Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 października 2021

Awangarda – Jack Campbell

 

Tytuł: Awangarda

Autor: Jack Cambell

Przekład: Dominika Schimscheiner

Cykl: Narodziny Floty

Tom: I

Kategoria: Science fiction

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 411

Ocena: 7/10





Na tę chwilę kosmos mimo wielu prób nadal pozostaje dla nas zagadką. Wiemy już coraz więcej, ale nadal za mało, by mieć pewność, co jest i jak funkcjonuje w innych galaktykach. Nasze dążenie do poznania kosmosu popycha nas do przodu. Być może już stosunkowo niedługo będziemy naprawdę mogli opuścić Ziemię, by poznać inne planety i inny świat niż ten, który znamy na co dzień. Może będzie to nasz wybór, a może sama Ziemia nas zmusi do opuszczenia jej. Przyszłość pokaże, czy uda nam się przekroczyć barierę atmosfery na dłużej niż obecne podróże kosmiczne. Jak sądzicie – my jeszcze tego dożyjemy? 

Powstało wiele kosmicznych kolonii. Miejsc, które były tworzone na modłę Ziemi, a stały się czymś odmiennym. A może czymś właśnie zbyt podobnym? Planety, gwiazdy i układy mogą być różne, ale ludzkość pozostaje taka sama, gdziekolwiek obierze swą drogę. Jedną z takich początkujących kolonii, gdzie ma być lepszy świat, jest Glenlyon. Niestety już na starcie kolonia zostaje zagrożona przez galaktycznych piratów, którzy chcą ściągać haracz. Rob jako mieszkaniec kolonii i osoba aktywna społecznie stara się zapobiec grabieżom i stworzyć bezpieczne i wolne miejsce. W tym samym czasie Carmen zaczyna nowe życie, gdzie nie przyznaje się, że wychowała się na Marsie. Ma wizję, jak zmienić świat poprzez ochronę nowych kolonii. Widziała upadek kolonii na Marsie. Teraz jest skłonna poświęcić wiele, by podobne sytuacje nie miały miejsca w kosmosie. Czy uda się jej? Czy Glenlyon będzie zapowiedzianym rajem dla wolnych ludzi o własnym zdaniu? 

Science fiction jest gatunkiem, po który sięgam bardzo rzadko, mimo że szanuję i doceniam ten odłam fantastyki. Te wizjonerskie obrazy są inspirujące i zawsze sprawiają, że zadaję sobie pytanie, do czego dążymy, czy to ma sens i jakie cuda jest w stanie wymyślić umysł ludzki. Dlatego zdecydowałam się zapoznać z "Awangardą", czyli pierwszym tomem nowego cyklu pisarza Jacka Campbella. Dotychczas nie miałam przyjemności zapoznać się z jego wcześniejszymi dziełami, ale wiele pozytywnych opinii wśród czytelników skłoniło mnie, by sięgnąć właśnie po "Awangardę". Jak moje wrażenia? 

Od pierwszych stron czułam się zafascynowana, choć też przyznaję, że czułam nutę rozgoryczenia, gdyż miałam poczucie, że pisarz powiela wizje tak dobrze nam znane w tym gatunku. Przeczytałam mało książek science fiction, a mam poczucie, że już nieraz trafiłam na podobne motywy. Dlatego mimo że potrafiłam docenić wiele koncepcji i rozwiązań, to gdzieś z tyłu głowy kołatała mi myśl, że przecież już to znam. Niemniej czym czytałam dalej, tym miałam poczucie, że może motywy się powielają, lecz konstrukcja świata jest niezmiernie ciekawa i jeszcze przeze mnie w takim układzie nie spotkana, co popchnęło mnie, by dalej czytać i zwracać uwagę na małe szczegóły, które odpowiadały za niezwykłą atmosferę tego uniwersum. 

Styl pisarza jest niezwykle prosty w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. Przyznam się, że science fiction nieodłącznie kojarzy mi się z Lemem. Nie czytałam jego książek, ponieważ próbowałam jako dziecko i wtedy styl autora i jego wizja były dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Choć ze względu na rok Lema mam postanowienie, by z obecnym doświadczeniem czytelniczym dać mu szansę. Jednak odchodząc już od dygresji, podkreślę, że ten łatwy i przyjemny w odbiorze styl tylko zachęcał do lektury i pozwolił przenieść się do świata kolonii kosmicznych. 

W powieści pojawia się cała gama intrygujących osobowościowo bohaterów, co w sposób genialny ubarwiało historię. Przywiązywałam się do nich i razem z nimi przeżywałam wszystkie zdarzenia. Tym bardziej że autor postarał się o silne kobiece postacie. Od pierwszych stron możemy je poznać i patrzyć, jak w kosmosie płeć zaczyna tracić na znaczeniu, a zaczynają się liczyć kompetencje. A przynajmniej w początkowych scenach i odwołując się wyłącznie do płci. Niemniej mimo mojego zadowolenia z tego wątku, wyłonił się pewien mankament – schemat postaci. Połączenie było oczywiste: mężczyzna, który próbuje coś osiągnąć i silna osobowościowo kobieta, która jest dla niego podporą. Gdy na początku zauważyłam istnienie tego schematu, nie byłam w stanie już pozbyć się go w dalszych częściach. Żadne poczynania nie były w stanie zmienić tej wizji. 

Tematycznie książka wywołała we mnie też wiele pozytywnych uczuć, choć nie obyło się bez pewnych zastrzeżeń. Jest ona pisana w duchu motywacji, wiary w siebie i wiary w lepszy świat. Jak najbardziej cenię takie motywy, ale czasami brzmiało to wręcz zbyt patetycznie i niekoniecznie pasowało do przedstawionych sytuacji. W prostszym ujęciu tych wątków było zbyt wiele. Jako czytelnik zrozumiałam główny rdzeń powieści, więc nie potrzebowałam, co chwila moralizującego przypomnienia. Choć żeby nie iść też zbyt w sielankę, "Awangarda" przedstawiała również parę mrocznych i mocno oddziaływujących emocjonalnie scen. 

Lubię poszerzać swoją gatunkową znajomość czytelniczą. "Awangarda" udowodniła mi, że naprawdę warto wyjść czasami z tej osławionej strefy komfortu i dać szansę czemuś innemu. Wśród sympatycznych bohaterów, walki o lepszy świat i zwykłej rozrywki wyłoniły się treści poważne i kierujące przemyślenia na odpowiednie tory. Stąd nawet się nie zawaham, by przeczytać drugi tom, gdy tylko będzie taka możliwość. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Fabryce Słów 

poniedziałek, 4 października 2021

Skaza na niebie – Tomasz Kołodziejczak

Tytuł: Skaza na niebie

Autor: Tomasz Kołodziejczak

Kategoria: Opowiadania, science fiction

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 442

Ocena: 4/10

 







Przyszłość jest nieprzewidywalna i pełna tajemnic. Tworzymy ją tak naprawdę tu i teraz, mamy swoje własne przewidywania, marzenia i cele, lecz i tak potrafimy zaskoczyć samych siebie, a i Natura nieraz i nie dwa stara się ubarwić nasze istnienie. Wizjonerzy kreują świat. Są gotowi oddać się we władanie wyobraźni po to tylko, by przenieść swoje własne wytwory w rzeczywistość i zacząć nową epokę. Choć może ona się już zaczęła? Może lot na Księżyc mimo swoich kontrowersji jest jej symbolem? A może przed nami przełom, o którym ludzie niezwiązani z tematem nawet nie pomyślą? Dokładnie w tej chwili nikt tego nie wie – chyba, że właśnie do niego dochodzi. 

Zazwyczaj gdy opowiadam, że moim ulubionym gatunkiem literackim jest fantastyka, mam na myśli odłam fantasy. Jestem olbrzymią miłośniczką światów podobnych do naszego średniowiecza, wojowników, rycerzy i istot magicznych. Jednakże czasami zdarza mi się sięgnąć po drugi odłam, czyli science fiction. Zachwyca mnie wizja przyszłości, gdzie jesteśmy w stanie podróżować po kosmosie, gdzie technologia tworzy potęgę i gdzie niemożliwe staje się możliwe. Między innymi z tego względu postanowiłam zapoznać się ze zbiorem opowiadań Tomasza Kołodziejczaka. 

Styl pisarza od pierwszych stron wydaje mi się duszący i mocno skomplikowany. Na początku wychodziłam z założenia, że to moje ograniczone doświadczenia z tym gatunkiem wpływają na taki odbiór, lecz do ostatnich stron to odczucie pozostało ze mną. Bez wątpienia to język trudny i ciężki. Jednak idzie za tym też olbrzymia zaleta w postaci pewnego rodzaju zachwycającej unikatowości. Gdy już uda się odnaleźć choć na chwilę w nim za pomocą dużego skupienia, widać, że jest to coś wyjątkowego. Poza tym pojawia się wiele pojęć nieużywanych w codziennym języku, co dodatkowo komplikowało poziom zrozumienia. 

Natomiast fabuła niesie za sobą poczucie potęgi. Da się to wyczuć wśród podróży kosmicznych, świata, gdzie technologia osiągnęła poziom dotychczas nam nieznany, zmianie wartości i poglądów na rzeczywistość. To rodzaj siły ukazującej, że postęp jest konieczny i nie do zatrzymania. Razem tworzy to ciekawą syntezę odpowiadającą za patos. Wśród stron da się słyszeć krzyk, że to mocne science fiction, które zostało stworzone, by ukazać tworzenie przyszłości, czyli tak naprawdę by ukazać nasze działania w teraźniejszości poprzez konsekwencje i możliwości. Tomasz Kołodziejczak dał popis wyobraźni, ale też niesamowitej inteligencji, ubierając naszą codzienność w skomplikowaną symbolikę. Udowodnił również, że dobrze zna fizykę i jej potencjał, a przynajmniej tak to odebrałam jako człowiek, który zna wyłącznie podstawy fizyki. 

Każde opowiadanie miało swoją unikatową treść, ale zarazem wspólny mianownik – metaforyzację współczesnych wydarzeń. "Skaza na niebie" jako zbiór opowiadań jest subiektywnym wyjawieniem poglądów pisarza, a poglądy te są intensywne i odbierane jako pewne i bezwarunkowe. Na pewno szanuję autora za to, że umiał wykorzystać ten często niedoceniany gatunek, by przedstawić swoją wizję różnorodnych zdarzeń i problemów. Niemniej było to dla mnie emocjonalne doświadczenie, gdyż nie znajdowaliśmy optymalnego punktu. Albo całkowicie zgadzałam się z pisarzem w niektórych sprawach, co było ekscytujące dla mnie, albo wprost przeciwnie – różnimy się pod wieloma względami i to potrafiło wywoływać we mnie niekiedy gniew i potrzebę tłumaczenia w myślach, czemu mam inne zdanie niż pisarz. 

"Skaza na niebie" na pewno ma wiele wartościowych treści i jest nietuzinkową pozycją literacką. Jednakże przez większość czasu nie mogłam się odnaleźć w lekturze. Przeszkadzał mi styl pisarski, wspomniana nachalność w narzucaniu poglądów i też pewna powtarzalność zauważana po przeczytaniu kolejnego opowiadania. Tak jak wcześniej zauważyłam – są one odmienne, ale nawet ta odmienność z czasem ginie. Być może prawdziwi wielbiciele gatunku dostrzegą więcej zalet. 

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję Fabryce Słów

środa, 22 września 2021

Pan Lodowego Ogrodu. Księga 1 – Jarosław Grzędowicz

 

Tytuł: Pan Lodowego Ogrodu. Księga 1

Autor: Jarosław Grzędowicz

Cykl: Pan Lodowego Ogrodu

Tom: I

Kategoria: Fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 539

Ocena: 8/10






Vuko Drakkainen nie sądził, że to właśnie on zostanie wybrany. Jednak do tego doszły, decyzja zapadła i to on odpowiada za misję ratunkową i ewakuację innych ludzi ze świata odmiennego, z cywilizacji podobnej do ziemskiej, lecz znajdującej się w całkowicie innej części kosmosu. Gdy dociera na miejsce, ma teoretycznie proste zadanie – znaleźć swoich ludzi, a jak trzeba posprzątać po nich bałagan, który mógłby wprowadzić zamieszanie na tej planecie. Czy to zadanie naprawdę jest tak proste? Czy rok na nie to wystarczająco? Co się wydarzyło, że naukowcy nie dają żadnego znaku życia? I przede wszystkim czy pogłoski o występowaniu magii są prawdziwe? 

Z twórczością Jarosława Grzędowicza po raz pierwszy spotkałam się wiele lat wcześniej i to właśnie przy cyklu "Pan Lodowego Ogrodu". Rozpoczęłam go czytać przed maturą i w tamtym czasie nie dokończyłam tej historii. Następnie zapoznałam się z jednotomową powieścią autora "Popiół i kurz", która niestety nie spełniła moich czytelniczych oczekiwań. Jednak teraz wraz wznowieniem cyklu "Pan Lodowego Ogrodu" dałam kolejną szansę pisarzowi i tym razem jestem oczarowana tą książką. 

Wydaje mi się, że najbardziej wyróżniającą częścią książki jest sama koncepcja na fabułę. Dotychczas nie czytałam opowieści, która opierałaby się na tak unikatowym pomyśle. Być może sam opis nie wskazuje na nic odkrywczego albo nowego, lecz czym dalej się czyta powieść, tym bardziej jest widoczne świeże spojrzenie autora na cały gatunek i zabawa motywami. To barwne wykorzystanie możliwości wyobraźni. Choć przyznam, że potrzebowałam naprawdę wielu stron, by poczuć się przekonana do tego pomysłu i dać mu szansę. Z perspektywy czasu cieszę się, że do tego doszło, gdyż wolna od czytelniczych uprzedzeń mogłam wgłębić się w fabułę i spojrzeć na nią z całkowicie odmienne strony. 

Kolejną cechą bez wątpienia charakterystyczną dla Jarosława Grzędowicza i jego cyklu jest styl pisarki. Jednak w tym przypadku dochodzi do tego, że doceniam starania pisarza oraz ponownie jego unikatowe spojrzenie na literaturę, lecz nie mogę się przekonać do języka. Jest po prostu nie dla mnie. Przede wszystkim mocno irytuje mnie przeplatana narracja pierwszoosobowa i trzecioosobowa. Przez długi czas nie rozumiałam tej koncepcji i nie byłam w stanie zauważyć zalet płynących z takiej decyzji narracyjnej. Dopiero pomoc innego czytelnika uświadomiła mi, jaki jest cel tego zabiegu i wtedy spojrzałam już inaczej na całość, choć nadal pozostaję przy opinii, że nie jest to najlepsze wyjście. 

Jarosław Grzędowicz nie ogranicza swoich intrygujących pomysłów i pewnego rodzaju kontrastu. W samej fabule zaskakuje dwutorowością. Co w tym nietypowego? Otóż w pierwszym tomie cyklu jedna z historii – historia Vuko – odgrywa dominującą rolę i odkrywa przed nami wiele kart, byśmy jako czytelnicy rozumieli, co się dzieje. Natomiast druga opowieść jest już o wiele bardziej tajemnicza. Brzmi jak jakaś baśń, która może być prawdą, a może pozostać tylko zwykłą opowieścią stworzoną ku przyjemności. Płynie wolno i bez konkretów. Część, w której udział bierze Vuko jak na standardy fantastyki, jest mocno przyziemna, a część druga jest oddalona i niepewna. To właśnie ta druga historia skradła mi serce. Sprawiła, że niektóre sceny pod względem emocjonalnym okazały się osłupiające. Niosły ze sobą mądrość, mrok i przestrogę. Z mojej perspektywy była to wybitna manipulacja emocjami czytelnika, czyli coś, co w literaturze niezmiernie cenię. 

Samo uniwersum na tę chwilę wydaje mi się nieskończone i niemożliwe do poznania. Gdy czytałam, przyglądałam się pięknie wyrysowanym mapom, by odnaleźć miejsca istotne dla fabuły. Udawało mi się to, lecz i tak miałam poczucie, że ten świat jest zbyt wielki, zbyt skomplikowany, by mapa pozwoliła mi go tak po prostu zrozumieć. Tutaj ponownie dochodzi do interesującego zabiegu – tym razem gatunkowego. "Pan Lodowego Ogrodu" pochodzi z gatunku fantastyki i jest to bardzo dosłowne, gdyż łączy ze sobą elementy fantasy z elementami science fiction. Rzadko się spotykam z takim łączeniem gatunkowym w powieściach i jak najbardziej doceniam go w tym cyklu. 

Odnośnie bohaterów mam bardzo mieszane odczucia, ponieważ jest ich wielu, ale kreacja skupia się wyłącznie na konkretnych postaciach. Jest to na pewno dobre wyjście, gdyż przy takim natężeniu jest mało możliwości, by dokładnie wykreować wszystkich bohaterów. Jednakże wiele osób miało potencjał, by wyróżnić się czymś więcej, a pozostawało w sferze epizodycznej. Niemniej Vuko Drakkainem jest dla mnie symbolem pogłębionego studium osobowości. Odpowiednio do sytuacji ukazuje swoje cechy osobowości, a jego przemyślenia są pełne humoru, ale też wartościowych koncepcji. Wśród bohaterów muszę też pokłonić się w stronę Tendżaruka, jego delikatności opowieści, skupiania na małych, ale istotnych szczegółach i wnikliwości w swoich obserwacjach. Bardzo cenię takie postacie. 

Czytając "Pana Lodowego Ogrodu", zadałam sobie pytanie, jak daleko sięga moja wiara w naukę. Vuko znajduje się w miejscu odmiennym od Ziemi, lecz nadal zachowującym podobieństwa. Czy w takim miejscu można uwierzyć w działanie magii, czy nadal można wierzyć w siłę fizyki, chemii i innych nauk władających wszechświatem? Sama sobie zadałam to pytanie, a jestem wielbicielem nauki i doszłam do wniosku, że na innej planecie nie byłabym pewna, że nasze naukowe odkrycia mogą mieć zastosowania w takiej formie, jak uważamy obecnie. Pierwsza część cyklu to również obraz zasad w świecie, gdzie zasady nie istnieją w naszym rozumieniu. Świat przedstawiony przez autora daje możliwość ludziom łamania naszych ziemskich zasad, pozwala na zło bez konsekwencji. Ile osób uległoby takim wizjom? Ile podążyłoby za swoimi pragnieniami, zapominając o moralności? Natomiast druga opowieść pozwala zobaczyć krok po kroku nastającą rewolucję, która zwiastuje upadek społeczności, może nawet cywilizacji. Bez wątpienia są to tematy skomplikowane i dające szanse wielu przemyśleniom. 

"Pan Lodowego Ogrodu" okazał się opowieścią wielowymiarową i niekonwencjonalną i pod względem konstrukcji, i pod względem tematyki. Nie ograniczał się do utartych frazesów, choć wspaniale umiał z nich korzystać. Po przeczytaniu mam uczucie pełni spostrzeżeń oraz pragnę od razu przeczytać drugi tom. 

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję bardzo Fabryce Słów

sobota, 3 lipca 2021

Slapstick, albo nigdy więcej samotności – Kurt Vonnegut

 

Tytuł: Slapstick, albo nigdy więcej samotności

Autor: Kurt Vonnegut

Przekład: Marek Fedyszak 

Seria: Vonnegut

Kategoria: Science fiction

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ocena: 8/10







Samotność przybiera bardzo różne formy. Zaczynając po prostu od samotności polegającej na byciu często samemu, idąc przez samotność, na którą skazała nas bliska osoba, kończąc na samotności wśród ludzi. I myślę, że to tylko przykłady wynurzające się z całego worka wrogich możliwości. Choć czy w tym momencie nie nadam samotności zbyt pejoratywnego znaczenia? W końcu wbrew wszelkim pozorom może nieść ze sobą ulgę, radość, dać wytchnienie lub spokój. Jednak dzisiaj oddam pałeczkę samotności destruktywnej, niosącej bezradność i cierpienie.

Wilbur urodził się jako bardzo nietypowe dziecko – określone przez własnych rodziców jako potwór. Jednak tutaj nie kończy się koszmar, bo jest on tylko jednym dzieckiem, tylko jednym bliźniakiem, więc jest i drugie. Równie rozczarowujące i równie niechciane. Na szczęście to, co okazało się tragedią rodziców, dla Wilbura okazało się zbawieniem. Nie jest sam, ma siostrę myślącą w podobny sposób, choć zarazem dopełniającą jego braki. Wydawałoby się, że ich los jest już przesądzony, lecz świat uwielbia bawić się swoimi małymi bohaterami i wieść opowieści niemożliwe, dodając szczyptę klimatu apokaliptycznego. Co zatem czeka Wilbura i Elizę? 

W tym miejscu chciałabym napisać, że Kurta Vonneguta nie trzeba nikomu przedstawiać. Pisarz rozpoznawalny i ceniony na świecie. Mimo to nie napiszę tak i to z najprostszej przyczyny – dopiero niedawno po raz pierwszy o nim usłyszałam, a przecież moje dni są przepełnione książkami. Być może wśród czytelników są takie osoby jak ja, które niekoniecznie znają autora. "Slapstick", jak łatwo się domyślić, jest moją pierwszą przeczytaną książką pisarza. Moje oczekiwania co do niej przerosły skalę, więc wydawało się, że paradoksalnie nie ma szansy na moje uznanie. Czy tak jest? 

Stanowczo nie, bo od pierwszych zdań Vonnegut oczarował mnie językiem, jakim pisze. Uderzyła mnie jego naturalność i bezpośredniość odnosząca się do czytelnika. Nie było żadnego miejsca na udawanie czegokolwiek, kłamstwa i oszczerstwa. Liczyła się wyłącznie swoboda posypana olbrzymimi pokładami czarnego humoru, który z łatwością prowadził czytelnika przez otchłań surrealistycznej opowieści, by obraz po obrazie ukazać wizję przyszłego świata zapomnienia. Przez karty książki dało się dostrzec to unikatowe spojrzenie na świat – tak różne, szokujące i dające akceptację. W tym momencie zrozumiałam, że jest to symbol pisarza, a jego literacki kult ma podłoże nie tylko w fabule, metaforze, ale również i w sferze warsztatu językowego. 

Byłam mocno zszokowana, gdy zdałam sobie sprawę, że to nie jest opowieść fantasy, że to nie jest do końca tak ostatnimi czasy popularne science fiction, bo jest to surrealizm. Jeśli kogoś przerażę tym stwierdzeniem, to spokojnie, gdyż w moim odczuciu był on dobrze zrozumiały i w widoczny sposób prowadził czytelnika do celu. Teraz już po przeczytaniu nie mogę odnaleźć wśród swoich doświadczeń czegoś równie specyficznego, ale zarazem tak niesamowicie pięknego. Piękno – tak mocno abstrakcyjne słowa, ale też doskonale pasujące do "Slapstick", gdzie dominuje głęboka symbolika, gdzie świat postapokaliptyczny zmusza do elastyczności i otworzenia umysłu na rzeczy niespotykane. 

W tym wszechświecie liczy się tylko i wyłącznie jeden bohater, który jest dogłębnie wykreowany. To on wskazuje palcem czytelnikowi, gdzie leży symbolika, kto odgrywa w tym wszystkim prawdziwą rolę i co za tym idzie. Polubiłam go całym sercem za niejednoznaczność zachowania, za brak udawania i umysł przewyższający moje możliwości. Mogłam go obserwować i patrzyć, jak w zależności od sytuacji i jej specyfiki zmienia się, pozwala swojej duszy na elastyczność, ale zarazem stoi w miejscu wśród swojej wiary i przekonań. 

Z olbrzymią chęcią opisałabym Wam, o czym tak naprawdę jest ta powieść, lecz to wybitnie skomplikowana sprawa, gdyż wiele emocji odczuwałam, wiele przemyśleń pojawiało się w mojej głowie. Nie mam żadnej pewności, czy to nie była zwykła ułuda. "Slapstick" to ten typ powieści, gdzie tak naprawdę dostrzegasz to, co chcesz dostrzec i nigdy nie możesz mieć przekonania, że zmierzasz w dobrą stronę. Sam autor na początku w prologu opowiada czytelnikowi o sobie i wyznacza kierunek historii, przedstawiając część symboli. Byłam pod wielkim wrażeniem, jak subtelnie mnie oczarował, dając zwykły konkret. Dla mnie powieść opowiada właśnie o tytułowej samotności, która pojawia się pozornie znikąd, by zastanawiać się, jak do tego doszło, skąd wzięło się to uczucie i jak zapobiec temu palącemu cierpieniu charakteryzującemu się biernością. 

Czuję się oczarowana tą książką i treściami, które ze sobą niosła. Od razu po przeczytaniu miałam ochotę sięgnąć po kolejną powieść Vonneguta, by nie wypaść z obiegu, by pozostać w tym skrajnym świecie i nadal żyć w iluzji, gdzie bez względu na okoliczności mogę być sobą, nie muszę nic udawać. Gorąco polecam Wam tę powieść, choć też ostrzegam, że nie jest taka jak inne i może zaskoczyć swoją unikatowością. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 



czwartek, 1 kwietnia 2021

Zodiaki. Genokracja – Magdalena Kucenty

 

Tytuł: Zodiaki. Genokracja

Autorka: Magdalena Kucenty

Kategoria: Science-fiction

Wydawnictwo: Uroboros

Liczba stron: 463

Ocena: 6/10

"Zodiaki. Genokracja" otrzymałam w ramach współpracy z TaniaKsiąża.pl






Ile to razy zadawaliśmy sobie pytanie, co przyniesie przyszłość? Myślę, że każdy z nas ma nieskończoną liczbę takich pytań mających odniesienie do nas jako jednostki i do całego naszego społeczeństwa. Umiemy całkiem dobrze planować, umiemy przewidywać niektóre rzeczy, czasami umiemy też pokonać naturę. Jednak nadal nie mamy żadnej pewności, co czeka nas w przyszłości i czy wreszcie nasze umiejętności walki z naturą nie okażą się pozorne. Być może wtedy będziemy musieli drogo za to zapłacić. Lecz nic po moich rozważaniach, gdyż w żaden sposób nie przybliżają mnie do prawdy. Ale może pozwolą mi tworzyć przyszłą rzeczywistość. Kto wie... 

Capri należy do rodziny Zodiaków, które charakteryzują się niezwykłymi modyfikacjami genetycznymi, a Wieża, w której na co dzień mieszkają, jest owiana tajemnicą. Każde z rodzeństwa ma imię jak zodiakowa konstelacja gwiazd, każdy z nich jest eksperymentem i każdy z nich zaskakuje. Co potrafi sam Capri? Analizować dane i przewidywać pewne układy sytuacji. Brzmi dość matematycznie, ale daje olbrzymie pole popisu. Tym bardziej że u jego boku prawie zawsze można spotkać jego siostrę Picses. Pewna siebie, krwiożercza i opętana szaleństwem. Do czego może doprowadzić ten nietypowe duet?

O "Zodiakach" wśród czytelników robiło się coraz głośniej, a ja sama czytałam coraz to bardziej skrajne recenzje. Nie będę tutaj nic ukrywać – to stanowczo nie mój gatunek książkowy, ale narosłe kontrowersje tej powieści dały mi impuls, bym i ja po nią sięgnęła. Tym bardziej że wydaje mi się ona naprawdę mocno fascynująca. Na granicy science fiction, antyutopii i fantasy – gatunków tak do siebie podobnych, ale jednak różniących się na wielu płaszczyznach. Historia obiecywała, że motywy zaczerpnięte ze schematycznych, choć często też już klasycznych dzieł, zostaną wykorzystane w sposób nowy i z powiewem nutki świeżości. Nie mogłam się oprzeć, by sama nie odkryć tajemnic skrywanych za tą powieścią. 

Jednak idąc tradycyjnym tropem, chciałabym się skupić na stylu autorki, który początkowo wydawał mi się wyjątkowo przyjemny i łatwy w odbiorze, co pozwoliło mi czytać w zawrotnym tempie. Z czasem ta tendencja zaczęła się zmieniać i coraz mocniej odczuwałam brak dopracowania i harmonii, a te aspekty bardzo cenię. Narracje przestały ograniczać się wyłącznie do Koziorożca i mogłam poznać lepiej innych bohaterów. Zabieg intrygujący, ale w tym przypadku całkowicie nieudany, gdyż narracje były do siebie zbyt podobne, by zdać sobie sprawę, o kim tym razem mówi narrator. Bez wątpienia częściowo psuło to indywidualność poszczególnych postaci. 

Co do fabuły, to tutaj muszę również popuścić wodzę mojej frustracji, ponieważ ponownie dominuje nierównomierność i chaos. Pojawiały się wątki, które wspaniale oddawały klimat książki i pozwalały zagłębić mi się w ten unikatowy świat. Lecz szczęście nie trwa wiecznie, więc były też wydarzenia całkowicie bezbarwne i niosące ze sobą monotonnie. Pojawiało się zbyt dużo luk i niespójności, by ślepo podążać za opowieścią. Długo wierzyłam, że to po prostu brak wiedzy czytelnika, który z czasem zostanie wyjaśniony, a ja poczuję satysfakcję. Niektóre wątki odpłynęły w toń nigdy nie rozwiązane. 

Najmocniejszą stroną całej powieści bez wątpienia są dla mnie bohaterowi, którzy w dużej mierze odznaczają się indywidualnością – wbrew problematycznej narracji. Choć postaci było na tyle dużo, by epizodyczni całkowicie ginęli w tłumie. Moją sympatię zyskał Capri, wyróżniając się spokojem oraz niesamowicie ludzkimi emocjami. Tworzyło to aurę tajemnicy przy młodym mężczyźnie i w wielu sytuacjach nie pozwalało poznać jego prawdziwej osobowości. Samej Picses nie polubiłam, ale bez wątpienia doceniam ją jako postać literacką. To właśnie ona dodawała barw historii i tego poczucia nieprzewidywalności. Problem pojawiał się przy przedstawieniu ich relacji. Dla mnie to koszmarny wątek. W tym momencie pozwolę sobie na małe zdradzenie fabuły – rodzeństwo łączy relacja romantyczna i seksualna. Jednak warto wyjaśnić, że nie jest to rodzeństwo biologiczne, więc tutaj każdy według swoich przekonań może zdecydować się, czy mu to przeszkadza, czy też nie. Ale nie w tym rzecz. Dla mnie ich relacja jest po prostu pusta. Jako czytelnicy dostajemy wyłącznie słowa, które mówią o ich przywiązaniu, miłości i wspólnej historii. Za tymi słowami nic się nie kryje, a my musimy wierzyć ślepo, że tak właśnie jest, nie dostając żadnych dowodów potwierdzających ich więź. 

Warto byłoby napisać również kilka słów o uniwersum, choć tutaj to za duże słowo. Świat ma potencjał i możliwości, by rozbudować go, dając poczucie panoramiczności. Niestety ginie on i przez liczne luki fabularne oraz brak jakichkolwiek reguł poza zwykłą hierarchią traci swoją pozornie fascynującą aurę. 

Tematyka w bardziej poważnym tonie również pojawia się w książce, ponieważ wyraźnie przez historię przedziera się motyw wolności i podziału społeczeństwa. Mogłam obserwować świat, gdzie wartość człowieka jest liczona poprzez punkty i to one świadczą o możliwościach. Dominujące modyfikacje genetyczne, dają też możliwość, by tworzyć kult tak zwanych czystych osób. Tak tworzą się systemy wręcz skrajnych klas społecznych, gdzie hierarchia jest jedynym prawdziwym bogiem, a o wolności wiele ludzi może tylko pomarzyć. Jednak wracając do wątku romantycznego, możemy między Picses a Capri szukać też oznak toksycznej miłości i tego, jak daleko jest w stanie się posunąć, by trwać dalej. 

"Zodiaki. Genokracja" dały mi wiele godzin przyjemnej rozrywki, ale niosły też mocne rozczarowanie treścią. Być może sama stworzyłam sobie obraz tajemniczej powieści i nic nie mogło spełnić moich oczekiwań. Ale wad jest zbyt wiele, by móc bez zastanowienia powiedzieć, że to dobra książka. Niemniej widzę też zalety, które inni czytelnicy mogą docenić o wiele bardziej niż ja. 

Więcej podobnych książek możecie znaleźć w dziale nowości na TaniaKsiążka.pl

poniedziałek, 22 lutego 2021

Ostatnia Siostra – Mika Wing

 

Tytuł: Ostatnia Siostra

Autorka: Mika Wing

Kategoria: Science fiction

Wydawnictwo: Novae Res

Ocena: 6/10









Jak wiele bylibyście gotowi poświęcić, gdyby chodziło o życie bliskiej dla Was osoby? Mam przeczucie, że dość duża liczba osób bez zawahania odpowiedziałaby, że własne życie. Zgadza się? Jeśli tak, to pójdźmy dalej. Własne życie jest pewnego rodzaju darem, który należy do nas samych i my decydujemy, co z nim robimy. Dlatego podwoję stawkę i zadam inaczej pytanie – czy bylibyście w stanie poświęcić czyjeś życie dla życia kochanej przez Was osoby? Tym razem nie będę zgadywać żadnych odpowiedzi, bo pytanie jest zbyt trudne, zbyt nieosadzone w kontekście i zbyt oddziaływujące na moralność i etykę. Miejmy nadzieję, że nigdy nikt z nas nie znajdzie się w takiej sytuacji. 

Goye wie, co to znaczy strata bliskich. Od tego momentu w życiu ma tylko jedno pragnienie – odnaleźć swoje siostry, z którymi przed wieloma latami została rozdzielona. Razem tworzą całość, więc muszą wreszcie połączyć się. Jednak poszukiwania są trudne i zagmatwane, ponieważ toczą się na przestrzeni tysięcy lat. Wyobrażacie sobie, jak przez ten czas zmieniła się Ziemia i prawa natury? Czy uda się Goye odnaleźć ukochane siostry? Czy ludzkość ma jakąś przyszłość? I jaka jest prawdziwa cena za życie? 

"Ostatnia Siostra" najpierw przyciągnęła moją uwagę poprzez magnetyzującą okładkę, a następnie intrygujący opis. Bardzo rzadko czytam powieści w pogranicza fantastyki i science fiction. Zazwyczaj nie umiem się w nich odnaleźć i z czasem zaczynam się nudzić. Lecz tutaj wiedziałam od początku, że sama koncepcja historii może pokonać wiele wad i dać mi niesamowitą radość z czytania. Jest to unikatowe połączenie przeszłości z przyszłością, która bierze pod uwagę wielowymiarowość i nie ogranicza umysłu. 

Styl autorki niesie dla mnie powiew świeżości, który jest zarazem duszący, ale też prowadzący przez nieznane. Nie są to wyłącznie zdania, ale obraz przyszłości i naszych możliwości. Dlatego z taką pasją wzięłam się za czytanie i brnęłam przez kolejne strony. Ta językowa niepowtarzalność oczarowała mnie i dała godziny w skupieniu i zaintrygowaniu. Nie ma co ukrywać, jest on bardzo ciężki w odbiorze i momentami wręcz dławiący, ale dla mnie to olbrzymia zaleta, gdyż ten styl tworzy fascynujący klimat i pasuje do fabuły. Lubię takie pasujące połączenie. Problemem mogą się okazać słowa, które zazwyczaj nie są przez nas używane, a czasami nawet neologizmy. To oczywiste, że przy motywie science fiction pojawiają się, jednakże momentami treść stawała się mało zrozumiała. 

Ogólnie jeśli miałabym wskazać jeden główny problem powieści, jest to fabuła. Niestety jest ona jednym, wielkim chaosem. Przez ten mankament historia jest nieklarowna, a czasami w ogóle niezrozumiała. Ubolewam nad tym bardzo, bo to jednak stracony potencjał. Dopiero środkowa część fabuły nabiera dla mnie przejrzystych barw i to właśnie tam dobrze się bawiłam. Nie zmienia to faktu, że cała opowieść niesie ze sobą tę wcześniej wspomnianą wielowymiarowość. Powroty do przeszłości, odniesienia do teraźniejszości i tysiące lat przyszłości to przygoda pełna pasji i wspaniała uczta dla naszej wyobraźni. Kto by nie chciał dowiedzieć się, jak będzie wyglądał nasz świat za 5000 lat? Czy będzie istniał? Czy pozostaną jakieś nasze prawa? Pytań jest nieskończenie wiele, a "Ostatnia Siostra" przedstawia alternatywę. 

Natomiast z bohaterami jest też zabawna sytuacja, ponieważ przez całą powieść miałam wrażenie, że jest ich wyjątkowo wiele, ale po zastanowieniu doszłam do wniosku, że to tylko pozory, a my skupiamy się na głównych postaciach. Jeśli miałabym Wam opisać jednego z bohaterów, to nie dałabym sobie rady, gdyż ich kreacja jest dla mnie nieuchwytna. Bez wątpienia istnieje, ale jest za mgłą i trudno zrozumieć ich motywacje czy uczucia. Najbardziej polubiłam Teo, bo wydawał mi się niesamowicie ludzką postacią. Czasami cierpiał, czasami się radował, a czasami zachowywał głupio i ten brak wyidealizowania przekonał mnie do niego. Poczułam również sympatię do Lilly, ale ostatecznie mało o niej wiem i z chęcią lepiej poznałabym ją. 

"Ostatnia Siostra" ma wielki potencjał, który miejscami jest mocno wykorzystany, a miejscami niestety stracony. Sama historia do kreatywna linia prowadząca nas przez wymiary i czas, by dojść do jednego punktu. Bawiłam się przy niej naprawdę dobrze i myślę, że fanom takich opowieści powinna przypaść do gustu. 

Egzemplarz prasowy Sztukater.pl


piątek, 7 sierpnia 2020

Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy – Rafał Kosik


Tytuł: Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata  Jaki Znamy

Autor: Rafał Kosik

Cykl: Felix, Net i Nika

Tom: XV

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Powergraph

Liczba stron: 584

Ocena: 9/10








Koniec świata jest tematem, któremu od setek lat ludzkość poświęca wiele czasu. Wszyscy znamy te mityczne daty, które zwiastuję zakończenie istnienia ludzkości i całego naszego świata. I wszyscy co najmniej jedną taką datę przeżyliśmy jako normalny dzień – wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie, poszliśmy do szkoły lub pracy, a potem wróciliśmy do domu i swoich codziennych czynności, by następnego dnia powtórzyć ten normalny dzień. Mniej więcej tak bym wspominała ten słynny koniec świata w 2012 roku, choć prawda jest taka, że nie mam najmniejszego pojęcia, co wtedy robiłam. Był to tak zwyczajny dzień. Jednak jeśli szukamy tak bardzo zakończenia świata, to poszłabym w stronę interpretacji Czesława Miłosza i jego "Piosenki o końcu świata". 

Tymczasem powracam do trójki bohaterów, których tak bardzo lubię. Felix, Net i Nika mimo że powinni teraz zdać dumnie do klasy trzeciej gimnazjum, to zostają licealistami! A ich szkoła jest już inną szkołą. Ten sam budynek, ale inne zasady i przede wszystkim inni ludzie. Już sama ta zmiana wprowadza olbrzymie zamieszanie, a co dopiero się dzieje, gdy pewnego dnia następuje zgłoszenie, że w szkole jest bomba. Lecz życie bywa ironiczne, więc to nie koniec zmian na złe. Cały świat w skutek niezwykłego zjawiska zostaje odłączony od prądu! Czy po tych wszystkich latach z elektroniką, jesteśmy w stanie sobie poradzić bez światła, telefonów, komputerów i wszystkich tych urządzeń związanych z prądem? Co z tym mają wspólnego przyjaciele? 

Twórczość Rafała Kosika poznała kilkanaście lat temu jako dziecko. Od tego czasu poznałam wszystkie części jego najsławniejszej serii o "Felixie, Necie i Nice" oraz pojedyncze części "Amelii i Kuby". Niektóre części tych cyklów były lepsze, inne gorsza, ale bardzo cenię autora za całokształt pisarstwa i planuję z czasem zapoznać się z jego powieściami dla dorosłych, ponieważ jestem przekonana, że one również mnie zauroczą. Jednak tym razem przedstawię Wam już piętnasty tom serii dla młodzieży. 

Jakbym miała wybrać jedną największą zaletę dzieł Kosika, to bez wątpienia zdecydowałabym się na styl pisarski. Autor ma tę niezwykłą umiejętność, że potrafi wykorzystywać pojęcia naukowe oraz bardzo rozbudowany język w taki sposób, że całość czyta się niezwykle przyjemnie. Jest to lekkie pióro, które nie podchodzi w żaden sposób pod infantylizm. Dzięki temu "Koniec Świata Jaki Znamy" przeczytałam błyskawicznie mimo dość pokaźnej liczby stron. W pewnym momencie po prostu nie da się oderwać od książki. 

W przypadku tego tomu jestem pod olbrzymim wrażeniem fabuły. Jest to wyjątkowo ciekawa i intrygująca historia, która stanowczo wyróżnia się na tle całego cyklu. Miałam wrażenie, że powoli przy tylu częściach zaczyna następować tendencja do pogarszania się opowieści, a tymczasem zostałam w tym przypadku tak pozytywnie zaskoczona. Ale to nie koniec zalet, gdyż wszystkie przygody trójki przyjaciół są otoczone niesamowitym poczuciem humoru. Jest to jedna z niewielu powieści, która sprawiła, że śmiałam się do stron książki. Trudno tego nie docenić. W końcu poczucie humoru oraz odpowiednio utkana sieć intryg i tajemnic są połączeniem wprost idealnym. 

Bohaterów pisarz przedstawia karykaturalnie i widziałam wiele opinii, które mówią, że jest to zła decyzja. Akurat nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Owszem – niektóre postacie są przekoloryzowane, a ich cechy zostały poddane dużej hiperbolizacji, ale widzę w tym sens. To cykl dla młodzieży, więc takie wyraziste osobowości mogą wiele nauczyć, a dla mnie samej mają pewnego rodzaju magnetyzującą magię. Zawsze najbardziej z naszej tytułowej trójki lubiłam Felixa – za jego rozsądek, dopracowaną historię i pasję w tym, co robi. Akurat w tym tomie bardzo mi go brakowało, ponieważ te cechy nie były tak wyraziście przedstawione. Natomiast Net jak zawsze wprowadził do powieści ten specyficzny klimat wiążący się ze śmiechem, nieporadnością i komplikowaniem sobie życia. Tylko Nika niekoniecznie przypadła mi do gustu. Ma ona bardzo silny kręgosłup moralny, co oczywiście się chwali, ale jest to mocno moralizujące dla czytelnika, zbyt mocno. 

Cieszę się, że Rafał Kosik kontynuuje serię i mimo że zazwyczaj uważam, że historii nie powinno się niepotrzebnie przyciągać, to nie mam wątpliwości, że pisarz trzyma poziom i jego opowieści mogą trwać dalej. Było to ponownie niesamowite spotkanie z tak lubianymi przeze mnie bohaterami. 

niedziela, 12 stycznia 2020

Żelazne Werble – Tomasz Sadowski


Tytuł: Żelazne Werble

Autor: Tomasz Sadowski

Kategoria: Science fiction

Wydawnictwo: Novae Res

Liczba stron: 369

Ocena: 9/10













Nie umiemy radzić sobie z konsekwencjami naszych czynów. Codziennie dokonujemy decyzji, codziennie wpadamy na jakieś pomysły i codziennie nie myślimy, jaki skutek to przyniesie. Jesteśmy tylko ludźmi, więc mamy prawo do błędów i nieprzemyślanych decyzji. Mamy prawo do tego, by nie przewidzieć niektórych rzeczy, by nie umieć naprawić swoich nieodpowiednich czynów. Tylko czy tak można cały czas? Czy na pewno nie wykorzystujemy tych praw zbyt łatwo, zbyt lekkomyślnie? Czy jesteśmy w stanie podjąć tak złą decyzję, że cały nasz świat legnie w gruzach, a my zostaniemy zmuszeni do walki o przetrwanie? 

Zaczęło się niewinnie, bo od zwykłego wynalazku, który miał służyć bogatym ludziom, a innym dać zarobić. Niektórzy wtedy już przewidywali, chcieli zatrzymać całą machinę. Jednak czemu zatrzymywać coś, co może być takie dobre? W końcu robotki to też kobiety, które są piękne, często inteligentne i mniej skomplikowane niż żywe kobiety. Tak było prościej. Tylko czy wybór prostej ścieżki na pewno jest dobry? Jak doszliśmy do tego, że kobiet jest tak mało i tym samym są najbardziej wartościowym towarem? 

Tym razem zdecydowałam się wyrwać z gatunków, na które decyduję się zazwyczaj. W końcu już wiele lat temu obiecałam sobie, że będę otwarta na inne rodzaje literatury i nie dam się zamknąć w fantastyce i klasyce. "Żelazne werble" miały być właśnie takim oderwaniem, a tymczasem okazały się czymś więcej i udowodniły mi, że różnorodność jest dobra i pozwala poszerzać horyzonty. Już dawno po przeczytaniu książki w mojej głowie nie pojawiło się tyle rozważań, problemów i ciężkich myśli. 

Przede wszystkim bardzo do gustu przypadł mi pomysł. Nie jestem zbyt obeznana z tą tematyką, więc też za bardzo nie mogę porównać go do całości. Mimo to osobiście nie spotkałam się jeszcze z takim, dlatego jestem zachwycona. Nie spodziewałam się takiego zafascynowania z mojej strony tematyką przyszłości i pewnego rodzaju dystopii, do której niestety możemy dążyć. Tak naprawdę cały pomysł opierał się, na czymś dobrze nam znanym. Jednak nie ograniczył się tak po prostu do teraźniejszości lub samej przyszłości. Autor w zgrabny sposób połączyć coś, co znamy z obecnych czasów, by powoli w refleksyjny sposób przeprowadzić nas do przyszłości. 

Na początku styl, którego używał wydawał mi się bardzo surowy, przez co czułam się trochę zniechęcona. Nie chodzi o to, że lubię ckliwe opowiastki, ponieważ dobrze wiecie, że tak nie jest. Lubię, gdy wszystko jest optymalne lub wyjaśnione, czemu akurat znajduje się na tym biegunie. Tutaj otrzymałam właśnie takie wyjaśnienie. Wystarczyło się przyzwyczaić i zacząć rozumieć historię, a wtedy surowy styl stał się olbrzymią zaletą i ukazał swoją unikatowość. W dodatku język stworzył zgrabną kompozycję pod względem szczegółowości. 

Fabuła rozpoczyna się dość chaotycznie i niespójnie jak dla mnie. Przez co miałam poczucie całkowitego niezrozumienia i zarazem znudzenia. Potrzebowałam czasu, by powiązać ze sobą fakty i zdać sobie sprawę, jak funkcjonuje całe uniwersum. Gdy tylko to się stało, to przepadłam całą sobą na wiele godzin. Otrzymałam niezwykłą dawkę rozrywki, która niosła ze sobą mądrość. Co prawda liczne opisy mechanicznych i militarnych aspektów wykańczały mnie, ponieważ w ogóle się na tym nie znam i tym bardziej nie interesuję. Co nie jest oczywiście wadą tylko bardziej brakiem mojej wiedzy. Natomiast uniwersum to jest jeden wielki majstersztyk, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio spotkałam taki świat, gdzie wszystko jest przedstawione w tak rozbudowany sposób. Nie dostajemy wszystkiego na talerzyku. Dostajemy ileś informacji, a następnie musimy sami je dodać do siebie i zrozumieć. To daje niesamowitego wrażenie panoramiczności. Przy tym miałam odczucia, że wszystko jest logiczne oraz ułożone w sposób przyczynowo-skutkowy. 

Gdybym miała wymienić jakąś wadę powieści, to myślę, że stanowczo byliby to bohaterowie. Są mało rozbudowani. Wystarczająco, by ich polubić lub znienawidzić, ale potencjał jest niewykorzystany. To materiały na analizę psychologiczną. Ludzie mający w pamięci nasze czasy, a wystawieni na wojnę, przemoc, walkę i nadchodzącą katastrofę. Sam Kris zyskał moje uznanie i przede wszystkim sympatię. Jestem mu całkowicie oddana, ponieważ jest wyjątkowo dobrym człowiekiem. Ale właśnie... Jest człowiekiem, więc też popełnia błędy, zachowuje się nie zawsze moralnie i czasami po prostu irytuje. Mimo to pozostaje tym jednym z ostatnich płomyków w dogasającym ognisku.

"Żelazne Werble" to książka, która porusza człowieka. Nie sprawiła, że się wzruszyłam, tylko sprawiła, że poczułam prawdziwe emocje – te pozytywne i te negatywne. I nie mam tutaj wątpliwości, że to jest o wiele lepsze niż delikatne odczucia. Czytając to, czułam, że żyje i że to właśnie my kreujemy naszą przyszłość. Dlatego tym razem zastanówmy się nad naszą kolejną decyzją.

Za możliwość poznania świata, gdzie wszystko legło w gruzach, a my walczymy o przetrwanie, dziękuję bardzo Tomaszowi Sadowskiemu

sobota, 16 listopada 2019

Królestwo – Jess Rothenberg


Tytuł: Królestwo

Autor: Jess Rothenberg

Tłumaczenie: Zbigniew Kościuk

Seria: Young

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 352

Ocena: 7/10









Czasami jestem po prostu zszokowana postępem technologii, a należę do tego pokolenia, które na własne oczy mogło zobaczyć, jak szybko rozwija się nasza elektronika, i zarazem należę do tych osób, które są wychowane na nowych technologiach. W mojej pamięci są wspomnienia pierwszych telefonów komórkowych dostępnych dla zwykłych ludzi, komputerów o kolosalnej wielkości i malutkich ekranów telewizorów, gdzie znajduje się kilka kanałów. Jednak minęło tylko kilka lat, a w swoim ręku miałam już nowoczesny, dotykowy telefon, grałam na laptopie i oglądałam filmy w bardzo dobrej jakości na wielkim telewizorze. Z perspektywy czasu jest to olbrzymi przeskok od raczkującej technologii po urządzenia, które zastępują nam wiele aspektów codziennego życia. Wyobrażacie sobie, co będzie za dziesięć lat? Dwadzieścia? Pięćdziesiąt? Sto?!

Ana jest hybrydą – połączeniem programu komputerowego z biologiczną istotą. Została stworzona po to, by dostarczać ludziom rozrywki w największym i najnowocześniejszym parku rozrywki na całym świecie. Jest zaprogramowana do bycia uprzejmą, atrakcyjną i radosną istotą spełniającą ludzkie marzenia. Nad nią i jej siostrami czuwają Matka i Tata, którzy robią wszystko, by ich niesamowite istoty były bezpieczne i nie musiały się w żaden sposób obawiać prawdziwego świata. Domem Any jest Kingdom i nie wolno jej opuszczać tej przystani. Tam powinna być szczęśliwa, pomocna i stamtąd sięgać po przyjemności. Jednak czy taka jest prawda? Jakie mroczne tajemnice skrywa najpiękniejsze miejsce na świecie? Czy maszyna może odczuwać prawdziwe emocje? Prawdziwe uczucia? Co doprowadziło do wyjątkowo brutalnego morderstwa? 

Po "Królestwie" oczekiwałam przyjemnej książki dla młodzieży, która pozwoli mi się oderwać od poważnych książek z klasyki, literatury naukowej i nauki do egzaminów. Spodziewałam się dość naiwnej lektury, ale za to pełnej emocji i miłości. Moje oczekiwania zostały spełnione, ale dostałam też wiele nadprogramowych i bardzo pozytywnych aspektów. Zostałam pozytywnie zaskoczona przez powieść, która umiała w sobie połączyć lekkość pióra oraz poważne tematy skłaniające do refleksji. Już dawno nie spotkałam takiej książki z gatunku literatury młodzieżowej.

Przede wszystkim pomysł! Cała historia jest niekonwencjonalna i bardzo zaskakująca. Nie przypominam sobie, żebym dotychczas spotkała się z czymś takim, a jednak czytałam sporo podobnych książek. "Królestwo" bierze pod lupę znane i popularne motywy, jednak łączy je w niesztampowy sposób i tworzy uniwersum opierające się na magii technologii oraz prawdziwych i poruszających uczuć. Zwykle nie przepadam za takim toposem, ale tutaj zostałam całkowicie do niego przekonana. 

Co do stylu autorki nie mam za dużo uwag. Idealnie pasuje do typowego młodzieżowego języka, który ma być prosty i przyjemny. Nic ponad to – nic charakterystycznego. Choć przypadł mi do gustu układ rozdziałów. Intrygujące połączenie przeszłości z teraźniejszością, które sprawia, że powieść chce się czytać dalej, by zrozumieć te wszystkie wydarzenia. 

Książkę przeczytałam w dwa dni, co przy dość dużej liczbie obowiązków jest fantastycznym wynikiem i dużo mówi na temat samej fabuły. Przepadłam całkowicie w tym świecie. Był on na tyle baśniowy, że poczułam ten niesamowity klimat parku rozrywki, który sprawiał, że ludzie byli choć przez chwilę po prostu szczęśliwi. Niezwykłe wykorzystanie wirtualnej rzeczywistości i adekwatne odebranie pragnień ludzkich spowodowały, że sama chciałam być jednym z klientów i poczuć się tak samo cudownie jak oni. Lecz był to też świat tajemnic, czego jako czytelnicy dowiadujemy się od pierwszych stron, ale w ogóle to się nie zgadzam z przeszłością, którą poznajemy. Krok po kroczku zaczynamy rozumieć, czym było Kingdom i dlaczego hybrydy zostały doprowadzone do niewyobrażalnych stanów psychicznych i fizycznych. Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, dlaczego sama dałam się oczarować tej krainie, a zapominałam o jej mrocznych sekretach. Każde takie przypomnienie dawało mi motywację, by brnąć dalej i poznać prawdę, jeśli nawet miała być okrutna. 

Bohaterów przewijało się wielu, jednak byli oni tylko tłem i uważam to za dość duży minus, gdyż mieli olbrzymi potencjał i naprawdę wyszedłby ciekawy efekt, gdyby tylko ich dopracować. W końcu w dużej mierze były to albo hybrydy, albo ludzie o dość specyficznych zainteresowaniach. Główną bohaterkę Anę polubiłam od pierwszych stron za nietypowy tok myślenia. Oczywiście można było się tego spodziewać po robocie, ale mimo to daję ukłon w stronę pisarki, która ukazała coś wprost niesamowitego. A mówię tu o opisach emocji i czuć bez nazywania ich. Tak właśnie myślała Ana – opisywała pewne stany i uważała je za reakcję programu, często przy tym obawiając się awarii. Tymczasem te stany były tak bardzo ludzkie i tak naturalne wśród ludzi, że poczułam się urzeczona jej niewiedzą i przekonaniem o byciu maszyną przy tak wielkim pragnieniu ludzkich rzeczy. Do gustu przypadł mi również Owen. Nie jestem w stanie racjonalnie opowiedzieć Wam, za co go polubiłam, jednak odkąd tylko się pojawił, poczułam, że można mu ufać i że odegra ważną rolę w tej historii. Po prostu poczułam jakąś sympatię. 

Królestwo okazało się emocjonującą książką, która momentami dogłębnie mnie poruszyła. Dzięki wartkiej akcji czytało się ją niezwykle szybko, ale przy tym łatwo zapomnieć o rzeczywistym świecie. Po lekturze można zadawać sobie multum pytań o słuszność technologii oraz o nasze własne człowieczeństwo. Czy jesteśmy w stanie wziąć odpowiedzialność za to, co tworzymy? Nie pytam tutaj, czy jesteśmy w stanie to kontrolować. Pytam, czy emocjonalnie jesteśmy w stanie dać sobie z tym radę i dać z siebie wszystko, by stworzyć piękny świat dla nas i naszych wytworów? Myślę, że sami znacie odpowiedź. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Taniej Książce

  

poniedziałek, 25 września 2017

Genesis II – Krzysztof Bonk


Tytuł: Genesis II

Autor: Krzysztof Bonk

Cykl: Eel

Tom: III

Kategoria: Science fiction

Wydawnictwo: Self Publishing

Liczba stron: 107

Ocena: 7.5/10









Kiedy byłam dzieckiem, zawsze pasjonowały mnie gwiazdy. Wierzyłam, że są czymś więcej niż w rzeczywistości, że są symbolem. Wyobrażałam sobie, że mają kształt taki jak na obrazkach dla dzieci, ale byłam przekonana, że ich istnienie ma coś nam powiedzieć – może są to dusze naszych bliskich, którzy nie żyją, może istoty opiekujące się nami, a może małe planety, gdzie żyją stworzenia podobne do nas. Teraz już wiem, czym naprawdę są, jednak nadal uwielbiam na nie patrzeć i marzyć. Czasami mam wizję, że poznajemy kosmos, że odkrywamy nowe planety, nowe życie. Nie mamy jeszcze jakiś dużych postępów, ale kto wie, co się stanie w najbliższych stuleciach.

Planeta Ziemia jest doszczętnie niszczona. Tak naprawdę już prawie nic z niej nie zostało. Ostatni ludzie, którym udało się przeżyć, walczą, ale już nie mają o co walczyć. Nasze piękne życie na Ziemi zakończyło się w XXIII wieku. Czy są szanse na odrodzenie? Czy ta garstka ludzie jest w stanie stworzyć na nowo życie na zniszczonej planecie? Roe stracił już wszystko. Jego jedynym marzeniem jest przetrwać mimo bólu, cierpienia i wspomnień. Na swojej drodze trafia na dziwną istotę, która jest ranna. Pod wpływem impulsu ratuje ją i odtąd jego życie zmienia się diametralnie. 

Po przeczytaniu trzech tomów z cyklu "Eel" mogę odważnie powiedzieć, że przekonałam się do science fiction. Jak już wiele razy wam wspominałam, nie byłam zbyt dobrze nastawiona do tego gatunku, jednak chciałam dać mu szansę i teraz wiem, że to była bardzo dobra i owocna decyzja. To doświadczenie tylko mnie utwierdza w przekonaniu, że powinno się być otwartym na różne rzeczy, rodzaje i ogólnie na świat. Nie zniechęcać się po jednej czy dwóch porażkach. Może mowa tu tylko o literaturze, ale nie oszukujmy się – dla mnie to nie jest tylko literatura. 

Od początku byłam zaskoczona oryginalnością pomysłu, który nam zafundował Krzysztof Bonk. Za każdym razem jak czytałam kolejną część, dostawałam coś nowego i zarazem spójnego z ogólną koncepcją, a zawsze uważałam to za bardzo trudny i skomplikowany zabieg. Cała ta historia jest tak odmienna od tych wszystkich, które w przeszłości poznałam, że wbija w fotel i nie pozwala przestać tak po prostu czytać. To zbyt innowacyjne, by nie dać się pociągnąć tej niesamowitej opowieści. 

Styl autora nie zmienił się – na szczęście. Jest tak samo dopracowany jak w poprzednich częściach, z czego ja się bardzo cieszę, bo już wtedy uważałam go za charakterystyczny i niesztampowy. Tu cały czas chodzi o ten spokój i uporządkowanie tak różne od fabuły. Jest to dla mnie tajemnicą, bo według mnie nie powinno to wszystko ze sobą współgrać. W pewnym sensie to paradoks, a mimo to oddaje idealnie klimat przyszłości i człowieczeństwa.

"Genesis II" różni się od "Genesis" i "Apokalipsy" pod każdym, nawet najmniejszym względem. Nie mamy już obserwować upadku ludzkości, który był powolny, a następnie wszystko diametralnie się zmieniło. Tym razem mamy patrzeć na skutki tych wszystkich wydarzeń. Trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek przyszłość po totalnej apokalipsie. Dlatego ta część jest idealnym zwieńczeniem całej trylogii "Eel". 

Tak jak mówiłam – od tej powieści nie da się oderwać. Jest to po prostu niemożliwe. Trzeba usiąść i przeczytać ją od razu od pierwszej strony po ostatnią. Inaczej można by poczuć tylko irytację i niedosyt. Jest to krótka książka, więc nikt raczej nie powinien mieć z tym problemu. Tym bardziej że pozostaje ona nieprzenikniona. Nieprzewidywalność bije z każdej strony. Aczkolwiek chyba każdy człowiek podskórnie będzie czuł, do czego to dąży. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć ostatecznego zakończenia, ale gdy już ono nastąpi, nie ma zdziwienia i szoku. I w tym przypadku jest to jak najbardziej pozytywne odczucie. Właśnie ta trylogia tego potrzebowała. Nadal ten tom jest bardzo szybki, ale powoli wszystko się uspokaja, dzięki czemu można się wzruszyć. "Genesis II" oddziaływał na mnie bardzo emocjonalnie. Jest to troszkę kolejny paradoks, ponieważ czułam te wszystkie emocje i odczucia bohaterów, ale patrzyłam na to wszystko z dystansem. Wiedziałam, że jest to nieuniknione, więc powinnam się pogodzić z tym wszystkim.

W tej części liczba bohaterów diametralnie znika. Autor ukazuje nam tę historię na konkretnych przykładach, a nie całej ludzkości, jak to wcześniej miałam odczucie. W tej chwili liczą się tylko jednostki, które walczą. Na Roe zwróciłam już uwagę w "Apokalipsie" i od początku wiedziałam, że nie pojawił się w niej przypadkowo. On też chciał opowiedzieć o swoim życiu i zrobił to z pasją i oddaniem. Całkowicie podbił moje serce. To delikatny i uczuciowy człowiek, ale również taki, który się nie poddaje i jest gotowy walczyć do końca. Natomiast Lue była dla mnie bardzo specyficzna. Nie mogłam przejrzeć jej charakteru i myślę, że właśnie taki był zamiar pisarza. Mimo to doskonale ją rozumiałam i chciałam, żeby znalazła swój własny cel w życiu. Zauważyłam również coś niezwykłego i niespotykanego. Nazwałam sobie to w głowie "szybującymi wspomnieniami". Może i liczba bohaterów została ograniczona, ale było czuć ich istnienie i nie dało się zapomnieć ich historii. One cały czas nam towarzyszyły. Niesamowite przeżycie...

Cała trylogia ukazuje bardzo ludzkie cechy, które podejrzewam, że w przeszłości pozwoliły nam przetrwać i się rozwijać. Gdy czytałam, czułam zrozumienie dla tego wszystkiego. Należy pogodzić się z nieuniknionym, bo czasami nie da się nic zrobić, ale zarazem należy wziąć rzeczy w swoje ręce i odważnie kroczyć przez świat. 

Trylogia "Eel" okazała się dla mnie cudownym przeżyciem pełnym emocji i głębokich rozważań, które mnie samą zaskoczyło. Polecam wam te trzy powieści, jeśli nawet nie lubicie science fiction. One są inne i mogą wnieść wiele do waszego życia. 

Za możliwość spojrzenia w przyszłość i poznania losów naszej planety dziękuję bardzo autorowi książki – Krzysztofowi Bonkowi

wtorek, 19 września 2017

Apokalipsa – Krzysztof Bonk


Tytuł: Apokalipsa 

Autor: Krzysztof Bonk

Cykl: Eel

Tom: II

Kategoria: Science fiction

Wydawnictwo: Self Publishing

Liczba stron: 98

Ocena: 8.5/10









Nasze życie jest piękne – jest to jeden z tych banałów, które wypowiada co druga osoba, by pocieszyć innych i siebie. Tak naprawdę mało kto w to wierzy. W końcu nie ma człowieka, który nie przeżyłby jakieś osobistej tragedii. Gdyby życie było takie piękne, to takie rzeczy nie zdarzałyby się. Tylko takim tokiem myślenia to nasze istnienie nie ma sensu. Za często zapominamy, że mimo cierpienia, strachu i obojętności nadal mamy te życie i mamy, gdzie na tym świecie żyć. Od dawna przepowiadają nam koniec świata, ale jednak jeszcze on nie nadszedł. Lecz co byśmy zrobili, gdyby nagle te wszystkie obawy stały się prawdziwe?

Problemem Maxa był fakt, że nie może się odnaleźć w nowej rzeczywistości, która jest całkowicie odmienna od tej jemu znanej. Nie potrafił zrozumieć zasad panujących w XXIII wieku ani odnaleźć sensu życia. Jednak po tych wszystkich wydarzeniach, które musiał przeżyć, jego spojrzenie na świat zmieniło się. Już wie, po co tu jest i jaki ma cel. Może to właśnie to pozwala mu trwać podczas największej apokalipsy jaka dotknęła planetę Ziemię. Ma już powód by dbać o siebie, ale również nie bać się oddać życia za innych. Czy naprawdę jest gotowy do walki? Czy ktoś w ogóle może przetrwać koniec świata?

Po ostatnim zapoznaniu się z pierwszym tomem byłam bardzo pozytywnie nastawiona do kolejnej części. Mimo że science fiction nadal nie jest do końca dla mnie, to i tak chcę dawać szansę historiom o przyszłości. Myślę, że w pewnym momencie zrozumiem, że przyszłość może być równie ciekawa co przeszłość. Gdy sięgałam po "Apokalipsę", miałam tylko jedną jedyną obawę. Powieść jest krótka i miałam wątpliwości, czy zachowa poziom swojej poprzedniczki. To trudna sztuka, by na tak małej liczbie stron zamieścić historię, która wciąga, porusza i daje do myślenia. Krzysztof Bonk poradził sobie fantastycznie, więc nie miałam żadnych powodów, aby czegokolwiek się obawiać. 

Naprawdę jestem pod olbrzymim wrażeniem drugiego tomu "Eel". Spodziewałam się, że autor pociągnie dalej wątek Maxa i tego złego świata, który sami stworzyliśmy, pozwalając na zbyt gwałtowny przebieg rozwoju technologii. W pewnym sensie właśnie to zrobił, ale nie ograniczył się i w tym miejscu olbrzymie brawa dla niego. To bardzo niesztampowe myślenie. W książce został wykorzystany stary motyw znany nam z "Genesis", ale również doszła tytułowa apokalipsa oraz tajemnice kosmosu. 

Byłam w wielkim szoku, kiedy zdałam sobie sprawę, że druga część jest tak różna od pierwowzoru. Wtedy pierwszy tom był dla mnie główną historią. Teraz zrozumiałam, że było to fantastyczne wprowadzenie do czegoś większego. Wszystko dzieje się w tym samym świecie, ale cała fabuła skupia się na czymś innym, co jest tak samo pociągające jak technologia. Tym bardziej że poszliśmy o krok dalej, bo wydarzenia na Ziemi możemy obserwować z kilku perspektyw, co daje o wiele większe możliwości. 

O stylu Krzysztofa Bonka nie ma wiele, co mówić, gdyż pozostał tak samo dobry. Lubię w nim to, że jest charakterystyczny, więc nie ma się skojarzenia z innymi powieściami. I ten wręcz nienaturalny spokój, który z niego bije... To jest naprawdę dziwne i niekonwencjonalne, dlatego pewnie tak bardzo mi się podoba. Akcja jest niesamowicie szybka, a styl paradoksalnie wolny. 

Fabuła jest wciągająca, czego oczekiwałam i właśnie to dostałam. Nie było, po co odkładać książki. Tę opowieść trzeba poznać naraz. Wszystko działo się szybko. Nawet na chwilę nie zwalniało. Z jednej strony oglądałam codzienną scenę, a po chwili już życie bohaterów i ludzi na całej Ziemi diametralnie się zmieniało. Muszę się do tego przyzwyczaić, bo  jest to bardzo mocne. Gdy czytałam, miałam wrażenie, że oglądam film i pojawia się szereg kadrów, które w ciągu chwili wszystko wyjaśniają, ale również poruszają dogłębnie. Cała "Apokalipsa" jest właśnie taka. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się dalej stanie. Nie ma czasu, żeby nad tym myśleć. Ważniejsze, co się dzieje tu i teraz. Tak samo duże wrażenie robi też nawiązanie do Biblii. Jak już wspomniałam w recenzji poprzedniego tomu, pisarz wykorzystuje znany nam dobrze i popularny motyw biblijny, ale robi to w tak niekonwencjonalny sposób i często dość kontrowersyjny. Przeczy naszym zasadom, lecz mimo to zwraca również uwagę, jak ważne jest, by w coś wierzyć i być oddanym temu do końca. 

Zaczęłam coraz bardziej lubić Maxa. Wcześniej czułam do niego sympatię, ale była ona bardziej uwarunkowana zrozumieniem i dozą współczucia. Po tej części po prostu go lubię. Widać tę zmianę w nim i mimo wątpliwości bohater wykorzystuje nowo odkryte w sobie cechy oraz pozwala się im ujawniać. Natomiast do Alli też zaczynam się przekonywać. Nadal nie należy do lubianych przeze mnie postaci, ale ma tę iskrę, dzięki której łatwiej mi ją tolerować. I Rode... W "Genesis" nie zwróciłam na nią zbytniej uwagi, ale tutaj przeszła samą siebie. Narwana, odważna i pełna wiary. Po prostu uwielbiam takie postacie i jestem im wierna do końca. Jeszcze dochodzą do tego utarczki jej i Alli. To jest wspaniałe połączenie, które ubarwia całą powieść. Nie wiem, jak to się stało, ale w tak krótkim czasie przywiązałam się do większości z bohaterów. Zapamiętam ich na długo.

W "Apokalipsie" mamy niesamowite pokłady wiary i nadziei. Pisarz ukazał, jak ważną rolę ma ona w życiu, nawet w tych ostatnich sekundach. Człowiek jest istotą, która chce wierzyć i robi to do końca. A jeśli dochodzi do tego jeszcze miłość i oddanie, to jest niepokonany, choćby przegrał z kretesem. Wizja apokalipsy jest przerażająca, ale jest też pewnym ostrzeżeniem pozwalającym zaakceptować naszą rzeczywistość.

"Apokalipsa" jest bardzo mocnym science fiction, które nie każdemu się spodoba. Jednak jeśli już człowiek się wciągnie, to przepada na zawsze. Świat zmienia się i na pewno będzie się zmieniał do końca swoich dni. Warto o tym pamiętać. Dlatego jestem w siódmym niebie, że zdecydowałam się zapoznać z trylogią "Eel". Wam też to radzę, a tymczasem idę czytać ostatni tom. 

Za możliwość spojrzenia w przyszłość i poznania jej mrocznych niebezpieczeństw dziękuję bardzo autorowi – Krzysztofowi Bonkowi