środa, 30 grudnia 2015

Deutsch Aktuell #73


Wielkimi krokami nadchodzi... NOWY ROK! Najpierw dla większości z nas kilka dni wolnych, wspólnie spędzone święta, szalony sylwester i 2016 rok w całej swojej okazałości. Jestem pewna, że część z was myśli już o nadchodzącym roku. Zapewne chcecie, żeby był najlepszy z możliwych. Każdy optymista i zaryzykuję nawet, że realista (a może i pesymista?) ma nadzieję, że w 2016 roku spełnią się jego marzenia, a całe te dwanaście miesięcy będzie niezapomniane. 

Nadejście nowego roku oznacza też tysiące postanowień. Już wyobrażam sobie, jak spisujecie na kartkach swoje plany na przyszłość, wieszacie w widocznym miejscu lub zaklejacie kopertę, by ją otworzyć dokładnie za 366 dni. Macie już jakieś plany? Może chcecie zwiedzić świat? Albo nauczyć się czegoś nowego? Ja co roku mam jedno i to samo postanowienie – nauczyć się lepiej języków. Nie mogę powiedzieć, że w żadnym stopniu nie spełniam tego zamiaru. Co roku staram się, jak najlepiej wykonać swoje zadania, no ale pewnie wszyscy to znają... Z czasem zapał mija. 

Mam teraz wolne dni, więc tak naprawdę mam ochotę na odpoczynek i nic więcej. Tak myślałam, że dobrze by było swoje postanowienia zacząć wykonywać wcześniej, No ale jak, gdy nie muszę nic robić? I tutaj problem rozwiązuje "Deutsch Aktuell". Nieraz i nie dwa pisałam wam o jego zaletach i wadach, ale szczerze wątpiłam, że będę w stanie skupić się na języku, który po latach nauki i małych postępach jest dla mnie piekłem. I tu zostałam bardzo zaskoczona. Numer 73 okazał się wyjątkowo ciekawy. Do tego stopnia, że gdybym w ogóle nie znała języka, większość artykułów próbowałabym i tak przetłumaczyć. Kiedyś już wspominałam, że niektóre wydania są ciekawsze, a inne mniej. W pewien sposób magazyn dobiera do siebie tematy, które wypełniają się. Oczywistością jest, że ludzie interesują się różnym rzeczami, więc nie każdy numer przypada do gustu. Ten numer wygląda, jakby był napisane specjalnie dla mnie. 

Głównym artykułem jest "Koln – eine Kulturmetropole am Rhein". Jestem pewna, że wszyscy słyszeliście o sławnym mieście nad Renem – Kolonii. Jest to jedno z najbardziej słynnym miejsc w Niemczech. Wiele słyszałam na temat katedry, znajdującej się tam i jej historii. Ta publikacja przybliża nam to miasta i zwraca uwagę na najważniejsze rzeczy z nim związane.

Poza tym dla fanów muzyki znajduje się wyjątkowo pasjonujący artykuł na temat zespołu Scorpions. Kto go nie kojarzy? Co prawda sama z siebie nie byłabym w stanie wymienić ich utworów, jednakże gdy tylko przesłucham ich, okazało się, że większość bardzo dobrze znam. Poza tym na troszkę inny temat pojawił się tekst: "Zauber vergangener Zeiten". Pierwsze co zobaczyłam, gdy tylko otworzyłam na tej stronie pismo, to zamek (potocznie zwany "moim zamkiem"), czyli dzieło Ludwika II, który poświecił wiele, a raczej zbyt wiele, by Neuschwanstein (tłum. Nowy Łabędzi Kamień) powstał. I jak ten numer nie mógłby się mi spodobać? Od przynajmniej dziesięciu lat marzę, by zobaczyć go na żywo i poszukuję informacji na jego temat. Moja podróż coraz bliżej, więc miło odświeżyć niektóre fakty. Pojawił się również artykuł, a raczej list na temat świąt bożonarodzeniowych. W końcu to taki czas. Oczywiście publikacji jest więcej, lecz pozostałe mniej mnie zainteresowały, choć nie oznacza to, że były nudne. 

Każdemu, kto chce się trochę podszkolić z niemieckiego, a także spędzić miło czas polecam "Deutsch Aktuell". A jeśli macie podobne zainteresowania co ja, to przede wszystkim ten numer. Z mojego punktu widzenia jest najlepszy z tych, które miałam okazję czytać.


niedziela, 27 grudnia 2015

Piórem życie pisane: Być sobą...

Witajcie!

Po raz pierwszy w historii tego bloga pojawia się taki wpis... Chciałabym trochę popisać o życiu. Tak naprawdę nie wiem, co chcę napisać. Od dawna myślałam, żeby zrobić takiego rodzaju cykl, czy coś tego typu, jednakże nigdy wcześniej nie udało mi się to.  Zbieram tematu od tylu lat. Są najróżniejsze – niektóre lekkie i przyjemne, pełne optymizmu i nadziei, inne smutne, przygnębiające i wzruszające. 

O co mi chodzi? 

Przez półtora roku prowadzenia tego bloga napisałam wiele recenzji, informacji, komentarzy. To wszystko było przepełnione moimi opiniami na różnego typu tematy. Często zamiast opowiadać o książce opowiadałam o pewnym sytuacjach, swoich żalach i radościach. Wiele razy miałam usuwać te fragmenty, ale stwierdziłam, że to niepotrzebne. To część mnie. Dlaczego miałabym ją kasować? Teraz nadszedł czas, kiedy usłyszycie (a raczej przeczytacie) więcej ode mnie. Moje zdanie na dany temat, opinie, informacje, które zebrałam przez swoje życie. Pierwszym moim tematem będzie coś o mnie i o Was...


Być sobą... 

Lata szkoły... Część z Was ma je za sobą, a część jest dopiero w trakcie. To tam wszystko się zaczyna. Jasne, że przed pójściem do przedszkola, szkoły mieliśmy własne, dziecinne życie, które było w takim samym stopniu ważne jak to obecne. Jednakże to szkoła w pewien sposób kreuje nas. Idziemy do tego tajemniczego budynku, przekraczamy jego mury, a przed nami zaczyna się nowy świat. Jest on nam nieznany, pełen tajemnic i przede wszystkim pełen ludzi. Jedno słowo – LUDZIE. Jest to stała w naszym życiu. Jeśli nawet ich nie ma, nasz świat kręci się wokół nich. Spójrzcie teraz na wszystkie swoje początki – przedszkole, podstawówka, gimnazjum, liceum, studia, praca, rodzina, miasto, kraj. Tam wszędzie są ludzie. Większość z Was okropnie boi się ich. Nie znamy ich, są czymś całkiem nowym i nieprzewidywalnym. Cokolwiek zrobimy musimy z nimi żyć. I to od nas zależy, jak to zrobimy.

1. Maska

Obecnie jestem w drugiej liceum i poobserwowałam młodych ludzi, którzy zawierali nowe znajomości. Zapewniam, że połowa wybitnych aktorów (jak nie więcej) nigdy nie osiągnie sukcesu w karierze zawodowej, jednakże nie oznacza to, że ten sukces nie zostanie odniesiony na płaszczyźnie towarzyskiej. Wystarczy przybrać maskę, a nawet kilka i iść poznawać nowe osoby. Tylko uwaga nie można się pomylić, kogo udajemy przed kim. Ten chłopak, który tak fajnie wygląda gra w kosza? O, to jeszcze dzisiaj wieczorem pójdę kupię wszystkie możliwe magazyny związane z tym tematem, pogrzebię w internecie i jutro do niego zagadam. I co z tego, że to mnie kompletnie nie interesuje? Przecież po co mam opowiadać o tym, że ćwiczę balet, a moim marzeniem jest wystąpienie w prawdziwym teatrze. Na pewno go to nie zainteresuje. Uzna mnie za wariatkę. Ale jak będę wiedziała, kto jest najlepszym koszykarzem na świecie, to na pewno się dogadamy. Dobra, przyznajcie się, ile razy zrobiliście coś podobnego. Może nawet nieświadomie, ale zrobiliście. I nie potrafiliście tego odkręcić, a udało się Wam – przyciągnęliście uwagę tej osoby. Czuliście się z tym dobrze? N początku na pewno tak. Przecież taki był cel, ale na dłuższą metę... Ile czasu można udawać? Całe życie. Ale czy warto? Myślę, że łatwiej byłoby po prostu opowiedzieć o sobie i wysłuchać tego, co druga osoba ma do powiedzenia. Może się okaże, że uważa Cię za wyjątkowo ciekawą osobę, która rozwija swoją pasję? A może to Ty zainteresujesz się koszykówką. Jeśli nie, to po prostu nie ta osoba. Nie przyjaźnimy się z każdym, kto zwrócił naszą uwagę lub odwrotnie. Nie zrozumcie mnie źle. Nie oceniam tutaj nikogo. Sama wielokrotnie tak zrobiłam i czasami nadal mi się to zdarza, ale już dawno odkryłam, że taka relacja w większości przypadków zmienia się w toksyczną i często niszczącą nas więź lub kłamstwo.

2. Aspołeczność

Codziennie przychodzi z książką do szkoły. Mówi ciche cześć, nie patrząc na nikogo i czyta. Jest w swoim świecie, który pozwala uciec jej od cichych szeptów: to dziwaczka, czyta się w domu, a nie w szkole, mogłaby wykazać się odrobiną uprzejmości, już taka jest. A tak naprawdę słucha ich. Ranią ją i ona nie potrafi nic na to poradzić. Codziennie przychodzi z nadzieją, że ktoś z nią porozmawia. Tak naprawdę porozmawia, a nie rzuci zdawkowe co słychać, nie oczekując odpowiedzi. Są też osoby, które przyjmują taką postawę. To często introwertycy, ludzie aspołeczni, którzy unikają kontaktu ze środowiskiem lub nie mają odwagi odezwać się do innych. Nie zmienia to faktu, że też potrzebują innych ludzi. A gdyby tak podejść i zapytać się o cokolwiek? Odpowiedź może być wylewna, niejasna lub w ogóle ten ktoś nie odpowie. Ale czy to znaczy, że od razu musimy się poddawać? Zawsze szukałam kontaktu z rówieśnikami, choć często się wycofywałam i czekałam, aż ktoś zechce mnie wybudzić. Często moje nadzieje spełzały na niczym, więc wiem, jak czuje się taka osoba. I wiem, jak jej pomóc (oczywiście nie we wszystkich przypadkach). Trzeba o nią zawalczyć. Najczęściej są to wyjątkowo ciekawe osoby z pasjami, szerokim poglądem na świat i olbrzymimi marzeniami. Brak im odwagi, czują się gorsze, a nie są.

3. Bądź sobą

Nareszcie doszłam do głównego tematu tej wypowiedzi. Bardzo mała liczba osób (zastanówcie się ile) od początku znajomości przybiera postawę odpowiadającą jej prawdziwemu charakterowi. Podziwiam całym sercem takie osoby i dążę do tego samego. Nie udają nikogo, nie czują się gorsze ani też lepsze. Wiedzą, że są jedyni na świecie, więc dlatego wyjątkowi. Nie ukrywają swoich myśli, nie oszukują samych siebie, robią to, co kochają, ograniczają przejmowani się cudzymi słowami do odpowiednich granic. Ty też bądź sobą! Boisz się, że ludzie nie zaakceptują Cię takimi, jakim jesteś? To ich problem. Masz prawo słuchać takiej muzyki, jaką lubisz, robić to, co kochasz, przyjaźnić się z ludźmi, którzy są dla Ciebie ważni, wyrażać swoje zdanie. Nie pozwól, by ktokolwiek zranił i zmienił Ciebie głupimi komentarzami, brakiem tolerancji i wpływem na otoczenie. Jasne, nie będziemy wszyscy się lubić, ale powinniśmy szanować się i akceptować. Każdy na tym świecie jest inny, przez co wyjątkowy. Dlaczego miałby nie korzystać z tej wyjątkowości? Siedziała na lekcji biologii i rysowała w swoim notatniku trupie czaszki, w uszach miała słuchawki, z których dało się słyszeć utwór Chopina, na bluzce miała wielkie logo One Direction, a na rękach bransoletki z ćwiekami. Usłyszała swoje nazwisko. Podeszła, by odebrać swój sprawdzian, na którym była napisana czerwonym flamastrem piątka. Nauczycielka spojrzała z niesmakiem na jej zielone włosy.  Usłyszała, jak naśmiewa się z nich kolega. Uśmiechnęła się do niego. Musi się z tym pogodzić, że ją to nie obchodzi. Lubi siebie. Jest pełna sprzeczności i nie ma żadnych przyjaciół, ale wierzy, że na świecie jest choć jedna osoba, która ją zaakceptuje i polubi. Ta chwila przyjdzie... 


Na dzisiaj byłby to koniec. Proszę Was o opinie na ten temat. Bardzo mnie ciekawi, co sądzicie o takich sytuacjach w szkole, pracy, ale również chciałabym się dowiedzieć, co sądzicie o moim zdaniu (chyba puenty mi brakuje, ale wiecie, o co chodzi :)), ale również poście. Chcielibyście więcej takich postów? Napiszcie mi i z chęcią też przyjmę propozycje tematów na ewentualne posty tego rodzaju. Prawdopodobniej pojawi się jakiś hejter (tak to się pisze?). Będę usuwać wszystkie wulgarne komentarze. Jeśli ktoś ma inne zdanie, z chęcią go wysłucham, ale tylko wtedy jak wypowie się w kulturalny sposób i poprze argumentami swoją opinię. Dziękuję tym, którzy to przeczytali. Z chęcią wejdę w dyskusję :)

Pozdrawiam,
Elfik  

wtorek, 22 grudnia 2015

Deutsch Aktuell #72

Nauka języków... Ciężka sprawa. W końcu nie uczymy się ich w miesiąc, tydzień, ani tym bardziej dzień. To są długie godziny spędzone nad książkami, słówkami i słuchaniu nagrań. Przyznajcie to jest okropnie monotonne, nudne i łatwo się zniechęcić. W dodatku jeśli ktoś jest jeszcze całkowicie pozbawiony talentu językowego, to nic innego jak piekło. I wyobraźcie sobie jeszcze, że akurat uczycie się niemieckiego – języka, który Polakom źle się kojarzy z powodu historii i samego twardego akcentu. Stereotyp mówi, że poświęcamy czas na język wroga.  Takie myślenie już dawno straciło na wartości. Jednak nie pozwólmy, żeby to język niemiecki stał się naszym wrogiem.

Uczę się tego języka już od pięciu lat i niestety moje umiejętności posuwają się w bardzo wolnym tempie. Nie umiem łączyć słów i tłumacząc nawet cały tekst słówko po słówku, nadal nie rozumiem jego znaczenia. Jak sobie pomóc? Sprawić, że odnajdę sens w nauce niemieckiego i będzie mi to przychodzić o wiele łatwiej?

W tym miejscu przychodzi z pomocą magazyn "Deutsch Aktuell", pozwalając nam na szybką i przede wszystkim przyjemną naukę. Ciekawe artykuły, nowe, przydatne słówka, zasady gramatyczne i nagrania tworzą razem cały sposób na przyjemnie i pożytecznie spędzony czas.  Każdy może poświęcić wolne godziny na przeczytanie tego magazynu. W końcu nie jest to stracony czas – wręcz przeciwnie – daje nam dużo możliwości.

W "Deutsch Aktuell" i innym czasopismach wydawnictwa Colorful Media w artykułach trudne i przydatne słówka są wyróżnione, przetłumaczone oraz często występuje ich zapis fonetyczny. Dzięki temu wiem na co zwrócić uwagę oraz od razu uczę się poprawnej wymowy. Moim problem jest fakt, że nie łączę pisowni z wymową. Oddzielnie muszę nauczyć się pisać dane słówko i wymawiać. Zapis poprawnej wymowy pomaga mi pokonać tę przeszkodę. Poza tym zgodnie ze zdaniem nauczycieli obserwacja tekstu podczas słuchania pozwala na szybką naukę rozdzielania słów mówiącej osoby. 

Już jakiś czas temu zauważyłam, że magazyny Colorful Medii są podzielone na trzy poziomy ciekawości: mało ciekawy, średnio ciekawy oraz wyjątkowo ciekawy. Oczywiście oceniam to subiektywnie i w zależności od zainteresowań danej osoby ta ocena zmienia się, co jest naturalne. Jednakże moim zdaniem ten magazyn pod względem mojego zainteresowań był na średnim poziomie. Pojawiały się artykuły, które czytałam z zapartym tchem, a były też takie, które sprawiły, że przeniosłam się do szkolnej ławki.

Tytułowy artykuł "E-Mails korrekt schreiben" nie należał do najciekawszych, ale za to był wyjątkowo przydatny. Każdy z nas wysyła e-maile, które czasami są przeznaczone dla naszych znajomych, ale również wysyłamy je w sprawach oficjalnych. Może kiedyś się zdarzyć, że będziemy musieli zredagować taką wiadomość w języku niemieckim. I wtedy wskazówki "Deutsch Aktuell" są zbawienne. Przydatne zwroty, zwrócenie uwagi na poprawną formę jest ważne, więc warto byłoby posiadać tego typu wiedzę.

Jestem osobą, która wiąże swoją przyszłość z medycznymi kierunkami, więc wyjątkowo zainteresował mnie tekst o Angelinie Jolie i choroba związaną z jej rodziną. Najmniejsza informacja na ten temat (i nie chodzi mi tu o aktorkę) przykuwa moją uwagę. staram się zapamiętywać takie ciekawostki, by w przyszłości wykorzystać je.  

W numerze 72 pojawiło się o wiele więcej artykułów, które przyciągnęły moją uwagę. Choćby: "Tauschen, teilen, verschicken – eine neue Konsumkultur", czy ten o święcie winorośli. Dla osób zainteresowanych kulturą Niemczech i ogólną wiedzą są to przydatne informacje i przy w tym pasjonujące.

Ten numer, mimo że nie przekuł wyjątkowo mojej uwagi, pozwolił na dodatkową naukę języka, który jest moją piętą achillesową. Nie musiałam zmuszać się do jego nauki, tylko zrobił to z chęcią i zapałem. Lubię dowiadywać się  nowych rzeczy i właśnie dla takich osób jest przeznaczony "Deutsch Aktuell".


piątek, 18 grudnia 2015

Czekając na odkupienie


Tytuł: "Czekając na odkupienie"

Autor: Katarzyna Łochowska

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 266

Ocena: 7/10











W mroku słychać jęk. Słyszycie? Jest coraz głośniejszy... Coraz bliżej nas. On nie jest jeden! Jest ich więcej. Zbliżają się. To już koniec – nic nam nie pomoże. Te jęki... one są przerażające. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by ktoś tak cierpiał. A Wy? Są już. Przyszły po nas. Czy my też będziemy znosić takie katusze? Cierpieć za nasze grzechy? Dzisiaj zabierze tylko jedno z nas, ale na pozostałych też przyjdzie kolei. Ona już odeszła. Jest tam. Przecież sobie nie zasłużyła! Ale czy na pewno? Cassandro, gdzie jesteś? Widzieliście? Te zielone oczy są z nią. Cassandra się ich boi. Czy da radę? Czy wróci do nas? 

"Czekając na odkupienie" jest powieścią, o której nie słyszałam w roku premiery. Jak wiele innych książek, pojawiła się na rynku bez krzyku i bez wszędzie wiszących plakatów. Jednak z czasem usłyszałam o tej książce i odtąd z każdą chwilą słyszałam o niej coraz więcej. Spotkałam się z pozytywnymi opiniami, ale także i tymi złymi. Moja ciekawość z małego zainteresowania zmieniła się w olbrzymią potrzebę przeczytania tej historii. Musiałam ją zaspokoić i tak też zrobiłam. Czy było warto? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, po prostu nie umiem. "Czekając na odkupienie" jest opowieścią, którą nie wiem, jak ocenić. Chce mi się śmiać, gdy przypominam sobie, jak ją czytałam. Te wszystkie momenty zwątpienia, które były zastępowane niesamowitą fascynacją. Już dawno nie trafiłam na powieść, która wywołała u mnie tak wiele sprzecznych uczuć. A historia, która tak bardzo oddziałuje na człowieka i to w dodatku w tak różnorodny sposób, jest dobra, choćby miała dostać najniższą ocenę. 

Od początku byłam zaintrygowana nią. Nie miałam najmniejszego pojęcia, o czym ona jest. I chciałam się tego dowiedzieć. W swojej głowie dzielę ją na trzy różne światy i co do każdego z nich mam inne odczucia. Jeden wywoływał mieszane uczucia, drugi był znienawidzony przeze mnie, a trzeci uwielbiany. Podoba mi się ten pomysł. Nie wiem, czy autorka zdawała sobie sprawę, że tworzy takie tło fabularne, jednakże wyróżnia się ono na pierwszy rzut oka, co jest dość oryginalnym zabiegiem literackim. Razem tworzą ciekawy podkład do wydarzeń. Lecz takie zróżnicowanie sprawiło, że niektóre momenty były niemiłosiernie nudne i miałam ochotę przestać czytać. Natomiast inne sprawiały, że nawet na chwilę nie mogłam się oderwać od powieści. Ta fascynacja przeplata z olbrzymią dawką irytacji w interesujący sposób oddziaływała na mnie. Poza tym nie mam najmniejszej wątpliwości, że Katarzyna Łochowska jest oczarowana światem wykreowanym przez Tolkiena. Znam ten rodzaj zauroczenia, ponieważ, jak część z was pewnie wie, niedawno wkroczyłam w rzeczywistością stworzoną przez Tolkiena. Cieszę się, że pojawił się taki motyw. I nie mam tu namyśli wykorzystania pomysłów tego autora, tylko zwykłą inspirację, która w połączeniu z nowymi wydarzeniami ubarwiła opowieść. W dodatku wyczuwałam jeszcze jedną znaną mi książkę. Wydaje mi się, że jest to "Strąceni", lecz jest to mało znana powieść i podobieństwa były subtelne. Razem stworzyło to pasjonującą historię.

Jak już wcześniej wspomniałam, były momenty, które wyjątkowo mnie intrygowały. Najczęściej towarzyszyły im ciekawe wydarzenia, która nadawały powieści akcji oraz bez wątpienia zachęcały do kontynuacji książki. Jednakże autorka miała, jak większość młodych pisarzy, problem z odnalezieniem się w czasie. Jest to drażniący błąd i tak naprawdę nie jestem w stanie określić, skąd wynika. Gubiłam się w czasie. Co prawda nie wpływało to jakoś bardzo na całokształt opowieści, ale złościło. Ludzie z czasem się zmieniają, krajobraz również, teraźniejszość idzie nową drogą. Nie wystarczy napisać, ile czasu minęło. Trzeba czegoś więcej, żeby było to dobrze i przede wszystkim naturalnie widoczne. Jednak nawet w momentach zwątpienia pchał mnie do dalszego czytania dziwny rodzaj ciekawości. Po prostu chciałam wiedzieć, do czego to wszystko zmierza i jaki ma cel.

Co do bohaterów mam mieszane odczucia. Pisarka nadała im różnego typu charaktery, który od razu wyczuwało się, ale brakowało dowodów na ich potwierdzenie. Nie mówię tu o tym, by opisywać dokładnie ich osobowość. To byłby karygodny błąd, lecz stwierdzam, że nadal ich nie znam. Brakuje mi logiki w tym, co robię. Oczywiście nie oczekuję od nich racjonalnych decyzji, które zawsze będą dobrze wpływać na rzeczywistość. Nie wiem, co ich motywuje do takiego działania.

Styl autorki jest poprawny, choć brakuje mi w nim czegoś. Bez wątpienia jest dobry i wciągający czytelnika. Przeprowadził mnie płynnie przez całą powieść i wielokrotnie sprawił, że na mojej twarzy zagościł uśmiech. Lecz brakowało swego rodzaju iskry, która ubarwiłaby całą powieść. 

"Czekając na odkupienie" jest specyficzną książką. Nadal nie mam pojęcia, jak ją ocenić. Warto przeczytać, czy nie? Na pewno nie jest to historia, która spodoba się wszystkim. By ją przeczytać trzeba mieć nietypowe spojrzenie na świat i z dystansem podchodzić do życia.

Za możliwość poznania innego świata i refleksyjnie spędzone chwile dziękuję bardzo Autorce powieści – Katarzynie Łochowskiej 

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

wtorek, 15 grudnia 2015

Minionki rozrabiają


Tytuł: Minionki rozrabiają

Reżyser: Pierre Coffin, Chris Renaud

Produkcja: USA

Część: II

Gatunek: Animacja 

Rola główna: Steve Carell

Czas trwania: 1 godz. 38 min.

Premiera: 12 lipca 2013 r. (Polska), 20 czerwca 2013 r. (świat)

Ocena: 6.5/10





W końcu jest dobrze! Dziewczynki mają kochającego ojca, który jest gotowy zrobić wszystko dla nich. Poświęcił się. Po latach bycia zawodowym przestępcą, który tworzył maszyny do zabijania i inne narzędzia przydatne kryminalistom, zajął się swoimi córkami. Swoje laboratorium przekształcił w fabrykę żelek i dżemów. Jest szczęśliwy i spełnił swoje marzenia. Jednak wszystko się zmienia, gdy ktoś kradnie cały punkt laboratoryjny znajdujący się na Antarktydzie. Kto lepiej może sobie poradzić z takim kłopotem jak nie były przestępca? Tylko czy będzie chciał? Zrobił wszystko, by odciąć się od tego etapu swojego życia, a teraz służby specjalne zmuszają go, by jeszcze raz musiał przeżywać dawne chwile. Czy poradzi sobie z zadaniem? Czy Gru na pewno jest zadowolony ze swojego rodzinnego życia? A może brakuje mu drugiej połówki? 

Kiedyś przypadkowo trafiłam na "Jak ukraść księżyc". Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej animacji, a że uwielbiam tego typu bajki, nie mogłam odmówić sobie przyjemności zapoznania się z tym filmem. Bardzo spodobał mi się. Miał wszystko, czego szukam w podobnych produkcjach. A że nie jestem osobą, która nadąża za nowinkami, nie zdawałam sobie sprawy, że jest już kolejna część. Ba, ja nawet nie połączyłam obecnie popularnych "Minionków" z tym filmem, mimo że te małe, żółte stworzonka zdobyły moje serce. Jednak mam dobrych znajomych, którzy wytłumaczyli mi połączenie i podali kolejne części. Stąd właśnie moja dzisiejsza recenzja drugiej części animacji.

Jak już wspomniałam – "Jak ukraść księżyc" przypadł mi do gustu i spędziłam przy nim kilka miłych chwil. Naprawdę byłam wyjątkowo szczęśliwa, gdy wreszcie dowiedziałam się o drugiej części. Od razu obejrzałam ją. W końcu jest to animacja oparta na bardzo intrygującym pomyśle. Przestępca? Trzy małe sieroty? Żółte kuleczki? Jak to połączyć? Ta bajka udowadnia, że jest to możliwe i razem tworzy niesamowitą całość. Liczyłam, że kontynuacja będzie równie ciekawa. Niestety nie do końca spełniła moje oczekiwania, jednakże oglądałam "Minionki rozrabiają" z zapartym tchem. Cieszę się, że postać Minionków została podkreślona w tym filmie (bo w końcu nazwa wcale na to nie wskazuje...). Jest to niezwykły gatunek, którego trudno nie pokochać. Zawsze radosne, skore do zabawy, ale również lojalne i gotowe do poświęceń, a przy tym wyjątkowo niezdarne i wiecznie robiące sobie krzywdę. Czy to nie urocze istotki? Nie wiem, jak można ich nie pokochać. W dodatku w bajce nadal występują dzieci, które są bardzo rzeczywiste. Nie są to przerysowane postacie kreskówkowe, tylko prawdziwe osoby z problemami odpowiednimi do swojego wieku. 

Bohaterowie mają niepowtarzalne charaktery, które tak samo jak w życiu są odmienne od siebie. Nie ma tu bratnich dusz o identycznych zainteresowaniach, tylko są charaktery, które łączy się i wzajemnie wypełniają, czyli tak jak w naszej rzeczywistości. Każdy jest wyjątkowy i niezależnie od swojego postępowania ma ciemne strony osobowości, ale również i te jasne. Czy to bandyta, czy oddana przyjaciółka – nie ma to znaczenia – każde z nich ma w sobie tyle samo dobra i zła. To zależy od osoby, który zasób wybierze. I przede wszystkim jest to zrozumiałe dla dzieci. Dzieci często myślą, że niektórzy są idealni. Ta bajka ukazuje, że tak nie jest, ale nie w ten okrutny sposób, tylko tak, że mały szkrab zrozumie to i zaakceptuje.

Tematyka nie jest poruszające, co bardzo mnie zawiodło. Poprzedni część miała wielką puentę, która na pewno sprawiła, że nie jedna osoba przemyślała swoje życie. Tutaj jej brakowało. Miałam wrażenie, że jest przeznaczony wyłącznie dla rozrywki, a żaden film dla dzieci nie powinien być taki. Miałam uczucie, że coś zaczyna się dziać i to będzie istotne dla całej produkcji, a tymczasem nagle zostało to urywane, przez co w rezultacie czułam niedosyt. Tyle fascynujących wątków tak po prostu zostało przerwanych...

Grafika jest bardzo dobra. Jest przede wszystkim barwna, a przecież nasze życie też jest takie, tylko najczęściej udajemy, że jest inaczej. Cała animacja jest zrobiona bardzo dokładnie. Graficy postarali się, by prawa fizyki występowały i nie brakowało żadnych szczegółów. Dzięki temu "Minionki rozrabiają" są bardzo realne.

Animacja nie spełniła moich oczekiwań, jak ostatnio wszystkie filmy, na które trafiam. Chyba znowu mam pecha. Nie jest to zła bajka, ale wiem, że mogłaby być lepsza. Jestem pewna, że dzieciom podoba się, a ci co obejrzeli pierwszą część powinni poświęcić swój czas i na tę.




sobota, 12 grudnia 2015

Deszczowa noc


Tytuł: "Deszczowa noc"

Autor: Jodi Picoult

Tłumaczenie: Katarzyna Kasterka

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 

Liczba stron: 536

Ocena: 6/10 










To zwykły nic nieznaczący dzień. Każdy wykonywał swoje obowiązki tak jak co dzień. Bo niby czym taki normalny dzień miałby się różnić od pozostałych? Zacznie padać deszcz? Komendant policji zrobi obchód inną trasą niż zwykle? A może miejscowa kwiaciarka nie zdąży zrobić wszystkich bukietów na czas? To byłoby coś innego, ale nie na tyle ważnego, by na dłużej skupić na tym swoją uwagę. Na pewno tego dnia nie wydarzy się nic nadzwyczajnego. Dlaczego niby tego dnia miałby do małej miejscowości przyjechać kuzyn komendanta policji, z którym sam policjant nie widział się od przeszło dwudziestu lat? A jeśli nawet – co miałby powiedzieć? Że jest z żoną, którą przed chwilą zabił? Nie, to przecież nieprawdopodobne. Na pewno?

" – Nazywam się James MacDonald – powiedział mężczyzna tak głośno, żeby wszyscy wokół dobrze go usłyszeli. – Jestem twoim kuzynem. – Cofnął się w stronę pikapa i wskazał na siedzenie pasażera, na którym półleżała śpiąca kobieta. – Moja żona, Maggie, nie żyje. – Spojrzał w oczy Cameronowi. – I to ja ją zabiłem."

O książkach Jodi Picoult słyszałam wiele pozytywnych opinii. Podobno ukazują ludzkie problemy i pozwalają inaczej spojrzeć na świat. Już raz się spotkałam z tą pisarką i niestety miałam całkiem inny pogląd na jej twórczość. Kilka lat temu przeczytałam "Z innej bajki". Powieść, która była mi polecana przez bibliotekarkę. Namawiała mnie, ponieważ wiele osób opowiadało jej, jak bardzo jest niesamowita ta powieść. Sama bibliotekarka jeszcze nie przeczytała jej i chciała poznać moje zdanie. Czułam się dumna. W końcu w pewien sposób zostałam wyróżniona. Byłam pewna, że za kilka dni przyjdę do biblioteki i opowiem o swoich wspaniałych przeżyciach i głębokich refleksjach wywołanych tą książką. Moja wizja nie spełniła się i zniechęciłam się do autorki. Po tak długim czasie postanowiłam dać jeszcze jedną szansę Jodi Picoult. "Z innej bajki" było młodzieżówką, więc miałam nadzieję, że jedna z jej najsławniejszych powieści obyczajowych okaże się warta uwagi. I przyznam, że miałam wyjątkowo duże wymagania. Niestety zawiodłam się.  

Książka rozpoczyna się dwoma oddzielnymi rozpoczęciami. Jedno z nich ukazuje odejście małżonki od swojego męża w bardzo spektakularny sposób. Urzekł mnie ten początek. Mam osiemnaście lat i żadnego doświadczenia w małżeństwie, jednakże, jak już pewnie dobrze wiecie, uwielbiam obserwować różnych ludzi. Nastawiłam się na wyjątkowo ciekawe oględziny życia dwojga ludzi, którzy po latach postanowili zmienić drogę, która ich łączyła. Gdy już byłam przekonana, że właśnie problemy małżeńskie będą głównym tematem, pojawił się kolejny początek. Tym razem byłam świadkiem specyficznego morderstwa, które wywarło na mnie duże wrażenie. Nie odbierajcie tego jako pozytywną ocenę. Po prostu to wyjątkowo niespotykany motyw w literaturze. Sama nie wiedziałam, co sądzić o takim rozpoczęciu. Bez wątpienia przykuło moją uwagę. Dwie różne historie, które splatają się i wzajemnie oddziałują na siebie. Idealne podłoże dla dobrej książki. Szkoda tylko, że autorka nie wykorzystała potencjału swojego pomysłu. "Deszczowa noc" ma kilkaset stron, a tak naprawdę to, co się zdarzyło, mogłabym bez większych problemów pomieścić na jednej kartce i nie pominęłabym żadnych wątków. 

Wracając do początku, był on również dobrze skonstruowany pod względem bohaterów. Picoult ukazała nam głębię ich charakterów i ich różnorodność. Byłam przekonana, że postaci w książce jest wyjątkowo dużo. Tymczasem okazało się, że to pozory. Nazwisk występuje wiele, owszem. Jednakże to tylko puste nazwiska, nawet nie przyporządkowane do osób. Byłam bardzo zawiedziona, że nie dostałam gamy bogatych osobowości. Spodziewałam się czegoś więcej. Główni bohaterowie – w tym przypadku Cam i Allie – byli papierowymi postaciami. Przyznaję, że czułam, że są kimś więcej niż tylko dwojgiem ludzi z pośród miliardów. Tak, co do tego nie miałam najmniejszych wątpliwości, lecz niestety w obyczajówce brakuje jakiegokolwiek potwierdzenia tej tezy. Pisarka nie uchwyciła tej subtelnej różnicy, Podejrzewam, że poświęciła swój czas dla Jamiego, który był wyśmienicie wykreowany. W pewnym sensie utożsamiałam się z nim. Pragnęłam zrozumieć jego postępowanie oraz dowiedzieć się, co czuje, by mu pomóc.  

"– Czyżby jeszcze nie dotarło do ciebie, że nie można pomóc człowiekowi, który nie chce pomocy?"

"Deszczowa noc" jest powieścią wyjątkowo refleksyjną. Zadaje pytania, na które na co dzień nie odpowiadamy, a może przyjść czas, gdy będziemy musieli – tak nagle, bez ociągania. Kiedy wszystko idzie po naszej myśli, zapominamy jak łatwo stracić wymarzone życie. Boimy się, że popełnimy błąd i robimy wszystko, żeby temu zapobiec. Czasami nie da się wszystkiego przewidzieć. Nie na wszystko mamy wpływ. Wtedy przychodzi czas podejmowania decyzji, a żadna nie będzie dobra. Czy jesteśmy gotowi na ten ból, na to niszczące nas uczucie? Podoba mi się, że Jodi Picoult podjęła w swojej powieści właśnie tę tematykę. Jednakże nie jestem usatysfakcjonowana jej przeprowadzeniem. Przez pięćset stron czytałam o tym samym i nie dostawałam nowych pomysłów, inspiracji...

Niestety nie mogę przekonać się do tej pisarki. Nie wynika to z tego, że nie jest mistrzynią pióra, a jej książki są potocznie zwanymi "gniotami". To nie tak. Picoult zwraca uwagę na wiele ważnych spraw i nie udaje, że nie ma problemu. Tylko ja i ona postrzegamy trochę inaczej świat, mamy inne wartości. Tak samo jest ze stylem autorki. Bez wątpienia jest on dobry, ale nie taki jaki cenię najbardziej. 

Pewnie większość z was jest teraz zniechęcona do tej powieści. Nie patrzcie na to z takiej perspektywy. To poprawnie napisana książka, która przekazuje wiele ważnych wartości. "Deszczowa noc" jest historią, która nie każdemu przypadnie do gustu. Miałam wielkie oczekiwania i nie zostały one spełnione, ale nie oznacza to, że nie dam Jodi Picoult jeszcze jednej szansy. Może na innym polu odnajdziemy się...

Za możliwość przeczytania powieści dziękuje bardzo portalowi Woblink.

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

środa, 9 grudnia 2015

Pamiętnik narkomanki


Tytuł: Pamiętnik narkomanki

Autor: Barbara Rosiek

Kategoria: Biografia

Wydawnictwo: Mawit Druk

Liczba stron: 304

Ocena: 8/10












Życie jest takie piękne! Codziennie rano wstaję, jem śniadanie, po czym idę do szkoły, gdzie spędzam całe osiem godzin, by później wrócić do domu i spędzić cały wieczór nad pasjonującymi pracami domowymi... Czyż to nie jest piękne? A przy tym niemiłosiernie monotonne i nudne? Basia była bardzo dobrą uczennicą, która zawsze słuchała się rodziców i robiła to co należy. Miała idealne życie i dobrze o tym wiedziała. Jednakże idealność jest arcynudna. Dlatego właśnie pewnego dnia Basia postanowiła zrobić coś innego – iść na wagary. Przecież nic się nie stanie, jak jednego dnia opuści szkołę i spróbuje czegoś nowego. W końcu ludzie są uczynni i pomogą jej poznać świat. Na przykład zaproponują jej dziwną substancję. Czemu nie spróbować? To nie może być prawda, że przez następne lata będzie w olbrzymiej depresji, jej jedynym marzeniem będzie śmierć, a bogiem narkotyk. Zwykłe czcze gadanie. Jeden dzień nie ma znaczenia. Ale czy na pewno? 

"Pamiętnik narkomanki" leży u mnie na półce odkąd tylko pamiętam. Należy do mojej mamy. Gdy byłam dzieckiem, przerażał mnie. Czułam dziwną obawę przed nim. Nigdy nie bałam się strzykawek, ani ciemności, więc to nie mógł być strach przed okładką. Podejrzewam, ze podświadomie wiedziałam, czym tak naprawdę jest. I już wtedy byłam pewna, że przyjdzie czas, gdy wezmę go w rękę i poznam historię Basi. Czy moje obawy przed przeczytaniem go były uzasadnione? Tak, jest to historia, która zmienia światopogląd.

Gdy zaczęłam czytać "Pamiętnik narkomanki" myślałam, że jest to ubarwiona historia, która ma za zadanie przerazić mnie i z moralizować. Byłam w gigantycznym błędzie. W pewnym momencie zrozumiałam, że musiała napisać ją osoba, która przeżyła coś podobnego. Nie ma żadnych pięknych opisów, kunsztu literackiego. Jest po prostu prawda. Czym dłużej czytałam, tym bardziej byłam pewna, że są to prawdziwe osoby, które żyły wtedy. Autorka nie bawiła się w zmienianie imion i nazwisk. One były rzeczywiste. I to właśnie robi największe wrażenie w tym najbardziej przerażającym znaczeniu – to wszystko jest oparte na faktach. Główna bohaterka to Barbara Rosiek, czyli autorka tej biografii. Nie mam wątpliwości, że opisała wszystko tak jak naprawdę było. Nie miała potrzeby ubarwiać, czy grać na emocjach. Życie zrobiło to za nią. 

Ten pamiętnik jest czymś rzeczywistym. Nie jest to kolejna książka na półce, gdzie ma ładnie wyglądać. To nie jest dekoracja. Prawie każda powieść poza wartością merytoryczną ma też funkcję estetyczną. Ta nie. Gdy tylko poznałam jej treść, miałam ochotę schować ją daleko w szafie i udawać, że nie istnieje. Jednak w taki sposób zmarnowałabym swój czas, autorki i wszystkich narkomanów. To już nie jest zabawa. To jest poważny problem, a najczęściej unikamy go. Sama po sobie wiem, jak to jest. W szkole ciągle są spotkania na temat narkomanii, podczas których słuchamy muzyki, rozmawiamy, marzymy, a już na pewno nie zwracamy uwagi na to, co mówi nauczyciel. Przecież już przez te wszystkie lata dowiedzieliśmy się, na czym polega problem. Ale czy na pewno? Czy przypadkiem nie jesteśmy zdania, że nasi znajomi nie mają nic wspólnego z narkotykami, a my nigdy nie spróbujemy? Czy raczej udajemy, że problem nie istnieje? 

To jest naprawdę bardzo ważny temat, którego nie można ignorować. Wiele ludzi umiera, ponieważ przedawkuje, ponieważ nie ma siły już walczyć. Autorka zwraca uwagę, że w większości przypadków kłopoty z dragami nie biorą się znikąd. Najczęściej towarzyszy im zła sytuacja rodzinna lub przeczucie, że szczęście niedługo się skończy. Marihuana i inne tego typu substancje na początku sprawiają, że tak zwyczajnie zapominamy i mamy nadzieję na lepsze jutro. To tylko pozory. W pewnym momencie narkoman zdaje sobie z tego sprawę i jest... nie, nie jest właśnie za późno. Wtedy zaczyna szukać pomocy, która najczęściej nie jest mu oferowana. 

Jest to biografia o wyjątkowo dużym ładunku emocjonalnym. I jeśli spodziewacie się, że wylejecie nad tym pamiętnikiem litry łez, to mylicie się. Ta książka ma inne zadanie. Dzięki niej można zrozumieć narkomana i jego toksyczną więź z prochami i całym światem. Tak, wtedy wszystko jest toksyczne. Na pewno zdarza wam się, że od czegoś chcecie się uwolnić, bo sprawia wam to ból, przykrość, ale nie potraficie, gdyż bez tego nie umiecie żyć. Według autorki to to samo uczucie, tylko tysiąc razy silniejsze. "Pamiętnik narkomanki" nie ostrzega, tylko pozwala na całkowite zrozumienie i akceptacje. Nie występuje tu żadna ocena moralna, ani my nie jesteśmy w stanie jej wygłosić po przeczytaniu powieści. 

"Pamiętnik narkomanki" był opowieścią, która dała mi bardzo dużo, choć również ja musiałam dać coś od siebie – czas, uczucia, poświęcenie. O wiele łatwiej byłoby odłożyć ją i zapomnieć. Ale jaki wtedy byłby tego sens? Każdy powinien przeczytać historię Barbary Rosiek.

PS: Piszę tę recenzję szóstego grudnia w Mikołajki, słuchając kolęd. Przy większości przyjemnych książek byłoby to normalne, ale w tym przypadku przerażające. Sama sobie tworzę mistyczny nastrój i czuję, że tak powinno być...

niedziela, 6 grudnia 2015

Assassin's Creed: Renesans


Tytuł: "Assassin's Creed: Renesans"

Autor: Oliwer Bowden

Tłumaczenie: Tomasz Brzozowski

Cykl: Assassin's Creed 

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 488

Film: Assassin's Creed

Ocena: 2/10




W Italii w średniowieczu powstają państwa-miasta. Każde z nich ma własnego władcę i własne zasady. Na pozór nic ich nie łączy poza sojuszami i walkami. Jednak czy na na pewno nie mają innych połączeń? We Florencji jednym z ważniejszych rodów jest Auditore. Giovanni – głowa rodu – odgrywa ważną rolę w polityce i bankowości. Tymczasem jego synowie bawią się, rozrabiają i żyją beztroskim życiem. Ezio uwielbia beztroskę, brak obowiązków i swoją młodość. Nie myśli o czasach, gdy będzie musiał przejąć powinność swojego ojca. A ten dzień przychodzi szybko i niespodziewanie. Ezio z niestatecznego młodzieńca będzie musiał zmienić się w morderczego asasyna. Czy poradzi sobie z zadaniem wyznaczonym mu jeszcze przed jego narodzinami? Kim naprawdę jest jego ojciec? Czy Ezio może ufać swoim przyjaciołom?

"Assassin's Creed" już od iluś lat jest bardzo popularną grą. W 2017 r. ma powstać film na jego podstawie. Niedawno wyszła kolejna część niesamowitych rozgrywek. Dlatego właśnie jest o nim tak głośno. Do tego stopnia, że nawet ja, jako osoba nie interesująca się tą tematyką, zwróciłam uwagę na ten cykl. Nie jestem graczem i nie chcę poświęcać swojego czasu na granie na komputerze lub konsoli, choć nie uważam, że to strata czasu, dlatego postanowiłam przeczytać pierwszy tom w wersji papierowej. Przyciągnął mnie rozgłos i niestety hipnotyzujące okładki. Zawsze mnie fascynowały te tajemnicze postacie na obwolutach. Zadawałam sobie pytanie: kim są? Aż wreszcie zadecydowałam, że poznam odpowiedź. Czy była warta mojego czasu? "Assassin's Creed: Renesans" jest książką, która wyjątkowo mnie zwiodła. Miałam duże wymagania, które w najmniejszym stopniu nie zostały spełnione. 

Odkąd tylko się dowiedziałam, że powieści zostały napisane na podstawie gry, byłam niesamowicie zdziwiona tą kolejnością. Naprawdę rzadko zdarza się, że inspiracją nie jest książka tylko rozgrywka komputerowa. Ludzie polubili do tego stopnia "Assassin's Creed", że powstał i cały literacki cykl, i film. Przed przeczytaniem tej historii obejrzałam najpierw zwiastuny gry. Mogę je określi dwoma słowami – robią wrażenie. Przeniosłam się do innego świata, który mnie zachwycał i dawał niesamowitą ilość adrenaliny. W ostatnim czasie tego potrzebowałam, więc miałam nadzieję, że znajdę to w opowieści o asasynach. W dodatku miałam skojarzenie z "Sagą o Wiedźminie". Nie mam tu na myśli podobnej fabuły czy nawet kreacji świata. Po prostu byłam przekonana, że znajdę kolejną książkę fantasy, która mną zawładnie tak jak "Saga o Wiedźminie". Wybaczcie mi fani Sapkowskiego, że popełniłam tak karygodną pomyłkę.

Fabuła "Renesansu" jest niemiłosiernie nudna. Pierwsze kilkadziesiąt stron zaciekawiło mnie. Jednakże czym dalej, tym pojawiało się więcej suchych faktów. Czasami miałam wrażenie, że czytam podręcznik od historii, zamiast pasjonującej powieści, na którą tak bardzo liczyłam. Bowden skupił się na ogólnym przekazie, a nie dopracował wykreowanego świata, przyczyn i skutków. Po prostu coś się zdarzyło i tak ma być. Brakowało scenek sytuacyjnych. W każdej rozbudowanej powieści występują, tworząc tło dla opowieści. To jest konieczne, bo dzięki temu wiemy, w jakiej rzeczywistości żyje bohater. A w takim przypadku widzimy główną postać na białej kartce. Nic się nie zmienia, nie pojawiają się nowe wątki, wszystko dąży to tego samego.

Jestem w stanie wybaczyć wszystkie te wady oprócz jednej. Czas, czas i jeszcze raz czas. Autor całkowicie nie umiał nim operować, a to jest podstawa. Gdy poznajemy Ezia, ma on siedemnaście lat. Natomiast gdy kończymy powieść, ma ponad czterdzieści. Nie twierdzę, że taka duża przestrzeń czasu jest błędem. Lecz nie czułam, jak upływa. Dostawałam zwykłe zdanie: minęło lat osiem. Co się działo przez te osiem lat? Jak zmienił się główny bohater? Ludzie się zmieniają a raczej ich mentalność. A Ezio? Cały czas był tą samą postacią, którą poznałam na początku. Dążył do celu, ale nigdy tak naprawdę nie został on jasno określony. Kończąc "Renesans" nadal nie wiem, czym on był.

Dla osób, które lubią akcję, jest to dobra książka, ponieważ opiera się tylko na szybkim tempie wydarzeń. Dla mnie nie jest to dobre rozwiązanie, ponieważ nie otrzymałam odpowiedzi, nie wiem, z czego wynika postępowanie asasyna i nie wiem, jak do tego doszło. Na początku myślałam, że to po prostu ja nie rozumiem wielu rzeczy, ale z czasem doszłam do wniosku, że ich nie ma. Miałam wrażenie, że Bowden miał genialny pomysł, który został dopracowany w jego głowie, lecz bardzo śpieszył się, żeby przelać go na kartkę, więc ominął istotne wyjaśnienia.    

"Assassin's Creed: Renesans" jest dla mnie największym zawodem tego roku. Przyznaję, że moje wymagania były wyjątkowo wysokie i to bardzo wpływa na ogólną ocenę, jednakże nie ukrywajmy, że jest to po prostu książka o dobrym pomyśle, ciekawiej fabule i przede wszystkim niewykorzystanym potencjale. Mimo tak złych wspomnień jestem pewna, że zaznajomię się z kolejnymi częściami, Kto wie, może będzie coraz lepiej... 

Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

sobota, 5 grudnia 2015

Darmowe książki dla Blogerek

Witajcie!

Niedawno trafiłam na wyjątkowo ciekawą akcję, która pewnie i Was zainteresuje :)


Akcja polega na otrzymywaniu pewnej ilości darmowych e-booków od Wydawnictwa Wymownia:

"Jesteśmy wydawnictwem z pasją i chcielibyśmy podzielić się z Tobą nie tylko naszym zamiłowaniem do książek, ale również naszymi książkami. I to zupełnie za darmo. Jeśli zainteresuje Cię nasza inicjatywa, będziesz otrzymywać na swój adres mailowy ebooki i audiobooki zupełnie za darmo. Maile będziemy wysyłać regularnie, co pewien czas, byś mogła znaleźć dla siebie coś wśród literatury, którą Ci zaproponujemy. Książki pochodzić będą z naszego wydawnictwa oraz z pozycji literackich dostępnych w domenie publicznej."



Zapraszam Was do dołączenia do akcji. Zapowiada się wyjątkowo dobrze, więc mam nadzieję, że taka właśnie będzie :)

Pozdrawiam,
Elfik 

czwartek, 3 grudnia 2015

Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu


Tytuł: Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu

Reżyser: Michael Apted 

Część: III

Produkcja: USA, Wielka Brytania

Gatunek: Fantastyka

Rola główna: Georgie Henley

Czas trwania: 1 godz. 55 min.

Premiera: 25 grudnia 2010 r. (Polska), 2 grudnia 2010 r. (świat)

Ocena: 7/10




Aslanie! Aslanie! Gdzie jesteś? Aslanie, jesteś tu? Pamiętasz, jak razem pokonywaliśmy zło? Jak Edmund był pod jarzmem Białej Czarownicy? Albo jak Piotr kłócił się z Kaspianem? A małego i walecznego Ryczypiska pamiętasz? Musisz pamiętać. Wierzę w to. Mój świat jest ogarnięty wojną, a ja razem z Edmundem ukrywamy się u naszego kuzyna – Eustachego. Nie poznałam bardziej irytującej osoby na świecie... Ale dam mu jeszcze szansę. Każdemu się należy, pamiętasz? Jednak teraz Narnia znowu nas wezwała. Tym razem tylko mnie i Edmunda, no i przypadek Eustachy z nami przybył. Jesteśmy na statku Kaspiana – Wędrowcu do Świtu. Musimy odnaleźć Lordów ojca Kaspiana. Musimy odnaleźć ich miecze. Aslanie! Potrzebujemy pomocy! Ona jest już blisko, czuję ją... Bez Ciebie nie damy rady! Nie zapominaj o nas. Nie zapomnij o mnie – Twojej Łucji.

Pamiętam, jak dostałam cały cykl "Opowieści z Narnii" od rodziców. Byłam wtedy dzieckiem, a w ręku trzymałam dwie olbrzymie księgi, które niedługo po tym zawładnęły moim sercem. Nie oglądałam wtedy jeszcze ekranizacji, ale miałam przed sobą obraz kobiety ubranej na biało, lwa i krwawej bitwy. Z czasem poznałam fabułę książki, a następnie filmów. Pierwsza część produkcji zawiodła mnie, druga przypadła mi do gustu, choć nie jestem pewna, czy nie jest za to odpowiedzialny urok aktora odtwarzającego rolę Kaspiana. A trzecia? Czy po tylu latach zapomnienia przeniosła mnie do świata Narnii? W pewnym sensie na pewna, ale niestety nie do końca.

Uważam, że Lewis w "Podróż Wędrowca do Świtu" wyjątkowo ciekawie poprowadził wątek Łucji, Edmunda i naszego nowego bohatera. Powrót do Narnii po tylu latach niesie ze sobą wiele nieprzewidzianych zdarzeń, które ubarwiają całą opowieść. Jest to bardzo miły powrót. Gdy tylko na nowo spotkałam się z Łucją, Edmundem, Kaspianem i Ryczypiskem, moje serce zaczęło wariować ze szczęścia. Są to postacie, które bardzo cenię i z przyjemnością spędziłam z nimi czas. Moje imię z bierzmowania to właśnie Łucja. Choć ostateczne powody wybrania go były inne, podejrzewam, że to właśnie bohaterka tego cyklu nakierowała mnie na tę imię i jego historię. "Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu" jest to typowa fantastyka, która pokazuje nasz świat przez pryzmat magii i niesamowitych stworzeń. Ostatnimi czasy skupiłam się bardziej na rzeczywistych opowiadaniach, przez co zapomniałam, jak wielką przyjemność sprawiają mi powieści i filmy fantasy.

Pamiętam, że wszystkie przeczytane przeze mnie powieści Lewisa miały głębokie przesłanie, które zmieniało mój pogląd na świat. "Opowieści z Narnii" są książkami, które kreowały mój charakter oraz światopogląd. Natomiast ekranizacja trzeciego tomu była według mnie bardzo spłycona. Pomijała wiele ważnych tematów lub przemieniała je w nic nieznaczące epizody. Był to film nastawiony typowo na akcję i przygodę. Służył wyłącznie rozrywce, co bardzo mnie zawiodło. Jak sami widzicie, nie mogę przestać patrzeć na tę produkcję przez pryzmat powieści. Gdybym najpierw oglądała film, prawdopodobnie patrzyłabym na niego z całkiem innej perspektywy. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek ekranizacja spodobała mi się bardziej niż książka.

Na efektach specjalnych nie znam się dobrze, ale muszę przyznać, że zrobiły na mnie wrażenie. Statek na morzu, niesamowite krajobrazy... Miałam wrażenie, że cała ta sceneria została wyjęta z mojej wyobraźni. Część rzeczy wyobrażałam sobie  bardzo podobnie. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się, czy przypadkiem kiedyś nie oglądałam już tego filmu. Jedyny zarzut mam co do smoka. Smoki to piękne i majestatyczne stworzenia. Tu była to zwykła kreatura.

Gra aktorska moim zdaniem jest dobra, choć pojawiało się wiele momentów, gdy uważałam ją za zbyt sztuczną, nienaturalną. Aktorka, grająca Łucję, czasami bardzo dobrze oddawała jej charakter, innym razem miałam wrażenie, że patrzę na całkiem inną osobę. I oczywiście Ben Bernes, który utożsamiany jest z Kaspianem... Uwielbiam tego aktora, choć nie uważam, że jest wybitnie utalentowany.

"Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu" jest idealny, by odstresować się i powrócić do świata Narnii. Jednakże spodziewałam się czegoś więcej. I polecam najpierw przeczytać książki, jeśli tego nie zrobiliście. Niemniej nie oznacza to, że nie wyczekuję na kolejną część ekranizacji.

wtorek, 1 grudnia 2015

WAŻNE Listopadowe podsumowanie wyzwania "Kocioł Wiedźmy"

Witajcie!

Oto kolejne podsumowanie wyzwania "Kocioł Wiedźmy".  Jak widzicie, wyzwanie w tym miesiącu poszło fatalnie. Zaliczyły je tylko trzy osoby z ilością czterech książek...

Burggrave:



Crystal Kam:

1. "Kształt demona" - Amelia Atwater-Rhodes

Elfik Book:

1. "Płonąca Korona" - Rae Carson



Proszę głosujcie w ankiecie obok. Wyzwanie ma coraz mniej uczestników i nie wiem, czy je kontynuować w przyszłym roku. Jeśli będą chętni, będzie kolejna edycja. Jednak muszę wiedzieć, czy są jacyś chętni...


Pozdrawiam,
Elfik

poniedziałek, 30 listopada 2015

Mamma mia


Tytuł: "Mamma mia"

Reżyseria: Wojciech Kępczyński

Teatr: Roma (Warszawa) 

Kategoria: Musical

Premiera: 21 luty 2015 r.

Czas trwania: 2 godz. 40 min.

Ocena: 8/10











Sophie ma marzenie. Wielkie marzenie. Jest wychowywana przez samotną matkę, która prowadzi hotel na greckiej wyspie, Donna – matka Sophie – jest niezależną kobietą, która pragnie dobra dla swojej córki i jest gotowa na każde poświęcenie, lecz nie chce zdradzić, kto jest ojcem Sophie. Dziewczyna niedługo wychodzi za mąż i chciałaby, żeby jej tata poprowadził ją do ołtarzu. Przypadkowo znajduje pamiętnik Donny i odkrywa... Są trzej kandydaci na jej ojca! Nie może w to uwierzyć, ale mimo to postanawia zaprosić w tajemnicy przed matką wszystkich trzech. Jest pewna, że rozpozna tego prawdziwego. Przychodzi dzień ślubu i zaproszeni mężczyźni spotykają się na ślubie przekonani, że ich dawna miłość chce odnowić kontakty. Tymczasem spotykają entuzjastycznie nastawioną Sophie. Jednak jej pozytywne myśli szybko znikają, gdy nadal nie wie, który z nich może być jej ojcem. Czy Sophie rozpozna swojego rodzica? Co powie Donna, gdy spotka swoich dawnych kochanków? Czy ślub to na pewno dobry pomysł? 

"Mamma mię" zna chyba każdy z nas. I nie mówię w tym momencie o filmie czy sztuce, tylko sławnej piosence Abby. Tyle lat temu Abba występowała i robiła furorę wśród muzyków i słuchaczy. Jednak mimo tego czasu każde dziecko zna tę piosenkę i bez zastanowienia jest w stanie powiedzieć, jaki zespół ją wykonywał. To niesamowite... Poza tym pojawił się jeszcze film, gdzie wszystkie najsłynniejsze utwory tej grupy komponują się z fabułą. Lecz tym razem przyszedł czas na jeszcze coś innego – spektakl teatralny. Teatr Roma w Warszawie przedstawia historię Sophie, Donny i w pewnym sensie Abby na scenie. Już dawno chciałam obejrzeć tę sztukę, więc gdy tylko pojawiła się okazja na kupno biletów bez zastanowienia postanowiłam pojechać do Warszawy. Czy było warto? Jak najbardziej.

Nigdy nie obejrzałam filmu "Mamma mia". Podejrzewam, że wiele osób nie może zrozumieć jak to możliwe. Tak bardzo popularna produkcja, często emitowana w telewizji, a ja jej nie oglądałam. Przecież to niemożliwe... A jednak. Właśnie dlatego, oglądając sztukę, poznawałam całkiem nową dla mnie historię, który opiera się na ciekawym pomyśle. Nie przepadam za tego typu opowieściami, ponieważ wydają mi się ckliwe i często przesłodzone. Nigdy nie ukazują prawdziwej rzeczywistości, choć podobno każda historia wydarzyła się naprawdę, tylko zastała trochę ubarwiona. Mimo to bardzo chciałam poznać zakończenie. Do czego to wszystko zmierza? Który z tych mężczyzna jest ojcem Sophie? Takich pytań pojawiało się tysiące. Nie otrzymałam wszystkich odpowiedzi, lecz i tak zakończenie spodobało mi się.

Natomiast gra aktorska mnie zaskoczyła. Była tak bardzo realistyczna. Czułam się, jakbym podglądała życie innych ludzi. To było niesamowite uczucie. Dotychczas byłam tylko na jednym spektaklu, gdzie miałam podobne odczucia. Ta sztuka nie miała porównania z wieloma filmami. Po prostu była lepsza. Zadziałała moja wyobraźnia i wszystko działo się wokół mnie. To trochę jak książka. Mamy gotową historię, ale to od nas zależy jak ją wykorzystamy.

Mam pewne zastrzeżenia co do muzyki. Uwielbiam piosenki Abby, choć nie słucham ich często. Są dla mnie swoistą tradycją, o której co jakiś czas sobie przypominam. Aktorzy wczuli się w swoje role i w większości przypadków utwory Abby dobrze brzmiały w ich wykonaniu. Jednakże były przetłumaczone na polski. Te mniej znane dobrze komponowały się z fabułą i doskonale pasowały do opowieści. Lecz te jak "Mamma mia", "Honey, honey" czy "Dancing Queen" brzmiały nienaturalnie w tłumaczeniu na polski. Rozumiem, że część osób nie zna tego języka na tyle dobrze, by je zrozumieć (zaliczam się do nich), ale jestem pewna, że było inne rozwiązanie. Można było na przykłada wyświetlać tłumaczenie przez projektor.

Scenografia była bardzo dopracowana, choć prosta. Jestem zaskoczona wyposażeniem teatru. Przede wszystkim pojawił się projektor, który poszerzał perspektywę oraz ruchome ściany, dzięki którym sceny w szybki i nienarzucający sposób zmieniały się. Głównym ośrodkiem sceny był dom, w którym odgrywała się akcja.

"Mamma mia" jako spektakl zrobiła na mnie naprawdę niesamowite wrażenie. Jest to jedna z tych sztuk, która sprawia, że chcesz chodzić do teatru i zaczynasz doceniać tę rozrywkę bardziej niż te popularne. Gdyby tylko bilety do teatru były tańsze, jestem pewna, że ten rodzaj kultury zostałby bardziej doceniony.   

piątek, 27 listopada 2015

Ugotowany


Tytuł: Ugotowany

Reżyser: John Wells

Produkcja: USA

Gatunek: Dramat

Rola główna: Bradley Cooper 

Czas trwania: 1 godz. 40 min.

Premiera: 23 października (Polska), 22 października (świat)

Ocena: 7/10







Ten zapach... Czujecie go? Dochodzi z kuchni. Właśnie tam powstaje potrawa, którą zaraz ze smakiem zjedzie. Kelner położy przed wami talerz i wtedy oddacie się temu niesamowitemu uczuciu. Nic nie będzie się dla was liczyć oprócz tego smaku. To raj – cały wasz świat. Jednak w pewnym momencie potrawa skończy się, spojrzycie na puste naczynie i zrozumiecie, że to nie jest przypadkowy posiłek tylko sztuka. Będziecie wspominać emocje, które towarzyszyły wam przy jedzeniu i zapragniecie jeszcze raz oddać się tej przyjemności. Jesteście w końcu w eleganckiej restauracji o dwóch gwiazdkach Michelina. Czego innego można by się spodziewać? Jednak dla Adama to nadal za mało. Po latach załamania psychicznego, alkoholizmu i narkomanii wraca po trzecią gwiazdkę. Ma tylko jedno pragnienie – posiadać najlepszą restaurację na świecie. Czy uda mu się? Czy można tak po prostu wyjść z nałogu? Czy zrozumie błędy przeszłości?   

Chciałam iść do kina. Nic więcej. Teraz, kiedy w moim małym miasteczku jest kino, gdzie nie spada na głowę tynk, mogę normalnie wyjść z domu i udać się na film. Dla mnie to niezwykłe doświadczenie. I tylko dla niego udałam się na pierwszy, lepszy film, który akurat był grany. Trafiło na "Ugotowanego", co jest dość dziwnym wyborem dla mnie. Nie przepadam za gotowaniem, ponieważ dla mnie to sztuka i bardzo irytuję się, gdy coś mi nie wychodzi albo po prostu nie potrafię wydobyć kwintesencji smaku z danego składnika. Jednakże byłam ciekawa, co znaczą te gwiazdki i jak się potoczą losy bohaterów... A tak naprawdę uwielbiam aktora grającego główną rolę i jego wielkie zdjęcie na plakacie przyciągnęło mnie do kina. Rzadko oglądam produkcje dla aktorów, choć cenię ich talent. Bardzo ważna jest dla mnie temat historii. Lecz czasami trzeba złamać swoje zasady.

Moją uwagę przykuł również pomysł na fabułę. Wybitny kucharz, który od lat jest uznany za zmarłego, pojawia się znikąd i z dnia na dzień postanawia założyć najlepszą restaurację na świecie. Jestem idealistką, więc idee rozpoczęcia nowego życia, mimo wszystkich przeciwności i błędów popełnionych w przeszłości, jest bliska mojemu sercu. Trzeba walczyć do końca i nigdy się nie poddawać. Jak już wcześniej wspomniałam kulinarię uważam za sztukę, a w "Ugotowanym" właśnie tak przedstawiony jest cały proces powstawania potraw. To mnie fascynuje i sprawia, że pragnę sama stworzyć coś podobnego. Na pozór wydaje się to banalna historia o gotowania. Idealna dla pań domu. To jest coś głębszego połączonego z pasją i miłością.

Ostrzega ona przed konsekwencjami błędów młodości i tak naprawdę dorosłości. Jednak nie ukazuje ona przerażającej wizji przyszłości, która źle została pokierowana. Pokazuje, ile możemy stracić, jeśli zbytnio damy ponieść się emocjom i naszym lękom albo nieodpowiednio ulokujemy nasze pragnienia. Daje nadzieję, że jeszcze może być lepiej, tylko trzeba spróbować. Możemy ponieść porażkę, ale również odnieść sukces. Dostajemy gotowe rady na lepsze jutro. Wystarczy tylko je zastosować i przede wszystkim uwierzyć, że świat jest piękny, a my możemy spełnić swoje marzenia.

Akcja w "Ugotowanym" jest szybka. Pojawiają się wątki związane z miłością, macierzyństwem, ale również przestępstwem i jak w opisie wspomniałam narkotykami oraz alkoholem. Jednak mimo to miałam wrażenie, że cel nie jest jasno określony. Przyszedł koniec i... No właśnie – i co? Zakończenie jest otwarte, a raczej miało takie być, ponieważ wygląda, jakby w połowie zostało przerwane. Wiele wątków nie rozwiązuje się, przez co czuję niedosyt. To nie jest produkcja, do której zostanie dokręcona kolejna część i poznamy odpowiedzi. W wielu przypadkach nie możemy nawet przypuszczać, gdyż posiadamy za mało informacji.

Wspomniałam już wcześniej, że bardzo cenię Bradley'a Coopera. Tak naprawdę kojarzę go tylko z "Poradnikiem pozytywnego myślenia", lecz wywarł on na mnie wielkie wrażenie i byłam gotowa na kolejny film z nim w roli głównej. Miałam rację. Jest wyjątkowo utalentowaną osobą, która stworzyła niepowtarzalny wizerunek Adama z "Ugotowanego". Nadawał się idealnie do tej roli. Inni odtwórcy ról również wykazali się wyśmienitą grą aktorską. 

"Ugotowany" nie jest filmem, który spodoba się każdemu. Raczej będzie miał swoje własne grono odbiorców. Nie jest to również historia, która wywrze na was wielkie wrażenie. Przyjemna produkcja, która niesie ze sobą wartość, ale pozwoli również odpocząć po ciężkim dniu.