niedziela, 25 września 2022

Rozwój dziecka z autyzmem – Katie Cook


Tytuł: Rozwój dziecka z autyzmem

Autor: Katie Cook

Przekład: Sylwia Pikel

Kategoria: Literatura naukowa, poradniki

Wydawnictwo: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Liczba stron: 176

Ocena: 7/10






Autyzm wiąże się z innym sposobem funkcjonowania. Określa się go jako spektrum, gdzie osoby różnie postrzegają świat. Mają wiele cech postrzeganych przez dużą część ludzi jako olbrzymie trudności, wydają się być inne, dziwne, ale też często mają gamę bardzo nietypowych umiejętności, które zachwycają, ale łatwo przy pozostałych trudnościach ich nie zauważyć. Zaczęłam tutaj od trochę moralizującego tonu i edukacyjnego. Jednak zdecydowałam się właśnie na takie stwierdzenia, by przypomnieć, że autyzm jest czymś niezmiernie różnorodnym. Często trudnym dla opiekunów i środowiska, wywołującym niepokój i bezradność. Niemniej część osób zaczyna podkreślać istotę innego sposobu funkcjonowania. Jak jest w rzeczywistości? 

Na pewno bywa różnie. Ważne jest, by docenić zalety każdej osoby, ale myślę, że niepokój rodziców jest czymś naturalnym, gdy dziecko nie mówi, mimo że już powinno, gdy dziecko robi sobie krzywdę albo odcina się od świata. Od niedawna pracuję w poradni autystycznej i staram się zgłębiać ten temat zarówno w praktyce, ale też oczywiście doszkalając się. Tym razem zdecydowałam się na zapoznanie z książką "Rozwój dziecka z autyzmem" Katie Cook. Co dobrego dała mi ta książka? 

Przede wszystkim poczucie, że dobrze, że powstała, że w sposób przystępny wiele osób może pogłębić swoją wiedzę o spektrum autyzmu albo ją zdobyć. Tym bardziej że istotne jest, by dziecko szybko zostało zdiagnozowane i można było walczyć z trudnościami, a podkreślać zalety i zdolności. Myślę, że samo już istnienie takiej pozycji literackiej jest ważne i daje rodzaj postępu dla wielu osób. 

Patrząc troszkę na stronę warsztatową, książka została napisana przyjemnym językiem i w dodatku prostym, co pozwala niezależnie od wykształcenia przeczytać ją i wynieść z niej ważne informacje i rady. Podoba mi się też konstrukcja całości, ponieważ jest dokładnie podkreślone, że dane ćwiczenie jest dla dzieci w tym i w tym wieku oraz nad jakim rodzajem trudności się pracuje. W końcu nie zawsze jest to oczywiste. Nie każdy, w szczególności gdy brakuje mu doświadczenia, jest w stanie elastycznie żonglować zadaniami i je dostosowywać do wieku dziecka. Wiadomo, że takiej elastyczności ani rodzic, ani terapeuta czy nauczyciel nie uniknie, bo każde dziecko jest inne i ma swoje tempo rozwoju, jednak jakieś podpowiedzi zawsze pomogą. 

Mam wrażenie, że pozycja "Rozwój dziecka z autyzmem" jest o tyle dobra, że wielokrotnie otwiera oczy na oczywistości. Tak naprawdę często skupiamy się na jakiś zaawansowanych teoriach, pomysłach, gdy tymczasem umykają nam rzeczy proste, a tak samo ważne i potrzebne. Tym bardziej że przedstawione ćwiczenia, zabawy wydają się niesamowicie ciekawe nawet dla mnie, czyli dorosłego. W tej chwili już parę ćwiczeń zastosowałam i naprawdę w dużej mierze się sprawdziły i dały nam wiele radości. 

"Rozwój dziecka z autyzmem" to książka, która daje wiele od siebie – od ułatwień, po pomysł i świadomość, z czym mierzą się osoby ze spektrum autyzmu i jakiego rodzaju pomocy mogą potrzebować. Zarazem wybrzmiewa z niej różnorodność, o której wspominałam na początku. Cieszę się, że zdecydowałam się z nią zapoznać i bez wątpienia jeszcze nieraz i nie dwa skorzystam z niej. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Gdańskiemu Wydawnictwu Psychologicznemu

niedziela, 18 września 2022

Ja i moje ADHD. 60 ćwiczeń, które pomogą dziecku w samoregulacji, koncentracji i odnoszeniu sukcesów – Kelli Miller

 

Tytuł: Ja i moje ADHD. 60 ćwiczeń, które pomogą dziecku w samoregulacji, koncentracji i odnoszeniu sukcesów

Autor: Kelli Miller

Przekład: Agnieszka Cioch

Kategoria: Literatura naukowa, poradniki

Wydawnictwo: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Liczba stron: 139

Ocena: 6/10





W naszej rzeczywistości istnieje wiele sztywnych schematów, przekonań i stereotypów. Zaczynając takimi ponurymi tonami, chciałabym zadać pytanie, skąd się one biorą. W końcu nikt nie lubi, gdy dotyczy to jego samego, ale każdy z nas w większym czy mniejszym stopniu z nich korzysta. Psychologia między innymi mówi, że są to uproszczenia myślenia, które mają nam pomóc sortować bodźce i dostatecznie szybko reagować. To jedno z wytłumaczeń. Osobiście myślę, że wiele rzeczy wynika też z braku zrozumienia, nieposiadania odpowiedniej wiedzy, a co za tym idzie strachu. Dlatego myślę, że pogłębianie wiedzy to fantastyczny sposób, by pewne rzeczy oswoić sobie i innym, ale też poszukać różnorodnych rozwiązań. 

Czemu dzisiaj o tym mówię? Ponieważ chciałabym Wam zaprezentować książkę na temat nadpobudliwości ruchowej, a raczej zeszyt ćwiczeń. ADHD jest pewnym sposobem funkcjonowania, który w swoim czasie wywoływał dość duże kontrowersje i mam wrażenie, że wiele z nich pozostaje do dzisiaj w dyskusji. Na pewno kojarzycie te konflikty: ADHD istnieje czy jest po prostu złym wychowaniem? Czuję w tej chwili troszkę zmęczenie tą dyskusją. Stanowczo wolę działać!

Jak pewnie część z Was już wie, w tym momencie już nie piszę do Was jako studentka, ale już oficjalnie psycholog. I w tej chwili moim obszarem psychologicznym jest pomoc dzieciom. Staram się, jak najlepiej umiem wykorzystać swoją wiedzę, ale właśnie też, jak przed chwilą wspomniałam, pogłębić ją. Z tego względu zdecydowałam zapoznać się z książką "Ja i moje ADHD" Kelli Miller. Moim zdaniem potrzeba na książkę, która tłumaczy wiele rzeczy, ale też daje konkretne pomysły na ćwiczenia, jest bardzo duża. Dzieci z diagnozą nadpobudliwości ruchowej funkcjonują w trochę odmienny sposób, co niesie ze sobą wiele możliwości, o których zazwyczaj się zapomina, ale niestety też trudności – zważywszy w szkole. Stąd potrzeba, by rodzice, opiekunowie, nauczyciele i psycholodzy mieli jak najlepsze wyobrażenia o działaniu dzieci (tu warto podkreślić, że ADHD dotyczy też dorosłych) i mogli pomóc im w trudnościach i docenić pozytywy. 

Jednak wchodząc troszkę w warsztat typowo literacki, chciałam podkreślić też, że autorka pisze przystępnym stylem. Bądźmy szczerzy – po co komu wartościowa, choć skomplikowana książka, która ma dotrzeć nie tylko do specjalistów, ale również laików i dzieci? Niezmiernie cieszę się, że autorka pamiętała o tym i przystosowała język, tak, by każdy z nas niezależnie od wykształcenia mógł ją zrozumieć. Z jednej strony to jest taki banał, co może w tym momencie źle brzmi, ale właśnie dzięki temu banałowi mam poczucie, że wiadomo o co chodzi i że same dzieci odnajdą się w lekturze tej pozycji literackiej. 

W "Ja i moje ADHD" znajdują się różne ćwiczenia oraz rady, które wydają mi się niesamowicie przydatne i ogólnie użyteczne. Tutaj mogę zapewnić, że już sama wykorzystałam część z treści w swojej pracy. Przedstawione ćwiczenia są czymś rozsądnym i mam tu na myśli, że są zrozumiałe, łatwe do wykonania, ale nie mam też wątpliwości, że pomagają i perfekcyjnie spełniają swoją funkcję. A tego właśnie trzeba! Widać, że całość jest przemyślaną koncepcją, która przekonuje i daje wyrazisty obraz samego ADHD i działań podjętych w celu eliminowania trudności, a podkreślania zalet. 

Sama książka ma oczywiście wiele zalet, ma też jakieś pojedyncze wady. Przede wszystkim jest pięknie wydana, ponieważ jest bardzo barwna i wyrazista, lecz ta jej barwność sprawia, że momentami miałam trudności ze skupieniem uwagi i mój wzrok padał na jedno ćwiczenie, by zaraz paść na kolejne, ponieważ wabiło swoim wyglądem. To jest rodzaj rozpraszacza. 

Podsumowując mój wywód, "Ja i moje ADHD" to książka, która pozostanie ze mną na dłużej, ponieważ tak jak pragnęłam, pogłębiła moją wiedzę, ale dała też parę ciekawych i efektywnych rad na pracę z dziećmi i rodzicami. Myślę, że to pozycja dla każdego, kto chce wiedzieć więcej albo w jakiś sposób jest powiązany z tą tematyką. 

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję Gdańskiemu Wydawnictwu Psychologicznemu

środa, 31 sierpnia 2022

Clifton 5 – Bob de Groot

 

Tytuł: Clifton

Autor: Bob de Groot

Przekład: Marek Puszczewicz

Cykl: Clifton

Tom: V

Kategoria: Komiks

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 176

Ocena: 6/10





Każdy z nas czasami chce się oderwać od męczącej codzienności. Można uwielbiać swoją pracę, rodzinę i ogólnie życie, ale zmęczenie może się czasami pojawić. Według mnie najlepszym sposobem, by poczuć się lepiej, jest śmiech, śmiech i jeszcze raz śmiech. Bo czy życie nie staje się radośniejsze, gdy śmiejemy się? Może to takie krótkotrwałe i naiwne rozwiązanie, ale przecież jest częścią właśnie naszego życia. Tak naprawdę jest częścią naszej codzienności. Co o tym sądzicie? 

Pułkownik, mimo że nie jest w czynnej służbie, nadal zachowuje swoje zdolności na jak najwyższym poziomie. W jego przypadku to niezmiernie istotne, gdyż prawie na każdym kroku spotyka go coś nietypowe, coś, co trzeba rozwiązać. A już na pewno te rzeczy spotykają go, gdy przeczyta gazetę i od razu pobiegnie gotowy rozwiązać każdą zagadkę, każde przestępstwo. Co tym razem gazety przyniosą pułkownikowi Cliftonowi? Kto poprosi go o pomoc? I co czeka jego nad wyraz cierpliwą gospodynię?

Kontynuuję moją przygodę z komiksami. Na razie nie mam jeszcze jakiś własnych preferencji, którymi kierowałabym się przy wyborze danej pozycji. Z tego względu strzelam swoimi wyborami, mając nadzieję, że trafię na coś godnego uwagi. Tym razem wypadło na piąty tom cyklu o pułkowniku Cliftonie. Choć gdy wybierałam, nie wiedziałam jeszcze, że to właśnie o nim. Bez żadnych nadmiernych oczekiwać przeczytałam komiks i... Było dobrze, tylko dobrze. 

Jak mam być szczera, to sam pomysł początkowo mnie nie zachwycił. Miałam wrażenie, że jest niezmiernie schematyczny i momentami za bardzo bazuje na stereotypach. W końcu ile razy już czytaliśmy o emerycie, który korzysta ze swoich dawnych umiejętności i tak naprawdę nadal jest aktywny zawodowo? W moim przypadku całkiem sporo. Jednak postać samego Cliftona jest na tyle oryginalna, że mimo upływającego czasu ma w sobie nadal coś przyciągającego, co w pewnym momencie mnie oczarowało. 

Tom piąty "Cliftona" składa się z czterech różnych historii, gdzie jedna mnie zachwyciła, dwie dały radość i jedna rozczarowała. To pozytywne podsumowanie całości. Fabularnie komiks po prostu cieszy czytelnika. Wielokrotnie śmieszy i przy tym poprawia humor. Wydaje się być idealny na koniec ciężkiego dnia. Tym bardziej że dosłownie każde zakończenie potrafi zaskoczyć i wyróżnia się otwartością umysłu, ciekawym połączeniem wątków i też czystą logiką. Zagadki kryminalne naprawdę dobrze wyszły autorowi, co z moich ust jest wielką pochwałą. Prawie zawsze krytykuję wątki kryminalne, ponieważ wydają mi się zbyt proste i oczywiste. 

Największą zaletą "Cliftona" według mnie są bohaterowie. Każdy z nich jest inny, każdy przerysowany, momentami wręcz karykaturalny i to wyszło fantastycznie. Karykatura w tym przypadku nie razi, ale odpowiada za dowcip i rozrywkę. Przy czym barwność bohaterów daje też wiele do przemyślenia. Może nie jest to w oczywisty sposób widoczne, ale tutaj wszystko ma swój własny sens, który zmusza do refleksji.

Co do ilustracji to mam mieszane odczucia, gdyż z jednej strony doceniam unikatową kreskę ilustratora. Cieszy ona oko. Ale z drugiej strony razi mnie dobór barw, choć też biorę pod uwagę, że nie jest to współczesne dzieło i w tym wydaniu zapewne zostało pod względem kolorystycznym oryginalne, a tak wspominając lata dziecięce, wydaje mi się to typowa kolorystyka komiksów, choć pamiętajcie, że nie jestem żadnym znawcą, tylko zwykłym czytelnikiem. Jednak ewidentną wadą jest przepych na obrazkach. Mam wrażenie, że mają za dużo elementów, co w moim przypadku sprawiało, że gubiłam fabułę. Choć jak się przyjrzałam to okazało się, że na drugim planie jest niesamowicie wiele zabawnych smaczków. 

"Clifton" mimo paru wad okazał się doskonałą rozrywką i też inteligentną. Być może fani tego komiksu ten zbiór postrzegają jako coś o wiele bardziej wartościowego niż ja – w sumie to przypadkowy czytelnik. Niemniej na pewno będę pozytywnie wspominać ten komiks i być może sięgnę po wcześniejsze tomy. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

niedziela, 28 sierpnia 2022

Młot na czarownice. Pars Tertia. Malleus Maleficarum – Heinrich Kramer, Jacob Sprenger

 

Tytuł: Młot na czarownice. Pars Tertia. Malleus Maleficarum

Autor: Heinrich Kramer, Jacob Sprenger

Seria: Wierzenia i zwyczaje

Kategoria: Literatura historyczna

Wydawnictwo: Replika

Liczba stron: 283

Ocena: 7/10






Jak czasami popatrzy się w przeszłość, to można się przerazić. Przynajmniej ja potrafię. Jako ludzkość mamy wiele okrutnych zwyczajów, wiele zachowań niegodnych naszej rasy i wiele brutalności. I mówię o tej chwili, ale w przeszłości chyba byliśmy jeszcze gorsi. Wieczne wojny, choć jak dobrze wiemy, teraz nadal są i nadal przynoszą niesamowicie dużo cierpienia, mordowanie, brak jakiejkolwiek szerszej perspektywy, bawienie się poprzez znęcanie się nad innymi... To jest nasza prawdziwa historia, która zbyt otwarcie mówi o tym, kim jesteśmy. Przyznam, że nie chciałam tworzyć tak negatywnej wizji, a przynajmniej nie dzisiaj, lecz słowo się już rzekło i musimy pogadać o... Czarownicach.

Od jakiegoś czasu interesuję się różnego rodzaju wierzeniami, mitologią i starymi obyczajami. Nie jest to zainteresowanie, które przyniosło mi nie wiadomo ile rozbudowanej wiedzy, niemniej troszkę w tym temacie się orientuję i nadal z chęcią oddaję się różnorodnym lekturom tematycznym. Tym razem zdecydowałam się na "Młot na czarownice". Jak wrażenia po tej bardzo nietypowej lekturze? 

Niesamowicie podoba mi się pomysł, by przywrócić takie informacje do współczesnych czasów. W przeszłości popełniliśmy już błąd i ludzkość wraz z Kościołem zamordowała wiele niewinnych kobiet i mężczyzn (tak, mężczyzna też mógł być czarownicą, choć to zdarzało się bardzo rzadko). Co tak naprawdę zdecydowało, że byliśmy do tego zdolni? Jakie prawo nam na to pozwalało? I jak sprawdzano, kto jest domniemaną czarownicą? Myślę, że to wbrew pozorom niesamowicie ważna wiedza i też istotna, w szczególności dla pasjonatów i specjalistów, a ja po części zaliczam się do tej pierwszej grupy. 

Styl, którym jest napisany "Młot na czarownice", jest niesamowicie ciężki i żmudny. Na początku tłumacze wspominają trochę o tym, w jaki sposób książka była tłumaczona. W wielu aspektach jest dopasowana do współczesności, ale to też trudny zabieg – trzeba znaleźć złoty środek pomiędzy utrzymaniem oryginalnych treści, a przedstawieniem tego w zrozumiały sposób dla współczesnych czytelników. Czytanie tej pozycji literackiej wymaga olbrzymiego skupienia i tak naprawdę różne rozpraszacze nie pozwalają na jej czytanie. Trzeba mieć spokój i czysty umysł, by dobrze zrozumieć przedstawiane treści. 

Tutaj bezpośrednio co do samej treści to również jest wyjątkowo ciężka sprawa. Dla wspomnianych pasjonatów i specjalistów jest to niesamowicie ciekawa książka, która daje olbrzymie możliwości, by pogłębić swoją wiedzę. Niemniej dla osób, które są trochę zainteresowane, ale nie do końca albo trafiły na tę książkę przypadkowo, myślę, że to tekst nudny i nie do przejścia. To jest prawo z przeszłości, więc to trochę jakby czytać obecnie jakiś kodeks prawny. Dla niektórych niemożliwe do przeczytania, dla niektórych konieczne, a dla innych zapewne interesujące. Tak samo jest z "Młotem na czarownice". 

Dla mnie to była niezwykle ciekawa przygoda. Dowiedziałam się z niej naprawdę wiele, a i wyciągnęłam parę własnych wniosków. Choćby dlatego warto było przedrzeć się przez trudniejsze i bardziej skomplikowane treści. A zapewniam Was, że dokładność właśnie tych treści robi olbrzymie wrażenie, wiele tłumaczy, ale bez wątpienia też przeraża. Bo w końcu jakby nie patrzeć, to czytamy o torturowaniu i mordowaniu ludzi. Teraz już wiemy, że ludzi niewinnych, a na pewno niewinnych zarzucanych zbrodni. 

Cieszę się, że zdecydowałam się na zapoznanie z tym tomem z serii "Wierzenia i zwyczaje". Na pewno będę zapoznawać się jeszcze z innymi książkami o podobnej tematyce. Wiem, czego się spodziewać i co mnie do nich ciągnie, więc też jestem gotowa przetrwać trudniejsze momenty, czy archaiczny styl. Jeśli macie podobne zainteresowania jak ja, gorąco Was zachęcam do zapoznania się z "Młotem na czarownice". 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

niedziela, 21 sierpnia 2022

Kot rabina. Wracajcie do siebie! – Joann Sfar

 

Tytuł: Kot rabina. Wracajcie do siebie!

Autor: Joann Sfar

Cykl: Kot rabina 

Tom: X

Kategoria: Komiks

Wydawnictwo: Timof i cisi wspólnicy

Liczba stron: 92 

Ocena: 7/10 






Czy zastanawialiście się, czemu ten świat funkcjonuje tak jak funkcjonuje? Zdaję sobie sprawę, że to trochę przewrotne pytanie, na które bez wątpienia trudno znaleźć odpowiedź. W końcu nasz ludzki świat najpierw był podyktowany prawami natury, później już my przez tysiące lat próbowaliśmy poddać go własnym zasadom. Konkluzja z tego jest taka, że sami stworzyliśmy współczesny świat. Jednak określenie "my" bardziej mówi o naszych przodkach lub żyjących ludziach, ale jakiś, niedosłownie "nas". Tym bardziej że część z nas jest bardzo zadowolona z funkcjonowania obecnego świata, druga część z nas niekoniecznie. W tym momencie dochodzimy do absurdu. 

Grupa Żydów opowiada o swoich przygodach, które miały miejsce na Bliski Wchodzie. Zaczyna rabin rabina, później Zlabia, później jej ojciec rabin, a w tym wszystkim jest kot. Kot, który mówi i kot, który doskonale rozumie otaczający go świat. Razem przedstawiają wizję rzeczywistości, gdzie większość wydarzeń, systemów nie funkcjonuje tak, jak powinno i traci sens – staje się właśnie absurdem. Jednak w tym wszystkim da się zobaczyć też coś więcej. Czy im się to uda?

Z każdym nowo przeczytanym przeze mnie komiksem zaczynam coraz bardziej doceniać tę formę. Za pomocą ilustracji i odpowiednio dobranych słów da się stworzyć historię pełną przygód, historię wartościową i poruszająca. Czego chcieć więcej? Dowodem na to jest choćby komiks "Kot rabin. Wracajcie do siebie!". I tak, liczba dziesięć powinna mi zasugerować, że to dziesiąty tom, ale tego nie zrobiła. Niemniej uważam, że to nie ma większego znaczenia w tym przypadku, ponieważ bez większych problemów odnalazłam się w historii i nie odczuwałam braków wiedzy z poprzednich tomów. No ale jak mi się ten podobał?

Początkowo nie byłam do końca przekonana do pomysłu, ale na pewno w dużej mierze zaintrygowana. Czym dalej czytałam, tym bardziej doceniałam jego unikatowość i olbrzymie możliwości. Te możliwości są widoczne dla czytelnika, jednak przede wszystkim można je zauważyć, ponieważ autor w sposób szeroki i przemyślany korzysta z nich. 

Jak łatwo się domyślić w pewnym sensie komiks tematycznie porusza historię Żydów, jednakże takie stwierdzenie byłoby zbytnim uproszczeniem. Jest to dialog dotyczący wszelkiej wiary – religijnej, ale też w ogólnym pojęciu. Spostrzegawczość oraz wnikliwe przemyślenie wniosków przez autora sprawiają, że ta tematyka nabiera innego sensu. Jako czytelnik zaczęłam zadawać sobie pytania, do czego tak naprawdę jest na potrzebna wiara, jak z niej korzystamy i jakie są tego konsekwencje. To tylko kilka najważniejszych pytań z całej gamy innych. Choć przyznam, że mam poczucie, że "Kot rabina" jest na tyle rozbudowany i miejscami nieoczywisty, że niektóre wątki mi umknęły lub postrzegałam je w odmienny sposób niż mógłby przypuszczać scenarzysta. 

Cała fabuła opiera się tak naprawdę na różnych historiach, choć najważniejsze są te trzy, o których wspomniałam we wstępie. Sama w sobie jest fascynujące, jak ludzie o innych doświadczeniach, pochodzących też z innych pokoleń postrzegają świat. I wbrew dość poważnej tematyce miałam niekiedy wrażenie, że to wspaniały film akcji, który wciąga, daje olbrzymie pokłady rozrywki, ale też stara się przemycić, jak najwięcej wartościowych treści. Tylko tutaj pod względem fabularnym tak samo jak tematycznym zgubiłam się w niektórych wątkach. 

Ilustracje wyróżniają się raczej niespotykaną kreską, co niezmiernie cenię. Lubię, gdy ilustrator ma swój własny styl. Tym bardziej że pod względem gamy kolorystycznej też są na swój sposób unikatowe. Dominuje kolorystyka ciepła, najczęściej w ujęciu sepii. Razem tworzy to niesamowitą atmosferę opowieści i pozwala czytelnikowi przenieść się do tego świata. Choć momentami ilustracje traciły trochę na przejrzystości. 

"Kot rabina. Wracajcie do siebie!" jest wielowymiarową historią ujmującą tematykę judaizmu i łączącego się z nim rasizmu. Kto jak kto, ale ludzie z pochodzeniem żydowskim zawsze mają trudną drogę za sobą i niestety prawdopodobnie przed sobą. Ten komiks to uświadamia i daje szanse na pewno zmiany. Choćby z tego powodu warto się z nim zapoznać. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

niedziela, 7 sierpnia 2022

Klątwiarze: Biały kot. Czerwona rękawiczka. Czarne serce – Holly Black

 

Tytuł: Klątwiarze: Biały kot. Czerwona rękawiczka. Czarne serce

Autor: Holly Black

Przekład: Stanisław Kroszczyński, Zuzanna Byczek 

Cykl: Klątwiarze

Tom: I - III

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 768

Ocena: 9/10




Świat się rządzi swoimi prawami. Nie w każdym przypadku jesteśmy w stanie im zaprzeczyć. Czasami żyjemy po prostu bezrefleksyjnie, ponieważ mamy wiele obowiązków, wiele pragnień i wiele myśli, które nie zostają przez nas samych przerobione. Przez to idziemy w określonym przez kogoś innego kierunku i nawet nie zauważamy, że kierunek ten nie jest tak naprawdę naszym kierunkiem. Dopiero przełomowe wydarzenie jest w stanie sprawić, że zaczynami inaczej postrzegać świat i zaczynamy też negować niektóre zasady. Czy służą one na pewno sprawiedliwości? Czy ułatwiają życie? 

Takim światem może być świat Cassela Sharpe. Świat, gdzie każdy nosi rękawiczki, ponieważ każdy może okazać się klątwiarzem, czyli osobą, która za pomocą dotyku dłoni, jest w stanie rzucić na drugą osobę klątwę. Mogą być one najróżniejsze – te tradycyjne złe, ale też te, które dają szczęście. W szczególności te drugie wydają się być kuszące, lecz kto tak naprawdę chciałby żyć w ułudzie. Natomiast te złe przerażają, bo mogą być przyczyną śmierci albo nawet czegoś gorszego niż śmierci. Cassel w swojej rodzinie jest wyjątkiem, ponieważ jako jedyny nie przejawia żadnych umiejętności klątwiarskich. Jest to dla niego trudne doświadczenie, gdyż musi udowodnić w inny sposób, że jest coś wart. Jak to zrobi? Dlaczego on jedyny w rodzinie nie posiada tych zdolności? I jakie tajemnice ma na swoim koncie? W przypadku Cassela pytań jest o wiele więcej niż można spodziewać się odpowiedzi. 

Zdecydowałam się przeczytać "Klątwiarzy", ponieważ zawsze ciekawi mnie twórczość Holly Black i gdy mam na myśli ciekawi, to chodzi mi o różnorodność jej dzieł. Dotychczas miałam okazję przeczytać parę jej powieści i za każdym razem miałam wrażenie, że są skrajnie od siebie różne. Jedne wyjątkowo przypadły mi do gustu, inne w ogóle. "Klatwiarze" mnie zszokowali, gdyż ponownie okazali się odmienni od innych książek pisarki, a wydawało mi się to na tym etapie już niemożliwe. Tymczasem ponownie zostałam zaskoczona i zarazem odkryłam powieść, do której niezwykle się przywiązałam i bez wątpienia uznałam ją za najlepszą w dorobku Holly Black. Dlaczego?

Przede wszystkim dużą rolę odegrał tutaj sam pomysł. Początkowo wydawał mi się dość dziwny i nie potrafiłam się w nim odnaleźć, ale czym dalej czytałam, tym bardziej zaczynałam rozumieć koncepcję i też ją doceniać. Świat, który wykreowała pisarka, okazał się prawie identyczny jak nasza rzeczywistość, ale zarazem różnił się wieloma aspektami, które początkowo odbierałam jako subtelne, by później zrozumieć, jak dużą mają wagę w tej opowieści. A Holly Black nie bała się też niestandardowych rozwiązań, co w kontekście całości było doskonałym wyborem, ale też ukazaniem odwagi i pewności siebie autorki. 

"Klątwwiarze" zachwycają dopracowanym stylem, tak różnym od tego, co znam. Czyta się ich doskonale, ponieważ dają przyjemność, a też są pewnego rodzaju wyzwaniem pod względem stylistycznym. Dopracowanie zgrabnie miesza się ze współczesnością i dokładnością opisową. Dzięki temu czytając, cały czas czułam naturalność. Opisy przeżyć wewnętrznych sprawiły, że litery na stronie stawały się czymś rzeczywistym i dobrze zrozumiałym przeze mnie. To już nie była tylko książka, ale ludzie, którzy mogliby istnieć w naszym świecie i zachowywać się podobnie. 

Fabularnie książka niesamowicie wciąga. Już pierwsza część, która w tym wydaniu jest odpowiednikiem pierwszego tomu, całkowicie przekonała mnie do siebie. Chciałam towarzyszyć Casselowi w jego działaniach i chciałam, by jego życie potoczyło się według jego pragnień. Pojawiła się tajemnica za tajemnicą, nawarstwiając się na siebie, by później czytelnik dostał szansę samemu połączyć niektóre sprawy... Jednak na końcu i tak zostałam całkowicie zaskoczona. Wielu wydarzeń się nie domyśliłam i nie byłam w stanie zauważyć wszystkich powiązań. Każde z nich, gdy już się je poznało, było logiczne, ale zarazem niespodziewane. 

Oczywiście też tradycyjnie chcę podkreślić, że fantastyka, tak jak większość gatunków, ma również istotną tematykę. W tym przypadku jest to załamanie granic dobra i zła. Ukazanie czytelnikowi, jak ta granica jest niejednoznaczna i zależna od najróżniejszych kontekstów. Wbrew pozorom nie zawsze my dokonujemy wyboru. Niekiedy sytuacje dyktują nam własne zasady i zostajemy poddani konieczności podejmowania decyzji należących do kategorii mniejszego zła. Taką sytuacją mogą być podziały społeczne, które od pierwszego oddechu są w stanie dyktować naszym życiem. Czy naprawdę takiego świata chcemy? 

Co do bohaterów to wyróżniają się niesamowitym dopracowaniem i wielowymiarowością. Są to postacie, które można spotkać w prawdziwym życiu. Dlatego niezwykle łatwo utożsamić się z nimi. Zrozumieć ich i ich wybory. Niekoniecznie pochwalać, ale być w stanie wyobrazić sobie, jak się czuli i co doprowadziło ich do tego, kim w tej chwili są i kim staną się w przyszłości. Jest to doskonale widoczne na samym Casselu. Jego postać została dograna w każdym najmniejszym szczególe. Długo nie wiedziałam, co o nim myśleć, ale z czasem dostrzegałam, jak bardzo jego osobowość jest skomplikowana i zarazem fascynująca. 

Niesamowicie cieszę się, że zdecydowałam się zapoznać z "Klątwiarzami". Samą książkę czytałam ponad miesiąc, co wynikało z nawału obowiązków. Ten czas sprawił, że stała się ona w mojej głowie czymś więcej niż po prostu dobrą książką. Przywiązałam się do niej i do dzisiaj czuję rodzaj monotonii i też sentymentu. Jeśli lubicie nieschematyczne rozwiązania i motyw dobra-zła, myślę, że to będzie dla Was doskonała lektura. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Jaguar 

czwartek, 4 sierpnia 2022

Grzesznik Nawrócony – Julia Quinn

 

Tytuł: Grzesznik Nawrócony

Autor: Julia Quinn

Przekład: Maria Wójtowicz

Cykl: Bridgertonowie

Tom: VI

Kategoria: Romans

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Liczba stron: 473

Ocena: 4/10





Miłość jest uczuciem wyjątkowo skomplikowanym i trudnym do uchwycenia w słowach. Niesie ze sobą wiele pięknych, szczęśliwych chwil. Za jej sprawą można wiele zrozumieć w życiu i zmienić samego siebie. Jednak niestety potrafi ona nieść również cierpienie, rozpacz, żałobę i konieczność podejmowania wyjątkowo trudnych emocji. Mimo świadomości tego dużo osób jest gotowych i tak oddać się całym sobą miłości. W końcu te szczęśliwe chwile będą warte przeżycia. Na tyle by przysłonić te złe, by dać radę poradzić sobie z nimi. Jestem zwolennikiem takiego podejścia i wierzę, że wobec miłości naprawdę warto czasami coś poświęcić. A Wy? Jaka jest Wasza opinia?

Frencesca Bridgerton jest w szczęśliwym małżeństwie od dwóch lat. Od razu gdy tylko poznała swojego męża, miała poczucie, że przy tym człowieku czuje się swobodnie, dobrze i że po prostu jest on jej przeznaczony. Tak też w rzeczywistości było. Wchodząc w małżeństwo zyskała też wielu przyjaciół, w tym kuzyna swojego męża – Michaela. Polubiła go za jego poczucie humoru, swobodę bycia i naturalność. Uwielbiała też słuchać o jego grzeszkach, bo tak się składa, że Michael był niesłychanym uwodzicielem i beztroską duszą. Lecz Michael miał też swoją wielką tajemnicę i jego celem życiowym było, by nikt nigdy się o niej nie dowiedział. Jaka to była tajemnica? Czy udało się ją zachować? 

Do przeczytania tej książki skłonił mnie serial "Bridgertonowie". Mam za sobą oba sezony i bardzo mieszane odczucia do nich. To typ serialu, który z pasją krytykuję, ale również z pasją oglądam i nie mogę go przegapić wraz z pojawieniem się kolejnego sezonu. Doskonale wiem, co mi się w nim nie podoba, ale też doskonale rozumiem, czemu tak bardzo lubię go oglądać. Słyszałam, że książki są tradycyjną opinią lepsze od serialu. Dotychczas miałam już małą styczność z jednym tomem, jednak nie na tyle by mieć własną opinię. Tymczasem po przeczytaniu "Grzesznika Nawróconego" mam poczucie, że tym razem to powieść jest gorszym wyborem. Choć też nie do końca można uchwycić to w takie ramy, ponieważ bezpośrednio ta część cyklu o rodzeństwie nie ma jeszcze swojej ekranizacji. 

Przede wszystkim całość opiera się na wyjątkowo schematycznym sposobie myślenia, co początkowo wręcz mnie bawiło, ponieważ naprawdę wiele wydarzeń byłam w stanie przewidzieć na podstawie moich czytelniczych i filmowych doświadczeń. Lecz z czasem zaczęło mnie to niesamowicie irytować, gdyż ostatecznie chciałam, żeby coś – cokolwiek – mnie zaskoczyło. Tak niestety nie było. 

Sama powieść "Grzesznik Nawrócony" ma jak dla mnie ładne przesłanie. Pokazuje, że każdemu z nas należy się szczęście i to szczęście, które będzie naszym marzeniem, naszą decyzją, a nie narzuconą z góry koncepcją szczęścia. Powieść podkreśla również, że ludzie, którzy naprawdę nas kochają całym sercem, będą nam życzyć właśnie takiego szczęścia i będą w stanie je zaakceptować. A co może być przeszkodą w osiągnięciu tego celu? Nasze ograniczenia narzucone przez samych siebie. Wszystko dzieje się w naszej głowie i czasami możemy nie zauważyć, że jakkolwiek, idąc słowami z "Harry'ego Pottera", w żaden sposób nie oznacza to, że nie jest prawdziwe, to jednak niekoniecznie nakłada się z rzeczywistością. I sama świadomość tego, że dopatrujemy się czegoś, czego nie ma, może otworzyć nam wiele możliwości. 

Jednak wracając do aspektów bardziej warsztatowych, to pod względem stylistycznym powieść czyta się fantastycznie. Myślę, że autorka jest geniuszem stylistycznym. Wiem, że sporo czytelników nie zgadza się z tą opinią, ale tak naprawdę dla mnie jest rodzajem majstersztyku stworzyć taką powieść, którą czyta się wyjątkowo szybko, odbiór jest bardzo łatwy i przyjemny, a przy tym jest wiele intensywnych emocji. Ta książka po prostu daje odpoczynek i radość z czytania. Takie oderwanie się od rzeczywistości. Tym bardziej że jak odejdziemy trochę od samej fabuły i dokładniej się przyjrzymy właśnie stylistyce, to widać dopracowanie i dbanie o szczegóły, co bez wątpienia jest godne szacunku. 

Fabuła jest tak, jak wcześniej pisałam, bardzo schematyczna i stereotypowa. Co prawda ciężko odejść tutaj od stereotypów, gdy cofamy się o 200 lat do tyłu. Niemniej myślę, że odpowiednia doza oryginalności byłaby w stanie wiele zmienić. Same zabiegi fabularne opierają się na sposobach, które delikatnie to ujmując, nie cenię i nie umiem obdarzyć choćby krztą szacunku. Momentami czułam się zniesmaczona taką banalnością i sztampowością. Tym bardziej że pod względem akcji dzieje się wyjątkowo mało i po prawie pięciuset stronach jestem w stanie w kilku zdaniach opisać całość. Gdzie znikły te wszystkie strony? Przyznam, że to mnie dość mocno zdziwiło, gdyż przeniosłam swoje serialowe doświadczenia na książkę i zostały one stłamszone. 

Co do bohaterów jestem niesamowicie rozczarowana. "Grzesznik Nawrócony" ma wiele intensywnych emocji, jest to swoisty rollercoaster, ale dla mnie one są po prostu płytkie. Pełnią swoją funkcję, ale na niskim poziomie. Przedstawiona miłość nie jest dla mnie miłością, tylko wyłącznie namiętnością. I ja doskonale wiem, że te dwa pojęcia w tym kontekście mocno się ze sobą łączą, ale odczuwałam tutaj właśnie wyłącznie namiętność, a to za mało, by kupić moje serce. Choć uważam, że sceny erotyczne były napisane bardzo dobrze. Wracając do bohaterów, to nie wykazują posiadania osobowości. Wszystko, co o nich wiemy, to tak naprawdę słowa autorki, której musimy uwierzyć. Nie dostajemy żadnego potwierdzenia, że tak właśnie jest, żadne działania czy głębsze emocje nie dają nam szans na lepsze zapoznanie się z głównych bohaterami. Natomiast bohaterowie drugoplanowi czy epizodyczni to tylko tło, ponieważ w sytuacjach społecznych przecież ktoś więcej musi być. Sama Francesca okazała się typowym głupiutką kobietką, co mnie zasmuciło i rozczarowało, ponieważ początek zapowiadał silny, kobiecy charakter. Michael był kobieciarzem, a przynajmniej tak uważa autorka, więc trzeba jej uwierzyć na słowo. 

Wiem, że momentami jest to dość bezwzględna krytyka, ale jak czytacie, dostrzegam też zalety i na swój własny sposób je cenię. To bardziej analiza niż konkretna opinia. Uważam, że "Grzesznik Nawrócony" to dość słaba literatura, ale nawet nie będę udawać, że nie dała mi radości. Mimo tych wszystkich wad bawiłam się doskonale i dostałam wymarzoną rozrywkę podczas wielu godzin nauki do obrony. Tego trzeba mi było i jestem przekonana, że przy kolejnym tak intensywnym dla mnie czasie na pewno sięgnę po wcześniejszy lub następny tom. Czy polecam? Tutaj odpowiedź jest oczywista – zależy komu. Jeśli lubicie romans lub potrzebujecie czegoś lekkiego, to sprawdzi się doskonale. Ale jeśli jesteście fanami troszkę cięższej i poważniejszej literatury, to raczej się nie odnajdziecie w tej powieści. 

 Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

niedziela, 17 lipca 2022

Zgroza w Dunwich – Leandro Pinto

 

Tytuł: Zgroza w Dunwich

Autor: Leandro Pinto

Przekład: Małgorzata Kafel

Cykl: Choose Cthulhu

Tom: V

Kategoria: Gra paragrafowa, horror

Wydawnictwo: Black Monk

Liczba stron: 160

Ocena: 8/10





Zew przygody to coś niesamowitego. Coś, co sprawia, że jesteśmy w stanie podejmować bardzo ryzykowne decyzje. Jednak czego się nie robi, by zaspokoić swoją ciekawość? Mówi się, że ciekawość to pierwszy krok do piekła... Ja bym jednak szła w kierunku zaspokojenia, ulgi i być może już ostatniego kroku do piekła. W końcu nie każdy z nas musi źle wyjść na tym, że zadaje pytania, podejmuje różne działania i jest gotowy zmieniać świat. Niemniej czy każdy wychodzi na tym dobrze? Myślę, że na podstawie własnych doświadczeń jesteście w stanie sami odpowiedzieć na to pytanie. 

Jak część z Was na pewno wie, od jakiegoś czasu zaczęłam się interesować troszkę inną formą literatury. Mam tutaj na myśli gdy paragrafowe. Jeszcze niedawno nie miałam nawet pojęcia, że coś takiego istnieje, lecz dzisiaj mam już za sobą niejedną taką pozycję i całym sercem doceniam ich pomysłowość oraz możliwości, które dają. W końcu pewnie każdy z nas, a przynajmniej większość z nas była w momencie, gdy książka poszła całkiem innym tropem niż się spodziewaliśmy i nie mogliśmy tego zaakceptować. Tutaj czegoś takiego nie ma – tutaj my decydujemy. 

Tym razem na kaliber wzięłam kolejny tom serii, którą od jakiegoś czasu Wam przedstawiam. Są to książki paragrafowe z cyklu "Choose Cthulhu". Są one oparte na twórczości Lovecrafta, której osobiście nadal nie poznałam, dlatego "Zgroza w Dunwich" jest przeze mnie oceniana wyłącznie przez pryzmat samej siebie. Nie jestem w stanie dostrzec powiązań z genialnym pisarzem i ocenić rozwiązań Leandra Pinto.

Niemniej w żaden sposób nie przeszkadzało mi to, by całą sobą docenić pomysł. Za każdym razem jak czytam książkę z tej serii, nie jestem w stanie być obojętna na ten niesamowity klimat, który tworzą pisarze. Jestem głęboko przekonana, że to właśnie ujmuje twórczość samego Lovecrafta. Historia "Zgrozy w Dunwich" od pierwszych stron zaprezentowała motywy z jednej strony tak doskonale nam znane, z drugiej ujęte w całkowicie odmienny, nietypowy sposób. Niesamowicie pozytywnie to odebrałam. 

Styl autora jest intensywnie obrazowy dzięki swoim barwnym opisom. Cały czas czuć, że pisarz stara się mocno oddziaływać na wyobraźnię i wychodzi mu to po mistrzowsku. Nawet na chwilę nie odpuszcza. Cały czas czerpie ze wspomnianego klimatu i trzymając czytelnika w garści, przedstawia mu obrazy, od których nie da się oderwać ani ze strachu, ani z ciekawości. Tkwiłam w nich i czułam się zahipnotyzowana. Musiałam wiedzieć, do czego dążę i jaki to ma cel. 

Ta ścieżka fabularna, którą jako pierwszą przeszłam, jest zachwycająca. Gdy już nabierała spójności i myślałam, że wiem, gdzie i po co podążam, zaskakiwała mnie czymś nowym. Czymś całkowicie logicznym, ale wcześniej bezpośrednio dla mnie niedostrzegalnym. Między innymi właśnie dlatego nie byłam w stanie oderwać się od fabuły i właśnie pierwszą moją ścieżkę przeszłam dosłownie na raz. Musiałam – tu nie było możliwości, choćby na chwilę oderwać się od lektury, ani tym bardziej odłożyć ją na później. W końcu trzeba było poznać to zakończenie i dać się porwać atmosferze pełnej grozy, magnetyzmu i swoistego piękna. 

Jestem niezmiernie podekscytowana, że mogłam ponownie zapoznać się z tą serią, a raczej jej kolejnym tomem i ponownie przeżyłam przygodę, która zawładnęła moim sercem i pozwoliła mi podejmować moje własne decyzje. Nie czułam się tak bardzo przez nią ograniczona, jak to czasami bywa przy niektórych lekturach. Czy to nie jest cudowne? Jeśli czasami odczuwacie ten sam problem co ja, to bez wątpienia pozycja literacka dla Was. Też podkreślę, że książki z serii można czytać niezależnie od siebie. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

piątek, 8 lipca 2022

Insulinooporność. Dieta i książka kucharska – Tara Spencer


Tytuł: Insulinooporność. Dieta i książka kucharska

Autor: Tara Spencer

Przekład: Renata Czernik

Kategoria: Poradnik, książka kucharka

Wydawnictwo: Vital

Liczba stron: 248

Ocena: 8/10






W ostatnim czasie coraz częściej mówi się o różnych zaburzeniach, chorobach czy trudnościach wynikających z naszej biologicznej sfery. Bardzo mnie to cieszy, gdyż ważne jest, żeby zdawać sobie sprawę z istnienia takich spraw i wiedzieć, jak sobie z nimi radzić. Jesteśmy jako społeczeństwo na tak bardzo zaawansowanym poziomie, że w tej chwili mamy wiele efektywnych sposobów pomocy, a jeśli nawet ich nie posiadamy, to staramy się je stworzyć. To daje możliwość, by każdy z nas mógł funkcjonować przynajmniej trochę lepiej, jeśli w ogóle nie całkowicie normalnie. Przykładem takiego aspektu jest insulinooporność, która jest częstą trudnością, więc warto wiedzieć, jak ułatwić sobie życie i pomóc swojemu organizmowi. Ale czym jest ta insulinooporność? Insulinooporność to zmniejszona wrażliwość mięśni i tkanki tłuszczowej na insulinę, co prowadzi do zaburzenia metabolicznego. Rezultatem tego może być duży przyrost masy, złe samopoczucie, a w niektórych przypadkach nawet cukrzyca. 

Gdy dostanie się diagnozę insulinooporności, to warto poszukać, jak najwięcej informacji o tym, by po części rozwiązać tę trudność. Moim własnym rozwiązaniem jest zawsze literatura. Choć akurat mnie nie przyciągnęła diagnoza, ale zwykłe pragnienie pogłębienia wiedzy i zdobycia też nowych, interesujących przepisów. Trudno mi określić, jak duże jest zapotrzebowanie na wiedzę właśnie w postaci książki. Ile ludzi poszukuje tak konkretnych informacji? Ile z nich skorzysta? Nie mam najmniejszego pojęcia, ale myślę, że warto było napisać tę książkę, choćby dla garstki. Tak naprawdę to nie może być garstka, patrząc że ta pozycja doczekała się polskiego tłumaczenia. 

"Insulinooporność. Dieta i książka kucharska" jest napisana bardzo przyjemnym językiem, który pozwala w sposób efektowny przyswoić przedstawioną wiedzę. Dzięki prostemu odbiorowi miałam poczucie, że nie jest to pozycja, z której tak naprawdę się uczę, ale rozmowa z kimś, kto ma wiedzę i z zamiłowaniem przekazuje mi ją. To duży plus, bo ostatecznie bez poczucia znużenia i niemocy uczę się tych nowych rzeczy. To na pewno zachęca. 

Autorka wydaje się być bardzo praktyczną osobą, która doskonale zna świat i ludzi. Wie, jak wygląda rzeczywistość i wie, z jakimi trudnościami zmagają się jej czytelnicy. Nie owija w bawełną, ani też nie razi naukowymi wypowiedziami, choć książka jak najbardziej ma naukowe podstawy. Uczciwie mówi o tym, że walka z insulinoopornością i często przyrostem masy jest trudną i długą walką. Dieta ma wiele minusów, o których otwarcie mówi, ale też rzeczowo, co daje poczucie, że da się to przetrwać. W ostatecznym rozrachunku dieta jest efektywna i przynosi więcej plusów. Nie jest też czymś stałym. Takie spojrzenie jest racjonalne, ale też bardzo zachęcające do podjęcia próby. Tym bardziej że pisarka krok po kroku tłumaczy co i jak robić, ale nie jest to sztywny schemat. Cały czas widać różnorodność kontekstową i elastyczność przedstawionych pomysłów. Ludzie z insulinoopornością mają najróżniejsze trudności, czasami wynikające z ich biologii, czasami z charakteru, a czasami z możliwości środowiska. Naprawdę byłam zachwycona, gdy zobaczyłam jak subtelnie jest to ujęte w tej książce. Tym bardziej że pojawiają się też ćwiczenia, których mocno się obawiałam, gdyż mam słabą kondycję i jestem prawie wcale nierozciągnięta –  bądźmy szczerzy, jestem przeciwieństwem jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Tymczasem okazało się, że i takie aspekty są ujęte. Są ćwiczenia dla osób o słabych możliwościach fizycznych, ale i ćwiczenia dla ludzi, którzy już systematycznie ćwiczą. 

Co do części z przepisami mam dość mieszane odczucia. Ogólnie są bardzo interesujące i niejedną potrawę zrobiłoby się z chęcią od razu. Niemniej w tym przypadku to nie wystarcza, gdyż nie są one przystosowane do polskich realiów. Nie wiem, jak to się ma do Ameryki, lecz u nas duża część składników jest trudnodostępna, a już na pewno nie w zwykłym markiecie. W dodatku niektóre z nich są naprawdę drogie, więc niekoniecznie na każdą kieszeń. To nie jest tak, że one są złe. Po prostu przydałby się jakiś tłumacz-dietetyk, który dostosowałby te przepisy do naszych składników. Momentami jest to możliwe i wynika z samej treści. Choć pewnie to też kwestia praw autorskich. Pomijając ten aspekt, to w ogóle przedstawiony plan żywienia jest bardzo ciekawy i inspirujący. 

"Insulinooporność. Dieta i książka kucharska" to bez wątpienia interesująca i wartościowa pozycja. Przyznam się, że najczęściej tego typu książki irytują mnie i przede wszystkim nie spełniają moich oczekiwań. Są zbyt wydumane dla mnie. Tymczasem ta książka jest prosta w odbiorze, przystosowana do rzeczywistości i pełna nadziei. Polecam ją osobom, które zmagają się z insulinoopornością, ale też osobom, które są ciekawe świata. Zresztą nigdy nie wiadomo, co przyszłość przyniesie. Taka wiedza może się przydać. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

wtorek, 5 lipca 2022

Blacksad: Upedek 1 – Juan Díaz Canales, Juanjo Guarnido

 

Tytuł: Blacksad: Upadek 1

Autor: Juan Díaz Canales, Juanjo Guarnido

Przekład: Joanna Jabłońska

Cykl: Blacksad

Tom: VI

Kategoria: Komiks

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 64 

Ocena: 8/10





Miasto zbiera najróżniejszych ludzi. Daje im możliwości, dom, historię oraz spełnienie wielu marzeń. A przynajmniej jest to jedna z możliwych ścieżek rozwoju danej istoty. Miasto tworzy też opowieści pełne mroku, cierpienia i pragnienia zapomnienia. Często też karmi złudzeniami, pięknymi abstrakcjami, które oprócz piękna niosą absurd i manipulację. Chciałoby się napisać, że to od człowieka zależy, którą drogę wybierze. Lecz nie jest to tak oczywiste i banalne. Jakie w rzeczywistości jest?

Wszystko zaczęło się od szekspirowskich występów w plenerze. No może nie wszystko, ale sporo właśnie z tym jest związane. Problem polega na tym, że oprócz wielbicieli sztuki są też jej przeciwnicy. Policja stara się, żeby nie miały miejsca owe występy. Niemniej nie do końca im się to udaje. Jaka intryga za tym idzie? Co tym razem czeka detektywa Blacksada? 

Może zacznę od tradycyjnego już w moim wykonaniu wstępu – nie znam wcześniejszych tomów. Oczywiście nie byłam tego świadoma, bo dałam się zwieść jedynce, która tak naprawdę dzieli po prostu szósty tom "Upadku". Pomijając ten mały szczegół, byłam bardzo podekscytowana możliwością przeczytania tego komiksu. Tak jak 2021 był rokiem poezji dla mnie, coś czuję, że rok 2022 będzie rokiem komiksu. Trzeba poszerzać swoje horyzonty, tym bardziej że jestem fanką sztuk plastycznych, więc ilustracja jak najbardziej się do tego wpisuje. Czy "Blacksad. Upadek" przypadł mi do gustu?

Ogólnie jestem niezmiernie zafascynowana pomysłem na całą alegorię. Doceniam, że scenarzysta wybrał motyw zwierząt w wielkim mieście. Brzmi to trochę jak tytuł jakiegoś filmu, lecz tak naprawdę wyróżnia się niesztampowością. "Blacksad" to połączenie znanych nam motywów, ale stworzono za ich pomocą całkowicie nową historię. Z jednej strony mam poczucie, że przede mną coś dobrze znanego, z drugiej poczucie świeżości i wyjątkowości, które mnie hipnotyzuje i mami. 

Co do stylu, którego wytrwale doszukuję się w komiksach, to wyróżnia się naturalnością. Mimo pewnych ekscentrycznych scen mam wyobrażenie, że podobne słowa w danych sytuacjach mogłyby zostać wypowiedziane. Naprawdę łatwo usłyszeć je w głowie i pozwolić im na urealnienie. Choć przyznam, że momentami, choć bardziej dotyczy to początku, miałam wrażenie chaosu. Z czasem krok po kroku odnajdywałam się w nim. 

Fabularnie trochę ciężko mi ocenić ten komiks, ponieważ ze względu na brak znajomości kontekstu straciłam moment kulminacyjny. Mimo to stosunkowo szybko wciągnęłam się w historię i jeszcze szybciej ją pochłonęłam zafascynowana działaniami bohaterów i konsekwencjami ich działań. Scenarzysta zdecydował się na wielowątkowość i zgrabnie wszystkie wątki splótł w całość, co zrobiło na mnie pozytywne wrażenie i dało poczucie panoramiczności i braków ograniczeń. Nadało to całości odpowiednią barwę i atmosferę. 

"Blacksad. Upadek" to bez wątpienia ukazanie mroku, ale też potęgi wielkiego miasta. W takim mieście nie ma nic oczywistego, nic bez skazy. Wbrew pozorom każdy walczy o swoje przetrwanie i stara się nie stać ofiarą, niektórzy decydują się po prostu na bycie drapieżnikami. Pod hasłem "dobroć" i "rozwój" wiele da się ukryć, a najlepiej ukrywa się manipulacje i intrygi, co ma na celu wyzysk niewinnych jednostek. 

Ilustrator pokazał całą gamę umiejętności. Ilustracje są po prostu przepiękne i zachwycające. Wyróżniają się realizmem, co musiało być trudne, ponieważ bohaterowie to hybrydy zwierząt i ludzi. Dlatego tak doskonale widać wnikliwość obserwacji ilustratora i umiejętności, by przenieść właśnie te obserwacje na kartkę i stworzyć z nich niesamowitą opowieść. Są one niezmiernie dopracowane, ale mimo tego zachowują przejrzystość i nie pozwalają czytelnikowi zgubić się. 

"Blacksad. Upadek 1" mimo niefortunnej kolejności bardzo przypadł mi do gustu i pogłębił moją nową fascynację komiksem. Coraz częściej w mojej głowie pojawia się refleksja, że umiejętności ilustratorów i scenarzystów pozwalają niekiedy stworzyć historie o wiele bardziej wielowymiarowe i głębokie niż książki. Zaskoczyło mnie to, bo jednak moją pierwszą i długo jedyną miłością są książki. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

piątek, 1 lipca 2022

Przygody Oktawiana – Katarzyna Brzezina

Tytuł: Przygody Oktawiana

Autor: Katarzyna Brzezina

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 52

Ocena: 9/10
 







Pamiętacie czasy, gdy byliście dziećmi? Coś czuję, że to bardzo nostalgiczne czasy. Mam nadzieję, że niosą za sobą jak najlepsze wspomnienia. Ja swoje dzieciństwo pamiętam jako świat pełen magii i barw. Wtedy dosłownie wszystko mnie zachwycało, a dzięki swojej rozbudowanej wyobraźni widziałam stanowczo więcej niż powinnam. Potrafiłam przywoływać pewne rzeczy na zawołanie. Już wtedy można było u mnie zauważyć uwielbienie do najróżniejszych historii. Podejrzewam, że to właśnie z niego wyrosła moja kolejna miłość, czyli literatura. A jak u Was rozpoczęła się przygoda z czytaniem? 

Oktawian mieszka w lesie, ponieważ... Właśnie – czemu? Sam tego nie wie, ale za to wie, że las jest jego domem i rodziną. Czuje się tam bezpieczny i szczęśliwy, a to jest najważniejsze. W pewnym momencie w lesie pojawia się niespodziewany przybysz. Kto taki? A to akurat tajemnica, ale zapewniam Was, że zmieni on losy Oktawiana i całego lasu. Pytanie tylko, czy wyjdzie im to na dobre, czy wręcz przeciwnie? 

"Przygody Oktawiana" zdecydowałam się przeczytać, ponieważ bardzo cenię literaturę dziecięcą, więc też dbam o to, by co jakiś czas zapoznać się z jakąś książką z tego gatunku. W tym przypadku zachęcił mnie opis fabuły oraz promienna zieleń na okładce. W końcu to kolor nadziei i dla mnie skojarzenie ze szczęściem i radością. Czy właśnie tak się czułam, czytając tę książkę?

Pomysł na całość – również na dalsze części historii, których Wam nie zdradzę, musicie sami przeczytać – niezmiernie mi się spodobał. Nie przypominam sobie, żebym spotkała się z czymś podobnym. Gdy czytałam miałam poczucie, że jest prosty, lecz w żaden sposób nie odczułam tego jako wady, gdyż zarazem intensywnie oddziaływał na moją wyobraźnię. To opowieść dla o wiele młodszych czytelników niż ja, więc podejrzewam, że oni nie będą czuli tej prostoty. Pozwolą się porwać wyobraźni, a o to przecież chodzi!

Styl autorki jest dla mnie symbolem ukazania szacunku do swoich czytelników i to bez względu na wiek tych czytelników. Oczywiście i tutaj pojawia się łatwość odbioru osiągnięta za pomocą prostych zdań. Niemniej czuć, że pisarka spędziła dużo czasu nad dopracowaniem stylu. "Przygody Oktawiana" wydają mi się doskonałe dla dzieci. 

Jako dojrzały czytelnik z dość dużym doświadczeniem literackim zapewniam, że książka niesamowicie wciąga. Czytając, koniecznie chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej, jak potoczą się losy bohaterów i jakie będzie ostatecznie zakończenie. Miałam wiele pomysłów i chciałam sprawdzić, ile z nich zostanie spełnionych. Poza tym główni bohaterowie, czyli tytułowy Oktawian i jego przyjaciel Timi, zyskali moją sympatię. Ich kreacja opierała się na głębokiej, jak na możliwości odbioru przez dziecko, analizy osobowości i tutaj ponownie dało się zauważyć dopracowanie. 

Natomiast tematycznie historia jest przepiękna, gdyż jest to opowieść ukazująca wizję prawdziwej przyjaźni, gdzie wyraźnie można zauważyć wagę wzajemnego oddania i lojalności. Są to według mojej opinii bardzo istotne wartości, które należy przekazywać małym ludziom od najmłodszych lat. Tym bardziej że oprócz tego motywu uwidacznia się motyw miłości do rodziny. Nie tej ślepej, ale tej, która jest w stanie zaakceptować pewne wady rodziny i dostrzec jej piękno w codzienności. Za tym idzie też rozróżnianie dobra i zła. 

Nie można też w żaden sposób zapomnieć o cudownych ilustracjach wykonanych przez Annę Andrzejewską. Mają one w sobie niesamowitą głębię dostrzegalną na wielu poziomach. Ilustratorka pomyślała nawet o takich aspektach jak światłocienie, co jest jeszcze kolejnym dowodem na niesamowity szacunek twórczyń do młodych czytelników. Na ilustracjach można dostrzec niesamowitą harmonię nadającą piękna i intensywne barwy dające poczucie, że jest się w baśni, świecie, gdzie nie ma zmartwień. 

"Przygody Oktawiana" okazały się fantastyczną opowieścią dla młodych osób, która pozwala zrozumieć takie wartości jak przyjaźń, miłość, rodzina oraz dobro i zło. Dzięki prostemu odbiorowi i wciągającej historii, łatwo zapomnieć, że jest to tylko książka, a nie coś, co wydarzyło się naprawdę. Wszystko wzbogacają piękne ilustracje. Dlatego jeśli tylko macie dzieci, to nie czekajcie i zaprezentujcie im tę książkę. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

piątek, 24 czerwca 2022

Brom 2 – Unka Odya

 

Tytuł: Brom 2

Autor: Unka Odya

Cykl: Brom

Tom: II

Kategoria: Komiksy

Wydawnictwo: Wydawnictwo 23

Liczba stron: 229

Ocena: 4/10






A gdyby świat wyglądał całkowicie inaczej niż ten, który znamy? Gdyby był taki, jak z tych wszystkich fantastycznych opowieści, gdzie magia jest czymś realny? Trudno mi to sobie wyobrazić, choć od najmłodszych lat czytam książki pełne magii i niemożliwych ciągów przyczynowo-skutkowych. Czy byłby tak samo ekscytujący? A może koło ekscytacji ze wszystkich stron można by spodziewać się niebezpieczeństwa? Ale ile łatwiejsze mogłoby być życie... Choć czy na pewno? Czy to nie pozory? 

Po ostatnich wydarzeniach Brom już wie, że Eryk nie jest Aleksem. Wie też, że czeka go dorosłe życie. Zaczynają mijać lata, a Brom musi sobie poradzić z tym, co ono niesie. Wbrew pozorom wcale nie jest tak łatwo odnaleźć się w tej cudownej w oczach nastolatków dorosłości. Okazuje się tak odmienna od tego, czego można by oczekiwać... Są i dobre chwile – nawet w świecie, gdzie wilkołaki są czymś stosunkowo normalnym, a strzygonie można spotkać na ulicy. Gotowi, by się o tym przekonać? 

Zdecydowałam się przeczytać "Brom 2", ponieważ przyciągnęła mnie okładka, tematyka oraz chęć przeczytania jakiegoś komiksu. Myślę, że to perfekcyjny zestaw decyzyjny. Niemniej tak bardzo skupiłam się na rybach na okładce, że nie zauważyłam tej wielkiej dwójki, więc niczego nieświadoma zaczęłam czytać swoim zwyczajem tom drugi, nie mając o tym pojęcia. To nic. Pewnych faktów nie znałam, ale miałam wrażenie, że bardzo szybko się odnalazłam w fabule i że ogólnie to nie są tak bardzo połączone opowieści, by na dłuższą metą czytanie w innej kolejności mogło przeszkadzać. Ale już się nie tłumacząc, zadam standardowe pytanie: jak moje wrażenia? Koszmarnie, choć w pewnym stopniu jest to nieuzasadnione. 

Sam pomysł wydaje mi się fantastyczny, choć warto przypomnieć, że mieści się on w moich zainteresowaniach. Uważam, że takie motywy robią się coraz popularniejsze, co mnie niezmiernie cieszy, ale nadal uważam, że jest ich za mało. I tutaj mam poczucie, że jest to ważne. Istoty nadprzyrodzone są różne, lecz mają podłoże w różnych kulturach, w tym naszej mitologii słowiańskiej. Przeszłość ma znaczenie. Może już nie boimy się strzygoni i innych tym podobnych istot, ale jest to część nas, która wieki temu kształtowała naszą kulturę. 

Na samej fabule mocno się zawiodłam, gdyż oczekiwałam pasjonującej, pełnej zwrotów akcji historii. Tymczasem mam wrażenie, że jest ona dosłownie o niczym. Nie ma żadnego konkretnego celu, który pozwoliłby się czytelnikowi przywiązać do opowieści. Gdy czytałam, to miałam poczucie, że to cały czas tylko wprowadzenie pozwalające poznać bohaterów i ogólne zasady rządzące światem. W taki sposób doszłam do końca komiksu. Z jednej strony "Brom 2" przedstawia niecodzienne życie, gdzie jest magia, wilkołaki i inne stworzenia. Z drugiej pomijając te nadprzyrodzone fakty, jest ono całkowicie codzienne i nieróżniące się od naszego. Czasami jest w tym piękno i wtedy jest to uzasadnione. Niemniej tutaj po prostu dla mnie przeczyło zamysłowi. 

Pojawiło się też sporo wstawek z erotycznymi podtekstami i wulgaryzmami. Czemu zwracam na to uwagę? Przecież nie ma w tym nic złego. Oczywiście, że nie ma. Nadaje historii naturalności i wspomnianej codzienności. W końcu wiemy, jak jest i nie ma, co robić z normalnych rzeczy tematu tabu. I to podejście mi się podoba, ale... Niestety, musi być to sławetne ale. Odbiór – wydawał mi się wymuszony. Jakby ktoś pomyślał coś podobnego jak ja i na siłę wstawiał pewne nawiązania, żeby pojawiła się ta naturalność. Nie wynikało to dla mnie z lekkiego pióra, lecz z niedopracowanego zabiegu literackiego. 

Tematyka! I tutaj w punkt, przemówiła do mnie, ponieważ można odnaleźć tutaj wątki podkreślające, jak się czują osoby określane jako "inne". I ta "inność" może wynikać z ich wyboru lub z natury. Czasami ciężko pokonać niektóre rzeczy w sobie lub właśnie odwrotnie – pokonuje się je wyłącznie po to, by pokonać, a tak naprawdę nie ma takiej najmniejszej potrzeby. Za tym idzie samotność i wiele trudnych, często wyniszczających decyzji. Nieważne, czy wilkołak, strzygoń, wiedźma, czy zwykły człowiek. To wszystkich z nas łączy. 

Jeszcze parę słów na temat wydania. Przede wszystkim kreska ilustracji nie przypadła mi do gustu i myślę, że to też był aspekt, który zaburzał mi całościowy odbiór. Nie znam się na określeniach plastycznych czy graficznych, ale dla mnie te ilustracje były zbyt miękkie. Dodatkowo uwielbiam wszystko, co doskonale dopracowane, czasami nawet do przesady, a tutaj ilustratorka bazowała na odpowiednim doborze prostych rozwiązań. Bez wątpienia to wyłącznie kwestia gustu, więc też nie mogę na dłuższą metę odbierać tego jako wady. Choć ta prostota sprawiła, że było one bardzo przejrzyste i zrozumiałe. I jestem pod wrażeniem przemyślanego położenia dymków. Test czytało się wspaniale. 

Niestety "Brom 2" okazał się dla mnie rozczarowaniem. Gdy rozpoczynałam czytać, miałam całkowicie inne oczekiwania i większość z nich nie została spełniona. Komiks ma naprawdę wiele zalet, lecz ścierają się one z moimi własnym, mocno odmiennymi upodobaniami. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Legendy Ahn – Kel Kade

 

Tytuł: Legendy Ahn

Autor: Kel Kade

Przekład: Piotr Kucharski

Cykl: Kroniki Mroku

Tom: III

Kategoria: Fantasy

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 574

Ocena: 9/10





Czasami zaczynam czytać książkę i od pierwszych stron mam poczucie, że to będzie dla mnie niezapomniana przygoda. Niekoniecznie książka musi się wyróżniać genialnym stylem, oryginalną fabułą, czy dobrze wykreowanymi bohaterami. Może mieć naprawdę sporo wad. Jednak to nic nie zmienia. Po prostu wiem, że ta powieść będzie odgrywać w moim życiu istotną rolę. Nigdy nie umiałam tego uczucia dokładnie ubrać w słowa. Nie jest to też coś częstego. Jak mam być szczera, to moje początkowe "czasami" zdarzyło się tylko kilka razy w życiu. A czy Wy macie takie książki? 

Rezkin został postawiony przed całkowicie nowym zadaniem. Na szczęście był szkolony do takich działań od najmłodszych lat. Sytuacja może być niekonwencjonalna, przerażająca i wymagającą wybitnych umiejętności, ale Rezkin to wszystko potrafi. Czy to nie jest niesamowite, że jest tak wyjątkowy i utalentowany pod każdym względem? Na pewno tak, ale tak naprawdę Rezkinowi brakuje jednej podstawowej umiejętności – komunikacji międzyludzkiej i co za tym idzie empatii. A przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Czy moje słowa się potwierdzą? Czy też ta nieludzka postać jest właśnie wyjątkowo ludzka? 

"Kroniki Mroku" okazały się w moim przypadku strzałem w dziesiątkę! Są dokładnie typem książki, o której piszę we wprowadzeniu. Dosłownie od pierwszych stron zakochałam się w tej historii i byłam w stanie przymknąć oko na wszystkie wady pierwszego tomu. Jednak czym dalej, tym było jeszcze lepiej. Nie dość, że czuję z tym cyklem głęboką więź, to Kel Kade jako pisarka bardzo rozwinęła własne umiejętności pisarskie, tworząc opowieść niesamowicie rozbudowaną, pełną tajemnic i zachwycającą wnikliwą analizą osobowości głównego bohatera. Czego chcieć więcej? Kolejnych tomów!

Już od "Powiernika Mieczy" doceniałam pomysł na całościową koncepcję. Wydawał mi się bardzo ciekawy oraz sprawiał, że koniecznie chciałam wiedzieć, co będzie działo się dalej. W "Legendach Ahn" moje zamiłowanie do pomysłu jeszcze bardziej się pogłębiło, ponieważ pisarka wyszła poza sztywne ramy i swoje pierwotne koncepcje wykorzystała jako solidny fundament, na którym ciągle buduje coś nowego. Dzięki temu cykl zachowuje świeżość i za każdym razem potrafi mnie czymś zaskoczyć. Poza tym cały czas bawię się wyśmienicie, zastanawiając się, co tym razem mnie jako czytelnika czeka. 

Styl Kel Kade jest już mi doskonale znany i dotychczas nigdy się na nim nie zawiodłam. Jest to typowy przykład powrotu do czegoś, co dobrze się zna i co daje poczucie bezpieczeństwa i rodzaj swoistej satysfakcji, że ponownie udało się nam spotkać. Pisarka dba, by był on dopracowany poprzez dokładne opisy miejsc, ludzi, broni i przede wszystkim przeżyć wewnętrznych bohatera. Mam wrażenie, że część czytelników może taki styl odebrać jako dość trudny i wręcz ciężki właśnie w odbiorze. Lecz gdy ja czytam, to mam poczucie szczegółowości, ale też przejrzystości. Tym bardziej że te liczne opisy intensywnie oddziałują na wyobraźnię i sprawiają, że jestem w stanie przenieść się do tego świata i podążać za bohaterami. 

Sama fabuła ekscytuje mnie poprzez wiele akcji i to poczucie, że tyle ważnych zdarzeń ma tam miejsce, że nie można się oderwać ani na chwilę. Jednak nie miałam też poczucia, że te wszystkie wydarzenia dzieją się zbyt szybko. Dla mnie to doskonałe trafienie w punkt pomiędzy akcją, a jej odpowiednim spowolnieniem. Sama historia wydaje się wyjątkowo przemyślana i logiczna, lecz dla czytelników początkowo jest owianą mgłą wielu tajemnic i niedopowiedzeń. Dlatego tak wspaniale jest odkrywać powoli wraz z Rezkinem tak olbrzymią liczbę sekretów i łączyć ją w zgrabny ciąg przyczynowo skutkowy. Na większość rzeczy nie byłam w stanie sama wpaść, ponieważ w powieści dominuje odejście od schematów i nieprzewidywalność. 

Kolejnym elementem, który systematycznie mnie zadziwia i zachwyca, jest kreacja bohaterów. Historia przedstawia naprawdę wielu niesamowitych ludzi, którzy są dopracowani pod każdym względem. Reprezentują sobą różne charaktery i różne życiowe historie. Każdy z nich posiada własną historię poprzez opowieść z przeszłości i nadzieję na przyszłość. Niekoniecznie musimy te opowieści znać, ale ewidentnie one tam są i nadają barw tym osobom. Jednak bez wątpienia najbardziej wyjątkowym bohaterem jest sam Rezkin. Jego postać będzie dla mnie zawsze geniuszem. Autorka tworząc Rezkina, ujęła tak wiele elementów. Nie zapomniała o niczym – jest jego osobowość, jest jego charakter, temperament, ale też lata nauki, a później styczność ze światem wewnętrznym i nowo poznanymi ludźmi. W jego głębokich przemyśleniach to wszystko jest widoczne i jest widoczne jak z czasem zaczyna się powoli zmieniać. Ta zmiana jest po prostu wybitnie przedstawiona pod względem psychologicznym. 

Książki fantasy mają to do siebie, że łatwo zapomnieć, że poza epickimi opowieściami one opowiadają również o wyjątkowo istotnych sprawach. Tak samo jest z "Legendami Ahn" i ogólnie całym cyklem "Kronik Mroku". Tutaj właśnie postać Rezkina przedstawia, w jaki sposób można tworzyć ludzi. Brzmi to dość okrutnie, ale dzięki modelowaniu, warunkowaniu czy karaniu można człowieka w pewien sposób uformować pod własne widzimisie. Niemniej jest to też duże uproszczenie, bo jak książka początkowo ukazuje potęgę takich działań, to z czasem można zobaczyć, że i one mają swoje granice i że mogą zostać zaburzone, zmienione i dzięki tym zmianom człowiek może stać się kimś całkiem innym. Tym bardziej że powieść ujmuje w tym również wątek zależności od sytuacji, kontekstu. Niekiedy poprzez brak wzajemnego zrozumienia można niszczyć ludzi. Należy się tego wystrzegać. 

Jak sami czytacie, jestem zachwycona "Legendami Ahn". Tak naprawdę nie wymieniam tutaj żadnych wad, co jest dla mnie nietypowe. Oczywiście one istnieją, ale przy tak wielu niesamowitych zaletach blakną i są niedostrzegalne. Historia Rezkina skradła moje serce i sprawiła, że zaczęłam inaczej postrzegać świat. Nie można też zapomnieć, że to niezwykła powieść fantasy. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Fabryce Słów

piątek, 17 czerwca 2022

Zaklinacz tygrysów – Roch Urbaniak

 

Tytuł: Zaklinacz tygrysów

Autor: Roch Urbaniak

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Dwukropek

Liczba stron: 88

Ocena: 8/10








Zdarzają mi się dni, gdy wstaję i myślę sobie, jaki ten świat jest piękny. Zdaję sobie sprawę, że piękno jest określeniem wybitnie subiektywnym, a w odniesieniu do świata wyjątkowo zależnym od kontekstu i przeżyć wewnętrznych konkretnych ludzi. Niemniej w takie dni lubię zachwycać się każdą najmniejszą rzeczą. Słońce, deszcz... Czy to nie są niesamowite zjawiska? Piękne kwiaty, radośnie szczekające psy, latające pszczoły i motyle, no i oczywiście uśmiechnięci ludzie. Jeśli popatrzy się na świat z takiej perspektywy, to naprawdę jest wyjątkowym miejscem. Tylko niestety ludzie są też wyjątkowi i mam tu na myśli i pozytywny wydźwięk, i negatywny. W końcu należymy do tej planety, ale też codziennie, w sposób wyjątkowo systematyczny i bezlitosny niszczymy ją. Czy to nie jest pora, by zawalczyć o naszą Ziemię? 

W Najdalszej Zatoce pewnego dnia doszło do niesamowitego wydarzenia. Wystąpił mistrz fletu Ari! To był niezapomniany występ. Artysta grał tak przepięknie, że wszystko zastygło i wsłuchało się w grane przez niego utwory. Koncert trwał w najlepsze, jednak coś nagle go przerwało. A tym czymś tak naprawdę okazał się tygrys. Tygrysy mają niepokorną naturę, a ten w sposób widoczny okazywał swoje złe nastawienie i złość. Czym bardziej się złościł, tym był większy i groźniejszy. Co z tego wynikło? Jak Najdalsza Zatoczka poradziła sobie z tym rozwścieczonym zwierzęciem? Czy koncert został kiedyś dokończony? 

Gdy tylko po raz pierwszy zobaczyłam zapowiedź tej książki, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Po prostu muszę! Nie ma tutaj, o czym mówić. Ilustracje i raczej nietypowa tematyka zachęcały i obiecywały równie niezapomnianą przygodę jak wspomniany występ. Jak się oprzeć czemuś takiemu? Zwłaszcza, gdy obejrzało się część prac ilustratora, który również odpowiada za tekst. Niesamowite! Czy moje podekscytowanie pozostaje takie samo po przeczytaniu tej książeczki? Oczywiście, że tak! Liczba wykrzykników, które staram się ograniczać, mówi sama za siebie. 

Zaczynając wedle mojej tradycji od pomysłu – wyjątkowo niesztampowy. Wprost kipi oryginalnością, a ja zawsze cenię nowe perspektywy patrzenia na świat i nowe wyżyny wyobraźni. Roch Urbaniak tą książką udowodnił, że doskonale zwiedził wszystkie szczyty właśnie wyobraźni. Nigdy dotychczas nie spotkałam się z podobnym pomysłem i warto zaznaczyć, że wyjątkowo przypadł mi do gustu. Wyróżnia się barwnością i odkrywczością. 

Tymczasem styl autora tylko dodatkowo podkreśla wspomnianą barwność. Już od pierwszych stron robi niesamowite wrażenie, poprzez wiele opisów krajobrazów i możliwych przeżyć wewnętrznych. Jednak nie są one przytłaczające i nie są też pod żadnych pozorem nudne. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to one odpowiadają za pobudzenie wyobraźni i możliwość podążania za całą opowieścią. Tym bardziej że przy tym styl pisarski jest stosunkowo łatwy i przyjemny w odbiorze, co sprawi, że młodsze dzieci nie powinny mieć za bardzo problemów ze zrozumieniem. A starszy czytelnik na pewno doceni taką dozę fantazji. 

"Zaklinacz tygrysów" pod względem fabularnym wciąga od samego początku. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się w Najdalszej Zatoczce i skąd oraz po co wziął się ten tygrys. Te pytania prowadziły mnie przez całą historię, nie pozwalając się oderwać od lektury. Dominował wyjątkowo rozbudowany jak na literaturę dziecięcą świat, który ciekawił i inspirował. Razem z treścią można było go tworzyć w wyobraźni i nie było tu żadnych ograniczeń. Tym bardziej że główni bohaterowie zyskali też moją sympatię, więc kibicowałam im i równie mocno jak oni pragnęłam, by spełnili swoje cele. Okazało się, że mamy naprawdę bardzo zbieżne marzenia i plany. 

Jednak w całej książce przede wszystkim chodzi o tematykę wyróżniającą się szerokim zakresem, ale niezmiernie istotnym. W niesamowicie barwny sposób autor wskazuje na problem ekologiczny naszej planety i konieczność walczenia o nią. Przeplata to z pragnieniem wolności i możliwości dokonywania swoich własnych wyborów. Wybrzmiewa to przede wszystkim w kontekście zwierząt i naszym zbytnim wkraczaniem w ich naturalne środowiska. Niemniej dla ludzi też jest miejsce. Mimo naszych błędów i niepokorności oraz pragnienia zawładnięcia światem, również do niego należymy i mamy swoje własne miejsce. Tylko musimy pamiętać właśnie o tym – mamy własne miejsce, własną rolę i tego powinniśmy się trzymać. Wtedy być może świat pozostanie nadal przepiękną, pełną życia i niesamowitości planetą. Czy to nie byłoby cudowne?

Tematyka powieści daje nadzieję, a ilustracje sprawiają, że warto za nią podążać. Są po prostu nieopisywalnie cudowne. Tutaj ponownie powracamy do oryginalności. Oryginalny jest pomysł, co na nich się znajduje, oryginalna jest kreska Rocha Urbaniaka i oryginalny jest całokształt. Pod względem artystycznym to dosłownie niezapomniane wrażenie. Przy tym dobór barw sprawia, że łatwo oczami wyobraźni przenieść się do przedstawionych miejsc. Tym bardziej że ilustrator zadbał o szczegóły. 

"Zaklinacz tygrysów" to wyjątkowa opowieść o nadziei, przyjaźni i walce o szeroko pojętą wolność. Zarazem nie ma oczywistego podziału na dobro i zło. Każda postać i każda historia jest poruszona z wielu perspektyw i pozwala na własne wnioski. Tłumaczy przyczyny, działania i konsekwencje. Takiej powieści potrzebują zarówno dzieci, jak i dorośli. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

czwartek, 9 czerwca 2022

Autyzm i dieta. Co jako rodzic powinieneś wiedzieć – Justyna Jessa

 

Tytuł: Autyzm i dieta. Co jako rodzic powinieneś wiedzieć

Autor: Justyna Jessa

Kategoria: Poradnik, literatura popularno-naukowe

Wydawnictwo: Sensus

Liczba stron: 176

Ocena: 8/10








Spektrum autyzmu jest tematem bardzo poważnym i wartym uwagi każdego z nas. Możecie zadać sobie pytanie czemu, jeśli nas bezpośrednio nie dotyczy. Osób ze spektrum autyzmu jest wiele. Na tę chwilę są notowane w kategoriach zaburzenia, jednakże istnieją hipotezy, które mówią, że spektrum autyzmu jest po prostu innym sposobem funkcjonowania. Może warto dokładnie mu się przyjrzeć, by wiedzieć, jak rozmawiać z osobą ze spektrum i przede wszystkim przynajmniej próbować zrozumieć ich tok myślenia. Jednak dzisiaj chciałabym zwrócić uwagę na o wiele bardziej wąski aspekt tego zaburzenia związany z dietą. 

"Autyzm i dieta. Co jako rodzic powinieneś wiedzieć" zainteresował mnie, ponieważ ze względu na przyszłą pracę zawodową potrzebuję zyskiwać, jak największą wiedzę w tym temacie. I oczywiście jest to naturalnie w kręgu moich zainteresowań. Lecz dotychczas nie miałam okazji lepiej zapoznać się z tematyka jedzenia i trudności z nim związanych w kontekście spektrum autyzmu. Poza tym wydaje mi się, że dla rodziców zmagających się z tymi właśnie kłopotami taka pozycja literacka może wiele wyjaśnić i pomóc zastosować różne techniki psychologiczne. Samo poczucie rodzica, że da się podjąć jakieś działania jest na pewno wartościowym doświadczeniem. A ta książka właśnie to daje. 

Jednak na początku chciałam rzec parę słów w kontekście warsztatu literackiego. Styl, którym napisana jest książka, jest bardzo przystępny. Prosty w odbiorze. Podkreśla aspekty naukowe, ale nie przechodzi w tak zwany bełkot naukowy. Myślę, że dla każdego odpowiednio zmotywowanego czytelnika będzie to przejrzysta i klarowna treść. Przy tam całość dobrze się czyta w rozumieniu, że książka po prostu wciąga w ten sam sposób co powieść fabularna. A to też jest bardzo ciekawe odczucie i godne pochwały. Wiedza i zainteresowanie zazwyczaj idą ze sobą w parze, ale tutaj to połączenie wprost perfekcyjne. 

W książce wypowiadają się różne osoby, ale łączy wszystkich to samo podejście, które również ja staram się wyznawać i liczę, że w pracy zawodowej będę w stanie z niego czynnie korzystać. A mówię tutaj o podejściu, że niektóre cechy ze spektrum są wspólne, więc można czerpać ze wzajemnego doświadczenia, jednakże należy pamiętać, że trudności związane z posiłkami mogą w autyzmie w ogóle nie wystąpić lub mieć całkowicie odmienny obraz. To jest to optymalne spojrzenie i korzystanie ze źródeł przy pamiętaniu o indywidualności. Autorka na trudności związane z dietą patrzy poprzez wielowymiarowe podejście i w swoim poradniku przedstawia najróżniejsze możliwości. Ukazują one, skąd może brać się problem, jakie w ogóle problemy mogą wystąpić i przede wszystkim przedstawia wiele technik pozwalających na walkę z tymi trudnościami. 

"Autyzm i dieta" jest pozycją w pewnym sensie naukową, gdyż nie są to tylko słowa wynikające wyłącznie z obserwacji i doświadczenia pisarki, ale także informacje i techniki poparte konkretnymi badaniami. Ich wypis znajduje się w bibliografii na końcu książki, co daje poczucie, że to rzetelna wiedza. Osoby bardziej zainteresowane mogą po przedstawione pozycje naukowe same sięgnąć, by pogłębić temat lub po prostu utwierdzić się w przedstawionych informacjach. 

Warto też zwrócić uwagę, że połowa książki to wyjątkowo ciekawe przepisy kulinarne. Ich różnorodność naprawdę robi wrażenie i jest równa książkom kucharskim. Nie są to tylko przepisy stricte na obiad, ale cała gama przepisów na różne posiłki i również przetworów oraz deserów. Gdy z nimi się zapoznawałam, to miałam myśl, że na spokojnie można wykorzystać je w kontekście zaburzeń ze spektrum autyzmu, ale również i dla siebie. 

Podsumowując już moją wypowiedź, stanowczo polecam Wam tę książę. Jest to wartościowa pozycja, z której można wynieść wiele przydatnych informacji i skorzystać z podanych technik radzenia sobie z trudnościami w jedzeniu. Zarazem to niezwykły zbiór przepisów kucharskich, który może urozmaić codzienne posiłki. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl