Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 lipca 2016

Gloria Victis


Tytuł: Gloria Victis

Zespół: Lustro

Kraj: Polska

Gatunek: Rock

Wytwórnia płytowa: MJM Music PL

Rok wydania: 2016 r. 

Ocena: 6/10






Wielokrotnie wspominałam wam, jak bardzo ważna jest dla mnie muzyka. Nie mam żadnych ograniczeń co do niej. Jestem otwarta na każdy gatunek i uważam, że prawdziwi miłośnicy tej dziedziny sztuki tacy właśnie powinni być. Oczywiste jest, że nie każdy układ nut przypadnie nam do gustu, ale żeby to wiedzieć najpierw powinniśmy spróbować. W innym przypadku jesteśmy uwięzieni we własnych uprzedzeniach i ograniczeni prze brak ciekawości. Może jest to dość drastyczne zdanie, ale bez wątpienia prawdziwe. Zgadzacie się? Czy nie warto czasami pokonać własną awersję i dać się ponieść nieznanemu? 

O zespole Lustro nigdy wcześniej nie słyszałam, co obecnie bardzo mnie dziwi, gdyż zespół został założony w 2003 r., więc minęło już wiele lat od jego debiutu. A ja nigdy nie unikałam polskiego rynku muzycznego. Są osoby, które uważają, że polskie zespoły nie tworzą dobrych utworów. Jest to dla mnie mylne, gdyż jak każdy kraj mamy lepsze i gorsze piosenki. Jest to naturalne, więc należy szukać tych lepszych, a że od czasu do czasu trafi się na te na niewysokim poziomie, nie powinno nas dziwić. Dlatego właśnie wysłuchałam album "Gloria Victis". Płyta zrobiła na mnie dobre wrażenie, choć niekoniecznie takie jakie się spodziewałam.

Utwory są naprawdę wyjątkowo rytmiczne, przez co łatwo wpadają w ucho i bez problemu można je zapamiętać. Jest to dla mnie duży plus, gdyż lubię coś ponudzić albo razem ze znajomymi pośpiewać przy ognisku. Tymbardziej kiedy znam teksty. Często pojawia się gitara, co daje duże pole do popisu. Zawsze byłam fanką pianina, lecz nawet ja, która niestety nie posiada słuchu muzycznego, jestem w stanie docenić pełne pasji rytmy gitary. Do tego dochodzi oryginalny głos wokalisty – Konrada Przerwy. Uwielbiam, gdy piosenkarz ma coś wyjątkowego w barwie głosu. Wtedy nie znając konkretnej piosenki, jestem w stanie powiedzieć, kto to śpiewa. Zawsze w takich momentach czuję dumę z siebie i wokalisty. Ze wszystkich utworów największe wrażenie zrobiła na mnie piosenka "Święty Boże". Jest trochę przerażająca, ale to właśnie ona dotarła do mnie.

Melodia jest bardzo energiczna. Widać, że zespół włożył wiele uczucia w to, co robi i uważam, że powinno takich ludzi się doceniać. Dzięki "Gloria Victis" mój humor został poprawiony. Jest to wyjątkowo radosny album, co jest dość paradoksalne, biorąc pod uwagę tematykę. Poszczególne ścieżki dźwiękowe są ujmujące, ale również pełne trwogi i strachu. Ta różnorodność przypadła mi do gustu. 

Teksty są patriotyczne. Są one znane nam wszystkim, gdyż wielokrotnie słyszeliśmy je w radiu, od babci, która robiąc obiad, nuciła je. Te wszystkie pieśni zostały zebrane w całość, ukazując całą swoją dorodność. Opowiadają o życiu żołnierzy, ich determinacji, marzeniach oraz pozostawionej miłości. Są one bardzo naturalne. Nie znajdziemy w nich szeroko rozwiniętych zagadnień filozoficznych, ale normalne życie. Jestem znana z różnorodnych refleksji, ale moim zdaniem właśnie w tym jest piękno tych utworów – nie komplikują niepotrzebnie tekstów.

"Gloria Victis" przypomina nam o przeszłości – o tym co utraciliśmy, ale również o tym co dzięki odwadze zdobyliśmy. Gdy słuchałam tych piosenek, cały czas miałam skojarzenia z "Czasem honoru". Jest to mój ulubiony serial o bardzo podobnej tematyce co album muzyczny, dlatego połączyłam ze sobą te dwa wątki. Płyta daje motywację do życia i wiary w nasz kraj. Są to idealne melodie na piknik ze znajomymi. Podniesie morale, ale także miło się będzie słuchać wśród bliskich nam osób. 

Muszę się przyznać, że spodziewałam się całkowicie czegoś innego, ale jestem zadowolona, że przesłuchałam "Gloria Victis". Myślę, że każdy Polak powinien zrobić to samo bez względu na gusta muzyczne.      

Za możliwość wysłuchania płyty dziękuję bardzo portalowi Zażyj Kultury 

niedziela, 1 maja 2016

Davos

Tytuł: Davos

Zespół: Rebeka

Kraj: Polska

Gatunek: Electro pop

Wytwórnia płytowa: Brennnessel, ART2

Rok wydania: 2016 r.

Czas trwania: 43 min. 

Ocena: 7/10




Muzyka... Tyle razy opowiadałam wam, jak wielką rolę odgrywa w moim życiu. Jest wszędzie. Codziennie spotykam się z nią w każdym obszarze życie – droga do szkoły, odpoczynek, film... Czy da się bez niej żyć? Moim zdaniem nie. Nawet gdy przychodzą te smutne chwile, gdy nie chcemy istnieć, gdy w naszym życiu wydarzyła się jakaś tragedia. Nawet wtedy muzyka jest ostoją, która ma moc zmienia ludzi. Czy nie zakładacie w takich momentach słuchawek na uszy i nie udajecie, że nasza rzeczywistość nie istnieje? Liczy się tylko to co teraz i tu? To jest moim zdaniem najlepszy sposób, mimo że często krytykowany. Człowiek musi zebrać siły, a na to pozwalają te dźwięki i słowa płynące z tego małego urządzenia. Wtedy życie nabiera sensu.

Z Rebeką nigdy wcześniej się nie spotkałam. Nawet nie miałam pojęcia, że można w Polsce spotkać tego rodzaju gatunek. Niestety Polska kojarzy mi się wyłącznie z disco polo, co jest bardzo mylnym postrzeganiem. Dlatego jestem szczęśliwa, że mogę poznawać nowe utwory, gatunki i wokalistów, którzy stawiają na inny typ muzyki niż ten typowy na imprezy. Co prawda "Davos" nie do końca przypadł mi do gustu, ponieważ preferuję inne kategorie dźwięków. Jednak mimo to odkryłam w tym albumie coś więcej, co do końca nie jestem w stanie określić, lecz wywarło to na mnie pozytywne wrażenie. 

Kompozycja utworów jest bardzo spokojna. Nie są to moce dźwięki, które obecnie są tak bardzo popularne. Jest to nostalgiczna muzyka, pozwalająca na wycofanie się w głąb siebie. Bez wątpienia jest idealna, by usiąść, patrzeć na krople deszczu i poddać się głębokiej refleksji na temat życia i naszej przeszłości. Takie było moje odczucie i do końca utrzymało się. Rzadko wybieram taki sposób spędzania czasu. Lubię oddawać się zadumie, lecz najczęściej dotyczy to żywych tematów, więc naprawdę muszę mieć odpowiedni humor, by przesłuchać całą taką płytę. 

Wokalistką jest Iwona Skwarek, która ma oryginalny głos. Nie mogę do końca powiedzieć, że jest niepowtarzalny i zapamiętam go na długo, jednakże nie ma wątpliwości, że przypadkowo spotkana osoba na ulicy nie może pochwalić się takim wokalem. Jakbym miała go określić, to moim zdaniem najlepszym słowem jest "ładny". Pasuje mi idealnie do Iwony Skwarek. Jest bardzo delikatny i dobrze poprowadzony. Nie znajdziemy w nim ani jednego fałszu, co jest najistotniejszą kwestią.

Teksty piosenek przemawiają do mnie. Mój angielski nie jest na tyle dobry, bym zrozumiała całe teksty, jednak gdy sprawdziłam, co dokładnie znaczą, przypadły mi do gustu. Są raczej o ponurym zabarwieniu, ale dzięki temu jesteśmy skłonniejsi, by przemyśleć niektóre sprawy w naszym życiu. Jestem pewna, że część osób odnajdzie w tych słowach samych siebie, a u innych na pewno podziała empatia. Część z nich odwołuje się do miłości, dlatego pewnie niektórych czytelników to zniechęci, gdyż takich utworów jest tysiące. Rebeka ma dość oryginalne podejście do tego tematu i nie ogranicza się wyłącznie do niego. Wplata wiele ciekawych przemyśleń.

Jedna rzecz trochę mnie zniechęca. Utwory, jeśli słucha się je jednym ciągiem, są dość podobne do siebie. Łatwo przegapić fakt, że zaczął się kolejny. Wprowadza to pewien element nudy, która może być odbierana negatywnie. Brakuje w "Davos" jakieś różnorodności, która postawiłaby wszystko do góry nogami. Dlatego łatwo zapomnieć o tym albumie.

Zespół Rebeka zrobił na mnie dobre wrażenie. Czy wysłucham więcej jego płyt? Jeśli będę miała okazję zrobię to na pewno, lecz czy tak po prostu... Sama nie wiem. Jeżeli lubicie mocną i żywą muzykę, nie jest to płyta dla was. Lecz jeśli gustujecie w spokojnych i nastrojowych utworach, koniecznie musicie zapoznać się z "Davos".      

Za możliwość wysłuchania "Davos" dziękuję bardzo portalowi Zażyj Kultury 

czwartek, 14 kwietnia 2016

Pieśń Starego Lasu


Tytuł: Pieśń Starego Lasu

Zespól: Leśne Licho

Kraj: Polska

Gatunek: Folk metal

Rok wydania: 2016 r. 

Ocena: 9.5/10









Czasami muszę po prostu odpocząć... To jest naturalne i nikt nie powinien się przed tym bronić. Jednak wiecie, mnie nie chodzi o relaks, który ma sprawić, że zdobędę siły i będę mogła dalej pracować. Chodzi mi o odcięcie się od świata. Coś, co uczyni, że przeniosę się do własnej rzeczywistości, gdzie wszystko odbywa się według moich zasad. Czy nie macie tak czasami? Na pewno część z was tak. Lecz musi do tego być odpowiedni nastrój... Czy muzyka nie jest idealną inspiracją? Tymbardziej jak ktoś tak jak ja lubi stare i mroczne klimaty, gdzie nie wiadomo czego można się spodziewać. Gdzie tym razem się przeniosłam? 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o zespole Leśne Licho i jak mam być szczera jest to dość nietypowa nazwa, która oczywiście przyciągnęła moją uwagę. Nie mogło być inaczej. Magiczna okładka, niesamowity tytuł i pewna piosenka, która kojarzy mi się z jedną z moich ulubionych serii. Jak mogłam nie przesłuchać "Pieśni Starego Lasu"? Konkretnym utworem, który ostatecznie mnie przekonał do zapoznania się z tym albumem jest "Pani Jeziora". Podejrzewam, że wiele osób teraz tak samo jak wcześniej ja zastanawia się nad znaczeniem tego tytułu. W końcu to nie może być przypadek, że pewna książka nazywa się identycznie, ale o tym później...

"Pieśń Starego Lasu" bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie oryginalnością. Nie są to typowe utwory, które spotykamy w radiu, czy na starych kasetach rodziców. Jest to coś unikatowego, z czym nigdy wcześniej się nie spotkałam. Jest to nietypowe połączenie muzyki średniowiecznej z elektroniką. Pewnie wiele z was zastanawia się jak to możliwe i czy to w ogóle ma sens. Tak dwa różne od siebie gatunki jako jedność? Sama na początku zdziwiłam się, ale właśnie to niesztampowe połączenie stworzyło niekonwencjonalne melodie, które wyróżniają się na tle innych oraz wpadają w ucho. Nie byłam wcześniej tego świadoma, ale dokładnie czegoś takiego poszukiwałam i nadal nie mogę uwierzyć, że znalazłam.

Nieraz i nie dwa wspominałam wam, jak bardzo jest dla mnie ważny wokal. To właśnie on może sprawić, że utwory staną się magiczne i zawładną nad naszym umysłem, ale również mogę odebrać urok melodii. Wokalistką Leśnego Licha jest Agnieszka Grala, która znakomicie odnajduję się jako główna piosenkarka tego zespołu. Jej głos jest niesamowicie plenny i dobrze poprowadzony. Potrafi dostosować tonację do odpowiedniego taktu, ale również przekazać nam najróżniejsze emocje. Moc jej wokalu nadaje pewności siebie i przekonuje, że warto słuchać dalej, by odkryć coś niespodziewanego.

Jednak największym plusem całego albumu muzycznego są teksty. Dotychczas nie spotkałam się z taką tematyką, więc bardzo mile mnie zaskoczyła. Nawiązują one do słowiańskich wierzeń. Jest to nasza kultura, która w obecnych czasach jest pomijana, jednakże miała wielki wpływ na naszą tożsamość. Cieszę się, że ktoś chce o tym przypominać. Teksty są oryginalne i opowiadają konkretne historie. Pozwalają nam się przenieść do czasów średniowiecza i oddać wyobraźni. Nie powtarzają się i nie są bezsensowne. Właśnie dlatego tak bardzo je cenię. Wspomniałam o "Pani Jeziora". Jak już zapewne się domyśliliście kojarzy mi się z "Sagą o Wiedźminie". Jest to inna historia, ale oparta na podobnym motywie. Czy może być coś piękniejszego?

Od "Pieśni Starego Lasu" oczekiwałam bardzo dużo i moje pragnienia zostały spełnione. Album okazał się dokładnie tym, czego szukałam i jestem szczęśliwa, że mogę teraz się nim cieszyć. Jednak nie zachęcam was jednoznacznie do przesłuchania go. To nie jest muzyka dla każdego i podejrzewam, że wiele słuchaczy nie umiałoby znaleźć w tym rodzaju muzyki tak wiele pozytywnych aspektów jak ja. Natomiast jeśli lubicie zaskakujące połączenia i średniowieczne klimaty, jest to dla was pozycja obowiązkowa do wysłuchania. 

Za możliwość wysłuchania płyty dziękuję bardzo portalowi Zażyj Kultury 


poniedziałek, 21 marca 2016

Niepokoje


Tytuł: Niepokoje

Zespół: Milczenie Owiec

Kraj: Polska

Gatunek: Hard rock

Wytwórnia płytowa: MJM Music PL

Rok wydania: 2016 r.

Czas trwania: 40 min.

Ocena: 6/10



Bez muzyki nie mogłabym żyć. To jest jednoznaczne stwierdzenie, którego nie da się podważyć. Odkąd pamiętam, interesowałam się tą dziedziną i nigdy nie przeszkadzało mi, że nie posiadam talentu muzycznego, przez co nie umiem tańczyć ani śpiewać. Jednakże słyszę dobrze dźwięki, co pozwala mi subiektywnie oceniać różnego typu utwory. W swoim życiu wysłuchałam niesamowitą ilość kompozycji. Weszło mi to do tego stopnia w krew, że dzień, w którym nie przesłucham kilku piosenek i nie poznam jakieś nowy, jest dniem straconym. Muzyka ma w sobie potęgę. Jest w stanie sprawić, że poniesiemy klęskę, ale również wstaniemy i sprawimy, że nasze życie będzie piękne. Czy nie jest to pewnego rodzaju żywioł? 

Nigdy w świecie nie słyszałam o zespole Milczenie Owiec. Przyznajcie, jest to bardzo oryginalna nazwa, która przyciąga, ale wywołuje też pewnego rodzaju zwątpienie. Jednak każdy zespół, który ma nietypową nazwę, wykazuje się kreatywnością. Wtedy nasuwa się pytanie, czy to tylko złudzenie, czy zapowiedź wielu chwil przy naprawdę dobrej muzyce. Aczkolwiek mnie ostatecznie przyciągnął gatunek. Dominuje hard rock, który jest moim ulubionym typem muzyki, na którym mogę powiedzieć, że dość dobrze się znam. Lecz zawsze opierałam się na zagranicznych zespołach. Wcześniej nawet nie przyszło mi do głowy, że Polacy również skupiają się na tym gatunku. To przeważyło. Zbyt lubię nowe rzeczy, by nie przesłuchać najnowszego albumu Milczenia Owiec – "Niepokoje". Jakie odczucia pozostawiła po sobie ta płyta?

Co do melodii mam najróżniejsze odczucia. Jak przed chwilą wspomniałam, spodziewałam się czegoś podobnego do zagranicznych zespołów. "Niepokoje" to coś innego. Mają w sobie wyznaczniki hard rocka, jednakże jest to bardziej ten zwykły rock. Co dość dziwne, cały album jest bardzo różnorodny. Znajdują się na nim powolne utwory, ale również te o mocniejszym brzmieniu. Z jednej strony robi to na mnie bardzo dobre wrażenie, ponieważ płyta nie jest monotonna i jest wiele odmiany, lecz z drugiej strony jest to chaos, który dość trudno słuchaczowi zrozumieć. Każda kompozycja pod względem instrumentalnym bardzo dobrze jest połączoną, nadając danej piosence niespotykany wydźwięk, który spodoba się niejednej osobie.

Milczenie Owiec ma za sobą dość burzliwą karierę. Zespół został założony w 2002 roku w Trójmieście, rozpadł się w 2008 roku, a swoją działalność wznawia w 2010 roku z całkowicie zmienionym składem. Ja poznałam tych najnowszych członków. Wokalistką obecnie jest Aleksandra Wysocka. Muszę przyznać, że trudno mi wyrobić sobie o niej opinię. Nie mam wątpliwości, że śpiewa poprawnie i przede wszystkim nie fałszuje, jednakże nic ją nie wyróżnia. Jej głos jest naturalny, ale nie wyodrębnia się niczym wśród innych zespołów. Takich piosenkarek jest naprawdę dużo i ciężko się wybić wśród tak licznej konkurencji. Na pewno słucha się jej przyjemnie, ale jestem przyzwyczajona do nietypowych głosów, które pozna się od razu, nie znając utworu. 

Bardzo ważne są dla mnie w muzyce teksty. W zagranicznych utworach raczej nie zwraca się jakoś wyjątkowo na to uwagi, ponieważ rzadko rozumiemy wystarczająco słowa. Lecz w własnym języku odgrywa to istotną rolę, o której nie można zapominać. Odpowiedni tekst połączony z mocnym brzmieniem bardzo silnie oddziaływuje na człowieka. W "Niepokojach" występuje rozmaitość. Niektóre piosenki w ogóle nie wyróżniają się. Po prostu są i nie jestem w stanie nic więcej powiedzieć na ich temat. Natomiast niektóre naprawdę przemawiają do mnie. Sprawiają, że zmieniam swój sposób myślenia. Są inteligentne i pełne emocji, co mnie przekonuje.

Cała płyta ma różny poziom. Są utwory, które wyróżniają się na tle innych i cieszę się, że je poznałam. Jednakże są i takie, które wywołują we mnie pokłady irytacji. O samym zespole nie wyrobiłam sobie ostatecznej opinii. W tej chwili są dla mnie obojętni, ale jestem przekonana, że  z kolejnym albumem może się to zmienić.

"Niepokoje" są jednym z wielu albumów, które są dobre, ale łatwo o nich zapomnieć. Jeśli lubicie mocniejsze brzmienie, ale też spokojne takty, zachęcam was do zapoznaniem się z nim. 

Za możliwość wysłuchania albumu dziękuję bardzo portalowi Zażyj Kultury 

Mój ulubiony utwór z albumu "Niepokoje"


piątek, 9 października 2015

Amy


Tytuł: Amy

Reżyser: Asif Kapadia

Produkcja: Wielka Brytania

Gatunek: Biografia

Czas trwania: 2 godz. 7 min.

Premiera: 7 sierpnia 2015 r. (Polska), 16 maja 2015 r. (świat)

Ocena: 9/10









Mieliście kiedyś marzenie, żeby śpiewać, komponować i żyć w świecie muzyki? Jestem pewna, że przynajmniej raz w życiu takie pragnienie pojawiło się w waszej głowie. Co z nim zrobiliście? Uznaliście za głupie? Może spróbowaliście śpiewać w szkolnym lub kościelnym chórku? A może udało się wam spełnić je i oddaliście swoje życie dźwiękom? Amy nigdy nie chciała być sławna, ale kochała śpiewać i robiła to wyśmienicie. Miała swój styl i poglądy (nie tylko muzyczne), które sprawiły, że trafiła na wielką scenę i oczarowała publiczność oraz krytyków. Spełniła swoje marzenia, by śpiewać, ale one przerosły jej oczekiwania i stały się przykrym obowiązkiem. Musiała sobie jakoś z tym poradzić, a ludzie najczęściej używają do tego trzech rzeczy – alkoholu, narkotyków i miłości. Walczyła... Jednakże w 2011 roku przegrała. Co było przyczyną śmierci Amy? Jakie piekło musiała przejść sławna piosenkarka? 

Jeśli mam być szczera, to muszę przyznać, że o Amy Winehouse wcześniej nie słyszałam. Całkiem przypadkiem poszłam na przypadkowy film pod tytułem "Amy". Nie miałam pojęcia, że jest to biografia i opowiada o życiu wybitnej osoby. Oczywiście okazało się, że jej piosenki są bardzo dobrze mi znane, ale nie łączyłam ich z konkretnym człowiekiem ani tym bardziej ze smutną historią. Czy żałuję, że poszłam na tę produkcję? Zmieniła ona wiele w moim życiu, a każda zmiana uczy nas czegoś, więc jak najbardziej cieszę się, że miałam okazję poznać tę trudną historię. Miałam również szczęście, ponieważ trafiłam na seans z krytykiem filmowym, który poruszył pasjonującą dyskusję na temat filmu i problemów wynikających z niego.

Część z was wie, że nie jestem zwolenniczką filmów opartych na faktach. Nie przeczę, że życie opowiada niesamowite historie, które często są bardziej ekscytujące niż te fikcyjne. Jednak życie toczy się swoją drogą, a świat nierealny swoją.  Lecz w ostatnim czasie zaczynam zmieniać zdanie. "Amy" jest oparta na prawdziwych zdarzeniach, co spowodowało, że zobaczyłam sławnego człowieka w świetle życia, a nie reflektorów. Piosenkarka, która powinna mieć wszystko, stała się dla mnie ludzka i zobaczyłam, że poza wybitnym talentem nie różniła się ode mnie. Tak samo pragnęła akceptacji, miłości, a przy tym zachowała siebie, co bardzo mi zaimponowało. W samej produkcji zaskoczyło mnie, że życie Amy nie było odtwarzane przez aktorów, tylko stworzone z prawdziwych, często amatorskich nagrań i teraźniejszych komentarzy osób znających tę kobietę. Wszystkie urywki z rodzinnych, towarzyskich nagrań i audycji z różnego typu koncertów, czy gal stworzyły razem historię, która działa się naprawdę i nie jest przekłamana. Nawet ludzie, którzy opowiadali o Amy, nie zawsze mówili o niej w samych superlatywach. Zgadzali się, że była niesamowitym człowiekiem, ale ukazywali też jej wady, pragnienia i coraz większe problemy. Dzięki temu miałam wrażenie, że dobrze znam kompozytorkę.

"Amy" jest też uniwersalnym filmem, ponieważ przedstawia bardzo istotne problemy, które dotyczą wielu osób, tylko często są zatuszowane. Gdy słyszycie, że jakiś piosenkarz zdobył nagrodę i otrzyma za to dużo pieniędzy, myślicie, że ma wszystko i jego życie jest rajem. Większość z nas nawet nie pomyśli, jakie jest to obciążenie dla utalentowanej osoby. Wszyscy fani kochają go i liczą, że zdobędzie kolejne trofeum, ułoży jeszcze lepsze utwory, a jego głos z każdą chwilą będzie przyjemniejszy dla ucha. Biografia ukazuje, jak bardzo niektórzy przeżywają takie zobowiązania. Wtedy łatwo jest wpaść w alkoholizm, narkotyki. Wszyscy wiemy, że są to choroby ciężkie, których nigdy do końca nie da się wyleczyć. Są jak cień, który nigdy nie rozstaje się z nami. Poza tym olbrzymia liczba osób podziwia nas i uwielbia. Ale komu tak naprawdę zależy na całokształcie? Amy pragnęła prawdziwej miłości, która nie będzie oparta na talencie, czy pieniądzach, tylko na akceptacji, zaufaniu i wadach.

Cały film jest bardzo emocjonalny. Wywołuje w nas skrajne emocje. Widzimy radość Amy, ale też jej niewyobrażalne cierpienie. Pojawia się szok, by za chwilę przerodzić się w szczery śmiech, który z czasem zgaśnie zastąpiony łzami. Ukazuje, jak ważna w życiu człowieka jest akceptacja przez bliskie osoby i wiara, że może się udać. Poza tym skłania do refleksji. Człowiek zadaje sobie pytanie, jak można było jej pomóc. Szuka odpowiedzi, by jej ostatecznie nie znaleźć... "Amy" sprawiła, że zrozumiałam, że nie każdemu można pomóc, choć zrobiłoby się wszystko, co tylko w naszej mocy. To musi wyjść od danego człowieka i dopiero znaleźć oparcie w kimś innym.

Polecam tę produkcję każdemu dojrzałemu człowiekowi, który czuje się na tyle silny, by przeżyć podróż w przeszłość narkomanki i zrozumieć, co nią kierowało.

PS: Najczęściej będę teraz pisać recenzję filmów, ponieważ mam dużo obowiązków i gdy jestem wykończona, łatwiej jest mi obejrzeć dwugodzinny film niż przeczytać długą książkę. Poza tym w moim małym miasteczku od połowy października będzie otwarte najnowocześniejsze kino w promieniu pięćdziesięciu kilometrów :) Nie oznacza to jednak, że recenzje książek nie będą się pojawiać.   



niedziela, 27 września 2015

Fiery The Angels Rose


Tytuł: Fiery The Angels Rose

Wykonawca: Really Slow Motion

Gatunek: Trailer Music

Wytwórnia płytowa: Really Slow Motion Music

Rok wydania: 2014 r. 

Czas trwania: 43 min.

Ocena: 8/10





Większość z was uwielbia oglądać filmy. Jest to oderwanie się od naszej często monotonnej rzeczywistości i przeniesienie się do innego świata, który albo jest tak tragiczny, że od razu czujemy się lepiej, że to nie nas dotyczy, albo jest arkadyjski, przez co sprawia, że sami ulegamy pozytywnym emocjom i nasz dzień staje się lepszy. Wystarczy jeszcze do tego dodać odpowiednich bohaterów, niezwykłe wydarzenia, dziejące się w innym świecie lub po prostu nieznanym nam środowisku i film, który nami zawładnie, jest gotowy. Cały ten proces brzmi bardzo prosto, ale tak naprawdę jest skomplikowany. Zastanawialiście się, co sprawia, że dana scena jest taka tajemnicza, pełna grozy, czy napięcia? Na pewno i podejrzewam, że część z was dobrze zna odpowiedź – muzyka. To właśnie ten niepozorny dodatek w filmach sprawia, że odczuwamy dane emocje. Przenosząc się do innego świata, nie zwracamy uwagi na takie drobnostki, a one oddziałują na nas z olbrzymią potęgą.  

Słucham muzyki filmowej, odkąd uświadomiłam sobie, że w wielkim stopniu to ona decyduje o jakości danej produkcji. Oczywiście nie jest w stanie zastąpić wszystkich części montażu ani tym bardziej fabuły, ale bez niej film nie byłby ciekawy. Zafascynowało mnie to, co za skutkowało poszukiwaniem kompozytorów, wytwórni, które zajmują się tym typem muzyki klasycznej. Zaczęłam baczniej obserwować kinematografię pod tym kątem i wyczuliłam się na dźwięki odtwarzane podczas filmu. Często zdarza się, że znam całą playlistę filmową, a nie jestem w stanie powiedzieć, o czym był film, jeśli w ogóle oglądałam go. 

W ostatnim czasie poszukiwałam jakiś nieznanych mi wytwórni, które komponują tego typu muzykę i przypadkowo trafiłam na Really Slow Motion (tłum. rzeczywiście zwolnione tempo). Nigdy nie słyszałam o tej wytwórni, więc od razu przyciągnęła moją uwagę. Została założona w 2013 r., dlatego nie zyskała jeszcze popularności i tak naprawdę nadal jest na etapie walki o miejsce wśród innych wytwórni tego typu. Jednak mimo tego posiada na swoim koncie już pięć pełnych albumów w tym trzy są wydane  w bieżącym roku. Jestem pod wrażeniem takiego tempa tworzenia i nagrywania. Na razie miałam okazję przesłuchać ich pierwszy album – "Fiery The Angels Rose" (tłum. płomienna róża aniołów). Muszę przyznać, że zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Może nie będzie należał do moich ulubionych albumów, ale na pewno długo będę go wspominać.

Lubię, gdy muzyka daje mi jakąś inspiracje, z której będą mogła ułożyć niezwykłą opowieść. Ten album dał mi ją z całą mocą. Pierwsze utwory zaczynają się bardzo tajemniczo, jakby dawały dużą dawkę małych sekrecików, które nie chcą połączyć się w całość. Przekazują całą gamę emocji. Podczas słuchania niektórych utworów czułam olbrzymi ból, który objawiał się czasami wręcz fizycznie. Czuło się, że kompozytor chciał nam przekazać skrajne emocje. Pojawiało się szczęście, które powoli nikło, by zostać zastąpione cierpieniem, a następnie ponurą akceptacją. Uczucia ciągle przeplatały się, oddziaływając silnie na moją psychikę. I to właśnie bardzo cenię w tego typu kompozycjach. We wspomnieniach nie mam fragmentów utworów, ale emocje, które odczuwałam podczas ich słuchania.

Doceniam również to, że kompozytorzy stworzyli bardzo niespokojną całość. Nie bali się nałożyć na siebie różnych, często kontrastowych dźwięków. "Improwizowali", tworząc oryginalną i skrajną muzykę. Zdarzało się też, że dodawali dźwięki niemuzyczne, pochodzące z codziennego świata, co stworzyło jeszcze bardziej odrealnioną rzeczywistość, ale z elementami dobrze nam znanymi. I największym zaskoczeniem było w plecenie w tło metalu. Nigdy bym się niespodziewana takiego przebiegu i przyznaję, że jestem w szoku, ale tym pozytywnym. Na tyle albumów z muzyką filmową, które przesłuchałam, nie spotkałam się z takim dodatkiem.

W najbliższym czasie mam zamiar zapoznać się z innymi albumami bądź utworami Really Slow Motion. Jestem pozytywnie nastawiona i oczekuję naprawdę wiele. Tymczasem wszystkich wielbicieli trailer music zapraszam do wysłuchania "Fiery The Angels Rose". Jestem pewna, że przypadnie wam do gustu. A innych zachęcam do zapoznania się z tym gatunkiem muzycznym.

PS: Całkiem niedawno obiecałam Wam, że będę często recenzować albumy muzyczne z różnych gatunków i jak dotąd jest to dopiero druga taka recenzja, ale jestem pewna, że nie ostatnia. Lecz prawdopodobnie skupię się na muzyce filmowej, metalu alternatywnym i hard rocku. Oczywiście to nie oznacza, że inne w ogóle nie pojawią się. Chciałam też podkreślić, że nie jestem krytykiem muzycznym i nie mam nawet słuchu muzycznego, dlatego, jak sami widzicie, są to bardziej moje odczucia niż konkretna ocena ;) Przypominam również o ankiecie na temat filmów oraz za chwilę pojawi się również ankieta dotyczące tego rodzaju recenzji :)

Dark Templars - Really Slow Motion


niedziela, 17 maja 2015

Niepokorna

Tytuł: "Niepokorna"

Autor: S.C. Stephens

Tłumaczenie: Joanna Grabarek

Seria: Bezmyślna

Tom: III

Kategoria: Literatura współczesna

Wydawnictwo: Akurat

Liczba stron: 653

Ocena: 6.5/10







Życie Kiery nareszcie zaczęło się układać. Ma kochającego męża, lojalnych przyjaciół, naprawiła swoje błędy. Teraz pora ruszyć w drogę po sukces i spełnienie marzeń. Razem z zespołem Kellana jedzie do Los Angeles, gdzie Blagierzy mają nagrać swój pierwszy album. Członkowie zespołu są tym bardzo podekscytowani. Nareszcie dowiedzą się, czy są wystarczająco dobrzy, by słuchacze ich pokochali. Wyobrażają sobie piękne życie gwiazd, których uwielbiają fani, doceniają krytycy, a rodzina jest dumna i gotowa do poświeceń. Jednak życie rockmanów nie jest tak łatwe, jak myśleli... Czy podołają wymaganiom? Ile są w stanie zrobić dla sławy? Czy Kiera poradzi sobie jako żona? Czy Anna zaakceptuje fakt, że niedługo zostanie mamą?

Tak oto dosłownie przed chwilą przeczytałam ostatnią część serii "Bezmyślna". Muszę przyznać, że bardzo niecierpliwie wyczekiwałam na nią. Poprzednie tomy nie zachwyciły mnie. Wielokrotnie irytowały. Jednak wspomnienia pozostały dobre. Właśnie dlatego chciałam się dowiedzieć, jak zakończy się ta trylogia. Nie spodziewałam się wiele po "Niepokornej". Oczekiwałam lektury, przy której będę mogła odpocząć i zrelaksować się. Dokładnie to dostałam.

Na początku miałam duży problem z wciągnięciem się w fabułę. Opisy wydawały mi się nieistotne i nudne. Co chwila musiałam czytać o tym, co wydarzyło się w poprzedniej części. "Swobodna" była stosunkowo niedawno wydana i uważam, że w "Niepokornej" nie było potrzeby co drugi akapit przypominać o wydarzeniach z poprzedniej części. To okropnie nudziło i zniechęcało do lektury. Potrzebowałam dobrych kilkaset stron, aby nareszcie czytać z zaciekawieniem.

Również w początkowych częściach książki irytowała mnie główna bohaterka – Kiera. Jej rozważania wydawały mi się puste i bezsensowne. Miałam wrażenie, że zamiast żyć Kiera rozmyślała nad przeszłością i przyszłością. Brakowało mi teraźniejszości. Co chwila zapewniała o swojej miłości do Kellana, co powodowało u mnie wybuchy furii. O tym już wiem. Każdy, kto czytałam poprzednie tomy, wie o tym bardzo dobrze. Na szczęście Kiera z czasem zmieniła się (albo ja się przyzwyczaiłam) i nareszcie udowadniała, że jest naprawdę wartościową osobą, która może wiele osiągnąć w życiu.  Jej przemiana stała się z czasem dla mnie tematem do refleksji. Na początku miała wielkie plany, ale nie realizowała ich. Później zaczęło się to powoli zmieniać, co wywołało u mnie wielkie zaintrygowanie.

Powieści brakowało też celu. Każda książka powinna go mieć. Nie musi się on spełnić, nie musi być nam znany, ale powinien być wyczuwalny. Niestety tutaj tego brakowało. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Czy nagle stanie się coś, co obróci życie bohaterów do góry nogami, czy może przez sześćset stron będę czytać o trasie koncertowej? W tego typu powieści było to bardzo niepożądane i szkodziło fabule.

Jednak żeby nie było, że książka ma same wady, bo tak nie jest, skupię się teraz na pozytywnych aspektach. Przywiązałam się do bohaterów mimo ich wad i nie zawsze dobrej kreacji. Przez tyle setek stron podróżowałam z nimi, że zaczęłam doceniać ich obecność. Śmiałam się do otwartej książki jak do dobrego znajomego, który opowiedział świetny kawał. Gdyby ktoś mnie spytał, z czego się śmieję, nie byłabym w stanie odpowiedzieć. Po prostu to było zabawne i koniec kropka. Gdy tylko coś niepowołanego działo się, moje serce zaczynało szybciej bić, a ja czułam nieprzyjemne uczucie w klatce piersiowej, które zmagało się z obawami głównej bohaterki.

Jest to piękna opowieść, która wzruszy niejedną osobę. U mnie trudno wywołać płacz, lecz jestem pewna, że wiele pań uroniłoby przy "Niepokornej" kilka łez. Jest to historia, która motywuje, ale również przestrzega. Uczy, jak żyć i radzić sobie z problemami.

"Niepokorną" jak i całą serię polecam kobietom wrażliwym i lubiącym opowieści o wielkiej miłości, gdzie na każdym kroku pojawia się przeszkoda. Natomiast odradzam czytelniczkom, które nie miłują romansów i opowieści o sławie. Ja będę miała dobre wspomnienia po całej serii "Bezmyślna", lecz nie przypuszczam, żeby na dłużej zagościła w moim sercu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Businness & Culture oraz Wydawnictwu Akurat

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

poniedziałek, 11 maja 2015

Human


Tytuł: Human

Zespół: Three Days Grace

Kraj: Kanada

Gatunek: Metal alternatywny, hard rock

Wytwórnia płytowa: RCA Records

Rok wydania: 2015 r.

Czas trwania 39 min. 29 s. 

Ocena: 10/10




Zastanawialiście się kiedyś, czym jest dla was muzyka? Ja robiłam to wielokrotnie. Od dziecka miałam zamiłowanie do muzyki, ale niestety zostałam pozbawiona talentu. Nie umiem ani śpiewać, ani grać na żadnym instrumencie, ani tym bardziej tańczyć (choć się uczę, żeby znać przynajmniej kroki). Jednakże nie sprawiło to, że muzyka stała się dla mnie czymś obcym. Wręcz przeciwnie. Jest dla mnie oderwaniem się od rzeczywistości. Pozwala mi na wyciszenie swoich emocji, ale również często pobudza je. Nigdy nie ograniczałam się do jednego gatunku. Wprost można powiedzieć, że nie znałam żadnych granic pod względem różnorodności utworów. Do dzisiaj tak jest... Na teflonie, wśród moich płyt można znaleźć najróżniejszych wykonawców, którzy mają (lub mieli) różne poglądy na muzykę i jej rodzaje. 

Jednym z zespołów, który stosunkowo niedawno odkryłam, jest zespół Three Days Grace. Poleciła mi go koleżanka. Na początku byłam nastawiona raczej negatywnie, ponieważ jakiekolwiek odłamy metalu były mi obce i raczej niepochlebne opinie zniechęcały mnie do zapoznania się z tym gatunkiem. Jednak stwierdziłam, że muszę wyrobić sobie własne zdanie, a nie powtarzać czyjeś. W końcu zespół Linkin Park zawsze należał do moich ulubionych, a charakteryzuje się mocnym brzmieniem. I wiecie co? W przeciągu krótkiego czasu Three Days Grace znalazło się wysoko na mojej osobistej liście ulubionych utworów. 

Three Days Grace (tłum. Trzy Dni Wdzięku/Łaski – o wiele lepiej brzmi po angielsku) jest zespołem kanadyjskim założonym w 1992 roku pod pierwotna nazwą Groundswell. Obecnie posiada czterech członków. Najczęściej gra metal alternatywny (charakteryzuje go typowe dla muzyki metalowej ciężkie riffy, czyli refren, połączone z niekonwencjonalnymi tekstami i rytmiką) oraz hard rock. 

Ucieszyłam się z pojawienia się nowej płyty i gdy tylko znalazłam czas, postanowiłam przesłuchać ją. Od razu zachwycił mnie głos wokalisty – Matta Walsta, który po raz pierwszy uczestniczył w nagraniu albumu (zastąpił swojego brata). Jestem w stanie powiedzieć, że jego głos idealnie pasuje do muzyki oraz tekstów. Moim zdaniem jest lepszy od poprzedniego wokalisty. Gdy słuchałam ich piosenek, czułam, że wiele włożył w to pracy, a przede wszystkim serca. Da się wyczuć, że wierzy w to, co śpiewa i ma to dla niego sens. Przynajmniej ja tak uważam.

Jednak najbardziej ze wszystkiego do gustu przypadły mi teksty. Rzadko zdarza się, że sprawdzam tłumaczenie. Najczęściej wychwytuję pojedyncze słówka, z których tworzę sobie własną interpretację, jeśli nie cały tekst. Lecz tutaj w większości utworów sprawdziłam tłumaczenie. Dla mnie słowa tych piosenek są bardzo sensowne i inteligentne. Poruszają ważne problemy i sprawiają, że wszystkie emocje eksplodują, by następnie skłonić do refleksji, które często mogą zmienić nasze poglądy na świat. Te teksty są szczere. Nie ma w nich miejsca na kłamstwo.

Część z was pewnie nie przepada za metalem, a druga część go uwielbia. Mówi się, że ten gatunek muzyki albo się nienawidzi, albo kocha. Nie wierzę w to. Utwory na tej płycie są pośrednie. Owszem, występuje tu mocne brzmienie i często ostre słowa. Jednakże poza tym pojawiają się spokojne melodie. Wszystko zależy od zwrotki i uczuć w niej wyrażanych. Nie pojawia się też żaden moment, gdzie jest tak zwane wydzieranie się. Tu wszystko jest emocjonalne. Wszystko zależy od danej chwili i uczuć, które ma nam przekazać.

Ten album akurat polecam każdemu. Bez znaczenia, jaką ktoś lubi muzykę. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś nie mógł znaleźć ani jednej piosenki, która mu się spodoba. Różnorodność jest bardzo duża, dlatego właśnie uważam, że i metalowcy znajdą coś dla siebie, i osoby, które mają upodobania do spokojnej muzyki.

PS: Zdaję się sprawę, że moja recenzja nie jest profesjonalna. Nie znam się na tym, ani nie mam słuchu. Po prostu wyrażam swoje amatorskie zdanie na temat danej muzyki. Chcielibyście, żeby pojawiały się co jakiś czas moje opinie o różnego typu albumach muzycznych? Jak pisałam wcześniej, mam różne upodobania, więc pod tym względem byłaby duża różnorodność :)


Oto utwór, który najbardziej mi się podoba w Human – So What:


wtorek, 5 maja 2015

Coldplay. Życie w trasie


Tytuł: "Coldplay. Życie w trasie"

Autor: Matt McGinn

Tłumaczenie: Karolina Wanat

Kategoria: Biografia

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Liczba stron: 256

Ocena: 7/10











Na świecie jest wiele zespołów muzycznych, które grają najróżniejszą muzykę. Każdy kraj ma swojego własnego wykonawcę lub właśnie zespół, który zyskał sławę. Jednak współcześnie największą popularność zyskują brytyjskie i amerykańskie zespoły. Jednym z nich jest Coldplay, który obecnie ma w Polsce wielu fanów. Dwa lata temu odbył się w Warszawie koncert, na który przyszło bardzo dużo ludzi. Muzycy są uwielbiani przez cały świat. Na ich temat krąży wiele opinii, lecz najczęściej są to te pozytywne. No i oczywiście plotki i ciekawostki znane przez każdego fana. Jednak jak to wszystko naprawdę wygląda? Czy życie w trasie jest takie piękne, jak się wydaje? 

Matt McGinn jest roadie ( tłum. anglojęzyczne określenie osoby, która wyrusza razem z członkami zespołu muzycznego w trasy koncertowe, pełniąc wszelakie role związane z obsługą techniczną; tłum. aut. "mężczyzna (lub kobieta) w czarnym T-shircie i niebieskich dżinsach, który robi różne rzeczy dla zespołu. Często chce mu się pić."), który podróżuje razem z Coldplayem. Postanowił napisać książkę o tym, jak naprawdę wygląda życie piosenkarzy, obsługi technicznej i wszystkich innych ludzi, którzy pomagają przy koncertach podczas trasy koncertowej. 

Nie mogę nazwać się fanką Coldplay'a, ponieważ ani nie byłam na koncercie, ani nie posiadam wszystkich ich płyt, a już na pewno nie znam wszystkich piosenek (choć w ostatnim czasie poszerzam ich znajomość). Jednak te kilkanaście utworów, które znam, bardzo polubiłam (koniecznie posłuchajcie "Charlie Brown" – jest to ich mniej znana piosenka, a jest genialna) i to one sprawiły, że postanowiłam lepiej poznać ludzi, którzy stworzyli je i sprawili, że od pierwszej chwili pokochałam te kilkanaście piosenek. 

Nie wiedziałam, jakiego stylu spodziewać się po tego typu biografii. Bałam się, że zostanę zanudzona na śmierć od pierwszych stron. Nic bardziej mylnego. Matt postarał się, żeby książka była ciekawa i lekka. Nie znajdziecie w niej wyłącznie istotnych faktów, które powinny wam ukazać życie gwiazd rockowych. Oczywiście one też często się pojawiały, ale były przeplatane pomiędzy nieistotnymi anegdotkami. A wiecie jak to jest... Najciekawsze są te nieistotne informacje i to właśnie je najczęściej się zapamiętuje. Te wszystkie "niepotrzebne" opowieści dodały barwy i przede wszystkim humoru książce. Biografia dzięki nim nie była nudną książeczką wyłącznie o ładnym wydaniu. Stała się historią ludzi, którzy coś osiągnęli i przy tym pozostali w miarę normalni (w niedosłownym znaczeniu). Żarty, kłótnie, czy nietypowe historyjki pozwoliły mi spojrzeć na nich, jak na ludzkie istoty. Wszyscy ci sławni ludzie są dla mnie mniej realnymi postaciami niż bohaterowie książkowi. Dzięki "Życiu w trasie" zrozumiałam, że oni też mają swoje własne życie, rodziny, przyjaciół, marzenia (marzeń nigdy za mało). 

Zyskałam też ogromną wiedzę na temat ludzi, którzy nie zyskali sławy, a mają też olbrzymi wkład w sukces Coldplay'a. Na scenie widzimy tylko piosenkarzy i gdzieniegdzie małych ludków, na których i tak nie zwracamy uwagi. A oni są i to dzięki nim możemy przeżywać te wspaniałe chwile pod sceną. Teraz będę zwracać większą uwagę na małych śmiertelników kręcących się koło zespoły, bo oni wcale nie są mali. Są naprawdę kimś wyjątkowym.

Jedyną wadą, która często mnie irytowała, było słownictwo specjalistyczne. W teorii były przypisy do nieznanych słów i słowniczek z tyłu, ale to niekoniecznie mi pomagało. Dla znawców podejrzewam, że większość słów to oczywistość, o której powinien wiedzieć każdy, jednak nie dla przeciętnego człowieka, który nie ma najmniejszego pojęcia o tych wszystkich nazwach. Ten słowniczek nie do końca pomagał, ale był genialnym dodatkiem. Tłumaczenia Matta były bardzo zabawne i często samokrytyczne, co z każdą chwilą sprawiało, że czułam jeszcze większą sympatię do niego.

Jeśli znacie i lubicie piosenki Coldplay'a , ta książka jest dla was. Nie musicie być jakimś superfanem, by ją przeczytać. Jak wcześniej pisałam, ja nim nie byłam (teraz chyba już jestem). Możecie nauczyć się z niej wiele przydatnych rzeczy i pogłębić swoją wiedzę na temat muzyki, a przy tym dobrze się bawić.

PS: Ciekawe co teraz robią członkowie zespoły? :)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 


wtorek, 7 kwietnia 2015

Skrzypek na dachu


Tytuł: "Skrzypek na dachu"

Reżyseria: Jan Szurmiej

Teatr: Teatr Żydowski (Warszawa) 

Kategoria: Musical

Główna rola: Marek Szydło

Premiera: 9 lipca 2002 r. 

Czas trwania: 3 godz. 20 minut

Ocena: 9/10









Mała miejscowość w Rosji – Anatewka – jest miejscem spokojnym, gdzie tradycja króluje nad rozwojem i techniką. Wszyscy znają się tam i razem wiodą spokojne i statyczne życie. Twierdzą, że to żydowska tradycja pozwala im przetrwać i cieszyć się tym, co mają. Główny bohater ma pięć córek, które są jego błogosławieństwem. Mimo sporów, kłótni i przepychanek bardzo je kocha i  jest gotów dla nich zrobić wszystko. A córki dostarczają swojemu ojcu dużo powodów do rozmyślań i podejmowania ciężkich decyzji. W tym samym czasie na małą Anatewkę idzie pogrom. Jednak ludzie nie przejmują się tymi plotkami. Bo niby dlaczego coś miałoby się stać w ich małej miejscowości, gdzie nikomu nie wadzą? Jaki los spotka mieszkańców Anatewki? Co wymyślą córki Tewiego? Dlaczego "Skrzypek na dachu"?

Muszę przyznać, że rzadko bywam w teatrze. W mojej małej miejscowości co prawda jest teatr, ale jest bardziej amatorski. Teraz jest u mnie remont Domu Kultury, a raczej całkowita przebudowa, więc liczę na prawdziwy teatr. Jednak tymczasem udałam się z wycieczką szkolną na spektakl "Skrzypek na dachu". Wiele dobrego słyszałam o nim wcześniej i bez zastanowienia postanowiłam sama sprawdzić, czy te wszystkie pozytywne opinie są prawdziwe. "Skrzypka na dachu" obejrzałam w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Czy było warto? Muszę przyznać, choć to niebezpieczne, że jest to najlepszy spektakl, jaki w swoim życiu obejrzałam. Warto było poświęcić ponad trzy godziny, by obejrzeć tę sztukę.  

Na scenie pojawiło się bardzo dużo aktorów i przy tym wszyscy wykazali się talentem aktorskim. Bardzo mi się podobało, że aktorzy starali się dobrze grać. Było widać, że grali całą swoją duszę i sprawiało im to przyjemność. Miałam wrażenie, że jest to również moja historia, dlatego jestem winna tym ludziom skupienie i zrozumienie opowieści, która rozegrała się przed moimi oczami. W dodatku wspaniała scenografia nadała niepowtarzalną atmosferę, którą czułam jeszcze długo po wyjściu z teatru. Na scenie pojawili się również tancerze i kaskaderzy, co bardzo ubarwiło spektakl.

Również bardzo spodobała mi się fabuła sztuki. Pierwsza część spektaklu pozwoliła poznać dokładnie mieszkańców Anatewki oraz ich zwyczaje. W humorystyczny sposób pokazała tradycyjne życie Żydów. Spokojne i statyczne, pełne tradycji, ale czasami i buntu, który powodował liczne plotki. Pokazał widzom, jak mimo biedy można żyć szczęśliwie i kierować się dobrocią. Natomiast druga część w pewnym momencie stała się kontrastem pierwszej. Wszystko zaczęło się zmieniać. Szczęście nigdy nie trwa wiecznie...

Po wyjściu z teatru nawet nie pomyślałam o tytule sztuki. Dopiero po jakimś czasie zaczęłam się nad nimi zastanawiać i odkryłam jego metaforyczne znaczenie, co wprowadziło mnie w nastrój refleksyjne, ale sprawiło też, że zrozumiałam lepiej sztukę. Skrzypek na dachu – w tych słowach można zawrzeć całą historię ludzkości.

Jak pisałam wcześniej, rzadko chodzę do teatru, więc moja opinia jest bardzo amatorska. Jednak stwierdziłam, że warto napisać jej "recenzję". Wiele ludzi omija teatr szerokim łukiem. Czasami jest to spowodowane wysokimi cenami, co rozumiem, bo również biorę je pod uwagę. Lecz czasami ludzie twierdzą, że po prostu nie warto. W kinie jest więcej efektów specjalnych i nieporównywalna "scenografia". Jest to błąd, bo kino i teatr to dwie różne rzeczy. Zachęcam wszystkich do chodzenia do teatru, a musical "Skrzypek na dachu" serdecznie polecam.

PS: Jeśli są tu wielbiciele i znawcy teatru, to na pewno znaleźli liczne błędy logiczne w mojej wypowiedzi. Wybaczcie, ale jeszcze nie znam się na teatrze. Dopiero się uczę i obiecuję, że kolejna moja opinia będzie bardziej spójna i wykażę się większa wiedzą na ten temat :)


niedziela, 14 grudnia 2014

Rywalki. Książę i Gwardzista


Tytuł: "Rywalki. Książę i Gwardzista"

Autor: Kiera Cass

Seria: Selekcja

Tom: o.5

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Ilość stron: 220

Ocena: 2/10











Historię Ameriki znamy z "Rywalek" i następnych części. Jednak czy subiektywny opis Ameriki może dokładnie wytłumaczyć, co się wydarzyło podczas Eliminacji? Większość z Was odpowie, że nie. I właśnie tak jest. Lecz Kiera Cass nie pozostawia nas z niewiedzą i opowiada tę historię jeszcze z dwóch różnych perspektyw - gwardzisty i księcia. Poznajemy prawdziwe przyczyny, dla których Aspen zerwał z Amieriką. Dowiadujemy się, w jaki sposób Maxon wybierał swoją ukochaną i czego od niej oczekiwał... Jak bardzo różnią się perspektywy trzech różnych bohaterów?

Jeśli czytaliście moje recenzje "Selekcji", wiecie, że nie zamierzałam czytać tego tomu. Od początku założyłam, że został on napisany wyłącznie dla pieniędzy i nie chciałam sobie psuć raczej miłych wspomnień po tej trylogii (dla mnie pozostanie to trylogia). Jednak dostałam szansę przeczytania tego połówkowego tomu. Stwierdziłam, że jak mam taką szansę, to po co ją marnować. Dostałam porządną lekcję, żeby ufać swoim przeczuciom. 

Opis, który możecie przeczytać na okładce książki, bardzo zachęca do przeczytania. Poznać mroczne tajemnice Maxona? Dowiedzieć się kim jest Aspen? Jaki fan "Selekcji" nie chciałby się poznać prawdy? Niestety żadnej z tych rzeczy nie dowiadujemy się. Książka jest idealnym powtórzeniem wydarzeń opowiedzianych wcześniej przez Amerikę. Co prawda występują sytuację, o których nie miała prawa wiedzieć, jednak my mogliśmy się tego domyślić. Dostałam tylko potwierdzenie swoich przypuszczeń. W tej chwili od razu po przeczytaniu powieści, a raczej opowiastki nie mogę znaleźć pozytywnych cech w fabule. Brakuje nawet tej atmosfery, która pojawia się w następnych tomach, a może poprzednich... 

Uważam, że Kiera miała dobry pomysł, tylko nie wykorzystała jego potencjału. Wybrała przypadkowe wydarzenia, które się ze sobą nie łączyły i opisała je z innego punktu widzenia. Gdyby pojawiły się rzeczy niespodziewane, na pewno by przykuły moją uwagę. Jednak takie opisy psuły mi radość z całej serii. 

Jedynym pozytywnym aspektem książki jest playlista, która została wykorzystana w "Rywalkach" i "Elicie". Kocham muzykę. Spędziłam wiele miłych chwil, słuchając wymienionych piosenek. Wielką radość mi sprawiało, gdy znałam którąś. Akurat ta część książki sprawiła mi przyjemność. Pojawiają się również drzewa genealogiczne oraz komentarze Kiery. Jest to dość ciekawy dodatek, lecz raczej niewarty kupowania powieści.

Niestety nie spodobał mi się ten tom. Z mojego punktu widzenia, został wydany wyłącznie w celach finansowych, co niestety jeszcze bardziej mnie zniechęciło. Choć muszę przyznać, że dla fanów może być miłym dodatkiem. Jednak osobom, które nie mają wyjątkowo dobrych wspomnień po serii, stanowczo odradzam.  



Książka przeczytana w ramach wyzwania:

piątek, 5 grudnia 2014

Swobodna


Tytuł: "Swobodna"

Autor: S.C. Stephens

Seria: Bezmyślna

Tom: II

Kategoria: Literatura współczesna

Ilość stron: 624

Ocena:  6/10











Kiera i Kellan po wielu trudnych chwilach nareszcie są razem. Rozłąka dobrze im zrobiła. Zrozumieli, co czują do siebie i zaczęli szanować swoje życie. Jednak między ich trudną miłość w plątał się brak zaufania. Trudno żyć z kimś, kto na twoich oczach zdradzał inne osoby. Dlaczego miałby nie zdradzić ciebie? Lecz w związku zaufanie jest konieczne. Żaden związek bez niego nie przetrwa. Na szczęście dostali szansę, by przekonać się o swojej wierności. Kellan razem ze swoim zespołem wyjechał w trasę koncertową na sześć miesięcy. I Kiera, i Kellan zrozumieli analogię z przeszłymi wydarzeniami. Dla nich ten wyjazd to największa próba ich miłość, jaką mieli dotychczas. Tymbardziej że w mieście pojawia się niespodziewana osoba - Danny - były chłopak Kiery. Czy Kiera będzie umiała dochować wierności Kellanowi równocześnie przyjaźniąc się ze swoim byłym chłopakiem? Czy Kellan będzie umiał odepchnąć od siebie seksowne fanki? I przede wszystkim czy ich związek przetrwa?

Zanim zaczęłam czytać tę książkę, miałam wiele obaw. Poprzednia część podobała mi się, lecz nie do końca przekonywała mnie swoją fabułą. Może wynika to raczej z mojej niechęci do romansów lub po prostu dużej ilości stron... Jednak świat należy do odważnych i właśnie dlatego pozytywnie nastawiona zaczęłam czytać "Swobodną". Czy się zawiodłam? I tak, i nie. 

Pierwsze co przyciągnęło moją uwagę, to barwność postaci. Jak się przekonałam w książkach pani Stephens, są one bardzo dopracowane. Choć to nie zmienia faktu, że główna bohaterka nie podbiła mojego serca. Często też mnie irytowała. Jednak nie mogę nie docenić postaci Kellana. Jest on wyjątkowo nietypowym mężczyzną, który pewnością siebie zakrywa swoje prawdziwe oblicze. Za każdym razem, gdy odkrywałam nową cechę rockmana, czy poznawałam jego tajemnice, nie mogłam się oderwać od książki. Za wszelką cenę chciałam go poznać i odkryć jego prawdziwą duszę.

" - Kellan... ty się boisz? - szepnęłam mu do ucha.  - Dlaczego? Przecież ty nigdy się nie boisz.
- To nie prawda. Nie ma chwili, żebym się nie bał. "  

Powieść dzieliła się na dwa etapy. Pierwszy niestety bardzo mnie nudził, co sprawiło, że miałam problemy z przebrnięciem przez setki stron. Lecz przyszedł moment, gdy wreszcie udało mi się to i wtedy wszystkie chwile, które mnie niezmiernie nudziły, zostały wynagrodzone. W książce pojawiła się akcja, która nadała tempa. Pojawił się również bardzo duży "ładunek emocjonalny", który nawet mnie poruszył, a jest to duże osiągniecie. Zaczęłam przyzwyczajać się do bohaterów, co z czasem zaowocowało przyjaźnią i przywiązaniem. Mimo że często mnie denerwowali, zaczełam przejmować się ich losem i kibicować im. 

Niestety pojawia się kolosalna wada, która bardzo rzutuje na ocenę powieści. Przesłodzone lub przedramatyzowane sceny, które bardzo psuły kompozycję fabuły. Życie ma różne oblicza, jednak nie zmieniają się one co pięć minut. Takie przypadki rzadko się zdarzają i na pewno nie od razu po sobie. Muszę też zwrócić uwagę na sceny erotyczne. Jest to romans, więc oczywiste jest, że pojawiały się bardzo często. Jednakże uważam, że autorka czasami przesadzała. Sprawiała, że wielka miłość Kiery i Kellana zaczęła się stawać zbyt cielesna i często zanikała. Bardzo mnie to irytowało, ponieważ przeczyło to całej tezie książki.

Mam mieszane uczucia, co do tej serii. Z jednej strony bardzo mi się podoba, ale z drugiej niektóre wady są nie do wybaczenia. Aczkolwiek nie zmienia to faktu, że mam zamiar dokończyć trylogię. Jak pisałam wcześniej, przywiązałam się do bohaterów i chcę zobaczyć, jak potoczą się ich losy. Czy polecam? Na pewno polecam wielbicielkom romansów. W swoim gatunku jest naprawdę dobry i nie ma wątpliwości, że urzeknie serce nie jednej kobiety. Odradzam natomiast osobom, które nie przepadają za tym gatunkiem. Nie jest to powieść, która Was zachęci do poszerzenia horyzontów. Jednakże odważni powinni spróbować.    

Za możliwość przeczytania powieści bardzo dziękuję portalowi Business & Culture oraz Wydawnictwu Akurat 

Książka przeczytana w ramach wyzwania: