Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lipca 2023

Szara dama – Elizabeth Gaskell

 

Tytuł: Szara dama

Autor: Elizabeth Gaskell

Kategoria: Literatura klasyczna

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 96

Ocena: 8/10








Za każdym razem gdy trafiam na jakąś powieść historyczną lub osadzoną z czasie przeszłym, pojawia się w mojej głowie wiele refleksji na temat tego, jak bardzo świat i zasady społeczne zmieniły się na przestrzeni wieków. Postęp z jednej strony potrzebował tyle czasu, by móc ruszyć całą parą, ale właśnie gdy ruszył, był już nie do zatrzymania. Lecz nadal da się dostrzec brak sprawiedliwości, równouprawnienia i zwykłego wyzwolenia, które w swoich czasach miało miejsce, a i nadal w wielu przypadkach nie jest czymś oczywistym. Jak było kiedyś? Jak jest teraz? I oczywiście jak będzie w przyszłości?

Wszystko zaczyna się od portretu pewnej kobiety. Wygląda ona na nim bardzo smutnie, ale przede wszystkim w pewien sposób jest szara. I właśnie ta szarość cery sprawia, że przyciąga wzrok i ostatecznie pozwala poznać swoją historię, bo tak naprawdę rozpoczyna się ona o wiele wcześniej. Jest to historia niespodziewana, historia, która niejedną osobę przyprawi o ciarki. Czy Ty czytelniku jesteś gotowy ją poznać? 

Zdecydowałam się przeczytać "Szarą damę", ponieważ dotychczas nie czytałam jeszcze żadnej książki pisarki. Miałam też olbrzymią ochotę zapoznać się z jakąś literaturą poważną, klasyczną. Już dawno tego nie robiłam i tutaj poza pierwszą przyczyną zdecydowała również długość książki. Nie ma ona nawet stu stron, więc jest opowieścią na jedno posiedzenie. A zapewniam, że tak wciąga, że nie jest to najmniejszy problem. Co tak naprawdę odpowiada za to, że tak pozytywnie odebrałam "Szarą damę"?

Sam pomysł wydaje mi się wyjątkowo oryginalny. Zważywszy jeśli weźmiemy pod uwagę ówczesne czasy. Nie jestem znawcą, ale mam poczucie, że wymyka się wielu schematom. Stawia na grozę, towarzyszenie głównej bohaterce oraz na emocje. Nie jest to w żaden sposób standardowa opowieść. Oczywiście pojawiają się elementy dobrze znane nam i charakterystyczne dla ówczesnej epoki. Jednak pisarka poszła krok dalej. Wiele motywów, które tutaj się pojawiają, bardzo cenię. Między innymi za nieprzewidywalność i nieoczywistość swoich sądów. 

Stylistycznie powieść jest dość mocno rozbudowana, ale też uważam, że większość czytelników nie powinna mieć trudności ze zrozumieniem jej mimo występowania niekiedy archaicznego języka. Dzięki temu jest bardzo wciągająca i pozwala przenieść się do świata wyobraźni, który przejmuje kontrolę nad czytelnikiem. 

Podczas czytania dało się intensywnie odczuć atmosferę gotyku i wszechobecnego mroku. "Szara dama" wywołała we mnie wiele napięcia i strachu. Towarzyszyłam bohaterce i na każdym kroku kibicowałam jej, zarazem obawiając się, że może wydarzyć się najgorsza z możliwych opcji. Ostatecznie nie spodziewałam się, że powieść pójdzie w tak odmienną stronę niż przewidywałam, co wyjątkowo pozytywnie mnie zaskoczyło i dało też jeszcze dodatkową motywację do dalszego czytania. 

Morał z całej powieści wydaje się dość prosty, wręcz oczywisty, ale myślę, że właśnie dlatego tak wartościowy. To, co najbardziej widoczne czasami najłatwiej przegapić. Tutaj jest to jedno z najbardziej znanych powiedzeń: "pieniądze szczęścia nie dają". Widzimy wiarę w to, że być może jest inaczej, że właśnie majątek i status społeczny mogą rozwiązać pewne problemy, mogą dać lepszy życie. Jednak wygląda to całkowicie inaczej kiedy nie jest oparte na miłości, zaufaniu i dobroci. Ludzie potrafią mieć wiele twarzy, a niekiedy te najmroczniejsze przejmują nad nimi kontrolę i niszczą innych. 

"Szara dama" jest bez wątpienia moim wielkim odkryciem. Książką bardzo krótka, a niosąca w sobie tyle treści. Od refleksji na temat życia zaczynając, po grozę i napięcie, by skończyć na najzwyklejszej rozrywce. Jak najbardziej polecam ją każdemu czytelnikowi. 

Współpraca recenzencka z Wydawnictwem MG

środa, 23 marca 2022

Mały Lord – Frances Hodgson Burnett

 

Tytuł: Mały Lord

Autor: Frances Hodgson Burnett

Przekład: Joanna Wadas

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: MG

Liczba stron: 294

Ocena: 8/10







Czasami mam takie idealistyczne myśli, że gdyby każdy człowiek na świecie byłby dobry, to świat byłby dobry. Takie proste, wynikowe spojrzenie. Czy na pewno byłoby tak? Sądzę, że w tym toku myślenia nie brane jest pod uwagę, że jako jednostki mamy różne pragnienia, różne aspiracje i znajdujemy się w różnych sytuacjach, więc często nawzajem przeczymy sobie, a nasze cele nie są spójne. W tym kryje się niepohamowane piękno, jednakże też wiele trudności, które niekiedy ciężko pokonać. Jednego jestem pewna – bycie dobrym może nie rozwiązałoby wszystkich problemów, ale na pewno sprawiłoby, że większość cierpienia znikłaby z tego świata, a życie byłoby po prostu lepsze. Może to naiwne, ale kto nie pragnąłby żyć w świecie pełnym szczęścia? 

Cedryk jest siedmioletnim chłopcem mieszkającym w Nowym Jorku, którego wszyscy uwielbiają. Wyróżnia się niespotykaną, wręcz oszałamiającą urodą. Przy tym ma niesamowicie dobre serce, a jego elokwencja i pęd do wiedzy zaskakują niejedną osobę. Niejedną osobę też rozśmieszają, gdy mały, uroczy Cedryk wysławia się archaicznym i skomplikowanym słownictwem. Niestety przedwcześnie stracił ojca i razem z matką muszą sobie jakoś radzić. Wszystko się zmienia, gdy Cedryk dowiaduje się, że tak naprawdę wywodzi się z angielskiej arystokracji i jest jedynym żyjącym dziedzicem ziem swojego dziadka – hrabiego. Co czeka chłopca w przyszłości? Jak poradzi sobie w obliczu olbrzymiej fortuny i starego, zgorzkniałego dziadka?

Frances Burnett jest pisarką, do której czuję olbrzymi sentyment. Przede wszystkim za sprawą "Tajemniczego Ogrodu", który wiele lat temu oczarował moje czytelnicze serce. Niedługo będę ponownie zapoznawać się z tą tak dobrze wspominaną przeze mnie książką. Tymczasem niedawno miałam przyjemności wreszcie zapoznać się z innym jej dziełem, czyli "Małą Księżniczką". Powieść mnie na swój unikatowy sposób urzekła i dała wiele ciepła. Dlatego teraz przyszedł czas na "Małego Lorda". Co ta opowieść ze sobą przyniosła?

Ogólnie bardzo szanuję styl pisarski autorki, gdyż prowadzi człowieka przez odmęty wyobraźni i sprawia, że każda przedstawiona rzecz staje się realna i przy tym piękna. O dziwo pisarka potrafiła sprawić, że nawet rzeczy brudne, nienawistne i pogardzane zachwycają i niosą przyjemność. Bez wątpienia Burnett miała niezwykły talent. Poza tym posługiwała się dość opisowym językiem, co pozytywnie wpływa na odbiór treści, ale nie jest też przesadne. Nie ma tutaj też miejsca na infantylizm. Oczywiście to literatura dziecięca, więc wiele spraw jest uproszczonych, ale w żaden sposób nie odrzucają. 

"Mały Lord" pod względem fabularnym jest niezmiernie prosty i dzieje się w nim mało, lecz mi to nie przeszkadzało. W tym przypadku cały czas opieram się na stwierdzeniu, że to ma być powieść dla dzieci, więc musi być na swój sposób prosta i dająca możliwości zrozumienia. Niekiedy pisarze mają tendencję do przesadzania – ich książki są zbyt rozbudowane lub wręcz przeciwnie, zbyt banalne. Ta powieść jest wprost perfekcyjnie wyważona, co jest atrakcyjne dla dzieci. 

Kreacje bohaterów również wyróżniają się pewnego rodzaju prostotą. Zazwyczaj opierają się wyłącznie na kilku głównych cechach, które dominują i nie pozwalają zaistnieć innym cechom. Brzmi to jak przepis na zirytowanie mnie, jednakże i tutaj działa wcześniej wymienione założenie, że to historia dla dzieci. Sam Cedryk jest postacią niezmiernie przeidealizowaną. Piękny, inteligentny, uroczy i o dobrym sercu. Czego chcieć więcej? Muszę to przyznać – chwyta za serce i przedstawia jak najlepsze wzorce. Może trochę naiwne i niekiedy niemożliwe, ale pozostają wartościowe w kontekście dzieci. Natomiast hrabia okazał się całkowicie inny niż się spodziewałam i przy tym zostałam pozytywnie zaskoczona. Nie do końca jestem w stanie określić, na czym polega ta inność. Na pewno w sposób ciekawy jest przedstawiony proces zmian, których prowokatorem jest Cedryk. 

Tematycznie powieść jest o... O tym jak być dobrym człowiekiem. To właśnie dobro daje ludziom szczęście i pozwala całkowicie inaczej spojrzeć na świat. Zarazem przedstawiony jest obraz człowieka, którego nadmiar pieniędzy i zbyt wielka dumna doprowadzają do pewnego rodzaju upadku i skrajnej samotności. Cała ta wizja trąci naiwnością i nierealistycznością, ale ujmuje i daje nadzieję na lepsze jutro. 

"Mały Lord" to opowieść urocza, niosąca ze sobą wiele wartościowych treści, które niekiedy zostają zapomniane we współczesnym świecie. Mimo to nawet po tylu latach od napisania zachowuje uniwersalność. Cieszę się, że wreszcie się z nią zapoznałam. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu MG 

sobota, 19 lutego 2022

Profesor – Charlotte Brontë

 

Tytuł: Profesor

Autor: Charlotte Brontë

Przekład: Katarzyna Malecha

Kategoria: Literatura klasyczna

Wydawnictwo: MG

Liczba stron: 312

Ocena: 4/10







Gdy dokładnie przyjrzymy się historii ludzkości, to możemy zauważyć, że przez wieki... Nie, tak naprawdę przez tysiąclecia żyjemy w społeczeństwie hierarchicznym. Bez wątpienia ma to swoje zalety, które pozwalają nam w wielu sprawach działać sprawnie i spójnie, choć właśnie nad spójnością bym się zatrzymała. Wraz z hierarchią idą podziały społeczne: szlachetnie urodzeni - plebs, bogaci - biedni, wpływowi - nic nieznaczący, lepsi - gorsi. To jest wyliczanka, która tak naprawdę nigdy się nie kończy. Kto decyduje, kto jest lepszy, a kto gorszy? 

William jest sierotą oddanym na wychowanie do swoich wujów. Mijają lata, młody mężczyzna staje się dorosły i postanawia oderwać się od rodziny. Jego poglądy i poglądy jego wujów są tak odmienne, że William nie jest gotowy rezygnować ze swojej wolności. Dlatego postanawia udać się do brata, z którym od dziesięciu lat się nie widział, by to właśnie u niego zdobyć fach kupca. Co czeka młodego człowieka w świecie biznesu? Jaki jest jego starszy brat? I jak ostatecznie potoczą się losy młodzieńca? 

Byłam niesamowicie podekscytowana, gdy sięgałam po tę powieść, ponieważ dotychczas nie czytałam jeszcze żadnej książki autorki ani też żadnej powieści pozostałych sióstr Brontë. Minęło dwieście lat, a ich historie nadal cieszą się szacunkiem i pozostają systematycznie wznawiane przez wydawnictwa. Miałam nawet poczucie wstydu, że nie znam jeszcze ich twórczości. Szczycę się znajomością literatury klasycznej, gdy tymczasem wiktoriańska epoka okazała się pominięta przeze mnie. I jak moje wrażenia? Niestety "Profesor" okazał się moim olbrzymim rozczarowaniem. 

Przede wszystkim już sama koncepcja na całą powieść nie przypadła mi do gustu. Mam poczucie, że już od dawna wykorzystuje się motyw nauczania w literaturze i że jest to na tyle popularne, że w żaden sposób nawet w ówczesnych czasach nie było oryginalne. Oczywiście nie jestem znawcą, więc tego nie wiem na pewno, ale krążą mi pewne pomysły na podobną literaturę, choć to bardziej z polskiej działki. Niemniej motyw sieroty, nauczania i zakazanej miłości nie jest w stanie zyskać mojego uznania poprzez sam pomysł. Potrzeba udowodnić mi, że to coś więcej niż sztampowa opowieść. 

Moje początkowe podekscytowanie wynikało też z faktu, że cenię i czerpię niesamowitą rozrywkę z kwiecistych, patetycznych i mocno rozbudowanych stylów pisarskich, a tego właśnie spodziewałam się po "Profesorze". W pewnym sensie dostałam to, czego tak mocno oczekiwałam, ale w tym przypadku zostały przekroczone pewne granice. Tu jest tak dużo słów – słów całkowicie zbędnych, tworzących niepotrzebne zdania, ciągnących się całymi stronami i nie wnoszących nic godnego uwagi do powieści. Tym bardziej że wielu z nich nie znałam. Tutaj ponownie mogłabym na to przymknąć oko, ponieważ archaizmy w tego typu książkach są czymś naturalnym i nie do uniknięcia, ale zmęczyłam się z nimi walcząc. Nie wiem, czy to wynika bezpośrednio z oryginału, czy jednak zadziało się coś na poziomie tłumaczenia. 

A to nie koniec wad, które niszczyły mi przyjemność z lektury. Przede wszystkim nie rozumiem rozpoczęcia powieści, a konkretniej co ono miało na celu. Dla mnie nie wprowadziło niczego wartościowego w kontekście całości... Muszę przyznać, że czytając, czułam się niesamowicie znużona. Nie interesowały mnie poczynania głównego bohatera, ani jego przemyślenia, więc nie miałam, o co się zahaczyć w opowieści. Cały czas towarzyszyło mi poczucie, że fabuła jest mocno ograniczona i brakuje jakiekolwiek logicznego rozbudowania jej. 

Mimo że bohaterów w "Profesorze" nie brakuje, to jako czytelnicy skupiamy się przede wszystkim nan Williamie. Jego postać traktuję jako olbrzymią zaletę powieści, ponieważ wprowadza mnie w dość nieoczekiwane i ambiwalentne odczucia. Przede wszystkim odchodząc od warstwy kreacji postaci, bardzo nie lubię tego bohatera. Tak wiele cech mnie w nim irytuje. Niemniej ma bardzo głęboką warstwę charakterologiczną zależną od wielu sytuacji, ale zarazem na tyle stałą, by stworzyć wyraźną i mocną osobowość. Dominuje w nim przenikliwość i cierpliwość, które budują perspektywę postrzegania świata w mocno subiektywnej i często niepopularnej opinii. 

Tematycznie też czuję się rozczarowana, gdyż doceniam powagę samego tematu, gdzie dostrzegam niesprawiedliwość istnienie warstw społecznych, ale już nie doceniam sposobu, w jakim ten problem został przedstawiony. Pojawiają się tutaj takie wątki jak bezpodstawne ocenianie, przyjaźnie z wyrachowania i pogardzanie innymi ludźmi włącznie dlatego, bo są gorsi... Cokolwiek miałoby to znaczyć w opinii danych jednostek. 

Moje rozgoryczenie i znużenie przy lekturze "Profesora" sięgnęło zenitu, ale na szczęście nie zniechęciło, by nadal planować dalsze spotkania z twórczością sióstr Brontë. Byłam ostrzeżona, że to książka, która w porównaniu do pozostałych powieści pisarki, zyskała opinię przeciętnej. Dlatego z nadzieją spoglądam w moją literacką przyszłość i już niedługo powrócę do świata epoki wiktoriańskiej. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu MG

poniedziałek, 20 grudnia 2021

Dziadek do orzechów – E.T.A. Hoffmann

 

Tytuł: Dziadek do orzechów

Autor: E.T.A. Hoffmann

Przekład: Józef Kramsztyk

Kategoria: Literatura dziecięca, klasyka

Wydawnictwo: MG

Liczba stron: 188

Ocena: 4/10







Już za kilka dni święta, a razem z nimi ta niesamowita atmosfera, która jest uwielbiana nie przez jedną osobę. Okres świąteczny bardzo kojarzy mi się z dzieciństwem. Wtedy jeszcze wierzyłam w magię w dosłownym rozumieniu tego słowa i chciałam, by było jej jak najwięcej. A moja wyobraźnia była na tyle rozbudowana, że moje pragnienia były spełniane przez mój umysł. Mam wrażenie, że teraz brzmi to jak jakieś halucynacje, ale tak naprawdę to były cudowne czasy. A wspomnienie tego pozwala mi przypomnieć, że każdy z nas posiada nadal swoją cząstkę dziecka i powinien w odpowiednim czasie z tego skorzystać. Zrobicie to? 

Nadszedł ten niesamowity czas, na który Klara i Fred czekali tak niecierpliwie – czas na świąteczne prezenty! Co roku otrzymują od swojego ojca chrzestnego niezwykły, misternie wykonany przedmiot. Tym razem jest to zamek, który dzięki wspaniałemu mechanizmowi posiada ruszające się figury. Mimo tego że to małe cudo wśród mechanizmów, dzieci nie doceniają prezentu. Jednak dostają jeszcze jeden prezent – dziadka do orzechów. Mała Klara ku zdziwieniu wszystkich dorosłych jest nim oczarowana i otacza swoją opieką. Co niesie za sobą ta niezwykła przyjaźń? Czy świat naprawdę jest tym, czym się wydaje? 

"Dziadek do orzechów" to powieść, o której słyszałam wiele pozytywnych opinii – oczywiście najczęściej w okresie świąt bożonarodzeniowych. Lecz nigdy nie miałam okazji się z nią zapoznać. Moje pragnienie, by to zrobić było dogłębne. Ale wiecie, jak to jest z książkami. Zawsze jest coś do przeczytania i zawsze jest coś jeszcze pilniejszego do przeczytania... Na pewno sami to przeżywacie. Jednak nie tym razem! Ogłaszam, że w roku 2021 udało mi się przeczytać "Dziadka do orzechów". Jak moje wrażenia? 

Przyznam się, że w ogóle nie wiedziałam, o czym jest ta opowieść. Wystarczyło mi, że jest tam jakiś tytułowy dziadek do orzechów. Nawet nie wiedziałam, czy chodziło o przedmiot, czy może przewrotnie osobę. Gdy czytałam i poznawałam dalej fabułę, to miałam wrażenie, że sam pomysł mnie odrzuca i nie pozwala poczuć historii całą sobą. Wydaje mi się ona zbyt typowo dziecięca i niczym nie wyróżniająca. Zdaję sobie sprawę, że te słowa niektórym mogą wydać się zbyt odważne i może nawet kontrowersyjne. W końcu to klasyka literatury dziecięcej, nie od wczoraj uznana. Niestety w moim przypadku nic to nie zmienia. 

Styl autora jest stanowczo największą zaletą "Dziadka do orzechów". Wyróżnia się kwiecistością i barwnością, ale zarazem utrzymuje odpowiedni jej poziom. W końcu to opowieść dla dzieci, dlatego ten piękny język zachwyca ciekawą składnią, ale jest też na tyle prosty, by dzieci mogły go zrozumieć. A przynajmniej tak mi się wydaje. Pod każdym względem dopracowany, co intensywnie oddziaływuje na wyobraźnię. Plastycznie nadaje barw historii. Dzięki temu widać, że pisarz szanował swoich czytelników i tutaj upływ lat tego nie zmienił. 

Moim największym problemem w tej książce jest fabuła. Z jednej strony dzieje się w niej tak niesamowicie wiele, a z drugiej nic, co zachęcałoby do dalszej lektury. Naprawdę nie jestem w stanie ubrać tego w słowa, ale było coś, co mnie po prostu odrzucało od powieści i w żaden sposób nie umiałam z tym walczyć, czy zaakceptować. Pod tym względem to naprawdę wielkie rozczarowanie. 

Cała książka to niezwykły popis umiejętności pobudzania wyobraźni i pozwolenia, by zawładnęła ona rzeczywistością. To przekaz, że wyobraźnia jest potęgą i za jej pomocą można czynić wielkie rzeczy. Jest to pogląd, który sama wyznaję, więc pod tym względem moje serce napełniło się ciepłem, a ja sama ostatecznie podchodzę do powieści z szacunkiem. Tym bardziej że udowadnia ona, że dobro niesie za sobą dobro, a podążanie za swoimi ideałami, póki w nie wierzymy i nie krzywdzą nikogo, jest słusznym wyborem

Mimo tego że ostatecznie "Dziadek do orzechów" okazał się rozczarowaniem i nie przyniósł mi magii świąt, której tak bardzo oczekiwałam, cieszę się, że nareszcie poznałam tę opowieść. Mam wrażenie, że jest to bardziej kwestia mojego gustu i być może jakiś uprzedzeń niż bezpośrednio książki. Przekazuje ona wspaniałe wartości i sprawia, że nagle nie ma żadnych ograniczeń. Każdy z nas od czasu do czasu powinien to poczuć. 

Za książkę dziękuję bardzo Wydawnictwu MG


środa, 13 października 2021

Zbrodnia Lorda Artura Savile i inne nowele – Oscar Wilde

 

Tytuł: Zbrodnia Lorda Artura Savile i inne nowele

Autor: Oscar Wilde

Przekład: Róża Centnerszwerowa

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 147

Ocena: 8/10







Czy ufacie całkowicie swojemu umysłowi? Jesteście bez zawahania pewni, że wszystko, co widzicie, co słyszycie i czujecie jest prawdziwe? Nawet w deszczowy, ponury wieczór, gdy wiatr uderza o okna, a mrok rozprzestrzenia się po domu? Jak sądzicie – można ufać samemu sobie? Patrząc, ile razy wydawało mi się, że widzę rzeczy niemożliwe, a jestem człowiekiem mocno wierzącym w naukę, odpowiem, że ja sobie nie ufam. W mroku i grze świateł jestem w stanie dopatrzeć się wszystkiego, a duchów to już na pewno. Dlatego też uwielbiam sięgać po powieści, gdzie niemożliwe nagle nie jest czymś nieoczywistym.

Nadeszła jesień, a wraz z nią kolorowe liście, przymrozek, czasami szarugi, a już niedługo Halloween, może dla niektórych Dziady i później Wszystkich Świętych. To czas dla wielu trudny przez zmiany pogodowe, ale moim zdaniem też bardzo klimatyczny, zachwycający i... magiczny. Lektura z nutką podobną do gotyku, pełną tajemnic i zjawisk nadprzyrodzonych jest perfekcyjnym wyborem. Z pomocą przyszedł mi krótki zbiór nowel Oscara Wilde'a. Jak wrażenia? 

Dotychczas czytałam wyłącznie fragmenty "Portretu Doriana Gray'a" z twórczości Oskara Wilde'a. Nie były to zbyt dobre wspomnienia, więc i do nowel podchodziłam z pewnym sceptyzmem i dystansem. Niemniej gdy tylko zaczęłam czytać tytułowe opowiadanie, zdałam sobie sprawę, że pisarz za pomocą słów kreuje świat pełen tajemniczości i magii. Oddziaływuje na wyobraźnię czytelnika i sprawia, że przeczytane słowa stają się rzeczywistością i poruszają strunę niepokoju i niepewności. Przyznam, że styl, którym posługuje się pisarz intensywnie kojarzy mi się z Edgarem Allanem Poe. Wyczuwam ten sam mistycyzm i właśnie wspomniany gotyk. Dzięki temu w mgnieniu chwili oddałam się całą sobą lekturze nowel i czytałam jedna po drugiej, by za chwilę zdać sobie sprawę, że przeczytałam wszystkie dostępne i chcę jeszcze więcej. Miałam wrażenie, że całość zarazem mnie przytłoczyła, ale daje też poczucie lekkości i przynależności. 

Same opowiadania mają strukturę, gdzie dominuje powolne rozwijanie akcji. Jest to zabieg bardziej opowiadania w czasie ciemnej nocy jedynie przy świetle kominka, by na sam koniec zaskoczyć swoją oryginalnością i nieprzewidywalnością akcji. Dzięki temu miałam wrażenie, że i ja siedzę przy kominku i już po zakończeniu w powietrzu pozostają wibracje zaskoczenia i niekończących się przemyśleń tworzonych przez intensywne emocje. Tutaj składam pokłony Oscarowi Wilde'owi, którym z całym kunsztem i gracją pisarską udowodnił, że jest w stanie podołać jednemu z najtrudniejszych zabiegów literackich i robi to bez wysiłku – z przemyśleniem i precyzją, ale bez wysiłku. Przychodziło mu to naturalnie i nawet tyle lat później nadal oczarowuje. 

Ogólnie jestem pod wrażeniem wnikliwości obserwacji ludzkiej natury i zawarciu w tak krótkiej i w dodatku naznaczonej grozą formie głębokich analiz natury ludzkiej. To scena, na której czytelnik może obserwować mroczną część duszy człowieka i patrzeć, jak zawłada nią obsesja, brak wyobraźni i nadmierna pewność siebie. Niekiedy przenika w tym nadzieja, ale ostatecznie i tak dąży do zrozumienia, że niektórych cech nie będziemy w stanie pokonać nigdy. Da się też odczuć, że przekorność losu potrafi doprowadzić do sytuacji niewyobrażalnych i przez to niepozwalających na przygotowanie się. Lub wręcz to nasze subiektywne spostrzeganie i wiara okazują się naszą własną przekornością i wywołują obsesję, fiksację albo efekt placebo. 

Podczas czytania "Zbrodni Lorda Artura Saville i innych nowel" bawiłam się przednio. Już dawno żadna książka nie poruszyła tak strun mojej wyobraźni odpowiadających za tajemniczość, mrok i mistycyzm. Te opowiadania pochwyciły moją dusze i dały mi szansę spędzić wspaniały wieczór wśród nieprzewidywalności, obsesji, zbrodni i duchów. Dzięki nim czuję się gotowa, by po raz kolejny spróbować dać szansę innym powieściom tego osławionego pisarza. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu MG

wtorek, 28 września 2021

Folwark Zwierzęcy – George Orwell

 

Tytuł: Folwark Zwierzęcy

Autor: George Orwell

Przekład: Szymon Żuchowski

Kategoria: Literatura klasyczna

Wydawnictwo: W.A.B.

Liczba stron: 144

Ocena: 8/10







Czy nasze społeczeństwo jest dobrym wytworem natury? Czy jednak jesteśmy zapalnikiem nadchodzącej apokalipsy? Wydaje mi się, że zadałam naprawdę straszne pytania, na które sama do końca nie umiem odpowiedzieć. Jest tyle powodów, by docenić nasze społeczeństwo, uznać naszą inteligencję i systemy, które tworzymy.  Jednak te powody zostają postawione pod olbrzymim znakiem zapytania, gdy zaczynam zastanawiać się nad naszym działaniem na przestrzeni tysięcy lat, by zacząć dalej myśleć wyłącznie o przyszłości. A ona przecież nie zapowiada się, aż tak kolorowo, jak mogłoby się pozornie wydawać. Jedno jest w mojej opinii pewne – nasze istnienie zaczyna mieć zbyt duże znaczenie. 

Folwark Dworski nie różni się zbytnio od innych folwarków. Jednak pewnego dnia coś zaczyna się zmieniać, coś, co ostatecznie doprowadza do rewolucji i przyjęcia folwarku przez zwierzęta. Od tej chwili jest to już Folwark Zwierzęcy. Dla zwierząt zaczyna się nowa era – lepsza era. Jak mieszkańcy folwarku poradzą sobie z obowiązkami? Jakie będą między nimi kontakty? I jak ostatecznie potoczą się ich losy? 

Jest to moje drugie spotkanie z „Folwarkiem Zwierzęcym”. Pierwszy raz czytałam tę książkę około rok temu i byłam tym faktem mocno podekscytowana, gdyż jest to jednak klasyk sam w sobie, a George Orwell jest do dzisiaj wybitnie szanowanym pisarzem. Chciałam zrozumieć, skąd pochodzi fenomen jego twórczości. Gdy po raz pierwszy przeczytałam tę krótką powieść, bardzo ją doceniłam, lecz mimo to nie zrozumiałam, skąd aż tak wielka sława. Między innymi z tego względu postanowiłam zapoznać się ponownie z „Folwarkiem Zwierzęcym”. Miałam nadzieję, że tym razem jeszcze inaczej go odbiorę, że upływ tego czasu pozwolił mi na inne spojrzenie. Niestety tak się nie stało i w dużej mierze ta opinia jest powtórzeniem mojej pierwotnej opinii. 

Z rzeczy pochodzących z warsztatu – podoba mi się styl pisarki Orwella. Ma w sobie płynność, spójność i łatwość odbioru pod względem podążania za treścią. Jak łatwo się domyślić, całość jest metaforą, więc cieszę się, że na samym poziomie językowym można znaleźć proste elementy. Dzięki temu czytelnik spokojnie może się skupić na samej fabule i poszukiwaniu symboliki. „Folwark Zwierzęcy” czyta się błyskawicznie, a jedyna trudność w tym aspekcie pojawia się wyłącznie przy przedmowie, która swoją drogą jest bardzo wartościowa i zwraca uwagę na wiele ważnych elementów. 

Pod względem treści, tematyki i wspomnianej symboliki sprawa mocno się komplikuje. Myślę, że pierwszy problem pojawia się przy zasobach wiedzy czytelnika. To jest książka, która może być odczytywana na wielu poziomach i jednym z nich – w moim mniemaniu wyjątkowo istotnym – jest znajomość systemów politycznych oraz historii różnych państw. Oczywiście jestem zdania, że inteligentny czytelnik, jeśli nawet nie posiada tej konkretnej wiedzy, to może nadal wyciągnąć z powieści symbole istotne i skłaniające do wyjątkowo głębokich przemyśleń. Jednak ta wiedza sięga jeszcze jeden poziom wyżej. Tak to przemyślenia odnoszą się do tu i teraz, w przypadku znajomości odpowiednich faktów można odnieść to do przeszłości i wyciągać wnioski odnośnie przyszłości. A jestem przekonana, że to, co obecnie piszę, to nie koniec możliwości przedstawianych przez tę pozycję literacką. Po prostu moja wiedza i być może dojrzałość są jeszcze zbyt ograniczone, by dotrzeć do niektórych symboli lub konkretnych odniesień. Niemniej po ponownym przeczytaniu „Folwarku Zwierzęcego” pojawia się w mojej głowie wiele myśli na temat naszego społeczeństwa, systemów, które tworzymy i dążeń. Jedno jest pewne – autor przedstawił potworną wizję zniszczenia, okrucieństwa i zepsucia ludzkości. Czy naprawdę jesteśmy, aż tak źli? Mam nadzieję, że nie. 

Ostatecznie po różnorodnych przemyśleniach cieszę się, że jeszcze raz wróciłam do tej książki George Orwella. Daje ona impuls do niezmiernie ważnych refleksji, a być może nawet do słusznego działania. Takie książki niosą olbrzymią wartość. Dlatego w bliskiej przyszłości na pewno zapoznam się z innymi dziełami pisarza. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl


sobota, 4 września 2021

Ośmioro kuzynów – Louisa May Alcott

 

Tytuł: Ośmioro kuzynów

Autorka: Louisa May Alcott

Przekład: Joanna Wadas

Kategoria: Literatura klasyczna

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 400

Ocena: 7/10







Wiele osób uważa rodzinę za najwyższą wartość w życiu. Może nie ubiera tego dosłownie w takie słowa, jednak wielokrotnie słyszy się, że ktoś byłby gotowy umrzeć za swoje dzieci, partnera, rodziców czy rodzeństwo. Oczywiście jak w każdym przypadku jest to mocne uproszczenie sytuacji, ponieważ w życiu dzieją się różne rzeczy i niektóre są dobre, niektóre złe, a niektóre neutralne. Na szczęście nie żyjemy w świecie zero-jedynkowym. W końcu pojawia się też to sławne powiedzenie "z rodziną najlepiej wygląda się na zdjęciu". Myślę, że to również jest pewien fakt. Kolejnym jest też stwierdzenie, kim dla nas jest rodzina. Czy chodzi dosłownie o więzy krwi? Czy może o bliskość? Jedno jest dla mnie pewne – nasze życie jest pełniejsze, gdy mamy przy sobie swoich bliskich. 

Rose musiała najpierw pożegnać się ze swoją matką, a następnie los odebrał jej ojca. Trafiła pod opiekę swoich ciotek, które nieświadomie pogłębiały rozpacz dziewczynki i jej złe samopoczucie. Uratował ją powrót brata ojca, czyli jej prawnego opiekuna. Wuj Alec okazał się mężczyzną otwartym, pełnym sympatii do świata i z olbrzymim poczuciem humoru. Postanowił zadbać o swoją bratanicę, dając jej dogłębną miłość i... siedmiu szalonych kuzynów. Dotychczas Rose nie miała okazji ich poznać, teraz musi zmierzyć się z wesołym i energicznym Klanem. Czy przystoi młodej pannie tak blisko przyjaźnić się ze sforą nieznośnych chłopaków? Czy elegancja i dystyngowanie są domeną dziewczyny? I przede wszystkim czy znajdzie ona szczęście wśród dotychczas nieznanych sobie członków rodziny? 

Louisa May Alcott zdobyła moje serce ciepłem cyklu "Małe Kobietki". Do dzisiaj mam w głowie wspomnienie, gdy na początku uważałam tę serię za przesadnie moralizujące dzieło. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że za kilkadziesiąt stron będę wiernym czytelnikiem i pozostanę całkowicie zauroczona w siostrach March. Dlatego bez najmniejszego zawahania sięgnęłam po "Ośmioro kuzynów". Miałam niepodważalną pewność, że pisarka mnie nie zawiedzie. 

Styl, którym posługiwała się pisarka, niesie ze sobą tak cenione przeze mnie połączenie cudownej prostoty z pewnego rodzaju wyrafinowaniem i inteligencją. Wszystkie wydarzenia są przez nią opisywane w sposób barwny, miejscami wręcz kunsztowny, ale zarazem emocjonalny. Gdzieniegdzie można zaobserwować dyskretne zwroty do czytelnika, co sprawiło, że miałam wrażenie, że powieść została napisana specjalnie z myślą o mnie. Poczułam się wyjątkowa i wyróżniona, co dało mi motywację, by czytać w jeszcze większym skupieniu i zaangażowaniu. 

Natomiast sama historia niesie ze sobą niepowtarzalne ciepło, które rozczula i sprawia, że czytelnik nagle widzi świat w różowych okularach – jest on pełen dobroci, serdeczności i życzliwości, a jeśli stanie się coś złego, to pełen wsparcia. Bez wątpienia jest to wizja wyidealizowana i niekiedy absurdalnie nierzeczywista. Jednak jestem zdania, że czasami dokładnie tego typu obrazów potrzebujemy. Potrzebujemy wierzyć, że gdzieś istnieje ten sielankowy obraz. Niemniej najbardziej doceniam w fabule przedstawienie codzienności. "Ośmioro kuzynów" nie przedstawia niesamowicie szczęśliwych wydarzeń, które nas oczarowują. To zwykła codzienność olśniewa i daje nadzieję na jutro. Louisa May Alcott w sposób wybitny podkreśla, że to najzwyklejsze zdarzenie może być pełne skrajnych emocji i dawać satysfakcję z życia lub daje impuls, by coś w nim zmienić. 

Choć tak jak wspomniałam na początku, powieści pisarki mają wydźwięk moralizujący, co dla niektórych czytelników może okazać się mocno frustrujące. Tym bardziej że to były jednak inne czasy i wiele przedstawionych treści we współczesności nie ma i nie powinno mieć miejsca bytu. Tutaj trzeba potrafić odróżnić specyfikę ówczesnych czasów z wartościowymi treściami. Autorka ukazuje wagę relacji międzyludzkich i wzajemnego wsparcia. Wydźwięk jest wystarczający – należy dbać i szanować bliskie sobie osoby. Zgadzam się z tym i być może dlatego książka nabrała dla mnie tak wielkiego znaczenia. Tutaj odnosi się to w szczególności do rodziny, lecz jestem pewna, że można to przełożyć na przyjaciół. W "Ośmiorgu kuzynów" wybrzmiewa również motyw podążania za samym sobą wbrew opinii innych. W tym przypadku to bez wątpienia treść uniwersalna, gdyż niezależnie od czasów zawsze są ludzie, którzy chcą podążać wbrew standardom i schematom, a są blokowani w imię stereotypów. Czy tego naprawdę potrzebujemy? 

Sama postać Rose jest niesamowicie ciekawie wykreowana, gdyż nie jest to postać, która od pierwszych stron wzbudza sympatię. Rose ma wiele wspaniałych zalet i wiele irytujących wad. Wraz z opowieścią coraz lepiej poznajemy dziewczynkę w momencie jej wewnętrznej przemiany. Dostajemy rachunek jej poczynań w kontekście najróżniejszych zdarzeń i wtedy możemy samodzielnie zdecydować, czy polubimy tę małą kobietkę. Zawiodłam się trochę na kreacji kuzynów. Byłam przekonana, że dostanę całą gamę rozbudowanych osobowości, tymczasem każdy z kuzynów to wyłącznie kuzyn i poza jakąś jedną charakterystyczną cechą jego kreacja nie istnieje.

"Ośmioro kuzynów" to wspaniała powieść, która bazuje na cieple i serdeczności. Daje poczucie, że życie jest piękne, a problemy i przeciwności losu przy odpowiedniej motywacji da się pokonać. Wiele aspektów nie można przyrównać do rzeczywistości, lecz taka wiara w lepsze jutro i naturalne szczęście jest nam potrzebna. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG

środa, 10 lutego 2021

Opowieści – Fiodor Dostojewski

 

Tytuł: Opowieści

Autor: Fiodor Dostojewski

Przekład: Władysław Broniewski 

Kategoria: Literatura klasyczna

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Ocena: 7/10








Świat uwielbia pozory. Są wszędzie – od małych oszustw przyrody, po kłamstwa ludzi i aż do manipulacji społecznościami. Stworzyliśmy sami zestaw często niepoprawnych zasad, których trzymamy się kurczowo, a każdy, kto choć na chwilę się wyłamie, jest szykanowany i traci szacunek w oczach innych ludzi. Pozory czasami są niezbędne, ale czasami też trzymają nas w twardych, nieprzekraczalnych granicach. Czy warto im ulegać? Czy jesteśmy w stanie je przełamać? 

Dostojewski jest moim literackim mistrzem, odkąd przeczytałam jeszcze w liceum "Zbrodnię i karę". W tamtym momencie od razu postawiłam go na podium moich czytelniczych przeżyć i nie zważałam na to, że opieram się tylko na jednym, prawdopodobnie najbardziej szanowanym dziele. Mijały lata, a ja powoli sięgałam po kolejne powieści Dostojewskiego – o dziwo unikając tych najsławniejszych. Moje literackie przeczucie okazało się całkowicie słuszne, gdyż każda kolejna historia Dostojewskiego oczarowywała mnie z taką samą mocą, jak wtedy opowieść o Raskolnikowie. Dzisiaj przyszedł czas opowiedzieć Wam o jego opowiadaniach. Czy one tak samo zachwycają? 

Jednak na początku muszę poświęcić trochę miejsca samemu językowi, jakim posługuje się Dostojewski. W moim przypadku to pewnego rodzaju hymn pochwalny, ale wierzę, że część z Was zgodzi się ze mną, ponieważ styl Dostojewskiego jest niepodważalnie unikatowy. Zdaję sobie sprawę, że w pewnej mierze odpowiada za to również tłumaczenie, lecz czytałam książki w różnych przekładach i bez wątpienia czuć te charakterystyczne pióro pisarza, którym malował pełnowymiarowych bohaterów, sytuacje rzeczywiste i zachwycające, choć niekiedy przerażające krajobrazy. Razem tworzy to niepowtarzalny obraz ówczesnego świata i personalnych przeżyć schowanych zazwyczaj pod grubą skorupą. Każde zdanie jest dopracowany pod wieloma aspektami i nie ma możliwości, by jakiekolwiek słowo znalazło się tam przez przypadek. Co prawda dla niektórych jest to styl trudny w odbiorze, ponieważ znajduje się tam dużo archaizmów i czasami przestawna składnia, lecz mimo to warto zaangażować się i mimo trudności brnąć dalej. 

Zbiór opowiadań rozpoczyna się opowiadaniem "Białe noce". Od pierwszych stron w moim odczuciu wyróżnia się wolnym tempem i mocno refleksyjną treścią. Razem z głównym bohaterem przemierzamy ulice Petersburga i mamy bezpośredni wgląd w jego myśli. Sama historia chwyta za serce i swoim sentymentalizmem sprawia, że ciężko wyjść z niej bez szwanku. To historia miłości i ukrytych pragnień, które nie mogą mieć swojego spełnienia. Zarazem to podkreślenie toksyczności uczucia ukrytego za bezinteresownością. Relacja trudna i pełna przeplatających się negatywnych i pozytywnych emocji. A to wszystko w otoczeniu dojmującego motywu samotności niezauważanej i bezradnej.  

Natomiast już w kolejnym opowiadaniu, czyli "Cudzej żonie", widzimy połączenie misternej tajemnicy z komizmem. Tworzy to obraz przezabawny, ale momentami też podkreślający żałość całej sytuacji. Gdy czytałam, nie mogłam przestać się śmiać, jednak czułam też w sercu smutek. Podświadomie wiedziałam, że głównym celem nie jest rozśmieszenie czytelnika, ale przestroga. "Cudza żona" w porównaniu do "Białych nocy" jest pełna akcji i zaskakujących zwrotów. Od pierwszych stron intryguje i zadaje wiele pytań. 

Przedostatnim opowiadaniem jest "Sen wujaszka", który bardzo mnie zmęczył. Co prawda jest to też najdłuższe opowiadanie z tego zbioru, ale momentami mocno mnie nużyło. Tym bardziej że dla mnie była to wizja życia w wyłącznych pozorach i oszustwach, które tworzą sieć intryg i zakrywają prawdziwe tragedie i wyrachowanie godne pogardy. Właśnie tutaj Dostojewski w całej krasie podkreśla mój ulubiony motyw określany przeze mnie jako ironia losu. To upadek moralności, a co za tym idzie ludzkości w barwach śmiechu i przewrotnego splotu wydarzeń. 

Ostatnim już opowiadaniem jest "Krokodyl" niosący za sobą pewien problem, a konkretnie brak zrozumienia. Ze smutkiem przyznaję, że nie wiem, co się w tej historii wydarzyło. Zdaję sobie sprawę, że to alegoria, prawdopodobnie bardzo ciekawa, lecz za mało przejrzysta dla mnie. Mam ochotę zrzucić to na karb braku znajomości ówczesnych czasów, ale co do tego też nie jestem przekonana. Jedno jest pewne – niesie ze sobą smutek i zwątpienie. 

Też niezmiernie docenianym przeze mnie aspektem dzieł Dostojewskiego jest kreacja bohaterów. Pisarz bez wątpienia jest wnikliwym obserwatorem, który przez lata swego życia nauczył się dostrzegać więcej niż przeciętny człowiek i prawie nieomylnie tworzył postacie skomplikowane, pełne dobrych i złych cech, dzięki czemu wydają się tak barwne i przede wszystkim tak ludzkie. 

"Opowieści" to niezwykła podróż poprzez dogłębna analizę ludzkich charakterów. To mistrzowskie tworzenie rzeczywistych obrazów poprzez słowa i obserwacje. Cała dotychczas mi znana twórczość Fiodora Dostojewskiego to potwierdzenie geniuszu i jedna wielka parabola ludzkiego istnienia. A te opowiadanie tylko to potwierdzają. 

Za możliwość ponownego spotkania się z twórczością Dostojewskiego dziękuję bardzo Wydawnictwu MG


niedziela, 8 listopada 2020

Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów – Artur Schopenhauer

 

Tytuł: Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów

Autor: Artur Schopenhauer

Tłumaczenie: Jan Lenartowicz

Kategoria: Klasyka

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Ocena: 6/10








Uwielbiamy mieć rację! Myślę, że to fakt powszechnie znany i zbyt oczywisty, by tłumaczyć, dlaczego tak jest. Czasami jesteśmy w stanie zrobić wszystko, by przekonać swojego rozmówcę wyznającego innego poglądy do naszego własnego zdania. Czy jest ono prawdziwe? Czy pokrywa się z rzeczywistymi faktami? Odpowiedzmy sobie szczerze – kogo to obchodzi? Liczy się efekt, czyli nasza racja. Jednak gdy większość ludzi z taką pasją lubi ją mieć, trudno jest przebić się przez różnorodność argumentów i przekonać większą rzeszę ludzi. Trzeba mieć wrodzony talent do dyskusji lub trzeba wytrwale ćwiczyć tę sztukę. 

Dlatego dzisiaj przychodzę do Was z recenzją "Erystyki, czyli sztuki prowadzenia sporów". Tak się składa, że mam naturę przekorną, co oznacza, że nawet jeśli mój rozmówca ma stuprocentową rację, to coś we mnie wrze i musze udowodnić mu, że się myli. Wbrew pozorom trudne to życie, a ja rozmówcą dobrym na dodatek nie jestem. Stąd moja uwaga skierowana na tę książkę. I jeszcze to nazwisko... Schopenhauer nie jest lepszym pierwszym filozofem. Na przestrzeni lat swego życia, a później jeszcze długo po nim jego opinie fascynowały i intrygowały ludzi. Czy udało mu się nauczyć mnie wygrywać spory? Otóż nie...

Spodziewałam się, że język, z jakim będę musiała się zmierzyć, okaże się trudny. Nie był taki – był wybitnie trudny dla takiego laika jak ja. Cała składnia jest dla mnie tak nietypowym doświadczeniem, że byłam bardzo niemiło zaskoczona. Myślałam, że czytana przeze mnie literatura klasyczna już dawno ukazała mi całą gamę możliwości archaicznego języka. Niestety przyszedł czas, gdy i ja poczułam, że mnie całkowicie przerasta. Chyba największym problemem są obcojęzyczne słowa. Schopenhauer biegle posługiwał się zwrotami pochodzącymi z łaciny czy greki. Oczywiście pojawiły się przypisy tłumaczące te zwroty, ale i tak trochę mnie to przewyższyło. W efekcie czytałam i często traciłam wątek, a razem z nim koncentrację. Wielokrotnie musiałam wracać do poprzednich zdań. 

Co do treści też nie mam dobrych wieści, ponieważ dla osoby o małej wiedzy jest ona niezrozumiała. Wszystkie aspekty były dokładnie tłumaczone, jednakże w tak zawiły sposób, że rezultat był taki sam jak przed przeczytaniem... Byłam rozczarowana. Dla mnie było oczywiste, że nie przyswoję sobie całej wiedzy, ale byłam przekonana, że większość już tak. Tymczasem przez długi czas męczyłam się z tą książką i wielokrotnie odczuwałam po prostu nudę. Jednak nie chcę być zbyt surowa wobec tej lektury lub nawet samej siebie. Zdarzały się fragmenty, kiedy odnajdywałam się w treści i dowiadywałam nowych rzeczy. Czasami nawet wywoływały uśmiech na mojej twarzy. 

"Erystyka" jest pozycją unikatową, ale też wyjątkowo specyficzną. Moja recenzja wydaje się nieprzychylna, lecz nie taki jest mój zamiar. Uważam, że to stanowczo książka warta uwagi i niosąca za sobą wybitnie ciekawe doświadczanie. Jednakże czytelnik, który się na nią decyduje, powinien mieć o wiele bardziej rozbudowaną w tej tematyce wiedzę niż ja i nie podchodzić do niej ze zbyt dużą pewnością siebie. Jeśli czujecie się na siłach, by sprostać trudnemu językowi i zawiłym tłumaczeniom, może okazać się dla Was fascynująca. 

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję Wydawnictwu MG 


niedziela, 11 października 2020

Chłopcy Jo – Louisa May Alcott


Tytuł: Chłopcy Jo

Autor: Louisa May Alcott

Tłumaczenie: Joanna Pyra

Cykl: Małe Kobietki

Tom: IV

Kategoria: Literatura klasyczna

Wydawnictwo: MG

Ocena: 6/10






Czas ma to do siebie, że lubi mijać szybko i niespostrzeżenie. Czasami gdy jesteśmy znudzeni czy robimy coś, czego bardzo nie lubimy, wydaje się nam, że stanął w miejscu. Innym razem nasze myśli są pochłonięte wyjątkowo pasjonującymi czynnościami i wtedy ten sam czas biegnie nieopanowany. Jednak to są konkretne wydarzenia, które mijają, byśmy za parę lat byli zszokowani, ile to już jest za nami. Nasza pamięć z nostalgią sięga do młodości, do czasu zakochania czy najlepiej wspominanych przez nas wydarzeń. To wszystko za nami, ale na szczęście przed nami też coś jest... Możemy spędzać czas w otchłaniach pamięci, czerpiąc z tego radość albo karmiąc się cierpieniem, lecz możemy usiąść, spojrzeć, ile za nami i iść dalej, by czas nas nie oszukał. 

Jo już dawno nie jest szaloną i porywczą młodą dziewczyną, którą wiele lat temu poznaliśmy. Teraz jej głowa pełna idei, zaangażowanie i energia pozwalają rozwijać się dojrzewającym istotom. Jej ukochane dzieci też już nie są dziećmi. Teraz to młodzi mężczyźni i piękne panny. Wszyscy gotowi, by podbijać świat nauki, obyczajów i przede wszystkim miłości. Pewnie każdy rodzic zna ten czas, gdy musi się pogodzić, że ich najmłodsi są gotowi decydować sami za siebie i rozpocząć własne, samodzielne życie. A młodość ma do siebie to, że lubi popełniać błędy i mimo samodzielności czasami błagalnym milczeniem prosi o pomoc i nakierowanie na odpowiednią drogę. Tutaj się rozpoczyna nowa misja Jo. Czy sobie z nią poradzi? Czy decyzje młodych i los niosą ze sobą szczęście? Czy miłość zawsze wygrywa?

Doskonale pamiętam moment, gdy przyszła do mnie paczka z niesamowitą książką, którą były właśnie "Małe Kobietki". Byłam bardzo podekscytowania, ponieważ czekałam na premierę ekranizacji tej powieści. Oczekiwanie, piękne wydanie i zafascynowanie literaturą klasyczną sprawiły, że moje wymagania przybrały niebotyczną wielkość. Zostały spełnione w każdym aspekcie. Powieść okazała się niesamowicie ciepłą, pełną miłości i bezpieczeństwa historią. Dostałam nadzieję, która na stałe osiadła w moim sercu i z tym niezwykłym ciepłem przypomniała mi, co to rodzina i bezinteresowna dobroć. Z czasem czytałam kolejne tomy i czułam się jak w domu, gdy mogłam wrócić do opowieści o czterech siostrach i ich losach. Tym razem przyszedł już czas na ostatnią część. Jak się czuję po jej przeczytaniu? 

Pisarka przez wszystkie cztery tomy utrzymała ten charakterystyczny styl opowieści płynącej w leniwe niedzielne popołudnie, gdy wszyscy w błogostanie słuchają z uśmiechem na ustach. Nie porzuciła lekkości pióra przeplatanej z uśmiechem ironii i mrugnięciem do czytelnika. Otoczenie barwności i kwiecistości języka pozwalało na zapomnienie o naszej rzeczywistości i przeniesienie się do domu Jo. Bez żadnych utrudnień, niepotrzebnych wyniosłości otwierała drzwi do serca swojej historii. 

Niestety z olbrzymim żalem muszę przyznać, że "Chłopcy Jo" najmniej podobali mi się ze wszystkich części "Małych Kobietek". Przede wszystkim autorka robiła duże przeskoki w czasie. Już w poprzednich tomach można to zauważyć, lecz były one tworzone z gracją i dopracowaniem, które nadawało płynności fabule. Tutaj niestety brakowało tego mocnego, ale zarazem subtelnego osadzenia w czasie. Różnorodność pojedynczych opowieści paradoksalnie sprawiała, że nie odnajdowałam się w życiu naszych bohaterów. Codzienność i wyjątkowość chwil powinny się komponować w ich życie, a tymczasem gryzły się nawzajem i walczyły o uwagę. Mimo to część z nich nadal niezmiernie bawi i poucza moralizującym tonem. 

Tym razem nie przekonała mnie też tematyka. Wszystkie tomy mają ten wspomniany moralizujący ton – nie jest on subtelny ani dyskretny, jest narzucający, obezwładniający. Lecz dopiero w "Chłopcach Jo" zaczęło mi to przeszkadzać. Długo się zastanawiałam, skąd ta nagła zmiana u mnie i doszłam do wniosku, że po raz pierwszy w tej historii stajemy z tak wielkim wyzwaniem jak pełnowymiarowa nauka w college'u i na uniwersytecie. Zbyt dużo nieaktualnych treści i wyrachowania jak dla mnie. W tym momencie została przekroczona moja subiektywna granica, gdzie pamiętam, że to były inne czasy nieporównywalne do obecnych. Bardzo tego żałuję i nie uważam, żeby była to wina samej książki. Wtedy była to wizja poprawności w wychowaniu i dobroci. Obecnie odnoszę to jako ograniczenie wolności. 

Wśród bohaterów panuje wielka różnorodność osobowości. Każdy jest inni i niepowtarzalny w swym obyciu, poglądach i marzeniach. Bardzo to cenię, bo przy tak wielkiej liczbie postaci łatwo zatracić odmienność w kreacji. Oczywiście moją uwagę przykuwała najbardziej Jo, która zmieniła się z roztrzepanego dziecka w matkę kilkanaściorga młodych osób. Czy ta zmiana mi się podoba? Jest naturalna, więc jak najbardziej ją szanuję. Tylko brakuje mi mojej dawnej Jo, która ukradła moje serce. 

Moje odczucia wahają się od rozczarowania ku nostalgii, że to już koniec i pora pożegnać się z rodziną March. Już dawno twierdziłam, że ten czas powinien nadejść. Że niektóre historie powinny kończyć się w odpowiednim punkcie, a w przypadku "Małych Kobietek" został on przekroczony. Mimo to zostałam ogarnięta melancholią, więc nie pozostaje mi nic innego, jak Wam polecić poznanie Jo, Beth, Amy i Meg – dzięki nim można odzyskać wiarę w szczęśliwe życie, mimo że jest one naszpikowane przeszkodami i tragediami. 

Za możliwość poznania całego cyklu z całego serca dziękuję Wydawnictwu MG

czwartek, 10 września 2020

Folwark Zwierzęcy – George Orwell


Tytuł: Folwark Zwierzęcy

Autor: George Orwell

Tłumaczenie: Bartłomiej Zborski

Kategoria: Klasyka

Wydawnictwo: Muza

Liczba stron: 136

Ocena: 7/10










W pewnym momencie przychodzi czas na wielkie zmiany, które mają doprowadzić do całkowicie odmiennej rzeczywistości. Ma być ona lepsza, dająca szczęście i komfort życia. Ma być ona utopią istniejącą w nieskończoność. Ma spełnić oczekiwania każdej żywej istoty. Jednak jak dojść do tak olbrzymich zmian? Narzuca się powiedzenie, że zmiany łączą się z poświęceniem – poświęceniem dawnego życia, które może nie należało do najlepszego, ale było znane i nie trzeba było się martwić, jak to będzie w tym idealnym świecie, czy to na pewno dobra decyzja. I najważniejsze pytanie – czy utopia w ogóle jest możliwa? 

Folwark Dworski jest jak większość folwarków – czyli pełen wykorzystywanych zwierząt, pełen brutalności i pełen ludzkich pragnień. Właściciel uważa, że może traktować zwierzęta, jak mu się tylko podoba, a fakt, że co jakiś czas zwierzę zostanie zamordowane w okrutny sposób nie jest problemem. To się w końcu czasami zdarza, więc nie należy się przejmować. Jednak powoli, gdy ludzie już śpią smacznie w swoich łóżkach, w głowach zwierząt rodzi się pragnienie, a następnie plan, by obalić ludzkość. Nikt by nie pomyślał, że ten dzień nadejdzie tak szybko, a zwierzęta przemianują folwark na Folwark Zwierzęcy. Czy uda im się stworzyć nowe, lepsze życie? Czy inne folwarki dołączą do powstania? 

George Orwell – nazwisko znane większości osób choćby ze słyszenia. Jest to pisarz, który mimo upływu czasu nadal oczarowuje swoim świeżym spojrzeniem na rzeczywistość, krytyką za pomocą rozbudowanych metafor i unikatowym spojrzeniem na problem. A przynajmniej tak głosi plotka. W moim przypadku edukacja pominęła dzieła tego autora i były mi one znane tylko i wyłącznie z recenzji i anegdotek. To był mój mały czytelniczy wstyd, że nie znam żadnej powieści autora. Dlatego stwierdziłam, że dalej nie mogę tak postępować, więc zapoznałam się z osławionym "Folwarkiem Zwierzęcym". Jak moje wrażenia? 

Język, jakim posługuje się Orwell, jest językiem mocno oddziaływającym na wyobraźnię. Pod każdym względem dopracowany i mimo tak krótkiej objętości powieści pełen rozbudowanych i mocno literackich zdań. Autor sprawnie operuje słownictwem, by w subtelny sposób przekonać czytelnika o barwności i doniosłości tematu. Zarazem jako całość jest utrzymana niesamowita płynność, która nie daje szans na odłożenie bez powodu książki. Doskonale zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób może to być zniechęcające, ale w moim przypadku jest to jedna z najlepszych rekomendacji, jakie może dostać książka. Nie umiem nie docenić sprawności językowej pisarza, a w tym przepadku kunszt językowy jest warty uwagi. 

"Folwark Zwierzęcy" jest powieścią, którą czyta się dosłownie przez parę chwil. Ma zaledwie ponad sto stron i wcześniej wspomnianą płynność fabularną. Widać, że Orwell skupił się przede wszystkim na ukazaniu najważniejszych wydarzeń i połączeniu ich w spójny i niewybrakowany ciąg historii. Bez wątpienia wyszło mu to perfekcyjnie. Skupienie na tych najbardziej istotnych zdarzeniach zwracało moją uwagę na momenty przełomu, które być może są przeze mnie pomijane już w tym realnym życiu. Brzmi to zapewne dość osobliwie, ale warto wspomnieć, że cała powieść jest wielką metaforą, w której są jeszcze podrzędne metafory. Ta nietypowa otoczka nadaje książce uniwersalności, więc jak najbardziej można opuścić sferę dosłowności i najbardziej się narzucającej polityki, by odnieść to do prywatnego świata. Wybór należy do nas, choć autor dzięki ciekawej przedmowie pozwala lepiej i na o wiele głębszym poziomie zrozumieć przedstawiony przez siebie obraz. W wydaniu, które czytałam, pojawiają się również słowa od tłumacza. Jest to również według mnie ciekawy aspekt całości. 

W ujęciu pisarza "Folwark Zwierzęcy" to alegoria Związku Radzieckiego oraz panującego tam ustroju. Niestety moja wiedza jest za mało rozbudowana, by dokładnie zrozumieć tę metaforę, lecz ja sama widzę tutaj również ukazanie procesu powstawania totalitaryzmu. Czytając, obserwowałam tworzenie lepszego świata, który od być może naprawdę dobrych podstaw zmierzał powoli i nieświadomie ku złemu. To doświadczenie dość odmienne od tego, co zwykle spotykam w literaturze. 

Po przeczytaniu tak dobrze znanej książki mam mieszane uczucia, ponieważ widzę w niej wiele wspaniałych zalet, ale też niedosyt. Wydaje mi się, że sława książki przerosła ją samą i tworzące się oczekiwania są zbyt wielkie, zbyt niedopracowane, by opowieść o reformach w folwarku mogła dać całkowitą satysfakcję. Przyznam, że zniechęciłam się po przeczytaniu "Folwarku Zwierzęcego" do pozostałych powieści pisarza. Bez wątpienia w swoim czasie wrócę do poznawania ich, w szczególności, że "1984" traktuję jako moją pozycję obowiązkową. Jednak na pewno nie zrobię tego w najbliższym czasie. 

środa, 15 lipca 2020

Mali mężczyźni – Louisa May Alcott


Tytuł: Mali mężczyźni

Autor: Louisa May Alcott

Tłumaczenie: Zofia Grabowska

Cykl: Małe Kobietki 

Tom: III

Kategoria: Literatura klasyczna

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 464

Ocena: 7/10






Mówi się, że niektórzy ludzie rodzą się po prostu dobrzy, a niektórzy dążą do dobroci przez całe życie. Od lat w literaturze, filozofii i nauce dyskutuje się, jak to naprawdę jest z tymi dobrymi ludźmi. Kwestia genów, a może środowiska? Zadaje się pytanie, czy dobroci da się nauczyć. Do dzisiaj nie mamy konkretnej odpowiedzi. Każdy może mieć jakieś poglądy na ten temat lub swoje własne doświadczenia, ale nie da się odnieść tego do jednej zasady. Z biegiem czasu pojawią się pytania o moralność – czy w ogóle jest nam potrzebna? Opinii zapewne też jest wiele, ale ja pozostaję wierna starym zwyczajom, gdzie honor, uczciwość, lojalność i czyste serce są wybitnie ważne. 

Nasze małe dziewczynki stały się dorosłymi kobietami, które musiały zdecydować, co jest najważniejsze dla nich w życiu i jak chcą je poprowadzić. Jo sama po sobie oczekiwała bardzo wiele. Miała mnóstwo pomysłów na przyszłość, ale tym dominującym była kariera pisarki. Los prowadzi własnymi ścieżkami, więc pewnego dnia nasze droga Jo poszła w całkowicie inną stronę i wraz z mężem założyła szkołę dla chłopców. Teraz musi poradzić sobie z tym olbrzymim wyzwaniem i sprawić, by jej mali chłopcy wyszli na dobrych i uczciwych mężczyzn. Jest to praca na pełen etat, lecz nie ma nic piękniejszego i bardziej satysfakcjonującego niż danie miłości zagubionym w świecie dzieciom. 

Kilka miesięcy temu "Małe Kobietki" podpiły moje serce. Sprawiły, że zapomniałam o całej mojej rzeczywistości i oddałam się w uroczy i tak ciepły świat czterech sióstr. Następnie przyszedł czas na film "Małe Kobietki" i drugi tom powieści, "Dobre żony". Wrażenie nie było już tak piorunujące jak za pierwszym razem, ale nadal czułam się oczarowana. Dlatego z wielką niecierpliwością czekałam na trzeci tom i jestem właśnie po przeczytaniu go. Nawet nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jak niesamowicie było powrócić do stron przedstawiających życie Jo. 

Po raz kolejny styl autorki zachwycił mnie i sprawił, że ponownie zaufałam jej słowom. Nie jest to idealny język i warto też pamiętać, że jest to jednak stosunkowo stara powieść, więc nie dla każdego. Mimo to sposób, w jaki autorka nas prowadzi przez zwykłe codzienne historie, jest pełen oddania i ewidentnej pasji. Język Alcott jest wyjątkowo kwiecisty i barwny. Nawet najprostsze rzeczy są opisywane, jakby to był największy cud świata. Cenię sobie taką unikatowość i kunsztowność w stylistyce. 

Mimo że byłam bardzo podekscytowana możliwością przeczytania trzeciego tomu, miałam wiele obaw. Przyzwyczaiłam się do Jo i pozostałych sióstr, a tym razem jako czytelniczka dostałam już odmienną historię. Jestem człowiekiem, który niesamowicie boi się jakichkolwiek wyzwań, więc moje nastawienie momentalnie zmieniło się na sceptyczne. Ale to nic – autorka naprawdę potrafi oczarować, dlatego powoli strona za stroną i pokochałam uczniów szkoły. Tak jak kiedyś powoli oddałam swoje serce we władanie siostrom, teraz należy ono do kilkunastu chłopców i trzech dziewczynek, którym życzę wszystkiego co najlepsze. Ich poczynania niezmienienie mnie ciekawiły i nie miało znaczenia, że to zwykłe dziecięce zabawy. Dzieciństwo ma w sobie coś magnetyzującego, czego większość dorosłych na co dzień nie przeżywa. 

Warto Was ostrzec przed pewnymi aspektami "Małych mężczyzn". Tak jak wspominałam przy stylu, książka nie jest współczesną powieścią. Dlatego niektóre fragmenty mogą budzić sprzeciw, a nawet oburzać. Wychowanie dzieci w tamtych czasach rządziło się innymi zasadami i część z nich obecnie jest niedopuszczalne. Oczywiście część z nich nadal jest stosowane albo powinno być. Niektórych może też drażnić rola kobiety. Teraz nie żyjemy w tak sztywnych ramach i nie wyobrażam sobie, że jako dziewczynka nie mogłabym grać na przykład w piłkę nożną, co w powieści jest ukazane jako niestosowne. W żaden sposób nie jest to wada i nie chciałabym, żeby ten aspekt zniechęcił Was do lektury. Wynika to po prostu z kontekstu historycznego. 

Tym bardziej że powieść ukazuje, jak ważna w życiu jest moralność, uczciwość i pragnienie czynienia dobra. Niektórym być może wyda się to zbyt moralizujące i nachalne, jednak mnie taka forma wręcz oczywistego przekazu przypadła do gustu. Za pomocą zwykłych psot autorka ukazuje, jak niektórzy będąc dobrymi ludźmi, mogą się zgubić w świecie nienawiści i zła. Część chłopców pochodzi z biednych rodzin albo nawet z ulicy. By żyć, musieli kraść, bić się i uodparniać na wszelkie przejawy zła. Jednak olbrzymia miłość i cierpliwość są w stanie poprowadzić takie dzieci ku świetlanej przyszłości. To właśnie od pierwszy kart książki robi Jo wraz ze swoim mężem, a ja wiernie jej towarzyszę, mając nadzieję, że pewnego dnia przeczytam, jak niesamowity owoc przyniosła ich miłość. 

W "Małych mężczyznach" jest wielu bohaterów, stąd też ich pobieżna kreacja. Przyznam, że ten aspekt bardzo mnie zawiódł, ponieważ liczyłam, że dostanę wielowymiarową gamę charakterów, które będą mnie zachwycać, przekonywać do siebie lub zniechęcać. Tymczasem na główne prowadzenie wychodzą tylko pojedynczy chłopcy. Jednak zacznę przede wszystkim od Jo. Pamiętam Jo jako osobę pełną pasji, iskry i nieokrzesania. To mnie w niej pociągało, a obecnie jest postacią przeidealizowaną, która paradoksalnie będąc kochaną i dobrą, traci na unikatowości charakteru. Natomiast wśród chłopców moją uwagę przyciągnął przede wszystkim mały i nieśmiały Nat. Historia tego chłopca jest wyraźnie zarysowana, a czytelnik, zaczynając od zwykłego współczucia, dąży do szacunku i podziwu dla tej duszyczki. Podobnie jest z jego przyjacielem – Danem. Pisarka w rozbudowany sposób ukazała jego przemianę. Wszystko działo się powoli i w logiczny sposób. Zarazem nienachalnie. Takie przemiany są trudnym i wartościowym zabiegiem w literaturze. 

Cały ten cykl to niesamowita przygoda, która otula czytelnika i pozwala poczuć prawdziwą macierzyńską miłość. Cieszę się, że ponownie mogłam poczuć to cudowne uczucie. I już w tej chwili jeszcze z większym niecierpliwieniem czekam na część czwartą, która kończy całą serię. Czuję, że to będzie niezwykłe zakończenie. Tymczasem z całego serca polecam Wam tę historię. A w szczególności osobom, które doceniają takie urocze opowieści. 

Za możliwość ponownego spotkania się z Jo i poczucia jej wielkiej miłości dziękuję bardzo Wydawnictwu MG

niedziela, 22 marca 2020

Tajemnica Dorożki – Fergus Hume


Tytuł: Tajemnica Dorożki

Autor: Fergus Hume

Tłumaczenie: Jan Stanisław Zaus

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 300

Ocena: 7/10










Tajemnice są nieuchwytne i władcze. Gdy rozwiążemy jedną, pojawia się druga, by za chwilę zostać zastąpiona kolejną. Sprawiają, że jesteśmy w stanie poświęcić wszystko, by dotrzeć do odpowiedzi. Dyktują naszymi krokami i nigdy nas nie puszczają. Najczęściej tworzymy je sami, by później mieć możliwość gonić swoje własne sekrety. Niekiedy są one wytworem wielu ludzi solidarnie połączonych, by stworzyć olbrzymią sieć intryg. Brzmi to trochę mistycznie, ale według mnie mamy naturalną skłonność do tworzenia sekretów i ich odkrywania. Jeśli nawet pominiemy nasze codzienne, zwykłe życie, to i tak wiele ukrywamy w głębi siebie, fascynując inną osobę. Czyż tak właśnie nie jest? 

Melbourne to spokojne miasto położone w Australii. Jest jak każdy inne – pełne arystokracji i znienawidzonych slumsów. Jednak na tyle szanowane, by pewnego dnia zadziwić wszystkich mieszkańców zbrodnią dokonaną z niesamowitą precyzją. Lecz wszyscy wiedzą, że do morderstw czasami dochodzi. Więc dlaczego akurat to jest takie wyjątkowe? Odpowiedź jest prosta i zarazem tak bardzo przerażająca. Do morderstwa doszło w dorożce. Na środku ulicy, w momencie gdy dorożkach powoził. Jak to się stało, że nikt niczego nie zauważył? Że dorożkach odkrył ciało dopiero, gdy się zatrzymał i nikt nie wyszedł? Jakie mroczne tajemnice przynosi ze sobą ta zbrodnia?

Jeśli jesteście moimi czytelnikami, to doskonale wiecie, że bardzo rzadko sięgam po kryminały. Lubię je, ale w ograniczonej liczbie. Mimo to "Tajemnicy Dorożki" nie byłam w stanie się oprzeć. Intrygujące przestępstwo, klimat XIX-wiecznej Australii i obietnica wielu godzin pasjonującego pościgu za tajemnicami skusiły mnie i sprawiły, że bez zastanowienia oddałam się lekturze. Czy był to dobry wybór? Bez wątpienia tak. 

Nie będę w ogóle udawać, że jest inaczej – uwielbiam archaiczny język. Może nie mam tutaj na myśli bardzo odległych czasów, ale dzieła i ich tłumaczenia sprzed setki czy dwóch setek lat zawsze mnie oczarowują. Tym razem było tak samo. Zachwyciłam się językiem używanym przez pisarza, który tak barwnie i szczegółowo oprowadzał mnie po australijskim mieście i duszach ludzkich. Nie jestem specjalistą, więc dokładnie nie uchwyciłam, na czym polega różnica, ale składnia jest bardzo odmienna od tego, co znamy z współczesnych dzieł, więc po raz kolejny właśnie to styl mnie oczarował. 

Jednakże gdybym miała wybrać jeden aspekt, który najbardziej mnie w tym przypadku zachwycił, byłby to niezwykły klimat całej opowieści. Od pierwszych stron poczułam go całą sobą i zanim zdałam sobie sprawę, to byłam nim już owładnięta. Miałam wrażenie, jakby ta niepewność i strach przed rozwiązaniem tajemnicy były moimi odczuciami. Tak naprawdę to ja chodziłam po uliczkach Melbourne i podejmowałam decyzję, ile można powiedzieć innym, by sekrety pozostały ukryte, a morderca złapany. Bardzo długo nie mogłam rozwiązać tej sprawy, co było dość niezwykłym przeżyciem, gdyż zazwyczaj nieznane mi umiejętności przedwcześnie doprowadzają mnie do sprawcy. W tym przypadku przekroczyłam połowę, gdy zdałam sobie sprawę, kto to może być. Po raz kolejny domyśliłam się, ale okoliczności tego wydarzenia i motywy całkowicie mnie zaskoczyły. Dlatego jestem pod wrażeniem wykreowania tej ścieżki zbrodni. Rzadko trafia się tak dobra. Współcześni pisarze powinni brać przykład z takich właśnie historii. Jest ona poprowadzona nietypowo jak na obecne czasy. Może warto byłoby również wyrwać się ze schematu i odkryć nowe aspekty przestępstw. 

Większość z bohaterów zyskało moją sympatię, jednak w żaden sposób nie oznacza to, że byli jakoś wyśmienicie wykreowani. Nie zrozumcie mnie źle – były to dość wyraziste postacie z olbrzymim potencjałem i właśnie brak wykorzystania tego potencjały kuł mnie tak bardzo w oczy. Mimo to Brianowi pozostaję całkowicie wierna za pewnego rodzaju niespójność emocji. Wykazywał się wielkim szacunkiem, honorem i dobrem w czystej postaci. Ale jak każdy człowiek ulegał i tym złym emocjom i popełniał wiele błędów. Polubiłam również jego narzeczoną Madge. Wyjątkowo elokwentna kobieta i mimo że posłuszna ojcu i innym mężczyznom, pełna ognistego temperamentu i wyrażająca bezkompromisowo swoje własne zdanie. 

"Tajemnica Dorożki" okazała się dla mnie niezwykle wciągającą lekturą, która pozwoliła mi zapomnieć o rzeczywistym świecie. Dzięki niekonwencjonalnemu przebiegowi i pobudzającej wyobraźnie atmosferze wskoczyłam w wir wydarzeń. Wam również to polecam. 

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję bardzo Wydawnictwu MG