czwartek, 5 października 2017

Szczypta miłości –Amanda Prowse


Tytuł: Szczypta miłości

Autor: Amanda Prowse

Tłumaczenie: Anna Sauvignon

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 384

Ocena: 7/10











W naszym życiu nie zawsze układa się tak, jak chcemy. Czasami zależy to od wielu sytuacji, na które w ogóle nie mamy wpływu – determinizm, tragedia czy zwykły pech. Jednak mamy wpływ na to, jak sobie z tym poradzimy. Każdy ma odmienne podejście do problemu, ale łączy nas wszystkich jedno. A konkretnie pragnienie miłości i marzenia. Żaden człowiek ostatecznie nie jest w stanie zrezygnować z miłości. Po prostu potrzebujemy jej do życia cokolwiek by się nie działo. To ona pozwala nam na pokonywanie przeszkód oraz szukanie tych najbardziej pozytywnych stron w naszym istnieniu. A marzenia? Czy są w stanie zmienić nasze życie na zawsze? One również mają moc, która pozwala przenosić góry. Wystarczy tylko poszukać w sobie siły, by je spełniać. 

Pru wraz z kuzynką ma własną cukiernię. Ale nie jest to jakaś pierwsze lepsza knajpa ze słodyczami. Jest to jedna z najsławniejszych cukierni Londynu. Nie ma tam miejsca na nieprofesjonalizm, brak dyscypliny czy schematyczne myślenia. Spod rąk cukierników wychodzą dzieła sztuki, które mogłyby się znaleźć w muzeum. Kuzynki osiągnęły to wszystko razem. Wyszły ze skrajnej biedy i spełniły wszystkie swoje marzenia. Ale czy na pewno? Czy w wyścigu po lepszą przyszłość znalazło się miejsce na miłość i oddanie? Czy mając sześćdziesiąt lat można naprawić błędy przeszłości? 

O Amandzie Prowse nie słyszałam prawie nic. Obiło mi się o uszy jej nazwisko, jednakże nigdy nie miałam okazji zapoznać się z jej powieściami. Lecz teraz jestem już po przeczytaniu "Szczypty miłości" i wiem, że jak najszybciej muszę to nadrobić. Nie przepadam zbytnio za literaturą obyczajową, ale że postanowiłam, jak wielokrotnie wam to już mówiłam, otworzyć się na nowe dla mnie gatunki, to czytałam z pasją i oddaniem. Teraz już wiem, że warto czasami otworzyć oczy i spróbować czegoś nowego oraz pokonać uprzedzenia.

Styl autorki okazał się lekki i przyjemny, ale na szczęście nieinfantylny. Dzięki temu powieść czytało się bardzo dobrze i przede wszystkim szybko. Tego właśnie oczekiwałam po tej książce, więc jestem naprawdę usatysfakcjonowana. Choć przyznaję, że brakowało mi w języku czegoś charakterystycznego, dzięki czemu mogłabym bez problemu odróżnić styl autorki. 

Od pierwszych stron książki przepadłam. "Szczypta miłości" jest niesamowicie wciągająca. Sama się zdziwiłam, że tak szybko czytałam i przede wszystkim chciałam poznać dalsze losy bohaterów. Byłam w stanie przewidzieć samo zakończenie, lecz to nie zmienia faktu, że chciałam się dowiedzieć, jak do tego doszło. Tym bardziej że fabuła była dość chaotyczne, przez co miałam istny rollercoaster uczuć. Już się śmiałam, żeby po chwili serce krajało mi się na kawałki. Jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób autorka przedstawiła te wszystkie wydarzenia. Jest to bardzo emocjonalna książka, ale nie wymusza od nas niczego. My po prostu chcemy się zaangażować i przeżywać to wszystko z bohaterami. Skłania nas to do głębokiej refleksji nad życiem, marzeniami i miłością, której tak bardzo potrzebujemy. 

Główna bohaterka – Pru – jest niespójną postacią, pełną sprzeczności, ale pewnie to to sprawiło, że tak bardzo ją polubiłam. Jest to kobieta oceniana na każdym kroku i w tym wyimaginowanym świecie, i przez czytelników. Musiałam podjąć decyzję, kim ona naprawdę dla mnie jest, ale wcześniej czułam obowiązek, żeby przejść się w jej kaloszach i zrozumieć jej postępowanie. Nigdy nie znalazłam się w choćby podobnej sytuacji, więc jest to trudne, ale mimo naturalnej lekkości historii jest to opowieść wymagająca i pełna niekontrolowanych uczuć, co widzimy najlepiej właśnie na przykładzie Pru. Natomiast Christopher to jest całkowicie inna bajka. Polubiłam tego mężczyznę całym sercem, jednakże były takie momenty, gdy w ogóle nie rozumiałam jego postępowania i decyzji. Czasami miałam ochotę go udusić. Jego zachowanie nieraz i nie dwa było irracjonalne i pozbawione uczuć. Jednak prawdopodobnie dzięki temu wydawał się taki ludzki. 

Tematyka jest naprawdę trudna i trzeba jej poświęcić wiele czasu i przemyśleń, mimo że książkę można przeczytać na jeden raz. Porusza problematykę znaną nam z książek kobiecych, ale wchodzi również głębiej. Pokazuje nasze najskrytsze marzenia, ale też ciężką walkę z samym życiem. Mało która powieść zwraca uwagę na ciężką pracę oraz jej konsekwencje – te pozytywne i negatywne. Jednak wydaje mi się, że najważniejsze jest żeby po prostu żyć. Tu i teraz, i nie bać się tego by pokazać, kim się naprawdę jest. 

Nie spodziewałam się, że "Szczypta miłości" tak bardzo mi się spodoba. Byłam do niej nastawiona pozytywnie i otrzymałam jeszcze coś więcej niż oczekiwałam. Jest to jedna z tych książek dla kobiet, która pozwoli otworzyć oczy na świat, ale również dać nadzieję na niesamowite przeżycia i to najpiękniejsze uczucie na świecie – miłość. 


Za możliwość ujrzenia siły prawdziwej miłości oraz poznania kobiety, która nie waha się przed niczym, dziękuję bardzo księgarni Tania Książka

środa, 27 września 2017

Assassin's Creed: Ostatni potomkowie. Grobowiec chana – Matthew J. Kirby

Tytuł: "Assassin's Creed: Ostatni potomkowie. Grobowiec chana"

Autor: Matthew J. Kirby

Tłumaczenie: Michał Jóźwiak 

Cykl: Assassin's Creed – Ostatni potomkowie

Tom: II

Seria: Assassin's Creed

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 400

Ocena: 4/10


Wydaje się wam, że wiecie wszystko o sobie. Znacie swoich rodziców, większość rodziny, swoje zalety i wady oraz położenie, w którym się znajdujecie. Nie macie przed sobą tajemnic, o których istnieniu nie wiecie. Możecie coś wypierać ze swojego umysłu, udawać, że tego nie ma, ale tak naprawdę zdajecie sobie z tego sprawę. Tylko prawda jest inna. Wy jesteście inni, a wasze DNA niesie ze sobą nieodkryte sekrety zmieniające przyszłość. Jesteście żywą maszynę, która może dać nieograniczoną władzę. Walka się rozpoczyna.

Natalia, David, Grace i Sean przebywają w pracowniach należących do templariuszy. Warunki, które zapewnia im Zakon, są idealne. Mogą czuć się bezpieczni oraz mają nieograniczone możliwości, by poznawać wydarzenia z życia swoich przodków. Nie jest to przyjemne, jednakże wiedza zdobywana przez nich jest warta tego poświęcenia. W zamian mają bacznie obserwować świat w symulacji i szukać fragmentu Trójzębu Edenu. W tym samym czasie Owen i Javier są szkoleni przez assassina, który o nich dba, lecz nie jest w stanie zapewnić im odpowiednich warunków. Ma podobne pragnienia jak templariusze. Pytanie kogo wybiorą nastolatki.

Nie znam się zbyt dobrze na serii "Assassin's Creed", lecz wystarczająco by zrozumieć powiązania między assassinami a templariuszami oraz ich dążenia. Mam za sobą pierwszą część napisaną przez Olivera Bowdena. Nie podobała mi się, lecz zachęciła do uniwersum swoim mrocznym klimatem. Dlatego obecnie gram w grę "Assassin's Creed: Revelations". Robią na mnie duże wrażenie te wszystkie tajemnice, mroczne poczynania i skrytobójstwa. To spowodowało, że oczekiwałam bardzo wiele po najnowszej serii o assassinach, choć nie zdawałam sobie sprawy, że "Grobowiec chana" to druga część "Ostatnich potomków". Niestety bardzo się zawiodłam na tej powieści.

Od początku byłam zaskoczona pomysłem na przeprowadzenie tej historii. Zdaję sobie sprawę, że jest to literatura młodzieżowa, ale raczej nie spodziewałam się, że ktoś wykorzysta typowe postacie nastolatków jako głównych bohaterów. Z jednej strony bardzo mnie to zaciekawiło. W końcu najsławniejszego chyba assassina – Ezja – poznajemy jako rozbrykanego młodzieńca. Zastanawiałam się, czy ktoś jest w stanie powtórzyć to w satysfakcjonujący mnie sposób. Ale z drugiej strony... Sami wiecie... Takie młode nastolatki potrafią irytować (tak naprawdę jeszcze przez kilka miesięcy sama nim jestem). I właśnie tego w tym pomyśle najbardziej się obawiałam. I miałam rację.

Chyba z całej książki największy problem miałam ze stylem autora. W ogóle niczym niezwykłym się nie wyróżniał, a dla mnie to podstawa. Poza tym był zbyt lekki. Nie oczekiwałam nie wiadomo jak rozbudowanego języka i kilometrowych opisów, ale czasami po prostu podchodził pod infantylizm. Książka ma naprawdę potencjał. To czemu go nie wykorzystać?

Fabuła niestety jest mało wciągająca, choć do przebrnięcia. Może dlatego że nie jest zbyt rozbudowana, ale myślę, że tego przesadnie nie można wymagać od książki dla młodzieży. Na szczęście pojawia się bardzo interesujący motyw. Dzieciaki wchodzą do symulacji, gdzie przebywają w różnych czasach oraz miejscach. Wszystkie fakty historyczne wydają mi się niezmiernie ciekawe, co bardzo ubarwiło historię. Poza tym niektórzy bohaterowie byli nieświadomi, z kim konkretnie rozmawiali, co dodało pewnego rodzaju pikanterii. W "Ostatnich potomkach" jest coś intrygującego, ale zarazem czegoś brakuje, czego nie jestem w stanie określić.

Do samych bohaterów mam również mieszane odczucia, ponieważ każdy z nich ma własną, całkowicie oddzielną historię, która na swój własny sposób oddziałuje na nich i sprawia, że przyszłość się zmienia. Taki efekt motyla od dawna mnie fascynował i tutaj pomiędzy stronami można go zauważyć. Poza tym bardzo polubiłam Owena, który przez swoje pragnienia oraz samą przeszłość jest postacią rzeczywistą, która potrafi zaskoczyć i przede wszystkim jego poczynania są dla mnie zrozumiałe. Niestety nikt inny nie zyskał mojej sympatii. Spodziewałam się, że ktoś jeszcze się wyróżni, ale nic takiego się nie stało.

Niektórych na pewno zaintryguje wątek samych assassinów i templariuszy. Jest odmienny od pozostałych historii, ponieważ nasza banda nastolatków nie opowiedziała się po żadnej stronie. Patrzymy na opowieść oczami osób bezstronnych, które dopiero się zastanawiają, co jest słuszne a co nie. Ja już dawno opowiedziałam się po jednej stronie i jestem pewna, że to oczywiste której, więc mnie ciutkie to irytowało. Aczkolwiek rozumiem wszystkie opory bohaterów i w wielu sprawach zgadzam się z nimi.

Tematyka jest różnorodna, ponieważ możemy zaobserwować, jak dwie strony walczą o sprawiedliwość, dokonując przy tym przerażających czynów. Nie cofną się przed niczym. Ważny jest cel, a nie sami ludzie. A tak naprawdę wszystko sprowadza się do władzy, która zabiera resztki rozumu i przede wszystkim moralności. 

Jest mi przykro, że ta książka nie zrobiła na mnie odpowiedniego wrażenia, lecz mimo to wiem, że jest wiele młodych osób, którym na pewno by się spodobało. Jednak decyzję musicie podjąć sami. Myślę, że zapoznam się z pierwszą część, ale to raczej w odległej przyszłości.


poniedziałek, 25 września 2017

Genesis II – Krzysztof Bonk


Tytuł: Genesis II

Autor: Krzysztof Bonk

Cykl: Eel

Tom: III

Kategoria: Science fiction

Wydawnictwo: Self Publishing

Liczba stron: 107

Ocena: 7.5/10









Kiedy byłam dzieckiem, zawsze pasjonowały mnie gwiazdy. Wierzyłam, że są czymś więcej niż w rzeczywistości, że są symbolem. Wyobrażałam sobie, że mają kształt taki jak na obrazkach dla dzieci, ale byłam przekonana, że ich istnienie ma coś nam powiedzieć – może są to dusze naszych bliskich, którzy nie żyją, może istoty opiekujące się nami, a może małe planety, gdzie żyją stworzenia podobne do nas. Teraz już wiem, czym naprawdę są, jednak nadal uwielbiam na nie patrzeć i marzyć. Czasami mam wizję, że poznajemy kosmos, że odkrywamy nowe planety, nowe życie. Nie mamy jeszcze jakiś dużych postępów, ale kto wie, co się stanie w najbliższych stuleciach.

Planeta Ziemia jest doszczętnie niszczona. Tak naprawdę już prawie nic z niej nie zostało. Ostatni ludzie, którym udało się przeżyć, walczą, ale już nie mają o co walczyć. Nasze piękne życie na Ziemi zakończyło się w XXIII wieku. Czy są szanse na odrodzenie? Czy ta garstka ludzie jest w stanie stworzyć na nowo życie na zniszczonej planecie? Roe stracił już wszystko. Jego jedynym marzeniem jest przetrwać mimo bólu, cierpienia i wspomnień. Na swojej drodze trafia na dziwną istotę, która jest ranna. Pod wpływem impulsu ratuje ją i odtąd jego życie zmienia się diametralnie. 

Po przeczytaniu trzech tomów z cyklu "Eel" mogę odważnie powiedzieć, że przekonałam się do science fiction. Jak już wiele razy wam wspominałam, nie byłam zbyt dobrze nastawiona do tego gatunku, jednak chciałam dać mu szansę i teraz wiem, że to była bardzo dobra i owocna decyzja. To doświadczenie tylko mnie utwierdza w przekonaniu, że powinno się być otwartym na różne rzeczy, rodzaje i ogólnie na świat. Nie zniechęcać się po jednej czy dwóch porażkach. Może mowa tu tylko o literaturze, ale nie oszukujmy się – dla mnie to nie jest tylko literatura. 

Od początku byłam zaskoczona oryginalnością pomysłu, który nam zafundował Krzysztof Bonk. Za każdym razem jak czytałam kolejną część, dostawałam coś nowego i zarazem spójnego z ogólną koncepcją, a zawsze uważałam to za bardzo trudny i skomplikowany zabieg. Cała ta historia jest tak odmienna od tych wszystkich, które w przeszłości poznałam, że wbija w fotel i nie pozwala przestać tak po prostu czytać. To zbyt innowacyjne, by nie dać się pociągnąć tej niesamowitej opowieści. 

Styl autora nie zmienił się – na szczęście. Jest tak samo dopracowany jak w poprzednich częściach, z czego ja się bardzo cieszę, bo już wtedy uważałam go za charakterystyczny i niesztampowy. Tu cały czas chodzi o ten spokój i uporządkowanie tak różne od fabuły. Jest to dla mnie tajemnicą, bo według mnie nie powinno to wszystko ze sobą współgrać. W pewnym sensie to paradoks, a mimo to oddaje idealnie klimat przyszłości i człowieczeństwa.

"Genesis II" różni się od "Genesis" i "Apokalipsy" pod każdym, nawet najmniejszym względem. Nie mamy już obserwować upadku ludzkości, który był powolny, a następnie wszystko diametralnie się zmieniło. Tym razem mamy patrzeć na skutki tych wszystkich wydarzeń. Trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek przyszłość po totalnej apokalipsie. Dlatego ta część jest idealnym zwieńczeniem całej trylogii "Eel". 

Tak jak mówiłam – od tej powieści nie da się oderwać. Jest to po prostu niemożliwe. Trzeba usiąść i przeczytać ją od razu od pierwszej strony po ostatnią. Inaczej można by poczuć tylko irytację i niedosyt. Jest to krótka książka, więc nikt raczej nie powinien mieć z tym problemu. Tym bardziej że pozostaje ona nieprzenikniona. Nieprzewidywalność bije z każdej strony. Aczkolwiek chyba każdy człowiek podskórnie będzie czuł, do czego to dąży. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć ostatecznego zakończenia, ale gdy już ono nastąpi, nie ma zdziwienia i szoku. I w tym przypadku jest to jak najbardziej pozytywne odczucie. Właśnie ta trylogia tego potrzebowała. Nadal ten tom jest bardzo szybki, ale powoli wszystko się uspokaja, dzięki czemu można się wzruszyć. "Genesis II" oddziaływał na mnie bardzo emocjonalnie. Jest to troszkę kolejny paradoks, ponieważ czułam te wszystkie emocje i odczucia bohaterów, ale patrzyłam na to wszystko z dystansem. Wiedziałam, że jest to nieuniknione, więc powinnam się pogodzić z tym wszystkim.

W tej części liczba bohaterów diametralnie znika. Autor ukazuje nam tę historię na konkretnych przykładach, a nie całej ludzkości, jak to wcześniej miałam odczucie. W tej chwili liczą się tylko jednostki, które walczą. Na Roe zwróciłam już uwagę w "Apokalipsie" i od początku wiedziałam, że nie pojawił się w niej przypadkowo. On też chciał opowiedzieć o swoim życiu i zrobił to z pasją i oddaniem. Całkowicie podbił moje serce. To delikatny i uczuciowy człowiek, ale również taki, który się nie poddaje i jest gotowy walczyć do końca. Natomiast Lue była dla mnie bardzo specyficzna. Nie mogłam przejrzeć jej charakteru i myślę, że właśnie taki był zamiar pisarza. Mimo to doskonale ją rozumiałam i chciałam, żeby znalazła swój własny cel w życiu. Zauważyłam również coś niezwykłego i niespotykanego. Nazwałam sobie to w głowie "szybującymi wspomnieniami". Może i liczba bohaterów została ograniczona, ale było czuć ich istnienie i nie dało się zapomnieć ich historii. One cały czas nam towarzyszyły. Niesamowite przeżycie...

Cała trylogia ukazuje bardzo ludzkie cechy, które podejrzewam, że w przeszłości pozwoliły nam przetrwać i się rozwijać. Gdy czytałam, czułam zrozumienie dla tego wszystkiego. Należy pogodzić się z nieuniknionym, bo czasami nie da się nic zrobić, ale zarazem należy wziąć rzeczy w swoje ręce i odważnie kroczyć przez świat. 

Trylogia "Eel" okazała się dla mnie cudownym przeżyciem pełnym emocji i głębokich rozważań, które mnie samą zaskoczyło. Polecam wam te trzy powieści, jeśli nawet nie lubicie science fiction. One są inne i mogą wnieść wiele do waszego życia. 

Za możliwość spojrzenia w przyszłość i poznania losów naszej planety dziękuję bardzo autorowi książki – Krzysztofowi Bonkowi

sobota, 23 września 2017

Dachołazy – Katherine Rundell


Tytuł: Dachołazy

Autor: Katherine Rundell

Tłumaczenie: Tomasz Bieroń

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Poradnia K.

Liczba stron: 264

Ocena: 7.5/10










Często zastanawiam się nad tym, o co dokładnie chodzi w życiu. Każdy z nas ma jakiś cel i zażarcie dąży do niego, zapominając często o tym, że żyjemy dokładnie w tej chwili. Lecz co by się działo, jakbyśmy nie myśleli o przyszłości? Nie wierzę, że miałoby to same pozytywne skutki. Zresztą nieraz i nie dwa przekonałam się o tym na własnej skórze. Przyszłość ma wpływ na teraźniejszość, ale tylko wtedy gdy wierzymy w swoją przeszłość, teraźniejszość i właśnie przyszłość. Czy bylibyście w stanie zaufać swojej pamięci i marzeniom w stu procentach

Sophie jako bardzo małe dziecko przeżyła zatonięcie statku. Udało się jej wyjść cało z katastrofy, tylko dlatego że ktoś włożył ją do futerału na wiolonczelę. Z opresji ratuje ją szalony naukowiec, który dotychczas nigdy nie miał zbyt dużej styczności z dziećmi. Jednak jest on bardzo dobrym człowiekiem i postanawia zapewnić jej dom oraz podarować własne serce. Nie chce oddawać dziewczynki do sierocińca, więc przez lata ukazuje jej własne spojrzenie na świat, które jest dość nietypowe. Dzięki temu Sophie wierzy w jedno wspomnienie, które miało miejsce podczas katastrofy. Czy ten jeden fakt może zmienić całe jej życie?

Kiedy usłyszałam o książce "Dachołazy" w ogóle nie wiedziałam, czego się spodziewać. Okładka bardzo mnie zachęcała, ale wszyscy wiedzą, że okładki często potrafią zmylać. Na szczęście w tym przypadku tak nie było, gdyż dostałam opowieść zapadającą na długo w pamięci i dającą wiele do myślenia. To jest coś więcej niż zwykłe słowa...

Sam pomysł jest dla mnie dość specyficzny, ale w tym najbardziej pozytywnym znaczeniu. Pomyślicie sobie pewnie teraz, że książek o sierotach jest wiele. Ja temu nie zaprzeczę, ale ta ma w sobie coś naprawdę wyjątkowego. W ostatecznym rozrachunku nie spotkałam się wcześniej z taką opowieścią, więc jestem wprost zachwycona. To najbardziej lubię. Na pozór zwykła i dość schematyczna historia zamieniła się w tajemniczą i pełną obaw, ale również nadziei historię wielu istnień. 

Styl autorki jest lekki i przyjemny, dzięki czemu powieść czyta się bardzo szybko i łatwo wciągnąć się w wydarzenia. Na szczęście nie jest przy tym infantylny, więc tworzy opowiadanie i dla dzieci, i dla dorosłych. Poza tym minimalnie jest zmieniona składnia. Nie jestem w stanie dokładnie wam wytłumaczyć, na czym polega ta zmiana, ponieważ tylko ją czuję, a nie widzę, ale to pozwoliło mi utożsamić się z bohaterami. Miałam wrażenie, że leżę w łóżku i ktoś opowiada mi bajkę, która wydarzyła się naprawdę. 

Natomiast fabuła ma w sobie delikatność, której w ogóle się nie spodziewałam. Mówi o małej dziewczynce – silnej, ale i kruchej. Sama historia właśnie taka jest. Z jednej strony widzimy niesamowite akty odwagi i nadziei, a z drugiej niedowierzanie i  pragnienie spełnienia marzeń. To wszystko skupia się na jednym głównym aspekcie, jednak mimo to po bokach przewija się wiele innych opowieści o ludziach, którzy muszą dawać sobie radę, choć nie wiedzą, co czeka ich na drugi dzień. Dlatego gdy czytałam, byłam bardzo poruszona. Nie codziennie czyta się o takich zdarzeniach. 

Główną bohaterkę – Sophie – bardzo polubiłam za to, że zawsze jest pełna energii i na siłę chce postawić na swoim. Wie, czego chce i nie zamierza z tego rezygnować, czy wątpić. Sama chciałabym być taka, więc prawie na każdym kroku podziwiałam ją. No może poza niektórymi głupotami, które były irracjonalne. Jej opiekun Charles również zyskał moją sympatię. On po prostu przeczy wszystkim zasadom i właśnie to tak w nim mi się podobało. Okazał się karykaturalną postacią, ale w ten realny sposób, który można spotkać w prawdziwym życiu. Tacy bohaterowie są najlepsi, ponieważ podkreślają wagę indywidualności i co za jej pomocą można osiągnąć mimo częstych cierpień. No i Matteo... Jest to bardzo tajemniczy chłopiec, ale o mocnym, wyraźnym charakterze, dzięki czemu jego nie da się nie lubić. Autorka zamieściła w swojej powieści wiele rozbudowanych osobowości i każdy człowiek tam występujący ma swój własny niepowtarzalny charakter oraz niezwykłą historię.

Nie mogę zapomnieć też o wzruszającej tematyce. "Dachołazy" pokazują czytelnikowi, co to znaczy prawdziwa wiara i przede wszystkim prawdziwa miłość nawet w obliczu zagrożenia. Kocha się za to, że ktoś jest i odważnie towarzyszy nam w życiu, a jeśli przyjdzie czas rozstania, to walczy się o siebie do końca. Jest to piękne podsumowanie życia Sophie.

Do książki byłam nastawiona pozytywnie, ale nawet ja nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba. Oczekiwałam bardziej historii dla rozrywki, która może mnie trochę poruszy. A dostałam mimo prostoty wielowymiarową powieść, dającą wiele do myślenia. O niej nie można tak po prostu zapomnieć. To trzeba przemyśleć i dać szansę Sophie i przede wszystkim samemu sobie. 

Za możliwość poznania wzruszającej i pełnej nadziei historii Sophie dziękuję bardzo wydawnictwu Poradnia K.

Premiera książki już 25 października! 

czwartek, 21 września 2017

Coffe Book Tag


Witajcie!


Rzadko się się zdarza, że na moim blogu pojawiają się tagi. Bardzo lubię je czytać czy oglądać, ale jakoś tak w braniu w nich udziału nigdy nie byłam dobra. Ale ponieważ ostatnio przyszło mi do głowy, że tak naprawdę poza recenzjami nie mam z Wami żadnego bezpośredniego kontaktu i że ogólnie mało mnie znacie, to postanowiłam to zmienić. I tak oto przed Wami proszę Państwa Coffe Book Tag! :)



Flat white – książka, która nigdy się nudzi

Harry Potter – wiem, wiem – nie wykazuję się w tym miejscu oryginalnością, ale dla mnie jest to tak sentymentalna seria, że nie będę nawet udawać, że jest inaczej. Kiedyś myślałam, że z niej wyrosnę i po prostu będę bardzo dobrze ją wspominać, a gdy będę miała już czytające dzieci, to ich obowiązkiem będzie to przeczytać i na tym zakończymy. Jednak tak nie jest... Nadal lubię powracać do tych wszystkich przygód młodego czarodzieja i nadal jestem nimi zachwycona, mimo że w niektórych momentach wydają się dziecinne. To jest już klasyka :) 

Czarna – książka, do której ciężko się zabrać, ale ma rzeszę fanów

Czas żniw – słyszałam o serii tyle pozytywnych opinii, że dla mnie samej jest to szok, że jeszcze jej nie przeczytałam. Pamiętam, jak niedawno wychodziła Pieśń jutra i wśród bloggerów był totalny chaos. Pamiętam, że powiedziałam sobie wtedy, że to koniec, najwyższy czas poznać całą trylogię i przyrzekam Wam, że już prawie, prawie zaczęłam, ale pomiędzy coś nie wyszło... A teraz to już nie mam takiej chęci, więc nie wiadomo co z tego wyjdzie. 

Cappuccino – książka będąca damskim klasykiem

Pamiętnik – chyba najsławniejsza powieść Nicholasa Sparka, która urzekła prawie każdą kobietę. Szkoda tylko, że nie wiem czym, ale również zamierzam to zmienić (powoli mi to idzie). Autora uwielbiam i bardzo szanuję jego powieści, więc jestem pewna, że i ta przypadnie mi do gustu ;)


Gorąca czekolada – książka, która rozgrzewa serduszko


Cała nadzieja w Paryżu – nie jest to zbyt popularna książka, ale tak przeurocza ♥ Wiele osób uważa, że jest dość naiwna i nie należy do literatury wyższych lotów, ale według mnie w ogóle nie chodzi w niej o to. Ukazuje, że każdy ma prawo do miłości, jeśli nawet w życiu nie wszystko mu wyszło. Pełna niezręcznych sytuacji, zagubionych dusz i... gotowania :) 

Mieszanka idealna – książka, która usatysfakcjonowała cię pod każdym względem


Życie Pi – w ogóle po tej książce nie spodziewałam się tego, ale jak ją wreszcie przeczytałam, to byłam w totalnym szoku. Po prostu... To jedna z najbardziej traumatycznych, ale również najpiękniejszych powieści jakiekolwiek czytałam. I w dodatku została dopracowana pod każdym najmniejszym kątem. Minęło tyle lat, odkąd przeczytałam ją, a nadal jestem oczarowana. Po jej przeczytaniu mój świat się zmienił, naprawdę zaczęłam inaczej na niego patrzeć. 

Starbucks – książka, która jest wszędzie, ale na to nie zasługuje


Mleko i miód – obecnie widzę, oglądam, słyszę o niej wszędzie... Dlatego zachęcona tą olbrzymią promocją i ja postanowiłam się z nią zapoznać. Tymczasem... No właśnie, tymczasem dla mnie była to osobista katastrofa.

Bezkofeinowa – książka, od której oczekiwałeś więcej


Kiedy odszedłeś – pierwszy tom naprawdę był dla mnie fantastyczny. Może trochę schematyczny, ale bardzo inteligentny, emocjonalny i dający niezłego kopa. Dlatego oczekiwałam również wiele po drugim, a dostałam tylko marną podróbkę, która jest na siłę ciągnięta. Bardzo żałuję tego i mam nadzieję, że inne książki Moyes dorównują tej najlepszej ;)


Caramel Mocchiato – książka, której popularność wzrasta podczas świąt i wakacji


... Opowieść wigilijna? :D 

Podwójne espresso – książka trzymająca w napięciu


Dawca – od początku książki czułam to napięcie i wiedziałam, że to wszystko zmierza do czegoś konkretnego. Spodziewamy się najgorszego, więc sami wiecie... Na pewno znacie to uczucie.

Iced coffee – książka słodka, że aż żeby bolą


Utrata – pewnie dla niektórych to spojler, ale tytuł nie do końca oddaje stan realny powieści. Wiem, że to literatura młodzieżowa, new adult i zazwyczaj tak tam jest, ale w niektórych momentach to było za dużo dla mnie. Nie jestem romantyczką, więc te wszystkie ckliwe i przede wszystkim nierzeczywiste sceny w ogóle mnie nie przekonywały. Choć miłość przepiękna :) 

Herbata – idealne zastępstwo, serial lub film


Gra o tron – stanowczo ona. Nawet nie miałam, co się zastanawiać. Uwielbiam ten serial, mimo że początkowo nie byłam do niego przekonana. Tak naprawdę uważam go za genialną ekranizację, która przewyższa swoją wybitnością nawet oryginalną powieść. 



I tak oto dobiegliśmy do końca tego tagu! To nawet całkiem niezła zabawa! :D Opowiedzcie o swoich przeżyciach książkowo-kawowych i jeśli zdecydujecie się również wziąć w nim udział, to zostawcie pod postem link. 

wtorek, 19 września 2017

Apokalipsa – Krzysztof Bonk


Tytuł: Apokalipsa 

Autor: Krzysztof Bonk

Cykl: Eel

Tom: II

Kategoria: Science fiction

Wydawnictwo: Self Publishing

Liczba stron: 98

Ocena: 8.5/10









Nasze życie jest piękne – jest to jeden z tych banałów, które wypowiada co druga osoba, by pocieszyć innych i siebie. Tak naprawdę mało kto w to wierzy. W końcu nie ma człowieka, który nie przeżyłby jakieś osobistej tragedii. Gdyby życie było takie piękne, to takie rzeczy nie zdarzałyby się. Tylko takim tokiem myślenia to nasze istnienie nie ma sensu. Za często zapominamy, że mimo cierpienia, strachu i obojętności nadal mamy te życie i mamy, gdzie na tym świecie żyć. Od dawna przepowiadają nam koniec świata, ale jednak jeszcze on nie nadszedł. Lecz co byśmy zrobili, gdyby nagle te wszystkie obawy stały się prawdziwe?

Problemem Maxa był fakt, że nie może się odnaleźć w nowej rzeczywistości, która jest całkowicie odmienna od tej jemu znanej. Nie potrafił zrozumieć zasad panujących w XXIII wieku ani odnaleźć sensu życia. Jednak po tych wszystkich wydarzeniach, które musiał przeżyć, jego spojrzenie na świat zmieniło się. Już wie, po co tu jest i jaki ma cel. Może to właśnie to pozwala mu trwać podczas największej apokalipsy jaka dotknęła planetę Ziemię. Ma już powód by dbać o siebie, ale również nie bać się oddać życia za innych. Czy naprawdę jest gotowy do walki? Czy ktoś w ogóle może przetrwać koniec świata?

Po ostatnim zapoznaniu się z pierwszym tomem byłam bardzo pozytywnie nastawiona do kolejnej części. Mimo że science fiction nadal nie jest do końca dla mnie, to i tak chcę dawać szansę historiom o przyszłości. Myślę, że w pewnym momencie zrozumiem, że przyszłość może być równie ciekawa co przeszłość. Gdy sięgałam po "Apokalipsę", miałam tylko jedną jedyną obawę. Powieść jest krótka i miałam wątpliwości, czy zachowa poziom swojej poprzedniczki. To trudna sztuka, by na tak małej liczbie stron zamieścić historię, która wciąga, porusza i daje do myślenia. Krzysztof Bonk poradził sobie fantastycznie, więc nie miałam żadnych powodów, aby czegokolwiek się obawiać. 

Naprawdę jestem pod olbrzymim wrażeniem drugiego tomu "Eel". Spodziewałam się, że autor pociągnie dalej wątek Maxa i tego złego świata, który sami stworzyliśmy, pozwalając na zbyt gwałtowny przebieg rozwoju technologii. W pewnym sensie właśnie to zrobił, ale nie ograniczył się i w tym miejscu olbrzymie brawa dla niego. To bardzo niesztampowe myślenie. W książce został wykorzystany stary motyw znany nam z "Genesis", ale również doszła tytułowa apokalipsa oraz tajemnice kosmosu. 

Byłam w wielkim szoku, kiedy zdałam sobie sprawę, że druga część jest tak różna od pierwowzoru. Wtedy pierwszy tom był dla mnie główną historią. Teraz zrozumiałam, że było to fantastyczne wprowadzenie do czegoś większego. Wszystko dzieje się w tym samym świecie, ale cała fabuła skupia się na czymś innym, co jest tak samo pociągające jak technologia. Tym bardziej że poszliśmy o krok dalej, bo wydarzenia na Ziemi możemy obserwować z kilku perspektyw, co daje o wiele większe możliwości. 

O stylu Krzysztofa Bonka nie ma wiele, co mówić, gdyż pozostał tak samo dobry. Lubię w nim to, że jest charakterystyczny, więc nie ma się skojarzenia z innymi powieściami. I ten wręcz nienaturalny spokój, który z niego bije... To jest naprawdę dziwne i niekonwencjonalne, dlatego pewnie tak bardzo mi się podoba. Akcja jest niesamowicie szybka, a styl paradoksalnie wolny. 

Fabuła jest wciągająca, czego oczekiwałam i właśnie to dostałam. Nie było, po co odkładać książki. Tę opowieść trzeba poznać naraz. Wszystko działo się szybko. Nawet na chwilę nie zwalniało. Z jednej strony oglądałam codzienną scenę, a po chwili już życie bohaterów i ludzi na całej Ziemi diametralnie się zmieniało. Muszę się do tego przyzwyczaić, bo  jest to bardzo mocne. Gdy czytałam, miałam wrażenie, że oglądam film i pojawia się szereg kadrów, które w ciągu chwili wszystko wyjaśniają, ale również poruszają dogłębnie. Cała "Apokalipsa" jest właśnie taka. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się dalej stanie. Nie ma czasu, żeby nad tym myśleć. Ważniejsze, co się dzieje tu i teraz. Tak samo duże wrażenie robi też nawiązanie do Biblii. Jak już wspomniałam w recenzji poprzedniego tomu, pisarz wykorzystuje znany nam dobrze i popularny motyw biblijny, ale robi to w tak niekonwencjonalny sposób i często dość kontrowersyjny. Przeczy naszym zasadom, lecz mimo to zwraca również uwagę, jak ważne jest, by w coś wierzyć i być oddanym temu do końca. 

Zaczęłam coraz bardziej lubić Maxa. Wcześniej czułam do niego sympatię, ale była ona bardziej uwarunkowana zrozumieniem i dozą współczucia. Po tej części po prostu go lubię. Widać tę zmianę w nim i mimo wątpliwości bohater wykorzystuje nowo odkryte w sobie cechy oraz pozwala się im ujawniać. Natomiast do Alli też zaczynam się przekonywać. Nadal nie należy do lubianych przeze mnie postaci, ale ma tę iskrę, dzięki której łatwiej mi ją tolerować. I Rode... W "Genesis" nie zwróciłam na nią zbytniej uwagi, ale tutaj przeszła samą siebie. Narwana, odważna i pełna wiary. Po prostu uwielbiam takie postacie i jestem im wierna do końca. Jeszcze dochodzą do tego utarczki jej i Alli. To jest wspaniałe połączenie, które ubarwia całą powieść. Nie wiem, jak to się stało, ale w tak krótkim czasie przywiązałam się do większości z bohaterów. Zapamiętam ich na długo.

W "Apokalipsie" mamy niesamowite pokłady wiary i nadziei. Pisarz ukazał, jak ważną rolę ma ona w życiu, nawet w tych ostatnich sekundach. Człowiek jest istotą, która chce wierzyć i robi to do końca. A jeśli dochodzi do tego jeszcze miłość i oddanie, to jest niepokonany, choćby przegrał z kretesem. Wizja apokalipsy jest przerażająca, ale jest też pewnym ostrzeżeniem pozwalającym zaakceptować naszą rzeczywistość.

"Apokalipsa" jest bardzo mocnym science fiction, które nie każdemu się spodoba. Jednak jeśli już człowiek się wciągnie, to przepada na zawsze. Świat zmienia się i na pewno będzie się zmieniał do końca swoich dni. Warto o tym pamiętać. Dlatego jestem w siódmym niebie, że zdecydowałam się zapoznać z trylogią "Eel". Wam też to radzę, a tymczasem idę czytać ostatni tom. 

Za możliwość spojrzenia w przyszłość i poznania jej mrocznych niebezpieczeństw dziękuję bardzo autorowi – Krzysztofowi Bonkowi

niedziela, 17 września 2017

Jesienna miłość – Nicholas Sparks


Tytuł: Jesienna miłość

Autor: Nicholas Sparks

Tłumaczenie: Andrzej Szulc

Kategoria: Romans

Wydawnictwo: Albatros 

Liczba stron: 224

Ocena: 4/10










Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co znaczy słowo "miłość"? Jestem pewna, że tak. W końcu mówimy tu o słowie, które określa całe nasze życie. Miłość jest naszą nieodłączną częścią. Nawet najbardziej zatwardziali jej przeciwnicy nie są w stanie bez niej żyć, choć nie wiem, jak bardzo by przeczyli. To ona dyktuje wszystkie warunki i ostatecznie to właśnie jej się podporządkowujemy. Brzmi to trochę przerażająco, ale tak naprawdę jest najpiękniejszą rzeczą, jaka nas spotyka i powinniśmy zawsze o tym pamiętać. Nawet w chwilach największego cierpienia.

Landon jest chłopakiem, który lubi się bawić. Nauka nie jest dla niego zbyt ważna, mimo że wymagają tego rodzice. Woli powłóczyć się z przyjaciółmi i poświęcać swój czas rozrywkom. Ma pieniądze i nazwisko sławnego polityka, którym jest jego ojciec, więc na wiele może sobie pozwolić. Aż dziw uwierzyć, że ktoś taki jak on chwilę przed balem szkolnym zostaje bez partnerki. Wtedy decyduje się zaprosić najbardziej dziwną i ugrzecznioną dziewczynę w historii szkoły – Jamie. Córka pastora zawsze jest tak samo ubrana, nie rozstaje się z Biblią, we wszystkim widzi zamysły Boga, a jej ulubionym zajęciem jest pomaganie innym. Przemiła osoba, lecz na pewno nieodpowiednia dla takiego chłopaka jak Landon. Ale czy życie nie lubi nas zaskakiwać?

To jest książka Nicholasa Sparksa. To jedno zdanie wyraża więcej niż można by się spodziewać. Nawet nie będę udawać, że nie uległam jego pięknym historiom o miłości. One zawsze wciskały mnie w fotel i sprawiały, że patrzę inaczej na świat. Pierwszą jego książką, jaką czytałam, była "Ostatnia piosenka". Jest to powieść, która wzruszyła mnie dogłębnie. Jedna z niewielu, na których płakałam i nie miałam zamiaru z tym walczyć. Kolejne może nie wywarły na mnie takiego wrażenia, lecz mimo to bardzo je ceniłam. Pewnie dlatego tak dużo oczekiwałam po "Jesiennej miłości". Niestety zawiodłam się bardzo, stanowczo za bardzo. 

Po pierwsze ten pomysł. No nie oszukujmy się – jest bardzo popularny. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to jedna z najnowszych powieści. Należy do tych starszych książek, więc wtedy może ten motyw nie był jeszcze tak bardzo popularny. Jednak mimo to nie chce mi się wierzyć, że nie było czegoś podobnego. A w tej chwili to sami wiecie, że takich historii jest multum i każda jest wręcz identyczna. Mało która wyróżnia się na tle innych. Ale pominę już ten fakt. Szkoda tylko, że jak już autor wziął się za tę historię, to nie wykorzystał jej potencjału. Naprawdę można było z tego zrobić coś niezwykłego...

Dawno nie czytałam żadnej powieści Sparksa, więc tak naprawdę nie pamiętam, jaki miał styl. Wiem tylko, że dobrze mi się je czytało i nie wymagało to ode mnie nie wiadomo jakiego wysiłku. W "Jesiennej miłości" język pisarza od razu rzucił mi się w oczy i jak dla mnie był stanowczo za lekki. To poważna opowieść opowiedziana w niepoważny sposób. Oczywiście na początku byłam zadowolona z tego, że czasami mogę się pośmiać, bo pojawiło się naprawdę dużo zabawnych i uroczych scen, lecz w ostatecznej rachubie mijało się to z celem. Tym bardziej że to wszystko było subiektywne. Pewnie część osób zdziwi mi się, gdyż w końcu o to chyba chodzi. Tak, ale przez to miałam wrażenie, że to wszystko tylko zmyślona historyjka. 

Natomiast fabuła była przewidywalna do bólu. Po kilku stronach większość wydarzeń była dla mnie oczywista i niestety nie myliłam się pod tym względem. Wszystko szło schematem, który zna chyba każda kobieta i pewnie większość mężczyzn. Może to i romantyczne oraz pełne nadziei, ale zbyt sztampowe by się wczuć. Pierwsze trzy czwarte książki dłużyło się w nieskończoność, żeby później sama końcówka działa się stanowczo za szybko. Podobało mi się, że autor przyzwyczaja nas do bohaterów i pozwala ich lepiej poznać przed tymi najważniejszymi wydarzeniami, jednak one trwały później sekundę, która nie miała dla mnie większego znaczenia. Chciałam się wzruszyć, a w rezultacie się zniechęciłam. Moja reakcja była całkowicie odmienna niż powinna być. Ta opowieść jest piękna i dająca wiele do myślenia, ale ona powinna zostać opowiedziane, a nie napisana. 

Głównego bohatera – Landona – bardzo polubiłam, mimo że okazał się dość mdłą postacią, mało wyrazistą. Po prostu był sobie i w coś tam wierzył, coś tam chciał osiągnąć. Niestety tak go zapamiętałam. Zaś Jamie była straszna. Już dawno się nie spotkałam z bohaterką, która tak bardzo by mnie irytowała. Miała być wcieleniem anioła i my mieliśmy to czuć, a była tylko niezdecydowaną dziewczyną, która jedynie chciała zwrócić na siebie uwagę. Sama kreacja postaci okazała się koszmarna – byli nudni, mało wyraziści i bardzo szybko o nich zapomnę. 

Nie mogę uwierzyć, że tak zawiodłam się na powieści Sparksa. Jeszcze przed chwilą dowiedziałam się, że ekranizacja to słynna "Szkoła uczuć", którą od dawna chciałam obejrzeć. Teraz jestem zniechęcona i pewnie tego nie zrobię. Oczekiwałam wiele od tej historii i nic z tego nie dostałam. Dlatego nikomu nie polecam tej książki. Oczywiście fani Sparksa i tak ją przeczytają, ale ci, co dopiero zaczynają przygodę z jego twórczością, na pewno nie powinni zaczynać od niej.