piątek, 3 kwietnia 2015

Pryncypium


Tytuł: "Pryncypium"

Autor: Melissa Darwood

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Liczba stron: 230

Ocena: 6.5/10














W ciągu kilku dni świat Anieli runął. Straciła prawie wszystko, co kochała i to z jej winy. Teraz musi odpokutować swoje grzechy. Minął rok od feralnych zdarzeń. Dziewczyna studiuje, wkładając w to całą swoją energię oraz ciężko pracuje, by utrzymać matkę i młodszego brata. Jej życie wygląda dokładnie tak samo każdego dnia: praca, szkoła, praca... Jednak gdy spotyka aroganckiego mężczyznę z czarnymi żyłami, jej świat po raz kolejny przewraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Ale czy to dobra zmiana? Kim jest ten gburowaty mężczyzna o granatowych oczach? Czy Aniela ma jeszcze szansę na szczęśliwe życie u boku rodziny?

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej książce. Gdy pierwszy raz zobaczyłam ją, nie przykuła mojej uwagi. Okładka kojarzyła mi się z kolejnym paranormal romance. Miałam rację, ale po dokładnym przyjrzeniu, stwierdziłam, że co mi szkodzi ją przeczytać. Nie każde książki z tego gatunku  takie same, a te oczy na okładce przyciągały mnie. Mimo wszystko okładka ma jakieś znaczenie... Czy pożałowałam swojej decyzji?  Nie, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że warto było przeczytać tę powieść.

Pierwsze co przykuło moją uwagę to nietypowy wątek fantastyczny. Tego jeszcze nie było, a to jest wielki plus. Ludzie, którzy zajmują umieszczaniem się Nomen (tłum. imię jest wróżbą, stanowi znak)... Tak, to mi się spodobało i dzięki temu od razu książka zyskała moją sympatię. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tym i jestem pod wrażeniem pomysłu autorki, który swoją drogą został bardzo dobrze poprowadzony.

Kreacja bohaterów też mi przypadła do gustu. Mimo że zdarzało się, że Aniela potrafiła mnie zirytować, polubiłam tę dziewczynę, tym bardziej że była ludzka i tak samo jak realni ludzie przechodziła przemianę pod wpływem wydarzeń. No i bardzo spodobał mi się Zoltan. Jego historia wzruszyła mnie i mimo jego aroganckiego i często wyprowadzającego z równowagi zachowania, rozumiałam go i chciałam mu pomóc. Poza tym opisy jego urody też zrobiły na mnie wrażenie. Ale nie przerażajcie się! Nie są to długie opisy rozkochanej kobiety. Zwykłe zwrócenie uwagi na wygląd, który po prostu przypadł mi do gustu i według mnie idealnie pasował do historii. 

Oczywiście, jak się pewnie już domyśliliście, w powieści występuje wątek romantyczne. Nie mam na jego temat zdania... Jestem rozdwojona. Przyznaję, że był słodki, ale nie tak jak spotyka się w typowo młodzieżowych książkach. To tak, jak na ulicy widzimy dwoje ludzi, którzy są dla siebie czuli i widać, że się kochają. To jest ten rodzaj słodyczy. Choć trudno mi w to uwierzyć, bo jednak nie możemy zapomnieć, jak czasami zachowywał się Zoltan. 

Jedyną rzeczą, na która mogę ponarzekać, są przeskoki czasowe. Zaobserwowałam już, że wiele w szczególności młodych pisarzy ma z tym duży problem. Często traciłam orientację w czasie. Myślałam, że to ciąg dalszy, a dopiero po chwili zrozumiałam, że dzieje się to ileś miesięcy później.

Książka nie jest ambitną powieścią, przy której możemy snuć szerokie refleksje na temat życia. Jednakże jest przyjemna w odbiorze i wprost idealna na wieczór, by się odstresować po ciężkim dniu. Właśnie na takie dni polecam ją wszystkim nastolatkom.  

Za możliwość poznania nowej opowieści, która wzruszyła mnie do głębi, dziękuję bardzo Autorce – Melisie Darwood

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 
~ Czytam fantastykę
~ Paranormal Romance
~ Klucznik (książka w książce)
~ Wyzwanie biblioteczne

środa, 1 kwietnia 2015

Podsumowanie wyzwania "Najpierw czytam, później oglądam"

Witajcie!

Jak widać, ten miesiąc też nie należał do najlepszych. Wyzwanie ukończyły dwie osoby. Zaczynam powoli myśleć, że to wyzwanie jest bezsensowne, ale dam mu jeszcze szansę. Może się jeszcze uda... :) 


Elfik Book:

1. "Krew elfów" – Andrzej Sapkowski

2. "Czas pogardy" – Andrzej Sapkowski

Fiolka K:

1. "Jednoroczna wdowa" – John Irving

Uwielbiam ten cytat... ~ Elfik 

Pozdrawiamy serdecznie,
Elfik i Healy

wtorek, 31 marca 2015

Posłańcy Przemian

''Posłańcy Przemian'' 
Ewa Kenig

''Wszystkie byty obecne we Wszechświecie podlegają cyklom Istnienia. Przejście z jednej epoki do drugiej oznacza nowe możliwości, ale stanowi też trudne wyzwanie.
Marvin, Marie, Sams i Hugh żyją niczym zwyczajni ludzie, zmagając się z codziennymi kłopotami. Nie zdają sobie sprawy, że w rzeczywistości są wcielonymi Wyższymi Istotami, które mają za zadanie ułatwić naszemu światu wkroczenie na wyższy poziom energii.
Biedny uzdrowiciel, neurotyczna malarka, szamanka z plemienia Hopi i ekscentryczny biznesmen muszą stawić czoła niezwykłym próbom, aby ocalić świat przed osunięciem się w chaos. Czy zdołają odnaleźć swą prawdziwą tożsamość i wypełnić swoją misję?''


Marvin, Marie, Sams i Hugh mają nieść z sobą ciekawą, oryginalną historię z dzieciństwa, jak i życia dorosłego, którą przyprószają elementy fantastyczne. Mogłoby się zdawać, iż ich własna opowieść będzie wyjątkowa, dostarczając nam wiele niesamowitych wrażeń. Niestety. Nie można pomylić się jeszcze bardziej ...

Bez bicia przyznaję już na samym początku, że dobrnęłam zaledwie do 70 strony książki, więc moje odczucia mogą być niezbyt zgrabnie oraz właściwie ulokowane. Co prawda nie wypada pisać recenzji po przeczytaniu zaledwie jednej-czwartej powieści ( i trzeba przyznać, recenzją to nie jest ), ale nie mogłam pozwolić sobie na skrycie dość mieszanych, burzliwych odczuć po marnotrawstwie dwóch tygodni. Tak, dwóch tygodni! Przełknięcie 70 stron zajęło mi aż 14 dni z drobnymi przerwami. I to właśnie dzięki nim złapałam tego sławnego książkowego kaca - pierwszego w moim życiu.

Pani Ewa pisze bardzo drażliwym piórem, który wręcz mącił mi w umyśle. Po przeczytaniu każdego wyrafinowanego, wyszukanego słowa dopadała mnie irytacja, przez co pośpiesznie musiałam przerwać czytanie. Co prawda przemyślane stosowanie wyrazów powinno być pochwałą dla autora, lecz w tym przypadku stało się jego ''potępieniem''. Przez takowy zabieg w zdaniach wyczuwało się niewyobrażalną oporność, tak jakby pani Ewa na siłę starała ukazać swoją inteligentną stronę. Styl autorki oraz chaotyczny wstęp do fabuły odstraszył mnie wystarczająco mocno, abym po ''Posłańców Przemian'' nie sięgnęła w najbliższym czasie, a może i nawet w ogóle.

Podsumowując - ''Posłańców Przemian'' pozostawiam bez oceny. Wielkim nietaktem byłoby dodatkowe zniechęcenie was ogólnym podsumowaniem, bo książki i nie polecam, ale również nie zniechęcam czytelników do zmierzenia się ze stylem autorki. Kto wie, może to właśnie ktoś z was doczyta ją do końca? :)

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Novae Res. 

niedziela, 29 marca 2015

Mroczne przypływy Tamizy


Tytuł: "Mroczne przypływy Tamizy"

Autor: Sharon Bolton

Seria: Lacey Flint

Tom: IV

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 416

Ocena: 7/10









Lacey zrezygnowała ze stanowiska detektywa. Wróciła do munduru i teraz zapewnia bezpieczeństwo ludziom, którzy pływają Tamizą. Uwielbia swoją nową pracę i wreszcie może odpocząć od przeszłości, która wykańczała ją psychicznie. Teraz może zapomnieć kim jest i zacząć wszystko do nowa. Przynajmniej do czas, gdy znajduje w Tamizie zwłoki owinięte w całun. W tej rzecze wciągu roku znajduje się wiele utopionych ludzi, którzy przekonani o swojej sile, chcieli pokonać żywioł. W tym przypadku jest inaczej. Nikt nie ma wątpliwości, że to morderstwo... Czy Lacey będzie umiała pokonać demony przeszłości? Kto jest okrutnym mordercą? I co z tym wszystkim mają wspólnego nielegalni imigranci?

Rzadko czytam kryminały, ale nie oznacza to, że ich nie lubię. Jest to gatunek, który był dla mnie zawsze tajemnicą. Niedawno postanowiłam to zmienić. Jaki sens jest czytać wyłącznie jeden gatunek (w moim przypadku fantastykę)? Przez lata byłam zamknięta w magicznych opowiadaniach, nie znając innych, które niejednokrotnie przewyższają je. "Mroczne przypływy Tamizy" od razu mnie zafascynowały. Sam tytuł mnie przyciągnął. Choć fakt, że widziałam również na żywo Tamizę, też pomógł. Czy żałuję, że dałam się oczarować zanim wzięłam do ręki książkę? Nie, jestem zadowolona, że mogłam zapoznać się z tą powieścią i otworzyć na nowy gatunek.

Od razu rzucił mi się w oczy styl autorki. Jest on idealnie dopracowany. Jakby każde słowo było na swoim miejscu i miało określony cel. Bardzo mi się to podobało, ponieważ dzięki temu akcja biegła dalej. Kiedy działo się coś tajemniczego, pojawiały się krótkie, ucięta zdania, które wprowadzały nastrój grozy i tajemniczości. Liczne opisy sprawiły, że wyobraziłam sobie Tamizę w tamtym momencie. Czułam jej zapach, wiatr. Innym razem mogłam przysłuchiwać się żartom przyjaciół Lacey. Książka była utrzymana w wielu stylach, które razem tworzyły doskonałą całość. Tak jak w życiu – w każdym momencie jest inne.

Również zrobiło na mnie wrażenie, że Bolton poruszyła ważne i często unikane tematy w literaturze – homoseksualizm, banki spermy, trudna sytuacja imigrantów, brak domu. Można by wymienić takich tematów o wiele więcej. Autorka nie bała się ich poruszyć i w dodatku zrobiła to w przyjemny i przede wszystkim naturalny sposób. Są to sprawy, sytuacje, które zdarzają się na co dzień w naszym życiu, ale wolimy ich unikać, bo często są krępujące lub nieakceptowane przez społeczeństwo. Ta książka pozwoliła mi w jakieś części oswoić się z nimi i spojrzeć z innej perspektywy na nie. Według mnie lepszej. 

Sama sprawa kryminalna też była bardzo dobrze przeprowadzona. Nie spodziewałam się takiego przebiegu zdarzeń i ostateczne zakończenie zaskoczyło mnie. Tym bardziej że zostałam kilka razy zmylona, co jeszcze bardziej pogłębiło moje zaskoczenie i sprawiło, że długo będę pamiętać o tej historii. Bardzo ważną rolę odegrała główna bohaterka – Lacey. Nie tylko jako policjantka, ale osoba o trudnej przeszłości, która wiele w życiu przeżyła. Posiada ona wiele tajemnic, które niestety nie zostały ujawnione. Mogę tylko się domyślać, co naprawdę wydarzyło się w jej życiu. Nie czytałam poprzednich części i nie wiem, jak bardzo są ze sobą powiązane, więc Lecay jest dla mnie tajemnicą numer jeden.

Niestety czasami zdarzało się, że książka nie interesowała mnie. Najczęściej były to jakieś normalne zdarzenia z życia człowieka, ale jednak sprawiały, że traciłam chęć na czytanie jej. Gdyby nie pragnienie poznania prawdy o mordercy, nie wiem, czy skończyłabym tę powieść. Jednak dla zakończenia warto było przetrwać takie momenty.

Nie jest to idealny kryminał, ale mimo to warto go przeczytać. Można z nim spędzić wiele przyjemnych chwil na główkowaniu i rozwiązywaniu tajemnic. Mnie przypadł do gustu i gdy będę tylko miała okazję, z chęcią przeczytam poprzednie części.   

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Amber 

Mroczne przypływy Tamizy [Sharon Bolton]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Książka przeczytana w ramach wzywania: 

środa, 25 marca 2015

Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania


Tytuł: "Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania. 

Autor: Katarzyna Bonda

Seria: Maszyna do pisania

Tom: I

Kategoria: Poradnik

Wydawnictwo: Muza

Liczba stron: 320

Ocena: 8/10







Czy kiedykolwiek myśleliście o napisaniu książki? Pojawiło się w Waszej głowie marzenie, by samemu spróbować stworzyć coś niesamowitego? Naszą pasją jest czytanie książek, więc dlaczego sami nie mielibyśmy jakieś napisać? Wielokrotnie miałam tego typu myśli. Nieraz, nie dwa brałam długopis i zeszyt lub siadłam przed komputerem i zaczynałam pisać. Słowa same tworzyły całość, z której byłam dumna i chciałam pokazać moją historię innym ludziom. Jednak niestety nadchodził kolejny dzień, a ja jeszcze raz czytałam swoją pracę. I co się okazało? Nie była już tak genialna, jak wydawało mi się wieczór wcześniej. Liczne błędy, nielogiczne przejścia... Moja opowieść nie nadawała się do niczego. Dlatego właśnie zaczęłam czytać różnego typu porady. Mam pomysł, znam zasady, tylko brakuje mi doświadczenia... Jedną z książek, która pomogła po części je zdobyć, a raczej zmotywować do pisania jest "Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania".

Nie mam zbyt dużej styczności z poradnikami. Zbyt kojarzą mi się z podręcznikami, które codziennie taszczę do szkoły, niszcząc sobie kręgosłup. Ale jak to z przedmiotami – jedne się lubi, a inne nie. Co mi szkodziło spróbować z "Maszyną do pisania"? Po kilku pierwszych stronach zrozumiałam, że nie jest to kolejny nudny poradnik, który nie wnosi nic do mojego życia. Czyta się go bardzo lekko i przyjemnie. Nie ma nic wspólnego z podręcznikami, które skupiają się na przekazaniu na siłę wiedzy, która w osiemdziesięciu procentach nie przydaje nam się w życiu.

Nie mogłam się nadziwić nad językiem autorki. Nie czytałam żadnej książki Katarzyny Bondy, ale wiele dobrego o nich słyszałam. Jak wcześniej pisałam, lekki styl sprawił, że z przyjemnością wgłębiałam się w tajniki wiedzy pisarskiej. Jednak nie był to styl prosty, ani tym bardziej trywialny. Pojawiało się wiele słów, których na co dzień nie używam. Wielką przyjemność sprawiło mi przypomnienie ich sobie. Były idealnie wgrane w kompozycję. Nawet na chwilę nie zwalniały tempa czytania, a dały możliwość poznania nowych słów, co mam nadzieję w przyszłości zaowocuje sukcesem. Tym bardziej że jako osoba młoda rozszerzyłam swój zasób słownictwa.

Ten poradnik nastawił mnie bardzo pozytywnie do życia. Dał motywację, której mi od dawna brakowało. Wiecznie zabiegana zapomniałam o wielu swoich marzeniach, pomysłach. Teraz mogłam wszystko odświeżyć i znowu spróbować. Może naprawdę kiedyś uda mi się napisać dobrą książkę? I przede wszystkim dostałam porządny zastrzyk motywacji, a dla początkującego pisarza nie ma chyba nic lepszego. Zbyt często się poddawałam, a dzięki "Maszynie do pisania" odkryłam nowe pokłady nadziei. 

Niestety w poradniku pojawiła się rzecz, które bardzo mnie irytowała. Wielokrotnie autorka odsyłała do kolejnego tomu, który jeszcze nie powstał. Dla mnie to była zwykła reklama i nieraz zniechęciła mnie do czytania. Zamiast zapoznać się z danym tekstem, musiałam czytać, że więcej dowiem się w kolejnym tomie... Często nie zgadzałam się z autorką, jednak nie przypisuję tego na minus. Jesteśmy różni, dlatego mamy prawo mieć własne zdanie. Patrzymy na niektóre sprawy z innych perspektyw, które z czasem mogą się zmienić. Czasami nawet sprawiało mi przyjemność, gdy mówiłam: i tu się nie zgodzę.

Książka pokazała mi nowe perspektywy i dała wiele przydatnych rad, z których zamierzam skorzystać. Ale przede wszystkim, jak wcześniej wspominałam, dała mi motywację. Jeśli macie zamiar pisać, polecam ją jak najbardziej. Nie musicie się ze wszystkim zgadzać. Najważniejsze jest, że znajdziecie nadzieję na osiągnięcie sukcesu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Business&Culture i Wydawnictwu Muza

poniedziałek, 23 marca 2015

Blackout


Tytuł: "Blackout"

Autor: Mira Grant

Seria: Przegląd Końca Świata

Tom: III

Kategoria: Thriller

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Liczba stron: 512

Ocena: 9/10









Ludzie umierają, rodzą się, ale dla czasu nie ma to znaczenia... On cały czas biegnie dalej, nie zwracając uwagi na tak mało istotną sprawę jak problemy ludzkie. Jest bezwzględny i stały. Minął już ponad rok, odkąd Shaun pożegnał najbliższą sobie osobę na świecie. Podobno dokładnie ten sam bezwzględny czas leczy rany. Nie u niego. Szaleństwo nadal postępuje i niszczy go od wewnątrz. Mimo tych wszystkich wydarzeń, które przeżył, cała ekipa "Przeglądu Końca Świata" nadal na niego liczy, ale on już nie ma siły. W tym samym czasie w oddziale CZKC przeprowadzane są eksperymenty, które dla większości ludzi są nieetyczne i niemoralne. Co chce osiągnąć CZKC? Dlaczego Rick się nie odzywa? I przede wszystkim czy Shaun da radę pokonać własne demony i odnaleźć prawdę?

Od dłuższego czasu chciałam przeczytać tę serię. Nie dlatego, bo podobał mi się opis. Tak naprawdę to raczej zniechęcał mnie do przeczytania cyklu. Zombie to nie moje klimaty. Jednak tyle razy słyszałam pozytywne opinie o "Przeglądzie Końca Świata", że musiałam go przeczytać. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co takiego ludzie w nim widzą. Na pozór jest to kolejna dystopiczna książka, która ukazuje apokalipsę. I to w dodatku za pomocą zombie, które nie są tak bardzo popularne w naszym kraju. Teraz jestem po przeczytaniu całej trylogii i znam odpowiedź na te pytanie. Nigdy nie wierzcie pozorom...

Uważam, że największym mistrzostwem Miry Grant są bohaterowie. W pierwszej części byli bardzo dobrze wykreowani i od razu polubiłam ich. Po przeczytaniu dwóch kolejnych tomów, wiem, że ich kreacja jest wybitna. Obserwacja szaleństwa Shauna była fascynująca. Nie irytowałam się, że muszę wysłuchiwać, jak rozmawia sam ze sobą. To było wręcz naturalne. Rozumiałam go i chciałam mu pomóc. Nie czułam współczucie. Od początku wiedziałam, że jest silnym mężczyzną, który jest w stanie osiągnąć wiele. Ta cała jego obsesja była dla mnie przejawem odwagi. Nie łatwiej byłoby po prostu popełnić samobójstwo? Po tym wszystkim co przeżył, to byłaby najlepsza droga do spełnienia marzeń. Jednak nie zrobił tego w drugiej części. Dopiero zaczął łamać się w "Blackout". Jednak na tyle go już polubiłam, że cokolwiek uczynił tutaj, nie było to w stanie zmienić mojego zdania na jego temat. I to jest tylko jedna postać, a wszyscy bohaterowie mieli swoją historię, oddzielną psychikę, która czymś się wyróżniała. I w dodatku mogliśmy znowu obserwować starych bohaterów i ich zmianę, bo nikt po takich wydarzeniach nie jest już sobą.

Podziwiam również autorkę za historię, którą nam opowiedziała. Przedstawienie jej wymagało wielu przygotowań i niesamowitej wiedzy na podjęty temat. Przekonała mnie. Znałam realia tamtego świata i byłam w stanie uwierzyć we wszystko, co pisała. To było możliwe, ale nie to mnie zachwyciło. Gdyby cała ta historia wydarzyła się w naszym świecie i ktoś przedstawiłby mi takie fakty, uwierzyłabym. Te wszystkie zdarzenia miały swój cel. Ta seria skłoniła mnie do głębokich refleksji na temat naszego świata. Jak w tej chwili ktoś jest w stanie przekonać mnie do tego, to dlaczego to wszystko nie może mieć miejsca w przyszłości? Dlaczego nie teraz? Georgia wyznawała zasadę: prawda jest najważniejsza. Zdałam sobie sprawę, że nie znam jej i raczej nigdy nie będę miała możliwości poznania. To mnie przeraziło.

Powinnam powiedzieć coś na temat zombie... Polubiłam je. Jakkolwiek to brzmi, tak jest. Po trzech częściach przyzwyczaiłam się do nich i zaczęłam traktować jako naturalną rzecz. To była jedyna stała, w którą można było wierzyć. Zawsze były i nikt nie miał, co to tego wątpliwości. Stały się narzędziem w rękach autorki, która sprawnie wykorzystywała je w potrzebnej sytuacji.  

"Kto chce zobaczyć, jak mocuję się z łosiem zombie?"  

Tak można podsumować całą serię. Paradoksalna jak ludzie. Jednakże dzięki temu zaczęłam zastanawiać się nad niektórymi sprawami, które zawsze odkładałam na później. Ale czy później będzie czas? Polecam ją każdemu dojrzałemu człowiekowi. Nie dajcie zwieść się umarlakom. One naprawdę czasami są sympatyczne. Tu chodzi o historię i prawdę, która w każdym możliwym świecie powinna być ujawniona.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non


Książka przeczytana w ramach wyzwania:

sobota, 21 marca 2015

Fantastic hero, czyli ulubieni bohaterzy literaccy


Z racji, że czas upływa nieubłaganie szybko, a książek przybywa postanowiłam zaprezentować wam jak narazie dość ograniczoną liczbę bohaterów literackich, którzy w szczególności zasługują na naszą uwagę. Co prawda w tym czasie na blogu miała pojawić się recenzja Posłańców Przemian, ale od trzech dni tkwię na 50 stronie książki i nie mogę się przemóc, by kontynuować z nią swą podróż. Ale, ale jak widać na dobre wyszło, bo nie tylko styl pisania autorów oraz fabuła zasługuje na nasz aplauz. 

#
Najgorętszą parą literacką, oczywiście jak można się domyślać jest Aaron i Julia z Dotyku Julii. To najbardziej sprzeczne zestawienie, z jakim miałam do czynienia. Z jednej strony ujrzymy cichą, wrażliwą, choć odważną supergirl, a z drugiej skrytego, brutalnego, narwanego przystojniachę. I chociaż obydwoje w końcu ulegają wewnętrznej przemianie dla mnie nadal pozostają kłótliwymi kochankami. :))



#2

Drugą hot parą, której po prostu nie mogłam podzielić jest Kattniss i Petta z Igrzysk Śmierci. Podobnie, jak w przypadku pierwszej pozycji powieść jest jedną z najlepszych lektur jakie dotąd czytałam, a może i tą najlepszą. Kattniss i Petta znowuż z pozoru różni kochankowie, skradli moje serce i po upływie kilku lat nadal nie chcą go zwrócić. Są parą, obok której nikt nie przemknie obojętnie, bo i ich miłość wcale taka dla nas nie pozostaje. Kattniss i Petta wprowadzili coś nowego, oryginalnego i świeżego do świata literatury. Jest to romans, który nie opiera się wyłącznie na ochach, czy achach, a kiełkujący powoli, niedostrzegalnie, nie pozostawiający po sobie tony lukru, których za nic nie można się pozbyć.


#3

Tym razem samotną bohaterką, która odnalazła drogę do mego serca jest Paige z Czasu Żniw. Jest to wyjątkowa postać, której nie zdarzyło się choć przez sekundę wzbudzić we mnie irytację. Chociaż muszę przyznać - niektóre sytuacje powoli wzbudzały moją niechęć to ostatecznie pozostałam spokojna oraz zrównoważona do końca lektury. Gdyby w jakimś stopniu była realistyczna, podbiegłabym i przytuliła ją z całej siły, bo zdecydowanie Paige jest osobą wywołującą pozytywne pobudki u każdego czytelnika. 


#4

Kolejną ukochaną, przemiłą, przecudowną literacką parką jest Sky i Holder z Hopeless. Myślę, że w tym wypadku nie muszę dopisywać nic więcej. Każdy wie, co mam na myśli wpisując ich na tą listę. :))


Mogłabym wymienić tu jeszcze wiele, wiele postaci, ale o nich napiszę w kolejnym tagu. A czy wy macie swoich ulubionych bohaterów? Lub słodkie parki, które skradły wam serce? :)