnik

Autor: Jędrzej Pasierski

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Audioteka

Ocena: 9/10 









Pragnienie powrotu do przeszłości może okazać się zgubne. W przeszłości kryje się niemoc, bezradność i trauma, jednak coś było jeszcze wcześniej i być może to właśnie wtedy były te szczęśliwe czasy. Czasy, gdy jeszcze wszystko przed nami, czasy, które prowadziły nas do przodu i czasy, które nieubłaganie zbliżały się do TEGO dnia. A co było wtedy? Myślę, że duża część z nas ma jakiś dzień, który z perspektywy czasu okazał się trudny, który sprawił, że życie przewróciło się do góry nogami i wszystko się zmieniło. Czy można sobie z tym poradzić? Czy decyzje podejmowane pod wpływem emocji mogą przynieść coś dobrego?

Szczepan jest psychologiem dziecięcym, jednak w swojej profesji ma dość niestandardowe metody, gdyż nie przyjmuje w gabinecie, ale przyjeżdża do pacjenta do domu na tydzień w ramach interwencji kryzysowej. Ma niezwykłą intuicję i już lata doświadczeń w tym zawodzie. Zauważa wiele i ma wiele propozycji, by coś zmienić. Choć już od dawna jego praca nie sprawia mu takiej satysfakcji, jakiej w swoim czasie pragnął. Teraz przyszedł czas na Zwierzyniec. Pozornie typowa historia, znane trudności i znana gama możliwości. Niemniej coś wypada spod kontroli, coś się kryje w tajemnicach. Co to jest? 

Już dawno nie zdarzyło mi się czytać żadnego kryminału. Nigdy nie byłam fanką, lecz w ostatnich czasach to tym bardziej nie miałam zbytnio styczności z tym gatunkiem literackim. Mój wybór na "Wodnika" padł wyłącznie ze względu na zawód głównego bohatera. Byłam niezmiernie ciekawa, jak zostanie ujęty psycholog dziecięcy w takiej mrocznej opowieści. Zastanawiałam się też nad tym rzetelnością informacji. Sama jestem terapeutą środowiskowym, który udziela pomocy w domach pacjentów, więc po trochu mam wyobrażenie. A że jeżdżąc do moich pacjentów, spędzam dużo czasu za kółkiem, audiobook wydawał się tym bardziej doskonałym wyborem. I tak było w rzeczywistości. A należy też podkreślić, że dotychczas nie miałam przyjemności spotkać się z choćby podobnym motywem. 

Sam styl zachęcał mnie do słuchania. Sprawiał, że nie musiałam samodzielnie pilnować swojego skupienia, a ono samo pojawiało się i utrzymywało przez godziny drogi. Jest to dla mnie o tyle istotna zaleta, że często w podroży odpoczywam, więc książki, które wymagają ode mnie pilnowania się, dodatkowo mnie męczą, a nie dają upragniony oddech. Tutaj główną rolę odegrała płynność językowa. Autor przechodził z wątku na wątek. Zostawiał dużo niedopowiedzeń, lecz nie było wątpliwości, że do zabieg przemyślany i odpowiadający za zaintrygowanie dalszym ciągiem fabuły. 

Natomiast sama fabuła wielokrotnie mnie zaskoczyła. Na każdym kroku czyhało jakieś nieprzewidziane wydarzenie. Wybrzmiewała w tym pasja, która pchnęła do dalszego zapoznawania się z historią. Czułam, że tajemnic jest coraz więcej i sama nie miałam pomysłu na ich przebieg i rozstrzygnięcie. Pragnęłam słuchać dalej, by tylko dowiedzieć się, w jaki sposób to wszystko się łączy i ostatecznie kończy. A wielowymiarowość i podwójna linia fabularna tylko podsycały tę ciekawość. Jako jedyną wadę traktuję brak rozwinięcia wielu wątków. Wielopoziomowość poruszała dużą liczbę tematów i tylko główne z nich ostatecznie są pociągnięte. Jest zakomunikowanie istnienia reszty, ale też pozostają w sferze cienia. Wydłużenie tej książki byłoby jak najbardziej słuszne w mojej opinii. 

Tematycznie poprzeczka również była wysoka. Poruszono wiele trudnych tematów i dawano przestrzeń na głębokie przemyślenia oraz być może odwołania do własnych sytuacji życiowych. Dominowało cierpienie, w tle wybrzmiewała śmierć własnego dziecka, a co za tym szło główne skrzypce grała miłość matczyna. Łatwo się domyślić, że to wybuchowa i wbrew pozorom nieoczywista mieszanka. Kto jak kto, ale duża część matek ma olbrzymie pokłady miłości dla swojego potomstwa. Mówi się, że wręcz legendarne. Ale każdy popełnia różne błędy. Nawet matki. 

Jako audiobook "Wodnik" okazał się dosłownie superprodukcją, gdyż zachwycał wspaniale dobranym dubbingiem. Miałam wrażenie, że aktorzy ożywili postacie i pozwolili im prowadzić samodzielnie całą historię. To wszystko fenomenalnie współgrało z tłem, gdzie dało się usłyszeć ciche dźwięki i niekiedy muzykę. Wspólnie dawało mi to poczucie przeniesienia do innego świata. 

Cieszę się, że zdecydowałam się na przesłuchanie "Wodnika", gdyż potrzebowałam tego typu kryminału. Co do samej pracy psychologa mam wątpliwości, lecz w kontekście całej opowieści wymyka się to zasadom i czasami nawet etyce. Nie przeszkadzało mi to, a wbrew pozorom dawało kolejny temat do przemyśleń. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

poniedziałek, 29 listopada 2021

Gąsienica – Ranpo Edogawa

 

Tytuł: Gąsienica

Autor: Ranpo Edogawa

Przekład: Dariusz Latoś

Kategoria: Kryminał, opowiadania

Wydawnictwo: Tajfuny

Liczba stron: 191

Ocena: 6/10







Dusza człowieka jest niezgłębionym naczyniem, które potrafi zaskoczyć nawet właściciela. Tak naprawdę jest bytem oddzielnym, niezależnym, istniejącym według własnych praw. Możemy zapewniać wszystkich wokół, że zapanujemy nad nią albo jesteśmy jej częścią. Ale czy tak naprawdę to ona nie panuje nad nami? To nie my jesteśmy jej własnością? Tak naprawdę wszystko zależy od tego, czy wierzycie w istnienie duszy i w jakim rozumieniu. Dla mnie to pojęcie zawsze kojarzy się z początkami filozofii i w pewnym ujęciu również psychologii, więc z chęcią zamieniłabym "duszę" na "psychikę". Jednak znaczenie pozostaje to samo i tak samo w sferach domysłów i właśnie filozofii. 

W ostatnim czasie zapoznaję się z literaturą japońską. Swoją przygodę z nią rozpoczęłam poprzez mangi, by przejść bezpośrednio do klasyki literatury japońskiej. Mam bardzo mieszane uczucia co do niej, gdyż mój odbiór przedstawianych treści jest niespójny. Zarazem czuję mroczną fascynację, by właśnie przez nią czuć też odrzucenie. Tym razem zdecydowałam się zapoznać z opowiadaniami w zbiorze "Gąsienica". Wydawało mi się, że to będzie coś odmiennego. W dużej mierze takie były, ale potwierdziło moją teorię co do tego, że przez tę kulturę przechodzi niespotykany rodzaj mroku. 

Na razie ujmując "Gąsienicę" jako całość, muszę przyznać, że styl autora jest bardzo niedopracowany. Brakuje finezji w doborze słów i gramatyce, choć nie jestem w stanie wyczuć, czy pochodziło to bezpośrednio od pisarza, czy jest to kwestia tłumaczenia. Niemniej przez język autora przemawia pewnego rodzaju barwność i unikatowość, która prowadzi czytelnika przez ciemne oblicze duszy człowieka, dając obrazowy wgląd w uczucia bohaterów. 

Niezmiernie doceniam, że na początku polskiego wydania znajduje się wstęp do opowiadań. Pozwala to już na samym początku przygody z twórczością pisarza poznać lepiej jej kontekst, po krótce historię Ranpo Edogawa i nakierunkowuje, gdzie poszukiwać sedna. A w tym przypadku bez wątpienia warto podchodzić do lektury z jakąś wiedzą. To nie są opowiadania stricte w naszym europejskim rozumieniu. Jako czytelniczka mogę jednoznacznie stwierdzić, że my mamy swój własny schemat, który może nie jest na co dzień wyczuwalny, lecz w porównaniu do literatury innych części świata nie można go nie zauważyć.

Pisarz używa ciekawych zabiegów narratorskich i wykazuje w tym aspekcie dużą dozę kreatywności. Niekiedy poznajemy opowieść poprzez list, innym razem są to słowa całkowicie innej osoby i przy tym często występuje narrator wszechwiedzący. Tutaj ponownie mam wrażenie, że w naszej kulturze narracja jest zamknięta w ciasnych stereotypach. Oczywiście narracje są różne, ale jest to rzadsze i widać pewien kłopot z wykorzystaniem możliwości różnorodności narracji. 

Zbiór opowiadań rozpoczyna "Test psychologiczny", który okazał się moim wielkim rozczarowaniem. Nie chodzi o to, że ta historia ma zły warsztat, czy nieciekawą fabułę. Po prostu brakuje dopracowanie i wielkim problemem jest inspiracja. Nie wiem, czy to wynika z wcześniejszego wstępu, czy jest to rzeczywiście tak bardzo powiązane, ale od pierwszych stron da się wyczuć fascynację "Zbrodnią i karą" Dostojewskiego. Mam wrażenie, że "Test psychologiczny" jest pigułką tego dzieła, tylko dużo gorszą i nie skupiającą się na małych, ale tak istotnych motywach pobocznych. Sytuację w dużej mierze ratuje już kolejne opowiadanie, czyli "Czerwony pokój". Przy nim nadal czuję rozczarowanie, ale już pojawia się zafascynowanie, obrazowe postrzeganie świata i uczuć bohaterów. Ostatecznie "Czerwony pokój" robi na mnie wrażenie, lecz nadal to za mało. Jeśli miałabym wybrać opowiadanie, które wreszcie zaspokaja mój niedosyt, to byłaby to tytułowa "Gąsienica". To właśnie ta historia pozostawia mnie przepełnioną mrocznymi emocjami, skonfundowaną i z poczuciem olbrzymiego dyskomfortu. 

Wszystkie opowiadania łączy to mroczne oblicze duszy, które niesie ze sobą hipnotyzujące, ale też negatywne emocje. Tutaj pasja, która osobiście kojarzy mi się z czymś pięknym i niesamowitym, przeradza się w obsesję, by spętać duszę człowiekowi i zawładnąć nim na zawsze. Jej macki owijają całe istnienie i doprowadzają do autodestrukcji. Jest to tak odmienne od tego, co promuje europejska literatura, że trudno uświadomić sobie, że pasja w tych dwóch rozumieniach ma ten sam rdzeń. Czytając, miałam poczucie, że powietrze przy mnie robi się coraz bardziej gęste i coraz bardziej dusi i zmusza, by wreszcie obsesja przejęła stery. 

"Gąsienica" okazała się zbiorem opowiadań pozwalających zdobyć nowe spojrzenie na świat, lecz niekoniecznie lepsze. Na pewno trudniejsze i bardziej mistyczne. Jednak mimo tego obezwładniającego efektu, nadal niesie ze sobą rozczarowanie i nie zachęca, by dalej zapoznawać się z twórczością pisarza. Niemniej myślę, że jeśli polskie przekłady pozwolą, to dam jeszcze szansę klasyce japońskiej w wykonaniu tego twórcy. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

piątek, 1 października 2021

Samotny dom – Agatha Christie

 

Tytuł: Samotny dom

Autorka: Agatha Christie

Cykl: Herkules Poirot 

Tom: VII

Seria: Jubileuszowa Kolekcja Agathy Christie

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Liczba stron: 224

Ocena: 7/10





Mówi się, że przejście na emeryturę przynosi dużo szczęścia, odpoczynku i wreszcie czasu na rozwijanie swoich pasji. Sama jestem młoda i nawet jeszcze nie rozpoczęłam pracy zawodowej, jednakże i w życiu, i w literaturze wielokrotnie słyszałam, gdy ludzie zarzekają się, że na emeryturze będą podróżować, rozwijać swoje umiejętności i ogólnie spełniać marzenia. Jednak też nieraz i nie dwa byłam świadkiem, jak piękne plany nie mają urzeczywistnienia. Los do końca życia jest przewrotny i stawia człowieka przed zdarzeniami nieprzewidzianymi, trudnymi lub po prostu odmiennymi od naszych wyobrażeń. Podobnie było w przypadku Herkulesa Poirota. 

Herkules jednoznacznie stwierdził, że to koniec jego kariery detektywa. Nadszedł czas przejść na emeryturę i cieszyć się obiecanym odpoczynkiem. Herkules jest na tyle zdesperowany, by spełniać swoje pragnienia, że odmawia rozwiązywania spraw nawet osobom najbardziej szanowanym w Europie. Tylko przypadek wyraźny i będący symbolem czegoś złego może doprowadzić do jego powrotu do zawodu. I tu pojawia się przewrotność losu, ponieważ w momencie gdy Herkules wygłasza tę opinię, dochodzi właśnie do takiego niezwykłego przypadku. Jak zachowa się nasz sławny detektyw? Czy naprawdę dana jest mu emerytura? Czy sprawa postawiona przed nim zostanie tą nierozwiązaną? 

Jeśli się nie mylę, to jest moja druga powieść autorki. Nie jestem wielbicielką kryminałów, więc zazwyczaj je omijam, lecz są takie momenty, gdzie po prostu trzeba. A Agatha Christie to nie tylko klasyka gatunku, to coś więcej – klasyka literatury. Dla mnie to jest wystarczający argument, by sięgnąć po jej powieść. Moim pierwszym spotkaniem z pisarką było "I nie było już nikogo". Bawiłam się wtedy przy nim fantastycznie, jednakże moje oczekiwania stanowczo był większe. Jak to było tym razem z "Samotnym domem"? Bez wątpienia o wiele lepiej i ciekawiej. 

Na podstawie tych dwóch powieści pisarki, o których Wam wspomniałam, wnioskuję, że Agatha Christie nie wyróżnia się wyłącznie unikatową atmosferą swych historii, ale wręcz kreuje ją za pomocą charakterystycznego i niesztampowego stylu. Sam ten fakt ukazuje, dlaczego to akurat ona została osławiona królową kryminału. Język, którym się posługuje, jest prosty, ale przenika w nim niezwykła inteligencja i poczucie humoru, pozwalając na odpoczynek oraz radość i zarazem dając pole popisu dla logicznego myślenia czytelnika. Przez "Samotny dom" wybrzmiewała iskra wyzwania. Gdy czytałam tę powieść w ogóle nie miałam poczucia, że jest to jednak książka pisana ponad pół wieku temu. 

Natomiast w samej fabule moją uwagę przykuł niezmiernie ciekawy zabieg fabularny, z którym chyba nigdy wcześniej się nie spotkałam. A przynajmniej nie w tak intensywnie odczuwalny sposób. Narratorem jest przyjaciel Herkulesa. Hasting jest narratorem pierwszoosobym i to przez jego subiektywną ocenę przepuszczana jest cała historia. Zarazem wiemy, że Hasting jest osobą inteligentną i naiwną. Tworzy się wtedy filtr jego obserwacji poczynań Herkulesa Poirota i mordercy. Z jednej strony mamy prawo zaufać jego spojrzeniu na sytuację, ponieważ jest to człowiek wyróżniający się mądrym umysłem, lecz z drugiej strony czy jego naiwna strona charakteru nie dominuje i nie skrzywia tego spojrzenia – tego już nie wiemy. Takie wielowymiarowy ogląd na sytuację sprawił, że czułam się zaintrygowana i postawiona przed olbrzymim wyzwaniem. 

Gdy czytałam, to bardzo długo nie miałam w ogóle pomysłów, co mogło się tam wydarzyć. Żadnych konkretnych koncepcji, żadnych logicznych połączeń, nic. Dopiero po ponad połowie książki zaczęłam tworzyć pewien scenariusz i już wtedy okazał się on prawdziwy w wielu aspektach, z czego czuję się bardzo dumna. W "Samotnym domu" pojawiło się wiele niespodziewanych zwrotów akcji i informacji istotnych, ale też mylących. 

Natomiast kreacja bohaterów jest mocno ograniczona, ale przy tego typu powieści całkowicie wystarczająca. Agatha Christie podała czytelnikowi na tacy te cechy charakteru, które są konieczne i pozwoliła za nimi podążać. Dla mnie to jest pierwsze spotkanie z postacią osławionego Herkulesa Poirota. Przyznam się, że miałam całkowicie inne wyobrażenie na temat tej postaci. Detektyw zaskoczył mnie swoją zarozumiałością, arogancją i pewnością siebie. Ale doceniam zamysł pisarki, która stworzyła bohatera genialnego, jednak niekoniecznie do polubienia. 

W "Samotnym domie" wybrzmiewa nauka, że czasami oczywiste rzeczy nie są tak oczywiste, jakby mogło się wydawać. To dość rozmyte stwierdzenie i niekoniecznie pasujące do wszystkich życiowych zdarzeń, lecz warto zastanowić się nad niektórymi aspektami, gdyż nigdy nie wiadomo, czy coś, co mamy blisko siebie, nie jest przy nas, a my natrętnie to omijamy, by iść schematem. Warto pamiętać, że każdy z nas ma swoje własne tajemnice. Niektóre są małe i nic poza dyskomfortem danej osoby nie stałoby się, gdyby się wydały, ale niektóre przerażają i nie bez powodu są ukrywane. 

Bardzo cieszę się, że zapoznałam się z kolejną powieścią królowej i że zyskuję o niej coraz to lepsze zdanie. Na pewno czuję się przekonana, by jeszcze nieraz spróbować poznać inną jej historie i zagłębić się w świat sekretów, intryg i zbrodni.

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

czwartek, 3 września 2020

Starsza pani znika – Ethel Lina White


Tytuł: Starsza pani znika

Autor: Ethel Lina White

Tłumaczenie: Jan Stanisław Zaus

Kategoria: Kryminał 

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 240

Ocena: 8/10










Wszystko jest dobrze, póki możemy samemu sobie ufać. Mogą nadejść nieoczekiwane zdarzenia, może przyjść jakieś szczęście czy tragedia, mogą być nieporozumienia, mogą być różne opinie. To nic – wszystko jest dobrze, bo wiesz, co się dzieje. Nawet jeśli jest to całkowicie nie po Twojej myśli, a Twoje emocje nie pozwalają na logiczne działania, to póki ufasz sobie, masz szansę poradzić sobie z tym zdarzeniem. Wszystko się zmienia, kiedy jako jedyna osoba masz inną wersję historii, mimo że wszyscy powinni mieć taką samą. Zmowa milczenia i kłamstwa? A może to Twój umysł zwariował i płata sobie figle z Ciebie? Jaką masz pewność, że tak właśnie nie jest? 

Iris po miesiącu wakacji z przyjaciółmi, który kończy się fatalnym nieporozumieniem, postanawia spędzić jeszcze kilka dni w górach, ale tym razem już w samotności. Chce poświęcić ten czas na przemyślenia i udowodnienie samej sobie, że jest w stanie poradzić sobie bez niczyjej pomocy. Od razu pierwszego dnia samotnego pobytu natrafia na przytłaczające ją problemy. Jednak to nic takiego w porównaniu do momentu, gdy w pociągu poznaje starszą panią. To radosna okoliczność, ponieważ młoda kobieta ma na kogo liczyć. Lecz kiedy otwiera oczy po krótkiej drzemce, zdaje sobie sprawę, że jej towarzyszka znikła. Dziwnym trafem okoliczności okazuje się, że nikt z przedziału nigdy jej nie widział. Czy Iris w skutek traumatycznych dla niej wydarzeń wyobraziła sobie nieistniejącą osobę? Czy może naprawdę ktoś był w pociągu, znikł, a teraz wszyscy kłamią? 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej książce, mimo że została pierwszy raz wydana w czasach międzywojennych i stanowczo można uznać ją za klasykę. Tym razem decyzję o przeczytaniu tej konkretnej pozycji podyktowała moja ciekawość. Opis historii wybitnie przypadł mi do gustu. Kilkoma zdaniami zostałam zaintrygowana i koniecznie chciałam poznać prawdę. Jak się po przeczytaniu okazało, był to strzał w dziesiątkę – bawiłam się doskonale i zostałam całkowicie zaskoczona rozwiązaniem, co w kryminałach zdarza mi się bardzo rzadko. 

Styl autorki jest wprost przecudowny. Dokładnie taki, jaki cenię, więc to od razu olbrzymia zaleta, która jest w stanie zatuszować większość wad. A w przypadku "Starsza pani znika" prawie ich nie ma. Opowieść bardzo powoli nabiera tempa, by czytelnik mógł poznać bohaterów, poczuł ten niesamowity klimat zagadki, a następnie w płynny sposób przeszedł do głównej akcji i nabierał wręcz zawrotnego tempa. Wiem, że w przypadku powieści wchodzących już powoli w kryminał większość czytelników lubi być już od samego początku poprowadzonych na głębokie wody, by nie tracić ani jednej strony zagadki. W moim przypadku jest właśnie odmiennie i ta książka dała mi możliwość, bym w swoim własnym tempie poznawała historię. Tym bardziej że język używany przez pisarkę okazał się bardzo barwny, rozbudowany i wprowadzający wiele silnych emocji. Samo słownictwo wręcz zmuszało mnie, bym przeżywała wszystko razem z Iris i epizodycznymi bohaterami. 

Zarazem koniecznie muszę Wam wspomnieć, że jest to jedna z tych książek, których nie chce się odkładać choćby na chwilę. A ja byłam do tego zmuszona! Czytałam i przebywałam w całkowicie innym świecie, gdy nagle w tym rzeczywistym przyszła wielka burza i pozbawiła mnie światła! Nie należę do osób, które nie mogą sobie poradzić, gdy przez chwilę nie ma prądu. Irytuje mnie to tylko wtedy, gdy mam dużo obowiązków na uczelnię. W innych przypadku akceptuję to, ale wtedy... No po prostu nie! Burzo, tak się nie robi! Gdyby nie ten mały fakt, na pewno przeczytałabym "Starsza pani znika" bez żadnych przerw, tak bardzo byłam pochłonięta fabułą. Kompozycja fabuły jest optymalnie połączona z opisami przeżyć wewnętrznych. Nie dostawałam tylko samego wydarzenia, ale również gamę emocji przeżywanych przez bohaterów. Dzięki temu czułam się rozemocjonowana i pełna życia. To uczucie się pogłębiało, gdy wraz z biegiem historii nie mogłam się zdecydować na wybór zakończenia. Nie wiedziałam, czy skłaniać się do szaleństwa Iris, czy może jednak tytułowa starsza pani naprawdę znikła... Nie miałam sensownych pomysłów, jak i dlaczego mogłoby się to stać. Ostatecznie moje różnorodne domysły okazały się błędne, a ja pozostałam z szokiem na twarzy. 

A teraz pora na jedną z moich ulubionych aspektów literatury, czyli czas na kreację bohaterów. Była fenomenalna! Autorka nie ograniczyła się wyłącznie do Iris, ale zdecydowała się przedstawić czytelnikowi całą gamę różnych charakterów. Każdy był inny i każdy niósł ze sobą bagaż życia. Nikt nie został zapomniany i nikt nie był bez znaczenia. Na środku drogi podróżował wątek kryminalny, ale pobocza nie były puste. Były wypełnione całą różnorodnością historii, które nieraz i nie dwa okazywały się o wiele ciekawsze niż ta główna. W dodatku cały czas pamiętałam, że akcja dzieje się w pociągu, ale w żaden sposób nie znaczy to, że nie istnieje nic poza tym ekspresem. I muszę przyznać, że sama postać Iris zachwyca, ponieważ nie jest to wyidealizowana młoda kobieta, tylko osoba o ludzkich uczuciach, za czym idą i zalety, i wady. Arogancka, rozpieszczona, uparta, ale też szczera, zaangażowana i pewna siebie. Tworząca postać nietuzinkową i odchodzącą od wszelkich tradycyjnych konwencji. Takich bohaterów wyjątkowo cenię i przede wszystkim uwielbiam, mimo często pojawiającego się uczucia antypatii. 

"Starsza pani znika" to historia otaczająca czytelnika niezwykłą zagadką, ale również tłem przeżyć zależnych od osobowości i sytuacji. To powieść omamiająca i dająca poczucie satysfakcji. Oczarowała mnie na tyle, że już drugiego dnia postanowiłam obejrzeć ekranizację książki i pominąć fakt, że ekranizacja jest prawie tak samo stara jak powieść. Jeśli tylko lubicie niezwykły klimat zagadki w dawnych czasach, jest to stanowczo wspaniały wybór. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu MG 

sobota, 9 maja 2020

Powódź – Paweł Fleszar


Tytuł: Powódź

Autor: Paweł Fleszar

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Księży Młyn

Liczba stron: 212

Ocena: 8/10












Czasami dochodzę do bardzo smutnej refleksji, że mrok – nam ludziom – będzie zawsze towarzyszył. Nawet jeśli jesteśmy dobrzy z charakteru, nasze poczynania są uczciwe i bezinteresowne, to prędzej czy później popełnimy jakiś błąd i zrobimy coś, co według naszej opinii będzie po prostu złe. Nie ma ludzi, którzy dosłownie zawsze są dobrzy. Są tylko tacy, którzy pracują nad sobą, naprawiają swoje błędy i starają się być najlepszymi możliwymi wersjami siebie. Ale nawet tacy ludzie nie unikną zła i mroku, ponieważ czai się ono w ciemnych uliczkach, kłamstwach, nieuczciwych decyzjach i innych ludziach. Czy nie ma żadnego wyzwolenia? 

Kris miał w dzieciństwie przyjaciela – takiego prawdziwego. Mógł zawsze liczyć na jego wsparcie i pomoc. Spędzali razem mnóstwo czasu. Przeżywali niesamowite przygody i nie miało znaczenia, że działo się to tylko w ich wyobraźni. Byli nierozłączni i zawsze lojalni wobec siebie. Jednak słowo "zawsze" ma to do siebie, że zazwyczaj jest nieprawdziwe. Tak było właśnie w przypadku Krisa i Kuby. Teraz Kris ma czterdzieści lat i wiele problemów, z którymi nie wie, jak sobie poradzić. Lecz wszystko się zmienia, gdy pewnego dnia dowiaduje się, że Kuba popełnił samobójstwo. Postanawia odwiedzić Kraków, w którym mieszkał jego były przyjaciel, i sprawdzić, co sprawiło, że mężczyzna podjął tak drastyczną decyzję. Czy przeszłość mogła dać znać o sobie po tylu latach? Czy powódź zalewająca Kraków jest czymś więcej niż tylko falą niszczycielskiej wody? 

Kryminały czytam rzadko, mimo że bardzo lubię zagłębiać się w świat zbrodni i niewyjaśnionych tajemnic. Nie do końca jestem w stanie wyjaśnić, czemu nie sięgam zbyt często po ten gatunek. Chyba z czasem staje się monotonny, a długie przerwy pozwalają mi na odpoczęcie od tego typu historii i ponowne zagłębienie się z całą pasją w nich. Tym razem padło na "Powódź" Pawła Fleszara. Miałam dość duże oczekiwania co do tej książki i z ręką na sercu muszę przyznać, że wyjątkowo spodobała mi się. 

Przede wszystkim przypadł mi do gustu pomysł. Mam wrażenie, że w tej chwili wielu pisarzy uderza w bardzo podobne tony i wykorzystuje niezmiennie te same pomysły. Z takim jak w "Powodzi" jeszcze się nie spotkałam. I mimo że nie jestem w stanie w słowach uchwycić, na czym dokładnie polega ta niekonwencjonalność, to bez wątpienia mocno odczuwam jej istnienie. Nie można tego nie docenić. Również rozpoczęcie poszczególnych rozdziałów zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Każda część rozpoczynała się kartką z kalendarza, a następnie pojawiały się artykuły z gazet oraz posty ze stron internetowych. W sposób intrygujący tworzyły to klamrę z całą historią. 

Nie można też pominąć stylu autora. Naprawdę – idealnie wbił się w moje oczekiwania. Pisarz wykazuje się prostym i przyjemnym językiem, co pozwala bez oporów brnąć dalej w historię. Jeśli czytacie systematycznie moje recenzje, to wiecie, że jestem fanką kwiecistych i rozbudowanych stylów. Ale w tym przypadku to by po prostu nie pasowało. Prostota nie jest tym infantylnym językiem, który czasami się tworzy, by dobrze się czytało. To pewnego rodzaju kunszt odpowiednio dopracowanych opisów i dialogów, dzięki czemu wszystko jest wyważone. 

Sama fabuła wciągnęła mnie i sprawiła, że przeczytałam powieść na dwa razy. Gdyby nie obowiązki, na pewno byłoby to jedno bardzo przyjemne posiedzenie przy książce. Powoli wyłaniające się fakty dotyczące samego Krisa i tajemnic związanych z samobójstwem Kuby w sposób logiczny i zaskakujący tworzą szybko płynącą historię. Choć odczuwam tu pewnego rodzaju niedosyt. Wydaje mi się, że pewne elementy można by bardziej rozbudować, tworząc jeszcze bardziej intrygującą opowieść. Jest wiele wątków podsycających ciekawość, ale niestety momentami potraktowanych po macoszemu. 

Do bohaterów też mam mieszane odczucia, ponieważ byli oni wyraziści i od razu poczułam do nich sympatię, jednakże ich olbrzymi potencjał również nie został wykorzystany do końca. Mimo to ich uwielbiam. Kris jest dla mnie wyjątkowo ludzką osobą, ponieważ widać, że chce postępować dobrze i jest zdolny do wielkich czynów, ale momentami też ma sporo za uszami. Cenię takich bohaterów, ponieważ wiem, że taką osobę można spotkać w prawdziwym życiu. Jego towarzyszka – Marika – również z miejsca sprawiła, że ją polubiłam. Jej hart ducha, kreatywność oraz pewnego rodzaju beztroska w problemach prowadzą czytelnika przez kolejne strony z uśmiechem i oddaniem. Jednak ze wszystkich najbardziej polubiłam Kamila, który zarazem jest stereotypem informatyka, ale jest też jego antystereotypem. Wiem, że brzmi to dość komicznie, ale odnajduję w nim i takie, i takie cechy. Szanuję takich bohaterów. 

Cieszę się, że zdecydowałam się przeczytać "Powódź". Powieść okazała się nieszablonowa i pełna zaskakujących zwrotów akcji. Zwykle domyślam się głównych motywów bohaterów i szybko sama rozwiązuje tajemnice. Tym razem moje pomysły trafiły się średnio trafione i to chyba jest największa zaleta całej książki. Dlatego z wielką sympatią będę wspominać tę opowieść. 

niedziela, 22 marca 2020

Tajemnica Dorożki – Fergus Hume


Tytuł: Tajemnica Dorożki

Autor: Fergus Hume

Tłumaczenie: Jan Stanisław Zaus

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 300

Ocena: 7/10










Tajemnice są nieuchwytne i władcze. Gdy rozwiążemy jedną, pojawia się druga, by za chwilę zostać zastąpiona kolejną. Sprawiają, że jesteśmy w stanie poświęcić wszystko, by dotrzeć do odpowiedzi. Dyktują naszymi krokami i nigdy nas nie puszczają. Najczęściej tworzymy je sami, by później mieć możliwość gonić swoje własne sekrety. Niekiedy są one wytworem wielu ludzi solidarnie połączonych, by stworzyć olbrzymią sieć intryg. Brzmi to trochę mistycznie, ale według mnie mamy naturalną skłonność do tworzenia sekretów i ich odkrywania. Jeśli nawet pominiemy nasze codzienne, zwykłe życie, to i tak wiele ukrywamy w głębi siebie, fascynując inną osobę. Czyż tak właśnie nie jest? 

Melbourne to spokojne miasto położone w Australii. Jest jak każdy inne – pełne arystokracji i znienawidzonych slumsów. Jednak na tyle szanowane, by pewnego dnia zadziwić wszystkich mieszkańców zbrodnią dokonaną z niesamowitą precyzją. Lecz wszyscy wiedzą, że do morderstw czasami dochodzi. Więc dlaczego akurat to jest takie wyjątkowe? Odpowiedź jest prosta i zarazem tak bardzo przerażająca. Do morderstwa doszło w dorożce. Na środku ulicy, w momencie gdy dorożkach powoził. Jak to się stało, że nikt niczego nie zauważył? Że dorożkach odkrył ciało dopiero, gdy się zatrzymał i nikt nie wyszedł? Jakie mroczne tajemnice przynosi ze sobą ta zbrodnia?

Jeśli jesteście moimi czytelnikami, to doskonale wiecie, że bardzo rzadko sięgam po kryminały. Lubię je, ale w ograniczonej liczbie. Mimo to "Tajemnicy Dorożki" nie byłam w stanie się oprzeć. Intrygujące przestępstwo, klimat XIX-wiecznej Australii i obietnica wielu godzin pasjonującego pościgu za tajemnicami skusiły mnie i sprawiły, że bez zastanowienia oddałam się lekturze. Czy był to dobry wybór? Bez wątpienia tak. 

Nie będę w ogóle udawać, że jest inaczej – uwielbiam archaiczny język. Może nie mam tutaj na myśli bardzo odległych czasów, ale dzieła i ich tłumaczenia sprzed setki czy dwóch setek lat zawsze mnie oczarowują. Tym razem było tak samo. Zachwyciłam się językiem używanym przez pisarza, który tak barwnie i szczegółowo oprowadzał mnie po australijskim mieście i duszach ludzkich. Nie jestem specjalistą, więc dokładnie nie uchwyciłam, na czym polega różnica, ale składnia jest bardzo odmienna od tego, co znamy z współczesnych dzieł, więc po raz kolejny właśnie to styl mnie oczarował. 

Jednakże gdybym miała wybrać jeden aspekt, który najbardziej mnie w tym przypadku zachwycił, byłby to niezwykły klimat całej opowieści. Od pierwszych stron poczułam go całą sobą i zanim zdałam sobie sprawę, to byłam nim już owładnięta. Miałam wrażenie, jakby ta niepewność i strach przed rozwiązaniem tajemnicy były moimi odczuciami. Tak naprawdę to ja chodziłam po uliczkach Melbourne i podejmowałam decyzję, ile można powiedzieć innym, by sekrety pozostały ukryte, a morderca złapany. Bardzo długo nie mogłam rozwiązać tej sprawy, co było dość niezwykłym przeżyciem, gdyż zazwyczaj nieznane mi umiejętności przedwcześnie doprowadzają mnie do sprawcy. W tym przypadku przekroczyłam połowę, gdy zdałam sobie sprawę, kto to może być. Po raz kolejny domyśliłam się, ale okoliczności tego wydarzenia i motywy całkowicie mnie zaskoczyły. Dlatego jestem pod wrażeniem wykreowania tej ścieżki zbrodni. Rzadko trafia się tak dobra. Współcześni pisarze powinni brać przykład z takich właśnie historii. Jest ona poprowadzona nietypowo jak na obecne czasy. Może warto byłoby również wyrwać się ze schematu i odkryć nowe aspekty przestępstw. 

Większość z bohaterów zyskało moją sympatię, jednak w żaden sposób nie oznacza to, że byli jakoś wyśmienicie wykreowani. Nie zrozumcie mnie źle – były to dość wyraziste postacie z olbrzymim potencjałem i właśnie brak wykorzystania tego potencjały kuł mnie tak bardzo w oczy. Mimo to Brianowi pozostaję całkowicie wierna za pewnego rodzaju niespójność emocji. Wykazywał się wielkim szacunkiem, honorem i dobrem w czystej postaci. Ale jak każdy człowiek ulegał i tym złym emocjom i popełniał wiele błędów. Polubiłam również jego narzeczoną Madge. Wyjątkowo elokwentna kobieta i mimo że posłuszna ojcu i innym mężczyznom, pełna ognistego temperamentu i wyrażająca bezkompromisowo swoje własne zdanie. 

"Tajemnica Dorożki" okazała się dla mnie niezwykle wciągającą lekturą, która pozwoliła mi zapomnieć o rzeczywistym świecie. Dzięki niekonwencjonalnemu przebiegowi i pobudzającej wyobraźnie atmosferze wskoczyłam w wir wydarzeń. Wam również to polecam. 

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję bardzo Wydawnictwu MG

piątek, 28 lutego 2020

Poza granicą szaleństwa – Wojciech Kulawski


Tytuł: Poza granicą szaleństwa

Autor: Wojciech Kulawski

Seria: Nowy polski kryminał

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Wydawnictwo CM

Liczba stron: 300

Ocena: 7/10










Pewnie duża część z Was słyszała o efekcie zwanym Efektem Motyla. Zakłada on, że trzepot skrzydeł motyla może wywołać wichurę w całkowicie innym miejscu. Brzmi to trochę absurdalnie, ale jest metaforą, która według mojej opinii, ma w sobie wiele prawdy. Każda, nawet ta najmniejsza decyzja, może przynieść całkowicie niepożądane i nieprzewidziane skutki. Wszyscy wiemy, że to nasze decyzje doprowadzają nas do danej sytuacji. Jednakże zazwyczaj skupiamy się na tych poważnych, wielkich wyborach. Zapominamy o tym przy tych podejmowanych codziennie. A to może one tak naprawdę zdeterminowały nasze życie. Co o tym sądzicie?

Wszystko się zaczyna od znalezienia ciała mężczyzny w nowym, jeszcze niedokończonym domu. Coś, co miało dać bezpieczeństwo, nowe możliwości i może nowe życie, okazało się zabójcze. Wszystko wskazuje, że mężczyznę życia pozbawił prąd. Jednak sekcja zwłok sprawia, że ta teoria zostaje postawiona pod wielkim znakiem zapytania. Sprawę, która zaczyna wyglądać na morderstwo, ma rozwiązać trójka policjantów pod wodzą nowego prokuratora. Zwykły przypadek zaczyna prowadzić policjantów do przeszłości, ale również i przyszłości, a to wszystko przeplatają ich osobiste problemy. Jak naprawdę zginął mężczyzna? Co odkryją policjanci? Jak potoczy się ich życie osobiste? 

Kryminały czytam bardzo rzadko, jednak nie wynika to z faktu, że ich nie lubię. Po prostu nie jest to do końca mój gatunek, który mogę zawsze i wszędzie czytać. Potrzebuję do tego odpowiedniego nastroju i przede wszystkim czasu, żebym nie musiała odstawiać książki na półkę ze względu na obowiązki. Choć prawda jest taka, że musiałabym raczej odroczyć obowiązki na rzecz książki. Lecz teraz po bardzo długiej przerwie wróciłam do czytania i postanowiłam zapoznać się z "Poza granicą szaleństwa". Mam dogłębne zaufanie do polskich autorów kryminałów i fantastyki, dlatego byłam przekonana, że powieść przypadnie mi do gustu i dokładnie tak było. Czemu? 

Przede wszystkim styl – zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Pod prawie każdym względem był dopracowany, więc czułam to uczucie pełni, ale przy tym pisarz popisał się lekkim piórem. Jest to połączenie, które zawsze cenię. Dostaję warstwę kunsztu literackiego, ale nie ginę też w zbyt trudnym lub zawiłym dla mnie języku. Dzięki temu w pewnym momencie całkowicie przepadłam i tak naprawdę momentalnie przeczytałam "Poza granicą szaleństwa". Przyznam, że potrzebowałam na to trochę czasu, ale jak już się odnalazłam, to całkowicie oddałam swoją duszę tej historii.

Cała opowieść składa się z wielu wątków, dlatego uważam, że każdy czytelnik znalazłby jakiś, który zainteresowałby go. Oczywiście ja z zamiłowaniem do psychologii w szczególności zaintrygowałam się aspektem szpitala psychiatrycznego, ale tutaj nie chcę zbyt dużo mówić, by nie zdradzać zbyt fabuły. Co nie zmienia faktu, że ta wielowątkowość pozwoliła mi spojrzeć na świat wykreowany w książce w panoramiczny sposób i z zafascynowaniem obserwować, jak po kolei będą rozwijać się różne wątki. To wszystko napędzała wartka akcja. Jestem z siebie dumna, ponieważ w dużej mierze przewidziałam zakończenie. Może niedokładnie całe rozwiązania tych wszystkich tajemnic, ale wystarczająco by się tym szczycić. I w tym przypadku nie uważam, żeby była to wada. Może i nie miałam elementu zaskoczenia, ale za to jeszcze z większą pasją przekręcałam stronę za stroną. Chciałam wiedzieć, na ile mam rację. Ile z tego wszystkiego, co sama wymyśliłam, odnajdzie swoje ujście w zakończeniu. 

Warto też zwrócić uwagę na bohaterów. Było ich naprawdę wiele i bez bicia przyznam się, że ich imiona i nazwiska wywoływały w mojej głowie totalny zamęt. Jakbym miała podać jakąś naprawdę istotną wadę, to prawdopodobnie zdecydowałabym się właśnie na tę. Ze względu na mnogość postaci nie były one perfekcyjnie wykreowane, ale stanowczo wystarczająco, by ich polubić, utożsamić się z nimi i przede wszystkim kibicować im w rozwiązywaniu zagadki i zawirowaniach w życiu osobistym. Tymona, czyli jednego z policjantów, bardzo polubiłam za czystą dobroć i lojalność wobec przyjaciół. Zachowywał przy tym poczucie humoru i mimo że był zarozumiały, to widziałam w tym pewnego rodzaju piękno. Taki uśmiech do wad dobrego przyjaciela. Za to niestety Marzena wywoływała we mnie pokłady irytacji. Była tak bardzo zapatrzona w siebie i przy tym jeszcze wyrachowana, że całkowicie jej nie akceptuję. Za to moją ulubioną postacią okazał się Tryger. Jego spojrzenie na świat po prostu wywołuje we mnie zaciekawienie i rozbawienie. Bez wątpienia ma problem, który może niszczyć mu życie, ale i tak brnie do przodu. Za to szanuję i fikcyjnych bohaterów, i realnych ludzi.

"Poza granicą szaleństwa" okazało się dla mnie wyśmienitą powieścią, ponieważ dostałam olbrzymią dawkę rozrywki i zaspokojenie swoich potrzeb rozwiązywania tajemnic. Nie mam dużych wymagań, co do kryminałów, a ten stanowczo był ponad nie. Dlatego polecam każdemu czytelnikowi. Bez znaczenia, czy akurat chce zmienić swój ulubiony gatunek, czy jest wytrawnym koneserem kryminałów. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo autorowi – Wojciechowi Kulawskiemu 


niedziela, 22 września 2019

Umorzenie – Remigiusz Mróz


Tytuł: Umorzenie

Autor: Remigiusz Mróz

Cykl: Joanna Chyłka

Tom: IX

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Liczba stron: 448

Ocena: 6/10








Chciałam Wam zadać bardzo trudne pytanie, które prędzej czy później pojawia się w naszym życiu moralnym. Na szczęście zazwyczaj pozostaje w sferze przemyśleń i nawet jeśli podejmiemy jednoznaczną decyzję, nie musimy jej wygłaszać na głos ani odwoływać się do konkretnych zdarzeń. Mam na myśli tutaj te oto pytanie: czy morderstwo można usprawiedliwić? Nie wiem, jak jest w Waszym przypadku, ale mnie przechodzą ciarki, gdy słyszę samo pytanie. Jest ono mroczne, zmusza do mocnych i pewnych decyzji albo przyznania się, że nie znamy odpowiedzi. Od dziecka słyszymy o tym, że zabijanie jest złe, że jest największym grzechem, jakiego można dokonać. Słyszymy też o nieumyślnym spowodowaniu śmierci, o samoobronie, która kończy się w tragiczny sposób, o żołnierzach, którzy są bohaterami. Tutaj każdy sam musi się zagłębić we własną moralność i sposób myślenia.

Jednak Joanna Chyłka już dawno wyzbyła się skrupułów i od lat na sali sądowej broni największych współczesnych zbrodniarzy, jakich widziała Polska. Nie waha się wykorzystać każdego szczegółu, który może pomóc jej klientowi, nie zamierza przejmować się cierpieniem innych ludzi. Wykorzystuje sprawiedliwość, by wygrać, nie patrząc, czy ta sprawiedliwość jest nią naprawdę. Tym razem decyduje się bronić byłego żołnierza, który w przypływie szaleństwa zabija w okrutny sposób własną żonę i własne dzieci. Dokonuje prawdziwej masakry. Lecz czy na pewno był to przypływ szaleństwa? Czy w ogóle to ten mężczyzna zamordował? Czy Chyłka odkryje prawdę? 

Jest to moje kolejne spotkanie z Joanną Chyłką, do której bez wątpienia mam olbrzymi sentyment i przeżyłam z nią naprawdę wiele dobrych chwil. Mimo to jakoś nie było mi po drodze do przeczytania ostatniego tomu z jej udziałem. Do tego stopnia, że "Umorzenie" przestało być już ostatnim tomem. Z czego osobiście nie jestem zadowolona, ale o tym trochę później. Tymczasem skupiając się na tej części, muszę Wam powiedzieć, że bardzo się zawiodłam na tej książce Remigiusza Mroza. 

Najpierw zacznę od największego atutu całej serii, czyli języka, jakim posługuje się autor. Pisze on w wyjątkowo charakterystyczny sposób, który od pierwszych stron oczarował mnie, ale również zszokował. Bez wątpienia zawsze będę za to cenić Mroza. Przy tym dialogi są naturalne, co pozwala mi przywiązać się do postaci i zobaczyć pełnowymiarowego człowieka, a nie miałką osobowość. Dzięki temu nie mam też problemu, by wejść w fabułę, ponieważ mam wrażenie, że to prawdziwe życie, a ja obserwuję wszystko z boku. Do całości należy dodać zagadkę, która za pomocą języka zaczyna nas otaczać ze wszystkich stron, następnie pojawia się fascynacja, by ostatecznie przekształcić się w nieposkromioną ciekawość.

W "Umorzeniu" historia była jak zawsze bardzo interesująca, a przynajmniej do czasu... W pewnym momencie zaczęła mi się nużyć i szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo czytałam książkę. Była to opowieść zastępcza, gdy nie miałam przy sobie niczego innego do czytania lub nie mogłam się zdecydować na następną lekturę. I myślę, że to mówi samo za siebie. Wcześniej pożerałam powieści z tej serii w ciągu dnia do trzech. A tu trwało to miesiącami. Pewnie przez ten fakt zagadka kryminalna nie wydawała mi się tak pasjonująca, jak powinna, ale to i tak nie wyjaśnia braku mojego zainteresowania. Mimo to szanuję wielopoziomowość fabuły, ponieważ możemy obserwować wspomnianą zagadkę, a zarazem prywatne życie Chyłki i Kordiana. Ubarwia to całość i nadaje pewnej pikanterii opowieści. W końcu relacja Joanny i Zordona to bardzo ciekawy przypadek z punktu widzenia psychologii. 

Dosłownie wszyscy bohaterowie "Umorzenia" są specyficznymi postaciami, które trudno pomylić z kimkolwiek innym. Stąd wniosek, że ich kreacja jest naprawdę dobra, choć mimo to brakuje im czegoś ludzkiego w zachowaniu i to miejscami mnie irytuje. Ale i tak magnetyzują swoją osobowością. Sprawiają, że chcemy ich dobrze poznać, stać się ich przyjaciółmi lub wrogami. Nie pozwalają obojętnie przejść koło siebie. Największą uwagę z oczywistych względów skupia na sobie Chyłka. Joanna jest osobą, którą po prostu się lubi. Tak bezinteresownie. Miejscami niesamowicie irytuje, podważa zasady naszego świata, ale i tak się ją lubi. Choćbym nie wiem, jak się z nią nie zgadzała i uważała, że jej decyzje czy spojrzenie na świat jest nieodpowiednie, to i tak ją szanuję i akceptuję. Za to Kordiana powinno podawać się jako przykład najbardziej upartego i wytrwałego człowieka na świecie. Można go tylko podziwiać pod tym względem. Jakkolwiek byłoby trudno, jakkolwiek życie dokopałoby mu i tak się nie podda i będzie trwał w zaparte. A przy tym pozostaje niezdarny i bardzo uroczy. W tej części pojawia się również nowa dość istotna postać – Teresa. Jak wszyscy bohaterowie jest oryginałem, ale ją również polubiłam i mam cichą nadzieję, że pozostanie na dłużej. 

Wymieniłam Wam wiele pozytywnych aspektów "Umorzenia", więc pewnie w tym momencie dziwicie się już, dlaczego po jej przeczytaniu byłam tak bardzo zawiedziona. Przede wszystkim nawet z tymi zaletami jest to dla mnie bez zawahania najgorsza i najmniej dopracowana część cyklu, co ewidentnie pokazuje, że pisarzowi coś się jednak nie udało. Ale akurat to nawet najlepszym się zdarza, a myślę, że Remigiusz Mróz należy do najlepszych polskich pisarzy. Tylko że od dawna bazuje na tych samych pomysłach. One są bardzo dobre i w swoim czasie były niesztampowe, lecz nie oszukujmy się... To dziewiąta część... To staje się po prostu nudne i powtarzalne. Przez co moja sympatia do cyklu o Joannie Chyłce zaczyna opadać. Gdy wyszło "Umorzenie", to byłam przekonana, że to już ostatni tom i pożegnanie z przygodą. A tu niespodzianka! Jest następny i pewnie jeszcze będzie wiele następnych. Ile można? Co prawda na pewno przeczytam dziesiątą część, ale raczej nie będę pozytywnie nastawiona. Tymczasem pozostaje mi tylko stwierdzić, że mimo mojego wiecznego narzekania polecam serdecznie "Joannę Chyłkę" wszystkim wielbicielom niekonwencjonalnych rozwiązań.  

środa, 6 lutego 2019

Dom zbrodni - reż. Gilles Paquet-Brenner



Tytuł: Dom zbrodni

Reżyser: Gilles Paquet-Brenner

Produkcja: Wielka Brytania

Gatunek: Kryminał

Rola główna: Max Irons

Czas trwania: 1 godz. 55 min.

Ekranizacja: "Dom Zbrodni" Agatha Christie

Rok premiery: 2017 r. 

Ocena: 8/10







Każda rodzina jest inna. Każda rodzina ma swoje własne zwyczaje. Każda rodzina ma swoje własne problemy. I każda rodzina ma swoje własne tajemnice, które ukrywają się w cieniu i cicho, spokojnie podążają za członkami rodziny, czekając na najbardziej odpowiedni moment, by zaatakować. Pewnie teraz się oglądasz za siebie i myślisz, czy już czas na Ciebie. Nie, jeszcze nie teraz, choć jest już coraz bliżej, ale na razie ten czas przyszedł na rodzinę Leonides. 

Pewnego dnia w gabinecie Charlesa pojawia się piękna kobieta – pełna gracji, elegancji i kobiecości. Jest to kobieta, o której Charles prawie codziennie śni i wspomina ich wspólne i bardzo namiętne chwile w Egipcie. Przyszły szybko i niespodziewanie i dokładnie w taki sam sposób odeszły. Teraz po wielu miesiącach rozpaczy wracają z całą potęgą, jednak tym razem są pełne mroku. Dawna ukochana Sofia prosi o pomoc. Jej dziadek niedawno umarł, ale ona jest przekonana, że to nie śmierć naturalna tylko morderstwo z premedytacją. W taki o to sposób detektyw wkracza do zabytkowego, pięknego i okrytego tajemnicą domostwa rodziny Leonides. Czy Charles poradzi sobie? Jakie sekrety skrywa ta nietypowa rodzina? I najważniejsze – kto jest mordercą? 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym filmie, co teraz z perspektywy czasu bardzo mnie dziwi. Nie wiem, czy po prostu przegapiłam czas reklam, czy nikt nie zadbał o te reklamy. W końcu jest to ekranizacja powieści Agathy Christie, więc jest na pewno bardzo dużo osób, które z chęcią  obejrzałyby ten film. Ostatecznie trafiłam na niego, szukając jakiegoś ciekawego filmu na wieczorny czas. Zachęcił mnie do obejrzenia zwiastun, więc zaryzykowałam i wybór okazał się idealny.

Przyznam się, że początek był dla mnie strasznie nudny. Był moment, gdy już naprawdę chciałam wyłączyć tę produkcję i poszukać jakieś innej, ciekawszej. Na szczęście tego nie zrobiłam – chyba przez upór. Choć warto Was ostrzec, że ten nudny początek to tak trzy czwarte filmu, ale warto też przetrwać aż tyle, by zobaczyć szokujące i pełne emocji zakończenie. Całość jest bardzo klimatyczna, ponieważ przenosimy się do czasów starych domów, olbrzymich dworów o zamkniętych drzwiach i wyjątkowo surowych karach. Atmosfera mimo znudzenia bardzo przypadła mi do gustu. Gdzieniegdzie zdarzały się pewne uchybienia w tej kwestii, jednak nie na tyle istotne by zwracać na nie uwagę. 

Jestem trochę zawiedziona, że fabuła filmu jest tak naprawdę jednowątkowa. Co prawda widać, że scenarzyści próbowali stworzyć z tego wielowymiarową historię, lecz w ostatecznym rozrachunku jest tylko jedna główna linia fabularna, a reszta to tylko małe i nieistotne anegdotki. Ekranizacja z takim potencjałem mogłaby stworzyć opowieść, która niesie za sobą wiele powiązań i oddzielnych historii o ludziach. W tym momencie się zawiodłam. Co do samego morderstwa to mam mieszane odczucia. Zakończenie odgadłam dość wcześnie i okazało się, że trafiłam bezbłędnie. Normalnie w moim przypadku to dyskwalifikuje cały kryminał (czy Wam też tak często udaje się odgadnąć, kto zamordował w historiach Agathy?), jednakże tu jest inaczej, bo mimo to różne pomysły przychodziły mi do głowy i często wątpiłam w swój własny scenariusz. Była to fantastyczna zabawa, która pozwoliła mi stać się na chwilę detektywem, który ma dostęp do wszystkich danych i musi je powiązać ze sobą, a pozornie wszystko wydaje się być sprzeczne. 

Bohaterowie byli różnorodni, ale niestety główny bohater okazał się nudny i przewidywalny. Tak naprawdę to chyba właśnie przez niego tyle czasu musiałam przecierpieć. Gdy na główny plan wchodzą inne postacie, wszystko zaczyna przyśpieszać i dzięki temu nie można się oderwać od filmu. Polubiłam bardzo Sophie, która jako bohaterka miała w sobie wiele potencjału, lecz nie został on do końca wykorzystany. W pewnym momencie straciła swoją aurę tajemniczości i okazała się zwyczajnym, przeciętnym człowiekiem, który niestety w kryminałach nie przyciąga uwagi czytelnika czy widza. Na szczęście całą sytuację ratuje kobieta, która również mieszka w tym domu, ale nie wiadomo czemu, bo jej więzy z tą rodziną zostały zerwane wiele lat temu. Mimo to to właśnie lady Edith jest w stanie, choć na chwilę połączyć rodzinę. Swoją charyzmą sprawia, że każdy chce odpocząć od mrocznego morderstwa. Zarazem nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie ona skrywa jakieś tajemnice. Cały problem polega na tym, czy to w nich znajduje się odpowiedź, kto zabił, czy sięgają one o wiele głębiej. W filmie pojawia się również mała dziewczynka – Josephine. W uroczy sposób ubarwia ona całą opowieść i sprawie, że mroczny dom ma w sobie nutkę radości. Zarazem jest bardzo dziwnym dzieckiem i wyjątkowo inteligentnym, co można zauważyć na każdym kroku. 

Chyba największy honor muszę oddać aktorce, która grała właśnie małą Josephine – Honor (imię idealnie pasuje) Kneafsey. Jest to drugi film, w którym miałam przyjemność ją oglądać i jestem naprawdę zachwycona jej talentem. Ma olbrzymi potencjał, dlatego liczę, że zobaczę ją jeszcze w niejednej produkcji. Potrafiła oddać wyjątkowość najmłodszej członkinie rodziny, a zarazem sprawić, że przywiążemy się do niej, mimo jej wszystkich wybryków. Jestem ciekawa, jak Honor odnalazłaby się w innego typu roli. W "Sklepiku z marzeniami" również grała podobnie charyzmatyczną dziewczynkę. Czuję, że będę miała szansę to zobaczyć. Moją szczególną uwagę przykuła również Christiana Hendricks, która wcieliła się w rolę żony nieboszczyka. Nie miała wiele okazji, by zaprezentować swój talent, lecz coś w niej przykuło moją uwagę i jest to coś pozytywnego. Poza tym myślę, że koniecznie trzeba podkreślić, że  w "Domu zbrodni" zagrała Glenn Close i tu nie ma za wiele, co mówić. Bardzo cenię tę aktorkę i nie mam wątpliwości, że potrafi sobie poradzić z każdą trudną rolą. 

Pewnie część z Was się zastanawia, dlaczego oceniłam ten film tak wysoko, mimo że wymieniłam tyle wad. Nie jest to jakoś wyjątkowo wybitna ekranizacja, jednakże zakończenie tak bardzo poruszyło moje emocje, że po prostu nie mogę go nie docenić. Przewidziałam, kto zabił, ale nie byłam w stanie przewidzieć, do czego to doprowadzi, jak wielkie będą tego skutki. Mam ochotę powiedzieć, że aż mnie zatkało i w ogóle nie mogłam zebrać myśli. Dla tego momentu warto obejrzeć "Dom zbrodni".  


niedziela, 11 lutego 2018

Najmroczniejszy sekret – Alex Marwood


Tytuł: Najmroczniejszy sekret

Autor: Alex Marwood


Tłumaczenie: Rafał Lisowski

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 416

Ocena: 8/10










Mówi się, że każda rodzina ma jakąś mroczną tajemnicę, która ma nigdy nie ujrzeć światła dnia codziennego. Dlatego jest to temat tabu, o którym nigdy się bez powodu nie rozmawia, a ludzi spoza kręgu nie wprowadza się nawet w fakt jego istnienia. Brzmi to naprawdę przerażająco i podejrzewam, że każdy z nas przeszukuje teraz swoje wspomnienia albo odpycha niechciane myśli. To czy tak jest w rzeczywistości zostawiam bez odpowiedzi. W końcu wszyscy potrafimy w zależności od własnych rodzin odpowiedzieć na to pytanie. Jednak mimo to na pewno ciekawość wygrywa i chcielibyśmy się dowiedzieć, jakie trupy w szafie mają inne rodziny. 

Coco i Ruby są trzyletnimi bliźniaczkami, które żyją w luksusie i dostają pełną opiekę swoich rodziców oraz niani. Tak mogłoby się pozornie wydawać. Jednak świat biznesmenów jest abstrakcyjną rzeczywistością, która rządzi się własnymi zasadami. Tworzy pozory szczęśliwych małżeństw, rodzin, a tak naprawdę funduje swoim bliskim koszmar. Tak jest też w przypadku rodziny Seana. Pełna tajemnic i udawanych uprzejmości. Lecz wszystko zostaje odwrócone do góry nogami, gdy Coco znika. Do gazet trafiają jej zdjęcia, cała rodzina i przyjaciele starają się wywołać jak największą falę poszukiwań. Co tak naprawdę stało się z Coco? Czy dziewczynka odnajdzie się? I co ukrywają najróżniejsi członkowie rodziny?

O Alex Marwood słyszał chyba każdy fan kryminałów i wiele innych osób. Gdy wchodziły jej pierwsze książki, to świat kryminałów w pewnym sensie się zmienił. Nawet ja to zauważyłam, a nie jest to moją domeną. Autorka otrzymała nagrodę Allana Edgara Poe, a nie jest to byle co. Sama bardzo szanuję tego pisarza i co jakiś czas odkrywam jakieś nowe jego opowiadanie. Aż dziw, że tyle ich napisał. Jednak wracając do naszej pisarki, to nie miałam jeszcze okazji czytać żadnej jej książki. "Najmroczniejszy sekret" jest moją pierwszą i muszę przyznać, że jestem naprawdę usatysfakcjonowana tym, co dostałam. 

Muszę wam przypomnieć, że bardzo rzadko czytam kryminały. Lubię ten gatunek, więc to może się wydawać dziwne. Jednakże w tym przypadku nienawidzę wprost poświęcać swojego czasu na słabe zagadki kryminalne, które nie są ani ciekawe, ani oryginalne. A takich niestety jest dużo. I w dodatku te rozległe wprowadzenia... Są wyjątkowo irytujące, choć wiem też, że potrzebna, gdyż inaczej nie bylibyśmy w stanie zrozumieć zawiłości całej historii. Kryminał to dla mnie płynny temat, stąd wynika moja słaba znajomość tego gatunku. 

Jednak "Najmroczniejszy sekret" pozytywnie mnie zaskoczył, ponieważ okazał się całkowicie inny. Oczywiście na początku byłam znudzona, ale zauważyłam, że coraz częściej mam problemy z przebrnięciem przez początkowe fazy najróżniejszych książek. Mimo właśnie nudy książka okazała się bardzo ciekawa i oryginalna. Nie mieliśmy na wstępie morderstwa i załamanego detektywa, który wszystko w mig rozwiąże. To mnie przekonało, tym bardziej że autorka wykorzystała cały potencjał tej historii i jej przebieg był dla mnie wprost idealny. Rzadko się zdarza, że jestem tak dobrze nastawiona do pomysłu. 

W dodatku styl autorki jest przyjemny, co tylko ułatwia czytanie i pozwala się wciągnąć w świat tajemnic. Przy tym na szczęście nie jest zbyt prosty i infantylny. Razem tworzy to przejrzystą i bardzo łatwą w odbiorze treść. W tym przypadku jest to olbrzymi plus. Pisarka wykorzystując dobrze dobrane słowa i zgrabną składnię, pozwala nam się przenieść do wykreowanej przez nią rzeczywistości i razem z nią zaglądać pod dobrze ukryte zasłony sekretów. 

Chyba będę pod niebiosa wychwalać warsztat Marwood, ponieważ jest naprawdę wyjątkowo dobry i już dawno nie miałam styczności z tak dobrze napisanym kryminałem. Mam wrażenie, że każdy najmniejszy szczegół jest dopracowany. A jeszcze pewna specyfika fabuły potęguje to uczucie. To wszystko wydaje się takie oczywiste i przewidywalne, a w rzeczywistości w ogóle takie nie jest i tu zostałam zaskoczona. Co prawda nie było efektu "wow, to jest inaczej niż myślałam", ale powoli sobie uświadamiałam, że dałam się nabrać i zresztą nie tylko ja. W dodatku wydarzenia biegną dwutorową ścieżką. Mamy ukazaną przeszłość, kiedy zaginęła Coco i konsekwencje tego po wielu latach. Dzięki tej kompozycji dostajemy najróżniejsze możliwości. Tylko jedna jest prawdziwa, ale ludzie czasami się mylą i nie chcą usłyszeć prawdy. 

Najbardziej ze wszystkich polubiłam chyba Milly. Na początku nie byłam do niej przekonana, bo wydawała mi się zbyt pewna siebie, zbyt pyskata i zarozumiała. Miałam wrażenie, że nic nie robi w życiu. Tak w pewnym sensie właśnie jest – nie robi nic w życiu, ale robi coś ze swoimi życiem. To dyskretna różnica, ale jednak jest. Gdy dziewczyna musi zmierzyć się z rodzinną tragedią, jej tok myślenia się zmienia, a ona widzi więcej możliwości. Zresztą Milly nie jest jedyną ciekawą postacią w tej książce. Moją uwagę również przyciągnął Sean, czyli ojciec dziewczyny i zarazem bliźniaczek. Nie zyskał mojej sympatii i ci, co czytali książkę, pewnie dobrze wiedzą dlaczego. Jednak jest on wyjątkową postacią pod względem kreacji psychologicznej i właśnie to mnie tak zainteresowało. W "Najmroczniejszym sekrecie" jest jeszcze wiele ciekawych bohaterów, którzy są niepowtarzalni i wprost genialnie wykreowani. 

Cieszę się, że zapoznałam się z twórczością Alex Marwood, bo była to naprawdę ciekawa przygoda i zarazem fascynująca oraz przerażająca historia. Na pewno zapoznam się z innymi książkami autorki. Mam nadzieję, że zrobią one takie samo dobre wrażenie jak "Najmroczniejszy sekret". Tymczasem zachęcam was do zapoznania się właśnie z nim.