sobota, 23 lutego 2019

P.S. Wciąż cię kocham – Jenny Han


Tytuł: P.S. Wciąż cię kocham

Autor: Jenny Han

Tłumaczenie: Matylda Biernacka

Cykl: O Chłopcach

Tom: II

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 376

Ocena: 8/10






Nastoletnia miłość jest trudna. I to jest stwierdzenie, z którym zgodzi się większość z nas. Oczywiście, że jest to też wspaniałe wspomnienie, pełne nowości, emocji i oddania. Jednak często wiąże się to również z niezdecydowaniem, niepewnością i cierpieniem. Każdej osobie łatwo można złamać serce, a co dopiero tak młodemu człowiekowi, który angażuje się całym sobą, wierzy, że to miłość na całe życie. Wtedy rozpoczynają się prawdziwe miłosne kłopoty...

Lara Jean bez wątpienia zakochała się, ale nie wie, czego można oczekiwać od przyszłości. Czy razem z Peterem są już parą? Czy to na poważnie, czy dla zabawy? Czy ona tego naprawdę chce? Jest niepewna, ale pragnie też miłości, a Peter już skradł jej serce. W noworoczny poranek jedzie do swojej babci, gniotąc w kieszeni list, który ma zmienić wiele w jej życiu. Tym razem ma on trafić do odbiorcy. W końcu kluczem są listy – jeden w kieszeni Lary Jean, a drugi, który właśnie z wielkim opóźnieniem dochodzi do piątego chłopaka kochanego przez młodą dziewczynę. Co z tego wyniknie? Czy Lara Jean i Peter są wystarczająco dojrzali do miłości? Czy jednak podkradzione przez siostrę listy mogą zniszczyć życie? 

P.S. Wciąż cię kocham jest kolejną częścią sławnej i przeuroczej historii o listach miłosnych. Nie miałam okazji czytać pierwszego tomu, jednakże skusił mnie film i przyznam, że skradł moje serce. Nie spodziewałam się tego, ponieważ to nie są opowieści w moim stylu. Pomysł całkiem ciekawy, ale zbyt naiwne, zbyt romantyczne. Naprawdę byłam w szoku, że film mi się spodobał. Dlatego zdecydowałam się na przeczytanie tej książki. Jest to bestseller, który sprawia, że chce się wierzyć w miłość i przypomina sobie swoje młodzieńcze lata (lub wyobraża te, które przyjdą). Jak nie ulec urokowi czegoś takiego? 

Styl autorki jest wyjątkowo przyjemny i lekki. Czasami podchodzi pod infantylny, lecz nie aż tak, by nie dało się na to przymknąć oka. Przy tym zachowuje pewnego rodzaju specyfikę, co od razu podwyższa moją ocenę o jeden w górę. Jest niepowtarzalny, więc te wszystkie małe błędy można pominąć i skupić się na oryginalności języka pisarki. Dzięki temu połączeniu czytelnik prawie od razu wciąga się i nie może odłożyć książki. A zapewniam Was, że tę powieść czyta się w zawrotnym tempie. Nie zauważyłam, kiedy ją przeczytałam. Mam niezbyt chwalebny zwyczaj, że gdy jestem blisko końca książki, zaczynam przyśpieszać czytanie – omijam niektóre akapity, czytam bez zrozumienia i wyłapuję tylko to, co mnie ciekawi. Nie jestem z tego dumna, ale tak już mam. A przy tej opowieści nie pominęłam nic z końcówki, co wiele dla mnie znaczy. 

Do samej fabuły mam bardzo mieszane uczucia. Nie ma co udawać, bo "P.S. Wciąż cię kocham" jest typową młodzieżówką, która jest całkiem przyjemna, ale nie wnosi nic nowego ani poruszającego. Ale z drugiej strony to są tylko pozory ukryte pod łatwą w odbiorze treścią. W tej książce jest coś więcej i właśnie to mnie urzekło. Niby zwykła historia, a sprawiła, że po jej przeczytaniu usiadłam i zaczęłam rozmyślać. Jestem zszokowana do jak głębokich refleksji skłoniła mnie ta opowieść. I właśnie to jest najlepsza rekomendacja, jaką mogę dać. Tym bardziej że gdy czytałam, czułam ukojenie i czystą przyjemność z czytania. Czegoś takiego potrzebowałam i nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Mimo że cała historia jest bardzo przewidywalna, to i tak byłam ciekawa, czy na pewno tak będzie i jak to będzie wyglądać dokładnie. 

Larę Jean pokochałam już w filmie, ale film to nic przy tej książce. Tutaj zobaczyłam jej prawdziwy charakter, który po prostu jest idealny i to w ten niesamowity sposób. Jest to młoda kobieta nastawiona optymistycznie do wszystkiego, odpowiedzialna, pełna pasji, wiary i zachwyca kreatywnością. Mogłabym  jej zalety wymieniać w nieskończoność. Zaczęłam się nawet z nią utożsamiać, mimo że mam całkowicie inny charakter. Ale nie da się kogoś takiego nie podziwiać. Natomiast do Petera mam wiele zastrzeżeń. Okazał się postacią papierową i bezbarwną. Nie polubiłam go i w momencie, kiedy już jakąś moją sympatię zyskiwał, to tracił ją po chwili z kretesem. Warto też wspomnieć o małej Kitty, za którą szaleję. Ubarwiła całą powieść, wprowadzając śmiech i szaleństwo do opowieści. Kitty to dziecko pełne odwagi, które potrafi obserwować świat i umiejętnie wyciągać wnioski z tego, co widzi. 

Tematyka drugiego tomu skupia się przede wszystkim na nastoletnich miłościach i jest to bardzo urocze. Ale tak jak wspomniałam, zmusza do refleksji. Miłosne problemy Lary Jean zostały ukazane bardzo rzeczywiście. Ukazywały, że do prawdziwej miłości trzeba dojrzeć, zaangażować się i być gotowym na cierpienie. Bardzo mnie to poruszyło. Do tego można było obserwować, jak ta młoda dziewczyna radzi sobie z problemami i zobaczyć, że mimo uroczej osobowości, jest niezwykle silna i gotowa do poświęceń – czy to w imię miłości, czy przyjaźni.

Jestem bardzo szczęśliwa, że miałam okazję przeczytać tę książkę. Bez wątpienia wrócę i zapoznam się z pierwszym tomem oraz będę z niecierpliwością czekać na wydanie trzeciego. Zachęcam Was do przeczytania tej książki. Nie jest to arcydzieło, ale powieść, która w swoim gatunku robi olbrzymie wrażenie i według mnie naprawdę warto się z nią zapoznać. W końcu wszyscy potrzebujemy miłości...

Za możliwość przeżywania niezwykłych i poruszających emocji razem z Larą Jean dziękuję bardzo Taniej Książce

środa, 20 lutego 2019

Wymazać siebie – Garrard Conley


Tytuł: Wymazać siebie

Autor: Garrard Conley

Tłumaczenie: Kamila Slawinska

Kategoria: Biografia

Wydawnictwo: Poradnia K

Liczba stron: 351

Ocena: 8/10











Dla niektórych osób świat jest o wiele bardziej skomplikowany niż dla przeciętnej osoby. Większość z nas ma własne problemy, pragnienia i toczy własne walki, jednak są one częścią naszego życia i akceptujemy to, bo życie innych wygląda tak samo. Lecz czasami między tą przeciętnością jest coś więcej. Problem, który jest rzadki, który nie jest powszechnie tolerowany, o którym się milczy i robi wszystko, by inni się nie dowiedzieli. Następnie próbuje się z nim jakoś uporać i zapomnieć. Taki problem miał Garrard, który odkrył, że jest homoseksualistą, a w środowisku, w którym żyje, coś takiego jest nie do zaakceptowania.

Garrard pochodzi z rodziny zagorzałych baptystów. Jego ojciec po wielu latach prowadzenia manufaktury bawełny zmienia swoje życie i czuje powołanie, by nawracać innych. Jest to dla niego najważniejszy cel w życiu i oddaje się swojej nowej pasji całym sercem. Każdą wolną chwilę spędza, pomagając ludziom i pragnie, by jego syn również temu się poświęcił i żył w prawdziwej wierze. Garrard wierzy, że tak właśnie będzie... Wierzy do momenty, gdy odkrywa u siebie pociąg do tej samej płci. Wtedy wszystko się zmienia, a on musi poradzić sobie z własną psychiką i reakcją rodziców, dla których współżycie ich syna z innym mężczyzną jest największym grzechem, jaki Garrard mógł w życiu popełnić. Odtąd zaczyna się walka w Love in Action z homoseksualizmem młodego mężczyzny. To wszystko działo się w 2004 r. Minęło już wiele lat i Garrard Conley postanowił opowiedzieć swoją historię – ujawnić emocje, jakie wtedy czuł oraz ukazać, jak działają tego typu ośrodki. 

"Wymazać siebie" było dla mnie nietypowym wyborem, ponieważ raczej unikam tego rodzaju tematów. Uważam się za osobę tolerancyjną i życzę wszystkim homoseksualistom szczęścia w takim życiu, jakie sobie wymarzą. Jednak ich historia za bardzo mnie nie interesuje. Do przeczytania tej powieści najbardziej przekonał mnie opis terapii konwersyjnej, co jest już bardziej w polu moich zainteresowań. Teraz wiem, że wcześniej była to zwykła ignorancja i każdy z nas powinien wiedzieć,  jak taka terapia wygląda i przede wszystkim jak wygląda życie ludzi, którzy dzień w dzień walczą ze swoją naturą. 

Zacznę najpierw od samej stylistyki książki. Conley okazał się genialnym pisarzem. Z samej książki wiem, że wiele w swoich młodzieńczych latach pisał, czego efekty widać w jego autobiografii. Jego styl jest lekki i przyjemny, a przy tym niesamowicie dopracowany. Uwielbiam, jak pisarz posługuje się takim językiem. Dzięki temu cała historia jest wciągająca i tak naprawdę nie można się od niej oderwać. W "Wymazać siebie" właśnie ten niezwykły język pozwala czytelnikowi poznać dokładnie osobę pisarza.

Garrard jest głównym bohaterem tej książki i zarazem jej narratorem. Powiem Wam, że po prostu nie da się nie polubić jego postaci, gdyż jest wyjątkowo sympatyczny i sama jego osobowość zaskakuje swoją dynamiką, nieprzewidywalnością i całkowicie odmiennym spojrzeniem na świat. I w tym przypadku nie mówię o innej orientacji seksualnej. Ma w sobie wyraźną iskrę życia i nadzieję na lepsze jutro, co bardzo szanuję. Co do innych bohaterów to nie dane nam jest poznać ich lepiej, jednak możemy na tyle dobrze przyjrzeć się im zachowaniom, by zrozumieć cały kontekst sytuacji. Dla mnie jest to wystarczające. Ważną rolę odgrywają również rodzice i ich kreacji jest wybitna. Uważam tak, ponieważ spodziewałam się, że właśnie to oni zostaną przedstawieni jako największe demony, które zniszczyły życie swojemu synowi. Nie było tak. Garrard ukazał swoją wielką miłość i szacunek do nich, co mnie urzekło. Zarazem nie poszedł w idealizowanie swoich rodziców i mówienie, że to moja wina, że to ja jestem homoseksualistą, dlatego przez młodzieńcze lata wariowałem i trafiłem na terapię. Nic z tych rzeczy. Pokazał ich konkretne błędy oraz z czego one wynikały. Postarał się spojrzeć na to wszystko ich oczami oraz dołożyć swoje własne emocje i w ten sposób ukazał całościowy obraz. 

Po przeczytaniu "Wymazać siebie" mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że powinno się poruszać temat homoseksualizmu i nie tylko w aspektach ogólnej akceptacji, ale akceptacji samego siebie. Ta powieść pokazała mi, że młode osoby, które zdają sobie sprawę, że mają inną orientację niż heteroseksualną, niekoniecznie muszą mieć problem z tym, co inni powiedzą. Problemem może być to, że uważają siebie za odmieńców i złe osoby. Jeśli do tego dochodzi religia, która w większości potępia takich ludzi (szczególnie właśnie baptyści, a w naszym kraju katolicy), a ten człowiek jest głęboko wierzący, to funduje sobie swoje własne piekło w umyśle. Tak nie powinno być. Część z Was pewnie powie, że terapia konwersyjna to już nie te czasy. Mocny wstęp do książki pani Agnieszki Graff na samym początku udowadnia, że to wcale nie jest przeszłość. Ona nadal trwa prawie w każdym kraju. W naszej Polsce też, co jest przerażające, bo dochodzą jeszcze do tego egzorcyzmy. Powinniśmy o tym pamiętać. 

"Wymazać siebie" było bardzo ciekawą książką, która w przystępny sposób pokazała poważny problem. Choć przyznam się Wam, że już podczas czytania ostatniej setki miałam problem. Przyszedł moment, gdzie miałam wrażenie, że autor zaczyna się powtarzać, przez co wpadłam w nudę. Ale to mało znacząca wada przy całości. A tę biografię naprawdę warto przeczytać – nawet jeśli nie lubicie takich książek. 

Za możliwość poznania tej wzruszającej i pełnej emocji historii dziękuję bardzo Poradni K.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Amerykańska królowa – Sierra Simone


Tytuł: Amerykańska królowa

Autor: Sierra Simone

Tłumaczenie: Grzegorz Gołębski

Cykl: New Camelot Trilogy

Tom: I

Kategoria: Erotyk

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 449

Ocena: 2/10







Kto z nas nie marzy o prawdziwej miłości, która jest cierpliwa i pełna czułości, a zarazem szalona, nieposkromiona i pełna namiętności? Myślę, że tu nie ma znaczenia, czy jest się kobietą, czy mężczyzną. To jest tak bardzo ludzkie uczucie, że coś tak banalnego jak płeć nie zmienia nic w tym zakresie. Każdy z nas czeka na ten moment, a gdy przychodzi czas, pozwala się ponieść fali niespodziewanych wydarzeń, pełnej miłości, cierpieniu z nią związanej i swoich własnych pragnień. Tak właśnie robi Greer. 

Greer od dziecka należy do elity, dlatego doskonale zna zasady, które kierują tym światem. Potrafi uśmiechać się w odpowiednim momencie, rzucać błyskotliwymi komentarza i być pewna siebie. To wszystko dzieje się w rzeczywistości polityki amerykańskiej, jednak w jej sercu wszystko odbywa się inaczej. Szczególnie w momencie, gdy poznaje przystojnego mężczyznę, w którym zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Przez lata nie może zapomnieć tego jednego pocałunku pomiędzy nimi. Wtedy była tylko naiwną nastolatką, teraz już jest kobietą i jej uczucia nic się nie zmieniły. Kiedy widzi swojego ukochanego z inną kobietą, pozwala ponieść się rozpaczy, która prowadzi ją do kolejnego przystojnego mężczyzny. Spędza z nim najpiękniejszą noc swojego życia i po raz kolejny zostaje ze złamanym sercem. Lata mijają, a Greer nadal rozpacza, ale w jednym momencie wszystko się zmienia – obaj mężczyźni ponownie wkraczają do jej życia i przewracają go do góry nogami. Czy młoda kobieta będzie potrafiła sobie z tym wszystkim poradzić? Kogo naprawdę kocha? 

Amerykańska królowa od początku była książką, od której nie wymagałam zbyt wiele. Choć należąca do nowości wydawniczych zachęcała. Po ciężkim miesiącu nauki miałam ochotę przeczytać coś lekkiego i stwierdziłam, że tego typu romans albo może bardziej erotyk będzie się idealnie nadawał w tym celu. Tylko tego chciałam, więc czuję się teraz ogromnie zawiedziona, że nawet tak prostej rzeczy, jak sprawienie zwykłej przyjemności w czytaniu, nie była w stanie sprawić. Fabuła od razu wydawała mi się trochę naiwna, jednak dość ciekawy opis i piękna okładka przekonały mnie. I naprawdę w tej chwili tego żałuję. 

Może zacznę od samego stylu autorki. Był on bardzo lekki i przyjemny, więc to chyba jedyny aspekt, gdzie moje oczekiwania zostały spełnione. Nie był też infantylny, więc dla mnie to idealny środek. Nie musiałam zbyt wiele dawać z siebie, żeby zrozumieć tekst, ale nie byłam też zirytowana jego zbytnią prostotą. Dzięki temu powieść czytało się bardzo szybko i fragmentami była wciągająca. Szkoda tylko, że nie był bardziej charakterystyczny, ale za dużo też nie można wymagać. Pod względem języka mam tylko jedno zastrzeżenie – pojawiało się wyjątkowo dużo słów, które gryzły się z całym tekstem. Po prostu w ogóle nie pasowały i wybijały z rytmu czytania. Nie wiem, czy to od początku zawiniła autorka, czy tłumacz. Choć akurat tę wadę da się przeboleć. 

W tej chwili mogę przejść do olbrzymiej fali krytyki. Zacznę od fabuły. Z nią był jeden bardzo poważny problem – nie istniała. Dla mnie jest to po prostu jeden ciąg przypadkowych myśli, fantazji, które pisarka próbowała uporządkować, a i tak poniosła pod tym względem całkowitą porażkę. Jeśli ktoś spytałby mnie o konkretny opis tej książki, to nie miałabym najmniejszego pojęcia, co odpowiedzieć. W "Amerykańskiej królowej" jest tylko jeden prawdziwy wątek – seks. Nic innego nie istnieje, a jeśli nawet gdzieś pojawiały się pojedyncze zalążki innych wątków, to nie było odpowiedniego tła, kontekstu, więc były całkowicie niezrozumiałe. Kto ciągle nawiązuje do nowej, całkowicie wymyślonej polityki, jeśli nie tłumaczy, na czym ona polega? Ciągle słyszymy o wojnie, którą toczy Ameryka z Ukrainą. Jakiej wojnie? Co do tego ma Polska i co to jest w tym świecie Karpatia? Takich pytań mogłabym zadać setki i na żadne nie dostałabym satysfakcjonującej odpowiedzi.

Dla Greer liczył się tylko wyłącznie seks i fantazje erotyczne. W powieści jest podkreślane, jak wielkim uczuciem darzyła tych mężczyzn, jak oni bardzo ją kochali. Wszystko pięknie, szkoda tylko że to puste słowa, a cała ich wielka miłość była wypruta z jakichkolwiek emocji, uczuć... Po prostu roboty zaprogramowane do czynności seksualnych. Co to za miłość? Mam teraz w głowie wspomnienie, jak w szkole śmiało się z par, które nigdy ze sobą nie rozmawiały, tylko spędzały wszystkie przerwy na całowaniu się. To jest dokładnie to samo. W pewnych momentach, aż się dziwiłam, że wiedzą, jak mają na imię. W dodatku większość scen erotycznych jest bardzo mocna. Tutaj już wchodzą własne preferencje czytelników, więc jestem w stanie zrozumieć, że dla niektórych to ciekawe, jednak nie w momencie, gdy nic innego nie istnieje. Dla mnie było to po prostu nie do przejścia. 

Może byłabym w stanie jakoś się przekonać do "Amerykańskiej królowej", gdyby Greer posiadała choć trochę jakieś osobowości i okazywała emocje. Według mnie nie posiadała żadnej kreacji literackiej, gdyż nie jestem w stanie wymienić ani jednej jej cechy poza naiwnością i brakiem inteligencji (a właśnie nią się szczyciła). Ale czy to są cechy? I Ash... Ta postać w mojej karierze literackiej przejdzie w historii jako najbardziej irytujący bohater. Nie mam na niego słów – totalny hipokryta, który nie wie, czego naprawdę chcę. Na szczęście pod względem bohaterów jakoś sytuację uratował Embry. Ten bohater jest dla mnie nieskończony, więc raczej nie powinnam zbytnio się na nim skupiać, ale autentycznie polubiłam go. Jako postać ma w sobie olbrzymi potencjał i jest przy tym tajemniczy, wzruszający oraz mroczny. Jest jedynym prawdziwym plusem tej powieści. 

"Amerykańska królowa" jest dla mnie wielkim rozczarowaniem i żałuję, że ją przeczytałam. To smutne, ponieważ przy tak małych oczekiwaniach, to wręcz niedorzeczne. Odradzam Wam tę książkę, gdyż sama bardzo się przy niej wymęczyłam i na dłuższy czas zrezygnuję z erotyków. Ogólnie nie czytam ich zbyt dużo, ale czasami lubię się oddać im, a to była moja całkowita porażka czytelnicza.  

Za możliwość przeczytania "Amerykańskiej królowej" dziękuję bardzo Taniej Książce

sobota, 16 lutego 2019

Kobiety, które zawładnęły Europą – Jean des Cars


Tytuł: Kobiety, które zawładnęły Europą

Autor: Jean des Cars

Tłumaczenie: Krystyna J. Dąbrowska

Kategoria: Literatura historyczna

Wydawnictwo: Muza

Liczba stron: 336

Ocena: 6/10










Na lekcjach historii najczęściej opowiada się o wybitnych jednostkach, które rządziły całymi państwami, czasami nawet całymi kontynentami, o myślicielach zmieniających bieg historii, szalonych królach i genialnych strategiach, które wymyślali. Taką historię znamy ze szkoły. I czasami ma wrażenie, że pomijamy niektóre fakty historyczne, zapominamy o postaciach. Gdzie są w tym wszystkim kobiety? Pewnie część z Was w tej chwili chce mi zarzucić, że powinnam wiedzieć, że w tamtych czasach miały mało praw i ich najważniejszym obowiązkiem był ładny, stosowny wygląd oraz rodzenie dzieci. Owszem, doskonale wiem, że tak było. Lecz nie można zapomnieć, że mimo to niektóre kobiety szeptały do ucha swoich mężów czy kochanków swoje własne pomysły, koncepcje czy rozwiązania, że niektóre kobiety zyskały nawet w tym trudnym dla nich okresie odpowiedni szacunek, że niektóre kobiety również rządziły całymi państwami. 

"Kobiety, które zawładnęły Europą", czyli najpotężniejsze królowe, są książką, którą od bardzo dawna chciałam przeczytać. Ogólnie raczej nie odnajduję się w literaturze, która jest poważniejsze lub jest naukowa/popularnonaukowa. Jednak dla mnie powieść to najlepiej grube tomisko fantastyki. Rzadko się zdarza, że coś innego mnie przekonuje, choć od lat walczę i próbuję nowych gatunków (niektóre naprawdę bardzo pozytywnie mnie zaskakują). Lecz ta książka jest dla mnie pewnego rodzaju symbolem ukazującym równość między kobietami i mężczyznami. Przynajmniej gdy zaczynałam ją czytać, tak się nastawiałam. Czy moje nastawienie było odpowiednie?

Ogólnie jestem zachwycona całą koncepcją tej książki, gdyż uważam, że powinno się zwracać uwagę na historię, której nie uczy się w szkołach, czasami po prostu pomija, a jest również bardzo ważna dla naszej wiedzy ogólnej. W dodatku pisarz nie ogranicza się do jednej dynastii, jak to zazwyczaj jest w tego typu dziełach, tylko opisuje dwanaście kobiet, które odegrały istotne role w historii Europy. Czego chcieć więcej?

Spodobało mi się, że na początku każdego rozdziału poświęconego kolejnej królowej pojawiała się ciekawa zapowiedź. Jean des Cars nie zaczynał od narodzin, tylko od jakiegoś symbolicznego wydarzenia dla tej kobiety. Zawsze były to barwne opisy godne prawdziwej powieści. W taki sposób od razu można było się zainteresować królową i z cierpliwością przejść jej cały życiorys – najczęściej bardzo burzliwy. Wyjątkowo istotne jest również, że pisarz nie ograniczał się do jednego kontekstu. Potrafił opisać wszystko tak, żeby czytelnik znał tło historyczne i polityczne, dzięki czemu niektóre wydarzenia, które mogłyby być trudne do zrozumienia lub mało akceptowalne, takie nie były. Często jest wprost szokujące, jak można się oburzyć lub zdziwić czymś, co w tej chwili jest dla nas codziennością. Poza tym mogłam poznać każdą z tych kobiet jako człowieka. Poznać ich życie prywatne, cechy, obawy i pragnienia. Nie były to zwykłe postacie historyczne na papierze, tylko prawdziwi ludzi żyjący wiele lat temu. Razem to wszystko ukazywało pełny obraz każdej królowej, co bardzo przypadło mi do gustu. 

Nie chcę też za bardzo zachwalać książki, ponieważ miała wiele wad, które ciężko było mi zaakceptować. Może zacznę od pominięć. Było ich naprawdę dużo i rzucały się w oczy. To nie były pominięcia typu, że nieważne, że nie zauważymy albo zaakceptuje. To jest zrozumiałe, gdyż po tylu latach do niektórych faktów ciężko dotrzeć albo jest to w ogóle niemożliwe, ale tutaj widać, że było to źle zatuszowane albo sam autor z jakiś względów chciał je pominąć. Zgrzytało to strasznie. Tym bardziej że czym bliżej naszych czasów, tym kolejna królowa była coraz bardziej zachwalana, wysławiana pod niebiosa. Irytowało mnie to, bo w takim przypadku ciężko stwierdzić, czy po prostu na przełomie XIX i XX wieku mieliśmy w Europie idealne królowe, czy jest to trochę... Sama nie wiem – podlizywanie? Czasami naprawdę miałam wrażenie, że fakty faktami, ale bujna wyobraźnia poniosła zbyt pisarza. Mam małą wiedzę, więc trudno mi to zweryfikować, jednak raczej ufam swoim odczuciom. 

Warto zwrócić również uwagę na samo wydanie książki, które według mnie jest wręcz bajeczne. Twarda oprawa z wypukłymi literami daje poczucie, że jest to porządna książka z olbrzymią ilością wiedzy. Przy każdej królowej jest jej obraz lub zdjęcie, dzięki czemu możemy mieć lepsze wyobrażenie, co do kobiety, której życie właśnie poznajemy. I wszystko jest doprawione delikatnym, lawendowym kolorem – doskonale dopasowanym. Zapewniam Was, to jest cudeńko.

"Kobiety, które zawładnęły Europą" okazały się dziełem wartym przeczytania i dość ciekawym. W niektórych miejscach mnie zawiodły, ale nie na tyle, żeby Wam nie polecić tej książki. Jeśli interesujecie się historią albo wielkimi dokonaniami kobiet, to powinniście posiadać tę wiedzę, a i na pewno będzie dla Was to ciekawe. 

niedziela, 10 lutego 2019

Wojenna Burza – Victioria Aveyard


Tytuł: Wojenna burza

Autor: Victoria Aveyard

Tłumaczenie: Joanna Dziubińska, Maria Borzobohata-Sawicka

Cykl: Czerwona Królowa

Tom: IV

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 704

Ocena: 8/10





Świat, gdzie nie ma równych praw, gdzie morduje się ludzi, tylko dlatego że są inni, gdzie nie można być sobą, gdzie nie można kochać, gdzie boisz się każdej nadchodzącej minuty, jest światem, który należy zniszczyć, a później odbudować krok po kroku. Należy oderwać się od tradycji, tego, co znamy i mieć odwagę. Tylko tak można sprawić, żeby nadchodzące pokolenia mogły być szczęśliwe.

Mare musi spojrzeć prawdzie w oczy, co jest wyjątkowo trudne, ponieważ za każdym razem, gdy próbuje to zrobić, jej serce łamie się na małe kawałeczki. Jednak i ona, i Cal podjęli własne decyzje i nie ma już odwrotu – trzeba być konsekwentnym. Tym bardziej że każde z nich wierzy, że jego decyzja jest jedynym możliwym wyborem. Maven nadal jest olbrzymim zagrożeniem, niewinni ludzie giną, a cała Norta jest podzielona na trzy kawałki. To wszystko trzeba poskładać w całość, a tylko oni mogę tego dokonać. Evangeline straciła ostatnie resztki nadziei. Już nie wierzy, że kiedykolwiek może być szczęśliwa. Teraz dobitnie czuje, że jest tylko pionkiem na wielkiej planszy stworzonej przez jej ojca. Jako marionetka nie ma nic do powiedzenia i nie ma siły już walczyć. A Iris? Potężna królowa, która po wielu latach dała Norcie pokój. Czy na pewno ma dobre zamiary? Czy cofnie się przed dokonaniem krwawej zemsty? Czy w ogóle w takim świecie można żyć? Czy można być szczęśliwym? 

"Czerwona Królowa" jest dla mnie bardzo sentymentalnym cyklem. Na przestrzeni lat przyzwyczaiłam się do bohaterów, do walk między nimi oraz nieprzewidywalności całej historii. Dlatego z niecierpliwością czekałam na zakończenie opowieści. Dostałam olbrzymie tomisko, które aż przygniata ogromem stron, ale takie książki lubię najbardziej, dlatego z taką chęcią zaczęłam czytać "Wojenną burzę". Czy spełniła moje oczekiwania? Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ miała w sobie wiele zalet, ale nie brakowało jej też druzgoczących wad. Mimo to czytało mi się ją bardzo przyjemnie. 

Styl autorki jest luźny, dzięki czemu bardzo łatwo się wciągnąć i dać ponieść przygodzie. Przy takich stylach obawiam się, czy cała powieść nie będzie infantylna. Na szczęście tu pisarka idealnie wypośrodkowała lekkość odbioru i kunszt literacki. Według mnie takie powieści najlepiej się czyta. Wszystkie wydarzenia były opisane bardzo dokładnie, więc nie miałam najmniejszych problemów, by wyobrazić sobie całą sytuację, ogrom wydarzeń i uczuć bohaterów. Jednakże do Victorii i jej stylu mam zawsze jedno zastrzeżenie – nigdy nie wyróżnia się niczym charakterystycznym. Muszę mieć napisane, że to jej książka, żebym wiedziała, że to ona napisała. Tak nie byłabym w stanie rozpoznać, czy to dzieło przypadkowego pisarza, czy jednej z moich ulubionych pisarek. Niestety zawsze nad tym ubolewam. 

Co do samej fabuły to mam bardzo mieszane odczucia, ponieważ okazała się strasznie nierównomierna. Czasami po prostu nie dało się oderwać od tej książki, a innym razem miałam ochotę nią rzucić, ponieważ była naiwna i w ogóle nieprzemyślana. Z tego względu jej przeczytanie zajęło mi naprawdę dużo czasu i był to burzliwy czas. Choć sam tytuł ostrzega... Dużą zaletą historii jest fakt, że nie jest ani przeciągana niepotrzebnie, ani nie przyśpiesza, by osiągnąć zawrotne i najczęściej niezrozumiałe dla odbiorcy tempo. Jestem z tego bardzo zadowolona, ponieważ dzięki temu odnalazłam się idealnie w fabule. W "Wojennej burzy" są poruszane dwa główne wątki –  polityczny i miłosny. Wątek polityczny bardzo mi się spodobał. Poza małymi skazami Victoria przedstawiła bardzo dokładnie i zrozumiale wydarzenia, które toczyły się na arenie międzynarodowej. Potrafiła przy tym zaskoczyć. Wielokrotnie w mojej głowie pojawiała się myśl, że to było takie oczywiste, że skutki też dało się przewidzieć, ale razem z bohaterami nie zauważyliśmy tego i ostatecznie zostaliśmy zszokowani. Przyznaję, że byłam pod olbrzymim wrażeniem. Co do wątku romantycznego to nie wiem, co powiedzieć... Przyznaję, że nawet mi się czasami krajało serce albo pojawiała się ta ciepła iskierka i kibicowałam z całej siły Mare i Calowi, ale ostatecznie jest on raczej naiwny i przesadnie wyeksponowany. Myślę, że można by to poprowadzić całkowicie inaczej – lepiej.

Bohaterowie to olbrzymia gama charakterów. Są oni bardzo dobrze wykreowani, dzięki czemu każdy znajdzie kogoś, z kim może się utożsamić, zaprzyjaźnić i spędzić dobrze czas. Tutaj naprawdę wielkie brawa dla pisarki. W tej części skupia się przede wszystkim na trzech postaciach – oczywiście Mare, Evangeline oraz Iris. Gdzieniegdzie można też spotkać narrację Mavena czy Cala, jednak zbyt wiele z tego nie można wynieść. Miało chyba być to ubarwienie i ukazanie wielu wymiarów opowieści, ale moim zdaniem nie wyszło. Może na początku skupię się na Mare, której od pierwszej części nie cierpię i pod tym względem nic się nie zmieniło. Jest nadal tak samo irytująca, naiwna i wbrew pozorom nic nie wprowadzająca do książki. Chyba jest jedyną postacią z całego cyklu, której w ogóle nie mogę zaakceptować. Mogłabym napisać oddzielną recenzję poświęconą jej krytyce. Dlatego po prostu przejdę do Evangeline. W pierwszych częściach bardzo jej nie lubiłam, jednak z czasem zmieniło się to i muszę się przyznać, że ostatecznie została moją ulubioną bohaterką, gdyż doskonale została ukazana jej przemiana, a dzięki jej narracji można zobaczyć świat jej oczami i zrozumieć, skąd wynika jej dość nietypowe i często niepoprawne zachowanie. Jest to postać wręcz tragiczna, która robiła wszystko by zmienić swoje położenie, ale świat dawał jej tylko coraz więcej przeszkód. Żeby dowiedzieć się, czy ostatecznie się jej to uda, musicie sami przeczytać "Wojenną burzę". Co do Iris mam pozytywne odczucia. Nie jest to jednoznaczna osoba i jestem sobie w stanie wyobrazić, że wiele czytelników może darzyć ją nawet nienawiścią, lecz ja ją rozumiem i jestem w stanie zrozumieć, że jej życie też nie było proste. Przy wszystkich tragediach nigdy się nie poddała, dążyła do sukcesu, ale wiedziała też do końca, co w życiu jest najważniejsze. Nie umiem jej źle ocenić. 

"Czerwona Królowa" mimo wielu niekoniecznie dobrych przygód okazała się dla mnie bardzo dobrą i wciągającą serią. Z perspektywy czasu cieszę się, że poświęciłam jej czas, bo była to wielowymiarowa przygoda. Szkoda tylko że jestem zawiedziona zakończeniem. Choć zawiedziona to za duże słowo. Po prostu mi się nie podobało. Widziałabym to wszystko w innym sposób, ponieważ został pewnego rodzaju niedosyt, które strasznie mnie irytuje. Ale jestem przekonana, że mimo zapowiedzi nie jest to ostatnia książka z tego cyklu. Już nawet jest przewidywana jakaś kolejna połówka. I na tym się nie skończy. Mam wrażenie, że nadal brakuje tego ostatecznego zakończenia. Jednak tymczasem mogę tylko polecić cały cykl osobom lubiącym dystopie, fantastykę i literaturę młodzieżową. 

piątek, 8 lutego 2019

Księgarnia z marzeniami – reż. Isabel Coixet


Tytuł: Księgarnia z marzeniami

Reżyser: Isabel Coixet

Produkcja: Hiszpania, Niemcy, Wielka Brytania

Gatunek: Dramat

Rola główna: Emily Mortimer

Czas trwania: 1 godz. 50 min. 

Rok produkcji: 2017 r.

Ocena: 6/10








Każdy książkoholik marzy o książkach - myślę, że nikogo to nie zdziwi,  w końcu jest to oczywistość. Ludzie uwielbiający książki spędzają czas na ich czytaniu, kupowaniu, przeglądaniu, szukaniu, układaniu i wielu tym podobnym czynnościom. Sprawia im to tak olbrzymią przyjemność, że są w stanie poświęcać cały swój wolny czas właśnie w taki sposób. Zresztą pewnie większość z Was dokładnie zna ten proces i widzi teraz w tej roli samego siebie. I jestem przekonana, że każdy z nas marzył albo nadal marzy o własnej księgarni. Jedną z osób, która zamiast tylko marzyć wstała i postanowiła założyć sklep z książkami, jest Florence z filmu "Księgarnia z marzeniami".

Florence po wielu latach samotności postanowiła wyjść z domu i wrócić do tego, co po swoim mężu najbardziej kochała – prowadzenia księgarni. Kobieta wykupuje stary dom, który przez lata stał nieużywany i zmienia go na świątynie książek, gdzie każdy może znaleźć coś dla siebie i możliwe, że nawet samego siebie. Wszystko układałoby się dobrze, gdyby nie fakt, że miejscowa dama miała całkowicie inne plany do tego domu i uruchamia mechanizm, który ma zniszczyć księgarnię oraz samą Florence. W tym samym czasie Florence poznaje pana Brundisha, który nienawidzi ludzi, ale kocha książki i jest gotowy zmienić wszystkie swoje przyzwyczajenia, aby kobieta mogła ziścić swoje marzenie. Czy uda się to jej? Jakie ma szanse z bogatymi i wpływowymi ludźmi? Czy w ogóle warto podejmować taki wysiłek? 

Jest to kolejny film, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam i jestem tym wręcz zszokowana, bo sam tytuł oddaje moją duszę. Na szczęście przypadkiem na niego trafiłam i mogłam się z nim zapoznać od razu. Jak można się domyśleć, miałam olbrzymie wymagania i to chyba właśnie one zgubiły ten film. Nie powiem, że był zły, bo taki nie był, ale mimo to zawiódł mnie.

Wszystko się zaczyna od książek – i w przypadku Florence, i moim. Obie je tak samo kochamy i tak naprawdę to nasze marzenia było prawie identyczne. Główna bohaterka postanowiła je spełnić i to jest pierwszy moment, gdy gdzieś coś zaczyna zgrzytać. Dzieje się tak, ponieważ pojawia się pytanie, dlaczego akurat teraz. Towarzyszyło mi ono przez cały film i nigdy nie poznałam odpowiedzi, co okazało się bardzo irytujące. A to nie jest coś, co można tak sobie pominąć. Niestety też muszę przyznać, że produkcja jest w większości monotonna i trzeba wielkiej cierpliwości, żeby po jakimś czasie  jej nie wyłączyć. Jednak udało mi się zmusić do obejrzenia końcówki i to chyba był mój najlepszy wybór w odniesieniu do tego filmu, gdyż zakończenie okazało się całkowicie nieprzewidywalne, wzruszające i dało temat do wielu refleksji. Jeśli ktoś posiada odpowiednie pokłady cierpliwości, warto dla tego momentu obejrzeć "Księgarnie z marzeniami".

Wydaje mi się, że problemem tego filmu jest też główna bohaterka - Florence. Widać, że miała być wykreowana na osobę, którą wszyscy lubią, bo jest miła, kochana, zawsze uśmiechnięta i kto nie chciałby jej pomóc w tak trudnej sytuacji, do której doprowadzili ją źli ludzie. Niestety to w ogóle się nie udało. Florence okazała się bardzo miłą kobietą, ale w ten najbardziej frustrujący sposób. Nigdy nie ulegała prawdziwym emocjom, nigdy nie popełniała błędów i nigdy nie zastanawiała się, czy na pewno słusznie postępuje. Oczywiście w pewnej mierze są to wielkie zalety, ale pozbawiły one Florence jakiegokolwiek charakteru. Słowo miła to jedyne słowo, jakim można ją opisać. Żadnej osobowości. Poza tym dość istotną rolę odgrywał wcześniej wspomniany pan Brundish. On już robił o wiele lepsze wrażenie, ponieważ przez prawie całą opowieść był jedną, wielką tajemnicą, którą chciało się odkryć. Szkoda tylko, że ostatecznie zostajemy tego pozbawieni, a dobra kreacja tej postaci rozpada się w mgnieniu oka razem z całym potencjałem. Ostatecznie polubiłam Christine – dziewczynkę, która pomaga Florence w księgarni. Wykazała się olbrzymią charyzmą i poczuciem humoru, dzięki czemu historia była o wiele bardziej barwna i nieprzewidywalna. Christine widziała świat takim, jakim jest i nie bała się otwarcie o tym mówić. Jeśli coś się jej nie podobało, to po prostu zamiast narzekać, robiła coś z tym i najczęściej jej działanie okazywało się bardzo skuteczne. 

Mój problem z "Księgarnią z marzeniami" polega częściowo na tym, że nie do końca ją zrozumiałam. Coś mi świta w głowie, ale nie mogę tego uchwycić. Powinnam Was ostrzec, że wbrew pozytywnemu tytułowi jest to smutny film, który porusza wiele ciężkich tematów. Ukazuje przede wszystkim wrogość ludzi oraz potęgę pozycji społecznej, którą bardzo ciężko zachwiać. Nieraz i nie dwa zadawałam sobie pytanie, czy w ogóle warto ponosić taką cenę za zwykłą księgarnię, którą można założyć w każdym innym miejscu z takim samym skutkiem. Jak walczyć z czymś takim? Z każdej strony warunki dyktują albo pieniądze, albo znajomości. Dlatego tak bardzo uderzyło we mnie zakończenie filmu i symbolika płynąca z tego właśnie zakończenia. Nie chcę tutaj za dużo pisać, żeby przy okazji Wam nie opowiedzieć zbyt wiele. Ale zapewniam, że w momencie ostatniej sceny miałam wiele myśli w głowie i nie wiedziałam, jak się ich pozbyć, jak je wykorzystać. To dość przerażające uczucie, ale oznacza też, że mimo wielu wad produkcja osiąga ostateczny cel. 

Warto również wspomnieć o aktorach. Emily Mortimer, która wcieliła się w rolę Florence, niestety nie ujawnia zbytniego talentu. Wręcz zaryzykuję, że okazała się całkowicie nieodpowiednią aktorką do tej roli, ponieważ zabrakło jej iskry, którą powinna mieć taka postać. Co do Patrici Clarkson, która zagrała wroga numer jeden głównej bohaterki, mam również mieszane odczucia. Na początku bardzo ceniłam tę aktorkę, ale z czasem zauważyłam, że postacie, w które się wciela, zawsze są takie same, zawsze tak samo zagrane, więc to mnie zniechęciło do jej umiejętności aktorskich. Poza tym film w całym swoim wdziękiem ubarwia Bill Nighy (pan Brundish). Po prostu uwielbiam tego aktorka, gdyż jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Jego role są przeróżne, a on w każdej odnajduje się tak samo dobrze i tak samo skutecznie sprawia, że przywiązujemy się do bohatera i to on jest dla nas najważniejszy. Tutaj również genialnie sobie poradził i jestem pod olbrzymim wrażeniem jego talentu. Szkoda, że wszyscy aktorzy tak dobrze nie grają w produkcjach filmowych. 

Zawiodłam się na tym filmie, jednakże nie żałuję, że go obejrzałam. Było warto poznać tę historię, dlatego polecam ją osobom, które kochają książki i posiadają odpowiednie dozy cierpliwości. Wtedy prawdopodobnie zostaną zszokowane tak jak ja. 


środa, 6 lutego 2019

Dom zbrodni - reż. Gilles Paquet-Brenner



Tytuł: Dom zbrodni

Reżyser: Gilles Paquet-Brenner

Produkcja: Wielka Brytania

Gatunek: Kryminał

Rola główna: Max Irons

Czas trwania: 1 godz. 55 min.

Ekranizacja: "Dom Zbrodni" Agatha Christie

Rok premiery: 2017 r. 

Ocena: 8/10







Każda rodzina jest inna. Każda rodzina ma swoje własne zwyczaje. Każda rodzina ma swoje własne problemy. I każda rodzina ma swoje własne tajemnice, które ukrywają się w cieniu i cicho, spokojnie podążają za członkami rodziny, czekając na najbardziej odpowiedni moment, by zaatakować. Pewnie teraz się oglądasz za siebie i myślisz, czy już czas na Ciebie. Nie, jeszcze nie teraz, choć jest już coraz bliżej, ale na razie ten czas przyszedł na rodzinę Leonides. 

Pewnego dnia w gabinecie Charlesa pojawia się piękna kobieta – pełna gracji, elegancji i kobiecości. Jest to kobieta, o której Charles prawie codziennie śni i wspomina ich wspólne i bardzo namiętne chwile w Egipcie. Przyszły szybko i niespodziewanie i dokładnie w taki sam sposób odeszły. Teraz po wielu miesiącach rozpaczy wracają z całą potęgą, jednak tym razem są pełne mroku. Dawna ukochana Sofia prosi o pomoc. Jej dziadek niedawno umarł, ale ona jest przekonana, że to nie śmierć naturalna tylko morderstwo z premedytacją. W taki o to sposób detektyw wkracza do zabytkowego, pięknego i okrytego tajemnicą domostwa rodziny Leonides. Czy Charles poradzi sobie? Jakie sekrety skrywa ta nietypowa rodzina? I najważniejsze – kto jest mordercą? 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym filmie, co teraz z perspektywy czasu bardzo mnie dziwi. Nie wiem, czy po prostu przegapiłam czas reklam, czy nikt nie zadbał o te reklamy. W końcu jest to ekranizacja powieści Agathy Christie, więc jest na pewno bardzo dużo osób, które z chęcią  obejrzałyby ten film. Ostatecznie trafiłam na niego, szukając jakiegoś ciekawego filmu na wieczorny czas. Zachęcił mnie do obejrzenia zwiastun, więc zaryzykowałam i wybór okazał się idealny.

Przyznam się, że początek był dla mnie strasznie nudny. Był moment, gdy już naprawdę chciałam wyłączyć tę produkcję i poszukać jakieś innej, ciekawszej. Na szczęście tego nie zrobiłam – chyba przez upór. Choć warto Was ostrzec, że ten nudny początek to tak trzy czwarte filmu, ale warto też przetrwać aż tyle, by zobaczyć szokujące i pełne emocji zakończenie. Całość jest bardzo klimatyczna, ponieważ przenosimy się do czasów starych domów, olbrzymich dworów o zamkniętych drzwiach i wyjątkowo surowych karach. Atmosfera mimo znudzenia bardzo przypadła mi do gustu. Gdzieniegdzie zdarzały się pewne uchybienia w tej kwestii, jednak nie na tyle istotne by zwracać na nie uwagę. 

Jestem trochę zawiedziona, że fabuła filmu jest tak naprawdę jednowątkowa. Co prawda widać, że scenarzyści próbowali stworzyć z tego wielowymiarową historię, lecz w ostatecznym rozrachunku jest tylko jedna główna linia fabularna, a reszta to tylko małe i nieistotne anegdotki. Ekranizacja z takim potencjałem mogłaby stworzyć opowieść, która niesie za sobą wiele powiązań i oddzielnych historii o ludziach. W tym momencie się zawiodłam. Co do samego morderstwa to mam mieszane odczucia. Zakończenie odgadłam dość wcześnie i okazało się, że trafiłam bezbłędnie. Normalnie w moim przypadku to dyskwalifikuje cały kryminał (czy Wam też tak często udaje się odgadnąć, kto zamordował w historiach Agathy?), jednakże tu jest inaczej, bo mimo to różne pomysły przychodziły mi do głowy i często wątpiłam w swój własny scenariusz. Była to fantastyczna zabawa, która pozwoliła mi stać się na chwilę detektywem, który ma dostęp do wszystkich danych i musi je powiązać ze sobą, a pozornie wszystko wydaje się być sprzeczne. 

Bohaterowie byli różnorodni, ale niestety główny bohater okazał się nudny i przewidywalny. Tak naprawdę to chyba właśnie przez niego tyle czasu musiałam przecierpieć. Gdy na główny plan wchodzą inne postacie, wszystko zaczyna przyśpieszać i dzięki temu nie można się oderwać od filmu. Polubiłam bardzo Sophie, która jako bohaterka miała w sobie wiele potencjału, lecz nie został on do końca wykorzystany. W pewnym momencie straciła swoją aurę tajemniczości i okazała się zwyczajnym, przeciętnym człowiekiem, który niestety w kryminałach nie przyciąga uwagi czytelnika czy widza. Na szczęście całą sytuację ratuje kobieta, która również mieszka w tym domu, ale nie wiadomo czemu, bo jej więzy z tą rodziną zostały zerwane wiele lat temu. Mimo to to właśnie lady Edith jest w stanie, choć na chwilę połączyć rodzinę. Swoją charyzmą sprawia, że każdy chce odpocząć od mrocznego morderstwa. Zarazem nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie ona skrywa jakieś tajemnice. Cały problem polega na tym, czy to w nich znajduje się odpowiedź, kto zabił, czy sięgają one o wiele głębiej. W filmie pojawia się również mała dziewczynka – Josephine. W uroczy sposób ubarwia ona całą opowieść i sprawie, że mroczny dom ma w sobie nutkę radości. Zarazem jest bardzo dziwnym dzieckiem i wyjątkowo inteligentnym, co można zauważyć na każdym kroku. 

Chyba największy honor muszę oddać aktorce, która grała właśnie małą Josephine – Honor (imię idealnie pasuje) Kneafsey. Jest to drugi film, w którym miałam przyjemność ją oglądać i jestem naprawdę zachwycona jej talentem. Ma olbrzymi potencjał, dlatego liczę, że zobaczę ją jeszcze w niejednej produkcji. Potrafiła oddać wyjątkowość najmłodszej członkinie rodziny, a zarazem sprawić, że przywiążemy się do niej, mimo jej wszystkich wybryków. Jestem ciekawa, jak Honor odnalazłaby się w innego typu roli. W "Sklepiku z marzeniami" również grała podobnie charyzmatyczną dziewczynkę. Czuję, że będę miała szansę to zobaczyć. Moją szczególną uwagę przykuła również Christiana Hendricks, która wcieliła się w rolę żony nieboszczyka. Nie miała wiele okazji, by zaprezentować swój talent, lecz coś w niej przykuło moją uwagę i jest to coś pozytywnego. Poza tym myślę, że koniecznie trzeba podkreślić, że  w "Domu zbrodni" zagrała Glenn Close i tu nie ma za wiele, co mówić. Bardzo cenię tę aktorkę i nie mam wątpliwości, że potrafi sobie poradzić z każdą trudną rolą. 

Pewnie część z Was się zastanawia, dlaczego oceniłam ten film tak wysoko, mimo że wymieniłam tyle wad. Nie jest to jakoś wyjątkowo wybitna ekranizacja, jednakże zakończenie tak bardzo poruszyło moje emocje, że po prostu nie mogę go nie docenić. Przewidziałam, kto zabił, ale nie byłam w stanie przewidzieć, do czego to doprowadzi, jak wielkie będą tego skutki. Mam ochotę powiedzieć, że aż mnie zatkało i w ogóle nie mogłam zebrać myśli. Dla tego momentu warto obejrzeć "Dom zbrodni".