Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smoki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smoki. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 września 2015

Uczta dla wron: Cienie śmierci

Tytuł: "Uczta dla wron: Cienie śmierci"

Autor: George R.R. Martin

Tłumaczenie: Michał Jakuszewski

Cykl: Pieśń Lodu i Ognia

Tom: 4.1

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Liczba stron: 480

Serial: Gra o tron

Ocena: 7.5/10





To przerażające, jak wciągu dwóch lat wszystko może się zmienić. Zamki zostają zdobyte, ludzie giną i rodzą się, lordowie tracą ziemie, a z północy nadchodzi groza. Lysa Arryn nie żyje, związku z czym funkcję lorda protektora przejmuje Littlefinger. Sansa staje się jego córką Alayne, a Arya po śmierci matki i brata nie wiem, gdzie tym razem ma się udać. Wszystkie Siedem Królestw toczy ze sobą wojnę, która ich wyniszcza, ale jest niczym przy walkach domowych, które powodują, że lordowie upadają. Tymczasem na Żelaznym Tronie siedzi ośmioletni chłopiec, którym kieruje jego pani matka, złota bliźniaczka – Cersei. Królowa opętana rządzą władzy nie zdaje sobie sprawy ze swoich błędów, ignorując niebezpieczeństwo nadchodzące z południa – smoki. Jak długo Tommen pozostanie królem Westeros? Czy Mur jest w stanie ocalić Północ? Kto naprawdę jest winny śmierci Młodego Wilka?

"Pieśń Lodu i Ognia" już od dawna znajduje wysokie miejsce na mojej liście ulubionych serii. Pamiętam, jak zaczynałam czytać pierwszy tom cyklu – "Grę o tron". Byłam zafascynowana klimatem powieści i samym jej tematem. Uwielbiam zamki, królów, smoki i ogólnie średniowiecze. Odkąd pamiętam fascynowała mnie ta epoka. Nigdy nie chciałam być księżniczką, ale chciałam mieć swoje miejsce w zamku. Oczywiście nie jako służąca, ale może jakaś bliska krewna króla... Martin sprawił, że moje dwa ulubione światy – średniowiecze i świat fantastyki – połączyły się w jedno. Teraz jestem świeżo po przeczytaniu kolejnego tomu cyklu i nadal utrzymuję, że jest to świetnie skonstruowana historia, której zostało poświęcone wiele czasu.

Zawsze jestem zachwycona wielowątkowością opowieści. To niesamowite, jak Martin wymyśla tyle wątków i nie zapomina o nich. One mogą na chwilę wygasnąć, nawet na dłuższą chwilę, ale zawsze wracają i często ich skutki mają bardzo duży wpływ na fabułę. W dodatku gdy czytam o jednym wydarzeniu, w tym samym czasie odbywają się ważne dla historii zdarzenia, o których dowiadujemy się po fakcie. To jest jak w życiu. Nie możemy być naraz świadkami wszystkich wydarzeń. Jesteśmy w jednym miejscu, a w drugim dzieje się coś istotnego. O niektórych sprawach dowiadujemy się długo po fakcie.

Bohaterom sagi można by poświęcić wiele oddzielnych recenzji. Ich liczba jest niesamowita i muszę przyznać, że często gubię się, kto jest kim. Nie mam pamięci do imion, więc zdarza się, że o niektórych postaciach zapominam. Lubię sobie wyobrażać, że Martin najpierw zrobił listę bohaterów (na końcu każdego tomu jest lista postaci, które występują w powieściach), a dopiero później dobierał do nich charaktery/zdarzenia. Jednak żeby tego było mało, nie jestem w stanie przywołać, jakieś postaci, która była źle dopracowana. Każda ma swoją własną, odrębną historię, która ją kształtuje. Oczywiście są osoby, które poznajemy lepiej i takie, które gorzej. 

W "Uczcie dla wron" pojawią się rozdziały poświęcone Cersei. Nigdy nie przepadałam za tą bohaterką, więc na początku byłam źle nastawiona do czytania. Jednakże z czasem zrozumiałam, że jest fascynująca, a co najważniejsze zaczyna się zmienić lub ujawniać swój prawdziwy charakter. Wiele ludzi zostało przez nią oszukanych albo oczarowanych jej urodą. Tak naprawdę jest okrutna i żadna władzy, ale również ma swoje powody co do tego. W ogóle muszę przyznać, że bardzo intrygują mnie złote bliźniaki. Cersei, jak wspomniałam, nie lubię. Za to Jaime z każdą chwilą zyskuje moją sympatię. Nie mogę powiedzieć, że jest aniołkiem, bo to by było jedno wielkie kłamstwo, ale jest pozytywnym bohaterem. Czytając rozdziały poświęcone mu, zauważyłam, że nie jest tak próżny i głupi, jak się wydawał. Ma wiele głębokich refleksji i sumienie, które często nie pozwala mu na czynienie zła. Nie usprawiedliwia to jego niecnych czynów, ale pozwala zobaczyć, co nim kierowało.

W "Pieśni Lodu i Ognia" jest bardzo rozbudowany mechanizm polityczny. Prawie w każdej swojej recenzji piszę, że polityka jest dla mnie magią i to czarną. Lecz dzięki takim powieściom staram się logicznie myśleć i powoli zaczynam rozumieć politykę w książkach (tylko książkach). Nie nadawałabym się na lorda, ani tym bardziej króla, ale jestem już w stanie przewidzieć niektóre wydarzenia na podstawie wypowiedzi i postępowań bohaterów, które często są logiczne, jeśli tylko zna się charakter danego człowieka.  

Powieść jest bardzo wciągająca, jednakże pojawiają się momenty wyjątkowo nudne, które psują ogólny wizerunek książki. W "Uczcie dla wron" nie mogę narzekać na częste urywanie scen, co w poprzednich tomach tak bardzo mnie irytowało. Jednak brakuje jakiegoś momentu zahaczenia, który sprawiłby, że nie byłabym w stanie odłożyć książkę na półkę. 

Jestem bardzo zadowolona, że zapoznałam się z kolejną częścią "Pieśni Ognia i Lodu". Spędziłam z nią wiele przyjemnych chwil, które na długo zapodaną mi w pamięci. Jestem też pewna, że w najbliższym czasie sięgnę po kontynuację historii.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

wtorek, 2 czerwca 2015

Błękitna Kraina


Tytuł: "Błękitna Kraina"

Autor: Anna Świąć

Kategoria: Literatura dziecięca

Wydawnictwo: Attyka

Liczba stron: 56

Ocena: 8/10












Stefan mieszka w Błękitnej Krainie. Wszystko tam jest niebieskie. Drzewo, deszcz, trawa, warzywa przybierają najróżniejsze odcienie tej barwy. Jednak Stefan często śni o tęczy, która jest złożona z wielu barw. Bardzo chciałby zobaczyć to zjawisko i poznać inne kolory. Udaje się w podróż do odległych krain, by odkrywać nowe lądy i przede wszystkim kolory. Czy świat jest tylko w odcieniach błękitu? Czy Stefan pozna inne stworzenia? Jak potoczy się historia małego smoka?

Jeśli już jakiś czas czytacie moje recenzje, zapewne wiecie, że najbardziej szanuję literaturę dziecięcą. Uwielbiam czytać olbrzymie tomiska, które są naszpikowane metaforami i refleksjami nad życiem, a mądrzy dorośli szukają odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Jednak nawet taka powieść nie jest w stanie zastąpić książki dla dzieci. Pewnie zastawiacie się, czy wiem, co mówię. Jak mogę porównywać opowiadanie dla dzieci z grubą powieścią przeznaczoną dla dorosłych? Wiecie, żeby zacząć czytać takie lektury, trzeba najpierw nauczyć się czytać, rozróżniać słowa, rozumieć je. Najpierw coś musi nas ukształtować. Dopiero wtedy możemy porwać się na głębokie wody. Dlatego tak bardzo szanuję książeczki dla dzieci. To one w dużej mierze kształtują naszą przyszłość. I w dodatku są oczywiste. Nie posiadają tysiąca metafor, które często nie zostaną odkryte przez czytelnika. 

Jedną z książek dla dzieci jest "Błękitna Kraina". Wielokrotnie spotykałam się z nią w internecie. Kolorowe obrazki, zachęcający tytuł i moje ulubione smoki sprawiły, że zaintrygowałam się tą opowiastką. Jestem szczęśliwa, że mogłam zapoznać się z nią. 

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, jest język, jakim pisze autorka. Nie jest on banalny, ani dziecinny. Posiadam dwa spojrzenia na jej styl. Na początku zaczęłam się zastanawiać, czy małe dziecko jest w stanie zrozumieć wszystkie słowa. Samo na pewno miałoby problem z całkowitym rozszyfrowaniem tekstu. Jednak z drugiej strony jest to bardzo dobre, ponieważ taki maluch może nauczyć się nowego słownictwa, które nieraz w życiu przyda mu się. Dzięki temu rozwinie swój zasób słów i w przyszłości może to zaowocować piękną i poprawną polszczyzną.  

Historia niesie też morał, który niezwykle mi się spodobał. Namawia do wytrwałości, dzięki której w przyszłości spełnią się nasze marzenia. Jestem idealistką i jak większość dzieci mam pogląd na świat, że jeśli tylko zechcę coś osiągnąć, to mogę to zrobić, tylko muszę zacząć. Wiem, że nie zawsze wszystko działa w ten sposób, ale wiara w nas samych jest w stanie uczynić cuda. Czemu dzieci miałyby w to nie wierzyć, kiedy jest to prawda? Należy motywować naszych małych podopiecznych, bo to od tych właśnie chwil zależy ich przyszłość.

Poza tym w książeczce można znaleźć wiele pięknych ilustracji, które zachęcają do czytania i pozwalają przenieść się do magicznego świata. Wielką zaletą jest też duża czcionka. Na pewno niektórym dorosłych zachęci do przeczytania jeszcze jednego rozdziału na dobranoc... Czemu nie? Oczy się nie męczą.

Bardzo mi się spodobał sposób, w jaki autorka pisze. Nie mam wątpliwości, że Pani Świąć jest w stanie napisać książkę dla starszej młodzieży, czy nawet dorosłych. Jeśli macie rodzeństwo, czy małe dzieci w domu, zachęcam do kupienia "Błękitnej Krainy". Każde dziecko powinno dostać szansę na odkrycie świata.

Za możliwość powrotu do dziecięcych marzeń oraz poznania na nowo świat dziękuję serdecznie Autorce – Annie Świąć.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:




PS: Chciałam Wam przypomnieć o naszych nowych wzywaniach: Kocioł Wiedźmy [LINK] i Z uśmiechem przez świat [LINK]


Zapraszamy do wzięcia w nich udziału! :)

sobota, 25 kwietnia 2015

Nawałnica mieczy: Krew i złoto


Tytuł: "Nawałnica mieczy: Krew i złoto"

Autor: George R.R. Martin

Tłumaczenie: Michał Jakuszewski

Seria: Pieśń Lodu i Ognia

Tom: III

Część: 2

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Liczba stron: 636

Serial: Gra o tron (2011 r.)

Ocena: 9/10


Świat nie jest taki jak kiedyś. Wszystko się zmienia... na gorsze. W Westeros walki miedzy królami nadal trwają i nie widać zwycięzcy. A królestwo powinno mieć dobrego króla. W końcu nadchodzi zima – zima, która zmieni wszystko. Minęły lata odkąd ostatni raz prawdziwa zima zawitała w Siedmiu Królestwach. Pytanie brzmi: kiedy nadejdzie? Każdy pragnie szczęśliwie i zwycięsko wrócić do domu. Jednak droga jest długa i kręta. Kto wygra w grze o tron? Kto wróci do domu? Czy w Westeros zawita kiedyś pokój?

"Krew i złoto" jest kolejną częścią obecnie bardzo popularnej serii "Pieśń Lodu i Ognia". Seria zyskała sławę wraz z serialem "Gra o tron". Obecnie w telewizji można obejrzeć już pierwsze odcinki piątego sezonu. Liczne reklamy przypomniały mi, że cały cykl czeka na mnie na półce jeszcze nieskończony. Tu już piąty sezon, a ja nadal tkwię w miejscu. Czy druga cześć "Nawałnicy mieczy" okazała się tak samo dobra, jak poprzednie części? Jak najbardziej. Moim zdaniem nawet lepsza niż pierwsza część: "Stal i śnieg". 

Martin jak zwykle wprowadza nas w niesamowity świat "Pieśni Lodu i Ognia". Od początku zachwycała mnie kreacja tej rzeczywistości. Wszystko tam jest idealne i przestrzenne. Nie jesteśmy w stanie poznać całego świata. Tak samo jak nasz ciągnie się przez wiele kilometrów, gdzie większość z ziem nie została jeszcze odkryta. W dodatku stworzenie Siedmiu Królestw, Muru, wierzeń, zwyczajów, czy samych zamków i ich położenia jest niesamowita. Gdy czytałam, czułam się, jakbym tam była. Nie miałam wrażenia, że to tylko papierowa rzeczywistość, która w każdej chwili może zniknąć. Tam każdy aspekt jest perfekcyjnie dopracowany. 

Jednak najważniejszą rolę grają bohaterowie, których jest wiele. Podziwiam Martina, że nie myli się, kto jest kim i co najważniejsze o nikim nie zapomina. Każdy ma do odegrania jakąś rolę w tej opowieści. Choćby nawet małą, ale zawsze jakąś. Każda postać ma swój odrębny charakter i historię, o której można by napisać oddzielną książkę. Są oni bardzo dobrze wykreowani. W szczególności fascynuje mnie Jaime. Wiem, że większość osób ma o nim złe zdanie, ale dla mnie jest wyjątkową postacią. Pomijam aspekt moralności i wydarzeń z nią związanych. Jednakże obserwacja jego zachowania jest intrygująca. Nigdy nie mogę przewidzieć jego reakcji i nie do końca rozumiem jego postępowanie. Jest to frustrujące, ale w ten sposób, który motywuje mnie do lepszego poznania go. I to nie jest jedyny bohater, który tak bardzo mąci mi w głowie.

Słyszy się dużo opinii na temat często występującej śmierci w "Pieśni Lodu i Ognia". Podobno zbyt częstej... Nie do końca zgadzam się z tym. Nie mogę zaprzeczyć, że jest jej dużo, lecz poza pierwszym szokiem w "Grze o tron" nic mnie pod tym względem nie zdziwiło. To jest wojna. Ludzie zawsze ginęli w wojnie i będą ginąć. Książka nie miałaby sensu, gdyby nie było ofiar. Śmierć ponoszą niewinni ludzie, którzy nie mają nic wspólnego z intrygami, walkami, ale również ludzie, którzy przysłużyli się tej sytuacji politycznej. 

Muszę też przyznać, że bardzo fascynują mnie te wszystkie intrygi, knucia, plany. Jest to dla mnie zagmatwane, ale podejrzewam, że od początku taki był zamiar autora. Jestem oburzona, że wyszły na jaw wszystkie kłamstwa, w które od początku wierzyłam. Nie każda prawda okazała się tą prawdziwą prawdą. Często byłam zaskakiwana. Czasami pozytywnie, a czasami wyjątkowo negatywnie. Zdarzało się, że miałam ochotę rzucić książką o ścianę.

Niestety powieść tak jak poprzednie miała wyjątkowo irytującą wadę – zakończenia rozdziałów. Zawsze kończyły się w najlepszym momencie. Uważam, że ogólnie jest to bardzo dobry sposób kończenia książek (w szczególności jak kolejna część leży na półce), jednak nie każdego rozdziału! Niektóre rozdziały poszczególnych postaci były oddzielone dwustoma stronami opowieści o innych bohaterach. Zanim doszłam do tego miejsca, dawno zapomniałam, co tak bardzo mnie zafascynowało. Zajmowałam się historią postaci obecnie czytanej przeze mnie, która kończyła się w najciekawszym momencie. Ten zabieg nie powinien być tak często stosowany. 

Książkę jak i serię polecam wszystkim fanom fantastyki. Jest to obowiązkowa pozycja do przeczytania. Natomiast innym czytelnikom również polecam. Nie każdemu spodoba się ten klimat, lecz niejedna osoba może odkryć w niej wiele dobrego. Ja z chęcią sięgnę po kolejne tomy.

niedziela, 8 marca 2015

Powietrzny korsarz


Tytuł: "Powietrzny korsarz"

Autor: Piotr Wałkówski

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Novae Res

Ilość stron: 504

Ocena: 6.5/10












Europa za czasów napoleońskich była miejscem wojen, krwi i tęsknoty, ale również płonącej nadziei i miłości. Wtedy każdy człowiek znał te pojęcia... i każdy smok. Lien zmęczona ciągłymi wojnami, w których ginęli bliscy jej ludzie, marzyła, by znowu wszystko było tak jak kiedyś. Nie mogła się pogodzić ze śmiercią ludzi, których kochała. Mimo że była smoczycą, miała dziwne zamiłowanie do naszej rasy. Za namową szamana zgodziła się znieść jajo. Jednakże to nie było zwykłe smocze jajo. To było coś więcej... Z tego właśnie jaja miał się wykluć i smok, i człowiek – półsmok. Czy Lien zaopiekuje się mutantem? Czy półsmok ma szanse przeżycia w świecie, gdzie nikt nie pamięta, co oznacza tolerancja? Jak się potoczą wojny, które już dawno powinny być zakończone?

Przypadkowo trafiłam na tę książkę. I muszę przyznać, że na początku w ogóle nie zwróciła mojej uwagi. Dopiero za którymś razem postanowiłam ją przeczytać. Jest ona zainspirowana twórczością Naomi Novik. Nie znam powieści tej autorki. Choć po przeczytaniu "Powietrznego Korsarza", postanowiłam zdobyć informacje na temat tej serii. Teraz wiem, że niektórych bohaterów można spotkać również w powieści Piotra Wałkówskiego. Jest to dość ciekawy manewr i bardzo odważny. Niestety przez brak wiedzy na ten temat nie mogę stwierdzić, czy dobrze przeprowadzony. Mogę ocenić tylko "Powietrznego Korsarza", który przypadł mi do gustu.

Pierwsze, co od razu rzuciło mi się w oczy, był nietypowy styl autora. Trudno mi nawet znaleźć odpowiednie słowo, by go określić. Twardy... Na początku bardzo mnie to irytowało, ponieważ zniechęcał mnie do czytania. Nie mogłam wciągnąć się w fabułę i poznać lepiej bohaterów. Po jakimś czasie, gdy już przyzwyczaiłam się do niego, zaczęłam go doceniać. To jest styl, z którym trzeba spędzić trochę czasu, by móc się zaprzyjaźnić. Dopiero wtedy można ujrzeć jego zalety. Choć często miałam problem ze zorientowaniem się w czasie. Częste przerzutnie sprawiły, że nie zdawałam sobie sprawy, że to wydarzenie dzieje się po długim okresie czasu i przez to czasami miałam problem ze zrozumieniem treści. Akurat to zaliczam na wielki minus.

Natomiast bohaterowie według mnie są naprawdę dobrze wykreowani, jeśli można to tak nazwać. Bardzo dużo czasu zajęło mi poznanie ich. Autor nieczęsto pokazywał nam ich dusze. Lecz gdy już zauważyłam je i przyjrzałam się im dokładnie, pokochałam bohaterów. Mieli wady i zalety. Byli po dobrej stronie lub złej. Jednakże byli realni, co cenię w książkach. Wtedy łatwiej przenieść się do rzeczywistości i przeżywać wszystko z postaciami, które odgrywają ważną rolę. Mogłam poczuć się tak jak oni. Ich smutki i radości były również moimi smutkami i radościami.  

Również spodobał mi się wątek Polski. Miło czytać o własnym kraju, czy to w czasach świetności, czy "nieistnienia". Uwielbiam słuchać historii. Uczyć się jej niekoniecznie, ale słuchać i czytać tak. I nie musi być to koniecznie prawdziwa historia. Smoki nie istnieją, ale zapoznanie się z przebiegiem zdarzeń, gdyby istniały, jest bardzo ciekawym przeżyciem i wartym poświęcenia czasu. 

"Powietrzny Korsarz" zdobył moje serce. Posiada wiele wad i czasami jest monotonny, jednakże warty przeczytania. Można spędzić przy nim wiele miłych godzin, relaksując się, ale poznając zachwycającą historię.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Autorowi książki – Piotrowi Wałkówskiemu oraz Wydawnictwu Novae Res

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

niedziela, 22 lutego 2015

Miecz przeznaczenia

Tytuł: "Miecz przeznaczenia"

Autor: Andrzej Sapkowski

Seria: Saga o Wiedźminie

Tom: 0.2

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: SuperNOWA

Ilość stron: 344

Film: Wiedźmin

Premiera: 9 listopada 2001 rok (Polska)

Ocena: 10/10






Wiedźmiński los jest ciężki. Należy walczyć z potworami, najlepiej je od razu pokonywać. Należy przestrzegać kodeksu, którego tak naprawdę nie ma. Należy zachować spokój i rozwagę. Należy być odważnym i niewrażliwym. Należy pamiętać, że jest się mutantem. Należy... Czy nie za dużo tego należy? Geraltowi to właśnie przeszkadza. Powinien być mutantem, który nie ma ludzkich uczuć, który nie potrafi kochać. A tymczasem coś poszło nie tak, bo miłość pojawiła się w jego życiu. Jednak przeplata się z przeznaczeniem. Miłość z przeznaczeniem jest prawdziwą miłością? Białowłosy wiedźmin tego właśnie nie wie. On w ogóle nie wierzy w przeznaczenie. Czy ono istnieje? A jeśli tak, to czy da o sobie znać? Czy Geralt może nareszcie znaleźć cel w swoim życiu?

Z "Sagą o Wiedźminie" spotkałam się niedawno. Było to spotkanie zaplanowane, więc byłam na nie przygotowana. Mam bardzo miłe wspomnienia po nim, dlatego postanowiłam spotkać się również z następną częścią. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać po niej. Choć wiedziałam, że będzie się trochę różnić od swojej poprzedniczki. Pełna entuzjazmu zaczęłam czytać "Miecz przeznaczenia". I wiecie co? Jestem szczęśliwa, że zrobiłam na przekór tym, co mi ją odradzali. Bez wątpienia seria o białowłosym wiedźminie zyskała u mnie bardzo wysokie miejsce wśród moich ulubionych cyklów.

Tak samo jak w "Ostatnim życzeniu" największą zaletą całej powieści jest główny bohater – Geralt. Podbił on moje serce. Cały czas ktoś podkreśla, że jest on mutantem pozbawionym uczuć. Ludzie, zresztą nie tylko ludzie, cały czas mu to powtarzają. Chcą sprawić, by on sam w to uwierzył. Jednak Geralt jest tak bardzo ludzki, że nie wiem, jak to możliwe, że jest wiedźminem. Jest wyjątkowy? Czy może plotki o wiedźminach nie  prawdziwe? Właśnie za tą ludzkość pokochałam go najbardziej. W żadnym stopniu nie jest wyidealizowany. Nie ma też tysiąca wad, które czyniłyby go potworem. Na swój niezwykły sposób jest człowiekiem, realnym człowiekiem. Jak każdy z nas denerwuje się, traci panowanie nad sobą, przywiązuje się do ludzi, ma dylematy, boi się, ale jest też odważny. Podziwiam Sapkowskiego, że stworzył takiego bohatera, który wchodząc w nasz prawdziwy świat nie wyróżniałby się niczym. Oczywiście, gdyby to odbywało się na realiach naszego i jego świata. W dodatku Sapkowski poświecił nie tylko czas białowłosemu wiedźminowi, ale również innym postaciom, nadając im niepowtarzalne charaktery. Yennefer, Jaskier, Ciri – cała gama najróżniejszych bohaterów, o których nie można zapomnieć. 

Kolejną rzeczą, którą autor w dalszym ciągu wykorzystywał, są legendy, bajki, czy wierzenia ludzi. Nie wymyślił on tego świata od podstaw. Wiele istot, czy opowieści wziął z różnego rodzaju wierzeń. Nie ściągnął on identycznie tych opowieści. To by była obraza. On wziął z nich inspirację, by później połączyć wiele takich inspiracji w jedną, niepowtarzalną opowieść. I wyszło mu to genialnie. Majstersztyk. 

Czytając pierwszą część, przewidziałam, że przywiążę się do bohaterów i powieści. Jednak nie byłam w stanie przewidzieć, że aż tak bardzo. Zwykle szybko przywiązuję się do książki, ale gdy ją już przeczytam, dzień i moje przywiązanie wyparowuje. Zostaje tylko dobre wspomnienie. Tutaj mija już kilka dni, odkąd ją przeczytałam, a ja nadal wyobrażam sobie wydarzenia, wymyślam własne wersje i przeżywam to wszystko, co się wydarzyło w "Mieczu przeznaczenia" od nowa. Ta książka bardzo wpłynęła na mnie emocjonalnie. Czasami musiałam ją odkładać, żeby ochłonąć, a gdy to robiłam, patrzyłam na nią i nie mogłam wytrzymać – rzucałam się na nią od nowa. Inaczej tego nie można nazwać. 

Moje recenzja w każdym aspekcie jest bardzo subiektywna. Nie znajduje się tu ani trochę obiektywizmu. Trudno jest mi ją polecić lub nie polecić. Moje serce zostało podbite i mam zamiar kontynuować serię. Tak naprawdę nie wyobrażam sobie, żebym mogła zrobić coś innego. To się rozumie samo przez siebie. Przywiązałam się emocjonalnie do tej książki i dlatego dałam jej najwyższą ocenę. Jednak zdaję sobie sprawę, że przygody wiedźmina nie każdemu muszą się spodobać. Po prostu powiem: spróbujcie, sami się przekonacie, czy to książka dla Was.  

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

sobota, 29 listopada 2014

Krew Olimpu

Tytuł: "Krew Olimpu"

Autor: Rick Riordan

Seria: Olimpijscy herosi

Tom: V

Kategoria: Fantastyka

Ilość stron: 496

Ocena: 9/10












Czas leci nieubłaganie. 1 sierpnia zbliża się z każdą chwilą, a wraz z nim nieunikniona wojna. Siódemka herosów z przepowiedni musi dotrzeć na czas do Aten, pokonując przy tym wiele trudnych przeszkód. Jednak wierzą, że uda się im powstrzymać przebudzenie Gai. Lecz życie jest okrutne i nie pozwala im tak łatwo dotrzeć do celu. Największym problemem nie są potwory, bogowie ani pogoda. Są nim wspomnienia, które ciążą na każdym z herosów, znajdującym się na Argo II. W tym samym czasie Nico, Reyna i trener transportują Atenę Partenos do Obozu Herosów, gdzie Oktawian szykuje Rzymian na walkę z Grekami. By uniknąć krwawej wojny i dać siódemce herosów przynajmniej szansę na wygranie, muszą dotrzeć na czas. Czy im się uda? Czy Gaja się przebudzi? I czy wszyscy przeżyją?

I tak oto przeczytałam ostatnią część Olimpijskich Herosów. Długo na nią czekałam i muszę przyznać, że to było wyjątkowo niecierpliwe oczekiwanie. Koniecznie chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej i jak zakończy się historia. Gdy wreszcie zdobyłam powieść, od razu wzięłam się za jej czytanie. W tamtej chwili nie było dla mnie nic ważniejszego. Nie mogłam się od niej oderwać. Wszystkie moje myśli były poświęcone herosom. Sprawiło to, że przeczytałam książkę w zadziwiająco szybkim tempie. Teraz tego żałuję, ponieważ tylko przyśpieszyłam ostateczne rozstanie się z jedną z moich ulubionych serii.

Książka ma tak dużo zalet, że nie wiem od czego zacząć... Jak z poprzedniego akapitu pewnie już wywnioskowaliście, jest niezwykle ciekawa. Stwierdzenie, że nie mogłam się od niej oderwać, nie do końca ukazuje stan rzeczy. Ja po prostu nią żyłam. Byłam tam, przeżywałam wszystko z bohaterami i pomagałam im pokonać trudności. To niesamowite uczucie towarzyszyć im w tej ciężkiej i pełnej emocji walce. 

Jednak najbardziej rzuciła mi się w oczy realność tej powieści. Prawdopodobnie bardzo dziwnie to brzmi. Opowieść pełna bogów, herosów, magii i nieziemskich istot jest jak najbardziej rzeczywista. Paradoksalne... Jednak pod całą tą magią, nierealnymi wydarzeniami jest ukryta nasza rzeczywistość. Historia różnych herosów i innych dziwnych istot pokazuje nam nasze życie, nasze problemy. Może codziennie nie ratujemy świata przed zagładą, ale jesteśmy jego częścią i powinniśmy to pamiętać. Każdy z bohaterów był całkowicie inny. Żadne cechy charakteru się nie powtarzały, talenty nie były takie same, a problemy ukazywały całą swoją różnorodność. Każdy musiał się zmierzyć ze swoją rzeczywistością i albo się poddać, albo zwyciężyć.

Jedno słowo przeraża w całej książce, a dokładniej twórczości Riordana -  śmierć. Wojna zawsze niesie ją ze sobą, więc żadną tajemnicą nie jest, że i tu się pojawi. Już dawno śmierć bohaterów nie poruszyła mnie tak bardzo. Przywiązałam się do nich całym sercem i nie mogłam wyobrazić sobie świata bez ich istnienia. Teraz muszę. Nie będę opowiadać, co mną tak bardzo wstrząsnęło, ponieważ zepsułabym Wam całą przyjemność z czytania, jednak ostrzegam, żebyście się przygotowali psychicznie. 

Powinnam też coś napisać o wadach, ale jest to bardzo trudne zadanie. Nie ma wątpliwości, że jakieś są, ale przecież każda powieść je posiada. Dużo osób zwraca uwagę na brak logiki w niektórych zdarzeniach. Niestety jest to prawdą. Lecz jeśli ktoś naprawdę się wczuje w akcję, nie ma szans ich zauważyć. Ja sama ich nie zauważyłam. Dopiero mój przyjaciel powiedział mi o nich. Na początku nie zgadzałam się z nim, ale po przemyśleniu okazało się, że miał rację. Jednakże to nie zmienia faktu, że błędy są prawie niewidoczne.

Żałuję, że to jest ostatnia książka serii i przede wszystkim całej tej historii. Z Bogami Olimpijskimi i Olimpijskimi Herosami przeżyłam wiele dobrych chwil i naprawdę przykro mi się z nimi rozstawać, a raczej nie wygląda, żeby Rick miał napisać kolejną serię, która przedłuży losy bohaterów. Im też należy się szczęście. Pociesza mnie fakt, że jest jeszcze seria o bogach egipskich i prawdopodobnie niedługo ukaże się cykl o bogach nordyckich. Kolejna przygoda czeka... Natomiast wszystkim, którzy lubią fantastykę polecam zapoznać się twórczością Ricka Riordana. Ci, którzy ją już znają, koniecznie muszą przeczytać "Krew Olimpu".

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

czwartek, 25 września 2014

Co wylądowało w lesie Rendlesham?


Tytuł: "Co wylądowało w lesie Rendlesham?"

Autor: Mateusz Kudrański

Kategoria: Fantastyka

Ilość stron: 404

Ocena: 7.5/10














Czworo przyjaciół mieszka na terenie przeznaczonym na domy dla pracowników armii. Jak co dzień rano biegali, jednak nie przewidzieli, że spotka ich niemiła niespodzianka, przygotowana przez ich wrogów. Kończy się to całkowitym ubrudzeniem bliźniaków. Lecz bliźniacy nie mogą w takim stanie wrócić do swojego Sierżanta. Dlatego właśnie udają się do domu swojej przyjaciółki. Tam dostają specjalną misję do wykonania. Muszą dostarczyć teczkę do laboratorium w krótkim czasie. Czują się za nią odpowiedzialni, ponieważ poniekąd to ich wina, że nie może dostarczyć ich tata Maggie. Jednak w drodze mają wypadek, który zawdzięczają dokładnie tym samym wrogom. Dochodzi do sprzeczki, a następnie bójki. Ale nagle słyszą dziwne dźwięki i tracą przytomność. Gdy się budzą, są umazani fioletową cieczą i okazuje się, że wszystkie zegarki ustały. Ku ich zdziwieni sami ludzi wyglądają, jakby ustali w miejscu. Żyją, ale ich puls jest wyjątkowo wolny. W dodatku na niebie pojawiają się dziwne, zielone talerze i trójkątne samoloty, których nigdy wcześniej nie widzieli. Co się stało z czasem? Do kogo należą latające spodki? I przede wszystkim kim są dziwne istoty, które atakują ludzi?

Książka jest debiutem młodego, polskiego pisarza. Od początku bardzo mnie zaintrygowała. W ostatnich czasach fantastyka stała się bardzo popularna. Jednak nie sprawiło to, że na rynku pojawiło się więcej polskich powieści fantastycznych. Ten fakt bardzo mnie martwi, więc dlatego niezmiernie się ucieszyłam, gdy spotkałam tę książkę. Czytając jej opis, nie spodziewałam się, że to będzie science-fiction. Akcja odgrywa się w poprzednim wieku. Właśnie dlatego powieść odbiega od schematu. Science fiction nie w przyszłości? To coś nowego. Tym bardziej, że pod koniec książki zmienia się trochę gatunek, co jest zaskakującym zabiegiem.

Poza tym bohaterowie są niezwykle barwni, co bardzo cenię w powieściach. Każdy jest inny, ma swoje zwyczaje, marzenia, pragnienia. Nie są jakoś wyjątkowo tajemniczy. Można z nich czytać jak z otwartej księgi, co idealnie się komponuje z fabułą. Muszę przyznać, że rzadko się zdarza, że tak bardzo lubię bohaterów. Zwykle dzielę ich na tych, których lubię, nie lubię i tych irytujących. Tutaj po prostu ich uwielbiałam. Szczególnie jednego z bliźniaków - Icka. Był tak wyjątkowo energiczny i pozytywnie nastawiony do życia, że nie dało się w nim znaleźć żadnej wady. No może czasami... Przy tym wypowiedzi bohaterów były wyjątkowo zabawne. Nie raz się zdarzyło, że śmiałam się z ich dialogów. Część z nich doskonale odwzorowywało współczesne rozmowy nastolatków, co całej powieści nadało realizmu. Choć czasami autor troszkę przesadzał.

Jak w większości książek dla młodzieży pojawił się wątek romantyczny. Zwykle za nim nie przepadam i udaję, że nie istnieje. Ale tutaj był to po prostu strzał w dziesiątkę. Przed wszystkim był prawdziwy. Nie było przesadnego wyznawania miłości tak po prostu, bo autor nagle sobie przypomniał, że istnieje takie coś jak zakochanie. Tutaj występowała ta nieśmiałość, co sprawiało, że miłość bohaterów była urocza, czyli taka jaka powinna być. Idzie to na wielką korzyść całej książki i dodaje tej magii życia.

Akcja książki bardzo szybko gnała. Jak dla mnie za szybko. Jestem wielbicielką refleksji, opisów, a tutaj tego mi troszkę zabrakło. Czasami po prostu się gubiłam w wydarzeniach. Jednak jeśli ktoś lubi szybką akcję, nie powinien mieć problemu. Poza tym pojawiła się dość istotna wada, która czasami wyjątkowo utrudniała czytanie. Nie zawsze było wiadomo, kto akurat w tej chwili mówi. Przy takiej ilości bohaterów było to irytujące. Można się tylko było domyślać, znając charaktery postaci. Na tym polu zawiodłam się.

Książkę polecam każdemu młodemu czytelnikowi oraz tym, którzy chcą przeczytać coś dla rozluźnienia. Jednak odradzam czytanie w szkole, pracy czy autobusie. Trochę głupio wygląda, jak ktoś się śmieje do książki. Choć pewnie zapalczywi czytelnicy przyzwyczaili się do tego. Bardzo się cieszę, że tego typu książki w Polsce powstają. Przydałoby się nam więcej twórców fantastyki, szczególnie tak zaskakującej fantastyki.

Za możliwość poznania niezwykłej bandy nastolatków i zapalczywego Sierżanta dziękuję bardzo autorowi książki - Mateuszowi Kudrańskiemu.


Książka przeczytana w ramach wyzwania:


PS: Przypominam o głosowaniu (po boku) na książkę, którą mamy następną przeczytać. Pojawiły się nowe pozycje! ;)
   

niedziela, 10 sierpnia 2014

Wybraniec


Tytuł: "Wybraniec"

Autor: Magdalena Marków

Seria: Smocza Krew

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Ocena: 7.5/10












Drasan jest następcą tronu. Jednak jego przybrana matka nie jest pewna, czy młody mężczyzna nadaje się do tego. On zamiast siedzieć na tronie woli podróżować, zaznawać przygód i spędzać czas z przypadkowo spotkanymi kobietami niż szukać żony wśród córek hrabiów. Pewnej nocy jak zwykle wybrał się na nocną przechadzkę. Nie spodziewał się, że na swojej drodze spotka przeszkodę w postaci wilkołaka Borisa i jego najemników. Książę zostaje porwany i przeniesiony do pałacu smoka Gaenora, który jest pod władzą wyjątkowo podłej czarownicy - Dhalii. To tam poznaje swoją prawdziwą naturę. Jednak czy wybierze drogę przeznaczenia, czy będzie chciał mu się przeciwstawić?

Gdy zaczęłam czytać tę książkę, nie miałam pojęcia, co o niej myśleć. Teraz już ją przeczytałam i muszę przyznać, że żadna książka, którą dotychczas przeczytałam, nie zostawiła po sobie takich odczuć. Czy są one pozytywne? Oczywiście, że tak. Jednak nie jest to to uczucie, które pozwala nam przenieść się w świat magii, smoków i wilkołaków. Jest to rzeczywistość. Na początku bardzo mnie to uderzyło. Świat magii z brutalną rzeczywistością przerażał mnie. Czytałam wiele powieści, gdzie ginęły całe armie, główni bohaterowie, lecz żadna nie sprawiła, że poczułam się tak bardzo realnie. Teraz, gdy jestem już po lekturze, uważam to za wielki plus.    

Sama książka jest wyjątkowo oryginalna. Łamie wszelkie schematy. Bardzo mi się podobał fakt, że pojawiły się jednorożce. I to niekoniecznie jako śliczne, łagodne koniki z rogami na głowach. Tutaj była to starożytna rasa. Tak samo jak elfy, smoki, czy ludzie. Była to bardzo miła odmiana. Natomiast elfy okazały się brutalne i wręcz złe. Do tego miałam mieszane uczucia, ale wynika to jedynie z faktu, że jestem wielbicielką elfów i uwielbiam ich "szlachetną" rasę.

Jednak chyba największym plusem powieści są bohaterowie. Przeplata się ich naprawdę wiele, a przy tym wszyscy są niezwykle wyraziści. I nie chodzi mi tu o taką wyrazistość, że można czytać z nich jak z otwartej księgi. Przeciwnie... Większość z nich jest okryta zasłoną tajemniczości. Lecz posiadają wiele cech i tych dobrych, i tych złych. Sam główny bohater ma wiele wad. Czasami mogłoby się wydawać, że posiada ich więcej niż zalet. Porywczość, zarozumialstwo, agresywność, zbyt duża pewność siebie mogłyby stworzyć wyjątkowo irytującego bohatera. I tak właśnie było... Większość z Was to zniechęca, ale tutaj wyśmienicie grało z fabułą. Nadawało barwy wydarzeniom i pozwalało rozgrywać się akcji.

Oczywiście, jak w każdej powieści, pojawiają się wady. Nie jest ich dużo, ale jedna jest wyjątkowo uciążliwa. Książka jest przystosowana do przeskoków w czasie. Niby ma wszystkie odpowiednie zabiegi, by było to zrozumiałe, ale gubiłam się w tym, co mi się bardzo rzadko zdarza. Mam umysł matematyka i dla mnie jest bardzo ważne, żeby wszystko było odpowiednio uporządkowane. Tego niestety mi zabrakło.

Czy książkę polecam? To chyba oczywiste. Spędziłam przy niej dużo miłych chwil. Nie mogę zapomnieć o fakcie, że książka jest skarbnicą cytatów. Polecam ją każdemu fanowi fantastyki, mimo że jest odmienna od tej typowej fantastyki, z którą spotykamy się na co dzień. Może naprawdę zaskoczyć.  
     

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce.  


Książka przeczytana w ramach wyzwania:




czwartek, 3 lipca 2014

Nawałnica Mieczy. Stal i śnieg


Tytuł: "Nawałnica Mieczy. Stal i śnieg"

Autor: George R.R. Martin

Seria: Pieśń Lodu I Ognia 

Tom: III

Część: 1

Serial: Gra o tron

Ocena: 7/10











Westeros zawładnęła wojna. Nie wiadomo kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Nawet nie wiadomo kto jest królem. Joffrey, Rob, a może Stannis? Wszystkie rody walczą między sobą, jednak wszyscy boją się najbardziej Lannisterów, słynących z okrucieństwa i nieszczerych obietnic. Natomiast rodzeństwo Starków jest oddalone od siebie wiele tysięcy mil, tylko wilkory ich chronią. Są ich wiernymi obrońcami i czymś więcej... Gdy rody palą między sobą mosty, za Murem zbierają się dzicy. Lecz nie oni są zagrożeniem, tylko białe istoty o błękitnych oczach - Inni. Jednak to nie koniec niebezpieczeństw. Narodzone smoki rosną, a Królowa Zrodzona z Burzy, Matka Smoków zdobywa potęgę.

Obecnie "Pieśń Lodu i Ognia" zdobywa coraz większą sławę. Coraz więcej osób chce się zapoznać z kontrowersyjną twórczością Martina. Mnie jednak nie przyciągnęła sława, lecz zamki. Od dawna mam zamiłowanie do zamków, królów i średniowiecza. Poza tym bardzo lubię fantastykę, więc takie połączenie jak najbardziej mi odpowiada. "Gra o tron" zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie, "Starcie królów" uważam za bardzo dobrą książkę, a "Nawałnicę mieczy"? Muszę przyznać, że trochę się rozczarowałam. Spodziewałam się czegoś "wow", a spotkałam normalna powieść, która niczym się nie wyróżnia. 

Książki Martina są typowymi "tasiemcami". Są długie i czasami bardzo nużące. Wśród istotnych wydarzeń przewija się bardzo dużo scen, które nic nie wprowadzają do opowieści. Przynajmniej takie miałam odczucia, czytając tą część. Takie wydarzenia są potrzebne, aby stworzyć świat powieści, ale tutaj wybiegają sporo poza swoją rolę. Kolejną rzeczą jest podział książki na postacie. Mam mieszane uczucia co do tego. Z jednej strony to jest jedyne wyjście, żebyśmy mogli poznać historię z różnych stron. Dzięki temu możemy wiedzieć, co się dzieje w całym Westeros, a nawet poza jego granicami. Jednak autor często przerywa w najciekawszych momentach. Byłoby to dobre, gdyby pojawiało się od czasu do czasu, a zdarza się to prawie w każdym rozdziale. Zamiast pobudzać ciekawość irytuje. Kolejną wadą jest zakończenie. W poprzednich częściach bardzo mi się podobało, a tu niekoniecznie. Wygląda, jakby autor zapomniał, że to już pora skończyć i przerwał w pierwszym, lepszym momencie. 

Wymieniłam wszystkie istotne wady, a teraz pora na zalety. Uwielbiam w tej powieści, że tak dobrze poznajemy bohaterów. Jest ich tak dużo, że mamy całą paletę charakterów. Są osoby, które podziwiam, nienawidzę, irytują mnie, są obojętne. Bardzo spodobało mi się, że Martin wprowadził do rozdziałów Jaime'a Lannistera. Ta postać jest wyjątkowo barwna i fascynująca. Książka zachwyciła mnie swoją przewidywalnością, które jest nieprzewidywalna. Brzmi paradoksalnie, ale tak jest. Nigdy nie możemy przewidzieć co się stanie, jednak zawsze wiemy, że nic się nie stanie po myśli bohaterów. Tak jak w prawdziwym życiu. Nigdy nie będzie idealnie.

Książkę czyta się dobrze i w miarę szybko, jak na jej rozmiary, które wcale nie są takie wielkie, jak się wydaje. Jeśli ktoś lubi średniowiecze i baśnie, to powieść jest dla niego idealna. Wystarczy trochę czasu i chęci, żeby przenieść się w świat wojny, zamków i niespełnionej miłości. W końcu "w grze o tron albo się wygrywa, albo ginie" - Cersei Lannister. 



Książka przeczytana w ramach wyzwania: 





czwartek, 29 maja 2014

Ostatnie Zaklęcia

'' Ostatnie Zaklęcia ''
Silvana De Mari 


 '' Więzienie, noc. Dwóch samotnych karłów poznaje się w celi śmierci. Niespodziewanie ktoś ratuje ich przed tragicznym losem. Od tej chwili chcą walczyć razem. Ale czy mogą sobie nawzajem ufać? Ich przeciwnikiem jest Zarządca, który zbratał się z największymi wrogami ludzi i karłów - orkami.

Kto zwycięży? Za jaką cenę? Stawka jest większa niż życie dwóch istot... '' 


'' Ostatnie zaklęcia '' opowiada o karle Inskaju, który zostaje porwany przez złego Zarządce. W celi poznaje tajemniczego karła - Błazna. Inskaj wie, iż nie powinien mu ufać, lecz nie może się oprzeć pokusie i opowiada mu o swej rodzinie oraz miejscu zamieszkania. Tym sposobem spisuje lud karłów na straty. Błazen oszukał naszego karła. Opowiedział wszystko złemu Zarządcy, który od razu wyruszył na poszukiwania wioski. Inskaj zatracony w żalu i smutku zaczyna żegnać się z światem na szubienicy, gdy na pomoc przychodzi mu wielka, pulchna kobieta, Masciak. Dzięki jej odwadze Inskajowi udaje się uciec, lecz nie na długo. Jedyną drogą, którą można uciec z Alyi jest ścieżka prowadząca do wioski orków. Czy karłowi uda się uratować rodzinę ?  A jeśli nie da sobie rady, kto przyjdzie im z pomocą ? Po za tym co oznacza tajemnicza rymowanka mówiąca o wojnie ?

Silvana cudownie posługuje się bogatym językiem. Wręcz poetyckim, ale mimo tego książkę czyta się lekko. Na każdej stronie znajduje się mnóstwo akcji, choć człowiek wciąga się dopiero po przeczytaniu połowy powieści. Fantastyczne postacie o różnorodnych charakterach, w których kryje się nuta miłości, dobroci oraz brutalności.

Autorka zawarła w książce istotne przesłanie. Choć to powieść fantastyczna, można dostrzec w niej coś z dzisiejszego świata. A jest to nadzieja. Nadzieja na lepsze życie. Nadzieja o wyzwoleniu się od brutalności oraz rygoru.
Walka o wolność. Przelew krwi, a to wszystko, aby uratować swe dzieci.
Książka ukazuje cenę wolności. Pokazuje jak człowiek potrafi gardzić drugą osobą, a przy tym nieznośnie ją kochać.

Silvana zbudowała cudowny świat, z którego możemy nauczyć się wielu istotnych rzeczy. Mimo, że książka nie za bardzo mnie wciągnęła, bardzo ją polecam. Jest warta waszej uwagi. :)