Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kroniki Rosewood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kroniki Rosewood. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 marca 2022

Zagubiona Księżniczka – Connie Glynn

 

Tytuł: Zagubiona Księżniczka

Autor: Connie Glynn

Przekład: Anna Kłosiewicz

Cykl: Kroniki Rosewood

Tom: III

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 352

Ocena: 2/10





Każdemu z nas zdarza się popełniać jakiś błąd i przez to zawieść kogoś bliskiego. Czasami to jakaś mała rzecz, którą można naprawić lub która po prostu została wybaczona. Lecz czasami może być to już o wiele poważniejsza sprawa, o której nie tak łatwo zapomnieć. Niekiedy nawet nie jest to możliwe, choć czasami czas i starania mogą zabliźnić niektóre rany. Jednak bez wątpienia to długa i ciężka droga, gdzie niekoniecznie można spodziewać się dobrego zakończenia. 

Lottie i Ellie czuję się zmęczone ostatnim rokiem w Rosewood. Ich traumatyczne przeżycia nie pozwalają im normalnie żyć, a widmo Lewiatana sprawia, że noce pozostają nieprzespane. Na domiar złego Jamie nie chce z nimi rozmawiać, z każdym dniem wydaje się coraz bardziej nieobecny w ich życiu. Wypełnia wyłącznie swoje obowiązki, ale relacja między tą trójką wisi na włosku. Dziewczyny nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić. Na szczęście, nieszczęście okazuje się, że Lottie nie zaliczyła rocznych egzaminów. Rozwiązaniem tego problemu jest wakacyjna wymiana ze szkołą w Japonii. Dziewczyna uważa, że to ich szansa na odpoczynek, naprawienie relacji i swoich własnych błędów. Czy im się to uda? Czy może to tak naprawdę wyłącznie ucieczka od problemów? I czy przede wszystkim będą tam bezpieczni? 

Nie będę udawać – czytam tę serię wyłącznie dla okładek. Są tak piękne, słodkie i cukierkowe, że mimo niekoniecznie mojej tematyki musiałam się zapoznać z cyklem, choć to może zbyt duże słowa, gdyż przeczytałam tylko tom drugi i teraz miałam... nieprzyjemność przeczytać tom trzeci, czyli właśnie "Zagubioną Księżniczkę". Po poprzedniej części spodziewałam się, że powieść nie zachwyci mnie i na pewno nie będzie tym, czego początkowo oczekiwałam. Natomiast nie spodziewałam się, że może być jeszcze gorzej i to jeszcze gorzej mimo minimalnych oczekiwań... Wiem, że dużo czytelników ceni "Kroniki Rosewood", ale ja widzę w nich prawie same wady – poza genialnymi okładkami. 

Styl... Mam wrażenie, że już tutaj przesadnie zaczynam narzekać, ponieważ jest całkiem przyjemny, bardzo łatwy w odbiorze i całą powieść niesamowicie szybko się czyta. Czasami można w języku wyczuć pewien nienaturalny infantylizm. Co mi nie odpowiada? Brak jakichkolwiek cech charakterystycznych dla pisarki. Dla mnie to po prostu kolejna osoba, która umie pisać, ale niekoniecznie wyróżnić się czymś unikatowym. Zdaję sobie sprawę, że to książka z dziedziny literatury młodzieżowej, ale przecież w żaden sposób to nie oznacza, że musi być banalnie i schematycznie. 

Co do fabuły to jest jeszcze gorzej – nudno i monotonnie. Jakbym miała wymienić teraz wydarzenia z tej historii czy napisać streszczenie, to byłabym w stanie zrobić to całkiem sprawnie, lecz żadne z tych zdarzeń czy mniemanych zwrotów akcji nie wywołało we mnie głębszych emocji. Wydaje mi się, że zakończenie tego tomu miało być swojego rodzaju przełomem, ponieważ czytelnicy wreszcie mogą dowiedzieć się ważnych faktów dotyczących wszystkich tomów. To powinno robić wrażenie i zachęcać do czytania kolejnych części, tylko że większość odpowiedzi poznałam o wiele wcześniej, ponieważ były one podane na tacy. Zamiast dyskretnych wskazówek, które co wnikliwszym czytelnikom pozwoliłyby dojść do rozwiązania, a tym trochę mnie dałyby szansę zaobserwować logiczne powiązania, to tu wszystko było przesadnie wyolbrzymione. A to wszystko w atmosferze przedramatyzowania... Troszkę teraz ja wyolbrzymiam, ale towarzyszyło mi przez większość czasu poczucie, że małe, nieistotne sprawy nabierają wielkich rozmiarów, a te naprawdę istotne nikną gdzieś pomiędzy... Właśnie, pomiędzy czym?

Teraz przejdźmy do zalet? Nie, choć na pewno nie jest tragicznie w przypadku kreacji bohaterów. Osobowości postaci wydają się poharatane. Wygląda to tak, jakby pisarka wiedziała, że bohaterowie powinni mieć głębokie wnętrze i wiele różnorodnych cech, ale nie do końca jej to wychodziło. Ewidentnie się starała to uchwycić i przy okazji stworzyć też ciekawe relacje między nimi, ale było to mocno nierównomierne i ogólny efekt ginął. Choć może to wynika z faktu, że nie lubię ani Lottie, ani Ellie. Lottie wydaje mi się przeidealizowana, same zalety, a jak już pojawiają się wady to i tak okazują się szlachetne – jakkolwiek nietypowo to brzmi. Dominuje w niej zbytnia słodycz. Natomiast w przypadku Ellie widzę potencjał, tylko brakuje mu logiki. Pisarka pobieżnie wytłumaczyła cel jej działań i przyczyny. 

"Zaginiona Księżniczka" niestety też nie zachwyca sferą tematyczną. Zawsze staram się z każdej książki, nawet tej, która bardzo nie przypadła mi do gustu lub ewidentnie jest źle napisana, wyciągnąć coś wartościowego, coś dla samej siebie. W tym przypadku miałam problem, choć akurat nie chodzi o brak wartościowych treści, gdyż one są, ale również jest ich wiele, a pobieżnie. Można przemycić treści o prawdziwej i lojalnej przyjaźni, o dojrzewaniu i pierwszych w teorii niewinnych miłościach. Ale czy to nie kolejny schemat? Bardziej do gustu przypada mi spojrzenie, które starałam się ukazać we wstępie. Czasami się popełnia błędy i niekiedy nie da się ich naprawić. To smutna rzeczywistość, ale w powieści można też zaobserwować, że można na siebie brać błędy kogoś innego lub po prostu wydarzenia wynikające z samego losu, a poczucie winy może przejąć nad człowiekiem kontrolę. 

Myślę, że ta recenzja jest już moim pożegnaniem z "Kronikami Rosewood". Mimo mojego dość dziecinnego zamiłowania do tych okładek nie planuję powracać do pierwszego tomu, ani zapoznać się z niedawno wydanym czwartym. W "Zagubionej Księżniczce" brakuje akcji i dobrze osadzonych w fabule tajemnic. Nie odnalazłam też żadnych sympatii wśród bohaterów... Niestety czuję się niesamowicie rozczarowana. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl 

czwartek, 25 lutego 2021

Księżniczka debiutuje – Connie Glynn

 

Tytuł: Księżniczka debiutuje

Autorka: Connie Glynn

Przekład: Anna Kłosiewicz

Cykl: Kroniki Rosewood

Tom: II

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Insignis

Ocena: 5/10






Czy zastanawialiście się, co by się stało, gdybyście musieli pewnego dnia wybierać pomiędzy rodziną a przyjaciółmi? A może znaleźliście się w takiej sytuacji? Lub uważacie, że przyjaciel to rodzina? Bez względu na nasze wyobrażenia jest to sytuacja trudna i wbrew pozorom często do niej dochodzi. Chciałabym w tym momencie podać jakąś receptę na szczęście, kiedy nie można mieć na raz relacji z ukochanym przyjacielem i rodziną. Niestety to niemożliwe. Można liczyć tylko na to, że nigdy nie dojdzie do takiej sytuacji, a gdy już to, że podejmiemy dobrą decyzję. 

Lottie i Ellie stały się nierozłącznymi przyjaciółkami, które są gotowe poświęcić swoje życie, by uratować drugą. Jednak to nadal Ellie pozostaje tą najważniejszą, bo w końcu pochodzenie królewskie ma swoje przywileje i też niedogodności. Z tego względu Lottie już oficjalnie zostaje portmanką przyjaciółki i występuje w roli księżniczki. A nadchodzi trudny, ale też wspaniały czas, ponieważ dziewczyny wracają na drugi rok nauki do Rosewood Hall. Po traumatycznych przeżyciach z tamtego roku niesie to ze sobą wiele trosk i obaw, ale również obietnicę powrotu do znanego miejsca, gdzie mimo pewnych tajemnic można być sobą wśród przyjaciół. Jakie konsekwencje przyniosą wydarzenia z poprzedniego roku? Co nowego i być może nieoczekiwanego czeka przyjaciółki w przyszłości? Czy przyjaźń jest naprawdę szczerą wartością? 

„Księżniczka debiutuje” to kontynuacja „Kronik Rosewood”, które w swoim czasie cieszyły się w Polsce i za granicą olbrzymią popularnością. Stąd też moje zainteresowanie, a jak jeszcze spojrzałam na aspekty wizualne, czułam się całkowicie przekonana, by przeczytać tę powieść. Muszę przyznać, że mimo mojej niechęci do różu, to ta delikatność koloru i ładny kontrast w granatowym oczarowują mnie. Lecz to nie wygląd jest najważniejszy tylko treść. Jak spodobał mi się drugi tom „Kronik Rosewood”? 

Tradycyjnie skupię się na stylu, który niestety wybitnie nie przypadł mi do gustu. Ma wiele zalet, a w szczególności doceniam, że jest charakterystyczny i wyróżnia się pewną dozą dobrze widocznej niepowtarzalności. Dlatego trochę mi przykro, że mimo tej tak ważnej dla mnie zalety, nie umiem odnaleźć się w nim. Przede wszystkim chodzi o zbytnią lekkość pióra, która może i jest oczekiwana po tego typu powieści, ale przekracza tę magiczną granicę pomiędzy przyjemnością, a infantylizmem i prostotą. W takich momentach czuję, że autorka nie doceniła swoich czytelników i napisała książkę niedopracowaną i zgodnie z zasadą, aby było. 

Mimo tego niezadowalającego mnie stylu sama historia momentalnie wciągnęła mnie. Od początku obiecywała coś nowego i zaskakującego, więc gnałam strona przez stronę, by koniecznie dowiedzieć się, co będzie dalej i jak potoczą się losy bohaterów. Momentami byłam naprawdę pozytywnie zaskakiwana. Lecz tu wkroczyła jednak kolejna martwiąca mnie wada. Miałam wrażenie, że dusze się w tym świecie i potrzebuję czegoś znacznie bardziej rozbudowanego. Miałam wrażenie, że granice są strasznie wąskie i nawet poszczególne sytuacje, które być może miały cel rozszerzający, nie były wystarczające, by zmienić moje odczucia. 

Bohaterów jest naprawdę dużo i idzie za tym również duża różnorodność charakterów. Niektórzy z nich są lepiej wykreowani, inni gorzej, ale tendencja pokazuje, że pisarka mocno się skupiła na osobowościach i pojedynczych historiach. Ten aspekt niezmiernie mi się podobał, bo co jak co, ale dobrze wykreowani bohaterowie mogą naprawić wiele wad. Nawet ten nieszczęsny w moim przypadku styl. Choć warto wspomnieć, że po prostu nie cierpię samej Lottie, która od pierwszych stron pokazuje jaka to jest kochana, dobra i na siłę pomocna. To wykreowało mi od razu niezachwiany obraz tej dziewczyny i nic nie było w stanie go zmienić. Na szczęście Ellie też od początku zachwyca swoją energię i poczuciem humoru. 

Natomiast tematycznie mamy wgląd w piękną wizję przyjaźni, gdzie każdy jest gotowy na poświęcenie i wie, że to coś więcej niż tylko czcze słowa, o których można zapomnieć. Jak pewnie po wstępie domyśliliście się, jest też wątek rodziny Lottie, dzięki któremu emocje zostają mocno poruszone. 

Mam bardzo mieszane odczucia co do tej książki, gdyż spędziłam z nią naprawdę przyjemne godziny, ale momentami byłam też tak bardzo zirytowana, że kładzie to cień na całość. Mówi się, że dobra książka powinna wywoływać emocje, nawet jeśli miałyby być złe. Powieść budząca obojętność nie ma znaczenia na dłuższą metę. Dlatego stwierdzam, że osoby, które już znają pierwszy tom, powinny dać i szansę temu. 

Egzemplarz prasowy Sztukater.pl