poniedziałek, 16 maja 2022

Act Cool – Tobly McSmith

 

Tytuł: Act Cool

Autor: Tobly McSmith

Przekład: Janusz Maćczak

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Harper Collins Polska

Liczba stron: 407

Ocena: 4/10







W życiu niezmiernie ważne jest, żeby mimo wszystkich okoliczności pozostać sobą. Zdaję sobie sprawę, że siedząc przed komputerem i pisząc tę recenzję, bardzo łatwo jest mi to powiedzieć. W końcu sytuacje są różne, różne są też okoliczności. Czasami czymś naturalnym jest, że jakoś inaczej zachowujemy się przy określonych osobach. Jednak niektórzy ludzie intensywnie pragną być zaakceptowani przez społeczeństwo i odgrywają swoją rolę. Kogo to jest wina? Każdy z nas powinien dostać akceptację i tolerancję od innych niezależnie od pochodzenia, płci, orientacji, rasy i każdego innego aspektu, który nas dzieli. Zgadzacie się ze mną? 

August podjął decyzję życia – decyzję, która niosła za sobą wiele poświęcenia i odwagi, ale też pozytywnych zmian. Jego wybory mogą się wydawać szalone, bo wiążą się z ucieczką z domu i rozpoczęciem życia w Nowym Jorku. Jednak dotychczasowe życie okazało się być jedną, wielką pomyłką niosącą zbyt wiele cierpienia, by w takiej formie je kontynuować. Teraz August już to wie i jest gotowy dać z siebie wszystko, by zostać zaakceptowany przez innych i spełnić swoje marzenia. Czy uda mu się to? Czy August stanie się szczęśliwym, młodym mężczyzną? 

O "Act Cool" zrobiło się ostatnio w książkowym świecie bardzo głośno. Literatura dla młodzieży, która daje wiele wspaniałej rozrywki, ale porusza też wiele trudnych tematów, między innymi temat transpłciowości. Na polskim rynku pojawia się coraz więcej książek o tematyce LGBTQ+, jednak nadal mam wrażenie, że nie jest ich wystarczająco wiele. Idąc za pozytywnymi opiniami czytelników i piękną okładką – tak, nadal przyznaję się do wybierania książek po okładce – zapoznałam się z "Act Cool". Przyznam, że trochę żałuję, że dokładniej nie sprawdziłam tematyki książki, bo już na początku się zawiodłam. Ale jak całościowo oceniam powieść?

Co do samego pomysłu trudno mi się wypowiedzieć, ponieważ w większości opiera się na koncepcji elitarnej szkoły aktorskiej, a ja po prostu nie cierpię tego motywu. Mam wrażenie, że tego typu tematyka powtarza się na okrągło, a ja ją systematycznie omijam. A przynajmniej tak było do teraz. Szkoła aktorska, rywalizacja w niej i wielkie marzenia wydają mi się czymś przesadnie sztampowym, co irytuje. Tym bardziej że "Act Cool" wykorzystuje standardowe motywy i poza wątkiem tranpłciowości nie idzie krok dalej. Być może już ten wątek jest krokiem milowym, ale poprzez konwencjonalność pozostałych pomysłów jest według mnie spłycony, o czym za chwilkę. 

Sam styl pisarza jest dokładnie taki, jakiego się spodziewałam i jakiego oczekiwałam, czyli prosty i przyjemny w odbiorze. Jako czytelnika całkowicie mnie to satysfakcjonuje, gdyż to powieść dla młodzieży, która ma dać radość z czytania, być może zachęcić kogoś ogólnie do czytania, ale też poruszyć ważne tematy w nieobciążający sposób. "Act Cool" stanowczo to daje. W dużej mierze jest potoczny, ale zarazem zachowuje uniwersalność. Nie ma zbyt wiele młodzieżowego słownictwa, które tak szybko się zmienia. Jestem prawie pewna, że bardziej dojrzały czytelnik nie będzie miał problemu ze zrozumieniem niczego. I że za kilka lat język nie będzie ze względu na swoją potoczność brzmiał dziwnie. Szkoda tylko, że nie wyczułam czegoś bardziej charakterystycznego w stylistyce dla Tobly McSmitha. 

Fabuła jest dla mnie wielką porażką, którą określę trzema słowami: nudna, pretensjonalna i przewidywalna. Wiem, że to bardzo surowy osąd, który dla wielu osób jest nieuzasadniony, lecz ja sama po prostu tak to odczuwam, ale też mam wyobrażenie, dlaczego ta powieść zbiera tak wiele pozytywnych opinii. Całkowicie rozumiem, że motyw aktorstwa dla wielu osób jest atrakcyjny, a dodając do tego powagę tematu jest to coś więcej niż zwykła opowieść. Niemniej dla mnie jest to mocno naciągane. Cała ta niezwykła szkoła, nagłe umiejętności Augusta i osiągnięcia, który przychodzą na wyciągnięcie ręki. Niekoniecznie mnie to przekonuje. 

Teraz przechodząc do najważniejszego, czyli tematyki – też jestem zwiedziona. Trochę ciężko mi pisać, ponieważ osobiście nie znam zbyt dobrze żadnej osoby transpłciowej, więc też wszystko, co mówię wnioskuję na podstawie książek, czy wypowiedzi z internetu, co może się okazać całkowicie błędne. Dlaczego o tym mówię? "Act Cool" wydaje mi się wiele aspektów spłycać. Wiem, że sam pisarz jest osobą transpłciową, więc opiera powieść na pewno na jakiś swoich własnych przeżyciach i doświadczeniach, ale mam wrażenie, że niektórych aspektów nie umiał przenieść na papier. Wiele problemów, choćby dysforia płciowa, pojawiały się nagle, miałam wrażenie, że w nieuzasadniony sposób, by zostać momentalnie rozwiązane i zapomniane. Nie wierzę, że wystarczy parę słów, by nagle wszystko stawało się łatwe i bezproblemowe. Ogólnie cieszę się, że Tobly McSmith nie odniósł się tylko do transpłciowości, ale do całej społeczności LGBTQ+. Dawało to poczucie doceniania każdego, ale też wieloperspektywiczność na różne wydarzenia. Ma to swoje zalety i jest niezmiernie ważne, tylko przy tak krótkiej powieści te uczucia, doświadczenia i poglądy nakładały się na siebie i z czasem ginęły. 

Da się to zauważyć na przykładzie samych bohaterów, których było wielu, ale przez to nie mogli też wybrzmieć. Pojawiali się znikąd i mieli tylko swoje pięć minut, bez własnej historii, bez własnej przyszłości. Było tylko tu i teraz, a to za mało, by zrozumieć drugiego człowieka. Natomiast z Augustem osobiście miałam problem, gdyż często był osobą dwulicową. I całkowicie rozumiem, skąd wynikało wiele jego kłamstw, uważam, że były naprawdę uzasadnione, ale niektóre sprawy nie powinny się potoczyć tak, jak się potoczyły. August też nonstop grał kogoś, zamiast być sobą. Nie dostał w wielu przypadkach możliwości, by być, kim jest, ale w wielu przypadkach też z niej nie skorzystał. W ogóle mam wrażenie, że główny bohater nie jest stworzony tak, by od razu zyskiwać sympatię czytelników, co jest dla mnie ciekawym zabiegiem literackim. Dostajemy go z jego wadami i zaletami i to my decydujemy, co jesteśmy w stanie w jego zachowaniu zaakceptować, a co nie. 

Olbrzymią zaletą polskiego wydania – nie wiem, czy oryginalne też ma tę część – jest koniec powieści, gdzie znajduje się słowniczek tłumaczący pojęcia związane z LGBTQ+. Część z nich wydawałaby się oczywistością, ale nie zawsze tak jest i warto na spokojnie wszystko wytłumaczyć. Też niezmiernie cieszę, że na końcu znajdują się numery telefonów i miejsca, gdzie osoby zmagające się z podobnymi problemami co August, czy po prostu nie radzące sobie z niektórymi aspektami swojego życia, mogą zgłosić się po pomoc. Nasza psychika jest istotna i trzeba o nią dbać tak jak o zdrowie fizyczne, a warto pamiętać, że wiele osób mierzy się z brakiem akceptacji ze strony społeczeństwa, ale też brakiem akceptacji samego siebie i niską samooceną. Tak nie musi być. 

Mimo że całościowo oceniam "Act Cool" w sposób dość negatywny, to i tak cieszę się, że zapoznałam się z tą książką i dostałam szansę, by przemyśleć niektóre aspekty życia. Dzięki tej pozycji mam wrażenie w choć małym stopniu lepiej zrozumieć wiele osób i to, co przeżywają. A to naprawdę coś wielkiego, dlatego powieść ostatecznie polecam każdemu czytelnikowi niezależnie od wieku. Ma wiele wad warsztatowo, ale jest istotna tematycznie. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

piątek, 13 maja 2022

Starzenie się – Nancy A. Pachana

 

Tytuł: Starzenie się

Autor: Nancy A. Pachana

Przekład: Paulina Kłos-Wojtczak

Cykl: Krótkie wprowadzenia

Tom: XXVIII

Kategoria: Literatura popularnonaukowa 

Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego

Liczba stron: 156

Ocena: 8/10





Nasze społeczeństwo starzeje się, co może dla części z nas na razie wydaje się wyłącznie wykresem w mądrej książce albo programie telewizyjnym. Przynajmniej momentami ja to tak odczuwam. Lecz skądś te wszystkie dane się biorą i o czymś świadczą. Nie ma wątpliwości, że w przyszłości będzie dużo starszych, długowiecznych osób. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy, jednakże osobiście wolę skupiać się na zaletach, które wskazują na przyszłość, w której wiele osób dożywa... szczęśliwej starości. Tylko należy pamiętać, że stwierdzenie "szczęśliwa starość" jest stwierdzeniem niezmiernie optymistycznym. Nie wszyscy mają to tytułowe szczęście, by dożyć tych kilkadziesiąt lat z całkowitą świadomością samego siebie i w miarę optymalnym zdrowiem fizycznym i psychicznym na swój wiek. Niemniej nic nie stoi na przeszkodzie, by do tego dążyć, by starać się żyć jak najdłużej, mając dobre warunki w swoim własnym ciele. Nadchodzi czas, by jak najlepiej wykorzystać możliwości nauki. 

Mam wrażenie, że zabrzmiało to z mojej strony dość patetycznie, lecz tak to właśnie widzę. Jeden z przedmiotów na studiach otworzył mi oczy i przedstawił, jak wyglądają zaburzenia otępienne, jak wielki to jest problem i że z tym można walczyć na kilku poziomach. Wygrać – niekoniecznie, ale opóźnić już proces tak. Dlatego niezmiernie się ucieszyłam, gdy zobaczyłam, że z cyklu "Krótkie wprowadzenia" wyszła książka o bardzo konkretnym tytule – "Starzenie się". Doceniam całą koncepcję cyklu "Krótkie wprowadzenia", gdyż są to książki popularno-naukowe, które w sposób prosty w odbiorze i ciekawy przedstawiają zagadnienia z różnych dziedzin nauki. I przede wszystkim książki są krótkie. Jeśli takie spojrzenie wydaje się Wam infantylne, to według mnie jest to mylne. Przyznajcie sami: wolicie opasłe, wielkie tomisko napisane trudnym, specjalistycznym językiem, czy krótką, przyjemną książeczkę? Poza oczywiście specjalistami w danej dziedzinie, większość z nas zdecyduje się na to drugie. W żaden sposób nie umniejszam tutaj literatury naukowej, ponieważ mocno cenię jej cel. Niemniej jako laik w wielu dziedzinach łatwiej przekonać mi się do literatury popularno-naukowej w krótkim przedstawieniu. Po prostu więcej z niej wyniosę. Stąd mój zachwyt nad koncepcją "Krótkich wprowadzeń".

Lecz powracając już bezpośrednio do "Starzenia się", mam o tej książce jak najlepsze zdanie. Treści, które prezentuje czytelnikom są mocno różnorodne. Autorka przedstawia całą gamę tematów związanych ze starzeniem się. Każdy temat po krótce przedstawia za pomocą przystępnego języka i ewidentnie stara się, by było to ciekawe. Dla mnie przedstawione informacje były fascynujące i łatwe do zapamiętania. Tym bardziej że poza badaniami naukowymi są to wnioski, które już da się odnieść do codziennego życia. Jeśli mamy bliskie osoby, które są w wieku określanym jako starość, lub jeśli sami już macie takie poczucie, to niektóre informacje mogą okazać się przydane i łatwe do wprowadzenia. Każda nowa informacja lub przedstawiony problem są wytłumaczone krok po kroku, co ponownie pozwala nam jeszcze lepiej zrozumieć, o czym mowa. 

Gdy czytałam "Starzenie się", miałam poczucie, że są to rzetelne informacje. Skąd ono się brało? Przede wszystkim książka jest oparta na konkretnych badaniach naukowych, do których są odnośniki w postaci bibliografii. Jeśli ktoś ma wątpliwości odnośnie metody lub po prostu pragnie jeszcze bardziej pogłębić swoją wiedzę w danym temacie, to na spokojnie może dotrzeć do tych badań. Z tego, co mogę powiedzieć od siebie – wiele z tych badań omawialiśmy na zajęciach, więc są one uważane jako wartościowe dla nauki. Tutaj wchodzi też aspekt wydawnictwa. Wydawnictwo uniwersytetu brzmi podniośle. Pewnie można dyskutować na temat tego, czy jest to jakiś wyznacznik, jednak chciałabym wierzyć, że właśnie nim jest. 

"Starzenie się" okazało się bardzo wartościową pozycją popularno-naukową, która pogłębiła moją wiedzę i pozwoliła zainteresować się tematem z naukowego punktu widzenia. Dzięki temu, że jest napisana prostym językiem, większość czytelników nie powinno mieć większych problemów z przyswojeniem informacji, dlatego bardzo Wam ją polecam. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

wtorek, 10 maja 2022

Bezimienne Miasto – Giny Valrís

 

Tytuł: Bezimienne Miasto

Autor: Giny Valrís

Przekład: Małgorzata Kafel 

Cykl: Choose Cthulhu

Tom: IV

Kategoria: Książka paragrafowa

Wydawnictwo: Black Monk

Liczba stron: 136

Ocena: 6/10





Zawsze byłam zdania, że wyobraźnia to niesamowita potęga, która może przenosić góry w rzeczywistym życiu. Odpowiada za kreatywność, za wizjonerskie obrazy i za wiarę, że niektóre rzeczy są możliwe. Jest na tyle potężna, żeby zmieniać świat. Nawet jeśli nie przybiera materialnej formy, to sam fakt, że umożliwia ucieczkę, daje odpoczynek i pomaga wyciągać wnioski jest wystarczający, by doceniać ją na wielu poziomach. Jesteście gotowi dać się ponieść własnej wyobraźni? 

Jak część z Was już doskonale wie, lubię gry, ale rzadko w nie gram i za bardzo nie mam umiejętności, by wyciągać z nich więcej radości. Nie mam też motywacji, by to zmienić. I mam tu na myśli najróżniejszego rodzaju gry. Jednak mimo moich braków motywacyjnych, odnalazłam coś dla siebie, coś, w czym naprawdę jestem dobra. Czyli książki paragrafowe! Zachwycam się nad ich formą za każdym razem, jak o nich piszę, lecz po prostu ciężko tego nie robić. Moja pasja do czytania i mała fascynacja grami zostały połączone i nie wymagały ode mnie czegoś więcej niż to, co daje od siebie czytając. Czy to nie wspaniałe? 

Tym razem chcę Wam zaprezentować czwarty tom "Choose Cthulhu", który opiera się na twórczości Lovecrafta. Nadal nie znam jego dzieł, choć planuję to w dość bliskim czasie zmienić. Jednak jestem przekonana, że wierni czytelnicy tego osławionego pisarza, na pewno są zainteresowani różnymi dodatkami do jego świata. "Bezimienne Miasto" wydaje się być doskonałym wyborem dla nich. Zresztą dla mnie też, ponieważ po przeczytaniu trzeciego tomu z olbrzymią chęcią powróciłam do tego niezwykłego klimatu i tych emocji związanych z możliwością wybierania własnego losu. 

Autorka pisze w sposób wyjątkowo obrazowy, który od pierwszych stron pozwala czytelnikowi przenieść się do przedstawionego świata i poczuć, że jest równie prawdziwy co nasza rzeczywistość. Nadaje to całości niepowtarzalnej atmosfery, gdzie można zobaczyć rzeczy niezwykłe, poczuć wiatr we włosach i zastanawiać się, czym jest dokładnie ten nietypowy zapach. To bez wątpienia niesamowita umiejętność, która według mnie po części odpowiada za fenomen jej twórczości. Styl z punktu widzenia warsztatu jest też dopracowany pod każdym kątem, co jest dodatkową cechą charakterystyczną pisarki. 

Natomiast sama fabuła poprzez wspomnianą atmosferę nie pozwala oderwać się od tej przygody, prowadząc czytelnika przez pustynne morze tajemnic i pragnienia odkrycia ich. To podróż niezapomniana i też niezwykle emocjonalna. Poprzez fakt, że to właśnie czytelnik jest głównym bohaterem, wszystkie emocje stają się jeszcze bardziej intensywne niż można byłoby się spodziewać, a w powietrzu czuć zew przygody, ale też napiętą atmosferę i strach. Doznania są niezwykle barwne i pełne możliwości. Samo poczucie, że samemu decyduje się, którą drogą pójść, która droga jest drogą szaleństwa, a która rozsądku, pozwala wczuć się w świat i zmierzyć z konsekwencjami własnych decyzji. Ogólnie "Bezimienne Miasto" bazuje na tajemniczości i chęci odkrycia, co za nią idzie. To ryzykowne, ale też dające poczucie satysfakcji. 

Jedynym większym mankamentem jest fakt, że ścieżki fabularne są naprawdę krótkie. Ogólnie jest ich co najmniej kilka, więc przygoda może trwać i trwać. Niemniej gdy oddaję się jednej ścieżce, to coś sprawiło, że to właśnie ją wybrałam i chciałabym mieć możliwość na dłużej trwać w tym odłamie historii. Tymczasem jestem już mocno wciągnięta, a tu widzę koniec. Jest pewna odnoga, która pozwala powracać, co jest naprawdę dużą zaletą, ale nie też tym, czego bym chciała. 

Gry paragrafowe coraz częściej znajdują się pośród moich lektur, co jest fantastyczne i mam nadzieję, że i część z Was się do nich przekona. Ta seria jest łatwa w odbiorze i wymaga tylko zaangażowania w czytanie i niekiedy decyzji co dalej, dlatego będzie odpowiednia dla początkujących. Zapewne dla osób zafascynowanych twórczością Lovecrafta, czy osób już zaznajomionych tą z formą, też będzie wyjątkowo absorbująca. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

niedziela, 8 maja 2022

Virion. Zamek – Andrzej Ziemiański

 

Tytuł: Virion. Zamek

Autor: Andrzej Ziemiański

Cykl: Szermierz Natchniony

Tom: I

Kategoria: Fantasy

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 506

Ocena: 8/10






Jak spojrzymy wstecz na naszą historię, to zobaczymy, że przez tysiąclecia tworzyliśmy olbrzymie imperia, państwa, cesarstwa, całe potęgi, które podporządkowywały sobie mniejsze terytoria i ludzi na nich. Jednak wszystkie dotychczas imperia łączy jedno – żadne nie przetrwało. Każde miało swój tak zwany złoty wiek, każde wprowadziło coś własnego, najczęściej zachwycającego do kultury, każde było symbolem władzy, ale też upokorzenia i kontrolowania ludzi i każde ostatecznie poniosło klęskę. Niektórzy debatują nad Stanami Zjednoczonymi, jednak one są jeszcze młode. Może Chiny można uznać za taką potęgę? Tutaj to już subiektywne zdanie laików takich jak ja lub rozbudowanie argumenty specjalistów. Mimo to zastanawiam się, czemu nasza historia wygląda akurat tak... 

Zamek – odpowiadający za bezpieczeństwo cesarstwa i infiltracje ludzi. Swoista potęga, która jest symbolem skuteczności, organizacji i bycia niepokonanym. Dotychczas nikt nie wątpił w tę organizację, ponieważ nigdy nie zawodziła, a jeśli nawet, to nikt o tym nie wiedział. Niekończące się regulaminy, zasady, hierarchia i szkolenia okazały się wyjątkowo efektywne. Ale czy na pewno? W tym czasie Virion podróżuje dalej i ma jeden cel – odnaleźć swoją żonę i znów być razem. Bo miłość przetrwa wszystko. Czy uda mu się to? Co czeka Viriona i Niki w przyszłości? W końcu przyszłość potrafi być zaskakująca. 

Przyznam się Wam od razu na początku, że "Virion" jest dla mnie nietypowym wyzwaniem. Od najmłodszych lat słyszałam o twórczości Andrzeja Ziemiańskiego i jego osławionej "Achai". Historia, która przez lata zdobywała grono fanów i szacunek, ale też grono przeciwników i krytykę związaną z nadmierną brutalnością, a z czasem i z poglądami samego autora. Ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony bardzo chciałam zapoznać się z dziełami pisarza, z drugiej negatywne opinie mocno zniechęcały mnie. Dlatego sięgnęłam właśnie po nowy cykl Ziemiańskiego "Szermierza Narchnionego" – z nadzieją, że sprawa wygląda inaczej niż lata temu. Czy tak jest? Wydaje mi się, że owszem. 

Sam pomysł bardzo przypadł mi do gustu. Oczywiście ciężko mi się do niego ustosunkować w kontekście całości, gdyż jej nie znam, ale opierając się na "Virionie. Zamku" to stanowczo wyróżnia się unikatowością. W moich odczuciach czuć tutaj atmosferę nietypową dla innych książek fantasy. Istnieje jakiś schemat klimatyczny w powieściach z tego gatunku, który odczuwam i cenię, ale też zauważam jego nadmierną powtarzalność. Tymczasem ta historia wychodzi poza szablon i dodaje wiele własnych odniesień. 

Zafascynowały mnie też postacie upiorzyc, których w ogóle tutaj się nie spodziewałam i jak teraz się zastanawiam, to w takim wyobrażeniu nie miałam jeszcze przyjemności spotkać się z nimi w literaturze, co nasuwa myśl, że to niekonwencjonalna rasa łącząca elementy dawnych wierzeń z nowoczesną wizją. To, co upiorzyce potrafią i ogólnie, czym się charakteryzują, stanowczo mnie zahipnotyzowało i sprawiło, że chcę dowiedzieć się o nich znacznie więcej. 

Co do stylu autora to według mnie stanowczo widać, że to ktoś, kto już w swoim życiu niejedną książkę napisał. Po czym to widać? Powieść czyta się niesamowicie szybko i jest przyjemna w odbiorze, ale też widać, jak bardzo jest dopracowana i logiczna w przedstawionych działaniach. To optymalne łączenie prostoty odbioru z rozbudowaniem fabularnym i stylistycznym. Nie męczy czytelnika, ale też jest swoistym wyzwaniem wymagającym zaangażowania w czytanie. Każdy szczegół wydaje się być na swoim własnym miejscu. Nie ma tutaj miejsca na pomyłki i w efekcie historia wyróżnia się oryginalnością i zachęca do dalszego zapoznawania się z nią. 

Niesamowicie szybko wciągnęłam się i przywiązałam do fabuły i bohaterów. Dosłownie po chwili miałam poczucie, że to dobrze mi znany świat, do którego właśnie powracam, a nie świat, z którym dopiero się zapoznaję i zaczynam oceniać. Został też zastosowany niezmiernie ciekawy zabieg dwutorowości fabuły, który płynnie przeszedł w fabułę jednotorową. Początkowo poznajemy dalsze losy Viriona i oddzielnie Zamku, by w pewnym momencie stało się to spójną jednością. Mam wrażenie, że cały ten tom do dopiero rozbudowane wprowadzenie do o wiele ciekawszej i potężniejszej w swych poczynaniach opowieści. Jedynym fabularnym mankamentem było zakończenie, które mnie rozczarowało. Było szybkie, niekiedy zaskakujące, ale nie w ten sposób, w który oczekiwałam. Według mnie nie wnosiło zbyt dużo do ogólnej historii, raczej było koniecznym elementem. Dlatego w mojej głowie pojawiają się duże oczekiwania co do drugiego tomu. Być może tam znajdę odpowiedzi na pytania, które sobie zadaję. 

Sami bohaterowie są wyjątkowo wyraziści i barwni, co osobiście uwielbiam. Niekiedy miałam nawet poczucie, że są karykaturalni, co jest może zbyt śmiałym wnioskiem, ale też w żaden sposób nieprzeszkadzającym mi. Virion wbrew pozorom nie odgrywa na razie tak istotnej roli, jakby można się spodziewać. Jeszcze nie do końca mam o nim opinię. Moje odczucia się mieszają. Z jednej strony kochający i uroczy mąż, który martwi się okrucieństwem świata, z drugiej jego przeszłość i wyłaniający się z niego mrok mówią same za siebie. Kontrastowy i przy tym przekomicznie przedstawiony jest Kody. Dla mnie ta postać jest po prostu przegenialna. Kody łamie zasady, w sumie to dużo zasad, ale są to zasady Zamku, a nie zasady moralności. Wydawałoby się, że buntownik. Tymczasem Kody jest pełen zasad moralnych, posiada olbrzymie pokłady ambicji i chce je wykorzystać, by czynić dobro. 

"Virion. Zamek" zaskoczył mnie w bardzo pozytywny sposób. Okazał się nieschematyczną fantastyką, która łamie wiele zasad, ale daje też nadzieję i patrzy z wielu perspektyw. Przy tym stylistycznie jest dopracowany i zachęca do przeczytania kolejnej części, co bez wątpienia w najbliższym czasie zrobię. Jestem przekonana, że fanom fantastyki ta powieść przypadnie do gustu. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Fabryce Słów

środa, 4 maja 2022

Łyżka ojca – Jan Polkowski

 

Tytuł: Łyżka ojca

Autor: Jan Polkowski

Kategoria: Poezja

Wydawnictwo: Sic!

Liczba stron: 72 

Ocena: 7/10








Uwielbiam uczucie nostalgii. Gdy się pojawia, czerpię czystą przyjemność z faktu, że coś kiedyś było, a teraz razem z powiewem wiatru wróciły wspomnienia i poczucie, że wtedy byłam szczęśliwa, bezpieczna i działo się coś na tyle pamiętnego, by jedna rzecz, zdarzenie czy osoba na nowo wywołały te same emocje, co lata temu. Myślę, że nostalgia jest na tyle wyjątkowa, że dla każdego mimo standardowej tradycyjnej definicji znaczy coś odmiennego. Też niekoniecznie da się włożyć ją w ramy uczucia pozytywnego czy negatywnego. Jest wiele takich pojęć, ale to właśnie nostalgia do mnie przemawia i pozwala na spokój ducha i delikatny uśmiech w oczach pełnych łez. Czy dla Was też ma to takie znaczenie? 

Czemu akurat teraz zdecydowałam się przywołać nostalgię? Z prostego powodu, że ostatnio przeczytany przeze mnie tomik wierszy właśnie ją wywołał. Obecny rok opiera się pod względem czytelniczym mocno na poezji, dlatego każde kolejne spotkanie z wierszami nie jest już wyłącznie nową przygodą, ale niesie ze sobą coś znanego i przywołującego wspaniałe wspomnienia. Tym razem tę rolę spełnił tomik wierszy Jana Polkowskiego "Łyżka ojca". Twórczości autora dotychczas nie miałam przyjemności poznać, więc nie wiedziałam, czego się spodziewać. Podeszłam do jego poezji neutralnie. Teraz już wiem, że mogłam się spodziewać samych pozytywnych rzeczy. Na czym one polegały? 

Poeta zachwycił mnie od pierwszego wiersza bardzo poetycznym, zahaczającym niekiedy o patos językiem. Dla niektórych czytelników może wydawać się to zniechęcające, lecz ja osobiście wielbię się w kunszcie językowym i doceniam każdy taki zabieg – czy to w poezji, czy w prozie. Nie przeraża mnie niezliczona liczba środków stylistycznych. Zachłannie je poszukuję i wiersze Jana Polkowskiego dały mi możliwość ponownego rozpoczęcia tych właśnie poszukiwań. Rozbudowane i pełne zdania nadawały wierszom unikatowy charakter i sprawiały, że wbijały się one w pamięć. 

Wszystkie wiersze – razem i osobno – pobudzały mnie i niosły niesamowicie intensywne emocje. Jednak wśród owych emocji dominowało we mnie poczucie wzruszenia. Miało to w sobie postać doniosłości, która przemawiała do mnie jako czytelnika, ale pozwalała również pogłębiać swoje własne myśli i oddać umysł choć na chwilę we władanie sercu. "Łyżka ojca" nie ogranicza się wyłącznie do prostych środków stylistycznych. W dużej mierze opiera się również na głębokiej symbolice, co jest kolejnym cenionym przeze mnie aspektem. Wykorzystanie symboli ma w sobie coś hipnotyzującego. Stawia czytelnikowi wyzwanie. Nie jestem pewna, czy w przypadku tego tomiku wierszy podołałam temu wyzwaniu, ponieważ wielokrotnie nie czułam się przekonana, co do zrozumiałości pewnych stwierdzeń. Jednakże niosło to za sobą wspaniałą i emocjonalną zabawę. 

Tym bardziej że jestem również pełna podziwu dla szkiców autora. Z poezją w swoim życiu nie miałam zbyt wiele do czynienia, więc postrzegam ją oczami laika. Lecz na sztuce plastycznej znam się już lepiej. Nadal po amatorsku, jednakże ilustracje sama tworzyłam i samodzielnie się uczyłam tej umiejętności, więc widzę już więcej. I to, co widzę w "Łyżce ojca", jest dla mnie poruszające. Cała estetyka cieszy moje oczy i sprawia, że serce rośnie. I warto podkreślić, że i w szkicach spokojnie można odnaleźć głęboką symbolikę i zabawę rysunkiem, co jest nie lada zadaniem dla autora. 

Ze wszystkich wierszy najbardziej doceniam pozycję "Prowincja", gdyż jest to wiersz dający mi przekaz zrozumiały. Odnajduje w nim po części samą siebie. Słowo za słowem pozwala mi poczuć ulgę, zrozumienie i dać radość z faktu, że ktoś myśli podobnie jak ja. Takie wiersze zapamiętuje się na długo. 

"Łyżka ojca" to wartościowy tomik wierszy, który łączy artyzm literacki z kunsztem plastycznym oraz czerpaniem przyjemności z tych dwóch rzeczy. Wbrew pozorom tak wspaniałe połączenie w poezji nie jest tak częste, jak mogłoby się wydawać. Z tego względu w przyszłości planuję poświęcić czas na lepsze zapoznanie się z ogólnie pojętą twórczością autora. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

niedziela, 1 maja 2022

Wiersze i wierszyki – I.P. Writter

 

Tytuł: Wiersze i wierszyki

Autor: I.P. Writter

Kategoria: Poezja

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 76

Ocena: 3/10








Czym jest prawda absolutna? Samo pojęcie jest używane w buddyzmie jako określenie prawy ostatecznej lub całościowej, prawy bez żadnych zniekształceń. Jednak odchodząc trochę od sfery buddyzmu, którą słabo znam, zastanawiam się, czy coś takiego ma miejsce bytu w naszym świecie. Każdy z nas ma swój niepowtarzalny sposób obserwacji rzeczywistości i jej interpretowania. Jest to mocno subiektywne, a oddzielenie faktów obiektywnych wyjątkowo trudne. Dlatego czy da się wyodrębnić w naszym świecie prawdę absolutną? Czy ktoś ma prawo ją wygłaszać? Czy to już będą wyłącznie jego poglądy? 

Tak jak wielokrotnie podkreślałam, stawiam rok 2021 pod znakiem poezji. Tym razem rzucam na warsztat krótki tomik poezji I.P. Writtera – "Wiersze i wierszyki". Nie miałam dotychczas okazji zapoznać się z twórczością poety, więc starałam się nie wykazywać żadnych nadmiernych oczekiwań. Jak się okazało, to było dobre podejście do rzeczy, ponieważ wiersze w ogóle nie przypadły mi do gustu i momentami doprowadzały do napadów frustracji. Czemu? O tym za chwilkę. 

Przede wszystkim moja osobista zmora, czyli rymy! Nieraz i nie dwa opisywałam Wam, na czym polega mój problem z rymami, lecz podkreślałam również swój szacunek do nich. W tym przypadku mogę otwarcie je skrytykować, gdyż nadawały wierszom wydźwięk zwykłych, dziecięcych wyliczanek. Uderzały w czytelnika bezsensownymi połączeniami, a niekiedy były po prostu błędne, co przy tak intensywnej rytmice było nie do przegapienia. Podczas czytania nie mogłam się skupić na treści i przekazie utworów, ponieważ całą moją uwagę przykuwały rymy. 

W tomiku "Wiersze i wierszyki" daje się wyczuć duże pokłady sarkazmu, czasami wręcz zjadliwości. Zwykle cenię taką formę, ale w tym przypadku po raz kolejny zawiodłam się. Nie umiałam stwierdzić, do czego odnosi się ten sarkazm, kiedy jest przeciwieństwem treści, kiedy delikatnym zaprzeczeniem, a kiedy wyłącznie moim wyobrażeniem. Gubiłam się i traciłam wydźwięk. Nie byłam w stanie odpowiedzieć sobie, co mają reprezentować te wiersze. Z każdą pozycją poetycką mój sceptycyzm był coraz większy. Oczywiście można założyć, że to nie wina poety. Mogłam nie rozumieć wierszy z własnych powodów. Niemniej irytowało mnie to. Lecz żeby nie było tak dużego mroku w mojej wypowiedzi, to podkreślę, że poeta używał wielu motywów pochodzących z popkultury. To zawsze igraszka dla znawców i fanów. 

Chciałabym rzec też parę słów o tematyce, choć w tym momencie zaczyna się robić pod górkę, ponieważ z jednej strony mam wrażenie, że autor wyznaje hedonistyczne poglądy. Jest to uwielbienie dla nich i mocna namowa do podążania za przyjemnością. Z drugiej strony zastanawiam się, czy to właśnie nie jest też rodzaj zgryźliwej puenty. Gdzieniegdzie pojawia się pogarda dla kultury indywidualizmu, co jest dla mnie niespójne. Nie umiem odnaleźć się w tych poglądach i stwierdzić, które są rzeczywiste, a które grają rolę przeciwieństwa. A może się dziwnego rodzaju hybrydą? Jedno jest pewne – mam całkowicie inne spojrzenie na świat i trudno przychylić mi się do podanych treści. Być może byłabym bardziej skłonna je rozważać, gdyby nie ton zbytniej pewności siebie i zarozumiałości. Mam wrażenie, że poeta dobitnie chce dojść do prawdy i narzucić ją swoim czytelnikom. Lecz tak jak we wstępie – czymże jest ta prawda? 

Niestety "Wiersze i wierszyki" okazały się dla mnie rozczarowaniem na poziomie odrzucenia. Czułam się nieposzanowana i potraktowana infantylnie. Nie sądzę, by taki był zamysł poety, lecz właśnie do tego doszło, a ja nie umiem zmienić swoich odczuć i prawdopodobnie nie sięgnę więcej po twórczość I.P. Writtera. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl  

czwartek, 28 kwietnia 2022

Magiczna harfa. Legendy irlandzkie – Jakub Krajewski, Alicja Kocurek

 

Tytuł: Magiczna harfa. Legendy irlandzkie

Autor: Jakub Krajewski

Ilustratorka: Alicja Kocurek

Kategoria: Baśnie i legendy

Wydawnictwo: OVO

Liczba stron: 88

Ocena: 7/10







Pamiętacie czasy, gdy jako dzieci byliśmy uczeni legend o Smoku wawelskim, Syrence, królu Popiele? W moich wspomnieniach są to niezwykłe opowieści, a ze względu na połączenie z naszą kulturą czułam, że są bardziej podniosłe, bardziej istotne niż inne baśnie. Posąg Smoka wawelskiego w Krakowie czy Syrenki w Warszawie odgrywały ważną rolę w moim dziecięcym życiu. Nie wiem, czy to kwestia szkoły, która podkreślała właśnie te opowieści, czy przypadek, że miałam okazję tak dobrze zapoznać się z tymi legendami. To nie ma znaczenia – wspominam je dobrze i nadal czuję do nich szacunek. Jednak nie tylko Polska ma swoje własne opowieści. Każdy kraj tworzy własne historie. Dzisiaj o opowieściach pochodzących prosto z Irlandii. 

Lubię poznawać inne państwa i wydaje mi się, że jednym z najlepszych sposób poza zwiedzeniem jest zapoznanie się z ich obyczajami, codziennością i właśnie legendami. Dlatego gdy zyskałam możliwość przeczytania "Magicznej harfy. Legendy irlandzkie" to nawet przez moment nie zawahałam się i nie zadałam pytania, czy w ogóle warto. Książka wydawała mi się fantastycznym pomysłem, bo tak naprawdę prawie w ogóle nie znam tych opowieści. W Polsce są znane charakterystyczne symbole Irlandii i ogólnie irlandzkie motywy, lecz mam wrażenie, że są to rzucane symbole bez głębszego kontekstu, z założeniem "bo w Irlandii już tak jest". Czemu nie poznać tego dokładniej? Czemu nie wyruszyć w świat koniczyny i tytułowej magicznej harfy? 

Od pierwszych stron zachwycił mnie język. Założyłam, że to w dużym stopniu pozycja dla dzieci, dlatego byłam zadowolona, że styl pisarski okazał się prosty, spójny i bardzo przejrzysty. Jednak zazwyczaj to dorośli czytają małym dzieciom, więc doceniłam również fakt, że nie było czuć w treści infantylizmu. Dzięki temu sama doskonale się bawiłam i mogę szczerze powiedzieć, że pod względem wieku to uniwersalna pozycja. Legendy są przedstawione jako krótkie, konkretne historyjki. Tylko niekiedy miałam wrażenie, że niektóre słowa mogą być za trudne dla młodych czytelników i może warto byłoby wytłumaczyć je. Ale to mały mankament – wyzwanie dla już trochę starszych czytelników. 

Legendy wydają mi się bardzo równomierne jakościowo. Nie było żadnej, która wyróżniałaby się jako ta lepsza lub gorsza. Wszystkie wciągały w świat i poprzez barwne opisy pozwalały na wyobrażenie sobie kultury trochę innej od naszej. Poza tym legendy są bardzo spójne ze sobą, bohaterowie powiązani. Sama ich kolejność w książce bez wątpienia nie jest przypadkowa. Przyznam się, że zdziwiło mnie to, gdyż mocno oczekiwałam czegoś podobnego do naszych polskich legend, które są w moim odczuciu dość odmienne od siebie. Tymczasem tutaj prawie każda legenda ma jakieś wspólne motywy lub wątki. W pewnym sensie tworzy to jedną długotrwałą czasowo historię. 

Dzięki tym opowieściom niektóre motywy czy symbole używane u nas i pochodzące właśnie z Irlandii nabrały większego sensu. Nie jest już to wyrwane z kontekstu, ale ma swoje głębsze znaczenie. Zresztą wystarczy sobie wyobrazić Irlandczyków, którzy siedzą zimnym wieczorem i przy ogniu opowiadają sobie właśnie te opowieści ku pokrzepieniu serca. Dla mnie to obraz wyjątkowo nostalgiczny i godny mojego szacunku. 

Wielką zaletą "Magicznej harfy" jest samo wydanie. Przyznam się, że gdy wzięłam książkę po raz pierwszy do ręki, byłam oczarowana. Wydawcy zadbali, by każde wykończenie było przepiękne i idealnie dopasowane do całości. A praca ilustratorki zachwyca i daje kolejną możliwość przeniesienia się w głąb legend. Kreska ilustratorki skupia się na szczegółach i jest bardzo dynamiczna. Poza tym dobór kolorów niesie za sobą wyrazisty i radosny obraz. Razem to perfekcyjne połączenie. 

"Magiczna harfa. Legendy irlandzkie" to doskonała pozycja dla dorosłych i dzieci, która pozwala lepiej poznać dawne irlandzkie opowieści. Dzięki dopracowanemu stylowi pisarza i przepięknej pracy ilustratorki świat dawnych historii stoi przed nami otworem. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

Kryll – David Etien, Serge Le Tendre, Régis Loisel

 

Tytuł: Kryll

Autorzy: David Etien, Serge Le Tendre, Régis Loisel

Przekład: Wojciech Birek

Cykl: W poszukiwaniu ptaka czasu

Tom: VI

Kategoria: Komiks

Wydawnictwo: Egmont Polska

Liczba stron: 64

Ocena: 6/10





Gdy byłam dzieckiem, czytałam wyłącznie jeden określony rodzaj książek. Czasami robiąc tylko wyjątek dla lektury szkolnej, czytałam coś odmiennego. Byłam zamknięta w bańce podobnych opowieści. Uwielbiałam powieści fantasy. Czułam się w nich bezpiecznie, lubiłam tę specyficzną atmosferę i przez długi czas nie czułam żadnej potrzeby, by zmienić coś w swoim guście czytelniczym. Tak naprawdę pękniecie mojej literackiej bańki spowodowała moja uczniowska dokładność, wręcz nadgorliwość. Byłam w stanie po kilka razy czytać jedną lekturę szkolną, by wynieść z niej wszystko, co potrzebne na lekcje. Tak też zaczęłam niektóre z nich mocno doceniać, co z czasem sprawiło, że chciałam się otworzyć, poznać więcej i dopiero wtedy jednoznacznie stwierdzić, który gatunek literacki jest moim ulubionym. Obecnie jestem na etapie głębszego poznawania komiksów i poezji. 

Dlatego zdecydowałam się zapoznać z szóstym tomem cyklu "W poszukiwanie ptaka czasu". Niestety jak widać nawet w komiksach czytanie zgodnie z określoną kolejnością jest dla mnie niewykonalne. Niemniej do lektury komiksu podeszłam z otwartym umysłem i podekscytowaną duszą artystyczną. Jakie są moje wrażenia? 

Cały pomysł na opowieść wywodzi się z typowego nurtu fantasy, co oczywiście mnie ucieszyło. Przed czytaniem komiksu czuję się niepewnie, więc tak dobrze znany mi gatunek od razu pozwolił, bym od razu odnalazła się w historii i zdawała sprawę, czego mogę oczekiwać. Tym bardziej że w cyklu dominują schematy, lecz nie uważam tego za wadę, gdyż nie odczuwa się ich w typowo narzucający sposób. Poza tym ładnie łączą się z niekonwencjonalnymi pomysłami. Daje to intrygującą i mocno odmienną mieszankę znanego z nieznanym. 

Niestety w przypadku fabuły muszę przyznać, że od pierwszych stron brak znajomości poprzednich tomów okazał się mocno kłopotliwy, przez co ciężko było mi wgryźć się w fabułę. Podejrzewam, że na początku działo się dużo i intensywnie, być może zaskakująco, lecz wtedy nie byłam w stanie zdawać sobie z tego sprawy, więc skupiałam się, żeby jak najwięcej zapamiętać i zrozumieć. Samo czytanie i zapoznawanie się z "Kryll" było procesem szybkim i przyjemnym. Choć wielokrotnie wyczuwałam chaos. Nie wiem, czy tak mocno oddziaływał brak znajomości pierwszych części, czy wynika to bezpośrednio z wady tego tomu. Przeskoki między miejscami i bohaterami wydawały się na tyle niespójne, że potrzebowałam często chwili, by uświadomić sobie, że coś się zmieniło. Brakowało komiksowi naturalnej płynności pozwalającej na zapomnienie o rzeczywistym świecie. 

Co do samych bohaterów, to ponownie powtarza się ten sam problem – na pewno wcześniejsze tomy zarysowują ich charaktery o wiele bardziej wyraziście i tutaj stały czytelnik jest już w stanie sam stworzyć część ich indywidualnej osoby. Niestety sama nie byłam w stanie tego zrobić, a bazowanie wyłącznie na "Kryll" nie satysfakcjonowało mnie. Nie przywiązałam się do nich, nie kibicowałam im i nie współodczuwałam z nimi. Wydawali mi się mocno niedopracowani i przez to schematyczni, szarzy. 

W "Kryll " bez wątpienia najbardziej doceniam ilustracje. Przy pierwszym spojrzeniu wywołują we mnie sympatię i proste stwierdzenie, że podobają mi się. Kreska ilustracji jest niezmiernie ciekawa, co cieszy oko i intryguje umysł. Natomiast wyrazista i odpowiednie dobrana kolorystyka nadaje pasującą dynamikę. Synteza kreski i barw pozwala na wyczucie charakterystycznej atmosfery, która przy czytaniu kolejnych tomów daje poczucie powrotu do domu i wywołuje uśmiech na ustach. Tym bardziej że ilustracje wyróżniają się też przejrzystością i w porównaniu do samej fabuły spójnością. 

"W poszukiwaniu ptaka czasu. Kryll" okazało się zaskakującym komiksem. Mimo pewnych wad i niedogodności spędziłam parę dobrych chwil, poznając niesamowitą opowieść. A zachwycające i estetyczne ilustracje dawały szansę na lepsze zrozumienie historii oraz powolne, choć pewne przywiązanie do niej. Jeśli będę tylko miała okazję, to na pewno zapoznam się z pozostałymi tomami.

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

piątek, 22 kwietnia 2022

Tajne przez magiczne – Katarzyna Wierzbicka

 

Tytuł: Tajne przez magiczne

Autor: Katarzyna Wierzbicka 

Cykl: Między światami

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Spisek Pisarzy 

Liczba stron: 424

Ocena: 6/10






Ustalmy coś – czasami się nam w życiu po prostu nie udaje. Nie ma, co tutaj tego za bardzo rozważać, poddawać analizie, wypisywać błędy i myśleć nad konsekwencjami. Nie musi być to nasza wina, nie musi być to niczyja wina. Jakiś efekt motyla, który można podsumować właśnie stwierdzeniem, że czasami się nie udaje. Nie ma w tym nic złego i trzeba iść do przodu. Dostosowywać się do nowych, niekoniecznie lepszych warunków. Czy jest jakiś inny wybór? Odpowiedź również oczywista – nie ma. I wiecie co? Może to lepiej, nigdy nie wiemy, czy efekty tych niezadowalających nas wydarzeń nie przyniosą czegoś naprawdę wspaniałego. 

W pewnym sensie tak można ująć historię Agaty. Ze względu na szereg różnych sytuacji, gdzie zarzucano jej dość poważne problemy z odróżnianiem rzeczywistości od wyobraźni, młoda kobieta musiała zrezygnować z pracy redaktora i znaleźć sobie nową. Zabrzmi to dość nietypowo, ale została woźną w przedszkolu. Praca jak praca, powołania można się dopatrzeć, ważne, że pieniądze przynosi... No dobra, słabe pieniądze i jak się okazuje niesie ze sobą jeszcze większy szereg komplikacji niż te, z którymi Agata musiała sobie radzić wcześniej. Czy nowa woźna przystosuje się do nowych warunków pracy? Czy naprawdę nie odróżnia swoich wyobrażeń od realu? 

"Tajne przez magiczne" to jedna z tych książek, która od jakiegoś czasu przykuwała mój wzrok i miałam wrażenie, że jest dosłownie wszędzie. A że czasami nie można nie poddać się impulsom, być może zwanym przeznaczeniem, postanowiłam ją przeczytać. Tym bardziej że z pomocą przyszedł mi book tour, którym byłam swoją drogą niesamowicie podekscytowana, bo nigdy wcześniej nie brałam udziału w takiej akcji. Jednak podstawowe pytanie brzmi – jak mi się spodobała powieść? 

Początkowo nie byłam przekonana do samego pomysłu. Zadawałam multum pytań typu, czemu akurat woźna w przedszkolu, czemu motywy słowiańskie... Wydawało mi się to niekoniecznie odpowiednim połączeniem. Na szczęście z czasem okazało się, że bazowanie na dobrze nam znanych motywach ma w sobie olbrzymią zaletę. Przede wszystkim daje nam poczucie czegoś znajomego, czegoś, z czym się już zaprzyjaźniliśmy. Jednak w wykonaniu pisarki czuć też powiew świeżości. Katarzyna Wierzbicka dodała coś od siebie, tworząc unikatową opowieść. 

Sam styl pisarski jest wyjątkowo przyjemny w odbiorze. Ma w sobie lekkość, co ma wiele zalet. Jedną z nich jest możliwość szybkiego czytania, bez męczenia się. Niezwykłe poczucie humoru kreuje wiele sytuacji przezabawnych, rozluźniających napięcie i dających najnormalniej w świecie odpocząć od codzienności. Mocno doceniam ten aspekt. Nie jestem fanką komedii, w sumie to systematycznie omijam je, ale jak większość z nas, lubię się pośmiać. Jedynym mankamentem stylistycznym, który w pewnym momencie zaburzył cały odbiór fabuły, jest niestabilność. "Tajne przez magiczne" to bez wątpienia książka dla dorosłych, ponieważ pojawiają się tam brutalne sceny i lekkie podteksty erotyczne, więc ewentualnie wchodzi jeszcze w rachubę starsza młodzież. Niemniej przez to, że akcja w dużej mierze toczy się w przedszkolu i jest tam wiele małych dzieci, to miałam poczucie, że to powieść dla dzieci. I zakończenie... Było epickie, a gdy mówię o epickim, to mam już odczucie, że powoli wchodzimy w high fantasy. To troszkę hiperbola w tym przypadku, bo to nadal nasz świat, niemniej na spokojnie można o tym zapomnieć. Te dwa style i konwencja fantasy nie współgrały ze sobą, nie wiem nawet, czy jest to możliwe. Zapewne tylko dla pionierów, w tym przypadku brakowało między nimi płynności. 

Pod względem fabuły bawiłam się doskonale. Napędzało to przede wszystkim pragnienie dowiedzenia się co dalej, jak potoczą się losy bohaterów i o jakim świecie mówimy. Tym bardziej że dobrze czułam się w atmosferze przedszkola i paranormalnych wydarzeń mających tam miejsce. Naprawdę widzę oryginalność i potencjał stworzenia takiego niezwykłego miejsca. A w dodatku swobodnie odnajdywałam się w myślach Agaty i rozumiałam jej uczucia i przyczyny podejmowanych decyzji. Stanowczo mam zamiłowanie do łączenia normalnego życia szarej myszki z magicznymi wątkami. 

Chciałam też parę słów rzec o wykreowanym świecie. Jest to mocno połączone ze stylem pisarki i gryzącą się konwencją i fabułą. Ogólnie cały świat uważam za niekonwencjonalny i mający olbrzymie możliwości, jednak brakuje mi w nim fundamentów i przede wszystkim jest właśnie niedopracowany w wielu aspektach. Początkowo jest wyjątkowo tajemniczy, co napędza fabułę i odpowiada za zaangażowanie czytelnika. Tylko w którymś momencie zdałam sobie sprawę, że jest to rodzaj uniwersum. Dowiaduję się o tym ze słów bohaterów, ale tak naprawdę nie dostaję na to żadnych dowodów. Muszę wierzyć autorce na słowo, co oczywiście robię, ale mocno wierzę, że w następnym tomie dostanę możliwość sprawdzenia wielu rzeczy sama. 

Natomiast bohaterów wydaje mi się być naprawdę dużo, za co po trochu odpowiadają dzieci, co mocno cenię. Mamy przedszkole pełne przedszkolaków, co prawda małych i jeszcze niekoniecznie rozumiejących wszystko, ale jednak nadal ludzi. Pisarka o tym nie zapomniała. Nie zapomniała, że kilkuletnie dziecko też ma już swój zestaw cech, jakiś doświadczeń i może być pełnowymiarowe jak każdy dorosły. Widać to w dopracowanych kreacjach dzieci i skupieniu się na szczegółach. A odnosząc się do naszej głównej bohaterki, czyli Agaty, to przyznam, że niesamowicie ją polubiłam. Dzięki wnikliwości jej przemyśleń łatwo było mi się utożsamić z nią i zobaczyć świat jej oczami, poprzez jej myśli i doświadczenia. Pewnie dlatego tak intensywnie urzekła mnie postać Dawida, który jest przykładem przystojnego i wprost hipnotyzującego bad boya, a warto przypomnieć, że zazwyczaj nie przepadam za takimi postaciami męskimi. 

Tematycznie w "Tajne przez magiczne" widzę obraz braku akceptacji i tolerancji. Wszystko co inne, co odmienne i niespełniające jakiś narzuconych zasad, które tak naprawdę nie wiadomo nawet, kto ustalał, wydaje się być złe. Powieść wymusza pytanie: dlaczego? A zakończenie pozwala usłyszeć głosy, co się stanie, jeśli odmienność okaże się czymś normalnym, ale jednak nadal nieakceptowalnym dla społeczności. Kto wygra taką walkę? Sama chciałabym się tego dowiedzieć, choć nie jestem pewna, czy jestem na to gotowa. 

Powieść "Tajne przez magiczne" dała mi fantastyczną rozrywkę i pozwoliła poznać bohaterów, do których przywiązałam się i z niecierpliwością czekam na ich dalsze losy. Sama historia ma parę wcześniej wymienionych wad, ale jest przeze mnie odbierana pozytywnie. Na pewno osobom, które lubią lekkie powieści z wątkami magicznymi i słowiańskimi, przypadnie do gustu. 

wtorek, 19 kwietnia 2022

Normalni ludzie – Sally Rooney

 

Tytuł: Normalni ludzie

Autor: Sally Rooney

Przekład: Jerzy Kozłowski

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: W.A.B.

Liczba stron: 304

Ocena: 5/10







Ludzie są niesamowicie skomplikowani i często nie da się odgadnąć, czemu zachowują się w dany sposób. Dyktują nimi emocje, nierzadko emocje, z których istnienia nie zdają sobie sprawy. Na pewno nie pomaga też społeczeństwo, które zamiast wspierać i akceptować, potrafi niszczyć dla zabawy i nie uznaje niczego, co jest odmienne. Zdaję sobie sprawę, że to dość srogi osąd i że nie można odnieść go do dosłownie wszystkich, bo na tym świecie są dobrzy ludzie o otwartych umysłach. Lecz niestety tych nietolerancyjnych, tych, którzy czerpią radość z cierpienia innych, o wiele łatwiej zauważyć. Czemu tak jest?

Marianne i Connell chodzą do jednej szkoły. Dzieli ich olbrzymia przepaść stworzona przez pieniądze i hierarchię społeczną. Doskonale wiedzą, kim są, codziennie mijają się, ale ich światy zazwyczaj nie przenikają. Tylko jedna sytuacja ich łączy. Wydawałoby się to za mało, by się dobrze poznać, ale czasami życie zaskakuje. Może jeden rytuał wystarczy, by dostrzec siebie? By móc zrozumieć lepiej niż inni? 

O twórczości autorki słyszałam wiele pozytywnych opinii, które stanowczo zachęcały do zapoznania się z jej powieściami. Zdecydowałam się w pierwszej kolejności na "Normalnych ludzi", ponieważ istnieje ekranizacja tej historii. Postanowiłam sobie, że porównam książkę z serialem. Na razie przeczytałam tylko powieść i moje odczucia są dość mieszane. Na pewno "Normalni ludzie" okazali się czymś całkowicie innym niż oczekiwałam i niekoniecznie wyszło to na ich korzyść. Czemu? Być może po części odpowiada za to fakt, że książkę wysłuchałam w audiobooku, ale jest to niewystarczające, by nie dostrzegać istotnych wad całości. 

Przede wszystkim wyjątkowo mi się nie podobał styl, którym posługuje się pisarka. Wyróżniał się lekkością w odbiorze, co przy powadze tematu wydawało mi się mocno nie na miejscu. Pewnie odebrałabym to w inny sposób, gdyby język był bardziej dopracowany. Tymczasem mam wrażenie, że książka pod tym względem została potraktowana po macoszemu, co spłyciło istotne i poważne tematy. Taki kontrast irytował mnie i niekiedy wręcz odrzucał. Tym bardziej że wkradał się chaos językowy. Przy tak prostym odbiorze, ale zarazem chaotycznym ciężko było mi utrzymać skupienie i brać z odpowiednią dozą powagi tematykę. 

Tak naprawdę pod względem fabularnym nie wiem, o czym są "Normalni ludzie". W książce pojawiło się wiele wątków, ale były one płynne, często niedopracowane i nie mogłam dla nich znaleźć głębszego sensu, nie mówiąc o jakimś celu historii. Długo wierzyłam, że to się zmieni, ale końcówka pokazała mi, że brakuje jakiekolwiek zwieńczenia, czy uzasadnienia przekazywanych treści. Być może wynika to ze wspomnianego chaosu, a być może z faktu, że wielokrotnie fabuła wydawała mi się monotonna, czego efektem było moje znudzenie i chęć odłożenia powieści. 

Pod względem tematyki też mam wiele zastrzeżeń. Tytuł wydaje mi się sugerujący, co samo w sobie jest plusem. Jednak dla mnie autorka pokazała przewrotną, nic nie wnoszącą logikę relacji międzyludzkich. Wykreowała bohaterów, którzy mieli wyróżniać się, być odmienni. Zarazem jako czytelnicy mogliśmy obserwować ich życie i zdać sobie sprawę, jak bardzo podobne jest do naszego, jak mimo ich odmienności normalne. Lecz z czasem było ponownie wskazanie, że Marianne i Connell są wyjątkowi. Czyli podsumowując ten wywód – mamy nienormalnych ludzi, którzy chcą być normalni, gdy tak naprawdę ich życie jest normalne, ale są wyjątkowi, więc nienormalni... Czy dla Was to też jest masło maślane? Jedyną rzeczą, którą z niego wyniosłam, to pytanie: czym jest normalność? Czy w ogóle istnieje coś takiego jak normalność? Wydaje mi się, że pisarka wpadła tutaj we własną pułapkę, zarzucając ludziom, że wpadają dokładnie w tę samą pułapkę. Mocno mnie to zniechęciło do całości. 

Pomijając wymieniony wcześniej wątek, doceniam wnikliwość pisarki. Bez wątpienia stara się ona obserwować świat, ludzi i relacje pomiędzy nimi. W sposób inteligentny wyciąga z tego wnioski i stara się je wykorzystać, by polepszyć świat. Według mojej opinii jest to godne pochwały zachowanie. Dlatego sam koncept powieści szanuję i przyznaję, że mi się podoba. Jednakże pojawia się tutaj również motyw toksycznych relacji i tego całkowicie nie rozumiem. Nie czuję ich źródła i nie widzę jakiekolwiek uzasadnienia. Nie zawsze jesteśmy racjonalnymi istotami, lecz prawie zawsze mamy uzasadnienia na to, co robimy. Niekoniecznie sami je znamy, ale ono istnieje. Tutaj nie miałam pojęcia w tej gmatwaninie emocji i wątków, skąd niektóre zachowania wynikają. I zdaję sobie sprawę, że właśnie w życiu tak to wygląda – nasze emocje i myśli są skomplikowane. Niemiej oczekiwałabym jakiegoś stabilniejszego obrazu historii. Tym bardziej że pojawia się tutaj aspekt depresji, z którego jak zawsze jestem zadowolona. Szkoda tylko że został on spłycony – niestety jak prawie wszystko w tej książce. 

Co do bohaterów to możemy założyć, że tak naprawdę istnieje tylko główna dwójka bohaterów. Pojawiają się jakieś postacie drugoplanowe czy epizodyczne, ale one są tylko tłem i przy tym typie opowieści jestem w stanie bez problemu to zaakceptować. Samej Marianne nie polubiłam, wiele mi w jej kreacji brakowało. Ogólnie rozumiem ją, po części rozumiem ją. Tylko że w moim przypadku to trochę za mało. Natomiast Connell to postać, która prawie, prawie spełnia moje oczekiwania. Jego osoba wiele tłumaczy i wiele ukazuje, ale wydaje mi się, że miał jeszcze większy potencjał. 

Jak sami czytacie, niestety dostrzegłam w "Normalnych ludziach" więcej wad niż zalet. Nie powiedziałabym jednoznacznie, że to nie jest dobra książka. Znajduje się w niej wiele wartościowych i różnorodnych treści, więc też rozumiem, skąd tyle pozytywnych opinii na jej temat. Osobiście na razie czuję się zniechęcona do twórczości pisarki, ale myślę, że w przyszłości dam jeszcze jej szanse. Na pewno dam szansę serialowi. 

piątek, 15 kwietnia 2022

Pani Dobrego Znaku. Wieczne Cesarstwo – Feliks W. Kres

 

Tytuł: Pani Dobrego Znaku. Wieczne Cesarstwo

Autor: Feliks W. Kres

Cykl: Księga Całości

Tom: VI

Kategoria: Fantasy

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 603

Ocena: 6/10






Nasz świat jest tak skonstruowany, że zawsze ktoś musi nim rządzić. Musimy mieć własnych reprezentantów, własnych królów, cesarzy i prezydentów. Zmieniają się tylko nazwy. Mój historyk twierdził, że nie zawsze tak było. Że w odległej przeszłości liczonej w tysiącach lat, ludzie potrafi inaczej żyć, że istniały inne systemy. Przyznam się Wam szczerze, że nie do końca jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wyglądał tamten świat, jak ludzie sobie radzili. Zostałam już stworzona przez obecny system i nawet moja bujna wyobraźnia niekoniecznie jest w stanie pokonać te bariery. A czy Wy jesteście w stanie sobie to wyobrazić? Czy Wam się też wydaje, że być może mógłby to być lepszy świat?

Ezena osiągnęła coś niewyobrażalnego. Zaczynała jako zwykła chłopka, by później przez długie lata być niewolnicą i pewnego dnia stać się Panią Dobrego Znaku. Kto by pomyślał, że książę weźmie ślub z młodą i w dodatku przeciętną niewolnicą? Takie rzeczy się nie zdarzają, a przynajmniej wcześniej się nie zdarzały. Tymczasem Ezena nie dość, że została wyniesiona z dnia na dzień do tak wysokiej rangi, to teraz pragnie sięgnąć po więcej – chce zostać królową. Czy uda się jej to osiągnąć? Czy Wieczne Cesarstwo przetrwa wojnę, udowadniając tym samym, że naprawdę jest wieczne? 

Byłam bardzo podekscytowana tym tomem. Historia niewolnicy, która zyskała tak wiele i bezwzględnie umiała o to walczyć, oddziaływała na moją wyobraźnię i dała mi poczucie, że wszystko jest możliwe. Dlatego z taką niecierpliwością oczekiwałam wznowienia kolejnego tomu. Niesamowicie chciałam dowiedzieć się, co ostatecznie osiągnie, czy w ogóle jest w stanie utrzymać to, co ma. A jej wyjątkowy charakter jeszcze bardziej potęgował moją ciekawość. Jak wypadł szósty tom wieńczący historię Pani Dobrego Znaku? Niestety w mojej opinii bardzo przeciętnie. 

Jednak trzeba zacząć od pozytywów, choć w ogólnym rozrachunku nie zamierzam ich szczędzić. Przede wszystkim wyjątkowo cenię sobie styl Feliksa Kresa. Wyróżnia się on niesamowitą wnikliwością, dokładnością i dopracowaniem nawet najmniejszych szczegółów. To połączenie sprawia, że styl pisarski zachwyca, choć też momentami jest ciężki w odbiorze. Osobiście ten aspekt w żaden sposób mi nie przeszkadza, ale zdaję sobie sprawę, że niektórym może utrudniać czytanie lektury i zniechęcać do niej. Tym bardziej że w tym tomie jest wiele opisów wojennych. Dotychczas nie czytałam wszystkich tomów "Księgi Całości", więc też niekoniecznie mam porównanie do nich. Niemniej piąty tom, aż tak nie skupiał się na poczynaniach związanych z wojną, co prawda trudno, żeby się na tym skupiał, gdy fabuła tego nie wymagała. Tylko że niestety te wojenne opisy w żaden sposób mnie nie interesują, więc ich czytanie było dla mnie żmudne. Całym sercem widzę ich istotność i możliwości, ponieważ były one potrzebne i to właśnie one decydowały o dopracowaniu całości, ale nie umiały mnie oczarować.

Mimo tego że armia i wojna wychodzą na główny plan, to mam poczucie, że "Wieczne Cesarstwo" jest wyjątkowo wolne fabularnie, co było kolejnym nużącym mnie aspektem. Być może właśnie wynika to z faktu, że nie przepadam na dłuższą metę za takimi motywami, więc nie umiałam w nich też dostrzec pozytywnej strony. Wielbiciele mogliby być wręcz zachwyceni. Mimo tego chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej i jak ta historia się skończy, jak potoczą się losy bohaterów. W końcu chodzi tu o Ezenę. Choć jestem pod wrażeniem, jak pisarz kreuje świat i przedstawia go czytelnikom. Jak sami czytacie, jestem sercem z tą szaloną, byłą niewolnicą, lecz widzę też inne strony i ich człowieczeństwo, ich pragnienie wygranej. Niekiedy ciężko było mi się zdecydować, komu ostatecznie należy się to zwycięstwo. 

Bohaterów mamy naprawdę wielu. Niektórych z nich znamy z innych tomów, niektórych dopiero teraz poznajemy. Ciekawym i wartym uwagi jest też zabieg, który niektórych z nich przedstawia tylko i wyłącznie na chwilkę, tak, by dać znać, że istnieją. Wszystkich łączy jedno – mają swoją własną, wielowymiarową historię. Każda z nich jest na swój własny sposób barwna i tłumacząca, co robią w danym miejscu. Autor zgrabnie łączy ich cechy charakteru z doświadczeniami, które przeżyli i które tak naprawdę ich stworzyły. Jeśli miałabym szukać niedociągnięć, to o dziwo wskazałaby na Ezenę. Wydaje mi się postacią wyjątkowo hipnotyzującą, co przedstawił poprzedni tom. Właśnie, poprzedni tom ją stworzył i sprawił, że czytelnicy albo ją pokochali, albo znienawidzili. "Wieczne Cesarstwo" bazuje na tym, nie dodając od siebie prawie nic nowego. To niezmiernie rozczarowujące. 

Mówi się, że powieści fantasy są tylko zwykłymi bajeczkami. Jak dobrze wiecie, całkowicie nie zgadzam się z tym twierdzeniem. Dla mnie prawie we wszystkich przypadkach to niesamowite metafory pozwalające dostrzec nasz własny świat, nasz rzeczywisty świat poprzez nowe, o wiele bardziej wnikliwe spojrzenie. "Pani Dobrego Znaku" udowodniła mi to. Dała poczucie, że każdy niezależnie od statusu i władzy jest człowiekiem. A w całych społeczeństwach tkwi siła. Światem mogą rządzić ludzie wpływowi, ludzie dzierżący władzę albo mający wiele pieniędzy, jednak całe społeczeństwa często są nie do pokonania, co jest doskonale obserwowalne w realu. 

"Pani Dobrego Znaku. Wieczne Cesarstwo" wielokrotnie poruszyło moje serce i dało wiele tematów do przemyślenia. Jednak niestety okazało się też niewystarczające przy swoich poprzednikach, a przynajmniej przy przeczytanych przeze mnie. Spędziłam wiele godzin zmuszając się do czytania i skupiania swojej uwagi na szczegółach według mnie nieistotnych. Doceniam ich istnienie, ale nie zmienia to faktu, że były nużące. Niemniej będę z olbrzymią chęcią czytać kolejny tom, bo czuję, że to on może naprawić moją chwilową niechęć do tego świata.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Fabryce Słów

niedziela, 10 kwietnia 2022

Rodzina w dobrej formie. Jak zachować szczupłą sylwetkę i doskonałą kondycję – Dagmar von Cramm

 

Tytuł: Rodzina w dobrej formie. Jak zachować szczupłą sylwetkę i doskonałą kondycję

Autorka: Dagmar von Cramm

Kategoria: Poradniki, przepisy

Wydawnictwo: Jedność

Liczba stron: 224

Ocena: 7/10





Zdrowe odżywianie jest podstawą. Nie ma tu, co się nad tym zastanawiać. Na szczęście teraz przyszyły czasy, gdy coraz więcej ludzi zwraca uwagę na to, co je oraz czuje potrzebę promowania zdrowego sposobu odżywania się i ogólnie życia. Jednak wbrew naszemu instynktowi i pewnemu wrodzonemu wyczuciu nie zawsze dokładnie wiemy, co jest zdrowe, w jakich ilościach i jak coś w najlepszy sposób przygotować. Dlatego warto czasami sobie pomóc i poszukać informacji pochodzących od ludzi, którzy posiadają naukową wiedzę i są gotowi ją w sposób prosty i przyjemny zaprezentować.

Osobiście jestem człowiekiem, który potrzebuje do życia wyłącznie mleka i czekolady. Pewnie duża część z Was puka się teraz w głowę. Tak, macie rację, to nie jest zdrowe, więc stanowczo muszę ograniczać swoje zamiłowania. Albo co najmniej dodać do nich większej różnorodności. Między innymi dlatego zdecydowałam się zapoznać z książką „Rodzina w dobrej formie. Jak zachować szczupłą sylwetkę i doskonałą kondycję”. Jak sam tytuł mówi jest to książka zawierająca parę rad odnoszących się do dorosłych i dzieci. Oczywiście posiada też intrygujące przepisy na wegetariańskie potrawy. Czy jestem zadowolona, że zdecydowałam się na jej lekturę? I tak, i nie. 

Przede wszystkim zwrócę uwagę na aspekty dotyczące rad, jak się odżywiać i konkretnej wiedzy na temat zdrowia. Na pewno książka poza tradycyjnymi banałami przedstawia czytelnikowi informacje mało rozpowszechnione, a mocno praktyczne. Z zainteresowaniem zdobywałam nową wiedzę i bez problemu odnosiłam ją do swojego własnego życia. Jednak musi być jakieś ale – inaczej nie byłoby zabawy. Często w tekście można było znaleźć odniesienia do badań, które miały być potwierdzeniem przedstawianych treści. Tylko brakowało konkretów – co to były za badania, w jaki sposób wykonane? I oczywiście zdaję sobie sprawę, że przeciętny czytelnik nie siedzi i nie studiuje dokładnie bibliografii i metodologii, bo w końcu nie ma też, co popadać w przesadę w niektórych aspektach. Lecz brakuje choćby poczucia, że nie jest to całkowicie wyssane z palca. Większość faktów, o których mowa, jest na tyle sensowna i logiczna, że ciężko poddawać to w dyskusję, ale jednak może by się przydało… 

Poza tym w książce jest wiele informacji dotyczących bezpośrednio dzieci i ich potrzeb żywieniowych. Uważam to za olbrzymi plus całości, gdyż mam wrażenie, że bardzo łatwo zapomnieć, że dzieci mają jednak inne potrzeby wynikające z dojrzewania, innej jeszcze fizjologii. A problem otyłości staje się coraz większym problemem. Mówi się już nawet o naszym ulubionym ostatnio słowie, czyli o epidemii otyłości. Na razie najczęściej te słowa są wypowiadane w kontekście Stanów Zjednoczonych, lecz bez wątpienia problem istnieje i staje się coraz większy i trudniejszy do pokonania. Przykładowe plany tygodnia dają szansę, by w rozsądny i przewidziany sposób przygotować posiłki dla siebie i dziecka, mając przy tym pewność, że będą one zdrowe, pełnowartościowe i zróżnicowane. 

Przepisy są podzielone porami roku, co również doceniam, bo po prostu łatwiej się w nich odnaleźć. Niektóre z nich mają dopiskę, że szybko się je przygotowuje, co traktuję jako kolejny plus. Tutaj też jest duża różnorodność, gdyż niektóre przepisy są łatwe, przyjemne, a składniki należą do typowych, że większość z nich każdy z nas ma normalnie na co dzień w domu. Lecz jest też wiele przepisów, które dla takiego laika w gotowaniu jak ja, są wręcz niewykonalne i to zaczynając od faktu, że nie mam pojęcia, czym są składniki. Każdy może to odbierać na swój własny sposób. To możliwość poznania czegoś całkowicie nowego, ale to też trudniej dostępne produkty, po które niekoniecznie można od razu iść do sklepu i wziąć z półki. Na szczęście z pomocą przychodzi kalendarz sezonowy w przypadku warzyw, ziół, owoców i zbóż. Łatwo sprawdzić, co w danej chwili ma potencjał urosnąć w naszym ogródku albo być stosunkowo łatwo dostępne w sklepie czy na targu.  

„Rodzina w dobrej formie” dała mi szansę zdobyć nową wiedzę, z czego bardzo się cieszę. Gdyby książka była bardziej dopracowana, miałaby większą szansę zdobyć moją głębszą sympatię. Na tę chwilę uważam, że jest to książka dla osób, które już w tej chwili dobrze znają się na zdrowym żywieniu, jego niuansach oraz na gotowaniu. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

czwartek, 7 kwietnia 2022

The Gravity of Us – Phil Stamper

 

Tytuł: The Gravity of Us

Autor: Phil Stamper

Przekład: Iwona Wasilewska

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 340

Ocena: 5/10







Jako dzieci każdy z nas ma marzenia. Czasami są one niemożliwe do spełniania, czasami absurdalne, jeszcze innym razem zabawne, a niekiedy bardzo konkretne i racjonalne. Tak naprawdę nie ma znaczenia, jakie one są. Liczy się samo ich istnienie, sam proces wyobrażania sobie, jak je spełniamy, jak będzie wyglądać nasze życie, gdy już nam się uda i jak zareagują inni. Chciałabym Wam dzisiaj zdradzić wyjątkowy sekret. Sekret, który pewnie już znacie, ale chciałabym się upewnić, czy tak jest. Otóż dorośli też marzą – dokładnie tak samo jak dzieci. 

Cal pragnie być w przyszłości dziennikarzem. Ma już siedemnaście lat i perfekcyjnie zaplanowaną przyszłość. Jest rozsądnym i pracowitym, młodym człowiekiem, więc pilnie się uczy, angażuje w wprowadzenie swojego kanału z informacjami, swoją drogą bardzo dobrze prosperującego, wybrał też już uczelnię i miejsce, gdzie chce pracować... Ba, nawet dostał tam staż. Cóż może pójść nie tak? Otóż wszystko. Cal pewnego dnia dowiaduje się, że jego tata złożył zgłoszenie do pracy jako astronauta przy najnowszym projekcie NASA, którego celem jest lot na Marsa. Czy jego tata dostanie tę pracę? Czy decyzje rodziców mogą wpłynąć na już prawie dorosłe dzieci? 

W ostatnim czasie "The Gravity of Us" przyciągało mój wzrok. I tutaj podkreśliłabym słowo wzrok, ponieważ mam na myśli, że jestem zachwycona tą okładką. Czym powieść stawała się bardziej popularna i czym więcej pozytywnych opinii czytałam, tym bardziej chciałam ją przeczytać. I to dokładnie zrobiłam. Czy okładka równa się dobra książka? Myślę, że to pytanie nieraz i nie dwa zadał sobie każdy czytelnik i już większość z nas wie, że stanowczo nie można robić takich porównań. 

Zaczynając od pozytywów, jestem pod dużym wrażeniem pomysłu. Wydaje mi się wyjątkowo niesztampowy. Nie przypominam sobie, żebym dotychczas spotkała się, z czymś podobnym. Jednak to, że doceniam jego niekonwencjonalność w żaden sposób nie znaczy, że mi się podobał. Bardzo nie lubię, gdy w książkach jest motyw mediów społecznościowych. Wiem, że to dość absurdalne stwierdzenie, patrząc na to, czym się zajmuję. Lecz po prostu po ludzku, tak niewytłumaczalnie nie lubię. Natomiast loty kosmiczne i reality show, które mają duże znaczenie w tej historii, też nie są tematem, który mnie interesuje. Tym bardziej że oryginalność oryginalnością, ale mam poczucie, że można z tego pomysłu było wyciągnąć o wiele więcej. 

Co ze stylem? Niestety za bardzo nic. Po prostu jest dobry, choć bardziej pasowałoby tu słowo odpowiedni. Nie wyróżnia się niczym, ale ma w sobie coś przyjemnego i pozwalającego na łatwość odbioru. Czyli to, czego można by oczekiwać po literaturze młodzieżowej. W żaden sposób nie jest infantylny, ale też nie ma w sobie tej iskry ani jakiegoś wyzwania. 

Fabularnie "The Gravity of Us" jest bardzo niedopracowane. Po prostu pojawiają się różnego rodzaju luki. Może brakujące treści nie są konieczne do zrozumienia samej fabuły, ale też zabierają panoramiczność opowieści i naturalność. Tak jakby na świecie odbywała się wyłącznie ta jedna historia, a reszta na jej czas się zatrzymała. W dodatku miałam poczucie, że momentami historia jest mocno rozproszona i nie wiadomo, do czego zmierza, przez co staje się nudna. 

Tematycznie... Są dwie strony spojrzenia na to, co przedstawia książka. Jedno spojrzenie odnosi się do relacji, o czym za chwilę dokładniej, drugie do pewnego rodzaju edukacja wartościowania treści – treści, których jest bardzo dużo, o wiele za dużo. Ewidentnie autor chciał poruszyć wiele istotnych tematów w swojej książce, lecz przez ich mnogość były one niedopracowana i przytłaczały, by za chwilkę o nich zapomnieć. Między innymi takim wątkiem jest depresja i zaburzenia lękowe. Cieszę się, że pisarz podkreślił ich istnienie i problematykę oraz sposoby radzenia sobie. To jednak coś z mojej psychologicznej działki. Lecz mam wrażenie, że to trochę czcza robota, gdyż takie ujmowanie tych trudności w kategorii, że raz są, raz nie ma, mimo że zwrócono uwagę, że zaburzenia nie działają na włączanie i wyłączanie, daje mylne wyobrażenie o zmaganiach się z nimi. 

Głównego bohatera, czyli Cala bardzo polubiłam, ponieważ jest postacią o wielu wspaniałych zaletach, ale też wielu irytujących wadach, co daje obraz osoby wyjątkowo ludzkiej i wzbudzającej sympatię. Leon, którego jako czytelnicy poznajemy trochę później, jest postacią niewiadomą. Dowiadujemy się o nim bardzo mało, mimo że miałam wrażenie, że ma być rodzajem bohatera wywołującego głębokie przemyślenia. Tak naprawdę to jest on bardzo poddany schematowi i działaniu etykiet. Ciekawa jest ich relacja, co prawda i w tym przypadku też niedopracowana, ale odmienna od tego, czego się spodziewałam. Ona właśnie jest wolna od opinii innych i tego przylepiania łatki. Troszkę uprzedzając Wam wydarzenia, jest to relacja oparta na romantycznych uczuciach. Większość książek idzie w kierunku pokazania, jak pary nieheteronormatywne muszą sobie radzić z brakiem akceptacji społeczeństwa, oszczerstwami i nietolerancją. Tymczasem tutaj w ogóle tego nie ma. W "The Gravity of Us" jest ukazane, jak to powinno wyglądać, czyli jak każda prawdziwa miłość. Nadaje to naturalności i nadziei. 

Powieść niestety dość mocno mnie rozczarowała. Nie dała spodziewanej rozrywki, momentami nużyła. Bez wątpienia niesie ze sobą wiele wartościowych treści, o których należy mówić głośno. Daje też obraz tego, jak relacje ludzkie powinny wyglądać. Doceniam to i doceniam również pomysł, ale to za mało, by ostatecznie mi się spodobało. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Detektyw Erik Vogler i (nie)prawdziwa dziewczyna – Beatriz Osés García

 

Tytuł: Detektyw Erik Vogler i (nie)prawdziwa dziewczyna

Autorka: Beatriz Osés García

Przekład: Joanna Zeler

Cykl: Detektyw Erik Vogler

Tom: IV

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Akapit Press

Liczba stron: 180

Ocena: 6/10





Czy nie zdarza się Wam mieć poczucie, że wokół Was dzieją się dziwne rzeczy? Jakieś niewytłumaczalne zjawiska? Może nawet paranormalne? Albo niezbyt dobrze ukryte kłamstwa? Intrygi? Jako ludzie mamy gigantyczną wyobraźnię, którą jeśli tylko dostatecznie chcemy, jesteśmy w stanie wykorzystać, by wprowadzić w życie różne szalone pomysły – podyktowane najróżniejszymi powodami. Dla nas może i są logiczne, ale dla innych mogą wydawać się ekstrawaganckie, bezsensowne lub właśnie dziwne. Być może właśnie w tej chwili ktoś jest powodem zdumienia innej osoby. Kto wie...

Erik wraz z babcią i niestety z Zimmerem udał się do Francji na zjazd dinozaurów... No dobrze – na zjazd bardzo starych absolwentów Sorbony. Zdecydował się na tak nudny wyjazd ze względu na niepokojące zjawiska i wydarzenia, które były wykierowane w niego. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie obecność Zimmera. On zawsze wszystko niszczy i utrudnia. Niemniej los jest przewrotny, więc Erik szybko zdaje sobie sprawę, że wyjazd niesie ze sobą różne pasjonujące możliwości. A szczególnie jedną. Na imię jej Cloé i jest przepiękną oraz mądrą dziewczyną. Idealną, by od razu się zakochać, co też właśnie robi Erik. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zdarzenia tragiczne i przyprawiające o dreszcz. Erik po raz kolejny będzie musiał zmierzyć się z niebezpieczeństwem i rozwikłać zagadkę. Czy uda mu się to? Czy dziewczyna odwzajemni jego względy? 

Nie dane mi czytać książek w odpowiedniej według zaplanowanego cyklu kolejności, dlatego przygodę z Erikiem rozpoczynam od czwartego tomu. Zanim zaczęłam czytać tę powieść, byłam niezmiernie ciekawa, co z w niej zastanę. Cykl "Detektyw Erik Vogler" jest połączeniem literatury młodzieżowej wraz z kryminałem. Uważam, że każdy z tych dwóch gatunków niesie ze sobą wiele trudności i połączenie ich zgrabnie jest nie lada wyzwaniem. Czy udało się to pisarce? 

Może zacznę w tradycyjny sposób od stylu, który jest wybitnie łatwy w odbiorze. Oczywiście literatura młodzieżowa powinnam utrzymywać pewną dozę łatwości podczas czytanie, lecz niekiedy wyczuwałam całkowicie niepotrzebny infantylizm. Na szczęście byłam w stanie przymknąć na to oko, gdyż dyskretny dowcip dawał mi powody, by zapominać o wielu wadach. Naprawdę już dawno nie poczułam, żeby jakaś książka sprawiała, że powoli na moich ustach pojawi się subtelny uśmiech, a iskierki rozbawienia pojawią się w moich oczach. Szkoda tylko, że dość często gubiłam się w narracji i nie byłam pewna, kto w danej chwili mówi lub komu towarzyszymy, co niezmiernie mnie irytowało. 

Początki powieści zachwycały mnie, ponieważ wyczuwałam bardzo ciekawy, wyróżniający się niesztampowością klimat. Dobrze, że pisarka ma taki charakterystyczny znak rozpoznawczy. Choć też warto zwrócić uwagę na intrygujący zabieg pochodzący już między innymi z dzieł Agathy Christie. Jestem przekonana, że autorka zafascynowana fenomenem królowej kryminałów, postanowiła zainspirować się i zamknąć swój wykreowany świat, opierając się na wydarzeniach odbywających się na jednej posesji, czerpiąc z przeszłości bohaterów. Choć na pewno czułabym, że obraz zdarzeń jest o wiele bardziej głębszy, gdybym lepiej znała przeszłość Erika i jego bliskich. Na pewno powrócę do pozostałych tomów, by mieć taką możliwość. 

Jak pierwszą częścią książki, byłam mocno zachwycona, to druga mocno mnie rozczarowała. Koło połowy cała fabuła gwałtownie i w sposób nieuzasadniony zaczyna przyśpieszać. Historia nabiera zawrotnego tempa, gdzie wiele wątków zaczyna ginąć, by następnie pojawiły się niespójności i niesatysfakcjonujące mnie rozwiązania fabularne. Żałuję, że pisarka nie pozostała przy pierwotnym tempie i nie wydłużyła opowieści na rzecz bardziej rozbudowanych wątków. 

Parę słów należy też rzec na temat wątku romantycznego, który co prawda należał do naiwnej relacji, ale pozostawał przy tym uroczy i łapiący za serce. Sam Erik jest postacią pod każdym względem niestandardową i niekoniecznie sympatyczną. Osobiście polubiłam go i kibicowałam mu na każdym kroku, jednakże jestem w stanie bez większych problemów wyobrazić sobie, że wielu czytelnikom nie przypadłby do gustu. Taki zabieg cenię całym sercem, ponieważ żeby się na niego zdecydować, należy posiadać pisarską odwagę. 

Jednak młodzieżowe powieści mają to do siebie, że powinny poza rozrywką nieść też jakieś moralizujące wartości. Ten tom "Detektywa Erika Voglera" nie różni się pod tym względem. Możemy obserwować, jakie konsekwencje niosą ze sobą nasze wybory. Wydawać by się mogło, że to tylko te wielkie mają bezpośredni wpływ na nasze życie i życie innych ludzi. Tymczasem nawet najdrobniejsze decyzje mogą zapukać do nas po latach i zażądać zapłaty. Najlepszym dowodem tego jest pojawiający się w powieści motyw zemsty, który należy do wyświechtanych, lecz nadal pozostaje istotny. 

"Detektyw Erik Vogler i (nie)prawdziwa dziewczyna" dostarczył mi odczuć godnych rollercoastera. Najchętniej oceniłabym oddzielnie pierwszą część powieści, a następnie drugą. Ta nierównomierność zaburza obraz całości i nie pozwala mi uczciwie powiedzieć, że książka podobała mi się. Zbyt wiele aspektów zostało niedopracowanych.   

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl