wtorek, 1 października 2019

Podsumowanie września i nowa zapowiedź MG ♥

Witajcie! :)

Wrzesień już za nami, więc pora omówić, co ciekawego się działo :) 

We wrześniu przeczytałam sześć książek, z których jestem bardzo zadowolona. W większości były to długie tomiszcza, czyli takie, jakie najbardziej lubię :) 

1. Bramy Światłości 3 (ocena: 10/10, recenzja) – to był dla mnie wielki powrót do genialnej serii Zastępów Anielskich, który jednoznacznie udowodnił, że fantastyka to mój gatunek i to jej zawsze pozostanę wierna. 



2. Bez wyjścia (ocena: 5/10, recenzja) – miałam bardzo duże oczekiwania co do tej książki i swojego ponownego spotkania z Dickensem, a tymczasem skończyło się olbrzymim rozczarowaniem, które obecnie zniechęca mnie do innych powieści tego typu.


3. Shuttergirl (ocena: 7/10, recenzja) – zazwyczaj nie czytam takich książek, ale tym razem dałam się przekonać i to był naprawdę miło spędzony czas, który dał mi sporo do myślenia.


4. Zakon Drzewa Pomarańczy. Część I (ocena: 7/10, recenzja) – to był kolejny miły powrót do mojej ukochanej fantastyki. Przeczytałam tę książkę momentalnie i teraz tylko czekam, aż będę miała możliwość przeczytać drugą część.


5. Umorzenie (ocena: 6/10, recenzja) – tradycyjnie zapoznałam się z nowymi przygodami Chyłki i muszę przyznać, że bez wątpienia to była najgorsza część całego cyklu. Jestem bardzo zawiedziona i na razie nie mam ochoty czytać najnowszego tomu.

6. Peety. Pies, który uratował mi życie (ocena: 8/10, recenzja) – już dawno żadna książka tak bardzo mnie nie poruszyła i nie zmotywowała do życia jak właśnie ta. Każdy, kto lubi czworonogi i chce znaleźć sens w życiu powinien ją przeczytać. 


Jak sami widzicie, był to dla mnie bardzo udany miesiąc pod względem czytelniczym. Pod względem filmów również taki był, ponieważ obejrzałam aż 12 filmów, ale tym razem nie będę ich omawiać. Na to przyjdzie czas, kiedy indziej. A tymczasem warto skupić się również na październiku. 
Jak część z Was wie, jestem studentką psychologii, więc na mnie czas przyszedł i od jutra wracam już na uczelnię. Z tego względu będę trochę mniej aktywna, ale myślę, że to nie będą jakieś wielkie różnice :) 

Chciałam Wam też pokazać najnowszą premierę Wydawnictwa MG, którą będzie można kupić w księgarniach już 16 października. 



O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego 
Karol Darwin

Kiedy po raz pierwszy na Ziemi pojawiło się życie, zapoczątkowało rozwój „nieskończonego szeregu najpiękniejszych form”, którego zaledwie ułamek jesteśmy w stanie zobaczyć współcześnie. Obserwując je  możemy dostrzec ogromną różnorodność, liczne cechy wspólne, oraz niezwykłą zdolność przystosowania się organizmów do różnych środowisk. Naukowe uzasadnienie tych trzech obserwacji po raz pierwszy znajdziemy w opublikowanej ponad półtora wieku temu hipotezie O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, która zapoczątkowała erę biologii ewolucyjnej.
Ponieważ wszystkie dzisiejsze formy żyjące są w prostej linii potomkami tych, które żyły dawno przed okresem kambryjskim, możemy być przeto przekonani, że prawidłowe następstwo pokoleń nigdy nie było przerwane i że nigdy żaden kataklizm nie zniszczył całego świata. Dlatego też możemy z pewną ufnością liczyć na długą bezpieczną przyszłość. Ponieważ zaś dobór naturalny działa tylko dla dobra każdej istoty, wszelkie dalsze cielesne i duchowe przymioty dążyć będą ku doskonałości.
Jakże zajmujące jest spoglądać na gęsto zarośnięte wybrzeże, pokryte różnego rodzaju roślinami, ze śpiewającym ptactwem w gąszczach, z krążącymi w powietrzu owadami, z pełzającymi w mokrej glebie robakami, i patrząc na wszystkie te tak wyszukanie zbudowane formy, tak różne i w tak złożony sposób od siebie zależne, pomyśleć, że powstały one wskutek praw działających wokół nas. Prawami tymi w najszerszym znaczeniu są: wzrost i rozmnażanie się, zawarta prawie w pojęciu rozmnażania się dziedziczność, zmienność wskutek bezpośrednich i pośrednich wpływów zewnętrznych warunków życia oraz używania i nieużywania narządów, tempo przyrostu tak wysokie, że prowadzące do walki o byt i wskutek tego do doboru naturalnego, który ze swej strony prowadzi do rozbieżności cech i wymierania form mniej udoskonalonych.
Można obrazowo powiedzieć, że dobór naturalny co dzień, co godzina zwraca uwagę na wszelką, chociażby najdrobniejszą zmianę, odrzuca to, co złe, zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre. Spokojnie i niepostrzeżenie pracuje on wszędzie i zawsze, gdzie tylko nadarzy się sposobność nad udoskonaleniem każdej istoty organicznej w jej stosunkach ze światem organicznym i z nieorganicznymi warunkami życia. Tych drobnych postępowych zmian nie postrzegamy wcale, dopóki ręka czasu nie zaznaczy długiego szeregu wieków; a tak ubogie są nasze wiadomości o ubiegłych epokach geologicznych, że postrzegamy tylko, iż obecne formy życia różnią się zupełnie od form dawnych.

sobota, 28 września 2019

Peety. Pies, który uratował mi życie! – Eric O'Grey, Mark Dagostino


Tytuł: "Peety. Pies, który uratował mi życie!"

Autor: Eric O'Grey, Mark Dagostino 

Tłumaczenie: Kinga Markiewicz

Kategoria: Literatura faktu

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 384

Ocena: 8/10











Psy od dawien dawna żyły wśród ludzi. Traktujemy je jako naszych przyjaciół, stróży, a często nawet rodzinę. To niesamowite jak przez wieki stworzyliśmy wzajemną więź z tymi czworonogami. Uzależniliśmy ich od nas, dając im dom, łatwe pożywienie i często opiekę. Jednak sami też w dużej mierze nie jesteśmy w stanie bez nich żyć. Pozwalają odejść samotności, dają szczęście, radość i również bezwarunkową miłość. Ludzi i psy stworzyły razem niesamowitą relację, która zachwyca i sprawia, że życie jest piękne. 

Eric przez lata doprowadził swoje zdrowie do tragicznego stanu. Jego waga przekraczała o kilkadziesiąt kilogramów normę, cukrzyca, na którą choruje, żyła własnym życiem, a ciśnienie było zbyt wielkie. Lecz to nie koniec problemów, bo tutaj mówimy tylko o zdrowiu fizycznym, a jak dobrze wiemy, zdrowie fizyczne i psychiczne oddziaływają na siebie nawzajem. Dlatego Eric nie widział sensu w swoim istnieniu, nie podtrzymywał żadnych kontaktów towarzyskich, a jego dzień polegał wyłącznie na pracy i na czynnością wymagających minimum wysiłku. Co sprawiło, że już rok później stał się szczęśliwą i o wiele zdrowszą osobą? Odpowiedź już dobrze znacie – był to pies, a dokładnie mowa tutaj o niesamowitym Peetym. 

Peety. Pies, który uratował mi życie! jest to opowieść całkowicie odmienna od tych, które zazwyczaj czytam. Przede wszystkim jest to książka oparta na faktach, czyli coś przed czym zwykle uciekam daleko, gdzie pieprz rośnie. Wyznaję zasadę, że historie, które zostały napisane przez życie, powinny zostać w sferze realnego życia, a nie papierowej opowiastki. Jednak czasami trzeba iść na odstępstwa i spróbować czegoś nowego lub nawet nielubianego. Taka właśnie jest dla mnie książka o Peetym.  Podoba mi się, że jest to historia, która porusza ważną i wbrew pozorom bardzo trudną tematykę, ale nie robi tego w smutny i przygnębiający sposób. Można nawet zarzucić, że jest to zbyt lekki sposób, ale nie dla mnie. Dzięki temu zobaczyłam, że naprawdę smutna i katastrofalna sytuacja może być tylko drogą do szczęścia i nowego życia. A ostatnio tego potrzebowałam. 

Na odbiór wpływa lekkość pióra autorów. Jestem niezwykle pozytywnie zaskoczona stylem, jakim posługują się pisarze. Nie spodziewałabym się, że można napisać w tak przyjemny i lekki sposób książkę, zachowując przy tym dokładność i charakterystyczność stylu. Gdy czytałam, miałam wrażenie, że rozmawiałam z Ericem jak z dobrym przyjacielem, który postanowił mi zdradzić historię swego życia. Czułam się dumna z tego, że to mnie wybrał i to właśnie mi pozwolił zrozumieć, co tak naprawdę mu się przydarzyło. 

Po przeczytaniu tego reportażu czuję się niesamowicie zmotywowana do zwykłego życia, które może być po prostu piękne. Dostałam powera, dzięki któremu przypomniałam sobie, ile miałam szczęścia podczas swojego istnienia i ile mam możliwości. Już dawno żadna opowieść nie wpłynęła na mnie aż tak pozytywnie. I przy tym wszystkim tak bardzo porusza i rozczula, że prawie nie traciłam uśmiechu z ust. Choć przyznam bez bicia, że gdzieś koło połowy zaczęłam się trochę nudzić, bo już w dużej mierze wiedziałam, jak potoczą się losy Erica i jego ukochanego psa. 

Samego Erica polubiłam za otwartość i wytrwałość. W pierwszej chwili myślałam sobie, że trzeba mieć naprawdę wyjątkową gamę wad, które sprawiły, że doszło się do takiej sytuacji. Jakby nie patrzeć Eric w dużej mierze był sam sobie winy. Mimo to potrafił w pewnym momencie wziąć swoje życie w garść i powiedzieć, że to już koniec. Zaczynam wszystko od nowa i to w dodatku z psem – bo tak powiedział lekarz. Jestem pełna podziwu, do czego to wszystko doprowadziło. Peety okazał się psem idealnym dla Erica, a Eric człowiekiem idealnym dla Peety'ego. Uwierzcie mi – w tym psie naprawdę jest coś, co pobudza do życia. I w dodatku on był taki kochany i przesłodki. No i oczywiście inteligentny. 

Cieszę się, że dałam szansę tej książce, ponieważ wprowadziła do mojego życia wiele nadziei i również innych pozytywnych emocji. Dlatego polecę ją każdemu, kto kocha psy, ale też ludziom, którzy chcą uwierzyć w zmianę i cuda. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Taniej Książce 


niedziela, 22 września 2019

Umorzenie – Remigiusz Mróz


Tytuł: Umorzenie

Autor: Remigiusz Mróz

Cykl: Joanna Chyłka

Tom: IX

Kategoria: Kryminał

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Liczba stron: 448

Ocena: 6/10








Chciałam Wam zadać bardzo trudne pytanie, które prędzej czy później pojawia się w naszym życiu moralnym. Na szczęście zazwyczaj pozostaje w sferze przemyśleń i nawet jeśli podejmiemy jednoznaczną decyzję, nie musimy jej wygłaszać na głos ani odwoływać się do konkretnych zdarzeń. Mam na myśli tutaj te oto pytanie: czy morderstwo można usprawiedliwić? Nie wiem, jak jest w Waszym przypadku, ale mnie przechodzą ciarki, gdy słyszę samo pytanie. Jest ono mroczne, zmusza do mocnych i pewnych decyzji albo przyznania się, że nie znamy odpowiedzi. Od dziecka słyszymy o tym, że zabijanie jest złe, że jest największym grzechem, jakiego można dokonać. Słyszymy też o nieumyślnym spowodowaniu śmierci, o samoobronie, która kończy się w tragiczny sposób, o żołnierzach, którzy są bohaterami. Tutaj każdy sam musi się zagłębić we własną moralność i sposób myślenia.

Jednak Joanna Chyłka już dawno wyzbyła się skrupułów i od lat na sali sądowej broni największych współczesnych zbrodniarzy, jakich widziała Polska. Nie waha się wykorzystać każdego szczegółu, który może pomóc jej klientowi, nie zamierza przejmować się cierpieniem innych ludzi. Wykorzystuje sprawiedliwość, by wygrać, nie patrząc, czy ta sprawiedliwość jest nią naprawdę. Tym razem decyduje się bronić byłego żołnierza, który w przypływie szaleństwa zabija w okrutny sposób własną żonę i własne dzieci. Dokonuje prawdziwej masakry. Lecz czy na pewno był to przypływ szaleństwa? Czy w ogóle to ten mężczyzna zamordował? Czy Chyłka odkryje prawdę? 

Jest to moje kolejne spotkanie z Joanną Chyłką, do której bez wątpienia mam olbrzymi sentyment i przeżyłam z nią naprawdę wiele dobrych chwil. Mimo to jakoś nie było mi po drodze do przeczytania ostatniego tomu z jej udziałem. Do tego stopnia, że "Umorzenie" przestało być już ostatnim tomem. Z czego osobiście nie jestem zadowolona, ale o tym trochę później. Tymczasem skupiając się na tej części, muszę Wam powiedzieć, że bardzo się zawiodłam na tej książce Remigiusza Mroza. 

Najpierw zacznę od największego atutu całej serii, czyli języka, jakim posługuje się autor. Pisze on w wyjątkowo charakterystyczny sposób, który od pierwszych stron oczarował mnie, ale również zszokował. Bez wątpienia zawsze będę za to cenić Mroza. Przy tym dialogi są naturalne, co pozwala mi przywiązać się do postaci i zobaczyć pełnowymiarowego człowieka, a nie miałką osobowość. Dzięki temu nie mam też problemu, by wejść w fabułę, ponieważ mam wrażenie, że to prawdziwe życie, a ja obserwuję wszystko z boku. Do całości należy dodać zagadkę, która za pomocą języka zaczyna nas otaczać ze wszystkich stron, następnie pojawia się fascynacja, by ostatecznie przekształcić się w nieposkromioną ciekawość.

W "Umorzeniu" historia była jak zawsze bardzo interesująca, a przynajmniej do czasu... W pewnym momencie zaczęła mi się nużyć i szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo czytałam książkę. Była to opowieść zastępcza, gdy nie miałam przy sobie niczego innego do czytania lub nie mogłam się zdecydować na następną lekturę. I myślę, że to mówi samo za siebie. Wcześniej pożerałam powieści z tej serii w ciągu dnia do trzech. A tu trwało to miesiącami. Pewnie przez ten fakt zagadka kryminalna nie wydawała mi się tak pasjonująca, jak powinna, ale to i tak nie wyjaśnia braku mojego zainteresowania. Mimo to szanuję wielopoziomowość fabuły, ponieważ możemy obserwować wspomnianą zagadkę, a zarazem prywatne życie Chyłki i Kordiana. Ubarwia to całość i nadaje pewnej pikanterii opowieści. W końcu relacja Joanny i Zordona to bardzo ciekawy przypadek z punktu widzenia psychologii. 

Dosłownie wszyscy bohaterowie "Umorzenia" są specyficznymi postaciami, które trudno pomylić z kimkolwiek innym. Stąd wniosek, że ich kreacja jest naprawdę dobra, choć mimo to brakuje im czegoś ludzkiego w zachowaniu i to miejscami mnie irytuje. Ale i tak magnetyzują swoją osobowością. Sprawiają, że chcemy ich dobrze poznać, stać się ich przyjaciółmi lub wrogami. Nie pozwalają obojętnie przejść koło siebie. Największą uwagę z oczywistych względów skupia na sobie Chyłka. Joanna jest osobą, którą po prostu się lubi. Tak bezinteresownie. Miejscami niesamowicie irytuje, podważa zasady naszego świata, ale i tak się ją lubi. Choćbym nie wiem, jak się z nią nie zgadzała i uważała, że jej decyzje czy spojrzenie na świat jest nieodpowiednie, to i tak ją szanuję i akceptuję. Za to Kordiana powinno podawać się jako przykład najbardziej upartego i wytrwałego człowieka na świecie. Można go tylko podziwiać pod tym względem. Jakkolwiek byłoby trudno, jakkolwiek życie dokopałoby mu i tak się nie podda i będzie trwał w zaparte. A przy tym pozostaje niezdarny i bardzo uroczy. W tej części pojawia się również nowa dość istotna postać – Teresa. Jak wszyscy bohaterowie jest oryginałem, ale ją również polubiłam i mam cichą nadzieję, że pozostanie na dłużej. 

Wymieniłam Wam wiele pozytywnych aspektów "Umorzenia", więc pewnie w tym momencie dziwicie się już, dlaczego po jej przeczytaniu byłam tak bardzo zawiedziona. Przede wszystkim nawet z tymi zaletami jest to dla mnie bez zawahania najgorsza i najmniej dopracowana część cyklu, co ewidentnie pokazuje, że pisarzowi coś się jednak nie udało. Ale akurat to nawet najlepszym się zdarza, a myślę, że Remigiusz Mróz należy do najlepszych polskich pisarzy. Tylko że od dawna bazuje na tych samych pomysłach. One są bardzo dobre i w swoim czasie były niesztampowe, lecz nie oszukujmy się... To dziewiąta część... To staje się po prostu nudne i powtarzalne. Przez co moja sympatia do cyklu o Joannie Chyłce zaczyna opadać. Gdy wyszło "Umorzenie", to byłam przekonana, że to już ostatni tom i pożegnanie z przygodą. A tu niespodzianka! Jest następny i pewnie jeszcze będzie wiele następnych. Ile można? Co prawda na pewno przeczytam dziesiątą część, ale raczej nie będę pozytywnie nastawiona. Tymczasem pozostaje mi tylko stwierdzić, że mimo mojego wiecznego narzekania polecam serdecznie "Joannę Chyłkę" wszystkim wielbicielom niekonwencjonalnych rozwiązań.  

czwartek, 19 września 2019

Bramy Światłości. Tom 3 – Maja Lidia Kossakowska


Tytuł: Bramy Światłości. Tom 3

Autor: Maja Lidia Kossakowska

Cykl: Zastępy Anielskie

Tom: 3.3

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 653

Ocena: 10/10








Gdzieś tam jest... Jestem tego pewien. Gdzieś tam w oddali. Gdzieś za wodospadem, który szepcze Ci do ucha, który sprawia, że przestajesz walczyć i po prostu puszczasz skałę, bo tak trzeba, bo dusze Cię potrzebują. Mówię Wam, gdzieś tam jest. Gdzieś za dżunglą otoczoną ostrzami, gdzie myśleć nie można, gdzie trzeba wyrzec się samego siebie. Jeszcze tylko trochę i dotrzemy. Jeszcze tylko rzeka. Wielka i potężna rzeka, ale jak się nie wychylimy, to ją pokonamy. Obiecuję, że to już niedaleko. Jeszcze tylko kilka małych przeszkód, które na pewno pokonamy. Przyrzekam Wam! Tylko ta pustynia. Ta jedna pustynia i będziemy u celu. Dotrzemy i poczujemy to. On tam jest! On tam musi być! A co jeśli to jednak nie On? 

Wyprawa pod przywództwem Daimona porusza się wytrwale dalej. Przeżyli zbyt dużo, by pozwolić sobie na powrót. Teraz zostało tylko brnąć dalej w to szaleństwo i dotrzeć do celu, ukrywając przy tym wszystkie swoje tajemnice. W tym samym czasie kolejna wyprawa podąża za Aniołem Zagłady. Zgniły Chłopiec mimo zwątpienia wie, że tylko dogonienie wyprawy Daimona pozwoli mu na utrzymanie ładu w Głębi. Lucyfer musi koniecznie wrócić na tron. Inaczej cały porządek, który tyle lat utrzymali, przestanie istnieć. Czas kupuje mu Razjel, udając że jest Imperatorem Głębi. Ale jak długo Archanioł poradzi sobie w tej roli? Czy jest w ogóle w stanie przejrzeć brudne gry demonów? Czy te wszystkie wydarzenia razem prowadzą do katastrofy? 

Po długiej przerwie wracam do jednej z moich ulubionych pisarek, czyli Mai Lidii Kossakowskiej. Z tego co pamiętam, nie miałam jeszcze Wam okazji opowiadać o moim oddaniu względem autorki. Mam za sobą pięć jej książek i każda w tak samo szalony sposób zawładnęła mną i sprawiła, że uwierzyłam w świat, gdzie anioły popełniają błędy, gdzie magia może być sposobem życia, a demon może być z natury dobry. To co robi Pani Kossakowska z wyobraźnią jest wprost nie do opisania. "Bramy Światłości. Tom 3" tylko to potwierdza i to w najbardziej dosadny sposób, jaki tylko można. 

Pomysłem na całe uniwersum będę zawsze się zachwycać. W nieskończoność...  Ponieważ każdy, kto kocha fantastykę i jest otwarty na nowe ujęcia, powinien go docenić! Motyw aniołów jest wyjątkowo częsty i to w najróżniejszych dziedzinach naszego świata. Wprowadziła go religia chrześcijańska, pozwalając na popisy malarzom, rzeźbiarzom, pisarzom, piosenkarzom i wszystkim możliwym artystom. Jednak przez wieki postrzeganie nieba i piekła poszło w bardzo odmienne strony. W "Zastępach Anielskich" mamy świat, który powstał na podstawie dobrze nam znanego motywu, ale zszokował swoją innowacyjnością, otwartością i przede wszystkim brakiem pokory. Możecie powiedzieć, że mimo to nadal jest to dość popularne w szczególności w fantastyce. Oczywiście, tylko to dalej uniwersum, które zaskakuje czymś niekonwencjonalnym, czymś, co pozornie nie powinno się tam znaleźć, a jednak jest idealnie wkomponowane. Cały tom "Bram Światłości", i mówię w tym momencie o trzech jego częściach, jest dla mnie niepodważalnie najlepszą powieścią o aniołach i demonach. Dlaczego tylko "Bramy Światłości", a nie całe "Zastępy Anielskie"? Jak część z Was wie, niekoniecznie trzymam kolejność tomów, więc tym razem ponownie zaczęłam od końca i będę brnęła do początku. 

I teraz pora na kolejny olbrzymi plus całej książki – mowa tu o stylu pisarki. Nie będę udawać. Jest to dla mnie wprost arcydzieło. Język, jakim posługuje się autorka, ma w sobie dosłownie wszystko, co cenię. Pod każdym względem jest dopracowany i nie ma tu miejsca na błędy. Nie ogranicza się do zwykłej opowieści. Maja Kossakowska zadbała o cudowne opisy przyrody, dzięki którym można przenieść się do innej rzeczywistości i poznać miejsca, które na naszej Ziemi nigdy nie występowały i raczej nie będą. Tak naprawdę, gdy czytałam, to po prostu opuściłam nasz świat i przeniosłam się do Stref Poza Czasem. Jednak opisy przyrody same w sobie w pewnym momencie mogłyby zacząć się nudzić, dlatego przeplatają się z opisami psychologicznymi, które są niezwykłą analizą osobowości bohaterów. My nie tylko ich poznajemy, ale rozumiemy ich decyzje, poczynania, wiemy, co ich motywuje do podejmowanych działań, co sprawiło, że są tacy, jacy są... Myślę, że każdy czytelnik znalazłby kogoś, z kim mógłby się utożsamić. A to wszystko jest okryte lekkością pióra sprawiającą, że powieść czyta się bardzo przyjemnie. 

"Bramy Światłości" to nie jest taka sobie zwykła opowiastka fantasy, jakich jest wiele. To opowieść dająca wiele do myślenia. Ona w subtelny sposób zmusza nas do szczegółowej analizy własnych myśli, dążeń i pragnień. Nie daje możliwości do wymówek, ale nie pozwala też na rozpacz. Pokazuje prawdę o nas samych i wspiera nas w spotkaniu z nią. Poza tym jest pełna mocnych i bardzo zaskakujących zwrotów akcji, gdzie nie ma miejsca na przewidywalne wydarzenia. Należy się przygotować do wszystkiego, a na końcu i tak zostaniemy czymś zszokowani. Sprawi, że staniemy się studnią emocjonalną.

Kreacja bohaterów to kolejny aspekt, nad którym mogłabym się rozpływać przez następne setki zdań. To cała gama najróżniejszych charakterów, gdzie każdy jest inny i w stu procentach dopracowany. Tu nie ma miejsca na miałkie osobowości. Każda postać ma swoją własną historię, cechy osobowości, dążenia, pragnienia, wady i zalety. Na pewno na pierwszy plan idzie ubóstwiany przeze mnie Daimon. Anioł Zagłady jest tak bardzo dobitnie ludzki. Króluje w nim dobroć, ale przy tym bierze górę nad nim emocjonalność. Jak się cieszy, to na całego. Jak wścieka się, to również się nie ogranicza. Pozostaje sobą i nigdy nie stara się udawać kogoś innego. Mówi to, co myśli, robi to, co musi i przede wszystkim chce. Jednak jak miałabym wybrać postać, którą najbardziej lubię ze wszystkich, to stanowczo byłby to Lucyfer. Według mnie nie da się go nie lubić. On jest tak szalony, posiada tak wiele energii, że po prostu zaraża nią wszystkich wokół. Przy tym jest Imperatorem Głębi, czyli najpotężniejszym demonem w Otchłani, upadłym ulubieńcem Boga. Dlatego powinien być zły... Tymczasem posiada w sobie wiele ukrytej empatii. Same archanioły powinny brać z niego przykład. Pozostaje jeszcze Razjel, czyli dobry archanioł, który musiał się zmierzyć ze światem obłudy, grzechu i cierpienia. Zastanawiająco dobrze się przystosowuje, mimo to pozostaje nadal tym dobrym aniołkiem, który widzi dobro we wszystkich i jest w stanie walczyć z prawdziwym złem. A! I oczywiście pojawia się też widmokot, czyli kochany Nefer. W tym momencie schylam głowę do pisarki, ponieważ pomysł na tego bohatera i jego wykonanie są godne najwyższego, literackiego szacunku. 

"Bramy Światłości" są genialną fantastyką, którą polecę każdemu fanowi tego gatunku z zapewnieniem, że się nie zawiedzie, ale również tym co jednak unikają magii i całej tej otoczki. To powieść z najwyższego szczebla literatury, która dogłębnie mnie poruszyła. Przywiązałam się całym sercem do bohaterów, dlatego bez zastanowienia sięgnę po pierwsze tomy "Zastępów Anielskich", by móc powrócić do mojego ukochanego świata. Nawet nie wiecie, jak w tej chwili się cieszę, że to nie koniec mojej przygody z Daimonem i innymi. Już nie mogę się doczekać, czym tym razem zostanę zaskoczona. 

wtorek, 17 września 2019

Zakon Drzewa Pomarańczy. Część I – Samantha Shannon


Tytuł: Zakon Drzewa Pomarańczy. Część I

Autor: Samantha Shannon

Tłumaczenie: Maciej Pawlak

Cykl: Zakon Drzewa Pomarańczy

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Sine Qua Non 

Liczba stron: 560

Ocena: 7/10






Czasami mam wrażenie, że w naszym życiu liczą się tylko dwie rzeczy, które mogą istnieć całkowicie oddzielnie, ale również przeplatać się nawzajem. To one nadają sens życiu i sprawiają, że jesteśmy gotowi na poświęcenie oraz cierpienie. Mowa tutaj o wierze rozumianej jako idea i dobrze znanej wszystkim miłości. Na swojej drodze spotykam ludzi, którzy potrafią myśleć tylko o swoich bliskich i to te myśli motywują ich do różnych działań, do pokonywania przeszkód. Miłość potrafi burzyć wszelkie mury i pozwala zapomnieć o słabościach. Są też ludzie, którzy oddali swoją dusze idei i wierzą w nią całym sercem. Poświęcają cały swój czas, by ją udowodnić lub po prostu być lojalnym wobec tego, w co wierzą. I zostają ci najpotężniejsi, najbardziej niebezpieczni, ale zarazem najbardziej zachwycający ludzie – ci, którzy połączyli te dwie rzeczy i oddali samych siebie w posiadanie bogom miłości i wiary. Do której kategorii Wy się zaliczacie? 

Wschód i Zachód – dwie krainy, które od lat łączy nienawiść i niezrozumienie. Gdy przyszedł czas zagłady, gdy ludzie musieli walczyć z samym Bezimiennym, gdy mimo wygranej nadeszła kolejna katastrofa zwana Żałobą Wieków, ludzie z tych dwóch zakątków podjęli rożne decyzje. Zachód znienawidził smoki, wiwerny, zachodnice i wszystkie istoty choćby przypominające Bezimiennego. Uwierzył, że ród kobiet Berehnet obronił ich przed ostateczną apokalipsą i póki jego dziedziczki żyją i nadal rodzą córki, to wszystkie istoty w Imperium Cnót są bezpieczne. Natomiast Wschód uznał potęgę smoków, ale nie tych pochodzących z ognia, lecz istot powstałych dzięki wodom. Lud oddał im swoją wiarę i szacunek. W zamian smoki chronią swoich wyznawców, a nawet pozwalają nielicznym wybrańcom dosiadać swoich grzbietów. Jednak jak długo będzie trwać pokój? Czy Bezimienny na pewno odszedł? Czy jego armia nadal śpi w podziemnych korytarzach? Która wiara jest tą prawdziwą?

To jest książka, na którą czekałam z tak wielkim z niecierpliwieniem, że myślałam, że nigdy nie będę miała okazji jej przeczytać. O samej autorce słyszałam same pozytywne opinie, choć osobiście nie miałam jeszcze przyjemności poznać jej twórczości. Teraz to się zmieniło i rozpoczęłam z olbrzymim przytupem tę właśnie znajomość, ponieważ zaczęłam od pierwszego tomu niesamowicie magnetyzującego "Zakonu Drzewa Pomarańczy". Jestem świeżo po przeczytaniu tej powieści i przyznam szczerze, że to była naprawdę niesamowita przygoda. 

Przede wszystkim pomysł. Bądźmy uczciwi – wydaje się dość schematyczny, gdyż w fantastyce smoki są wyjątkowo częstym motywem, jeśli w ogóle nie najczęstszym. Ich potęga, niesamowity wygląd i legendy z nimi związane, które do dzisiaj bawią dzieci w wielu zakątkach świata, urzekają prawie każdego pasjonata magii. Lecz "Zakon Drzewa Pomarańczy" tylko pozornie jest sztampową opowieścią. Autorka wykorzystała dobrze znany i szanowany motyw, by stworzyć coś nowego i niekonwencjonalnego. Jestem pod wielkim szacunkiem, bo w fantastyce naprawdę trudno wymyślić coś nowego, coś czego jeszcze nie było. A Samanthcie Shannon bez wątpienia udała się ta sztuka. 

Książkę czyta się przyjemnie i zabójczo szybko. Sama byłam w szoku, że jestem w stanie tak szybko przeczytać takie tomisko. Jednak to świadczy tylko o kunszcie języka pisarki. Język, którego autorka używa, ma w sobie coś innego, co przemówiło do mnie i pozwoliło spojrzeć na tę historię w sposób nieoczywisty. Ale żeby nie było za dobrze, a tradycja czepiania się pozostało, dodam, że jednak chciałabym, żeby ten język był trochę bardziej skomplikowany. Dodałoby to odpowiedniego klimatu całej książce. To tylko taki mały mankament.

Naprawdę opowieść czytało mi się w zawrotnym tempie – wciągnęłam się całkowicie w ten świat, zapominając o tym rzeczywistym. Liczyło się to, co dzieje się na Wschodzi i Zachodzie, a nie jakaś ulica za oknem mojego domu. Przy tak rozbudowanych powieściach trudno utrzymać logikę i ogólną spójność. "Zakon Drzewa Pomarańczy" nie ma z tym najmniejszego problemu. Cała historia jest wyjątkowo gładka i wszystkie wydarzenia mają punkt wspólny, który jako czytelnicy niekoniecznie znamy, ale wyczuwamy istnienie odpowiednich powiązań. W pewnym momencie stajemy się mieszkańcami tego uniwersum, więc doskonale je znamy, wiemy, czego po nim oczekiwać, ale tajemnice pozostają tajemnicami póki ktoś ich nie odkryje. Tym kimś mamy być my, dlatego razem z bohaterami nie możemy się poddać. Musimy walczyć do ostatniej kropli krwi. 

Jeśli miałabym wskazać jakąś wadę, to na pewno byliby to pobieżnie wykreowani bohaterowie. Na nich niestety bardzo się zawiodłam, co obniżyło moją ocenę całej powieści. Czegoś w nich brakowało. Często mieli swoją własną przeszłość, którą mogliśmy poznać, ale nie dało się powiązać tego z postacią, którą widzimy teraz. Nie dawało to zrozumienia, żadnego uzasadnienia. Po prostu było sobie historią jak każda inna historia. W dodatku większość bohaterów budziła we mnie antypatię lub pozostawałam całkowicie obojętna wobec nich. Jedynie cudownie wykreowany Niclays podbił moje serce. Okazał się prawdziwym człowiekiem z krwi i kości, który ma wiele wad, wiele niepożądanych przyzwyczajeń i często popełnia błędy, ale przy tym w ostateczny rozrachunku pozostaje dobrą osobą i to wbrew pozorom pełną nadziei. Ubóstwiałam go i to te wydarzenia, w których on brał udział, przykuwały najbardziej moją uwagę. Potrafiłam połączyć jego burzliwą przeszłość z monotonną teraźniejszością. Rozumiałam jego poczynania i byłam w stanie mu współczuć. Urzekł mnie jako osoba, ale również jego losy wywołały we mnie wiele emocji. Polubiłam również Lotha. Był bardzo wyidealizowany, wprost niemiłosiernie, co często potrafiło mnie irytować, ale jakby nie patrzeć był też kochanym mężczyzną, który starał się być przyzwoity i wierny swoim zasadom. Dlatego jestem skora wybaczyć mu tę doskonałość. Natomiast Ead jest dla mnie koszmarem tej książki. Wydaje mi się, że ta postać ma być kluczowa, a tymczasem prawie każdym swoim postępowaniem sprawia, że mam ochotę porządnie ją wytarmosić. Miała być tak samo jak Loth idealna, tymczasem popełniała błąd za błędem, myśląc że to dobra droga do wygranej. Nic z tych rzeczy. Była tylko jakąś dziwną maszyną...

Niesamowicie się cieszę, że miałam okazję przeczytać pierwszy tom "Zakonu Drzewa Pomarańczy". Miałam wobec tej powieści olbrzymie wymagania i w większości zostały spełnione, więc nic innego tylko sięgać po kolejną część. Jest to opowieść fantasy, która urzeka swoją barwnością, odwagą oraz dobrem, które zostało zachwiane, ale nadal walczy. Idealna pozycja dla fanów fantastyki. 

Już jutro (18 września) premiera. Gorąco polecam! ♥

Za możliwość poznania świata smoków i magicznych istot dziękuję bardzo Wydawnictwu Sine Qua Non


sobota, 14 września 2019

Shuttergirl – C.D. Reiss


Tytuł: Shuttergirl

Autor: C.D. Reiss

Tłumaczenie: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 408

Ocena: 7/10









Ludzie sukcesu wydają się idealni – inteligentni, pewni siebie, piękni, pracowici, z poczuciem humoru i wieloma innymi cechami, które są obecnie szanowane. Przynajmniej ja zawsze mam taką wizję człowieka osiągającego jakiś wielki sukces. I często pokrywa się ona z rzeczywistością. Tylko dobrze znaną prawdą jest fakt, że nie istnieją idealni ludzie. Za kurtyną sławy i osiągnięć kryje się coś więcej niż to co pokazuje telewizja i prasa. Każdy człowiek ma swoją własną historię, która może być szczęśliwa, może być okrutna albo wbrew pozorom całkowicie zwyczajna. Nieważne jaka jest... Ważne jest, że to życie tej osoby i to ono ukazuje prawdę, która doprowadziła do tego niezwykłego sukcesu. Warto się skupić właśnie na tej prawdzie.

Laine jest królową Los Angeles. Przemierza ulice tego miasta bez najmniejszego zawahania, bez obaw i lęku, bo wie, że należy ono do niej. Ono ją wychowało, dało dom, możliwości i szczęście wbrew wszystkim przeciwnościom losu. Musiała się zmierzyć z tragediami, ludzkim okrucieństwem oraz własnymi demonami. Wyszła zwycięsko z tego starcia, a zasługę można przypisać tylko jej samej i miastu tak dobrze jej znanemu. Teraz nie musi się niczego obawiać – jest wolna. Michael dostał dar od życia, jakim jest talent, dobre urodzenie, kochająca rodzina, sława i pieniądze. Paczuszka szczęścia wymarzona przez prawie każdą osobę na tym świecie. Jednak nawet tak dobry początek nie może zagwarantować sukcesu. To on sam wykorzystał potencjał swojej dobrej sytuacji. Pracowitość i wytrwałość pozwoliły mu osiągnąć wymarzony cel. Lecz te piękne ścieżki życia też mają swoją mroczną stronę, z którą trzeba się zmierzyć. Co się wydarzy, gdy ta niezwykła dwójka ludzi po wielu latach ponownie się spotka? Czy Romeo i Julia mogą znów być razem, żyjąc po dwóch stronach barykady? 

Jak widać, książki dla kobiet weszły na stałe do mojego repertuaru lektur. Co w dużej mierze mnie cieszy, bo udowadnia tylko, że ulegałam pozorom, twierdząc, że literatura obyczajowa i romanse, to tylko ckliwe opowieści, z których nic na dłuższą metą nie da się wyciągnąć. Shuttergirl po raz kolejny pokazuje mi, że historie miłosne to nie tylko słodkie pocałunki, emocjonalne wzloty i upadki. One mogą zmusić do zatrzymania się choć na chwilę, przemyślenia wielu rzeczy i zdecydowania o swoim własnym życiu. 

Pomysł na porównanie świata sławnych gwiazd Hollywood oraz nielubionego świata paparazzi wydaje mi się oryginalny. Co prawda dotychczas nie interesowałam się taką tematyką ani od strony literatury, ani tej medialnej. Dlatego za bardzo nie wiedziałam, czego się spodziewać w tej nieznanej dla mnie tematyce. Zostałam miło zaskoczona, ponieważ historia jest niekonwencjonalna i czuję, że jej potencjał naprawdę został w dużej mierze wykorzystany. Czasami tylko niektóre fakty wydawały mi się naciągane, ale nie raziło mnie to jakoś bardzo. Na pewno mimo wielu obaw ostatecznie doceniłam całą opowieść i bardzo się cieszę, że dałam jej szansę.

Dotychczas nie miałam okazji zapoznać się z twórczością pisarki, choć wielokrotnie spotkałam się z pozytywnymi opiniami o jej powieściach. Na pewno autorka pisze dobrze, tylko szkoda, że przy tym się nie wyróżnia niczym specjalnym pod względem stylistyki. Choć w książce występuje dużo opisów emocji, co przyjęłam z olbrzymią radością. Dzięki temu miałam możliwość zrozumienia bohaterów oraz wielu sytuacji, które same z siebie wydawałyby mi się nielogiczny, gdyby właśnie nie to tło emocjonalne. 

"Shuttergirl" jest nierównomiernie napisana. Najpierw mamy dość uroczy wątek romantyczny, by przejść do trudnej przeszłości Laine, a za chwilę skoczyć do skomplikowanego świata Michaela. Cieszę się z tej wielowymiarowości, jednak każda z tych części jest napisana w inny sposób – wątek romantyczny jest bardzo lekki, przeszłość Laine mocno opisana, a Michael to jedna wielka maszyna do analiz. I tutaj też nie mam żadnych zarzutów poza właśnie brakiem odpowiednim przejść między tymi motywami. Za każdym razem musiałam zmieniać sposób myślenia i to mnie po prostu irytowało. Mimo to nie mogę odebrać tej wspomnianej wielowątkowości, która wywołała we mnie wiele intensywnych emocji, czego rezultatem było wiele refleksji nad swoim własnym życiem, ale też sytuacją innych ludzi. Czytając "Shuttergirl", nie można oddać się po prostu rozrywce, bo ta powieść to coś więcej niż opowiastka o paparazzi i aktorze. Tu pozornie wspaniała teraźniejszość przeplata się na każdym kroku z przeszłością, która powinna być wymazana, a tymczasem dzień w dzień wraca i mąci w życiu bohaterów i w naszych sercach. 

C.D. Reiss wspaniale dopracowała głównych bohaterów. Postarała się, żeby byli czymś więcej niż papierowymi postaciami. Mają swoje motywy, pragnienia, marzenia i problemy, z którymi starają sobie poradzić. Jestem pod wielkim wrażeniem analizy ich myśli. Jednak co innego powiem na temat bohaterów drugoplanowych. Dla mnie okazali się tylko koniecznym tłem. Po prostu byli i mieli jakąś jedną wyróżniającą cechę – nic więcej. Bardzo szkoda, gdyż pisarka udowodniła, że umie wykreować pełnowymiarową postać. Spokojnie mogła poświęcić więcej czasu też dla innych. Samej Laine nie polubiłam. Na każdym kroku chciała pokazać, jaka to jest silna, jak dobrze poradziła sobie ze swoimi życiowymi problemami i błędami, które popełniła w przeszłości. Tymczasem miałam wrażenie, że ta jej siła to pozór, że wykorzystała ją jako nastolatka, a teraz stara się jakoś utrzymać przy życiu. To Michael był aktorem, ale to Laine codziennie grała swoją wymarzoną rolę. Michael był kreowany przez swojego agenta. Miał być doskonały pod każdym możliwym względem i tak był właśnie odbierany przez widzów. Ale jak wspomniałam we wstępie – nie ma ludzi idealnych. Nasz gwiazdor jak każdy miał wady, choć to właśnie one sprawiały, że był tak bardzo ludzki. Kibicowałam mu na każdym kroku i chciałam, żeby nie musiał być aktorem w swoim własnym życiu. 

"Shuttergirl" w dziwny sposób oczarowała mnie i widzę to dopiero po przeczytaniu tej książki. Ma ona wiele wad, ale nie są istotne, ponieważ ta powieść naprawdę wiele mi dała. Jest to opowieść pełna prawdziwych emocji, które muszą przetrwać w świecie fałszu, cierpienia i nienawiści. Większość z nas nie musi się z tym mierzyć na co dzień, ale jeśli zapomnimy, że to kolejna hollywoodzka historia, to możemy znaleźć tam samych siebie. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Taniej Książce  


czwartek, 12 września 2019

Bez wyjścia – Charles Dickens, Wilkie Collins


Tytuł: Bez wyjścia

Autor: Charles Dickens, Wilkie Collins

Tłumaczenie: Stanisław Boduszyński

Kategoria: Klasyka

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 160

Ocena: 5/10










Ludzie zazwyczaj chcą być dobrzy i uważam, że są dobrzy z natury. Czasami tylko coś gdzieś pójdzie nie tak i to dobro opuści człowieka. Jednak nadal nie oznacza to, że stają się źli, tylko że popełniają błędy, wybierają nieodpowiednie zachowania i podejmują niestosowne wybory. Przyczyn może być wiele, może być też jedna. To nie ma znaczenia... Wynik jest taki sam. Lecz czy mamy prawo oceniać po samym wyniku innych ludzi? Czy możemy wyrażać swoje opinie, gdy to nie my znajdujemy się w sytuacji bez wyjścia? I czy w ogóle taka sytuacja naprawdę istnieje? 

Wilding jako dziecko zostaje oddany do przytułku przez swoją własną matkę, która w tamtym czasie nie mogła sobie pozwolić na wychowywanie syna. Wbrew przeciwnościom losu wyrasta na mądrego i dobrego chłopca. Gdy ma dwanaście lat, jego matka wraca po niego i daje mu upragniony dom oraz pożądaną miłość. Mijają kolejne lata, które tym razem są przepełnione szczęściem i spełnionymi marzeniami... Ale licho nie śpi – na każdego przyjdzie czas, a życie jest skomplikowanym procesem. 

Myślę, że tych dwóch panów, którzy napisali tę powieść, nie muszę przedstawiać. W końcu ich sława od lat króluje w naszej literaturze i każdy, kto choć trochę interesuje się literaturą klasyczną miał bliższą czy dalszą styczność z nimi. U mnie była to na pewno dalsza styczność, która ograniczała się do wiedzy o ich istnieniu. Oczywiście czytałam "Opowieść wigilijną" i całym sercem ją wielbię, szanuję i polecam każdemu. Jednak sama "Opowieść wigilijna" to dla mnie stanowczo za mało, by poznać Dickensa... A dzieł Collinsa jeszcze w ogóle nie czytałam. Dlatego bez zastanowienia zdecydowałam się przeczytać ich wspólną powieść – "Bez wyjścia". Okazał się to feralny wybór, gdyż książka w ogóle nie przypadła mi do gustu i od razu zniechęciła do pisarzy... 

Przede wszystkim bardzo drażnił mnie styl, jakim posługiwali się autorzy. Był tak bardzo niespójny, że na początku nie wierzyłam. Powtarzałam sobie, że ostatnio czytałam dość łatwe powieści, więc potrzebuję więcej czasu, by przyzwyczaić się do skomplikowanego i archaicznego języka. Niestety nigdy się nie przyzwyczaiłam, a z czasem doszłam do wniosku, że po prostu leży tutaj składnia. I naprawdę nie chodzi o to, że jest to jednak trochę inny język niż współczesny. Po prostu to wszystko jest niespójne, a momentami trudno stwierdzić, co oznaczają te zlepki słów. Zbyt wiele pięknych słów, które nie oznaczały nic. Nie potrzebuję czytać takich powieści, tym bardziej że było to też nudne. Gdybym była zachwycona wydźwiękiem, czy poruszona fabułą, to tak bardzo nie przeszkadzałoby mi to. 

Fabuła w żaden sposób mnie nie wciągnęła i z tego powodu jest mi przykro. Bo tak sławionych pisarzach spodziewałam się wiele i te oczekiwania ściągnęły mnie na dno. Nie dość, że się niemiłosiernie wynudziłam, to jeszcze brakowało w tym wszystkim jakiejkolwiek kreatywności. Wydarzenia nie układały się w logiczną całość. Miały to robić, ale z czasem okazały się tylko zwykłymi zdarzeniami, które pozornie łączyły się ze sobą. W dodatku cała akcja wydawała mi się bardzo naciągana i nierzeczywista. 

Wilding to wyjątkowo dobry i wręcz kochany człowiek. I na tym mogłabym spokojnie skończyć omawianie jego powieści. Dobrze, że są tacy bohaterowie – jednoznacznie dobrzy. Tylko problem polega na tym, że nikt nie jest bez skazy, a samo dobro bez odpowiedniego tła jest mało ciekawe. Wiem, że brzmi to dość okrutnie, ale odkąd pamiętam, wyznawałam zasadę, że doskonałość jest nudna. Tego przykładem jest właśnie Wilding, który jest tak małowymiarowy. Na szczęście sytuację całej książki ratuje jego wspólnik, czyli Vendale. Urzekł mnie swoim niekończącym się optymizmem, zaraźliwą energią i odwagą nie do pokonania. Postać szalona, pełna nieroztropnych myśli, przeplatających się z odpowiedzialnością i pogodą ducha. Niezwykłe i dość rzadkie połączenie cech osobowości, które tak bardzo szanuję. Warto też zwrócić uwagę na kobiecą postać – Margeritę. Już dawno żadna bohaterka nie przekonała mnie do siebie w tak wyjątkowy sposób. Mimo wolności była uwięziona w konwenansach, przeszłych wydarzeniach i własnym wieku. Jednak to nie oznacza, że dała się podporządkować. Doskonale wiedziała, ile jest w stanie wytrzymać upokorzeń i kiedy trzeba zacząć walczyć o samą siebie. Wielki szacunek dla niej. 

Jak widzicie, powieść "Bez wyjścia" ma niestety wiele wad, które dla mnie są niewybaczalne. Jest mi przykro, że na początku swojej przygody z dwojgiem szanowanych pisarzy od razu trafiłam na niesatysfakcjonującą mnie książkę. Dlatego odradzam ją wszystkim, którzy nie przepadają za literaturą klasyczną albo zaczynają dopiero wchodzić w ten świat. Jestem przekonana, że się zawiedziecie. Jeśli mam komuś ją polecić, to bardziej osobom, które chcą zebrać cały dostępny dorobek autorów. Mimo mojego rozczarowania i tak spróbuję lepiej poznać Dickensa i Collinsa – tym razem oddzielnie. Bo nadal czuję, że możemy bardzo się polubić. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu MG 


elfik_book