Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 sierpnia 2021

Dziennik utraconej miłości – Éric-Emmanuel Schmitt

 

Tytuł: Dziennik utraconej miłości

Autor: Éric-Emmanuel Schmitt

Przekład: Łukasz Müller

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Znak

Ocena: 6/10








Wszystko jest dobrze, gdy mamy bliskich przy sobie i cieszą się dobrym zdrowiem. Wtedy nawet, jak pojawiają się problemy innego rodzaju, mamy wsparcie i miłość. To zawsze jakiś początek, by zaradzić im. Choć najczęściej nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele otrzymujemy od bliskich i jak wiele dajemy od siebie. Dopiero kiedy ich zabraknie, przychodzi czas na rozpacz, smutek i refleksję. Lecz śmierć ma to do siebie, że jest nieodwracalna, a my nie wiemy, co jest po drugiej stronie i czy ona w ogóle istnieje. Najsmutniejsze jest to, że prędzej czy później każdy z nas pozna to straszne uczucie, gdy na świecie brakuje tego ukochanego człowieka, który codziennie subtelnie i niezauważalnie zmieniał nasze życie na lepsze. Jak poradzić sobie z tak niewyobrażalną stratą? Jak wrócić do życia? 

Tym razem poznajemy Schmitta od całkiem innej strony. Zawsze zachwycał delikatnością, subtelnością i wnikliwością obserwacji, lecz tym razem postanowił podzielić się ze swoimi czytelnikami czymś więcej. Opis książki głoszący, że to najbardziej osobista książka autora sprawił, że zapragnęłam poznać go jeszcze lepiej, ale zarazem czułam obawy, czy na pewno powinnam wchodzić w jego świat, czy na pewno Schmitt zdawał sobie sprawę, jak olbrzymie znaczenie ma ta powieść. Pisarz zdecydował się opisać proces swojej żałoby, wyrazić swoje cierpienie i targające nim emocje po śmierci matki. Mimo moich obaw i wątpliwości po tych wszystkich jego książkach, które z taką pasją przeczytałam, stwierdziłam, że Schmitt stanowczo zasługuje na moją uwagę i zaangażowanie. Jak ostatecznie wyszłam ze spotkania z "Dziennikiem utraconej miłości"?

Już pierwsze słowa sprawiają, że nie mogę mieć najmniejszych wątpliwości, kto jest autorem tej książki, czyje to naprawdę słowa. Styl pisarza jest niezmiernie charakterystyczny, lecz było dla mnie szokiem słyszeć przez te wszystkie lata wykreowanych przez niego bohaterów, by wreszcie usłyszeć jego głos i zdać sobie sprawę, że to zawsze był nie kto inny jak on. Za pomocą poetycznych metafor i słów godnych najwyższej klasy poezji autor przedstawia swoje ukryte emocje, nadając całej sytuacji naturalności. Tak pisać to niezwykły dar. Jednak "Dziennik utraconej miłości" dając naturalność przeżyć, cały czas oscyluje przy patetyczności. Początkowo niezmiernie ją ceniłam, gdyż dawała wyraz talentowi pisarza, który nawet w najtrudniejszych dla siebie chwilach czaruje słowem. Lecz z czasem cały ten patos, piękne słowa zaczęły mnie nużyć i obciążać. Żałoba niesie ze sobą olbrzymie cierpienie i ubranie jej w metaforę jest dogłębnym uczuciem, ale do czasu... Przychodzi moment, gdy należy dostrzec jej brudną i niechcianą stronę. A u autora tego zabrakło. Zdaję sobie sprawę, że to i tak akt wielkiej odwagi, by tak wiele dać od siebie i decyzja, jak to przedstawić całkowicie należała do Schmitta, ale niestety nie umiem zapomnieć o braku cierpiącego oblicza.

To niezwykłe wiedzieć, że to nie jest już kolejny bohater, gdzie wkłada się do jego ust różne słowa, poglądy i emocje, tylko całkowicie żywy człowiek zza kurtyny, który zawsze brał udział w przedstawieniach, ale dotychczas nie ujawniał się. Teraz wszedł i powiedział: tak, to ja, to moje słowa, to były zawsze moje słowa. Całą książkę cenię za szczerość uczuć i komentarzy. Schmitt nie przejmował się konwenansami, czy różnymi obyczajami. Opisywał emocje różne, czasami ustanowione przez społeczeństwo jako wstydliwe. Odważnie brnął i nie bał się mówić, że tak czuje. Miałam wtedy poczucie rozgrzeszenia, bo w końcu żałoba jest zarazem tak indywidualnym przeżyciem, ale też tak identycznym u wszystkich. Wszyscy mamy własne emocje, myśli i wspomnienia. Nawet jeśli się do nich nie przyznajemy, to przecież one nadal są. Za pomocą "Dziennika utraconej miłości" pisarz daje swoim czytelnikom prawo do wyrażania samych siebie. Póki nikogo to nie krzywdzi, jest to całkowicie uzasadnione. 

Gdy czytałam, wielokrotnie zastanawiałam się, czy to wszystko jest całkowitą prawdą, czy autor dokładnie tak to przeżywał, jak przedstawiał za pomocą słów. Z czasem stwierdziłam, że to nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ czasami powinna pojawić się iluzja. Jest nam potrzebna i poszukiwanie odpowiedzi, co jest prawdą, nie jest konieczne, gdy chodzi o coś więcej w całości. Tak też zrobiłam – pozwoliłam sobie na odczuwanie, a nie analizowanie. 

"Dziennik utraconej miłości" to bardzo emocjonalna książka, która niesie ze sobą cierpienie, smutek, ale też radość, ulgę i wspólną drogę poprzez żałobę. Dostajemy zgodę na to, by wraz z Éricem-Emmanuelem Schmittem przejść proces powolnej zmiany na lepsze, by zrozumieć, że na niektórych przychodzi czas i mimo naszych pragnień, naszego cierpienia musimy zaakceptować fakt, że nic tego nie zmieni, a my musimy żyć dalej. Smutna to prawda, ale sam przykład pisarza pokazuje, że wbrew wszelkim pozorom jest w tym unikatowy rodzaj piękna, które może być wyzwoleniem w tych przytłaczających chwilach. 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

czwartek, 28 stycznia 2021

Noc, która się nie kończy. Historia obozów koncentracyjnych – Andrea Pitzer

 

Tytuł: Noc, która się nie kończy. Historia obozów koncentracyjnych

Autor: Andrea Pitzer

Kategoria: Literatura faktu

Wydawnictwo: Znak

Ocena: 7/10

"Noc, która się nie kończy. Historia obozów koncentracyjnych" otrzymałam w ramach współpracy z TaniaKsiażka.pl






Każdy z nas słyszał o obozach koncentracyjnych i dehumanizacji, która miała tam miejsce. To jeden z najmroczniejszych okresów ludzkiego istnienia, przyprawiający nas o przerażenie, ciarki i chęć zapomnienia, że w ogóle kiedykolwiek doszło do ich powstania. Druga wojna światowa przyniosła ludobójstwa na masową skalę. Zagładę uporządkowaną, harmonijną i niosącą skuteczną śmierć. Teraz wykorzystujemy tę historię ku pamięci ludzi, którzy tam zginęli, i jako jedną z największych przestróg. Odwiedzamy Auschwitz i inne obozy z paraliżującym strachem i smutkiem. To tutaj jeszcze niecałe sto lat temu ofiary liczyły się w milionach. Jednak to tylko kilka miejsc – najlepiej przez nas zapamiętanych, ale ich było więcej, powstały wcześniej i wbrew naszym przekonaniom nadal skutecznie działają na świecie. Czy jesteście gotowi udać się w podróż do najokrutniejszej części historii i istnienia ludzkości?

Pamiętam, jak w liceum byliśmy przeciążani literaturą wojenną. Oczywiście widziałam tego sens, ponieważ należę do osób, które chcą pamiętać i widzieć, ale tej literatury było zbyt wiele. To było dla młodych ludzi niesamowite obciążenie emocjonalne. Od tej pory raczej rzadko zgłębiałam się w świat wojen, choć czasami mi się to zdarzało. I tym razem przyszedł czas, by ponownie wkroczyć w mrok i niewyobrażalne cierpienie. Myślę, że warto znać historię – i pod względem samych faktów, i pod względem emocji. Z tego względu zdecydowałam się lepiej zapoznać z definicją obozów koncentracyjnych i z pomocą przyszła mi książka "Noc, która się nie kończy. Historia obozów koncentracyjnych". Jaką wiedzę i odczucia wyniosłam po jej przeczytaniu?

Skupię się na początek tradycyjnie na stylu, jakim jest napisana ta książka. Autorka pisze w bardzo skondensowany i dopracowany sposób, ale potrafi w tym znaleźć złoty środek i dać też od siebie lekkość pióra. Bardzo cenię to podejście, ponieważ od literatury faktu wymagam konkretu i jestem gotowa na dość trudne ujęcie tematu, ale nie chcę też tonąć z ciężkości i braku zrozumienia. Język Andrei Pitzer idealnie wszedł w moje upodobania. 

Treści jest naprawdę wiele, co również traktuję jako olbrzymią zaletę. Z tym, że nie będę przed Wami ukrywać, że to lektura na wiele godzin, gdzie należy być skupionym, zapamiętywać wiele faktów historycznych i mieć szeroką perspektywę. Sam temat wydaje mi się intrygujący, gdyż większość z nas ma małą wiedzę lub w ogóle jej nie ma odnośnie istnienia innych obozów koncentracyjnych niż te hitlerowskie. A warto byłoby pamiętać, że to wcale nie Hitler wpadł pierwszy na tak okrutny pomysł. Autorka przechodząc rozdział za rozdział, ukazuje czytelnikowi, jak wielką i zarazem różnorodną historię niosą takie mordercze więzienia. Sama wielokrotnie podkreśla, że brakuje dokładnej definicji i ujęcia skali. Niezmiernie cieszę się, że zostało to uwzględnione i przedstawione w tej książce. 

"Noc, która się nie kończy" to literatura również historyczna, dlatego nie jest to bezpośrednie oddziaływanie na emocje, co w żaden sposób nie znaczy, że jest oschła i nudna. To jak ją odbierzemy zależy bardzo od indywidualnego podejścia i wrażliwości. Czy skupimy się na po raz kolejny na Auschwitz, czy spojrzymy na inne części kraju, czy może na to co dzieje się teraz? Wybór zależy wyłącznie od czytelnika. 

Wiele godzin zajęło mi zapoznanie się z tą pozycją – trudnych godzin, ale było warto poszerzyć wiedzę i zgłębić się w całe zjawisko, by pamiętać i mieć oczy szeroko otwarte. Zadacie pewnie teraz pytanie, czy ogólnie polecam. To jest tak niezmiernie różna książka od fabularnych powieści czy nawet typowych reportaży, że tutaj nie można powiedzieć, że się poleca, czy nie. Wiele zależy od emocji, wytrwałości i po prostu zainteresowań. Musicie zdecydować sami. 

Więcej książek w podobnej tematyce znajdziecie w dziale książki naukowe i popularnonaukowe na TaniaKsiążka.pl

czwartek, 12 listopada 2020

Zapasy z życiem – Eric-Emmanuel Schmitt


Tytuł: Zapasy z życiem

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt

Tłumaczenie: Agata Sylwestrzak 

Seria: Cykl o Niewidzialnym

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Znak

Ocena: 6/10






Do wielkości nie dochodzi się przez chwilę. Są to lata praktyki, gdzie dzień w dzień trzeba wytrwale ćwiczyć. Nie można pozwolić sobie na nieuzasadniony odpoczynek, na zwątpienie czy lenistwo. Jeśli chce się dokonać rzeczy trudnych lub wręcz niemożliwych, trzeba poświęcić wszystko. Poza latami ćwiczeń jest to też niesamowicie trudne wyzwanie dla psychiki. Momenty zawahania, zmęczenia albo niepewności swojej drogi mogą zbyt wiele kosztować. Przez całe swoje życie z pasją słucham historii o ludziach wybitnych. Mogę tylko ich podziwiać i doceniać siłę umysłu, ponieważ w sobie nie odnajduję takich pokładów ambicji, cierpliwości i wytrwałości. Historie te inspirują. Być może pomogą komuś odnaleźć samego siebie i również dokonać rzeczy niezwykłych. Jednak najważniejsze jest, że to one sprawiają, że chce się dążyć do czegoś wielkiego. Wiecie, te wszystkie osiągnięcia na skalę świata są fantastyczne, ale w życiu liczy się też wewnętrzna walka, której najczęściej nie widać. Wbrew pozorom osoba, która obiektywnie nie dokonało nic ważnego, w rzeczywistości przeszła drogę porażająco trudną i zrobiła postęp, o którym mało kto może pomarzyć. O tych ludziach też nie można zapominać. 

Jun od kilku lat mieszka w Tokio i sprzedaje wątpliwej renomy drobiazgi. Nauczył się, jak żyć w świecie, gdzie dominuje bieda, cierpienie i zapomnienie. Jest chłopcem wątłym i bardzo szczupłym, ale za to inteligentnym i sprytnym. Pewnego dnia poznaje człowieka, który widzi w nim grubego gościa. Jak łatwo się domyślić, nikt nie bierze tego na poważnie, a już na pewno nie sam Jun. Jednak sytuacja z dnia na dzień powtarza się, aż wreszcie nastolatek trzyma w ręku bilet na zawody sumo. Czy zdecyduje się na nie iść? Co rozumiał mężczyzna, mówiąc że Jun jest gruby? 

Schmitta cenię od momentu, gdy w moje ręce trafił "Oskar i Pani Róża". To była książka, która dogłębnie mną wstrząsnęła i mimo że byłam wtedy tylko małym dzieckiem, zmusiła do rozbudowanych refleksji. Do tej pozycji wróciłam po latach i z zachwytem stwierdziłam, że nadal robi na mnie tak oszałamiające wrażenie. Lecz pomiędzy było wiele powieści autora – czasami wpływały na moje zmysły i po raz kolejny za pomocą siły i szczegółowej analizy ludzkiego umysłu dawały nadzieję i zrozumienie. Innym razem rozczarowywały mnie. Dlatego nigdy nie wiem, czego spodziewać się po kolejnej pozycji pisarza. Zaczynając czytać "Zapasy z życiem", starałam się nie mieć żadnych oczekiwań. To trudne, ale w pewnym stopniu się udało. Jak tym razem wpłynęła na mnie książka? 

Historia Juna okazała się opowieścią opartą na utartym motywie dążenia do wielkości, jednak Schmitt ujął ją w niesztampowy sposób. Zwrócił uwagę, że to nie jest kolejna wyłącznie inspirująca historyjka, jak osiągnąć sukces, tylko pełnowymiarowe przedstawienie życia chłopca z ulicy. Za pomocą lekkiego pióra i niezwykłej płynności oddziaływał na wyobraźnię, by każdy czytelnik mógł znaleźć aspekt opisujący jego własne życie. 

Powieść przeczytałam na jednym wdechu, co niezmiernie pozytywnie na mnie wpłynęło. Zazwyczaj najlepiej odnajduję się w historiach długich, wręcz mozolnych, gdzie setki stron pozwalają mi na zrozumienie i docenienie kunsztu autora. Tymczasem Schmitt po mistrzowsku w krótkiej formie kondensuje najważniejsze aspekty, ale zarazem nie zarzuca nimi czytelnika tylko w harmonijny sposób sygnalizuje ich istnienie. Między innymi za to tak bardzo go cenię – potrafi się odnaleźć na kilkudziesięciu stronach, ale w jego twórczości można też odnaleźć powieści grube i równie dobre. Nie ogranicza się i ukazuje swoją plastyczność. To domena wybitnych pisarzy. 

Fabuła odbywa się w miejscu dla mnie nieznanym, dlatego nie wiem, jakie zasady kierują tym światem. I nie mam tutaj na myśli odrębnej kultury miejsca, tylko życie w świecie tak skomplikowanym, tak odmiennym od mojego. Jun dostaje wyzwanie – dojść do wielkości. Ale czym dla niego jest ta wielkość? Jaką drogę już przeszedł i jaka przed nim? Czy on w ogóle chce podjąć te wyzwanie? Pytań pojawia się wiele, a na odpowiedzi trzeba czekać cierpliwie i szukać ich miedzy wierszami. Nie będą oczywiste, nie będą podkreślone – można je tylko znaleźć we własnym umyśle. Opowieść o Junie to obraz powolnej, nienarzucającej się zmiany osobowości i odnalezienia w sobie pokładów wcześniej zapomnianych. A jak to zrobić, jak wszędzie znajduje się tylko brak zrozumienia i akceptacji? 

Sami bohaterowie są wykreowani wyłącznie pobieżnie, przez co poczułam rozczarowanie. Było ich na tyle mało, by każdy mógł mieć własne, dobrze umeblowane miejsce w książce. Tymczasem wszystko skupiło się tylko na Junie, więc trudno było dostrzec istnienie innych osób. Sam nastolatek to kwintesencja trudnego charakteru o pełnowymiarowej osobowości. Wywoływał we mnie podziw, bo nie miał nic wyidealizowanych bohaterów. Często jego wady wychodziły na pierwszy plan, ale i tak nie dało się go nie polubić. 

"Zapasy z życiem" są pełne przemyśleń zamkniętych między wersami. By je odnaleźć trzeba zaangażować swój umysł i duszę. Pozwolić na zapomnienie i dać się ponieść własnym emocjom. A to wszystko w otoczeniu problemów i cierpienia. Trzeba mieć siłę, by walczyć dalej. 

piątek, 21 sierpnia 2020

Psychopaci są wśród nas – Robert D. Hare


Tytuł: Psychopaci są wśród nas

Autor: Robert D. Hare

Tłumaczenie: Anna Skucińska

Kategoria: Literatura popularno-naukowa

Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 276

Ocena: 8/10











Wszyscy doskonale znamy bajki o potworach, które mimo dobrych zakończeń straszyły nas przez wiele nocy. Zapewne prawie każdy z nas przeżył moment, gdy bał się, co jest pod jego łóżkiem albo w szafie. Jednak z czasem dorośliśmy, a strach przed potworami stał się tylko wyblakłym wspomnieniem, które być może wraca wyłącznie w momentach, gdy to nasze dzieci tym razem obawiają się nieznanego. Lecz czy jesteśmy tacy pewni, że potwory nie istnieją? A co jeśli są wśród nas perfekcyjnie zakamuflowane? A jeśli te prawdziwe baśnie nie mają dobrego zakończenia? 

Temat psychopatów jest wyjątkowo fascynujący i tak samo jak duża część osób jestem nim całkowicie zafascynowana. Na studiach zaczęłam go zgłębiać i w historiach popkulturowych, i w literaturze naukowej. Dlatego tym razem przychodzę do Was z lekturą napisaną przez wybitnego eksperta, który poświęcił większość swojego życia, by dokładnie i rzetelnie zgłębić mózg przerażających potworów zwanych psychopatami. Autora zadaje sobie wiele pytań takich jak: czy psychopaci rzeczywiście są potworami? Jak funkcjonują? Czy da się im pomóc? 

Przede wszystkim należy wspomnieć, że pisarz jest wybitnym psychologiem, lecz w swojej książce nie używa specjalistycznego słownictwa ani tym bardziej rozbudowanych toków myślenie przeznaczanych wyłącznie dla znawców. "Psychopaci są wśród nas" to pozycja tak samo wartościowa dla laików, jak i psychologów. Styl w książce jest bardzo rozbudowany i dopracowany, jednocześnie zachowując lekkość pióra, co pozwala czytelnikowi powoli i ze zrozumieniem brnąć w dalsze drogi psychologii i umysłów psychopatów. 

Cała treść książki jest podzielona na konkretne części, gdzie można przeczytać o prawdziwych osobach, które osiągnęły wysokie wyniki na skali psychopatia. Oczywiście wszystkie dane są zmienione tak, by nie można odnaleźć bohaterów. Ale dzięki tym prawdziwym historiom, które bezpośrednio przeżył autor, miałam poczucie, że jestem razem z nim i razem rozmawiamy z psychopatami oraz próbujemy dotrzeć do sedna ich problemów. Samo doświadczenie Hare'ego sprawia, że zaufałam jego opiniom i czułam, że mam do czynienie z poważnym psychologiem dążącym do poprawy świata. Lecz żeby nie było zbyt poważnie, to w książce jest wiele nawiązań do popukultury, co dodatkowo intryguje i daje dokładniejszy ogląd na sprawy. Jest to luźna i przyjemna forma przekazywania rozbudowanej wiedzy. Tym bardziej że nasze wyobrażenie o psychopatach często okazuje się błędne, gdyż wyobrażamy sobie ich jako seryjnych morderców, potwory marzące tylko o krwi swoich ofiar. Tymczasem są to ludzie bez empatii, ale nie oznacza to, że są w stanie zabijać. Takich przypadków jest mało. Psychopaci manipulują, wykorzystują i dążą wyłącznie do spełnienia swoich egoistycznych marzeń, a przy tym nigdy nie mają wyrzutów sumienia. Tego wyobrażenia aż tak się nie boimy, a to ono jest olbrzymim zagrożeniem dla całego społeczeństwa. 

Samego autora doskonale znam, ponieważ częściowo na podstawie jego badań pisałam swoją pracę roczną na studiach. Bardzo go szanuję i przyznam, że to przede wszystkim nazwisko przekonało mnie do przeczytania tej książki. Nie zawiodłam się, ponieważ wszystkie opowieści – również te anegdotyczne i żartobliwe – są poparte konkretnymi badaniami, więc każdy zainteresowany czytelnik może dotrzeć bezpośrednio do nich i sprawdzić, w jaki sposób autorzy do tego doszli. "Psychopaci są wśród nas" zbierają w całość doświadczenie psychologa i liczne badania dotyczące psychopatii. Przekazują tą wiedzę w bardziej przystępny sposób dla osób nie znających żargonu psychologicznego. 

Cieszę się, że miałam przyjemność przeczytać tę książkę i jeszcze lepiej poznać obszar psychologii związany z psychopatią. Mimo że spędziłam już wiele godzin zgłębiając tematykę, to zostałam wiele razy zaskoczona nowościami i kolejnymi tropami do sprawdzenia. Właśnie takie książki cenię – pozwalające na potwierdzenie dotychczas zdobytych informacji, ale dające też nutę niepewności  i nowości, za którą czytelnik ma ochotę iść dalej. Jest to stanowczo pozycja godna polecenia. 

piątek, 24 lipca 2020

Félix i niewidzialne źródło – Éric-Emmanuel Schmitt


Tytuł: Félix i niewidzialne źródło

Autor: Éric-Emmanuel Schmitt

Tłumaczenie: Łukasz Müller

Seria: Cykl o Niewidzialnym

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 176

Ocena: 5/10









Gdy byłam dzieckiem, wierzyłam, że wszyscy żyją w ten sposób co ja, a przynajmniej bardzo podobnie. Te wszystkie opisy innych kultur były odległe i bardziej baśniowe niż realne. To było zwykłe stwierdzenie, że owszem – one istnieją, ale tylko na kartach książek i w programach telewizyjnych. Z czasem mój świat się powiększał. Więcej widziałam, więcej czytałam i więcej ludzi spotykałam. W jakiś sposób nadal byłam zamknięta na ludzi żyjących podobnie jak ja, ale wiedziałam już z całą świadomością, że inne osoby w inny sposób postrzegają, inaczej żyją i że inne kultury istnieją dokładnie na tym samym świecie co ja, mimo że wydaje się to być tak niezmiernie daleko i w odmiennej rzeczywistości. Do dzisiaj intryguje mnie ta różnorodność i kulturowa, i ta pomiędzy pozornie podobnymi do siebie ludźmi. Co innego nas cieszy, co innego sprawia, że cierpimy, czego innego pragniemy i co innego daje nam szczęście. Czy to nie jest niesamowite? 

Félix razem ze swoją mamą mieszka w Paryżu i wiedzie bardzo szczęśliwe życie. Nie przeszkadza mu, że ma inny kolor skóry, ponieważ jest kochany i akceptowany. Jego mama jest niezwykle radosną i silną osobą, która sprawia, że każdy dzień jest niezapomniany, a zarazem niesie ze sobą bezpieczeństwo. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia – mama Félixa przestaje się uśmiechać, co sprawia, że jego świat zostaje pokryty popiołem dawnych chwil. Smutek zaczyna się rozpowszechniać. Pozostaje tylko walka o ten jeden uśmiech, która musi się odbyć u samego źródła powstania – w Afryce. Czy Félix zdąży na czas dotrzeć na inny kontynent i uratować swoją mamę? Od czego tak naprawdę zależy szczęście? 

Myślę, że większości z Was nie muszę przedstawiać tego autora, ponieważ nieraz i nie dwa gościł już na moim blogu. Prawdopodobnie pisarz zdobył moją sympatię już w podstawówce, gdy przeczytałam tak osławionego "Oscara i Panią Różę". Z czasem poznałam równie cenione opowiadanie "Trucicielka". Właśnie wtedy to nazwisko zapadło mi w pamięci i przez kolejne lata wyznaczało ścieżkę mojego czytelnictwa. Razem z twórczością Schmitta spędziłam wiele godzin, które prowadziły do przeczytania książek określonych przeze mnie jako wybitne i niestety tych też o wiele gorszych. Mam wrażenie, że pisarz pisze niesamowicie nierównomiernie, dlatego też nie wiedziałam, czego się spodziewać po jego najnowszej powieści. Kolejne dzieło, które zawładnie mym sercem, czy zwykła, mało znacząca powieść? Niestety to drugie.

Zacznę od standardowej zalety książek Schmitta, która nigdy się nie zmienia – oczywiście mowa tu o stylu. Jest on unikatowy i zawsze w ten spokojny, ale oczarowujący sposób prowadzi czytelnika przez strony powieści, by w pewnym momencie istniała tylko ta jedna historia, a prawdziwy świat pozostał poza umysłem człowieka. Zarazem jest utrzymany w konwencji bardzo poetycznej, choć może lepiej jednak pasowałoby słowo patetycznej. Każde zdanie niesie ze sobą pewnego rodzaju podniosłość zmuszającą do szacunku i zrozumienia. Autor w swoim dorobku pisał książki oceniane przeze mnie jako katastrofalnie napisane, ale nigdy nie mogłam odmówić mu mimo wszystko szacunku za ten język. 

Niestety główną zaletą fabuły jest najzwyczajniejsza w świecie monotonia. Mijały strony, a ja nie mogłam oddać się z całą pasją historii małego Félixa i jego mamy. Cała opowieść była dla mnie chaotyczna i przede wszystkim posiekana. Raz byliśmy w kawiarni należącej do mamy naszego bohatera, w drugim momencie w ich mieszkaniu, a zaraz już w Afryce i te przejście nie były dla mnie zrozumiałe. Początkowo mimo wybitnie wolnej akcji utrzymywała się magiczna aura, która przypominała mi, że to wszystko jedna wielka metafora, która prawdopodobnie mnie oczaruje, jeśli tylko uda mi się zrozumieć, co chciał przekazać czytelnikowi Schmitt. Niestety czas pokazał, że czym dalej, tym książka stawała się przyziemna, a moje myśli wracały do codzienności. 

Bohaterowie tym razem też zostali potraktowani po macoszemu. Mieli jakieś charakterystyczne cechy, ale to nie wystarczyło, by wykreować pełnowymiarowe postacie. Sam Félix wykazywał się bardzo nietypowym myśleniem, co mi imponowało, a jemu samemu dodawało niezwykłości. Szkoda tylko, że to był jedyny ciekawy aspekt jego osobowości. Za to jego mama wywołała we mnie olbrzymią antypatię nawet wtedy, gdy jeszcze się uśmiechała. Nie czułam żadnej wewnętrznej potrzeby, by utożsamiać się z którymkolwiek z dwójki głównych bohaterów. 

Oczywiście jak to w książkach Schmitta tematyka okazała się bardzo trudna i ważna. Tylko że ja tym razem nie do końca zrozumiałam tego metafizycznego wydźwięku powieści. Mam pewne przypuszczenia, ponieważ zauważyłam wątki dotyczące depresji czy przywiązania do ojczyzny, ale nie jest to wystarczające, bym mogła na tym zbudować bazę do głębszych rozważań. 

Przykro mi, że historia Félixa nie przypadła mi do gustu, a długo wyczekiwana przeze mnie powieść okazała się co najwyżej przeciętna. Być może moje zbyt duże oczekiwania sprawiły, że nie byłam w stanie docenić tej książki. Również możliwe, że brak zrozumienia wpłynął na negatywny odbiór. Dla osób, które są bardziej związane z tematyką, może nieść wiele ważnych treści. Dlatego tym razem nie powiem Wam, czy polecam książkę, czy też nie. Zależy to od Waszych indywidualnych preferencji. 

sobota, 16 maja 2020

Socjopaci są wśród nas – Martha Stout


Tytuł: Socjopaci są wśród nas

Autor: Martha Stout

Tłumaczenie: Rafał Śmietana

Kategoria: Reportaż

Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 320

Ocena: 7/10










Nasze życie jest pełne emocji, które sprawiają, że jeden dzień może stać się tym najlepszym w życiu, by za chwilę zasłużyć na miano najgorszego. Reagujemy emocjami na pewne wydarzenia. Czasami wydają się one neutralne, innym razem niepodważalnie ważne, a jeszcze innym razem nikt, nawet my sami, nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czemu odczuliśmy akurat tę emocję w tym przypadku. Często, a może nawet prawie zawsze jest to zależne od innych ludzi. To właśnie między innymi ludzie potrafią sprawić, że się śmiejemy, płaczemy, wstydzimy albo boimy. Relacje dyktują naszym zachowaniem i pozwalają na istnienie empatii. Jednak czy każdy z nas jest zdolny do niej? 

Socjopaci są dla wielu ludzi pasjonującym tematem, który w sposób wyjątkowo silny oddziaływuje na naszą wyobraźnię. Prawdopodobnie wiele do powiedzenia ma tu popkultura, która od lat sprawnie wykorzystuje tę tematykę, by snuć mroczne historie. Jednak gdyby one nie były tak bardzo intrygujące, nie znaleźliby się odbiorcy. W końcu socjopaci najczęściej są przedstawiani jako pozbawione duszy i serca kreatury gotowe na wszystko, by osiągnąć sukces lub spełnić swoje chore fantazje. Czy właśnie tak naprawdę jest? Czy wiemy, kim są prawdziwi socjopaci i jak ich odróżnić od normalnych ludzi? 

Tak jak wielu innych czytelników zostałam przyciągnięta sekretami osób, które nie są w stanie czuć miłości i wykazywać się empatią. Dla człowieka, który naturalnie posiada te umiejętności, jest to tak niewyobrażalna rzecz, że żadna książka, film czy artykuł nie będą w stanie wytłumaczyć, jak w rzeczywistości funkcjonują socjopaci. Niemniej można przynajmniej spróbować zrozumieć i przewidzieć ich zachowania. Z pomocą w tym zadaniu przyszła mi książka "Socjopaci są wśród nas". 

Może warto zwrócić uwagę dla kogo jest przeznaczona ta książka. Bez wątpienia podchodzi ona pod literaturę popularno-naukową. Dlatego uważam, że wszystkie osoby zainteresowane tym tematem, powinny w niej się odnaleźć, ponieważ autorka używa tutaj bardzo przystępnego języka. Nie trzeba być żadnym specjalistą, czy wyjątkowo wykształconym człowiekiem, by zrozumieć treści, które doktor Stout chce przekazać. Wystarczy trochę zaangażowania i naturalnej ciekawości. O to nie trudno, gdyż książka zawiera wiele interesujących anegdotek, które pozwalają odpocząć chwilę od naukowych informacji. Stąd jest to lektura o szybko płynącej treści i rzadko kiedy czytelnik ma możliwość oderwania się od książki. 

Myślę, że momentami osoby o rozbudowanej wiedzy psychologicznej mogłyby poczuć pewną niechęć. Ostatnimi czasami spędzałam dużo czasu nad naukową literaturą z dziedziny psychologii i przyznam, że brakuje mi tego ciężkiego stylu, gdzie każda nowa informacja musi oznaczać multum statystyk z badań i być zakończona rozbudowaną bibliografią. To bardziej kwestia przyzwyczajenia i mimo tego braku jestem ostatecznie zadowolona, że z taką przyjemnością zapoznawałam się z treściami, które wiele wnoszą do mojej wiedzy. Ale zarazem ostrzegam, że naukowcy nie do końca mogą być przekonani do takiego sposobu pisania. W tym momencie każdy sam musi sobie odpowiedzieć, co lubi i bardziej ceni. Autorka zgrabnie żongluje przydatnymi informacjami oraz pasjonującymi anegdotkami. Początkowo wywołało to we mnie niepewność co do rzetelności tej książki. Chcę wiedzieć, że nie są to zmyślone informacje. Przed chwilą wspominałam, że każda informacja nie jest potwierdzona pełną bibliografią. Nie oznacza to, że ona nie istnieje w ogóle. Pisarka powołała się na wiele cenionych artykułów i książek. Sama z niektórych z nich korzystałam w ramach pisania pracy rocznej. Przekonało mnie to, że nie są to fakty wyssane z palca. 

Ta książka okazała się dla mnie ciekawą przygodą. Mam wiele zastrzeżeń do niej, ale zarazem dowiedziałam się wielu intrygujących rzeczy, które pchnęły mnie, by dalej pogłębiać temat. Myślę, że dla pasjonatów to naprawdę godna uwagi lektura pozwalająca wnieść nowe spojrzenie i dająca motywację, aby nie kończyć tylko na tym. 

piątek, 8 marca 2019

Madame Pylinska i sekret Chopin – Eric-Emmanuel Schmitt


Tytuł: Madame Pylinska i sekret Chopina

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt

Tłumaczenie: Łukasz Muller

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 96

Ocena: 9/10










Czasami mamy wrażenie, że nasze życie jest monotonne, nudne i omijają nas wszystkie możliwe przygody. Każdy dzień wygląda tak samo spokojnie, tak samo beznamiętnie i tak samo rozlewa się po naszym ciele żal i tęsknota. Próbujemy coś zrobić, ale nic się nie zmienia, a my nie mamy dostatecznie dużo siły, by z tym walczyć. Aż pewnego dnia, gdy się nie spodziewamy niczego innego, coś się jednak zmienia... Czy na lepsze?

Eric, kiedy miał dziewięć lat, usłyszał, jak jego ciotka gra Chopina. Był to na pozór nic nieznaczący pokaz umiejętności, jednak na małym chłopcu zrobił tak wielkie wrażenie, że odtąd zaczęła się obsesja na punkcie polskiego kompozytora. Eric nauczył się grać prawie wszystkie dzieła wybitnych pianistów, ale nigdy nie udało mu się zaczarować samego siebie Chopinem, tak jak kiedyś zrobiła to jego ciotka. Właśnie dlatego decyduje się na lekcje u madame Pylinskiej, która jest kontrowersyjna i podchodzi całkiem inaczej do życia niż przeciętna osoba. Czy Eric osiągnie to, co chce? Czy madame Pylinska jest w stanie nauczyć go grania? I do czego tak naprawdę oboje dążą? 

Jak zapewne wiecie, jestem olbrzymią fanką Erica-Emmanuela Schmitta. Staram się czytać jego wszystkie najnowsze dzieła i zapoznawać z tymi starszymi. Wychodzi to z różnym skutkiem, lecz nie ma wątpliwości, że mam małą obsesję na jego punkcie. Dlatego było dla mnie pewne, że przeczytam "Madame Pylinską i sekret Chopina" i miałam przeczucie, że ta powieść bardzo mi się spodoba. Dostałam ją na Dzień Kobiet i od razu przeczytałam. To była książka, której stanowczo potrzebowałam.

Tradycyjnie zacznę od stylu autora, choć tu tak naprawdę nie ma, co pisać, ponieważ jest genialny i nie mam żadnych zastrzeżeń. Mogę tylko go wychwalać pod niebiosa. Jestem nim tak bardzo oczarowana, że zaczyna mi braknąć słów, a to rzadko spotykane. Schmitt używa bardzo skomplikowane języka, lecz tego nie czuć, gdy się czyta. Czytelnik po prostu się skupia i pozwala ponieść fabule. Bardzo cenię to u tego pisarza. Tak naprawdę wyłącznie on umie tak napisać książkę, bym oddała się jej całą sobą. Jestem przekonana, że wszędzie byłabym w stanie odgadnąć, że dane dzieło akurat on napisał. Jego opisy są barwne, pełne uczuć. Jest to olbrzymie pole dla wyobraźni. 

Sama fabuła jest również prosta, ale nie oznacza, że przez to zła. Ma w sobie moc pobudzania do refleksji i skupiania się na tym, co naprawdę jest ważne w życiu. Dla mnie to niezwykłe przeżycie, które pozwala mi się zatrzymać i dać ponieść przemyśleniom. W dodatku cała historia Erica i madame Pylinskiej tak mnie wciągnęła, że bez chwili zastanowienia przeczytałam ją naraz. Jednak po przeczytaniu nie mogłam się otrząsnąć. Leżałam w ciemności i myślałam nad tym wszystkim. Czułam się, jakbym przeniosła się do innego wymiaru myśli. 

Cała książka jest bardzo intymna, ponieważ opisuje część życia Erica-Emmanuela. Nie jestem w stanie stwierdzić, na ile to jego autobiografia i prawdziwa historia, a na ile ubarwienie i metafora. Czytając, uświadomiłam sobie, że przy odpowiednim spojrzeniu życie każdego jest równie barwne, pełne niesamowitych wydarzeń i emocji. To krótkie opowiadanie ukazuje panią Pylinską, która oddała całą swoją duszę muzyce i Chopinowi. Potrafiła się bez żadnych oporów do tego przyznawać i była z tego dumna. Zaangażowała się całą sobą i pokazała Ericowi, jak do tego doszła i co w życiu jest ważne. Zarazem możemy w tle obserwować powstawanie miłości o wielu twarzach, która musi się zmierzyć z trudnościami, niepewnościami i błędami. 

"Madame Pylinska i sekret Chopina" zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Od jakiegoś czasu mimo całego szacunku do pisarza, miałam złe mniemanie o jego książkach. Trafiałam na takie, które były czymś całkiem odmiennym od tych, w których się zakochałam na samym początku. Zarazem były też gorsze, co mnie smuciło. A ta książka jest wielkim powrotem. Jest pełna pasji i opowiada historię oszałamiającą. Dlatego uważam, że koniecznie powinniście ją przeczytać. 

niedziela, 17 grudnia 2017

Człowiek, który widział więcej – Eric-Emmanuel Schmitt


Tytuł: Człowiek, który widział więcej

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt

Tłumaczenie: Łukasz Muller

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 368

Ocena: 8/10










W obecnych czasach na świecie dzieje się wiele złego. Może zawsze tak było, jednak teraz strach potrafi sprawić, że nie wyjedziemy gdzieś na wakacje, że nie wyjdziemy bez powodu w środku nocy z domu czy po prostu będziemy nieufni wobec innych. Dlaczego ludzie popełniają przestępstwa? Dlaczego robią złe rzeczy? Kto tak naprawdę za to odpowiada? Każde kolejne pytanie sprawia, że pojawia się jeszcze kolejne. A odpowiedzi tak naprawdę nie ma, mimo że chcemy ją poznać. Właśnie dlatego tłumaczymy sobie, że odpowiadają za to sami ludzie lub Bóg. Jaka jest prawda? 

Augustin pracuje w redakcji, gdzie ma doskonalić swoje umiejętności i w przyszłości zostać sławnym pisarzem. Jednak niekoniecznie właśnie tak jest. Jego staż jest bezpłatny, więc młody mężczyzna musi znaleźć inne środki utrzymania, poza tym szef uważa go za śmiecia, który nic nie jest warty, i nie pozwala mu na większe przedsięwzięcia. Lecz pewnego dnia w życiu Augustina wiele się zmienia. Wybucha bomba, która zabija i rani ludzi. Jedną z ofiar jest właśnie bohater. Od tego momentu Augustin staje się kimś więcej i szuka odpowiedzi na nieodgadnione pytania. To właśnie jemu przypadnie możliwość przeprowadzenia wywiadu z kimś najważniejszym. Czy chłopak poradzi sobie w świecie, gdzie przeszłość ma ogromne znaczenie, a pragnienia odchodzą w zapomnienie? Co osiągnie w swoim życiu? 

Książki Erica-Emmanuela Schmitta odegrały w moim życiu niezwykłą rolę. Oczywiście jak prawie każdy zaczęłam od sławetnego "Oskara i Pani Róży". Ta opowieść zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie i to właśnie ona sprawiła, że zapoznałam się z innymi dziełami tego autora. Na początku każda powieść niezwykle mi się podobała i wywoływała u mnie skrajne uczucia, które pozwalały mi na głębokie refleksje na ważne tematy. Lecz z czasem zdałam sobie sprawę, że coś łączy te wszystkie historie. To odkrycie rozpoczęło falę niepowodzeń w doborze lektur. Każda książka pisarza wydawała mi się prawie identyczna i nie wnosząca już nic nowego. Mimo to postanowiłam dać szansę najnowszej powieści Schmitta – "Człowiekowi, który widział więcej". Słyszałam na temat tej powieści wiele skrajnych opinii, dlatego miałam obawy, kiedy brałam ją do ręki, ale jak się okazało, całkowicie niepotrzebnie, gdyż opowieść okazała się wyjątkowo dobra i przede wszystkim w mocnym stylu Schmitta. 

Napisanie tej recenzji jest dla mnie niezwykle trudne. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek miała taki chaos w głowie po przeczytaniu książki. Pojawia się u mnie dużo pytań, spostrzeżeń, które galopują i walczą o czas na ich przemyślenie. To wszystko zaczyna się od samego pomysłu, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Pisarz łączy ze sobą wiele niekonwencjonalnych wątków tworzących razem dość chaotyczną całość. Trudno się skupić na czymś konkretnym. To wszystko wzięte razem zaskoczyło mnie i czasami wprost wbiło w fotel. 

Sam styl autora jest bardzo charakterystyczny. Nie musiałabym wiedzieć, kto to napisał, żeby wiedzieć, że ta opowieść wyszła spod pióra Schmitta. Jest on wystarczająco prosty, by książkę czytało się szybko i łatwo, ale zarazem ma w sobie coś kunsztownego, gdyż pojawia się wiele wyrafinowanych przy tym trudnych słów, ale są one idealnie wkomponowane w całość, więc w ogóle mi to nie przeszkadzało. Mogę nawet powiedzieć, że wręcz cieszyło. Lubię się wysilić przy dobrej powieści. 

Fabuła jest po prostu niesamowita. Dzieje się tam tyle rzeczy, na które warto zwrócić uwagę, że podziwiam Schmitta, że był w stanie wykreować coś takiego. Ciągle jest jakiś zwrot w akcji, choć oczywiście nie jest to historia, gdzie znajdziemy pościgi, nie wiadomo jakie przestępstwa itp. Jest to opowieść o religii, marzeniach, rozpaczy i pojęciu dobra oraz zła. Podejrzewam, że są osoby, które byłyby oburzone podejściem Schmitta do pewnych spraw. Wbrew pozorom jest to bardzo kontrowersyjna książka. Momentami potrafi naprawdę zszokować – czasami aż przesadnie. Te wszystkie poruszane wątki dają wiele do myślenia, przy czym niektóre pojęcia okazały się bardzo skomplikowane i wydaje mi się, że nie do końca zrozumiałam ideę przedstawioną przez pisarza. Trochę mnie to martwi, ale teologia nigdy nie była moją mocną stroną. Mimo tych wszystkich zalet niestety zawiodłam się na końcu, ponieważ Schmitt wykorzystał swoje typowe zakończenie, które coraz częściej zniechęca mnie do czytania jego książek. 

Augustina od pierwszych stron bardzo polubiłam. Jest to przesympatyczna postać – pełna pasji i zaangażowania, które zdarzają się w życiu wyjątkowo rzadko. Chłopak wiele przeżył i mimo to dążył do wyznaczonego sobie celu, ale też wiedział, kiedy trzeba się zatrzymać i przemyśleć wiele spraw. Właśnie takich ludzi podziwiam, więc towarzyszenie mu w tej powieści było dla mnie wręcz zaszczytem. Również do gustu przypadł mi Momo, co może zdziwić czytelników, którzy już znają tę historię. Momo popełnia wiele błędów w swoim życiu, ale rozumiem czemu to robi, choć oczywiście nie pochwalam i momentami byłam przerażona jego postępowaniem. Jednak to tylko samotny i zrozpaczony nastolatek, któremu zrobiono wodę z mózgu. W "Człowieku, który widział więcej" pojawia się również sam Schmitt i to mi się bardzo nie podoba. Bez wątpliwości wykreował siebie na ciekawą postać i dzięki temu mógł przekazać swoim fanom swoją opinię na wiele tematów, ale... Uważam, że jest to po prostu próżne i niepotrzebne. 

Tematyka książki jest tak rozbudowana, że sama nie wiem, na czym się najbardziej skupić. Ważną rolę odgrywa religia w najróżniejszym rozumowaniu. Schmitt ukazuje nam, jak ją postrzega i czego oczekuje od niej. Jest to ciekawy wątek i myślę, że każdy odnajdzie w nim coś dla siebie. Poza tym pojawia się również temat top dzisiejszych czasów, czyli terroryzm. Zostaje on ukazany w dwóch stron – tej okrutnej, ale też tej idealistycznej. Mało, kto w obecnych czasach jest w stanie się oderwać od jak najgorszego wizerunku terrorysty. Ja do dzisiaj tego nie potrafię, a Schmitt właśnie to robi i próbuje nas przekonać, że czasami jest całkowicie inaczej niż myślimy. 

Człowiek, który widział więcej okazał się dla mnie jedną z lepszych książek autora, którą czytałam i jestem naprawdę zadowolona z faktu, że jeszcze nie przekreśliłam pisarza. Ta powieść sprawiła, że chcę nadal szukać opowieści Schmitta, które wywrą na mnie tak wielkie wrażenie jak na samym początku. Dlatego zachęcam was do przeczytania tej książki, ale odradzam rozpoczęcie od niej swojej przygody z Ericem- Emmanuelem Schmittem. 

Za możliwość poznania innego spojrzenia na świat dziękuję bardzo księgarni Tania Książka

  

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Sekta Egoistów – Eric-Emmanuel Schmitt


Tytuł: "Sekta Egoistów"

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt

Tłumaczenie: Łukasz Muller

Kategoria: Literatura współczesna

Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 208

Ocena: 6/10









Od dziecka uczą nas, żeby być miłym, mieć własne zdanie, ale szanować również zdanie innych, wykazywać się dobrym wychowaniem i dbać o dobro innych. To piękna, pełna empatii idea, którą wiele osób wyznaje. Jednakże nie oszukujmy się – chcielibyśmy, żeby to na nas skupiała się uwaga innych i to nasze, wyłącznie nasze problemy są najważniejsze. W końcu nie możemy poczuć tego, co inna osoba. Możemy to sobie wyobrazić, przywołać dawne wspomnienia, ale to i tak namiastka prawdy. Tak sama inny ludzie nie są w stanie poczuć dokładnie tego samego co my. Nie przyszło wam do głowy, że tak naprawdę na świecie istniejemy tylko my sami?

Główny bohater jest znudzony swoimi naukowymi badaniami. Spędza nad nimi godziny, dnie, aż wreszcie wszystko łączy się w lata. Wcześniej to uwielbiał, jednakże teraz pragnie coś zmienić. Postanawia zrobić radykalny krok w swoim życiu – przeczytać coś dla przyjemności. Pada na pewną książkę, gdzie pojawia się wzmianka o wyjątkowym człowieku, który założył sławną w przeszłości Sektę Egoistów. Jegomość fascynuje głównego bohatera do tego stopnia, że badacz postanawia ruszyć jego śladem i zrozumieć jego historię. Czy mu się to uda?

Schmitt jest dla mnie wybitnym pisarzem, aczkolwiek bardzo skrajnym. Pamiętam, gdy czytałam jego pierwsze powieści. Zawsze mnie zaskakiwały. Kiedy sięgałam po jego książkę, już wiedziałam, że będzie to coś wyjątkowego. Dlatego czytałam tych opowieści coraz to więcej i wtedy zdałam sobie sprawę, że Schmitt może i potrafi zaskoczyć, ale używa do tego cały czas tego samego narzędzia. Wtedy poczułam się zbita z tropu. Dawałam szansę kolejnej książce, ale ona wydawała mi się złudnie podobna do poprzednich. To tak jakby zmieniać całe nasze otoczenie, ale czuć ten sam zapach. 

"Sekta Egoistów" na początku wydawała mi się czymś nowym. Nigdy nie wpadłabym na pomysł, że można opowiedzieć historię o egoistach, którzy się szczycili, że właśnie nimi są. Ciekawe ujęcie opowieści oraz przeszłość człowieka odkrywana po kilkuset latach zafascynowały mnie. Wszystko szło w ogóle w innym kierunku niż typowe książki Schmitta. Byłam już naprawdę na nią pozytywnie nastawiona. Oczywiście do momentu aż wreszcie historia wróciła na standardową ścieżkę. Byłam wściekła. Myślałam, że ponownie odkryję Schmitta i ponownie będę mogła doceniać jego dzieła. Nie stało się tak – ponownie się zawiodłam. 

Pisarz ma bardzo charakterystyczny styl, który w tym momencie jestem w stanie bez trudu rozpoznać. On nie pisze książki, on opowiada opowiastkę, która ma uczyć i dawać do myślenia. Wcale nie przekładamy kartek, tylko siedzimy przy ognisku i słuchamy swojego mentora, który wiele już w życiu widział, więc jego doświadczenia są bardzo cenne dla nas. Czerpiemy z tego przyjemność, ale również odnajdujemy samych siebie. Tym bardziej że jego historia to jeden wielki chaos. To jest jego znak rozpoznawczy. Mamy się orientować i wysilić. Nie dostaniemy wszystkiego tak po prostu, bo nagle chcemy. Należy za to zapłacić swoją uwagą. 

Sama fabuła okazała się wciągająca, dzięki czemu przeczytałam "Sektę Egoistów" bez problemu na jeden raz. Fakt faktem, że zakończenie przewidziałam prawie na samym początku. Nic zaskakującego, lecz za to bardzo wstrząsającego. Byłam przekonana, że jeżeli się nie mylę, to zakończenie nie zrobimy na mnie żadnego wrażenia. Przeliczyłam się. Choć muszę się wam przyznać, że ta końcówka nie była dla mnie do końca zrozumiała. Musiałam wszystko sobie przeanalizować w głowie i upewnić, że jest tak, jak myślę. I tu mi paradoksalnie pomógł opis na okładce powieści. W dodatku miałam odczucie, że poza tą jedną historią na świecie nic się nie dzieje. Jest tylko główny bohater i nic więcej. To zniechęca do czytania.

Głównego bohatera nie polubiłam. Tak naprawdę to go wręcz znienawidziłam. Nie mogłam się w nim doszukać poza wnikliwością i cierpliwością żadnej innej pozytywnej cechy. Cały czas narzekał na swój los, fascynował się losem Gasparda, a nie robił nic by czerpać z tego przyjemność i przede wszystkim zmienić swoje życie. Na szczęście sam Gaspard okazał się dość niezwykłą postacią. Był tajemniczy i miał intrygujące spojrzenie na świat. Potrafił przekonać ludzi do swoich racji. Nawet ja nieraz byłam zaskoczona takim punktem widzenia i musiałam przyznać mu w niektórych kwestiach rację.

"Sekta Egoistów" ukazuje, jak duży wpływ na życie człowieka może mieć ideologia. Niektórzy są gotowi oddać wszystko, by udowodnić jej słuszność i dążyć do wyznaczonego sobie celu. Cała opowieść dzieje się na tle szaleństwa, które na początku tylko czasami daje znać o swoim istnieniu, by później nawet na chwilę nas nie opuszczać. Jego macki są wszędzie – nawet w naszym umyśle.

Już dawno chciałam się zapoznać z tą opowieścią Schmitta, ale spodziewałam się po niej stanowczo czegoś więcej. Jeżeli lubicie Schmitta to warto ją przeczytać, ale nie radziłabym innym zapoznawać się z tym pisarzem poprzez tę historię. 

środa, 20 kwietnia 2016

Zazdrośnice


Tytuł: "Zazdrośnice"

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt

Tłumaczenie: Łukasz Muller

Kategoria: Literatura współczesna

Wydawnictwo: Znak 

Liczba stron: 144

Ocena: 9/10











Szkolne czasy... Te wszystkie wspomnienia, małe problemy. Czy to niepiękne lata? Część z was pewnie jeszcze chodzi do szkoły tak jak ja i nie docenia ich. Jeszcze mamy prawo. Jednak niektórzy zakończyli już ten okres w swoim życiu i mogą bazować wyłącznie na zapamiętanych wydarzeniach. Nie spotkałam osoby, która miałaby złą opinię o szkolnych lata, lecz nie oznacza to, że tacy nie istnieją. Czwórka młodych dziewczyn, które są związane nierozłącznym węzłem przyjaźni, codziennie mierzy się z demonami własnej duszy. Są to zwyczajne problemy, które przeżywa każdy nastolatek, jednakże nie można zapominać, że mają one bardzo duży wpływ na kształtowanie się charakteru. Jak ostatecznie potoczą się losy przyjaciółek? Czy jeden chłopak jest w stanie zmienić ich przyszłość? Do czego tak naprawdę doprowadzą ich wybory?

Czytałam cztery książki Schmitta, a dokładnie rzecz ujmując cztery opowiadania. Każde z nich zrobiło na mnie dojmujące wrażenie. Spodziewałam się po nich czegoś głębokiego, a dostałam historię, która na długo zapadła mi w pamieć, zakorzeniając się w moim umyśle. Dlatego, gdy tylko dostałam możliwość zrecenzowania "Zazdrośnic", bez zastanowienia wybrałam je. Opis z tyłu książki nie przekonywał mnie, ale wiedziałam, że to są tylko pozory. Zwykła, ostatnimi czasami wyjątkowo popularna historyjka. Czy na pewno? Eric-Emmanuel Schmitt po raz kolejny zaskoczył mnie w ten najbardziej przerażający sposób.

Zawsze miałam mieszane odczucia co do stylu pisarza. Prawie każdy czytelnik zna go z poważnych opowieści. Tymczasem jego styl jest bardzo lekki. Najczęściej występujący w młodzieżówkach, których celem jest wyłącznie rozrywka. Dzięki temu na pewno lepiej czyta się książkę i tak było w wypadku "Zazdrośnic", lecz ja zawsze wolałam skomplikowaną składnię i niecodzienne słowa. Lecz nie zmienia to faktu, że od razu wciągnęłam się w fabułę. Opowieść o czterech przyjaciółkach jest napisana w formie pamiętników. Każda z nich ukazuje swoje subiektywne spojrzenie bez zbędnego ubarwiania. Dlatego właśnie tak cenię pióro Schmitta. Umiał napisać książkę językiem typowo młodzieżowym, poruszając przy tym wiele ważnych spraw. Dzięki czemu wszystko wygląda naturalnie.

Początek książki ukazuje środowisko bardzo dobrze mi znane. Mam dokładnie tyle samo lat co Anouchka, Julia, Raphaelle i Colombe. Wiem, z czym muszą mierzyć się na co dzień i rozumiem to. Może nie mamy ogólnoświatowych problemów, ale są one dla nas bardzo istotne, ponieważ kreują nas i dopiero uczymy się z nimi walczyć. Czy zawsze dajemy radę? W pewnym sensie utożsamiam się z nimi. Mimo że mam inne idee i cechy charakteru, zdaję sobie sprawę, co w danym momencie nimi kierowało. I ich przyjaźń. Każdy w szkole znał taką nierozłączną paczkę i dobrze wiedział, na czym polegają więzy ich łączące. Nie zawsze jest tak pięknie, jak nam z boku się wydaje. W "Zazdrośnicach" pojawia się niesamowicie dużo postaci epizodycznych. To niezwykłe jak autorowi w tak krótkiej powieści udało się ukazać tyle osób i tyle różnorodnych osobowości. Żaden bohater nie był podobny do innego. Każdy miał coś w sobie. Można zarzucić Schmittowi, że są to papierowe postacie, bo są, ale jestem pewna, że taki właśnie był cel. Na tyle setek ludzi, którzy są naszymi znajomymi, kogo naprawdę znamy? Dzień w dzień rozmawiamy z tymi samymi osobami, a w większości przypadków nie jesteśmy w stanie powiedzieć, kim tak naprawdę są. To jeden z wielu motywów, które możemy zaobserwować w "Zazdrośnicach". 

Tematyka jest bardzo istotna dla młodzieży. Każdy nastolatek musi sobie poradzić z przeciwnościami, czy tego chce czy nie. Tak jest skonstruowany nasz świat i nie jesteśmy w stanie tego zmienić, ale możemy zmienić nasze reakcje, przyszłość. Schmitt ostrzega nas, ale daje też pewnego rodzaju szansę na nowy początek. Uczy nas, gdzie się na chwilę zatrzymać, a gdzie pędzić dalej przed siebie. Cała ta historia to wydarzenia, które dzieją się obok nas. Wielokrotnie patrzymy na przypadkowe osoby, a to właśnie one są głównymi bohaterami tych wydarzeń. Jeszcze częściej my sami nimi jesteśmy. "Zazdrośnice" uczą, że nie można tego ignorować. Tym samym ukazują myśli, które pojawiają się w umyśle każdego człowieka, ale nikt nie przyznaje się do nich sam przed sobą. Właśnie to było najbardziej szokujące, bo szczere. Ktoś nagle nam mówi coś, co ukrywamy przed sobą w każdym momencie naszego życia, gdyż po prostu wstydzimy się tego. A ten ktoś nagle ubiera to w realne słowa i wypowiada na głos. Czy to nieprzerażające ale też potrzebne? Może czasami trzeba przestać uciekać...

Tak jak zawsze Eric-Emmanuel Schmitt zaskoczył mnie kunsztem swojej powieści i głębią przemyśleń. Nie bał się powiedzieć tego, co już dawno powinno być wypowiedziane. Dlatego polecam jego książkę każdemu. Dla młodzieży jest ostrzeżeniem, a dla osób dorosłych kierunkowskazem – bardzo bolesnym kierunkowskazem. Macie siłę się z nim zmierzyć? 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Redakcji Essentia i księgarni Tania Książka  




wtorek, 27 stycznia 2015

Paddington

''Paddington''
Michael Bond 

''Na stacji Paddington w Londynie pojawia się mały zagubiony niedźwiadek. Przypadkowo wpada na państwa Brown, którzy zabierają go do siebie. Miś szybko zostaje nowym członkiem rodziny, a jego zdumiewające pomysły sprawiają, że nikt nie będzie się nudzić! Paddington da sobie radę z każdym problemem, zawsze jest czarujący i uprzejmy, a w kieszeni ma kanapkę z marmoladą na czarną godzinę. Czy będzie umiał przyzwyczaić się do wielkiego miasta? Jakie przygody go spotkają? I kto zostanie najlepszym przyjacielem niedźwiadka?''

Paddington to mały, niesforny niedźwiadek często wpychający nos do niewymagających tego spraw. Uczynny, miły, pomocny, a przy tym zawsze zabiegany i nieuważny. Każdy przedmiot w jego łapkach staje się być bronią śmiertelną, którą czaruje swą niezdarnością. Mimo dobrych chęci, staje się magnezem na nieszczęścia niszcząc w okół wiele ( najczęściej ) kosztownych rzeczy. Lecz mimo wszystko ludzie postrzegają w nim wyłącznie te zabawne, pozytywne cechy, przez co staje się popularny niemal w całym Londynie. Miś wywodzący się z Najmroczniejszego Zakątka Peru, przybywając do Anglii przybrał imię Paddington - od stacji kolejowej, na której to został odnaleziony, dając tym samym państwo Brown płomyk szczęścia w ich monotonnym życiu. Po pewnym czasie nie jest wyłącznie małym niedźwiadkiem - zostaje członkiem wielkiej rodziny, częścią Londynu łącząc się cieleśnie oraz duchowo z swym miejscem zamieszkania. 

Paddington to historia rozgrywająca się w wielu zakątkach Anglii - kinie, teatrze, restauracji, pralni, nad jeziorem, na licytacji, w domu towarowym, które to co inne spotykamy w następnych rozdziałach. Miejscom tym, jak można było przypuszczać, towarzyszą najróżniejsze, śmieszące do łez przygody z niedźwiadkiem w roli głównej. Zobaczymy jak wygląda sprzątanie z perspektywy misiów, jak obchodzą one Boże Narodzenie ( jeśli w ogóle je obchodzą ), jak piorą, łowią ryby, a nawet gotują. Dowiemy się co zazwyczaj jadają - marmoladę oczywiście -jak się ubierają, sypiają, chrapią, kąpią się i oglądają filmy. A wszystkie te sytuacje, zdające się być czymś naturalnym poznamy w nowym humorystycznym ujęciu.  I choć napisane są w stylu komediowym, każda z nich niesie z sobą pewne przesłanie oraz nauki. Rozśmieszając swe pociechy, rodzeństwo, kuzynostwo oraz wszelkie małe brzdące nauczymy ich jednocześnie zasad zachowania kultury na poziomie codzienności. 

Pan Michael stworzył niesamowitą powieść z zaskakującą akcją, którą poznając coraz bliżej z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej znów czujemy się dziećmi. To niesamowite - stworzyć takowy zabieg uświadamiający nam jakże ważne jest dzieciństwo, gdyż to z niego wywodzą się wszelkie nawyki, które nas uzupełniają, a jednocześnie przypomnieć o pozytywach i negatywach życia dorosłego, o odpowiedzialności jaka się za nim ciągnie. Jednym słowem ta książka jest WSZYSTKIM co skrywają nasze serca. 

Podsumowując - książkę polecam każdemu czytelnikowi, temu dużemu i temu małemu, gdyż każdy z nich znajdzie w niej pocieszenie oraz wielki, wielki ubaw. Skąd mogę to wiedzieć ? Podam prosty przykład - mój niemal sześcioletni braciszek zapoznając się z co nowszym rozdziałem, śmiał się na coraz większą skalę, a ja wraz z rodzicami z chęcią mu wtórowaliśmy. Jak widać książka została stworzona dla wszystkich. Jeszcze raz bardzo polecam. :)

Moja ocena:
10/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon

piątek, 23 stycznia 2015

Jego Wysokość Longin

''Jego Wysokość Longin'' 
Marcin Prokop 

''Longin mieszka w kuchni (bo jego pokój to właściwie kawałek kuchni, w której tata wydzielił dla niego miejsce), uwielbia bawić się resorakami (nawet nie mówcie, że nie wiecie, co to jest!), a jego marzeniem jest nowiutkie Atari (no dobra, tu podpowiedź: to ma joystick i można na tym grać w gry). Nie lubi zabawy w chowanego, bo zawsze jakoś wystaje – a to głowa, a to ręce, a to nogi. A poza tym zawsze wpakuje się w jakieś tarapaty (ale słowo, wcale nie specjalnie!). Na pewno byście się dogadali!''

Longin to nikt inny, niż Marcin Prokop. Współczesny dziennikarz, który rozśmiesza do łez, a swym wzrostem powoduje oczopląs u nie, aż tak niskich dam. Zawsze wystrojony, ale tak na luzie z tym swoim nienagannym zarostem. Prowokujący, atrakcyjny - jednym słowem wyśmienity! Jednak czy od dziecka posiadał ten swój oryginalny humor ? Czy potrafił przyprawiać ludzi o łzy, jednocześnie prosząc się o pomstę ? 


'' Nie, życie nie jest sprawiedliwe, ale trzeba sobie z nim jakoś radzić. Gruby radzi sobie świetnie, przynajmniej tata tak twierdzi. Mama zawsze wywraca wtedy oczami, jakby chciała przebić nimi sufit i dostać się na strych, a stamtąd prosto na dach, gdzie lepiej żeby nie wychodziła, bo ostatnim razem zostawiliśmy tam z chłopakami zgrillowanego gołębia. '' 

Marcin, którego ksywka brzmi: Longin chodzi do podstawówki, gdzie przydarza się mu wiele niesamowitych przygód. Zapytacie: Dlaczego Longin ? Nie ma nic prostszego od wyjaśnienia tego zagadnienia. To nic innego, niż symbol jego wzrostu - long oznacza długi, a jak widzimy nadzwyczaj chętnie przypominał innym jaki to z niego olbrzym. Jednak niestety, a może i stety, tym samym dawał do zrozumienia, jaki to z niego nie jest bohater, siłacz ostrzegając, by uciekali gdzie pieprz rośnie. Och Longinie - czy postąpiłeś słusznie ? Dzięki takowym wyznaniom otrzymał wiele przyjaciół, ale i wrogów, którzy czaili się na każdym jego kroku. Zazwyczaj był to Gruby - sąsiad o wadze ponad 100 kg - lub jego młodszy Brachol, który nieustannie wchodził w drogę Marcinowi. Oj biedaczek, co on nie przeżył. 
Longin, Longin co z Ciebie wyrośnie ? 
Już wiadomo - Marcin Prokop. 

Jego wysokość Longin to książka opowiadająca o tak wielu istotnych rzeczach, że gdyby je skumulować niejednemu zakręciło by się w głowie. Tekst można analizować na wiele sposobów, ale zapewne każdy czytelnik doszuka się choćby trzech takowych tematów przewodnich: 

1. Historia opowiadająca o życiu w czasach PRL-u.
Możemy naprawdę wiele dowiedzieć się o latach powojennych z zupełnie innej perspektywy. To nie suche fakty, które zazwyczaj przedstawiają nam nauczyciele, podręczniki i najróżniejsze encyklopedie. Tutaj odnajdziemy wspomnienia osoby, która na własnej skórze przekonała się wiele o takowym życiu. Osoby, która przedstawia świat z perspektywy wielu najzwyklejszych mieszkańców, starców, dzieci i dorosłych. Zapewne ta wiedza niezbyt przyda nam się w teraźniejszości, jednak zawsze może odmienić poglądy wielu ludzi, a osoby wywodzące się z takowych lat powspominają pozytywy oraz negatywy swego dzieciństwa. 

2. Powieść ukazująca w humorystyczny sposób ''biografię'' pana Marcina.
Wszelcy fani słynnego dziennikarza otrzymają kolejną jego namiastkę, dowiedzą się w jaki sposób postrzegał świat, a nawet tak po prostu poczytają o rodzinie, życiu, mieszkaniu, sąsiadach, przyjaciołach, dziewczynach, dziadkach Longina. Znajdą wiele szczegółów opisujących polską gwiazdę, których w żaden sposób nie można zliczyć. Przyrzekam Wam, iż Jego wysokość Longin jest gratką, najlepszą zdobyczą osób uwielbiających pana Marcina. 

3. Wesoła, śmieszna, a zarazem pouczająca historia dla dzieci, młodzieży oraz dorosłych.
Osoby, które powyższe punkty po prostu nie zainteresowały powinny sięgnąć po Longina z jakże prostej przyczyny - powieść ta gwarantuje kupę śmiechu oraz zabawy. Zabawne sytuacje oraz teksty opuszczające usta Longina i jego przyjaciół są jakże fantastyczne! Fantastycznie rozśmieszające! Nie raz, nie dwa o mal nie popłakałam się ze śmiechu poznając co nowsze przygody pana Marcina, a sposób w jaki zostałe one ukazane są wszakże ujmujące. 

Polecam fanom historii, popularnego dziennikarza, a także i zabawy, śmiechu. Polecam dzieciom w każdym wieku oraz ich rodzicom. Naprawdę warto zapoznać się z tą czarującą książką. :) 

Moja ocena:
8/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon :)