Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura dziecięca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura dziecięca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 sierpnia 2023

Światła Północy. Wyprawa do królestwa trolli – Malin Falch

 

Tytuł: Światła Północy. Wyprawa do krainy trolli

Autor: Malin Falch

Przekład: Mateusz Lis

Cykl: Światła Północy

Tom: IV

Kategoria: Komiks, literatura dziecięca, fantasy

Wydawnictwo: Egmont

Liczba stron: 168

Ocena: 7/10





Sonja wraz ze swoimi przyjaciółmi musi odnaleźć swojego wujka. Wszystko wskazuje na to, że został porwany przez trolle i to właśnie przez nie jest przetrzymywany. Dziewczynka jest gotowa udać się tam, by uwolnić swojego wujka. Towarzyszą jej przyjaciele nietypowi, przyjaciele odmienni, przyjaciele prawdziwi. Jednak zadanie nie jest proste. By je wykonać Sonja może potrzebować czegoś, a raczej kogoś więcej. Czy może liczyć na leśne istoty? Czy uda się jej uwolnić wujka? Co się stanie jeśli nie?

Już dawno nie czytałam naprawdę dobrego komiksu. Ogólnie w ostatnich miesiącach czytałam mniej komiksów. Jednak teraz trafiłam na "Światła Północy" i po opisie wydawały mi się doskonałym wyborem. Co prawda tradycyjnie nie czytałam wcześniejszych tomów, ale w żaden sposób to nie przeszkadzało mi. Było wręcz pozytywnym wyzwaniem i teraz już po przeczytaniu mogę zapewnić, że nieznajomość wcześniejszej fabuły tak naprawdę nie przeszkadza w żaden sposób czytaniu w "Wyprawy do królestwa trolli". 

Dialogi wyróżniają się naturalnością. Gdy czytałam, przed oczami miałam prawdziwych bohaterów i pojawiało się to poczucie, że ta historia mogłaby wydarzyć się naprawdę, oczywiście pomijając magiczne elementy. To były rozmowy, które mogłyby mieć miejsce właśnie w takich sytuacjach i wydawały się jak najbardziej na miejscu. W dodatku okazały się łatwe i przyjemne w odbiorze, co nadawało całości odpowiedniego tempa czytania. Między innymi to właśnie one odpowiadały za zrozumienie tego, co się dzieje. Dyskretnie tłumaczyły wydarzenia z pozostałych tomów i naprowadzały na główny cel fabuły. Poza tym dymki były też dobrze narysowane pod względem kolejności czytania. Mój wzrok po kolei padał na dymki i nie było momentów, bym coś pomyliła lub nie zrozumiała. 

Fabularnie komiks jest wyjątkowo ciekawy. Czytało mi się bardzo szybko i dzięki temu szybko przeczytałam całość. Choć też przyznam, że pojawił się brutalny moment i do tego mam dość ambiwalentny stosunek, ponieważ to jest jednak książka dla dzieci. Wiadomo że to rodzaj fantastyki, gdzie jednak w ten gatunek jest wbudowany jakiś rodzaj walki, momentami brutalności. Lecz to nie zmienia faktu, że można było inaczej poprowadzić ten wątek. 

Bohaterów jest stosunkowo dużo i na swój własny sposób są oni unikatowi. Tak po przeczytaniu tego czwartego tomu mam poczucie, że łatwo się do nich przywiązać i znaleźć swojego ulubieńca, z którym można się utożsamić, a następnie mu kibicować. Choć też przy tak krótkiej fabule bohaterowie są bardziej rozpoznawani poprzez pojedyncze cechy, co po części jest zrozumiałe, ale jest też pewnym rodzajem uproszczenia. 

Natomiast same ilustracje są przecudowne. Kreska ilustratora pewna i charakterystyczna. Przede wszystkim podoba mi się dobór barw. Są one wyraziste, pełne życia. Nadają niezwykły klimat baśniowości, ale też powagi. Są przyciemnione, a czarne tło pod okienka dodatkowo potęguje ten efekt. Razem nadają mrok całości, ale też pewną nadzieję poprzez swoją intensywność. To mocno oddziaływało na moją wyobraźnię. 

"Światła Północy. Wyprawa do królestwa trolli" to wyjątkowo ciekawy komiks dziecięcy. Mam wrażenie, że niejedno dziecko dzięki takiej historii może zostać przekonane do czytania. Magia, barwność historii i bohaterowie, którzy pozwalają sobie na bycie ludźmi przekonują mnie. Dlatego jeśli będę miała możliwość przeczytać pozostałe tomy, to na pewno to zrobię. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

środa, 29 marca 2023

Autystyczny świat Tymka – Ewa Czajka

 

Tytuł: Autystyczny świat Tymka

Autor: Ewa Czajka

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Novae Res

Liczba stron: 136

Ocena: 7/10








Mam poczucie, że w ostatnich latach zaczyna częściej pojawiać się temat spektrum autyzmu. Ze swoich lat dzieciństwa nie pamiętam, żeby ten temat jakkolwiek pojawiał się gdzieś. Nie mam wiedzy, czy miałam wcześniej styczność z osobami ze spektrum autyzmu. Pojawiają się takie luki. Na ile są to luki podyktowane niewiedzą, a na ile milczeniem? Dlatego cieszę się, że teraz coraz więcej mówi się o zaburzeniach psychicznych, rozwojowych i neurorozwojowych. Ta wiedza jest nam potrzebna, ponieważ pozwoli rozumieć lepiej innych ludzi, samych siebie i dostosować zachowania do najróżniejszych sytuacji. 

Te przemyślenia pojawiły się wraz z książką "Autystyczny świat Tymka". Zdecydowałam się przeczytać, a następnie zrecenzować tę powieść, gdyż mam poczucie, że to kolejny krok do zrozumienia, akceptacji i wsparcia. Tym bardziej że wiele rodziców, którzy dowiadują się, że ich dziecko jest w spektrum autyzmu, nie ma w ogóle pojęcia, co to znaczy i jak sobie z tym radzić. Pojawia się zdziwienie, panika, cierpienie. Ale dzięki takim książkom jak ta, to podejście przynajmniej u niektórych osób można zmienić. Wprowadzić je w świat spektrum, w prosty sposób wytłumaczyć, jak bardzo szerokie jest, czym się charakteryzuje i jak wspierać swoje dziecko. 

Sama książka jest napisana wyjątkowo prostym, dziecięcym językiem, co idealnie pasuje do koncepcji tej opowieści. "Autystyczny świat Tymka" to... dosłownie autystyczny świat Tymka, czyli ukazanie świata oczami małego dziecka, które nie rozumie wiele sytuacji ze swojego życia. Część z tego jest jak najbardziej utrzymujące się w normie, jest rozwojowe, ale część zachowań wynika ze specyficznej budowy mózgu. Niesie to za sobą pewną odmienność, która może przynieść wiele cierpienia i trudności, ale za tą odmiennością idą też wspaniałe cechy charakteru i ta książka pokazuje, że tak naprawdę to one dominują i pokazanie, jak istotną funkcję i przy tym niesamowitą odgrywają, pozwala spojrzeć na całe spektrum z całkowicie innej perspektywy. 

Autorka przedstawia bardzo konkretne sytuacje. I według mojej opinii robi genialną rzeczy, gdyż nie udaje, że to nie jest trudne. Bo nie oszukujmy się – nasz świat w niektórych aspektach jest okrutny, więc jakiekolwiek odstępstwa od normy niekoniecznie są akceptowane i zrozumiałe. To smutne, ale jest też faktem. Więc tutaj Ewa Czajka nie zamiata pod dywan cierpienia i gorszych dni, które mogą pojawić się i u rodziców, i u dzieci ze spektrum. Ale gorsze dni, niekiedy cierpienie i pewna bliżej nieokreślona inność dotyczy każdego człowieka. Zarazem tak jak przed chwilą podkreśliłam – autyzm to również wiele niesamowitych umiejętności. Zadaniem rodzica, terapeuty, nauczyciela jest odnalezienie ich, docenienie i danie możliwości dziecku wykorzystać je w satysfakcjonujący dla niego sposób. 

Zarazem w książce można znaleźć wiele gotowych rozwiązań na niektóre problemy. Wiadomo, że autyzm to spektrum, więc pojęcie bardzo szerokie, ale myślę, że wiele tych gotowych rozwiązań może okazać się wspaniałym przepisem na pokonanie trudności albo inspiracją do wymyślenia czegoś własnego, bardziej odpowiedniego dla tego konkretnego dziecka. Tym bardziej że w drugiej części książki jest ukazane, w jaki sposób najlepiej przekazywać różne informacje dotyczące zachowań malucha. 

Na co dzień pracuję z dziećmi ze spektrum autyzmu, dlatego bardzo się cieszę, że trafiłam na tę książkę. "Autystyczny świat Tymka" dał mi szansę, by poukładać sobie w głowie pewne rzeczy, lepiej zrozumieć. Ale też był odpowiedzią dla mnie na potrzebę przekazania pewnych elementów rodzicom. Zastanawiałam się, jak ich wspierać w czasie postawienia diagnozy, jak to powinno wyglądać. Przecież nie dam rodzicom opasłych, naukowych ksiąg z psychologii. Tymczasem taka opowieść oczami dziecka może wiele zmienić.  

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

niedziela, 8 stycznia 2023

NORO-1. Bajka o relacjach i emocjach dla dzieci w spektrum autyzmu oraz ich najbliższych – Joanna Pstrągowska


Tytuł: NORO-1. Bajka o relacjach i emocjach dla dzieci w spektrum autyzmu oraz ich najbliższych

Autor: Joanna Pstrągowska 

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Liczba stron: 70 

Ocena: 9/10







W relacjach międzyludzkich tak wiele się dzieje, że czasami łatwo się w tym pogubić. Żaden człowiek nie jest oczywistą istotą, która zachowuje się w sposób stuprocentowo przewidywalny. Zbiór doświadczeń, predyspozycji, możliwości i czynników środowiskowych sprawia, że przeżywamy różne emocje, działamy w różny sposób i postrzegamy rzeczywistość przez najróżniejsze pryzmaty. Zazwyczaj całkiem nieźle sobie radzimy w kontaktach społecznych, lecz czasami dochodzi do sytuacji bardziej skomplikowanych. Niektórzy z nas nie mają też wrodzonych umiejętności rozpoznawania emocji u siebie, u innych i nie potrafią spojrzeć na świat oczami drugiej osoby. Jak pomóc odnaleźć się takiej osobie w świecie społecznym, tak by i ona miała swoje miejsce wśród ludzi? 

Pewnego dnia stała się rzecz niesamowita! Rzecz, która była mało prawdopodobna, a jednak się wydarzyła. Na planecie Ziemi wylądował statek kosmiczny, a w nim... Robot! Rozumiecie? Prawdziwy robot! Okazało się, że ma na imię NORO-1 i jest sympatycznie nastawiony do mieszkańców Ziemi. Ale czy na pewno? Czy Artur, który go znalazł, również tak uważa? By tego się dowiedzieć, musicie się zapoznać z książką "NORO-1. Bajka o relacjach i emocjach dla dzieci w spektrum autyzmu oraz ich najbliższych". 

Niezmiernie się cieszę, że miałam możliwość zapoznać się z tą książką. W swojej edukacji oraz pracy zawodowej właśnie czegoś takiego potrzebowałam. Jestem fanką prostych rozwiązań, a gdy mam na myśli proste rozwiązania, to uważam, że takimi jest przede wszystkim szeroko rozumiana zabawa. A już na pewno sprawdza się to w przypadku dzieci. Ponieważ pracuję w poradni autystycznej, czuję potrzebę, by dać z siebie jak najwięcej, by jak najwięcej nauczyć te dzieci. Jednak są rzeczy, których nie da się przejść, są obszary, w których trzeba być subtelnym i są obszary, które wymagają systematycznej i długotrwałej pracy. Stąd wydawało mi się, że bajka "NORO-1" może dać nam wiele zabawy, przyjemności, ale też pogłębiać relacje społeczne u moich małych pacjentów w sposób niezbyt dla nich trudny. Czy tak było? Jak najbardziej!

Jednak zacznę od samego stylu autorki. Tutaj tak naprawdę nie ma wiele, co mówić, ponieważ jest typowo bajkowy. Lecz pisarka dbała o tym, by był konkretny i prosty. Nie mógł być przesadnie barwny lub odwołujący się do zbyt nierealnych rzeczy. Musiał znaleźć złoty środek między wspomnianą prostotą, a dobrą zabawą i według mnie to właśnie zrobił. W treści znajduje się wiele metafor, różnych powiedzeń oraz pojęć abstrakcyjnych. Momentami czuć w tym sztuczność i nienaturalność dialogów, ale ma to też swój głębszy sens. Dzieci ze spektrum autyzmu często biorą słowa wyjątkowo dosłownie, co wydaje się logiczne. W rzeczywistości nasz język jest o wiele bardziej skomplikowany i w olbrzymiej mierze bazujemy na jakiś mało logicznych wyrażeniach. Jeśli nie mamy trudności w sferze metaforycznej, to nawet nie zauważamy, jak często wymawiamy jakieś frazesy nie mające pokrycia w dosłowności. Dlatego ta książka jest świetnym kompendium takich powiedzeń, a że dokładnie tłumaczy wiele z nich, to poszerza horyzonty naszych dzieci. 

Cała bajka wyróżnia się spójnością i ukazuje całą gamę różnorodnych ludzkich zachowań oraz emocji. Wskazuje, co jest ich przyczyną, jakie sytuacje mogą wywoływać dane emocje i jak sobie z nimi poradzić, zarazem rozumiejąc, że to naturalne, że się pojawiają. Jest to prosta ścieżka przez skomplikowane połączenia międzyludzkie. Wszystko ubarwiają wspaniałe ilustracje, które też są podpowiedzią, co dzieje się obecnie w historii. Według mnie może to pobudzać wyobraźnię i dawać możliwość lepszego zrozumienia. Natomiast na końcu każdego rozdziały znajdują się pytania do przeczytanej treści i podpowiedzi możliwych ćwiczeń również w oparciu o wcześniejszą treść. Ten aspekt spodobał mi się, bo też dla mnie jako psychologa jest jakąś inspiracją, jak uchwycić informacje pochodzące z tej bajki. Mogę sprawdzić, czy dziecko zrozumiało te treści oraz wyniosło coś konkretnego z nich. 

W tej chwili korzystam już z tej bajki w mojej pracy. Co prawda dosłownie na ten czas zdecydowałam się wykorzystać bajkę w pracy z dziećmi z trudnościami w kontaktach społecznych, jednak nie będących w spektrum autyzmu. W przyszłości na pewno będę rozszerzać grono czytelników. I teraz mogę powiedzieć, że bajka autentycznie wywołuje zaintrygowanie u dzieci i z uwagą jej słuchają, a następnie omawiają ze mną, co się wydarzyło. 

Takie książki jak "NORO-1" według mnie są fantastycznym rozwiązaniem dla każdego dziecka – niezależnie od jego trudności. Dzieci dobrze się bawią, słuchając bajki, a przy okazji poznają nowe powiedzenia i dostają przykłady możliwych sposobów radzenia sobie z emocjami. 

Współpraca recenzencka z Gdańskim Wydawnictwem Psychologicznym

poniedziałek, 2 stycznia 2023

Empatia. 48 ćwiczeń, które nauczą dziecko wyrażać swoje emocje, rozumieć innych oraz dbać o relacje – Hiedi France

 

Tytuł: Empatia. 48 ćwiczeń, które nauczą dziecko wyrażać swoje emocje, rozumieć innych oraz dbać o relacje

Autor: Hiedi France

Przekład: Anna Sawicka-Chrapkowicz

Kategoria: Literatura naukowa, literatura dla dzieci, poradniki

Wydawnictwo: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Liczba stron: 145

Ocena: 9/10





To jak radzimy sobie w kontaktach społecznych, bardzo intensywnie oddziałuje na nasze życie. Wiadomo, że każdy z nas ma różne potrzeby, każdy z nas inaczej patrzy na niektóre rzeczy i każdy z nas inaczej będzie odnajdywać się wśród ludzi. Niemniej jako właśnie ludzie jesteśmy istotami społecznymi, żyjemy w grupach i musimy lepiej lub gorzej się w nich odnaleźć. To jak radzimy sobie z własnymi emocjami oraz jaką wrażliwość mamy na postrzeganie danych sytuacji przez innych ludzi, może się okazać kluczem do własnego sukcesu. Jednak jak sobie z tym poradzić? 

Cieszę się niezmiernie, że powstała książka z myślą o dzieciach, która pozwala zrozumieć pojęcie empatii, a co najważniejsze daje szereg zadań pozwalających odnaleźć empatię w samych sobie i innych. Mam wrażenie, że w biegu łatwo zapomnieć, że dziecko niektórych zachowań musi zostać nauczone. Część z nas szybko odkryła empatię i naturalnie przyswoiła sobie jej działanie, lecz każdy z nas powinien ćwiczyć współodczuwanie, a niektóre dzieci niestety nie radzą sobie z tym, dlatego warto im pomóc. 

"Empatia. 48 ćwiczeń, które nauczą dziecko wyrażać swoje emocje, rozumieć innych oraz dbać o relacje" jest napisana niezmiernie prostym językiem. Przede wszystkim wybrzmiewa z niego wyrozumiałość, ale też swoista płynność dająca poczucie, że nie jest to jakiś nudny podręcznik, ale książka pozwalająca inaczej spojrzeć na świat, a przy tym przynieść dużo zabawy. Czego chcieć więcej od pozycji literackiej, której celem jest uczenie dzieci? W końcu mało które dziecko jest gotowe siedzieć i wykonywać nużące ćwiczenia. Potrzebują odpowiedniej motywacji, a atrakcyjność i zrozumiałość ćwiczeń może być kluczem do rozwijania umiejętności współodczuwania. 

W książce znajdują się najróżniejsze ćwiczenia, które są całą gamą możliwości pokazania dziecku, jak ważne są relacje międzyludzkie, ale też trzymanie własnych granic, rozpoznawanie emocji swoich i innych ludzi oraz dostrzeganie perspektywy innych. Czytając te ćwiczenia, nie miałam wątpliwości, że wspaniale obrazują pojęcie empatii. W tej chwili już wykorzystałam wiele ćwiczeń w formie podstawowej, ale wiele z nich było też dla mnie niezwykłą inspiracją, by stworzyć coś własnego i przystosowanego do możliwości moich pacjentów. Mam poczucie zmiany własnej perspektywy. A doświadczenie z tymi konkretnymi ćwiczeniami pokazuje mi, że dzieci naprawdę się z nich odnajdują. Wykonują je z chęcią, są zaintrygowane, ale też daje mi to doskonałe pole manewru w rozmowie. Przy okazji moje doświadczenie z tą książką pokazuje, że jest to też praca nad moją relacją z moim małym pacjentem. Wychodzą wtedy różne tematy i różne tajemnice, więc dostaję furtkę pozwalającą dowiedzieć się o niektórych istotnych sprawach, które wcześniej albo zostały przemilczane przez dziecko, albo nie padło odpowiednie pytanie z mojej strony. 

Ta pozycja literacka okazała się skonstruowana w bardzo przemyślany i otwarty sposób, co daje pole do wspaniałej pracy terapeutycznej. Jest oparciem i inspiracją. Dla osób, które nie mają wyksztalcenia psychologicznego czy pedagogiczne, może okazać się fantastyczną podpowiedzią, na co zwracać uwagę w relacji z dzieckiem i jak prowadzić małego człowieka, by dostrzegało potrzeby własne i innych i odnajdywało pomiędzy tym złoty środek. Książkę jak najbardziej gorąco polecam każdemu, kto ma bliską relację z dzieckiem. 

Współpraca recenzencka Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

piątek, 2 grudnia 2022

Poławiaczka pereł. Legenda o źrenicy oka – Karin Erlandsson

 

Tytuł: Poławiaczka pereł. Legenda o źrenicy oka

Autor: Karin Erlandsson

Cykl: Legenda o źrenicy oka

Tom: I

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Dwukropek

Liczba stron: 256

Ocena: 8/10






Marzenia są czymś niesamowitym, czymś, co prowadzi nas przez życie i jest w stanie sprawić, że będzie miało ono sens. Samo dążenie do celu jest tak niesamowite i najczęściej towarzyszy mu wielka pasja, że jest tak naprawdę najważniejszą częścią całego procesu. Jednak niekiedy marzenia, dążenie do celu przybierają formę przerażającą, formę, która jest przeciwstawieństwem tego pięknego procesu. Wszystko wynika z granic. Mówi się, żeby podążać za marzeniami, nie poddawać się i dawać z siebie wszystko. Rzadko wspomina się o cenie tego. Czy na pewno zawsze spełnienie celu jest tego warte? 

Miranda od najmłodszych lat jest poławiaczką pereł. Uważa siebie samą za najlepszą ze wszystkich. To ojciec w dzieciństwie uczył ją podstaw. Wtedy też doszło do pewnej tragedii – dziewczynka straciła rękę. To był rekin. Lecz te wydarzenia miały miejsce lata temu, obecnie jest tu i teraz i tylko to się liczy. Tym bardziej że królowa ogłosiła poszukiwania źrenicy oka, czyli najstarszej i zarazem najwspanialszej perły. Czy Miranda postanowi wyruszyć w wyprawę po tę drogocenną perłę? Mówi się, że osoba, która ją odnajdzie nie będzie już nigdy niczego pragnąć, ponieważ będzie miała wszystko. Czy to prawda? Czemu nikt od tysięcy lat jej nie znalazł? 

"Poławiaczka pereł" przykuła moją uwagę swoją przepiękną okładką i nietypowym tytułem. Zastanawiałam się, co on tak naprawdę oznacza. Jest dosłowny? A może jest metaforą? Zresztą ostatnio po prostu mam ochotę na literaturę dziecięcą. Czy moje oczekiwania oparte na solidnych argumentach, czyli czystym przeczuciu, zostały spełnione? Mam ochotę pobyć przez chwilę osobą pewną siebie, więc jednoznacznie odpowiem: oczywiście! Jakże mogłoby być inaczej? 

Pomysł na całą powieść jest po prostu niesamowity. Gdy czytałam, coraz bardziej byłam zachwycona wyjątkową kreatywnością. Wcześniej w ogóle nie spotkałam się w literaturze w motywem pereł, a raczej z motywem ujętym w tak oryginalny sposób. Nie chcę Wam za dużo zdradzać, dlatego też nie opowiem dokładnie, które elementy najbardziej przykuły moją uwagę. Ale jestem przekonana, że większość z Was również zostanie pozytywnie zaskoczona. Ogólnie po przeczytaniu "Poławiaczki pereł" czuję niesamowitą satysfakcję i przede wszystkim dumę z pisarzy, że nadal znajdują tak niekonwencjonalne, nowe pomysły na fabułę. Według mnie to naprawdę godne szacunku. 

Styl autorki jest bardzo ładny. Zdaję sobie sprawę, że to mało konkretne stwierdzenie, niemniej mam poczucie, że idealnie opisuje właśnie stylistykę. Książka jest łatwa w odbiorze, więc młodzi czytelnicy pod względem zrozumienia powinni się w niej odnaleźć. Łączy w sobie również optymalne połączenie barwności i przejrzystości, co ma w sobie coś unikatowego i przekonywującego do całości. W dodatku język wyróżnia się czymś bliżej nieokreślonym, ale zapewne charakterystycznym dla pisarki. Jestem niezmiernie ciekawa, czy wybrzmi to w następnym tomach. 

Natomiast fabuła jest całkowicie nieprzewidywalna. Od prawie samego początku wciągnęła mnie i sprawiła, że koniecznie chciałam dowiedzieć się, czy Mirandzie uda się odnaleźć tę niezwykłą perłę i jak potoczy się jej relacja z pewną dziewczynką. Warto też podkreślić, że książka pod względem miejsc, w których bywa Miranda, jest mocno rozbudowana. Nie jest to może świat z fantastyki przeznaczonej bardziej dla starszych czytelników, ale na pewno jak dla dzieci mocno rozbudowany i dopracowany. Nie jest też światem naiwnym, czy wręcz sielankowym. Tak jak w naszej rzeczywistości da się w nim odnaleźć dobro i zło, ale też niekoniecznie da się je ująć w sztywne ramy. Tam dominowała nadzieja. 

Bohaterowie wyróżniają się wyrazistymi osobowościami, które pozwalają ulokować swoje uczucia. Sama Miranda jest fantastycznie wykreowana, gdyż posiada całą, wielowymiarową historię. Nie jest bohaterem jednoznacznym, którego można ot tak polubić lub znienawidzić. Ona po prostu wywołuje mieszane odczucia i uważam, że te uczucia wynikają z dobrej analizy psychologicznej. W powieści pojawia się też postać, którą uważam za punkt radości – Syrsa. Dzięki niej świat jest pełen barw. 

Tematyka jest nietypowa, a przynajmniej początkowo tak mi się wydawało. Choć muszę się przyznać, że w pierwszych chwilach niekoniecznie potrafiłam ją przenieść na naszą rzeczywistość. Dopiero czym dalej czytałam, tym bardziej widziałam, jak wiele wątków przedstawionych w tej książce możemy odnaleźć w samych sobie. "Poławiaczka pereł" sprawiła, że poddałam wiele spraw głębokiej refleksji. Zaczęłam zadawać sobie pytania, czym tak naprawdę jest pragnienie? Czy jest nam ono potrzebne? I jak daleko sięga? Tym bardziej że poruszone wątki występują w kontekście miłości i istnienia drugiej osoby. Na świecie jest wiele ważnych rzeczy, ale jednak to drugi człowiek powinien być dla nas najważniejszy – nie powinien rywalizować z rzeczami materialnymi. 

Opowieść dla dzieci okazała się tak naprawdę opowieścią dla dorosłych. Oczywiście nasi młodzi czytelnicy na pewno dzięki niej zapoznają się z wieloma wartościowymi treściami. Niemniej mam poczucie, że to często właśnie osoby dorosłe zapominają o tym, co najważniejsze i przede wszystkim czemu jest to najważniejsza. "Poławiaczka pereł" okazała się niesamowicie piękną książką, która zachwyca i uczy. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

sobota, 5 listopada 2022

Pozytywka: Tajemnice przeszłości – Benedicte Carboneill, Gijé

 

Tytuł: Pozytywka: Tajemnice przeszłości

Autor: Benedicte Carboneill, Gijé

Przekład: Maria Mosiewicz

Cykl: Pozytywka

Tom: III

Kategoria: Komiks, literatura dziecięca

Wydawnictwo: Egmont

Ocena: 7/10






Gdy świat czasami przygnębia, warto oderwać się od rzeczywistości i spojrzeć na nią z magicznej perspektywy. Może niekoniecznie będzie to prawda, jednakże każdy z nas potrzebuje chwile przerwy i możliwości uświadomienia sobie, że władamy niesamowitymi możliwościami wynikającymi z wyobraźni. Bo czy nie byłoby cudownie, gdyby nasz świat posiadał właśnie magię? 

Nola otrzymała niezwykły prezent – pozytywkę. Teraz odpowiada za inny świat, którym jest Pandoria. To właśnie ona jest obrończynią mieszkańców Pandorii i to mimo że ma dopiero osiem lat. Tym razem nagle odwiedzają ją przyjaciele, którzy nie do końca rozumieją, czemu młody mieszkaniec ich świata przeszedł przez przejście mimo zakazów. Jednak czy to na pewno był on? Czy może inne mroczne siły przedostały się do naszego uniwersum? Nie pozostaje nic innego jak to sprawdzić. 

Do przeczytania "Pozytywki. Tajemnic przeszłości" przekonała mnie przede wszystkim okładka. Jak już część z Was na pewno wie, jestem straszną sroką okładkową i w odniesieniu do książek "nie oceniaj po okładce" jest niemożliwe. Co prawda nie mam oporów przed przeczytaniem brzydkiej pod względem wizualnym powieści, niemniej to te pięknie oprawione przykuwają mój wzrok. Nie jestem z tego dumna, ale tak właśnie jest. Jestem naraz czytelnikiem i kolekcjonerem. Czy piękna okładka "Pozytywki" miała równie piękne wnętrze? 

Sam pomysł nie przekonał mnie swoją oryginalnością i niesztampowością. Okazał się czymś doskonale znanym w gatunku fantastyki. Ale muszę też Wam powiedzieć, że w żaden sposób to mi nie przeszkadzało, ponieważ cenię podobne motywy i przede wszystkim lubię o nich czytać. Wśród kartek takiej opowieści czuję się bezpiecznie i zawsze doskonale potrafię się odnaleźć. Tak też było w "Pozytywce", więc starając się, na ile to możliwe, ocenić obiektywnie, jest to konwencjonalna historia. A subiektywnie polubiłam ją. 

Natomiast styl pisarski, który oceniam na podstawie treści dymków, był wyjątkowo przejrzysty i prosty w odbiorze, co w przypadku literatury dziecięcej jest doskonałym wyborem. Dzięki temu przedstawione treści będą zrozumiałe. Co prawda, czytając, miałam wielokrotnie poczucie, że jest nienaturalny. W tym, że w przypadku opowieści dla dzieci często mam podobne wnioski, więc być może jest to pewnego rodzaju specyfika lub moje postrzeganie. 

"Pozytywka" jest niesamowicie emocjonująca i pełna akcji. Koniecznie chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej i w jaki sposób autorzy to ujmą. Dlatego też mam poczucie niedosytu, ponieważ książka okazała się dla mnie za krótka. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko powrócić do pierwszego i drugiego tomu, których swoją drogą dla jasności nie czytałam. Opowieść kończy się nieoczywistym morałem, co również mnie pozytywnie zaskoczyło. A oceniając to z perspektywy barwnych i sympatycznych bohaterów, mam poczucie całości i dogrania. Tym bardziej że jak na komiks dla dzieci przedstawiony świat jest bardzo dobrze wykreowany. 

Komiks porusza też niesamowicie trudny, ale też dla wielu osób istotny temat. Mam tutaj na myśli poszukiwanie własnego pochodzenia, które sprawia, że czujemy się pełni i tak naprawdę kształtuje naszą tożsamość. Powinniśmy wiedzieć, skąd pochodzimy i co nas ukształtowało, co sprawiło, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. W "Pozytywce" ujawnia się też wątek tęsknoty za straconym rodzicem, który wybrzmiewa ze zrozumieniem i pocieszeniem. Tym bardziej że historia podkreśla, że czasami należy zrezygnować ze swoich pragnień, ponieważ spełniając je, możemy skrzywdzić inne osoby i odebrać im własne pragnienia. Brzmi to zapewne okrutnie, ale na niektóre sytuacje trzeba patrzeć jak najbardziej perspektywicznie. 

Nie można też zapomnieć o wprost cudownych ilustracjach. Przepiękna kreska ilustratora. Dopracowana w każdym szczególe przy zachowaniu zasad fizyki i przejrzystości. W dodatku wyróżnia się niesamowitą głębią kolorów, która na każdej stronie pozwala pobudzić wyobraźnię i ponieść się opowiedzianej historii. 

Tom trzeci "Pozytywki" okazał się niesamowicie ciekawym i poruszającym doświadczeniem. Naprawdę bardzo mnie cieszy, że obecnie powstają takie opowieści dla dzieci i pozwalają im przekonać się do komiksu i być może literatury. Na pewno będę serię czytać dalej i też powrócę do poprzednich tomów. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

niedziela, 30 października 2022

Lusia – Ewelina Dróżdż

 

Tytuł: Lusia

Autor: Ewelina Dróżdż

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 48 

Ocena: 4/10








W dniu gdy piszę tę recenzję, jest Dzień Dziecka. Myślę, że jest to naprawdę wyjątkowy dzień – i dla naszych małych pociech, ale też dla nas samych. W końcu każdy z nas był dzieckiem, każdy z nas ma jakieś wspomnienia z tego okresu – mam nadzieję, że jak najlepsze – i każdy z nas ma nadal w sobie cząstkę dziecka. Możecie zaprzeczać, ale coś tam z dziecka w nas pozostaje i najlepszą częścią tego jest to, że jest to całkowicie zdrowe i jeśli nie przekroczy się pewnych granic, to wręcz oddziałujące pozytywnie na naszą psychikę. Jesteście dzisiaj gotowi wrócić do dawnych czasów i ponownie spojrzeć na świat oczami małego czytelnika? 

Lusia to wyjątkowe dziecko. Wyróżnia się niesamowitą energią, nawet w porównaniu do swoich rówieśników, wnikliwością i radosnym spojrzeniem na życie. Właśnie, jej spojrzenie jest spojrzeniem dziecięcym i przez to niesamowicie wartościowym i momentami wręcz rozbrajającym i pod względem inteligencji, i pod względem rozbawienia. Dlatego Lusia z taką pasją opowiada o swoich codziennych przygodach. A jakie one są? 

O moim zamiłowaniu do literatury dziecięcej już doskonale wiecie, a ja i tak przecież nie zamierzam się go wypierać. Tym razem trafiłam na przezabawną książeczkę o prostym tytule "Lusia". Typowo dziecięca okłada i zapowiedź powrotu do właśnie tych lat skusiły mnie. W końcu czemu nie? Z chęcią sobie przypomniałam jak to było być małym człowiekiem, które jeszcze nie wszystko rozumie, ale to jest też jego potęgą. Świat stworzony ze schematów, kultury i społeczeństwa jest domeną dorosłych. Dzieci jeszcze są od tego wolne. 

Przede wszystkim w kontekście całości mocno doceniam pomysł. Jak czasami rozmawiam, czy to ze swoimi rówieśnikami czy osobami starszymi ode mnie, to mam wrażenie, że całkowicie zapomnieliśmy, jak to było być dzieckiem. W zwykłej rozmowie tego nie widać, ale jak pojawia się ten kontekst to ewidentnie pamięć nam szwankuje. Dlatego wspaniale, że Ewelina Dróżdż postanowiła za pomocą tej książeczki przedstawić dziecięcą perspektywę – tak dla przypomnienia. W końcu ci mali ludzie, to ludzie, którzy będą tworzyć nasz przyszły świat. Przy tym cała koncepcja jest też wyjątkowo urokliwa. 

Sam styl pisarki jest bardzo prosty, co oczywiście w przypadku literatury dla tak młodych czytelników jest olbrzymią zaletą. Myślę, że bez większych problemów dzieci powinny przebrnąć z rodzicami przez lekturę "Lusi". Niemniej jest w niej mylone wiele fraz, przysłów czy ogólnie zwrotów. Bez wątpienia jest to efekt zamierzony. Sprawia, że historie wydają się jeszcze bardziej zabawne i mają w sobie taką iskrę. Tylko w którymś momencie to nawet mi się zaczęło mylić, jak powinno być poprawnie. Stąd moje przypuszczenia, że dzieci też za bardzo mogą się przywiązać do tych pomylonych fraz. 

Pod względem fabularnym Lusia opowiada nam o swoim codziennym życiu i różnych wydarzeniach. Tak naprawdę to nam może się wydawać, że to codzienne życie, ale dla małej dziewczynki każdy dzień to przygoda, wyzwanie i odkrywanie czegoś nowego. Szkoda tylko, że książka nie posiada większej ciągłości, ponieważ w pewnym momencie takie wyrwane z kontekstu zdarzenia zaczynały mnie nudzić. Na szczęście książeczka jest wprost przezabawna, co przysłania niektóre wady i pozwala na szczery śmiech podczas lektury – a przynajmniej na śmiech dla starszych czytelników. W ogóle mam poczucie, że w "Lusi" jest sporo ironii i sarkazmu, co zapewne miało być przemycone dla rodziców i opiekunów. I tutaj się pojawia problem. Z jednej strony to fantastyczne rozwiązanie, ale z drugiej widzę poważną lukę w nim. Książka, owszem, jest zabawna, lecz nie na tyle, by była jakoś bardzo ciekawa dla dorosłego czytelnika. Natomiast dla dziecka aspekt ironii czy pomyłek nie będzie zauważalny, a może wprowadzać zamęt. W tym momencie dyskredytuje to radość z czytania w przypadku dziecka i dorosłego. 

"Lusia" mimo wielu wartościowych treści i również wielu zalet, nie przekonała mnie do siebie. Były momenty, gdy się nudziłam, gdy przejęzyczenia irytowały mnie i sprawiały, że sama popełniałam pomyłki. Tym bardziej że w większości rozdziałów poza nutą rozbawienia brakuje mi wybrzmiewającego morału, a jednak dla mnie to jedna z najważniejszych części literatury dziecięcej. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

czwartek, 27 października 2022

O bałwanku na przystanku – Marcin Skrzypek

 

Tytuł: O bałwanku na przystanku 

Autor: Marcin Skrzypek

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 42

Ocena: 9/10








Za oknami już ciepłe dni, co prawda przerywane nagłymi deszczami i wichurami, lecz też zwiastujące nadchodzące lato. A może już jest lato, gdy to czytacie? Tak się składa, że tymczasem ja uwielbiam zimę. Wiosna czy lato są dla mnie chwilowym zachwytem, ale szybko mijającym i nasączonym niechęcią. Dopiero jesienne miesiące oddają mi moją energią i pozwalają snuć marzenia o zimie. Nie jest już taka jak kiedyś, gdy codziennością były śnieżyce, a ja chodziłam wśród zasp śniegu i lepiłam bałwany. Czasami mi z tego powodu przykro. Może właśnie dlatego tak dobrze zareagowałam na zabawny tytuł "O bałwanku na przystanku". 

Tej zimy przyszła prawdziwa zima! Taka ze śniegiem i magią Dziadka Mroza, który po latach powrócił na jeden sezon, by przypomnieć jak potężne są jego podmuchy i jak bardzo mogą zaczarować świat. Mroczny poranek, zaspy śniegu i spóźniony autobus... Czasami trzeba tak niewiele, by stało się coś niesamowitego, coś niemożliwego, by stał się cud. Dzieci ulepiły tylko bałwana, ponieważ im się nudziło. W pierwszej chwili nie poczuły podmuchu Dziadka Mroza. Co przyniósł? Jakie dziwy czekają na dzieci na przystanku? 

Uwielbiam literaturę dziecięcą. Wielokrotnie Wam opowiadałam, dlaczego jestem jej tak wielką miłośniczką. To w końcu ona zapoznaje naszych małych ludzi ze światem, to ona ich kształtuje i sprawia, że postrzegają rzeczywistość w określony sposób. W dużej mierze odpowiada za to, kim nasze dzieci będą w przyszłości. Właśnie dlatego według mnie literaturze dziecięcej należy się tak duży szacunek. I tym razem zdecydowałam się zapoznać z krótką książeczką "O bałwanku na przystanku". Dokładnie z tych powodów, o których mówi wstęp. 

Od dosłownie pierwszej strony byłam zachwycona stylem autora. Okazał się niezwykle barwny, oddziałujący na wyobraźnię, ale zarazem wystarczająco prosty w odbiorze, by dzieci mogły go bez większych problemów zrozumieć. A przynajmniej ja tak to oceniam. Pisarz stworzył atmosferę starej bajki, którą tak dobrze pamiętam z moich dziecięcych lat. Mam wrażenie, że początek XXI wieku był przełomem, gdy jeszcze istniały historie oparte na naturze, pełne zrozumienia i pasji, ale powstawały też książeczki, który zachwycały swoim pięknym wyglądem i wśród mądrych słów dokładały nowoczesności. "O bałwanku na przystanku" kojarzy mi się z tym pierwszym rodzajem dzieł dla młodych czytelników, więc czuję radość i nostalgię, że po tylu latach mogłam ponownie wczuć się w ten klimat. Tym bardziej że to nowo wydana książka, więc nie jest wyłącznie wspomnieniem, ale też przyszłością. 

Fabuła wydaje się pozornie prosta i oparta na dość znanych motywach, co jest w tym przypadku dla mnie zaletą, ponieważ odbiorcami są mali czytelnicy i w niektórych aspektach potrzebują uproszczeń. Jednak pomiędzy tymi uproszczeniami pojawiają się treści unikatowe i pełne mądrości. Ma to w sobie niepowtarzalny urok, który oczarował mnie i pozwolił mojej wyobraźni pójść własną ścieżką. Zarazem dostałam możliwość własnej refleksji na temat przyjaźni, natury, wolności istot żywych, śmierci i nadziei. Czy to nie jest niesamowite, że na tych zaledwie czterdziestu stronach znalazło się tak wiele ważnych aspektów naszego życia?

Mogłoby się wydawać, że to za dużo dla dziecka. Niemniej wcale tak nie jest. W książce widzę dwie linie fabularne. Nie są one oczywiste i tak naprawdę dostrzegłam je dopiero w chwili, gdy piszę tę recenzję. Pierwsza w sposób prosty i przy tym piękny tłumaczy młodym czytelnikom te wszystkie wymienione treści. Daje im zahaczenie do własnego postrzegania świata. Natomiast druga linia jest dla dojrzalszych osób, które poddadzą te aspekty wnikliwej analizie. W końcu takie wartości jak przyjaźń i wolność są naszą codzienność, o którą powinniśmy dbać i nie pozwolić jej burzyć. Tymczasem nadzieja i śmierć mimo tak różnej natury mają wiele wspólnego. Łączą się, gdy nadchodzi czas i decydują o naszym szczęśliwym życiu. 

Niesamowicie cieszę się, że ta niepozorna książeczka wpadła w moje ręce, ponieważ oczarowała mnie i sprawiała, że w sercu poczułam ciepło, ale też niezwykłe pokłady zrozumienia i wzruszenia. To wyjątkowe odczucia. Dlatego gorąco Wam polecam "O bałwanku na przystanku" – Wam i Waszym małym czytelnikom. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

poniedziałek, 24 października 2022

Trzynaście krzeseł – Dave Shelton

 

Tytuł: Trzynaście krzeseł

Autor: Dave Shelton

Przekład: Anna Kłosiewicz

Kategoria: Literatura dziecięca, opowiadania, horror

Wydawnictwo: Dwukropek

Liczba stron: 254

Ocena: 8/10







Strach może być czymś więcej niż tylko emocją, reakcją ciała. Strach może tworzyć granice nie do przejścia, ale też dawać olbrzymią motywację. Niekiedy pobudzenie jest tak wielkie, że nie da się przewidzieć skutków. Być może właśnie z tego powodu część z nas tak bardzo lubi się bać i z taką pasją oddaje strasznym historiom. A teraz październik i nadchodzący listopad sprzyjają tym mrocznym, pełnym grozy opowieściom. W szczególności gdy pomyślimy, że nadchodzi Halloween. Nie jest zbyt popularne na naszych terenach, spotyka się nawet z pogardą, jednak jestem przekonana, że część z Was lubi ten klimat i w jakiś sposób oddaje się haloweenowym zwyczajom. Jak to jest u Was?

Jack postanawia odwiedzić dom, który podobno jest nawiedzony. Już od dawna go obserwuje i słyszał o nim rozmaite opowieści. Jednak chłopiec nie wierzy w duchy i nawiedzenia. To nie jego bajka, lecz przecież nie zaszkodzi zajrzeć. I dokładnie tak jak uważał – dom nie jest nawiedzony. Co wcale nie musi oznaczać, że stoi pusty i nikt go nie odwiedza. Jak myślicie – kto przebywa w starym, zniszczonym domu? Czy Jack zaspokoi swoją ciekawość? 

"Trzynaście krzeseł" zainteresowało mnie gatunkiem. Z jednej strony literatura dziecięca, którą uwielbiam i cenię, z drugiej elementy horroru i to wszystko ubrane w opowiadania. Poczułam się zaintrygowana i stwierdziłam, że koniecznie muszę się zapoznać z tą lekturą. Jak moje wrażenia?

Niesamowicie oczarował mnie pomysł na całą koncepcję. Dotychczas nie spotkałam się z czymś podobnym. Oczywiście wiele elementów jest dość typowych i schematycznych, ale autor zgrabnie udekorował to powiewem świeżości, nowości i wyraźnie bijącym klimatem mroku. "Trzynaście krzeseł" to trzynaście opowieści, która się zarazem odrębne, ale coś je ze sobą łączy. Długo myślałam, co to jest i przyznam, że wpadłam na parę koncepcji, które w pewien sposób się potwierdziły, ale też nie do końca. 

Natomiast styl, którym posługuje się pisarz, od pierwszych stron przypadł mi do gustu. Zachwycił przyjemnością czytania, ale przede wszystkim poczuciem autentyczności. Mimo że w niektóre historie można powątpiewać, to i tak całość jest przedstawiona w taki sposób, jakby to wszystko mogło wydarzyć się w rzeczywistości. Tym bardziej że opowiadania intensywnie oddziaływały na moją wyobraźnię, co cudownie łączyło się z unikatowością języka autora i dopracowaniem najmniejszych szczegółów. 

Czytając, czułam gotycki klimat. Od razu powiem, że większość historii nie spełnia typowych wyznaczników gotyku, mimo to atmosfera mroku, tego przyciemnienia i niepewności była cały czas wyczuwalna. Może samo miejsce pozwalało utrzymać ten klimat. Każde opowiadanie było inne i wabiło, by poznać jego rozwiązanie, a tutaj warto wspomnieć, że wszystkie miały otwarte zakończenia, choć myślę, że one po prostu nie potrzebowały słów. Każdy czytelnik kończył je sam według własnych, mocno ugruntowanych przeczuć. Gdy czytałam, miałam olbrzymią potrzebę czytać opowieść za opowieścią i zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje w tym pozornie nawiedzonym domu. 

Nie można również zapomnieć o różnorodnej tematyce opowiadań. Ich celem było wywoływanie strachu i niepewności, lecz każda z nich przekazywała coś istotnego. Wystąpił najbardziej typowy motyw, ale mocno przeze mnie ceniony – motyw zbrodni i kary. To mrok sam w sobie. W końcu jeśli dojdzie do zbrodni, to winny powinien być ukarane. Tymczasem "Trzynaście krzeseł" miało pewną niespójność, która według mojej opinii była stworzona całkowicie świadomie przez autora. Niektóre historie były mocno ugruntowane w tym motywie, natomiast inne łamały standardy sprawiedliwości, ukazując, że i dobrzy ludzie potrafią cierpieć nie za swoje zbrodnie. Co ostatecznie wygrywa? By odpowiedzieć na to pytanie, należy przeczytać tę książkę. 

"Trzynaście krzeseł" okazało się niesamowitą przygodą – pełną napięcia, niepewności, często mrożącą krew w żyłach, jednak na swój sposób genialną. Te opowiadania pozostaną ze mną na dłużej, ponieważ pozostawiły po sobie wiele emocji, ale również przemyśleń. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

piątek, 1 lipca 2022

Przygody Oktawiana – Katarzyna Brzezina

Tytuł: Przygody Oktawiana

Autor: Katarzyna Brzezina

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 52

Ocena: 9/10
 







Pamiętacie czasy, gdy byliście dziećmi? Coś czuję, że to bardzo nostalgiczne czasy. Mam nadzieję, że niosą za sobą jak najlepsze wspomnienia. Ja swoje dzieciństwo pamiętam jako świat pełen magii i barw. Wtedy dosłownie wszystko mnie zachwycało, a dzięki swojej rozbudowanej wyobraźni widziałam stanowczo więcej niż powinnam. Potrafiłam przywoływać pewne rzeczy na zawołanie. Już wtedy można było u mnie zauważyć uwielbienie do najróżniejszych historii. Podejrzewam, że to właśnie z niego wyrosła moja kolejna miłość, czyli literatura. A jak u Was rozpoczęła się przygoda z czytaniem? 

Oktawian mieszka w lesie, ponieważ... Właśnie – czemu? Sam tego nie wie, ale za to wie, że las jest jego domem i rodziną. Czuje się tam bezpieczny i szczęśliwy, a to jest najważniejsze. W pewnym momencie w lesie pojawia się niespodziewany przybysz. Kto taki? A to akurat tajemnica, ale zapewniam Was, że zmieni on losy Oktawiana i całego lasu. Pytanie tylko, czy wyjdzie im to na dobre, czy wręcz przeciwnie? 

"Przygody Oktawiana" zdecydowałam się przeczytać, ponieważ bardzo cenię literaturę dziecięcą, więc też dbam o to, by co jakiś czas zapoznać się z jakąś książką z tego gatunku. W tym przypadku zachęcił mnie opis fabuły oraz promienna zieleń na okładce. W końcu to kolor nadziei i dla mnie skojarzenie ze szczęściem i radością. Czy właśnie tak się czułam, czytając tę książkę?

Pomysł na całość – również na dalsze części historii, których Wam nie zdradzę, musicie sami przeczytać – niezmiernie mi się spodobał. Nie przypominam sobie, żebym spotkała się z czymś podobnym. Gdy czytałam miałam poczucie, że jest prosty, lecz w żaden sposób nie odczułam tego jako wady, gdyż zarazem intensywnie oddziaływał na moją wyobraźnię. To opowieść dla o wiele młodszych czytelników niż ja, więc podejrzewam, że oni nie będą czuli tej prostoty. Pozwolą się porwać wyobraźni, a o to przecież chodzi!

Styl autorki jest dla mnie symbolem ukazania szacunku do swoich czytelników i to bez względu na wiek tych czytelników. Oczywiście i tutaj pojawia się łatwość odbioru osiągnięta za pomocą prostych zdań. Niemniej czuć, że pisarka spędziła dużo czasu nad dopracowaniem stylu. "Przygody Oktawiana" wydają mi się doskonałe dla dzieci. 

Jako dojrzały czytelnik z dość dużym doświadczeniem literackim zapewniam, że książka niesamowicie wciąga. Czytając, koniecznie chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej, jak potoczą się losy bohaterów i jakie będzie ostatecznie zakończenie. Miałam wiele pomysłów i chciałam sprawdzić, ile z nich zostanie spełnionych. Poza tym główni bohaterowie, czyli tytułowy Oktawian i jego przyjaciel Timi, zyskali moją sympatię. Ich kreacja opierała się na głębokiej, jak na możliwości odbioru przez dziecko, analizy osobowości i tutaj ponownie dało się zauważyć dopracowanie. 

Natomiast tematycznie historia jest przepiękna, gdyż jest to opowieść ukazująca wizję prawdziwej przyjaźni, gdzie wyraźnie można zauważyć wagę wzajemnego oddania i lojalności. Są to według mojej opinii bardzo istotne wartości, które należy przekazywać małym ludziom od najmłodszych lat. Tym bardziej że oprócz tego motywu uwidacznia się motyw miłości do rodziny. Nie tej ślepej, ale tej, która jest w stanie zaakceptować pewne wady rodziny i dostrzec jej piękno w codzienności. Za tym idzie też rozróżnianie dobra i zła. 

Nie można też w żaden sposób zapomnieć o cudownych ilustracjach wykonanych przez Annę Andrzejewską. Mają one w sobie niesamowitą głębię dostrzegalną na wielu poziomach. Ilustratorka pomyślała nawet o takich aspektach jak światłocienie, co jest jeszcze kolejnym dowodem na niesamowity szacunek twórczyń do młodych czytelników. Na ilustracjach można dostrzec niesamowitą harmonię nadającą piękna i intensywne barwy dające poczucie, że jest się w baśni, świecie, gdzie nie ma zmartwień. 

"Przygody Oktawiana" okazały się fantastyczną opowieścią dla młodych osób, która pozwala zrozumieć takie wartości jak przyjaźń, miłość, rodzina oraz dobro i zło. Dzięki prostemu odbiorowi i wciągającej historii, łatwo zapomnieć, że jest to tylko książka, a nie coś, co wydarzyło się naprawdę. Wszystko wzbogacają piękne ilustracje. Dlatego jeśli tylko macie dzieci, to nie czekajcie i zaprezentujcie im tę książkę. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

piątek, 17 czerwca 2022

Zaklinacz tygrysów – Roch Urbaniak

 

Tytuł: Zaklinacz tygrysów

Autor: Roch Urbaniak

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Dwukropek

Liczba stron: 88

Ocena: 8/10








Zdarzają mi się dni, gdy wstaję i myślę sobie, jaki ten świat jest piękny. Zdaję sobie sprawę, że piękno jest określeniem wybitnie subiektywnym, a w odniesieniu do świata wyjątkowo zależnym od kontekstu i przeżyć wewnętrznych konkretnych ludzi. Niemniej w takie dni lubię zachwycać się każdą najmniejszą rzeczą. Słońce, deszcz... Czy to nie są niesamowite zjawiska? Piękne kwiaty, radośnie szczekające psy, latające pszczoły i motyle, no i oczywiście uśmiechnięci ludzie. Jeśli popatrzy się na świat z takiej perspektywy, to naprawdę jest wyjątkowym miejscem. Tylko niestety ludzie są też wyjątkowi i mam tu na myśli i pozytywny wydźwięk, i negatywny. W końcu należymy do tej planety, ale też codziennie, w sposób wyjątkowo systematyczny i bezlitosny niszczymy ją. Czy to nie jest pora, by zawalczyć o naszą Ziemię? 

W Najdalszej Zatoce pewnego dnia doszło do niesamowitego wydarzenia. Wystąpił mistrz fletu Ari! To był niezapomniany występ. Artysta grał tak przepięknie, że wszystko zastygło i wsłuchało się w grane przez niego utwory. Koncert trwał w najlepsze, jednak coś nagle go przerwało. A tym czymś tak naprawdę okazał się tygrys. Tygrysy mają niepokorną naturę, a ten w sposób widoczny okazywał swoje złe nastawienie i złość. Czym bardziej się złościł, tym był większy i groźniejszy. Co z tego wynikło? Jak Najdalsza Zatoczka poradziła sobie z tym rozwścieczonym zwierzęciem? Czy koncert został kiedyś dokończony? 

Gdy tylko po raz pierwszy zobaczyłam zapowiedź tej książki, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Po prostu muszę! Nie ma tutaj, o czym mówić. Ilustracje i raczej nietypowa tematyka zachęcały i obiecywały równie niezapomnianą przygodę jak wspomniany występ. Jak się oprzeć czemuś takiemu? Zwłaszcza, gdy obejrzało się część prac ilustratora, który również odpowiada za tekst. Niesamowite! Czy moje podekscytowanie pozostaje takie samo po przeczytaniu tej książeczki? Oczywiście, że tak! Liczba wykrzykników, które staram się ograniczać, mówi sama za siebie. 

Zaczynając wedle mojej tradycji od pomysłu – wyjątkowo niesztampowy. Wprost kipi oryginalnością, a ja zawsze cenię nowe perspektywy patrzenia na świat i nowe wyżyny wyobraźni. Roch Urbaniak tą książką udowodnił, że doskonale zwiedził wszystkie szczyty właśnie wyobraźni. Nigdy dotychczas nie spotkałam się z podobnym pomysłem i warto zaznaczyć, że wyjątkowo przypadł mi do gustu. Wyróżnia się barwnością i odkrywczością. 

Tymczasem styl autora tylko dodatkowo podkreśla wspomnianą barwność. Już od pierwszych stron robi niesamowite wrażenie, poprzez wiele opisów krajobrazów i możliwych przeżyć wewnętrznych. Jednak nie są one przytłaczające i nie są też pod żadnych pozorem nudne. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to one odpowiadają za pobudzenie wyobraźni i możliwość podążania za całą opowieścią. Tym bardziej że przy tym styl pisarski jest stosunkowo łatwy i przyjemny w odbiorze, co sprawi, że młodsze dzieci nie powinny mieć za bardzo problemów ze zrozumieniem. A starszy czytelnik na pewno doceni taką dozę fantazji. 

"Zaklinacz tygrysów" pod względem fabularnym wciąga od samego początku. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się w Najdalszej Zatoczce i skąd oraz po co wziął się ten tygrys. Te pytania prowadziły mnie przez całą historię, nie pozwalając się oderwać od lektury. Dominował wyjątkowo rozbudowany jak na literaturę dziecięcą świat, który ciekawił i inspirował. Razem z treścią można było go tworzyć w wyobraźni i nie było tu żadnych ograniczeń. Tym bardziej że główni bohaterowie zyskali też moją sympatię, więc kibicowałam im i równie mocno jak oni pragnęłam, by spełnili swoje cele. Okazało się, że mamy naprawdę bardzo zbieżne marzenia i plany. 

Jednak w całej książce przede wszystkim chodzi o tematykę wyróżniającą się szerokim zakresem, ale niezmiernie istotnym. W niesamowicie barwny sposób autor wskazuje na problem ekologiczny naszej planety i konieczność walczenia o nią. Przeplata to z pragnieniem wolności i możliwości dokonywania swoich własnych wyborów. Wybrzmiewa to przede wszystkim w kontekście zwierząt i naszym zbytnim wkraczaniem w ich naturalne środowiska. Niemniej dla ludzi też jest miejsce. Mimo naszych błędów i niepokorności oraz pragnienia zawładnięcia światem, również do niego należymy i mamy swoje własne miejsce. Tylko musimy pamiętać właśnie o tym – mamy własne miejsce, własną rolę i tego powinniśmy się trzymać. Wtedy być może świat pozostanie nadal przepiękną, pełną życia i niesamowitości planetą. Czy to nie byłoby cudowne?

Tematyka powieści daje nadzieję, a ilustracje sprawiają, że warto za nią podążać. Są po prostu nieopisywalnie cudowne. Tutaj ponownie powracamy do oryginalności. Oryginalny jest pomysł, co na nich się znajduje, oryginalna jest kreska Rocha Urbaniaka i oryginalny jest całokształt. Pod względem artystycznym to dosłownie niezapomniane wrażenie. Przy tym dobór barw sprawia, że łatwo oczami wyobraźni przenieść się do przedstawionych miejsc. Tym bardziej że ilustrator zadbał o szczegóły. 

"Zaklinacz tygrysów" to wyjątkowa opowieść o nadziei, przyjaźni i walce o szeroko pojętą wolność. Zarazem nie ma oczywistego podziału na dobro i zło. Każda postać i każda historia jest poruszona z wielu perspektyw i pozwala na własne wnioski. Tłumaczy przyczyny, działania i konsekwencje. Takiej powieści potrzebują zarówno dzieci, jak i dorośli. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

niedziela, 29 maja 2022

Bliźnięta Tuttle i centralne plażowanie – Connor Boyack

 

Tytuł: Bliźnięta Tuttle i centralne plażowanie

Autor: Connor Boyack

Przekład: Marcin Zieliński

Cykl: Bliźnięta Tuttle 

Tom: V

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Instytut Ludwiga von Misesa

Liczba stron: 60

Ocena: 4/10





Codziennie poruszamy się w jakiś ustalonych miejscach. W przypadku miast są to najczęściej ruchliwe ulice, pełne samochodów, ludzi, sklepów i innych parceli. Dzień w dzień mijamy wszystkie budynki i często zdarza się, że nawet im się nie przyglądamy, nie zastanawiamy, co one tak naprawdę tutaj robią i jak zostały stworzone. W końcu sklep to sklep, co tu więcej dywagować. Tymczasem każde miejsce właśnie typu sklepy, różnego rodzaju usługi, parki ma za sobą jakąś historię i ich pojawienie wpływa na sąsiadów. Dlatego tak ważne jest, by tam, gdzie jest możliwość, układ atrakcji i usług był przemyślany. Chcecie dowiedzieć się więcej? 

Bliźnięta tym razem ruszają na plażę. Wydawałoby się, że to będzie wspaniała wycieczka do dobrze znanych, a przez to nostalgicznych miejsc. Tymczasem rzeczywistość zaskoczyła i... Ukochane miejsce stało się puste. Większość symboli promenady znikła, a te, które pozostały, walczą o przetrwanie. Co takiego się stało? Czy da się ten proces odwrócić? Jak poradzą sobie z tą sytuacją bliźnięta Tuttle? 

W ostatnim czasie miałam już możliwość zapoznać się z jednym z tomów cyklu "Bliźnięta Tuttle". Byłam bardzo ciekawa, co przyniesie ta seria. Zapowiadała się intrygująco, a przy tym obiecywała nieść wartościowe treści, które mogą młodszych czytelników wiele nauczyć. Niestety mimo że doceniłam całą koncepcję, jeden z poprzednich tomów – "Potwór z Wyspy Jekylle" – nie spodobał mi się. Lecz drugie podejście, to druga szansa i nowe nadzieje. Czy zostały spełnione? 

Sam pomysł naprawdę bardzo intensywnie do mnie przemawia i jestem niezmiernie podekscytowana, że ktoś myśli w kontekście, że małe dzieci nie są głupiutkimi istotkami, tylko mają jeszcze inne możliwości niż dorośli, co nie znaczy, że pewnych spraw nie są w stanie zrozumieć. Trzeba tylko inaczej do nich podejść. Jednak teraz odczuwam, że mimo mojego pozytywnego spojrzenia na wiedzę dzieci, są jakieś granice. Dlatego tematyka centralnego planowania, która jest przedstawiona w tym tomie, wydaje mi się tematem zbyt skomplikowanym dla młodych czytelników. A przynajmniej zbyt skomplikowanym na poziomie, na którym jest przedstawiona. Być może bardziej elementarne podejście okazałoby się tutaj słuszniejsze. 

Mimo że to już piąta z cyklu część, to nadal książka wydaje mi się zbyt infantylna – nawet dla dzieci. Pisanie książek dla dzieci jest nie lada wyzwaniem, a mali czytelnicy są wymagający i bezkompromisowi w swoich ocenach. A ta książka niesie ze sobą dozę pretensjonalności w odbiorze. Oczywiście tutaj nie mówię o czymś bardzo negatywnym, zapewne w ogóle nieświadomym, ale miałam wrażenie, że autor nie bierze na poważnie swoich czytelników. Skupia się wyłącznie na głównym temacie, a zapomina, że to jednak książka, więc liczy się również warsztat literacki. 

Pisarz również zapomina o trudności związanej z pojęciami abstrakcyjnymi. One czasami potrafią być dużym problemem dla czytelnika o wiele dojrzalszego, a co dopiero dla tak młodych ludzi. Zdaję sobie sprawę, że przecież pojęcie takie jak miłość, czy przyjaźń wprowadza się od najmłodszych lat, a one też są abstrakcyjnymi pojęciami. Niemniej w tym przypadku oprócz tego kłopotu dochodzi problem z logicznym myśleniem. To połączenie dla dziecka o przeciętnym poziomie inteligencji może być zbyt trudne. 

Tym bardziej że w "Centralnym plażowaniu" brakuje dla mnie konkretnej fabuły. Owszem – pojawiają się różne wydarzenia, uporządkowane w sposób spójny, ale brakuje w nich widocznego celu i przede wszystkim wydają mi się nudne. Być może mój sceptycyzm wynika z tego, że sama musiałam mocno skupić się na czytaniu tej książki, żeby zrozumieć, na czym dokładnie polega to centralne planowanie. Dobrym pomysłem byłoby dodanie czegoś bardziej emocjonującego do akcji. Tak, by czytelnik miał możliwość się rozluźnić. 

Również ilustracje nie przypadły mi do gustu, gdyż mam mocne skojarzenie z typowo szkolnymi podręcznikami. Jednak na końcu książki można znaleźć słowniczek oraz pytania do dalszej dyskusji, co według mnie jest fantastycznym rozwiązaniem, gdyż wtedy można uporządkować wiedzę dziecka i dodatkowo sprawdzić, czy przedstawione treści są zrozumiałe w szerszym kontekście. 

Niestety cykl "Bliźnięta Tuttle" okazał się nie dla mnie, a raczej wyjawiając swoją opinię, daję znać, że nie uważam go za dobry wybór dla dzieci. Choć tu warto pamiętać, że jest to wyłącznie moje zdanie, oparte na moich własnych odczuciach, a najważniejszy jest młody czytelnik. Na razie nie miałam okazji sprawdzić reakcję dziecka, niemniej niedługo to planuję i być może wtedy moja opinia uleganie zmianie. I mimo mojej otwartej krytyki jestem ciekawa, co kryją poprzednie części, więc być może i z nimi się zapoznam. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

czwartek, 19 maja 2022

Bliźnięta Tuttle i potwór z Wyspy Jekylla – Connor Boyack

 

Tytuł: Bliźnięta Tuttle i potwór z Wyspy Jekylla

Autor: Connor Boyack

Przekład: Marcin Zieliński

Cykl: Bliźnięta Tuttle

Tom: III

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Instytut Ludwiga von Misesa

Liczba stron: 66

Ocena: 5/10





Nie macie może wrażenia, że w szkołach uczy się zbyt schematycznie i zbyt ograniczająco? Nie, nie, nie odpowiadajcie na to pytanie. Jest retoryczne i mogłoby nieść za sobą niekończącą – jakkolwiek słuszną – ale nadal niekończącą się dyskusję. Czasami mam taki pomysł, że można by do edukacji wprowadzić więcej przedmiotów specjalistycznych, które pozwoliłyby młodym ludziom poznać podstawy niektórych dziedzin, a co za tym idzie dostać szansę, by lepiej zapoznać się z możliwymi zawodami. Zdaję sobie sprawę, że to słowa idealistyczne, lecz być może w naszym systemie niedługo się coś zmieni. 

Otóż dwójka bliźniąt dostaje szansę, by zapoznać się z pojęciem ekonomii, gospodarki i społeczeństwa. Czy to w ogóle możliwe, by tak młode i niedojrzałe jeszcze osóbki były w stanie zrozumieć te pojęcia? Oczywiście, że tak, a prawie wszystko zaczyna się od kina, dziadka i... potwora! Tak niepozornie łączące się wątki przedstawiają obraz mechanizmów gospodarczych, które powinny dzieciom przybliżyć niektóre ważne pojęcia. 

Co o tym sądzicie? Osobiście koncepcja bardzo mi się podoba i robi wrażenie na mnie, że ktoś postanowił podjąć się tak trudnego zadania. Ta wiara, że nawet małe dzieci są w stanie zrozumieć wiele, tylko wystarczy im to odpowiednio wytłumaczyć, jest czymś pociągającym i pozwalającym porwać się idei. Mimo mojego pierwotnego zachwytu nad tym pomysłem, od początku miałam wątpliwości, czy na pewno prawa ekonomii są czymś potrzebnym i możliwym do zrozumienia dla dzieci. Przyznaję się do tego z bólem, ale tak – zwątpiłam w to. 

Jednak przechodząc na razie do warsztatu literackiego, jednoznacznie uznaję, że styl pisarski jest wyjątkowo infantylny i pozbawiony jakiegokolwiek artyzmu i polotu. Doskonale zdaję sobie sprawę, że to książka dla dzieci, więc oczekiwanie skomplikowanych zabiegów literackich byłoby nie na miejscu, jednakże czytam literaturę dziecięcą i wiem, czego można się po niej spodziewać. Mam wręcz teorię, że literatura dziecięca wyróżnia się wybitną kreatywnością i często góruje nad książkami dla dojrzalszych czytelników. Niestety tu tego nie poczułam. Odnośnie stylistyki zdziwiło mnie również tłumaczenie, a konkretnie dialogi, które nie zaczynały się od myślników, co jest poprawne w Polsce, a miały wersję anglojęzyczną, czyli cudzysłowy. Moja wiedza jest za mała, by mieć pewność, że jest to niepoprawne. W żaden sposób też mi nie przeszkadzało, tylko wywarło dozę zdziwienia. 

Fabuła jest dla mnie rodzajem znaku zapytania, gdyż z jednej strony mam wrażenie, że jest niezmiernie skomplikowana i łatwo się w niej pogubić, z drugiej strony wydaje mi się przesadnie prosta. Ta niespójność mocno mnie irytowała podczas czytania. Cały czas brakowało mi głównej linii fabularnej, do której mogłabym się odnieść. Po prostu konstrukcja książki była zachwiana, ponieważ brakowało podstaw. Lecz żeby zbytnio nie narzekać, był jeden wielki plus – metafora ośmiornicy. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, niemniej jestem pod wrażeniem, jak w zgrabny sposób zostało wykorzystane to zwierzątko i jak wiele można było wytłumaczyć na podstawie jej macek. 

Mimo wspaniałego pomysłu jestem zdania, że ta książka nie wytłumaczy dziecku mechanizmów gospodarki i ekonomii. To nadal jest nawet dla mnie niezrozumiałe i niepełne. Być może u dzieci jest to kwestia wieku, ale dziecko przez kilka pierwszych lat nie radzi sobie zbyt dobrze z pojęciami abstrakcyjnymi, dlatego ten temat może przewyższać zasoby dziecka. Należałoby wejść w większą konkretność, lecz nie mam najmniejszego pomysłu, jak tego dokonać. Ogólnie ciekawym wydawniczym zabiegiem jest wprowadzenie słowniczka na końcu książki, który pozwala dziecku uporządkować niektóre definicje. Poza tym na końcu znajdują się również pytania do dalszej dyskusji, co jest dodatkowym plusem pozwalającym na sprawdzenie poziomu zrozumienia przez dziecko. 

Niestety "Bliźnięta Tuttle i potwór z Wyspy Jekylla" okazały się w moim mniemaniu zbyt skomplikowana książką dla dzieci. Doceniam pomysł i niektóre zabiegi, lecz brak lekkości pióra, typowo podręcznikowe ilustracje oraz brak atmosfery określanej przeze mnie jako polot, sprawiły, że nie jestem w stanie polecić Waszym pociechom tej pozycji. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

środa, 23 marca 2022

Mały Lord – Frances Hodgson Burnett

 

Tytuł: Mały Lord

Autor: Frances Hodgson Burnett

Przekład: Joanna Wadas

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: MG

Liczba stron: 294

Ocena: 8/10







Czasami mam takie idealistyczne myśli, że gdyby każdy człowiek na świecie byłby dobry, to świat byłby dobry. Takie proste, wynikowe spojrzenie. Czy na pewno byłoby tak? Sądzę, że w tym toku myślenia nie brane jest pod uwagę, że jako jednostki mamy różne pragnienia, różne aspiracje i znajdujemy się w różnych sytuacjach, więc często nawzajem przeczymy sobie, a nasze cele nie są spójne. W tym kryje się niepohamowane piękno, jednakże też wiele trudności, które niekiedy ciężko pokonać. Jednego jestem pewna – bycie dobrym może nie rozwiązałoby wszystkich problemów, ale na pewno sprawiłoby, że większość cierpienia znikłaby z tego świata, a życie byłoby po prostu lepsze. Może to naiwne, ale kto nie pragnąłby żyć w świecie pełnym szczęścia? 

Cedryk jest siedmioletnim chłopcem mieszkającym w Nowym Jorku, którego wszyscy uwielbiają. Wyróżnia się niespotykaną, wręcz oszałamiającą urodą. Przy tym ma niesamowicie dobre serce, a jego elokwencja i pęd do wiedzy zaskakują niejedną osobę. Niejedną osobę też rozśmieszają, gdy mały, uroczy Cedryk wysławia się archaicznym i skomplikowanym słownictwem. Niestety przedwcześnie stracił ojca i razem z matką muszą sobie jakoś radzić. Wszystko się zmienia, gdy Cedryk dowiaduje się, że tak naprawdę wywodzi się z angielskiej arystokracji i jest jedynym żyjącym dziedzicem ziem swojego dziadka – hrabiego. Co czeka chłopca w przyszłości? Jak poradzi sobie w obliczu olbrzymiej fortuny i starego, zgorzkniałego dziadka?

Frances Burnett jest pisarką, do której czuję olbrzymi sentyment. Przede wszystkim za sprawą "Tajemniczego Ogrodu", który wiele lat temu oczarował moje czytelnicze serce. Niedługo będę ponownie zapoznawać się z tą tak dobrze wspominaną przeze mnie książką. Tymczasem niedawno miałam przyjemności wreszcie zapoznać się z innym jej dziełem, czyli "Małą Księżniczką". Powieść mnie na swój unikatowy sposób urzekła i dała wiele ciepła. Dlatego teraz przyszedł czas na "Małego Lorda". Co ta opowieść ze sobą przyniosła?

Ogólnie bardzo szanuję styl pisarski autorki, gdyż prowadzi człowieka przez odmęty wyobraźni i sprawia, że każda przedstawiona rzecz staje się realna i przy tym piękna. O dziwo pisarka potrafiła sprawić, że nawet rzeczy brudne, nienawistne i pogardzane zachwycają i niosą przyjemność. Bez wątpienia Burnett miała niezwykły talent. Poza tym posługiwała się dość opisowym językiem, co pozytywnie wpływa na odbiór treści, ale nie jest też przesadne. Nie ma tutaj też miejsca na infantylizm. Oczywiście to literatura dziecięca, więc wiele spraw jest uproszczonych, ale w żaden sposób nie odrzucają. 

"Mały Lord" pod względem fabularnym jest niezmiernie prosty i dzieje się w nim mało, lecz mi to nie przeszkadzało. W tym przypadku cały czas opieram się na stwierdzeniu, że to ma być powieść dla dzieci, więc musi być na swój sposób prosta i dająca możliwości zrozumienia. Niekiedy pisarze mają tendencję do przesadzania – ich książki są zbyt rozbudowane lub wręcz przeciwnie, zbyt banalne. Ta powieść jest wprost perfekcyjnie wyważona, co jest atrakcyjne dla dzieci. 

Kreacje bohaterów również wyróżniają się pewnego rodzaju prostotą. Zazwyczaj opierają się wyłącznie na kilku głównych cechach, które dominują i nie pozwalają zaistnieć innym cechom. Brzmi to jak przepis na zirytowanie mnie, jednakże i tutaj działa wcześniej wymienione założenie, że to historia dla dzieci. Sam Cedryk jest postacią niezmiernie przeidealizowaną. Piękny, inteligentny, uroczy i o dobrym sercu. Czego chcieć więcej? Muszę to przyznać – chwyta za serce i przedstawia jak najlepsze wzorce. Może trochę naiwne i niekiedy niemożliwe, ale pozostają wartościowe w kontekście dzieci. Natomiast hrabia okazał się całkowicie inny niż się spodziewałam i przy tym zostałam pozytywnie zaskoczona. Nie do końca jestem w stanie określić, na czym polega ta inność. Na pewno w sposób ciekawy jest przedstawiony proces zmian, których prowokatorem jest Cedryk. 

Tematycznie powieść jest o... O tym jak być dobrym człowiekiem. To właśnie dobro daje ludziom szczęście i pozwala całkowicie inaczej spojrzeć na świat. Zarazem przedstawiony jest obraz człowieka, którego nadmiar pieniędzy i zbyt wielka dumna doprowadzają do pewnego rodzaju upadku i skrajnej samotności. Cała ta wizja trąci naiwnością i nierealistycznością, ale ujmuje i daje nadzieję na lepsze jutro. 

"Mały Lord" to opowieść urocza, niosąca ze sobą wiele wartościowych treści, które niekiedy zostają zapomniane we współczesnym świecie. Mimo to nawet po tylu latach od napisania zachowuje uniwersalność. Cieszę się, że wreszcie się z nią zapoznałam. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu MG 

czwartek, 3 marca 2022

Podwójne mosty Wenisany – Linor Goralik

 

Tytuł: Podwójne mosty Wenisany

Autor: Linor Goralik

Przekład: Agnieszka Swoińska

Cykl: Wenisana

Tom: II

Kategoria: Literatura dla dzieci

Wydawnictwo: Dwukropek

Liczba stron: 224

Ocena: 5/10





Dzieciom nie mówimy wszystkiego. Czasami wynika to z tego, że po prostu nie wierzymy, że zrozumieją. Innym razem chcemy je chronić przed okrutną prawdą. A jeszcze innym razem obawiamy się, że powtórzą nasze słowa niepowołanym osobom. Na pewno powody mogą być jeszcze inne, jednak konkluzją jest, że dzieciom mówi się naprawdę mało. Niektóre prawdy chcemy zachować dla siebie, bo wiemy, że te małe istotki mimo różnych przewinień jeszcze są czyste, jeszcze nie rozumieją, jak świat potrafi być brutalny, niesprawiedliwy i okrutny. Czy na pewno nie rozumieją? Czy życie nie niesie niekiedy przyśpieszonych nauk? 

Agata została wykluczona ze społeczeństwa. Objawia się to milczeniem innych osób, pomijaniem jej, dawaniem najgorszych prac i wyzywaniem. W końcu jest dziewczynką, która zaczęła wojnę... Trudno z takim przydomkiem znaleźć sobie przyjaciół, a co najgorsze trudno utrzymać nawet tych wcześniejszych, tych pozornie prawdziwych. Dziewczynka musi zmierzyć się z pogardą, ale też wszechogarniającą jej świat wojną, która niesie ze sobą wiele śmierci i wiele rannych oraz strach, że parter, na którym jeszcze niedawno mieszkała, zostanie zatopiony. Razem z innym dziećmi przeniosła się na pierwsze piętro, gdzie pomaga u mnichów w szpitalu, ale życie i tam nie jest usłane różami. Jak poradzi sobie ta dzielna dziewczynka? Co jej przyniesie przyszłość? 

Po pierwszym, niestety nieudanym, spotkaniu z twórczością Linor Goralik postanowiłam dać jeszcze szansę "Wenisanie". W końcu wiadomo, że czasami pierwsze tomy nie wychodzą, a autorzy potrafią zachwycić umiejętnością wychwytywanie błędów oraz nauce poprzez konstruktywną krytykę. Czemu i w tym przypadku nie miałoby tak być? I pewnym sensie było, bo drugi tom spodobał mi się istotnie bardziej niż pierwszy, niemniej nadal czuję się rozczarowana całą historią. Dlaczego?

Chyba największym i według mnie niewybaczalnym mankamentem jest styl pisarki. Jest niesamowicie chaotyczny i niedopracowany. Mimo że to powieść przeznaczona dla dzieci wielokrotnie gubiłam się w fabule. Miałam wrażenie, że wiele wątków urywa się, by już nigdy nie wrócić, za to niekiedy pojawiają się inne wątki, których pochodzenia w ogóle nie umiem określić. Już to dyskredytuje dla mnie tę powieść, ale potrafię przedstawić jeszcze więcej wad powiązanych ze stylistyką. Przede wszystkim słownictwo – znalazło się w tej historii tak wiele słów, których nie znam, tak wiele niepotrzebnych neologizmów, że było to dla mnie przytłaczające. I w tym miejscu przyjmuję, że ta wada być może pochodzi od tłumacza, który zdecydował się na taką formę. W oryginale może jest to bardziej zrozumiałe. Lecz podsumowując ten aspekt, nie wyobrażam sobie, by dziecko mogło bezproblematycznie zrozumieć opowieść. 

Natomiast co do fabuły mam bardzo ambiwalentne odczucia, więc może po prostu zacznę od wad. Fabuła jest dla przerażająca. Jest w niej wiele elementów mrożących krew w żyłach, a jestem osobą dorosła, która na co dzień czyta książki fantasy, więc jestem przyzwyczajona do brutalności, choć może nie chodzi tu dosłownie o brutalność tylko o wydźwięk całości. Poza tym w "Podwójnych mostach Wenisany" nie dzieje się w porównaniu do pierwszego tomu zbyt wiele i stanowczo nie jest to jeszcze zakończenie całego cyklu. Co w takim razie jest zaletą? Opowieść ma sens, sens, który wystarczyłoby rozbudować, miejscami dopracować i przedstawić dorosłym czytelnikom. Myślę, że to właśnie w takiej formie mogłaby znaleźć moje uznanie i wielu innych czytelników. 

Kreacje bohaterów są dla mnie neutralne. W większości opierają się na jakiś pojedynczych dominujących cechach, co może irytować, ale w przypadku młodszych czytelników wydaje mi się wystarczające. Tutaj na pewno widać poprawę w porównaniu do pierwszego tomu, co niezmiernie mnie raduje. Tylko nadal mam problem z samą Agatą. Nie znajduję na to konkretnych dowodów, ale po prostu jej nie lubię, wywołuje we mnie totalną antypatię. 

Ten akapit ciężko mi pisać... Bo "Podwójne mosty Wenisany" to w dużej mierze opowieść o wojnie, a jak wiemy ten temat jest czymś więcej niż przerażającym wspomnieniem społeczności lub świadomością, że wojny gdzieś na świecie są. W tej sytuacji naprawdę ciężko spojrzeć na historię obiektywnie. Tym bardziej odnosząc się do pochodzenia pisarki... W książce znajdują się rozważania na temat różnych perspektyw postrzegania wojny i jej stron. Ukazana jest bezradność, niesprawiedliwość, brutalność i propaganda. A to wszystko w imię bogactwa i władzy. Znamy to skądś. 

"Podwójne mosty Wenisany" to książka, która całościowo nie jest złą książką. Ma w sobie wiele interesujących wartości. Naprawdę żałuję, że nie mogę jej przeczytać w formie bardziej przystosowanej dla starszych czytelników. Tym bardziej że wydaje mi się nieodpowiednia dla dzieci pod wieloma względami, zaczynając od samego stylu pisarskiego, kończąc na tematyce. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl