Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajfuny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajfuny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Układ(a)ne – Aoko Matsuda

 

Tytuł: Układ(a)ne

Autor: Aoko Matsuda

Przekład: Agata Bice

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Tajfuny

Liczba storn: 152

Ocena: 6/10







Gdy mam dobre samopoczucie, wydaje mi się, że świat jest pięknym miejscem, które jest tylko coraz lepsze. Wiele osób zarzuca mi, że mówię z perspektywy szczęśliwego dziecka, które dostało wszystko, by wejść w dorosłość. Bez wątpienia tak jest, ale kiedy zagłębiam się w historię, to mnie przeraża to, co działo się jeszcze niedawno. Dlatego uważam, że robimy postępy, a przynajmniej na naszych terenach. W żaden sposób nie deprecjonuje tego, że na świecie i nawet wokół mnie dzieją się złe rzeczy, do których dojść nie powinno i powinniśmy coś z tym zrobić. Nadal jest tyle kwestii wymagających poprawy czy naprawy. O to powinniśmy walczyć i dążyć do przodu, by świat – tak jak się mówi frazesowo – był lepszym miejscem. Co uważacie na ten temat? 

Oczywiście moje przemyślenia mają swoje źródło pochodzące z literatury. Tym razem dałam na warsztat współczesną literaturę japońską. Z klasyką wypadło dość rozczarowująco, więc stwierdziłam, że pewnie wbrew pozorom jest to analogiczne do Polski – niektóre klasyczne powieści są trudne w tej chwili do przeczytania i zrozumienia. Wyszłam z założenia, że być może właśnie ta japońska książka sprawi, że odnajdę coś dla siebie. Czy tak było? 

Jedną z najistotniejszych kwestii w "Układ(a)ne" jest bez wątpienia koncepcja, całościowy pomysł. Chciałabym tutaj go bezpośrednio przedstawić, lecz jest dla mnie na tyle skomplikowany i niespotykany, że trzeba go doświadczyć samemu. Wyróżnia się unikatowością i dużą dozą kreatywności w przedstawianiu różnorodnych tematów. Nieoczywistość układu wymaga czasu, by zrozumieć powieść całościowo i spojrzeć na nią przez pryzmat ogółu. Tutaj też sam tytuł mam wrażenie, że dokłada charyzmy, ponieważ perfekcyjnie opisuje to, co czytelnik może odnaleźć w treści. 

Sam styl autorki jest niesamowicie chaotyczny, choć ewidentnie jest to zaplanowany zabieg. W dużej mierze go doceniam i rozumiem, skąd wynika, lecz mocno ograniczyło mi to odbiór całości. Styl wyróżnia się niekonwencjonalnością i zapada w pamięć na długo. Jego wyjątkowość sprawiła, że każdą podobną pozycję literacką będę już porównywać do tej książki. Dzięki barwności, ale utrzymaniu też optymalności językowej pisarka obrazowo przedstawiła myśli, uczucia i obserwacje bohaterów, co w rezultacie było dla mnie wyjściem do przemyśleń. 

"Układ(a)ne" składa się z rożnych części, które z czasem tworzą spójną narrację, choć by to zauważyć, jest potrzebna duża doza skupienia i zaangażowania w czytanie. Narracje, które najczęściej są pierwszoosobowe, niosą ze sobą wielowymiarową perspektywę na jedno wydarzenie, czy temat. Niemniej po przeczytaniu nadal czułam niedosyt i miała poczucie, że się pogubiłam, przez co nie umiałam się jednoznacznie określić po stronie poglądów swoich lub autorki. 

Tematycznie książka jest po prostu potężnym kolosem, który przemyca całą gamę różnych problemów społecznych, różnych spojrzeń indywidualnych. To mechanizm ukazujący, jak różny może być świat i jak wiele piękna, ale i zła może w sobie tłamsić. Przede wszystkim jest wyczuwalny wydźwięk feminizmu, który doceniam najbardziej, ponieważ z wieloma treściami zgadzam się i są one logicznie i racjonalnie uargumentowane. Nie są to tylko frazesy, ale połączenia przyczynowo-skutkowe, gdzie wzięte są pod uwagę również emocje i uczucia. Można też odnaleźć parę słów z perspektywy męskiej. 

"Układ(a)ne" okazało się dla mnie powieścią na swój sposób unikatową i niezmiernie wartościową. Różnorodność tematyczna pozwoliła mi odnaleźć swoje poglądy, pozwoliła mi przemyśleć niektóre aspekty życia, ale dała też możliwość pogubienia się w tym, co sama myślę. Dało to przeciwstawne odczucia, gdyż uznałam to za wartościowe doświadczenie, ale obudziły się też we mnie pokłady irytacji. Niemniej uważam, że warto zapoznać się z tą książką, choć też ostrzegam, że to nie jest pozycja literacka dla każdego. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

czwartek, 9 grudnia 2021

Ministerstwo moralnej paniki – Amanda Lee Koe


Tytuł: Ministerstwo moralnej paniki 

Autor: Amanda Lee Koe

Przekład: Mikołaj Denderski

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Tajfuny

Liczba stron: 216

Ocena: 6/10






Historia pokazała, że świat dla kobiet nie jest miejscem przyjaznym. Przez większość istnienia ludzkości kobiety były poniżane i traktowane jako gorszy gatunek ludzi. Nie mogły mieć własnego zdania, nie mogły iść przez życie według własnych zasad, często nie mogły nawet marzyć. Były prowadzone jedną ścieżką i nikt nie zwracał uwagi, czy ta ścieżka im odpowiada. Na szczęście w wielu rejonach świata z czasem sytuacja kobiet się poprawiła. Powoli zaczęły być traktowane jako równe mężczyznom. Niemniej proces poprawy sytuacji kobiet rozpoczął się stosunkowo niedawno, a i dzisiaj niekiedy wydaje się być tylko pozorny. Tym bardziej że w wielu częściach świata nadal nic się nie zmieniło i nie widać znaków, by w najbliższym czasie miało się zmienić. Brzmi to dla mnie przerażająco, ale cieszy mnie, że mówi się o tym na głos. 

Moje przemyślenia miały początek w czasie lektury książki "Ministerstwo moralnej paniki". Autorka jest pochodzenia singapursko-amerykańskiego, więc zapewne zna dwa kulturowo odmienne od siebie światy. Zdecydowałam się zapoznać z tą książką, ponieważ słyszałam często sprzeczne opinie na temat treści, które przedstawia. Dla mnie takie sprzeczne opinie działają jak wabik. I oto mam lekturę za sobą i... Bardzo mieszane odczucia. 

Od pierwszych stron można zaobserwować, że pisarka posługuje się unikatowym stylem. Dotychczas nie spotkałam się z powieścią, gdzie język używany przez autora tworzył taką niestandardową atmosferę. Przez "Ministerstwo moralnej paniki" przemawia pewność siebie i bezkompromisowość. Te dwie cechy warsztatu literackiego prowadzą czytelnika przez przedstawiane treści, mówiąc, że teraz czas na słowa pisarki. Nie ma tu możliwości przerywania, podważania. Teraz czas na Amandę Lee Koe i to, co ona chce opowiedzieć. Trudno mi się było ustosunkować do jej poglądów, ponieważ czułam właśnie to narzucanie mi opinii. Zamiast chcieć słuchać pisarki, czułam się do tego zmuszona. 

W ogóle warto wspomnieć, że książka jest zbiorem czternastu opowiadań. Opowiadań, które są całkowicie od siebie odmienne, jednakże posiadają wspólny rdzeń – poniżenie i bardzo trudny los kobiet. Każde opowiadanie po kolei wywoływało we mnie wiele negatywnych emocji. Bez wątpienia właśnie taki był zamysł pisarki, lecz było mi ciężko sobie poradzić z własnymi, tak bardzo intensywnymi, emocjami. Ogrom zadawanego cierpienia, niesprzyjającego losu i niemożność wyrwania się z błędnego koła poniżenia przytłaczały mnie i sprawiały, że nie chciałam kończyć książki. Zarazem wiedziałam, że należy ją skończyć, bo nie można obojętnie przechodzić przy takich treściach. 

Podoba mi się różnorodność opowieści. Przedstawione są kobiety w różnym wieku, o różnych pochodzeniu pod względem statusu społecznego i ekonomicznego oraz o różnych historiach. Niektóre z kobiet zostały postawione przed danym wydarzeniem i nie otrzymały szansy wyboru. To los i źli ludzie zdecydowali o nich. Lecz jako czytelnicy możemy też obserwować kobiety, które miały wybór i wybrały cierpienie i upokorzenie. Tak naprawdę to pozornie był wybór. Z obiektywnej perspektywy można zaobserwować, gdzie mogły zdecydować inaczej i iść drogą lepszego traktowanie. Niemniej społeczeństwo, stereotypy i presja podyktowały ich życie i nie pozwoliły na szczęście. 

W "Ministerstwie moralnej paniki" czuć pewne różnice kulturowe. Wydają się być dyskretne, lecz wystarczająco zauważalne, by doprowadzić do refleksji nad tym, co dzieje się w innych częściach świata i jak jest to postrzegane. Wszystkie opowiadania traktuję jako manifest pisarki, która krzyczy, że nadal potrzeba zmian. I że nie można zamykać oczu, tylko dlatego że być może nam w tej chwili jest komfortowo i czujemy się szczęśliwe. Nigdy nie wiadomo, czy to się nie zmieni, a teraz mamy wystarczająco sił, by przynajmniej próbować pomóc innym. 

Moim jedynym problemem związanym z tą książką jest pewnego rodzaju wyłaniająca się pretensjonalność wśród przedstawionych treści. Mam poczucie, że to przemówi do osób, które same choć w małej mierze przeżyły coś podobnego. Dla osób, które nie rozumieją, może pozostać to nadal nieuargumentowanym zarzutem. Pragnęłabym w tej książce odnaleźć coś, co właśnie pomoże innym zrozumieć sytuację niektórych kobiet. 

Książką Amandy Lee Koe okazała się wyjątkowo poruszającą lekturą, która niosła wiele wartościowych i przełomowych treści. Pisarka nie bała się pisać o tym, co myśli i nie unikała tematów tabu. Jest to godne szacunku i przyznania jej olbrzymich pokładów odwagi. Niestety nie wszystkie aspekty pod względem warsztatu literackiego przypadły mi do gustu, co sprawiło, że odebrałam opowiadania w mniej pochlebny sposób niż dawały na to potencjał. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

poniedziałek, 29 listopada 2021

Gąsienica – Ranpo Edogawa

 

Tytuł: Gąsienica

Autor: Ranpo Edogawa

Przekład: Dariusz Latoś

Kategoria: Kryminał, opowiadania

Wydawnictwo: Tajfuny

Liczba stron: 191

Ocena: 6/10







Dusza człowieka jest niezgłębionym naczyniem, które potrafi zaskoczyć nawet właściciela. Tak naprawdę jest bytem oddzielnym, niezależnym, istniejącym według własnych praw. Możemy zapewniać wszystkich wokół, że zapanujemy nad nią albo jesteśmy jej częścią. Ale czy tak naprawdę to ona nie panuje nad nami? To nie my jesteśmy jej własnością? Tak naprawdę wszystko zależy od tego, czy wierzycie w istnienie duszy i w jakim rozumieniu. Dla mnie to pojęcie zawsze kojarzy się z początkami filozofii i w pewnym ujęciu również psychologii, więc z chęcią zamieniłabym "duszę" na "psychikę". Jednak znaczenie pozostaje to samo i tak samo w sferach domysłów i właśnie filozofii. 

W ostatnim czasie zapoznaję się z literaturą japońską. Swoją przygodę z nią rozpoczęłam poprzez mangi, by przejść bezpośrednio do klasyki literatury japońskiej. Mam bardzo mieszane uczucia co do niej, gdyż mój odbiór przedstawianych treści jest niespójny. Zarazem czuję mroczną fascynację, by właśnie przez nią czuć też odrzucenie. Tym razem zdecydowałam się zapoznać z opowiadaniami w zbiorze "Gąsienica". Wydawało mi się, że to będzie coś odmiennego. W dużej mierze takie były, ale potwierdziło moją teorię co do tego, że przez tę kulturę przechodzi niespotykany rodzaj mroku. 

Na razie ujmując "Gąsienicę" jako całość, muszę przyznać, że styl autora jest bardzo niedopracowany. Brakuje finezji w doborze słów i gramatyce, choć nie jestem w stanie wyczuć, czy pochodziło to bezpośrednio od pisarza, czy jest to kwestia tłumaczenia. Niemniej przez język autora przemawia pewnego rodzaju barwność i unikatowość, która prowadzi czytelnika przez ciemne oblicze duszy człowieka, dając obrazowy wgląd w uczucia bohaterów. 

Niezmiernie doceniam, że na początku polskiego wydania znajduje się wstęp do opowiadań. Pozwala to już na samym początku przygody z twórczością pisarza poznać lepiej jej kontekst, po krótce historię Ranpo Edogawa i nakierunkowuje, gdzie poszukiwać sedna. A w tym przypadku bez wątpienia warto podchodzić do lektury z jakąś wiedzą. To nie są opowiadania stricte w naszym europejskim rozumieniu. Jako czytelniczka mogę jednoznacznie stwierdzić, że my mamy swój własny schemat, który może nie jest na co dzień wyczuwalny, lecz w porównaniu do literatury innych części świata nie można go nie zauważyć.

Pisarz używa ciekawych zabiegów narratorskich i wykazuje w tym aspekcie dużą dozę kreatywności. Niekiedy poznajemy opowieść poprzez list, innym razem są to słowa całkowicie innej osoby i przy tym często występuje narrator wszechwiedzący. Tutaj ponownie mam wrażenie, że w naszej kulturze narracja jest zamknięta w ciasnych stereotypach. Oczywiście narracje są różne, ale jest to rzadsze i widać pewien kłopot z wykorzystaniem możliwości różnorodności narracji. 

Zbiór opowiadań rozpoczyna "Test psychologiczny", który okazał się moim wielkim rozczarowaniem. Nie chodzi o to, że ta historia ma zły warsztat, czy nieciekawą fabułę. Po prostu brakuje dopracowanie i wielkim problemem jest inspiracja. Nie wiem, czy to wynika z wcześniejszego wstępu, czy jest to rzeczywiście tak bardzo powiązane, ale od pierwszych stron da się wyczuć fascynację "Zbrodnią i karą" Dostojewskiego. Mam wrażenie, że "Test psychologiczny" jest pigułką tego dzieła, tylko dużo gorszą i nie skupiającą się na małych, ale tak istotnych motywach pobocznych. Sytuację w dużej mierze ratuje już kolejne opowiadanie, czyli "Czerwony pokój". Przy nim nadal czuję rozczarowanie, ale już pojawia się zafascynowanie, obrazowe postrzeganie świata i uczuć bohaterów. Ostatecznie "Czerwony pokój" robi na mnie wrażenie, lecz nadal to za mało. Jeśli miałabym wybrać opowiadanie, które wreszcie zaspokaja mój niedosyt, to byłaby to tytułowa "Gąsienica". To właśnie ta historia pozostawia mnie przepełnioną mrocznymi emocjami, skonfundowaną i z poczuciem olbrzymiego dyskomfortu. 

Wszystkie opowiadania łączy to mroczne oblicze duszy, które niesie ze sobą hipnotyzujące, ale też negatywne emocje. Tutaj pasja, która osobiście kojarzy mi się z czymś pięknym i niesamowitym, przeradza się w obsesję, by spętać duszę człowiekowi i zawładnąć nim na zawsze. Jej macki owijają całe istnienie i doprowadzają do autodestrukcji. Jest to tak odmienne od tego, co promuje europejska literatura, że trudno uświadomić sobie, że pasja w tych dwóch rozumieniach ma ten sam rdzeń. Czytając, miałam poczucie, że powietrze przy mnie robi się coraz bardziej gęste i coraz bardziej dusi i zmusza, by wreszcie obsesja przejęła stery. 

"Gąsienica" okazała się zbiorem opowiadań pozwalających zdobyć nowe spojrzenie na świat, lecz niekoniecznie lepsze. Na pewno trudniejsze i bardziej mistyczne. Jednak mimo tego obezwładniającego efektu, nadal niesie ze sobą rozczarowanie i nie zachęca, by dalej zapoznawać się z twórczością pisarza. Niemniej myślę, że jeśli polskie przekłady pozwolą, to dam jeszcze szansę klasyce japońskiej w wykonaniu tego twórcy. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

wtorek, 19 października 2021

Gorączka złotych rybek – Kanoko Okamoto

 

Tytuł: Gorączka złotych rybek

Autor: Kanoko Okamoto

Cykl: Tajfuny Mini

Tom: I

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Tajfuny

Liczba stron: 83

Ocena: 7/10






Czy czujecie, że macie w życiu konkretny cel i dążycie do spełnienia go? Ja mam wiele pomysłów, wiele celów i niektórym jestem wierna od lat, lecz gdybym miała zdecydować się na jeden i powiedzieć z ręką na sercu, że jestem w stanie poświęcić mu życie, to nie byłabym w stanie tego zrobić. Jednak mówi się o istnieniu ludzi, którzy właśnie idą jedną ścieżką i chcą całkowicie zaangażować się w dążenie do spełnienia jednego marzenia. Może dałoby się to określić jako powołanie? 

Mataichi pożąda w swoim życiu jednej kobiety. Pragnie jej z całego serca, lecz nie jest to miłość w typowym rozumieniu. Dominuje w tym uczuciu pożądanie odnoszące się do posiadania osoby i świadomości, że nigdy się z nią nie będzie. Młody mężczyzna jest przekonany, że jeszcze niesprecyzowane uczucie do Masako minie, gdy uda się do innego miasta, by kontynuować swoją edukację. Mijają lata, a widmo pięknej, choć bezbarwnej Masako pozostaje w umyśle Mataichiego. Czy stworzenie wyjątkowego gatunku złotej rybki jest w stanie zmienić uczucia mężczyzny? 

Dopiero od niedawna zapoznaję się z literaturą japońską. W dużej mierze pomogły mi w tym dwie kolejne książki z serii "Tajfuny Mini". Wtedy zdałam sobie sprawę, że klimat tworzony przez japońskich pisarzy znacznie się różni od tego, co znamy z literatury europejskiej czy amerykańskiej. Wydaje mi się bardziej nieuchwytny i w o wiele większym stopniu oparty na symbolice i metaforach. Sprawiło to, że moje pierwsze przygody z książkami japońskimi były trudne, lecz też sprawia, że podeszłam do lektury "Gorączki złotych rybek" z o wiele większym dystansem i nastawieniem na czytanie w intensywnym skupieniu. Jak moje wrażenia?

Styl, którym posługiwała się pisarka, przypadł mi do gustu. Byłam przygotowana na duże zaangażowanie językowe, więc nie zdziwiło mnie, że jest on wymagający i tak jak się spodziewałam, potrzebował większej dozy skupienia niż w przypadku większości lektur, które czytam. Niesie ze sobą rodzaj magicznej aury, która sprawiała, że wyobraźnia czytelnika zostaje pobudzona, a kwieciste opisy odmalowują przedstawione obrazy oraz zaznaczają linię pomiędzy rzeczywistością, a metaforą. 

Cieszę się, że na początku książki znajduje się wprowadzenie pozwalające zapoznać się biografią pisarki, z sytuacją kobiet w ówczesnych czasach. Tłumaczy to pewne aspekty książki i w odpowiedni sposób nastawia do klimatu występującego w książce. Gdy zaczynałam czytać już bezpośrednio powieść, to wiedziałam, czego się spodziewać pod względem treści. Sama fabuła okazała się płynna i wielokrotnie zachwyciła mnie wnikliwością obserwacji przeżyć wewnętrznych głównego bohatera. Choć przyznam, że po przeczytaniu "Gorączki złotych rybek" mam poczucie niedosytu, gdyż cały czas widziałam przed sobą treść, ale nie mogłam uchwycić jej sedna. Jakby przede mną uciekało. 

Natomiast w kontekście problematyki poruszanej w tej powieści, to muszę przyznać, że nie jestem pewna, czy zrozumiałam wiele przedstawionych aspektów. Wydaje mi się, że książka jest na tyle wielopoziomowa, że niektórych tematów w ogóle nie dostrzegłam, a jeszcze inna zrozumiałam w odmienny sposób niż chciała przedstawić pisarka. W "Gorączce złotych rybek" dominuje przedstawienie hipnotyzującej, ale przy tym również toksycznej i niespełnionej miłości. Jest to niezmiernie poruszające i refleksyjne doznanie. Droga wyznaczona przez taką miłość pochłania dni, tygodnie, miesiące i w końcu lata. Dochodzi do obsesji przekładającej się na jeszcze inne elementy życia. W którymś momencie jako czytelnicy wraz z głównych bohaterem poświęcamy się jednemu celowi, który tak naprawdę jest tylko środkiem zastępczym mającym sprawić, że prawdziwe pragnienia zostaną spełnione. 

Powieść ma unikatową atmosferę, która w płynny sposób prowadzi czytelnika przez całą historię i za pomocą metafor ukazuje inną – toksyczną – rzeczywistość. Czy toksyczny w tym przypadku znaczy zły? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ z jednej strony niesie to wiele negatywnych i intensywnych emocji, z drugiej jest to dążenie do spełnienia, a za tym idzie do szczęścia. Czy jest ono iluzoryczne? Na pewno, ale czasami łatwiej jest żyć w iluzji. Jestem przekonana, że w przypadku tej książki dużą rolę odgrywa kultura. Nasza europejska podkreśla inne wartości niż japońska i przez to niektóre aspekty mogą być odbierane przez nas inaczej lub nie mieć tak istotnego znaczenia dla nas. Dlatego z olbrzymią przyjemnością zapoznam się jeszcze z czwartym, dotychczas nieprzeczytanym przeze mnie, tomem serii "Tajfuny Mini". 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

sobota, 29 maja 2021

W lesie pod wiśniami w pełnym rozkwicie – Ango Sakaguchi

 

Tytuł: W lesie pod wiśniami w pełnym rozkwicie

Autor: Ango Sakaguchi

Przekład: Karolina Bednarz

Cykl: Tajfuny Mini

Tom: III

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Tajfuny

Ocena: 7/10






Jako ludzie potrzebujemy piękna i estetyki. To stwierdzenie może wydawać się trochę próżne i zbyt proste, by ująć złożoność naszego istnienia. Na pewno ta doza właśnie próżności istnieje, ale często piękno niesie ze sobą sprzeczności i ułudę. Choćby historia "Pięknej i Bestii" niesie ze sobą morał, że piękno nie powinno być dominującą częścią naszego życia, że brzydkie też może być wartościowe. Ten motyw przez kolejne dziesięciolecia zachwyca i prowadzi do rozbudowanych refleksji. Mnie piękno fascynuje, omamia i hipnotyzuje. Pozwala wiele pytań, wiele tajemnic i niezrozumiałej magii. Czy oddam dzisiaj duszę we władaniu piękna i zapomnę o istnieniu brzydoty? Stanowczo nie. Wolę odpowiedź na pytanie, czy piękno i brzydota nie są tak naprawdę nieodłączną całością, wręcz jednością? 

Jest to moje pierwsze świadome spotkanie z literaturą japońską. Mam wrażenie, że w Polsce staje się coraz popularniejsza i dzięki temu jako czytelnicy mamy o wiele większe możliwości, by zapoznać się z klasyką literatury japońskiej i spojrzeń na świat oczami innej kultury. Małe, piękne wydanie japońskich książek kuszą i obiecują niezapomniane doznania. Przyznam Wam się, że zostałam oczarowana samym wydaniem, by później czytać pozytywną opinię za kolejną jeszcze bardziej pozytywną opinią. Nie mogłam się temu oprzeć i tak zdecydowałam się sama sprawdzić, czy odnajdę się w tych historiach i czy są tak odmienne, jak się intuicyjnie spodziewałam. 

Na początku książki znajduje się krótki wstęp, który przybliża nam postać pisarza i pozwala lepiej zrozumieć kontekst sytuacyjny, w jakim powstawały te opowiadania. Bardzo przypadło mi do gustu, że wydawnictwo zdecydowało się na krok dalej, by pozwolić czytelnikom lepiej zrozumieć całość. Gdy już przeszłam do części napisanej bezpośrednio przez samego autora, od pierwszych zdań poczułam się zaszokowana. Już dawno nie spotkałam się z tak unikatowym stylem pisania. Potrzebuje on całkowitej uwagi, by prowadzić mnie przez swoje historie. Jednak na tym nie poprzestaje, ponieważ oczekuje on również wszystkich możliwych pokładów wyobraźni i obrazowego myślenia. W momencie gdy dałam z siebie wszystko, zostałam przeniesiona do innego świata, którym włada samo opowiadanie. Czytając czułam, że opowieść przejmuje nade mną kontrolę i za sprawą rozbudowanych i skomplikowanych zdań maluje obrazy niesamowite i niezapomniane. 

Opowiadanie tytułowe zaskarbiło moją sympatię, gdyż od pierwszych stron intrygowało i obiecywało, że mnie nie zawiedzie. Było owiane duszącą tajemnicą, która wołała o rozwiązanie, ale zarazem nie dawała do siebie podejść. Całość okazała się dla mnie mocno niezrozumiała i pozostała w świecie oniryzmu i domysłów. Mimo to odczuwałam historię jako wielki i zarazem paradoksalnie piękny symbol samotności. Opowieść poruszyła moje serce i dała możliwość na obserwowanie z boku, jak wieloma nićmi połączone są ludzkie relacje. One się plączą, czasami zrywają i czasami tworzą niemożliwe do rozwiązania supły, dając miejsce, by odbyła się sztuka zwana życiem. Czułam się oczarowana. 

Kolejne opowiadanie, czyli "Wielkouchy i księżniczka Długiej Nocy" odebrałam już w odmienny sposób. Znalazłam w nim sytuacje, które znałam i dzięki temu mogłam się utożsamić z głównym bohaterem. Obserwowałam złudność wielkich ambicji, które niosą człowieka do przodu, obiecując spełnienie wszelkich marzeń, a tymczasem cały czas pobierają za to zapłatę w sposób tak subtelny, że nikt tego nie widzi, nikt tego nie widzi do czasu... Całą ta historia jest przerażająca i pozostawia za sobą pole zrujnowanych emocji. Wysysają z czytelnika energię i błagają o zrozumienie. Niestety nadal zbyt słabo znam się na symbolice, by mieć pewność, że rozumiem całość. Czasami czułam się zagubiona i niepewna. Rezygnowałam z racjonalizmu na rzecz intuicyjnych odczuć. Nie dało to zrozumienia, ale pozwoliło na strach bez wstydu. 

Niezmiernie się cieszę, że zapoznałam się z tymi dwoma opowiadaniami. Na pewno nie dostrzegłam ich sedna i wielu rzeczy nie zrozumiałam, ale dostałam szansę na przeżywanie całej gamy emocji i poszukiwanie samej siebie w tym nieznanym mi świecie. "W lesie pod wiśniami w pełnym rozkwicie" to niezwykle metaforyczna książka, która oczarowuje, ale i nie oszczędza czytelnika w żadnym stopniu. Gorącą Wam ją polecam, choć też ostrzegam, że dla niektórych może okazać się zbyt niekonwencjonalna, by czerpać z niej radość.