Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 maja 2016

Mój pies jest dinozaurem


Tytuł: "Mój pies jest dinozaurem"

Autor: Jackie French

Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska

Cykl: Zwariowane rodzinki

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Wilga

Liczba stron: 144

Ocena: 6/10








Kto nie marzył o psie? Prawie każde dziecko pewnego dnia podchodzi do rodzica i mówi, że chce zwierzątko. Jest to stały schemat w życiu każdego. Część z was pewnie niedawno było na tym etapie, inni mają go przed sobą jako rodzic. Cieszycie się? Gucio dostał możliwość wybrania sobie prezentu na urodziny i wybrał... psa! Razem z rodzicami i siostrą udał się do schroniska, by wybrać swojego nowego ulubieńca. To zastanawiające, że dzieci często nie decydują się na słodkie, małe szczeniaczki, czy zabawne futrzaki, tylko na te malutkie, smutne zwierzątka, których nikt nie chce. Tak samo było w tym przypadku. Tak oto Kropsa trafiła do nowego domu. Wszyscy ją pokochali, mimo tego że okazała się dziwnym psem... Czy na pewno psem? Czy ostatecznie odnajdzie się w domu Gucia? Czym się zajmuje jego dziwna sąsiadka i dlaczego tak bardzo intryguje ją zwierzę małego chłopca?

Z "Zwariowanymi rodzinkami" spotkałam się całkiem niedawno. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym cyklu i byłam bardzo ciekawa, co nowego pojawiło się dla naszych młodych czytelników, co teraz ma ich zachęcić do poznania własnej wyobraźni i czytania. Poprzednia książeczka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Teraz przyszedł czas na kolejną, która swoją drogą zaintrygowała mnie. Pies dinozaur? Pomyślałam, że to musi być ciekawe. Prawie każde dziecko przechodziło "fazę prehistorii". Do dzisiaj na moich półkach zalegają encyklopedie na ten temat i zmyślone opowiadania. Czy "Mój pies jest dinozaurem" jest godne, by znaleźć się w tych cennych dziełach?

Autor wpadł na dość oryginalny pomysł. Historii o tych weteranach dawnych czasów jest naprawdę dużo. Większość ma zabawiać młodsze osoby, ale pojawiły się również takie produkcje jak "Park Jurajski". W "Zwariowanych rodzinkach" temat jest całkiem inaczej ujęty i właśnie to przypadło mi do gustu. Jest to wręcz szalona koncepcja, ale bez wątpienia rozwija wyobraźnie i pozwala oderwać się od codziennego schematu. Tymbardziej że jest to komiczny sposób, który nieraz wywołał uśmiech na moich ustach i pozwolił na odpoczynek.

Fabuła opowieści jest bardzo wciągająca. To jest jej największy plus. Mimo że to nie jest powieść na mój wiek, to i tak nie mogłam się oderwać. Tę ponad setkę stron przeczytałam naraz i byłam zawiedziona, że to już koniec. Język jest bardzo prosty, ale pozwala również dzieciom na naukę nowych słów, dlatego jestem przekonana, że z taką samą pasją oddadzą się lekturze. W końcu nie jest to przymusowa książka do szkoły, tylko coś, co przyciągnie każde dziecko do czytania. Historia naprawdę jest ciekawa i w pewien sposób nieprzewidywalna. Jak już wcześniej wspomniałam, pojawia się komizm sytuacyjny, sprawiający, że i dorosły, i mały szkrab zaśmieje się nieraz podczas tej opowieści.

Niestety nie do końca przypadł mi do gustu główny bohater – Gucio. Jest to dla mnie papierowa postać, która poza podstawowymi cechami nie wykazuje żadnych innych. Brakuje mu pewnego typu polotu, co bardzo mnie irytowało. Po przeczytaniu "Zwariowanych rodzinek" nie jestem w stanie powiedzieć zbyt dużo o nim. Natomiast jego siostra – Fisia – zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, mimo że pojawiała się rzadko. Przez te kilka epizodów ukazała wiele swoich cech. W opowiastce jest wiele barwnych charakterów, znacznie różniących się od siebie, dzięki czemu powieść jest bardziej barwna. 

Tematyka historii jest pouczająca i wyjątkowo istotna dla dzieci. Dla mnie już nie odgrywała tak istotnej roli, ale pamiętam, jak kiedyś bardzo przejmowałam się sprawami tego typu i wzruszały mnie wszystkie takie opowiadania. Myślę, że rodzice również powinni być obecni przy czytaniu tej książki, ponieważ jest ona dla nich ostrzeżeniem. Oczywiście nie mówię tu o jakiś wielkich groźbach, ale można wyciągnąć z niej wiele przemyśleń dotyczących wychowania i przede wszystkim miłości.   

Tak sama jak w poprzedniej części "Zwariowanych rodzinek" zwróciłam uwagę na ilustracje. Są zabawne, przez co ubarwiają książkę i pozwalają na lepsze wyobrażenie sobie niektórych zdarzeń. Nie jest ich też za dużo, co jest bardzo pozytywnym aspektem, ponieważ to ma być pewnego rodzaju powieść, a nie album z pięknymi obrazkami.

Przyznaję, że "Mój pies jest dinozaurem" jest dobrą książką, która bez wątpienia spodoba się dzieciom. Nie jest idealna, ale ma wiele dobrych stron i można z nią spędzić mile czas.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo portalowi Zażyj Kultury

środa, 30 marca 2016

Moja matka piratka


Tytuł: "Moja matka piratka"

Autor: Jackie French

Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska

Cykl: Zwariowane rodzinki

Kategoria: Literatura dziecięca 

Wydawnictwo: Wilga

Liczba stron: 135

Ocena: 7/10









Teraz przyznajcie się, ile razy w życiu zamarzyło się wam być piratem? Od lat filmy i bajki dla dzieci przedstawiają te postacie jako okrutne, lecz ostatecznie dobre osoby, które mimo że nie przestrzegają prawa, walczą o wolność i swoje poglądy. Starsi czytelnicy zapewne wiedzą, że są dwie strony medalu. Jednak sami pomyślcie – przepiękny ocean, drewniany statek, różne dziwne zwierzęta i poczucie bezkarności i niezależności. Czyż to nie brzmi pięknie? Właśnie w takim świecie żyje Cyryl – dziecko, które wychowało się na pirackim statku z mamą kapitanką. Całe życie podróżowało po hiszpańskich wodach, obserwując jak załoga, która stała się jego rodziną, uwalnia niewolników. Jednakże Cyryl pragnie czegoś innego. Od najmłodszych lat uwielbia czytać i poznawać nowe rzeczy, ale możliwości są ograniczone, gdy cały czas przebywa się na morzu. Dlatego chłopiec pragnie iść do szkoły i zmierzyć się z prawdziwym światem – z współczesnością. Ten pomysł nie podoba się załodze, lecz mama chłopca pragnie spełnić jego wszystkie marzenia. Jak Cyryl poradzi sobie wśród innych dzieci? Czy jego odmienność będzie miała znaczenie? Jak powiedzieć kolegom, że ma się mamę piratkę?

Niektórzy twierdzą, że w poprzednim wcieleniu byłam piratem. Nie pasuję charakterem do tej postaci, bynajmniej nie mogę zaprzeczyć, że od lat dziecięcych pasjonuję się tym tematem. Czytałam wiele książek z tym motywem i oglądałam jeszcze więcej filmów. Znam niesamowite opowieści, ale również znam te prawdziwe historie, które wydarzyły się wieki temu. Gdy dostałam możliwość zrecenzowania tej książki, nie miałam wątpliwości, że muszę ją przeczytać. I nie przeszkadzało mi, że jest to powieść dla dzieci. Część z was pewnie wie, że właśnie ten gatunek cenię najbardziej. Jak sprawdziła się ta książeczka?

Bardzo spodobał mi się styl autora. Oczywiście nie można go porównywać z wybitnymi pisarzami, ponieważ jest to w końcu książka dla dzieci. Słyszałam opinie, że są to najbardziej wymagający czytelnicy. Czy tak jest w rzeczywistości, nie mam pojęcia. Lecz bez wątpienia jest bardzo trudno napisać powieść dla młodszych czytelników. Język był na tyle prosty, by dziecko mogło go zrozumieć, ale mogło też nauczyć się nowych słów, które na pewno przydadzą mu się w życiu, a to jest jeden z głównych celów, dla których dzieci powinny czytać książki. Jackie French bardzo dobrze sprawdził się na tym polu, choć muszę przyznać, że pojawiało się zbyt dużo potocznych słów.

Fabuła "Mojej matki piratki" jest wyjątkowo interesująca. Nie ma co ukrywać, że sama z pasją oddałam się tej opowieści. Jest banalna, jak dla starszego i doświadczonego czytelnika, jednakże nie zmienia to faktu, że wciąga i pozwala na przeniesienie się do dziecięcych lat, więc podejrzewam, że dla naszych małych ludzi również okaże się równie intrygująca. W dodatku jest zabawna. Oczywiście nie znajdziecie tu wyrafinowanych dowcipów tylko komizm sytuacyjny, który wywoła niepohamowany śmiech. 

Również przypadła mi do gustu tematyka. W tej chwili jest ona bardzo istotna dla dzieci, gdyż prawie każdy malec w swoim życiu musi się zmierzyć z podobnymi wydarzeniami.  Dzieci są urocze, ale nie można ukrywać, że potrafią być dla siebie nawzajem okrutne. Ta książka ukazuje, jak sobie z tym poradzić i zwraca ponadto uwagę na akceptację, która jest wyjątkowo ważna. Jest w tej powiastce wiele emocji, które na pewno w jakimś stopniu wpływają na nasze życie.

Powinnam również zwrócić uwagę na grafikę. Jej autorem jest Stephen Michael King. Ostatnimi czasy zauważyłam tendencję do kiczowatych ilustracji w literaturze dziecięcej, która nie podobają się ani dorosłym, ani małym czytelnikom. Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo jest zaniedbywany ten wyjątkowo ważny aspekt. Dzieci powinny mieć obrazki w opowieściach, ponieważ właśnie po tym wybierają książki i łatwiej im wyobrazić sobie świat wykreowany. Na szczęście ilustrator w tym przypadku nie zawiódł. Grafika jest bardzo dopracowana, choć na pozór wydaje się chaotyczna, ale właśnie to nadaje odpowiednią atmosferę powieści,

Sama jestem zaskoczona, jak bardzo spodobała mi się "Moja matka piratka". Jeśli macie dzieci lub ubarwiają wam one życie w waszym otoczeniu polecam, by dać im do przeczytania tę książeczkę. Jestem pewna, że spodoba się im. A jeśli macie takie zamiłowanie do literatury dziecięcej jak ja, zachęcam was, byście poświęcili chwilkę na przeczytanie jej.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo portalowi Zażyj Kultury.

środa, 11 listopada 2015

Hotel Transylwania 2


Tytuł: Hotel Transylwania 2

Reżyser: Genndy Tartakovsky

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Adam Sandler

Czas trwania: 1 godz. 29 min.

Premiera: 9 października 2015 r. (Polska), 21 września 2015 r. (świat)

Ocena: 7/10







Pamiętacie taki stary zamek otoczony setkami mil nawiedzonego lasu i cmentarzem, gdzie umarli wstają z grobów? Przypomnijcie sobie. Jego właścicielem jest Drakula i co roku zbierają się tam potwory. Dokładnie! To Hotel Transylwania. Chciałoby się powiedzieć, że to ten sam hotel sprzed stu lat, jednakże już tak nie jest... Hotel Transylwania zmienił się i to na lepsze. Nie jest jedynie bezpiecznym schronieniem przed potworami. Teraz i ludzie mogą spędzić tam swoje wakacje. Gdy Mavis bierze ślub i krótko po tym rodzi Drakuli wnuczka, Drak musi pogodzić się z obecnością ludzi i... swojego wnuka. Dennis jest inny niż jego potworni krewniacy. Jest podobny do swojego ojca i nie boi się życia poza murami zamku, mimo że to jest jego ulubione miejsce. Kim tak naprawdę jest wnuk słynnego Drakuli? Czy Mavis podejmie właściwe decyzje? Wygrają uprzedzenia czy rodzina?

"Hotel Transylwania" należy do moich ulubionych animacji. Uwielbiam jego humor oraz tematy, które są w nim poruszane. Na pozór wydaje się, że jest to banalny film dla dzieci, który poza piękną grafiką nie ma w sobie żadnej wartości, a już na pewno nie takiej, którą doceniliby dorośli. To jest błędne myślenie. Jest to bardzo wartościowa produkcja. Gdy tylko usłyszałam, że w kinach ma pojawić się kolejna część, wiedziałam, że muszę ją zobaczyć i to najszybciej jak się da. Osiągnęłam swój zamiar, choć muszę się przyznać, że bardzo niecierpliwiłam się. Odliczałam dni do premiery. Czy było warto tak długo czekać? Niestety nie do końca mogę powiedzieć tak. "Hotel Transylwania 2" przypadł mi do gustu, jednakże nie może się równać ze swoim poprzednikiem.

Na pewno nie zawiodłam się na humorze. Animacja jest bardzo zabawna i tak samo jak poprzedni część ma w sobie elementy komizmu sytuacyjnego, które bez wątpienia spodobają się dzieciom, ale również pojawia się komizm słowny, sprawiający, że dorośli nieraz zetrą łzę spowodowaną śmiechem. Oczywiście, że pojawiają się sytuacje komiczne do tego stopnia, że starsza publiczność odbierze je jako kompromitujące dowcipy, ale nie można zapominać, dla kogo powstał ten film. Dzieci często mają inny humor niż my. Nie oznacza to, że nie pojawiają się inteligentne żarty. W "Hotelu Transylwania" – i pierwszej, i drugiej części – lubię to, że jest przeznaczona dla różnego grona odbiorców. Cała rodzina, wspólnie oglądając film, może dobrze się bawić.

Tematyka jest pouczająca. Zwraca uwagę na wiele ważnych tematów, które często są ignorowane w naszym społeczeństwie. Nie są one wprost ukazane, tylko pod kurtyną magicznego świata potworów. Na pierwszy plan wysuwa się tolerancja, która obecnie jest dość popularnym "sloganem", jednakże często tylko w teorii. Smutne jest, że jej brak najczęściej pojawia się w rodzinie, co czasami ma tragiczne skutki. Łatwo mówi się: "Nie przejmuj się. Co cię obchodzi, co o tobie myślą inni". Jest to trudne wśród obcych ludzi, a co dopiero kiedy nie akceptują cię osoby, które kochasz i cenisz. Tolerancja jest jedynym z wielu istotnych spraw, które porusza "Hotel Transylwania 2". A co najważniejsze nie odnoszą się one wyłącznie do dzieci. 

Pomysł na fabułę jest wyjątkowo ciekawy. Pojawia się wiele nowych wątków, które ubarwiają całą historię oraz sprawiają, że przenosimy się w świat potworów i ich zwyczajów. Jednakże nie jest to do końca to, czego oczekiwałam. Miałam nadzieję na podobny klimat jak w poprzedniej części, lecz tu czułam, że coś jest nie tak. Nie umiem tego bliżej sprecyzować. Po prostu czegoś brakuje, co powinno nadawać tę niezwykłą atmosferę. Poza tym wszystko dzieje się za szybko. Miałam wrażenie, że usiadłam, obejrzałam chwilkę i nagle skończyło się. Powinnam powiedzieć, że aż tak bardzo byłam zafascynowana tym filmem, że straciłam poczucie czasu. Niestety to nie jest złudzenie. Animacja ma niedopracowane wątki, co sprawia, że czujemy niedosyt i to niekoniecznie w tym pozytywnym znaczeniu.

Grafika jest po prostu cudowna. Każda postać ma swój niepowtarzalny wygląd, co nie oznacza, że zawsze widzimy ich w identycznych ubraniach, które noszą na każdą okazję. Ten charakterystyczny wygląd jest widoczny w ich twarzach, ruchach oraz rekcjach. Zachowane są prawa fizyki (oczywiście one nie zawsze dotyczą potworów). Wszystko jest perfekcyjnie dopracowane.

"Hotel Transylwania 2" trochę mnie zawiódł. Faktem jest, że miałam bardzo wygórowane wymagania po pierwszej części. Nie oznacza to, że żałuję, że poświęciłam czas na obejrzenie tej animacji. Raczej ostrzegam, żeby zbytnio nie nastawiać się na coś niesamowitego. Mam nadzieję, że pojawi się trzecia część i tym razem dorówna pierwowzorowi. Tymczasem polecam wszystkim obejrzenie tej bajki. 



czwartek, 29 października 2015

Hotel Transylwania


Tytuł: Hotel Transylwania

Reżyser: Genndy Tartakovsky 

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Adam Sandler 

Część: I

Czas trwania: 1 godz. 31 min. 

Premiera: 9 listopada 2012 r. (Polska), 8 września 2012 r. (świat)

Ocena: 9.5/10





Hotele, hotele, hotele! Z czym wam się kojarzą? Ze sławną miejscowością turystyczną, Monopolem, a może serialem? A gdybym wam powiedziała, że tym razem to coś innego? Że ten hotel różni się od innych? Uwierzylibyście mi? Witajcie w Hotelu Transylwania – miejscu, gdzie każdy potwór może wypocząć i czuć się bezpiecznie. W tym hotelu nie grożą monstrom ludzie ani ogień, którym władają. Tu spokojnie można wychować dzieci i dać im odpowiednie wykształcenie. Drakula zadbał o wszystko, budując Hotel Transylwanię. Jest otoczony setkami mil nawiedzonego lasy oraz cmentarzem, gdzie zmarli wstają z grobów. Żaden normalny człowiek nie przekroczy tej granicy. No ale wiecie... nie wszyscy ludzie są normalni. Są też tacy, którzy szukają takich atrakcji. Dlatego właśnie pewnej nocy podczas imprezy urodzinowej córki Drakuli pojawia się... CZŁOWIEK! Wyobrażacie sobie, jaka musiała być mina Draka, gdy go rozpoznał? Czy uda mu się wypędzić nie-potwora z zamku? Jak udadzą się urodziny Mavis? Czy Hotel Transylwania będzie bezpieczny?

Muszę przyznać, że kiedy pierwszy raz oglądałam "Hotel Transylwanię", nie miałam pojęcia o istnieniu tego filmu. Po prostu przypadkowo trafiłam w telewizji na tę animację (już wiecie, że to mój ulubiony gatunek filmowy) i postanowiłam obejrzeć. Od tej chwili produkcja należy do moich ulubionych filmów z tego gatunku. Każda okazja jest dobra, by jeszcze raz zapoznać się z treścią "Hotelu Transylwania". Co sprawiło, że tak bardzo polubiłam tę bajkę?

"Hotel Transylwania" jest wyjątkowo zabawny i to w sposób inteligenty. Nie przepadam za komediami, gdzie żarty często są przesadne, wulgarne lub po prostu głupie. Czasami się zaśmieję, ale to raczej z żalu niż potrzeby. Tutaj cały czas coś się dzieje, co doprowadza do łez ze śmiechu. Przyznaję, że komizm sytuacyjny jest często banalny w animacji, jednakże nie można zapomnieć, że jest to film przeznaczony dla dzieci, więc takie sceny powinny występować. Natomiast komizm słowny najczęściej jest genialny. Krótkie nawiązania, cięte riposty sprawiły, że nie mogłam przestać się śmiać. Cenię tę produkcję za to, że dostosowała się i do małych odbiorców, i tych dorosłych.

Zachwyciła mnie również pomysłowość bajki. Wiele osób może zarzucić, że podobne pomysły już nieraz się pojawiły. Ale zapewniam, że nie w takim wykonaniu. Sławna legenda, która była przerabiana już na tysiące sposób, po raz kolejny ukazała się w nowym wizerunku, który bardzo przypadł mi do gustu. Od dziecka rodzice wmawiali nam, że potwory są złe – straszą ludzi i robią bardzo niedobre rzeczy. Na pewno każdy zna tę historię. Jednak "Hotel Transylwania" załamuje cały ten stereotyp i pokazuje świat z perspektywy wampirów, wilkołaków i innych podobnym im stworzeniom. I co się nagle okazuje? Z ich punktu widzenia to my jesteśmy źli, ponieważ nie umiemy zaakceptować niezwykłości i wyjątkowości, albo po prostu odmienności. I nagle dwa światy spotykają się i prawda zaczyna wychodzić na jaw. Stara opowieść została trochę zmieniona i dodano kilka dodatków, tworząc coś niesamowitego.

Nie można zapomnieć o perfekcyjnej kreacji bohaterów. Każda postać w bajce miała swój własny, odrębny charakter. Główni bohaterowie – Dark i Mavis – zostali ukazani jako bardzo ludzkie postacie o głębokich uczuciach  i pragnieniach, które nie zawsze mogę zostać spełnione. Bohaterowie mieli własne problemy, które różniły się skalą trudności, ale dla nich były ważne i dążyli, by je rozwiązać. Nie poddawali się, tylko walczyli o marzenia oraz akceptację, której tak bardzo im brakowało.

Sama tematyka "Hotelu Transylwanii" jest wyjątkowo ważna. Jak wspomniałam wcześniej, pokazuje jak wartościowa jest tolerancja i jak bardzo jej brak może zmienić ludzi. Jest to bardzo dobra wskazówka dla dzieci, jak powinno się postępować, ale również dla dorosłych. Poruszany jest również temat rodzicielstwa, co jest widocznym odniesieniem do ludzi dojrzałych. Rodzice często tak bardzo boją się o swoje dzieci i chcą, by były szczęśliwe, że nieświadomie nie pozwalają im żyć, co często ma opłakane skutki. 

Jestem pod wielkim wrażeniem grafiki filmu. Nie znam się na animacjach pod względem graficznym, jednakże oglądałam ich tyle, by umieć rozróżnić wyjątkową szatę filmu. W produkcji pojawia się olbrzymia liczba kolorów, co zachęca do obejrzenia, ale pozwala też przenieść się nam do świata baśni i mitów. Przy tym nie traci swojej realnej rzeczywistości. Każdy najmniejszy szczegół jest dopracowany.

"Hotel Transylwania" jest niezwykłym filmem przeznaczonym i dla dzieci, i dla dorosłych. To wielka sztuka stworzyć opowieść, która będzie tak różnorodna, ale zarazem realna. Polecam ją każdemu, kto jest gotowy otworzyć się na magiczny świat, ukazujący obraz naszej rzeczywistości.




czwartek, 12 lutego 2015

Zaplątani

Tytuł: Zaplątani

Reżyser: Nathan Greno, Byron Howard

Gatunek: Familijny

Rola główna: Mandy Moore, Zachary Levi 

Część: I

Czas trwania: 1 godz. 36 min.

Premiera: 26 listopada 2010 r. (Polska), 24 listopada 2010 r. (świat)

Ocena: 10/10







Dawno, dawno temu na Ziemię spadł kawałek Słońca. Wyrósł z niego niesamowity kwiat. Dawał on młodość i leczył wszystkie rany. Niestety jednak nikt nie wiedział, gdzie znajduje się ten kwiat. Nikt? Na pewno nikt? Nikt oprócz pewnej wiedźmy, która wykorzystywała złoty kwiat, by żyć wiecznie. Po iluś latach w pewnym królestwie królowa zachorowała. Była to bardzo dobra królowa. Poddani kochali ją, dlatego właśnie wszyscy wyruszyli na poszukiwanie kwiata, by uratować królową i dziecko, które nosiła w sobie. Szczęśliwy traf pozwolił znaleźć tę niezwykłą roślinę i uratować królową i królewnę. Gdy mała królewna urodziła się, okazało się, że ma złociste włosy, a dokładniej magiczne. Wiedźma porwała małą Roszpunkę, by na osiemnaście lat zamknąć ją w wieży i wychowywać jak własne dziecko. Przynajmniej do czasu...

Nie wiem, czy ten wstęp był potrzebny. Bajka, która zyskała olbrzymią popularność, którą zna każde dziecko i chyba każdy rodzic. Jednak na pewno gdzieś znajduje się człowiek, który nie miał tyle szczęścia, by obejrzeć tę bajkę. Dlatego musi to zmienić. Moje zamiłowanie do bajek animowanych jest niesamowite. Jestem w wieku, kiedy powinnam oglądać bajki wyłącznie pod przymusem mojego kuzynostwa. Jednakże żadnych filmów nie cenię tak bardzo jak bajek. Uważam, że są to najpiękniejsze i najmądrzejsze filmy, jakie istnieją. Stąd ta recenzja.

Może zacznę od grafiki. Nie jestem grafikiem i oceniam animację wyłącznie amatorsko. A w tym filmie spełniła ona wszelkie moje wymagania. Przede wszystkim kolory. Bajka powinna być kolorowa! Powinna mieć mocne i żywe kolory. Nawet gdy jest to czarny kolor. To ma przyciągać wzrok dzieci (nie tylko dzieci...) i sprawiać, że będzie dobrze się oglądać. Tutaj otrzymałam to w całej okazałości. Poza tym jestem zaskoczona, bo wszystkie detale zostały dopracowane. Nie ma takich chwil, by coś się nie zgadzało. Dziewczynki wplotły Roszpunce kwiaty we włosy i nie znikły one nagle w następnej scenie. Nawet było pokazane, jak były one zdejmowane. To jest tylko pojedynczy przykład, ale pod tym względem opowieść była dopracowana. I najważniejszą sprawą w grafice jest to, że postacie nie były zbyt wyidealizowane. Odkąd pamiętam denerwowały mnie idealne postacie. Nawet jako małe dziecko zwracałam na to uwagę. Nie przeczę, że Roszpunka była bardzo ładna, Julek przystojny, a kameleon był kameleonem. Ale jak się ktoś pobrudził, to był brudny. To się wydaje oczywiste, ale nie w każdej bajce występuje.

Największym zaskoczeniem dla mnie jest fakt, że animacja jest wyjątkowo wzruszająca. To jest jeden z dwóch filmów, na których płakałam. To niesamowite, że zwykła opowiastka dla dzieci tak bardzo mnie poruszyła. Oglądałam ten film... nie mam najmniejszego pojęcia ile razy. I mimo że teraz już nie płaczę, to nadal wzruszam się i cieszę razem z bohaterami. "Zaplątani" oddziałują na mnie bardzo emocjonalnie. Po ich obejrzenia zawsze jestem pełna euforii i pozytywnie nastawiona do życia. Taka powinna być bajka.

Kolejną sprawą jest morał. Każda dobra opowieść dla dzieci posiada morał. Każda! Dlatego warto co jakiś czas zamienić się w dziecko i przeczytać jakąś książkę dla dzieci, czy obejrzeć film. Często zapominamy o ważnych wartościach, które z taką cierpliwością były nam wpajane w dzieciństwie. Może warto sobie przypomnieć... "Zaplątani" mają wiele pouczających sentencji, jednak najbardziej wyróżnia się jedna – nie oceniaj książki po okładce. Na podstawie różnych bohaterów mamy pokazane, jak środowisko kształtuje ludzi, jednak nie zawsze ich zmienia. Nie każdy złodziej jest zły. Nie każda matka dobra.

"Zaplątanych" polecam KAŻDEMU! Moje zamiłowanie do tej historii pochodzi jeszcze z dzieciństwa. Pamiętam jak jako dziecko z podstawówki oglądałam ten film w kinie. To było coś. Jeśli macie dzieci, koniecznie obejrzyjcie ten film, jeżeli tego jeszcze nie zrobiliście. A jeśli nie, to też to zróbcie. Co Wam szkodzi? To jest naprawdę zabawne w inteligentny sposób. 



wtorek, 27 stycznia 2015

Paddington

''Paddington''
Michael Bond 

''Na stacji Paddington w Londynie pojawia się mały zagubiony niedźwiadek. Przypadkowo wpada na państwa Brown, którzy zabierają go do siebie. Miś szybko zostaje nowym członkiem rodziny, a jego zdumiewające pomysły sprawiają, że nikt nie będzie się nudzić! Paddington da sobie radę z każdym problemem, zawsze jest czarujący i uprzejmy, a w kieszeni ma kanapkę z marmoladą na czarną godzinę. Czy będzie umiał przyzwyczaić się do wielkiego miasta? Jakie przygody go spotkają? I kto zostanie najlepszym przyjacielem niedźwiadka?''

Paddington to mały, niesforny niedźwiadek często wpychający nos do niewymagających tego spraw. Uczynny, miły, pomocny, a przy tym zawsze zabiegany i nieuważny. Każdy przedmiot w jego łapkach staje się być bronią śmiertelną, którą czaruje swą niezdarnością. Mimo dobrych chęci, staje się magnezem na nieszczęścia niszcząc w okół wiele ( najczęściej ) kosztownych rzeczy. Lecz mimo wszystko ludzie postrzegają w nim wyłącznie te zabawne, pozytywne cechy, przez co staje się popularny niemal w całym Londynie. Miś wywodzący się z Najmroczniejszego Zakątka Peru, przybywając do Anglii przybrał imię Paddington - od stacji kolejowej, na której to został odnaleziony, dając tym samym państwo Brown płomyk szczęścia w ich monotonnym życiu. Po pewnym czasie nie jest wyłącznie małym niedźwiadkiem - zostaje członkiem wielkiej rodziny, częścią Londynu łącząc się cieleśnie oraz duchowo z swym miejscem zamieszkania. 

Paddington to historia rozgrywająca się w wielu zakątkach Anglii - kinie, teatrze, restauracji, pralni, nad jeziorem, na licytacji, w domu towarowym, które to co inne spotykamy w następnych rozdziałach. Miejscom tym, jak można było przypuszczać, towarzyszą najróżniejsze, śmieszące do łez przygody z niedźwiadkiem w roli głównej. Zobaczymy jak wygląda sprzątanie z perspektywy misiów, jak obchodzą one Boże Narodzenie ( jeśli w ogóle je obchodzą ), jak piorą, łowią ryby, a nawet gotują. Dowiemy się co zazwyczaj jadają - marmoladę oczywiście -jak się ubierają, sypiają, chrapią, kąpią się i oglądają filmy. A wszystkie te sytuacje, zdające się być czymś naturalnym poznamy w nowym humorystycznym ujęciu.  I choć napisane są w stylu komediowym, każda z nich niesie z sobą pewne przesłanie oraz nauki. Rozśmieszając swe pociechy, rodzeństwo, kuzynostwo oraz wszelkie małe brzdące nauczymy ich jednocześnie zasad zachowania kultury na poziomie codzienności. 

Pan Michael stworzył niesamowitą powieść z zaskakującą akcją, którą poznając coraz bliżej z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej znów czujemy się dziećmi. To niesamowite - stworzyć takowy zabieg uświadamiający nam jakże ważne jest dzieciństwo, gdyż to z niego wywodzą się wszelkie nawyki, które nas uzupełniają, a jednocześnie przypomnieć o pozytywach i negatywach życia dorosłego, o odpowiedzialności jaka się za nim ciągnie. Jednym słowem ta książka jest WSZYSTKIM co skrywają nasze serca. 

Podsumowując - książkę polecam każdemu czytelnikowi, temu dużemu i temu małemu, gdyż każdy z nich znajdzie w niej pocieszenie oraz wielki, wielki ubaw. Skąd mogę to wiedzieć ? Podam prosty przykład - mój niemal sześcioletni braciszek zapoznając się z co nowszym rozdziałem, śmiał się na coraz większą skalę, a ja wraz z rodzicami z chęcią mu wtórowaliśmy. Jak widać książka została stworzona dla wszystkich. Jeszcze raz bardzo polecam. :)

Moja ocena:
10/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon

piątek, 23 stycznia 2015

Jego Wysokość Longin

''Jego Wysokość Longin'' 
Marcin Prokop 

''Longin mieszka w kuchni (bo jego pokój to właściwie kawałek kuchni, w której tata wydzielił dla niego miejsce), uwielbia bawić się resorakami (nawet nie mówcie, że nie wiecie, co to jest!), a jego marzeniem jest nowiutkie Atari (no dobra, tu podpowiedź: to ma joystick i można na tym grać w gry). Nie lubi zabawy w chowanego, bo zawsze jakoś wystaje – a to głowa, a to ręce, a to nogi. A poza tym zawsze wpakuje się w jakieś tarapaty (ale słowo, wcale nie specjalnie!). Na pewno byście się dogadali!''

Longin to nikt inny, niż Marcin Prokop. Współczesny dziennikarz, który rozśmiesza do łez, a swym wzrostem powoduje oczopląs u nie, aż tak niskich dam. Zawsze wystrojony, ale tak na luzie z tym swoim nienagannym zarostem. Prowokujący, atrakcyjny - jednym słowem wyśmienity! Jednak czy od dziecka posiadał ten swój oryginalny humor ? Czy potrafił przyprawiać ludzi o łzy, jednocześnie prosząc się o pomstę ? 


'' Nie, życie nie jest sprawiedliwe, ale trzeba sobie z nim jakoś radzić. Gruby radzi sobie świetnie, przynajmniej tata tak twierdzi. Mama zawsze wywraca wtedy oczami, jakby chciała przebić nimi sufit i dostać się na strych, a stamtąd prosto na dach, gdzie lepiej żeby nie wychodziła, bo ostatnim razem zostawiliśmy tam z chłopakami zgrillowanego gołębia. '' 

Marcin, którego ksywka brzmi: Longin chodzi do podstawówki, gdzie przydarza się mu wiele niesamowitych przygód. Zapytacie: Dlaczego Longin ? Nie ma nic prostszego od wyjaśnienia tego zagadnienia. To nic innego, niż symbol jego wzrostu - long oznacza długi, a jak widzimy nadzwyczaj chętnie przypominał innym jaki to z niego olbrzym. Jednak niestety, a może i stety, tym samym dawał do zrozumienia, jaki to z niego nie jest bohater, siłacz ostrzegając, by uciekali gdzie pieprz rośnie. Och Longinie - czy postąpiłeś słusznie ? Dzięki takowym wyznaniom otrzymał wiele przyjaciół, ale i wrogów, którzy czaili się na każdym jego kroku. Zazwyczaj był to Gruby - sąsiad o wadze ponad 100 kg - lub jego młodszy Brachol, który nieustannie wchodził w drogę Marcinowi. Oj biedaczek, co on nie przeżył. 
Longin, Longin co z Ciebie wyrośnie ? 
Już wiadomo - Marcin Prokop. 

Jego wysokość Longin to książka opowiadająca o tak wielu istotnych rzeczach, że gdyby je skumulować niejednemu zakręciło by się w głowie. Tekst można analizować na wiele sposobów, ale zapewne każdy czytelnik doszuka się choćby trzech takowych tematów przewodnich: 

1. Historia opowiadająca o życiu w czasach PRL-u.
Możemy naprawdę wiele dowiedzieć się o latach powojennych z zupełnie innej perspektywy. To nie suche fakty, które zazwyczaj przedstawiają nam nauczyciele, podręczniki i najróżniejsze encyklopedie. Tutaj odnajdziemy wspomnienia osoby, która na własnej skórze przekonała się wiele o takowym życiu. Osoby, która przedstawia świat z perspektywy wielu najzwyklejszych mieszkańców, starców, dzieci i dorosłych. Zapewne ta wiedza niezbyt przyda nam się w teraźniejszości, jednak zawsze może odmienić poglądy wielu ludzi, a osoby wywodzące się z takowych lat powspominają pozytywy oraz negatywy swego dzieciństwa. 

2. Powieść ukazująca w humorystyczny sposób ''biografię'' pana Marcina.
Wszelcy fani słynnego dziennikarza otrzymają kolejną jego namiastkę, dowiedzą się w jaki sposób postrzegał świat, a nawet tak po prostu poczytają o rodzinie, życiu, mieszkaniu, sąsiadach, przyjaciołach, dziewczynach, dziadkach Longina. Znajdą wiele szczegółów opisujących polską gwiazdę, których w żaden sposób nie można zliczyć. Przyrzekam Wam, iż Jego wysokość Longin jest gratką, najlepszą zdobyczą osób uwielbiających pana Marcina. 

3. Wesoła, śmieszna, a zarazem pouczająca historia dla dzieci, młodzieży oraz dorosłych.
Osoby, które powyższe punkty po prostu nie zainteresowały powinny sięgnąć po Longina z jakże prostej przyczyny - powieść ta gwarantuje kupę śmiechu oraz zabawy. Zabawne sytuacje oraz teksty opuszczające usta Longina i jego przyjaciół są jakże fantastyczne! Fantastycznie rozśmieszające! Nie raz, nie dwa o mal nie popłakałam się ze śmiechu poznając co nowsze przygody pana Marcina, a sposób w jaki zostałe one ukazane są wszakże ujmujące. 

Polecam fanom historii, popularnego dziennikarza, a także i zabawy, śmiechu. Polecam dzieciom w każdym wieku oraz ich rodzicom. Naprawdę warto zapoznać się z tą czarującą książką. :) 

Moja ocena:
8/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon :)

wtorek, 5 sierpnia 2014

Jak Chłopczyk łapał Dużą Rybę


Tytuł: "Jak Chłopczyk łapał Dużą Rybę"

Autor: Grzegorz Mynarczuk

Ocena: 8/10



















Pewien chłopczyk poszedł na ryby. Nałożył robaczka i cierpliwie czekał, aż jakaś ryba się złapie. Z czasem złapała się ryba, ale nie taka zwyczajna... Na wędkę złapała się Duża Ryba! Jednak była silniejsza od chłopca, a nawet od jego taty! Jakimi sposobami chłopczyk próbował złapać Dużą Rybę? Czy mu się to udało? 

Minęło dużo czasu, odkąd czytałam książki dla dzieci. Mimo to pamiętam dobrze te książki. Właśnie wtedy zaczęła się moja przygoda z czytaniem. Gdyby nie te małe, kolorowe książeczki, które zawsze były pełne pięknych ilustracji, wątpię czy teraz byłabym takim "książkoholikiem". Muszę przyznać, że miałam pewne obawy przed rozpoczęciem czytania tego opowiadania. Nie wiedziałam, czy nadal jestem w stanie spojrzeć na świat jak dziecko. Niepotrzebnie się martwiłam.
Książka jest naprawdę wciągająca. Byłam niezmiernie ciekawa, czy uda się złapać chłopczykowi rybę, a jak tak to w jaki sposób. Zdziwiło mnie to bardzo, ponieważ bardziej obchodził mnie los tego chłopca w tej krótkiej książeczce, niż los niektórych bohaterów w obszernych powieściach. Na początku trochę raziły mnie krótkie zdanie, jednak to właśnie one sprawiły, że powtórnie mogłam spojrzeć na świat jako dziecko - przez różowe okulary. 

Poza tym trzeba przyznać, że słownictwo jest wyjątkowo dobrze dobrane. Są to proste słowa zamieszczone w krótkich zdaniach. Książeczka jest jak najbardziej do zrozumienia dla małego dziecka, a przy tym może nauczyć nowych słów i zwyczajów związanych z wędkowaniem. W dzisiejszym, współczesnym świecie nie każde dziecko ma szansę na dokładne poznanie natury. Ta historia może przekazać wiele ciekawych informacji. Może nawet dziecko namówi swoich rodziców, by pojechali z nim nad wodę... Jestem również przekonana, że małe dzieci po przeczytaniu opowiadania na pewno będą chciały zjeść rybę. Niejeden rodzic boryka się z problemem niejedzenia ryb u swoich dzieci. 

Nie mogę też pominąć faktu, że książka jest bardzo ładnie wydana. Ma twardą oprawę, którą raczej trudno jest podrzeć. Pies na pewno jej nie zje. Poza tym strony są białe, co bardzo sobie cenię w tego typu książkach. Natomiast czcionka jest idealnie dobrana. Dziecko, które dopiero zaczyna swoją przygodę z czytaniem, nie będzie miało problemu z jej rozszyfrowaniem. A teraz najważniejsza rzecz dla maluchów. Książeczka zawiera wiele ciekawych ilustracji. Wykonała je Kamila Stankiewicz, nadając książce wiele kolorów.

Książkę polecam naprawdę każdemu, kto ma w swoim domu małe dzieci. Jeśli jesteście już rodzicami lub odwiedzacie swoją ciocię, gdzie zawsze w domu biega cała gromadka maluchów, ta książeczka jest naprawdę idealna, by uspokoić małe diabełki. A przy tym sami możecie się dobrze przy niej bawić. Jest naprawdę kilka zabawnych momentów.   


Za możliwość spojrzenia na świat oczami dziecka bardzo dziękuję autorowi - Grzegorzowi Mynarczukowi oraz wydawnictwu Novae Res   



piątek, 13 czerwca 2014

Mary Poppins otwiera drzwi


Tytuł: "Mary Poppins otwiera drzwi"

Autor: P. L. Travers

Tom: III

Film: Mary Poppins

Premiera: 27 sierpnia 1964 (świat)

Ocena: 10/10














Są osoby na świecie, które pojawiają się w życiu znikąd. Wyglądają normalnie, normalnie mówią, są normalnymi ludźmi takimi jak my. Przynajmniej tak nam się wydaje, dopóki nie zrozumiemy, że są wyjątkowe i, że je kochamy. Taką osobą jest Mary Poppins. Ostatnie tygodnie były dla mnie ciężkie, dlatego zdecydowałam się przeczytać bajkę z mojego dzieciństwa. Nie wiecie nawet, jak bardzo się myliłam, myśląc, że to bajka. 

W domu państwa Banks po odejściu Mary zapanował chaos. Pan Banks cały czas krzyczy, panie Banks nie może dać sobie radę z piątka dzieci. Wszystko się wali... Jednak cała sytuacja zmienia się po wystrzeleniu jednego fajerwerka, który nie wybucha. Michaś i Janeczka są bardzo zawiedzeni tym faktem, ale dostają coś lepszego niż sztuczne ognie. Na niebie zamiast fajerwerek pojawia się nie kto inny jak sama Mary Poppins. Dokładnie ta sama Mary Poppins. Tak samo wyniosła, pewna siebie i kochana przez dzieci państwa Banks. Dzieci ucieszone powrotem swojej opiekunki są przekonane, że zostanie na zawsze. Mary tajemniczo odpowiada, że będzie póki się nie otworzą drzwi. To upewnia dzieci w ich przekonaniach, tym bardziej że panna Poppins pokazuje im coraz więcej elementów ze swojego życia, choć nadal zostaje tak samo tajemnicza. 

Jak wcześniej pisałam, miała być to bajka przeczytana wyłącznie dla odpoczynku. Tak pamiętałam ją z dzieciństwa. Niesamowite historie, które czyta się bez wytchnienia. Było tak, jednak zrozumiałam, że ta książka jest dla każdego. Nieważne, czy ma się osiem lat, czy osiemdziesiąt. Dla dzieci to piękne i pełne emocji historie, dla starszych osób skarbnica wiedzy o życiu. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo refleksyjna jest ta książka. Opowiada przede wszystkim o miłości, takiej prawdziwej miłości, która nie zawsze się ujawnia poprzez słowa. Czasami wystarczą tylko czyny, niczego więcej nie trzeba. One sprawiają, że miłość staje się szczera, choć nie od razu to widać.

Mary pokazuje Janeczce i Michasiowi, jaki jest świat. Uczy ich, że zawsze trzeba patrzeć pod odpowiednim kątem, wtedy właśnie można zobaczyć, jaki nasz świat jest niezwykły. Dobrze podsumowują to słowa pana Gałązki:

"To niemożliwe - zaprotestował Michaś. - Przecież nikt nie słyszy, jak drzewa rosną. Nie ma takiej melodii...
 - Nie znasz się na tym, mój mały - przerwał mu pan Gałązka niecierpliwie. - Oczywiście, że jest taka melodia. Wszystko na świecie ma swoja własną melodię"
Nigdy nie wiemy czego można się spodziewać po Mary. Ta część chyba ze wszystkich trzech tomów, które czytałam, najbardziej to podkreśla. Samo zakończenie jest wyjątkowo wzruszające. Sprawiło, że inaczej zaczęłam patrzeć na świat. Tak, to jest książka, która zmienia ludzkie życie. Na długo zapada w pamięć. 

Teraz przeglądając i patrząc na przepiękne ilustracje, robi mi się żal, że pożegnałam się z Mary i nie wiadomo, czy kiedykolwiek spotkam się z nią. Uważam, że to jest jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Każdy z nas powinien zapoznać się z Mary Poppins. Wtedy zrozumie rzeczy, których nie umiał pojąć wcześniej.


Książka przeczytana w ramach wyzwania: 





środa, 11 czerwca 2014

Pojedynek


Tytuł: "Pojedynek"

Autor: Andrzej Maleszka

Seria: Magiczne Drzewo

Tom: IV

Ocena: 7/10















Każdy z nas kojarzy historię Magicznego Drzewa. Tym razem Kuki wraz ze swoimi przyjaciółmi pojechał na obóz szachowy. Na początku obóz zapowiadał się wyjątkowo nudno. Przynajmniej tak było, póki Kuki nie postanowił tego zmienić. Chłopak wyczarowuje swojego klona, co nie do końce kończy się dobrze...

Ostatnio, gdy przeglądałam swoje półki z książkami, wpadłam właśnie na tę książkę. Przypomniałam sobie, jak jako dziecko rozczytywałam się w poprzednich częściach. Co prawda jestem już trochę za stara na nią, ale każda opowieść czegoś uczy. A te dla dzieci szczególnie. Tak naprawdę kierowała mną ciekawość. Czy ta książka spodoba mi się tak jak kiedyś podobały mi się poprzednie? Muszę powiedzieć, że się zawiodłam. Czytałam ją szybko i z przyjemnością, jednak brakowało mi tej magii. Prawdą jest, że cała książka jest pełna magii, ale nie tej, która potrafi zawładnąć czytelnikiem. 

W "Pojedynku" znajdowało się wiele literówek. Denerwowało mnie bardzo, że gdy czytałam zdanie, musiałam wrócić, by zrozumieć, co chciał nam przekazać autor. Nie jest to jego wina, jednak irytuje przy czytaniu. Poza tym w książce znajdowało się dużo nie potrzebnych scen. Zamiast ubarwiać ją wprowadzały chaos. Były bardzo pomysłowe i ciekawe, ale się nie łączyły, co powodowało, że rozpraszałam się. 

Na razie wypisałam same wady, jednak nie myślcie, że książka nie ma zalet. Wręcz przeciwnie - jest ich dużo. Sama oryginalność opowiadania sprawia, że człowiek czyta je mimo wad. Poza tym sama w sobie jest barwna. Andrzej Maleszka ma wiele pomysłów, które zachwycają. Gdyby je odpowiednio połączył, byłby mistrzem. Na koniec zostawiłam najlepsze - samo zakończenie. Uważam, ze jest naprawdę dobre. Skazuje nas na domysły. Sami musimy dojść do ostatecznego zakończenia. Choć podejrzewam, że w następnej części będzie wyjaśnione wiele spraw. 

Książka jest pełna ilustracji, a dokładnie zdjęć. Osobiści mam mieszane uczucia, co do tego. Zdjęcia są bardzo ładne, ale wolałabym, żeby były na końcu, a nie między stronami. Po przeczytaniu powieści z chęcią bym je dokładnie obejrzała, a tak psuły mi moje wyobrażenia. 

Następna część jest już w księgarniach. Raczej jej nie kupię, ale gdyby wpadła mi w ręce z przyjemnością ja przeczytam. Na letni wieczór jest idealna, aby odpocząć.  


Książka przeczytania w ramach wyzwania: