piątek, 29 lipca 2016

Ruiny Gorlanu


Tytuł: "Ruiny Gorlanu"

Autor: John Flanagan 

Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński

Cykl: Zwiadowcy

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Jaguar

Liczba stron: 320

Ocena: 8/10






Idziesz wąską ścieżką. Rozglądasz się wokół. Czujesz to... Ten niepokój. W końcu zwykle nie opuszczasz przyjemnego zamku i jego okolic. Tam zawsze jest bezpiecznie i nikt cię nie napadnie. A tu? Tu może się zdarzyć wszystko. Ten dźwięk! Co to jest?! A oczy? One nie są ludzkie. Coś jest przed tobą. Twój oddech staje się coraz szybszy. Po czole spływa mała kropelka potu. W głowie masz jedną myśl – uciekaj! Robisz krok to tyłu i już masz zamiar się odwrócić i pobiec, ale... To tylko sowa – nic więcej. Bierzesz głębszy wdech i już odważniej idziesz do przodu. Ale to pozory. Boisz się jeszcze bardziej. Jednak nie poddajesz się i dochodzisz do celu. Widzisz go. Tak samo mroczny i niebezpieczny, jak mówiły opowieści. Tak samo tajemniczy... Nieśmiało podchodzisz bliżej. Tak, to ten sławny Halt. A za nim? Chłopiec o szczerym uśmiechu i jeszcze bardziej śmiejących się oczach – Will. Już wiesz. Właśnie dzisiaj rozpoczyna się twoja przygoda i nowe życie.

Nie pamiętam, kiedy wyszli "Zwiadowcy". Nie mam też pojęcia, czy ten cały szum pojawił się po wydaniu pierwszego tomu czy dopiero później. A może to wydawnictwo odpowiednio zareklamowało książkę. To nie ma już najmniejszego znaczenia. Wyszło już tyle części tego cyklu. Prawie wszystkie oceniane pozytywnie. To nie zdarza się często. Dlatego musiałam koniecznie się z nim zapoznać. Tak przed wami proszę państwa recenzja "Ruin Gorlanu", czyli przeniesienie się do magicznego świata, gdzie ważna jest przyjaźń, obowiązek i przede wszystkim odwaga.

Pierwsze, co od razu na wstępie mnie zachwyciło, to świat wykreowany przez Flanagana. Byłam nim oczarowana. Na początku może wydawać się dość banalny i schematyczny, lecz bardzo szybko wyczułam w nim coś więcej. Ma bardzo dobre podstawy, przez co wydaje się rzeczywisty. Prawdą jest, że pojawiły się pewne luki, które sprawiły, że nie wszystko było logiczne, ale dla mnie jest to zapowiedź czegoś większego. Jestem pewna, że w kolejnych tomach autor dopracował każdy szczegół i ukazał nam niesamowity świat, w którym wszystko jest możliwe. Kto by nie chciał go poznać?

Olbrzymim plusem jest sama w sobie fabuła. W pierwszej fazie miałam wiele oporów przed całym cyklem, lecz gdy tylko zaczęłam czytać, zrozumiałam, że było to całkowicie niepotrzebne. Od razu wciągnęłam się w wir wydarzeń, które rozpoczynały całą przygodę. Mam często tak, że dla mnie nie jest najważniejsza główna akcja, tylko to co ją poprzedza. W wielu powieściach jest to prawie całkowicie pomijane, przez co jestem sfrustrowana. Jak można pominąć szkolenie kogoś, kto wykaże się później wybitnymi umiejętnościami, a teraz jest dzieckiem? Flanagan zadbał o to, żebyśmy zrozumieli, jak Will doszedł to tego, co ma. Historia jest pełna zagadek, które niekoniecznie same się rozwiązują. Dla mnie to bardzo duża zaleta, gdyż moja wyobraźnia dostaje pole do popisu. Choć muszę przyznać, że w pewnym momencie czułam niedosyt, ale jak wcześniej wspomniałam, to dopiero początek nadchodzących wydarzeń. Jeszcze wszystko może się rozwiązać. "Zwiadowcy" są bardzo pozytywni. Pamiętam, jak w szkole mieliśmy napisać coś o najbardziej pozytywnej powieści, jaką dotychczas przeczytało się. Byłam zdumiona, ponieważ większość osób, których opinie bardzo cenię, podało właśnie ten cykl. Teraz już rozumiem dlaczego. Już dawno tak bardzo się nie śmiałam i po prostu byłam optymistycznie nastawiona do świata podczas czytania.

Styl jest wyjątkowo przyjemny. Lekki, ale nie w ten irytujący sposób. Sprawił, że przeczytałam książkę w zastraszająco szybkim tempie. Nie spodziewałam się tego. Raczej byłam przekonana, że będę się męczyć. Tymczasem szybko przeniosłam się do nowego dla mnie uniwersum.  Tym bardziej że ciągle trafiałam na zabawne scenki czy gry słowne.

Od razu wprost pokochałam głównego bohatera – Willa. Był zbiorem cech, które uwielbiam w ludziach. Pełen życia i radości, ale przy tym cierpliwości i wytrwałości, a tego właśnie mi brakuje. Nie wyobrażam sobie, jak można by przy nim się nudzić. Interesował się otaczającym go światem i nie bał się zadawać żadnych pytań – nawet tych najbanalniejszych. To mnie urzekło. Kolejną postacią, która zrobiła na mnie wyjątkowo dobre wrażenie, był Halt. Flanagan wykreował go na niezwykłego bohatera o rozbudowanym charakterze. Wydawał się szorstki i obojętny na świat, gdy tymczasem obserwował bacznie ludzi i wyciągał trafne wnioski, pozostając przy tym wrażliwym i empatycznym człowiekiem.

Jestem bardzo zadowolona, że wreszcie zapoznałam się z pierwszym tomem "Zwiadowców". Bez wątpienia będę kontynuować cykl. Na pewno nie jest to książka dla dorosłych i niektórzy mogą ją odebrać za infantylną, ale dla mnie była powieścią, którą szukałam w czasach dzieciństwa, dlatego właśnie tak bardzo ją doceniam.

wtorek, 26 lipca 2016

Brooklyn


Tytuł: Brooklyn

Reżyser: John Crowley

Produkcja: Irlandia, Kanada, Wielka Brytania

Gatunek: Melodramat

Rola główna: Saoirse Ronan

Czas trwania: 1 godz. 45 min.

Premiera: 19 lutego 2016 r. (Polska), 26 stycznia 2015 r. (świat)

Ocena: 6.5/10






Niektóre osoby mają poczucie beznadziei. Wstają codziennie rano, idą do pracy, wykonują pilnie wszystkie obowiązki, po czym wracają do domu i zdają sobie sprawę, że jutrzejszy dzień też będzie tak wyglądać. To bardzo przykre, ale oni nie mogą tego zmienić. To nie ich wina. Oni po prostu nie mają wyboru – taka jest sytuacja w ich państwie, taka jest ich przyszłość. Jednak Eilis coś odmienia. Za namową rodziny i z pomocą księdza wyrusza do Ameryki, by tam zmienić swoje życie. Jest młoda, piękna i niepewna siebie. Lecz są ludzie, którzy mogą jej pomóc... Co wygra – tęsknota za rodzinnymi stronami, czy możliwość lepszego życia?

O tej produkcji na początku tego roku było dość głośno. Obejrzałam ją przez przypadek. Dostałam propozycje zapoznania się z kilkoma filmami i wśród nich był "Brooklyn". Wydawał mi się ckliwą historią, a ja za taki nie przepadam, ale właśnie dlatego postanowiłam dać mu szansę. W końcu nie każdy melodramat jest złą i naiwną opowiastką. Wiele z nich może nas nauczyć istotnych rzeczy, więc warto otworzyć się i na ten gatunek.

Uważam, że motyw imigracji jest popularny w obecnych czasach i naprawdę łatwo znaleźć opowieści o nim i w kinematografii, i w literaturze. W końcu ludzie podróżują i zmieniają swoje miejsce zamieszkania od wielu lat. Co w tym dziwnego? Jednak mimo to potencjał tej historii został wykorzystany i dał dużo możliwości do dalszych przypuszczeń. Nie wiem czemu, ale "Brooklyn" w pewien nietypowy sposób kojarzy mi się z "Tytanicem". Może dlatego że również pojawia się w nim motyw statku i miłości. Dla mnie "Tytanic" jest zbyt tkliwy, choć przyznaję, że gdy byłam dzieckiem, był to mój ulubiony film. "Brooklyn" okazał się trochę inny, gdyż ukazywał więcej problemów niż tylko namiętna miłość dwójki bohaterów. Nie zmienia to faktu, że jest to dramat typowo kobiecy i mogę powiedzieć, że w pewnych momentach nawet zbyt... Dla niektórych kobiet pewnie to plus, lecz ja oczekuję większej realności. 

Temat poruszony w filmie jest bardzo istotny. Ukazuje trudne życie, z którym musieli walczyć mieszkańcy ówczesnej Irlandii oraz ciężkie początki w Ameryce. Nie jest łatwo przystosować się do nowych warunków w całkiem obcym kraju, mieście i w dodatku bez rodziny. Nie wiadomo czy będzie szansa na powrót do domu. Jednak w produkcji jest pewien element, który daje nadzieję. Musi przyjść ten moment, gdy będziemy musieli zdecydować, co dalej z naszym życiem i niektórzy będą mieli dokładnie ten sam problem. Wyjechać czy nie wyjechać? "Brooklyn" ukazuje, że jakąkolwiek podejmiemy decyzję, będzie miała ona olbrzymie skutki w przyszłości, lecz nasze życie jakoś się ułoży. 

Na bohaterach trochę się zawiodłam. Miałam nadzieję na ciekawe, rozbudowane osobowości. Tymczasem otrzymałam tylko ich namiastki. Bez wątpienia postacie miały coś w sobie, co wyróżniało je na tle innych filmów, ale nie na tyle by zapamiętać je na dłużej. Tak naprawdę nie poznajemy Eilis, ale w tym przypadku odbieram to na plus, ponieważ kryła się za pewną dozą tajemniczości. Była jedną z setek tysięcy imigrantów, którzy postanowili poszukać szczęścia w Stanach Zjednoczonych. Nie miała być kimś wyjątkowym. Eilis jest symbolem tych ludzi i ich przemiany. Okazała się bardzo dynamiczną postacią, gdyż jej zachowanie z początku historii, a końca było całkowicie odmienne.

Grze aktorskiej nie można nic zarzucić. Aktorzy podołali swoim rolom, jednak jak dla mnie nikt się nie wyróżnił. Pojawiło się naprawdę wiele postaci epizodycznych, przez co nie zapamiętałam nikogo jako wyjątkową osobę. 

"Brooklyn" nie jest jak inne melodramaty. Oczywiście ma podstawowe elementy – ogromna miłość, przeszkody i śmierć, ale poza tym wszystkim niesie ze sobą głębsze przesłanie i porusza naprawdę ważne tematy. Myślę, że przynajmniej kobiety powinny zapoznać się z tym filmem.   


sobota, 23 lipca 2016

Tożsamość Anioła


Tytuł: "Tożsamość anioła"

Autor: Lidia Helena Zelman

Cykl: Tożsamość anioła

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Liczba stron: 328

Ocena: 3/10








Czy was też przeraża, że osoby dobre, pełne empatii i życia mają za sobą wiele ciężkich przejść i często mimo tego że są młodsze, większy bagaż doświadczenia? Znam niejednego takiego człowieka i za każdym razem, gdy przypomina mi się jego historia, czuję ogromny szacunek i przede wszystkim podziw. Miałam i mam idealne życie, którego może mi pozazdrościć większość ludzi. A co z innymi? Andrea musi borykać się z wielkim darem, a raczej przekleństwem. Jest w stanie przewidzieć katastrofy. Można powiedzieć, że dzięki temu może ratować ludzkie życie. "Można" jest słowem kluczem. Choć bardzo by chciała, nie może nic zrobić. Czuje cierpienie tych ludzi, czuje ich ból, ale nie może im pomóc. Dlatego właśnie dziewczyna pomaga w domu starców i ośrodku wspierającym potrzebujących w Afryce. Jest ucieleśnieniem dobra. Nic nie było w stanie jej zagiąć – tajemnice przeszłości, trudne dzieciństwo i skrajna samotność z własnego wyboru. Ale ile można być samotnym? Jak długo można radzić sobie samemu z tak olbrzymimi problemami? 

Muszę wam się przyznać, że nie wiem, skąd mam tę książkę. Po prostu pewnego dnia wylosowałam jej tytuł z mojego pudełeczka z książkami. Chciałam zdać się na łut szczęścia i zostałam całkowicie zaskoczona. Powieść, o której istnieniu zapomniałam, już coraz mniej popularne paranormal romance, czy to może okazać się dobre? Na pewno okładka jest magnetyzująca, ale treść już niekoniecznie. Od początku czułam, że nie jest to opowieść dla mnie. Przyznaję się bez bicia, że w swoim czasie uwielbiałam te wszystkie mroczne historie o upadłych aniołach, wampirach i wilkołakach, ale ten czas już minął. Przeczytałam dostateczną liczbę książek z tego gatunku i wiem, że naprawdę trudno o dobrą powieść tego typu. "Tożsamość anioła" na pewno taka nie jest.

Od razu zirytował mnie początek książki. Nieśmiała dziewczyna, przystojny chłopak, niespotykane moce... Moment – czy tego już nie było? Przewidywalna do granic wytrzymałości. No i jak być tu pozytywnie nastawionym? Naprawdę wierzyłam, że może trafię na coś niesztampowego. Tymczasem okazało się takie jak zawsze... Na szczęście dalsza część była dla mnie niespodzianką. Nie spodziewałam się takiego przebiegu akcji i cieszę się, że autorka przynajmniej w głównej części stworzyła coś niekonwencjonalnego. Jednak niestety nic nie trwa wiecznie. Końcówka była powrotem do rozpoczęcia. Tak samo do odgadnięcia, bez żadnych tajemnic, zdumiewających wydarzeń. Był moment, gdy "Tożsamość anioła" urzekła mnie, ale on minął zbyt szybko i przez to czuję się w pewien sposób oszukana. W dodatku pojawił się motyw upadłych aniołów. Jest on zbyt często spotykany, by mógł dać pole do popisu. Trzeba by mieć naprawdę niesamowitą wyobraźnię, by stworzyć coś niepowtarzalnego. 

Styl autorki okazał się wyjątkowo lekki, co sprawiło, że przeczytałam powieść w zastraszająco szybkim tempie. Nie będę udawać, że się nie wciągnęłam mimo schematyczności. Jest on typowy dla młodzieżówek, co w pewien sposób jest dobre, bo zachęci młode osoby do czytania, jednakże ja jestem już za stara. Był dla mnie zbyt prosty. Żadnych ciekawych słów, składnia charakterystyczna dla języka nastolatków. Nic, co mogłoby zaspokoić mój głód literacki.

Co do bohaterów mam również negatywne odczucia. Na wstępie nie polubiłam Andrei i mimo że próbowałam to zmienić, to nie potrafiłam. Była ucieleśnieniem dobra i to mnie denerwowało. Ona nie miała prawie wcale wad. Jedyne jakie się pojawiały, to z jej przekonania, że to dla dobra innych ludzi. Przyznajcie sami – ludzie idealnie (wiem, że nie istnieją, ale ci blisko ideału) są niezwykle irytujący. Dla mnie są tacy nieludzcy i sztuczni. I właśnie taka była Andrea. Co do naszego przystojnego chłopaka – Kaspara – mam mieszane odczucia. Na pewno w pewnym momencie zyskał moją sympatię, ale nie potrafił jej utrzymać. Natomiast inne postacie okazały się mętne o nierozbudowanych charakterach. To byli tylko przypadkowi ludzie, których mijamy na ulicy i wyłącznie po ich wyglądzie jesteśmy w stanie coś o nich stwierdzić. Czy tak powinno być? To byli przyjaciele głównej bohaterki, jej wrogowi. Tymczasem dla mnie nie mieli żadnego znaczenia. 

Moja próba powrotu do dawnego gatunku zakończyła się totalnym fiaskiem. Czytałam gorsze książki, ale ta stanowczo zalicza się do tych zapełniaczy czasu, o których zapomina się od razu po przeczytaniu. Jeśli macie ochotę na fantastykę, romans poszukajcie ciekawszej i ambitniejszej powieści.    

środa, 20 lipca 2016

Miedziana rękawica


Tytuł: "Miedziana rękawica"

Autor: Cassandra Clare, Holly Black

Tłumaczenie: Robert Waliś

Cykl: Magisterium

Tom: II

Kategoria: Fantastyka 

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 336

Ocena: 8/10






Życie Calluma Hunta zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Jego ojciec nienawidzi magii, a w szczególności szkoły zwanej Magisterium. Dlatego Call był przekonany, że to złe miejsce dla niego i chciał zrobić wszystko, by tam nie być. Tymczasem po roku nauki wszystko nabrało innego sensu. Nareszcie ma przyjaciół, którzy nie wyśmiewają się z jego problemów z nogą, zwierzaka w postaci olbrzymiego wilka ogarniętego chaosem i przede wszystkim umiejętności, które mogą dać mu szczęście. Niestety ma też swoją mroczną tajemnicę – jest kimś innym niż myślą wszyscy. Gdy chłopak odkrywa, że jego ojciec domyśla się, kim naprawdę jest, ucieka z domu i rozpoczyna szaloną przygodę pełną niebezpieczeństw, śmierci i kłamstw... Czy poradzi sobie ze swoim sekretem i nieokrzesaną naturą?

Pamiętam, jak wychodziła pierwsza część tej powieści. To było coś. Cassandra Clare wróciła do nas z nową serią. Razem z Holly Black zjednoczyły się i stworzył niesamowitą historię, która zawładnęła niejedną osobą – również mną. Nie spodziewałam się, że "Próba Żelaza" zrobi na mnie tak dobre wrażenie. Jest to opowieść raczej dla młodszej młodzieży, tymczasem zostałam oczarowana i przeniesiona do świata magii i zagadek. I właśnie dlatego obawiałam się kolejnej części. Czy będzie tak samo dobra? Czy poczuję ten sam dreszczyk, co podczas czytania pierwszego tomu? Takich pytań pojawiło się tysiące. I odpowiedź jest tylko jedna – tak. 

Styl autorek nie jest zbyt skomplikowany. Nie można po nim oczekiwać trudnych czy rzadko spotykanych słów. Lecz nie oznacza to, że jest dziecinny. Jest wręcz odwrotnie. Posiada w sobie pewną dozę inteligencji, którą od razu zauważyłam, czytając pierwszą stronę. Zrobiło to na mnie bardzo dobre wrażenie, gdyż poczułam, że mój wiek nie ma znaczenia, a ja mogę oddać się nowym przygodom. Dzięki temu "Miedziana rękawica" była płynna i zrozumiała. Jedyne, co czasami irytowało mnie, to nietypowa składnia, przez którą gubiłam się w linijkach. Dla mnie jest to ciekawa konstrukcja gramatyczna, z którą wcześniej się nie spotkałam, dlatego mimo to podziwiam autorki za ten niekonwencjonalny styl. 

Od pierwszych stron wciągnęłam się w tę opowieść. Przeczytałam ją w zastraszająco szybkim tempie, co nawet mnie samą zaskoczyło. Już dawno nie straciłam poczucia czasu przy czytaniu. Historia jest nieprzewidywalna i pełna zwrotów akcji. Słuchamy zabawnych docinek przyjaciół, gdy nagle wszystko się zmienia i zaglądamy śmierci w oczy. Cały czas czułam porażającą mnie ciekawość, ale i niepokój o dalsze losy bohaterów. Wszystkie opisy, niezwykłe wydarzenia sprawiły, że moja wyobraźnia zaczęła pracować na największych obrotach, by dać mi możliwość brania udziału w misji razem z czwórką przyjaciół. 

Jak na początku wam wspomniałam, bardzo się obawiałam tej kontynuacji. Wyzwaniem jest napisanie dobrej książki, ale jeszcze większym napisanie jej dalszej części. W końcu powinna być jeszcze lepsza albo chociaż na tym samym poziomie. A czytelnicy są niezwykle wymagający. Sama wiem, jak bardzo dużo oczekuję po kolejnych tomach. Na szczęście "Miedziana rękawica" spełniła swoje zdanie i okazała się wybitniejsza od swojej poprzedniczki. Razem z "Próbą Żelaza" połączyły się w zgrabną całość, nadając płynności fabule i przede wszystkim emocjonalności. Tak bardzo pragnęłam, by bohaterowie poznali o sobie nawzajem prawdę i zaakceptowali się, że czasami nie mogłam wytrzymać i musiałam odłożyć powieść na bok. To wszystko było takie logiczne. Jednak oni nie mogli o tym wiedzieć...

Co do kreacji świata mam trochę zastrzeżeń. Brakuje mu częściowo podstaw. Niby wszystko jest zrozumiałe, ale nie czuję tego uczucia panoramiczności, które tak bardzo lubię. Jakby nic innego się nie działo oprócz wydarzeń związanych bezpośrednio z głównymi postaciami. Muszę też przyznać, że mam skojarzenia z "Harrym Potterem". Jest to pozorne uczucie, lecz nie można zaprzeczyć, że niektóre motywy się powtarzają – szkoła magii, dusza, która jest w innym ciele i przede wszystkim wszechobecna magia. Skądś to znamy, prawda? Na szczęście fabuła ma inny przebieg, co ratuje całą sytuację. 

Bohaterowie się wykreowani w perfekcyjny sposób. Główny bohater nie jest wybitną jednostką, która uratuje cały świat (choć mam nadzieję, że ostatecznie to zrobi), wcale wszyscy go nie podziwiają i szanują, nie jest bardzo lubiany – jest naturalny i to mnie w nim urzekło. Ma naprawdę wiele wad, które niejedną osobę zirytują, ale również ma zalety. Poza tym bardzo polubiłam ojca Calla – Alastaira. Ma w sobie coś niespotykanego. Pozwolił, by zawładnęła nim przeszłość, ale ostatecznie to on z nią walczy i nie poddaje się. 

"Miedziana rękawica" jest książką, która przeniesie każdego w niezwykły świat magii, gdzie liczy się przyjaźń, prawda i odwaga. Już dawno nie czytałam tak dobrze skonstruowanej powieści. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego fana fantastyki. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu Albatros

niedziela, 17 lipca 2016

Granica


Tytuł: "Granica"

Autor: Zofia Nałkowska

Kategoria: Klasyka

Wydawnictwo: Greg

Liczba stron: 248

Film: Granica (1977 r.)

Ocena: 7/10










Granica jest ruchoma. Bardzo łatwo ją przesunąć. Państwo za pomocą jednego papieru może zmienić losy całego kraju. Co dopiero człowiek, który sam wyznacza własną granicę? Nie ma żadnych ograniczeń. Tylko i wyłącznie słowa, które mogły być nawet niewypowiedziane. Jak duże mają znaczenie? Ile razy sami nie dotrzymaliście obietnicy? Zenon ma tylko jedno pragnienie – chce być uczciwy. Jako dziecko patrzył, jak jego ojciec zdradza matkę i codziennie ją przeprasza. Ona natomiast sumiennie wybaczała mu. Wybaczenie to podstawa, ale czy na dłuższą metę można uniknąć konfliktów? Czy w konsekwencji ich syn spełni wszystkie swoje marzenia? 

Zwykle jestem pozytywnie nastawiona do lektur. W końcu to jedna z wielu książek, które mają uznanie wśród ludzi wykształconych, a przynajmniej taka jest oficjalna wersja. O "Granicy" nigdy wcześniej nie słyszałam, więc z chęcią wzięłam się za czytanie. W czasie lektury zaczęły mnie dochodzić negatywne opinie, ale nie dałam się zniechęcić. Powieść okazała się dość trudna i jak to ocenił jeden z moich znajomych – kobieca. W pewnym sensie miał rację, ale nie tak do końca...

Styl autorki jest bardzo ciężki. Pisze skomplikowaną składnią, która w tych czasach jest prawie niespotykana. Jest to dość trudne dla ucznia. Ja od dziecka bardzo lubię czytać, jednakże dla innych osób może to być naprawdę uciążliwe. Sama potrzebowałam wielu stron, by przywyknąć do języka autorki. Pojawiła się naprawdę duża liczba opisów przeżyć wewnętrznych. Uwielbiam tego typu opisy, więc pod tym względem powieść była dla mnie rajem. Nie zmienia to faktu, że czasami była nużąca. 

Fabuła okazała się mało oryginalna. Jest to dość sztampowa historia, która wielokrotnie pojawiała się w literaturze. Nie zaskoczyła mnie niczym, co odebrałam raczej negatywnie. Jednak oczekuję, że powieść zaskoczy mnie i da nową inspirację. Od początku znaliśmy zakończenie, gdyż wystąpiła kompozycja klamrowa. Można powiedzieć, że w jaki sposób miała być nieprzewidywalna, gdy autorka od razu zdradza nam losy Zenona. Lecz mimo to spodziewałam się czegoś więcej, jakieś niespodzianki. W "Granicy" niejednokrotnie wystąpiły retrospekcje, które zaburzały chronologię i sprawiały, że naprawdę trzeba było się skupić na tekście, jeśli chciało się dobrze zrozumieć fabułę. Skomplikowało to książkę, lecz na mnie to wywarło dobre wrażenie. I muszę przyznać, że coś jest z tym spojrzeniem kobiecym. Uważam, że jest to zbyt duże słowo, ale na pewno powieść jest lepiej zrozumiała dla żeńska płci.

Bohaterowie byli dla mnie papierowi. Nałkowska nie dała możliwości lepszego poznania ich. Znaliśmy ich przeszłość i przyszłość, ale zabrakło typowej codzienności i reakcji na różne sytuacje. Trochę zaprzeczam samej sobie, gdyż były liczne opisy, ale to nie było to. Brakowało opisu ich charakterów albo sytuacji, z której sami moglibyśmy więcej wywnioskować. Miałam bardzo duży problem z ich ostateczną oceną. Każdy popełnił błędy i każdy musiał zmierzyć się z ich konsekwencjami. Ale kto ich nie popełnia? W powieści wystąpiło wiele postaci epizodycznych, które były okryte dla mnie wielką tajemnicą. Pojawiały się, ale tak naprawdę były jednym, wielkim sekretem.

Psychologia była bardzo rozbudowana. Autorka przedstawiała nam standardową sytuację, która miała miejsce w każdych czasach i jej konsekwencje. Przyznała się do rzeczy, o których nie chcemy mówić i udajemy, że nas nie dotyczą, mimo że dobrze wiemy, że jest inaczej. Daje możliwość przemyślenia wielu sytuacji i zrozumienia ich, a przy tym ostrzega. Pod względem psychologicznym ukazała swój warsztat w całej okazałości, dlatego właśnie "Granica" tak bardzo przypadła mi do gustu.

Jest to ciężka książka i jestem pewna, że wiele osób podda się, próbując ją przeczytać lub negatywnie ją oceni. Jednakże ja zapamiętam ją na długo i uważam, że powinno się przynajmniej podjąć próbę, by zapoznać się z jej treścią.      

czwartek, 14 lipca 2016

Strażnicy marzeń


Tytuł: Strażnicy marzeń

Reżyser: Peter Ramsey

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Chris Pine

Czas trwania: 1 godz. 37 min.

Premiera: 4 stycznia 2013 r. (Polska), 10 października 2012 r. (świat)

Ocena: 6/10







Wierzycie w Świętego Mikołaja? A Zajączka Wielkanocnego? Pewnie część z was wyśmieje mnie. Magiczne istoty? To chyba nie w tym wieku... Zapewne już dawno wyrośliście z tych lat i teraz opowiadacie niestworzone historie swojemu rodzeństwu, dzieciom. Nie mylę się? A moment, gdy zdaliście sobie sprawę, że te wszystkie magiczne stworzenia nie istnieją? Był to powolny proces, czy ktoś wredny uświadomił was? A teraz zastanówcie się nad tym. Jesteście pewni, że Mikołaj, Zając, Zębuszka nie istnieją? Na pewno? Ja wam powiem co innego. To wszystko bujdy. Oczywiście, że istoty naszego dzieciństwa istnieją i są wśród nas. Nawet lepiej – możemy je spotkać. Tylko przestaliśmy wierzyć, a wtedy to już niemożliwe. Zamknijcie oczy i po prostu uwierzcie. Następnie w święta wstańcie w nocy i czekajcie na Mikołaja. Zapewniam, on przyjdzie. 

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej animacji. Przypadkowo, gdy szukałam jakieś ciekawej bajki, wpadłam na ten film. A że jestem niepoprawną marzycielką, musiałam obejrzeć produkcję o tak ważnych postaciach jak Strażnicy Marzeń. Przecież to obowiązek każdego idealisty. Tym bardziej że historia jest zachęcająca. Jakie wrażenia pozostawił po sobie film? 

Uważam, że pomysł jest wyjątkowo oryginalny. W końcu wcześniej nigdy z czymś takim się nie spotkałam i tytuł od razu zachęcił mnie do obejrzenia animacji. Które dziecko nie chce poznać Strażników Marzeń? A że mam z sobie wiele z dziecka i ja tego zapragnęłam. Nie spodziewałam się, że tytułowymi Strażnikami okażą się postacie, w które wierzyliśmy jako mali ludzie. Zrobiło to dobre wrażenie na mnie. Wbrew pozorom wcale nie ma dużo bajek, gdzie tradycje wszystkich świąt są połączone. I głównym bohaterem jest Jack Mróz, o którym ja wcześniej nie słyszałam. To wszystko jest takie pozytywne, pełne energii i radości. Właśnie takie powinny być animacje. Mają cieszyć i uczyć, a nie być ponure i zniechęcające...

Niestety na samej fabule bardzo się zawiodłam. Na pewno był dobry pomysł, ale potencjał nie został wykorzystany. Pojawiło się zbyt mało wątków, przez co brakowało wrażenie panoramiczności. Odczuwałam, że nie ma nic ważniejszego od głównego celu albo że po prostu nigdzie nic się nie dzieje, co dobrze wiemy, że jest niemożliwe. Brakowało mi dużej ilości wydarzeń, które ubarwiłyby historię i pozwoliły na przeżycie wielu niesamowitych przygód. Gdyby scenarzysta bardziej rozbudował opowieść, byłaby niezwykle ciekawa. Tymczasem było przeciwnie. 

Bohaterowie mieli ciekawe osobowości. Jak to w animacjach byli przedstawieni w karykaturalny sposób. Każdy miał jakąś jedną cechę, która należała wyłącznie do niego. Można było z tego wyciągnąć wiele intrygujących refleksji. Każdy na świecie ma swoje własne problemy. Jedne są mniejsze, inne większe, ale ludzie przeżywają je w ten sam sposób i często potrzebują akceptacji i przynajmniej próby zrozumienia. Tak było z Jackiem, który pragnął, by ludzie go widzieli i chciał poznać swoją przeszłość. Niestety poza tym postacie w "Strażnikach Marzeń" byli wyjątkowo niedopracowani, co odebrałam bardzo negatywnie. Wszyscy mieli wiele możliwości i jestem pewna, że z nich można by stworzyć coś więcej niż tylko animowanych bohaterów.

Grafika była bardzo ładna. Od razu wpadała w oczy i pozwalała się cieszyć kolorami i radością. Jednak cały czas miałam wrażenie, że czegoś w niej brakuje, że w pewien sposób jest niepoprawna, co niezwykle mnie irytowało. Bez wątpienia można było bardziej ją rozbudować.

"Strażnicy Marzeń" są bardzo przyjemnym filmem, lecz niestety nie byli tym, czego oczekiwałam. Jest to animacja na nudny dzień, ale nie można więcej po niej oczekiwać.          

poniedziałek, 11 lipca 2016

Jądro ciemności


Tytuł: Jadro ciemności

Autor: Joseph Conrad

Tłumaczenie: Aniela Zagórska 

Kategoria: Klasyka

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 160

Film: Jadro ciemności (1993 r.)

Ocena: 8/10








Kim naprawdę jestem? Czym jest świat? Czy człowiek jest czymś więcej niż zwierzęciem? Te pytania są zadawane od wieków i nikt na nie nie odpowiedział. Każdy ma jakieś zdanie, jakieś argumenty, może nawet dowody, ale tak naprawdę nie jest w stanie potwierdzić swojej odpowiedzi. Marlow wyruszył na Czarny Ląd, by tam zaznać przygody, ale również spełnić swoje marzenia i poznać samego siebie. Jest człowiekiem z doświadczeniem oraz wyjątkowo rozwiniętą inteligencją. Jednak nawet on jest zaskoczony tym, co zobaczył, a raczej zrozumiał. Wtedy właśnie on zadawał pytanie – kim naprawdę jesteśmy?. Z czym spotkał się Marlow? Jakie wrażenie zrobił na nim tajemniczy Kurtz?

"Jądro ciemności" jest lekturą szkolną, o której mówi się dość dużo. Co prawda nie słyszymy o niej tyle co o "Krzyżakach", "Lalce", czy "Panu Tadeuszu", lecz gdy młody człowiek przekroczy mury liceum, będzie musiał spotkać się z tą powieścią. Jest wiele różnych zdań na jej temat. Jednak ja najczęściej spotykałam się z tymi pozytywnymi. Wiedziałam, że książka jest krótka, ale czyta się ją długo i ma w sobie wiele inteligentnych spostrzeżeń. Uwielbiam takie lektury, dlatego z chęcią przeczytałam ją i na pewno nie zawiodłam się. 

Joseph Conrad jest bardzo sławnym pisarzem, który oczarował na całym świecie wiele ludzi swoimi cennymi uwagami oraz łatwością uchwycenia tematu. Zastanawiałam się, co takiego jest w jego powieściach, że czytelnicy tak bardzo je chwalą i dlaczego podobno czyta się je tak długo. Teraz już rozumiem to. Styl autora jest niesamowity. Bardzo ciężki i często ma skomplikowaną składnię, co utrudnia czytanie, jednakże gdy już się wciągnęłam, nie miało to najmniejszego znaczenia. Choć nie – sprawiło, że ta opowieść zawładnęła mną. Język, jakim posługuje się Conrad, jest niespotykany, co mnie oczarowało i zachęciło do sięgnięcia po inne jego dzieła.

Fabuła jest niezwykle zajmująca. Nie spodziewajcie się, że znajdą się tu sceny pełne akcji i zaskakujących wydarzeń. To nie tego typu opowieść. Jest ona raczej statyczna i bardzo płynna, ale właśnie to ją ubarwia i nadaje geniuszu. Nie miała być to historia napisana dla rozrywki, tylko dla refleksji i zastanowienia się na swoim postępowaniem. Ona bardzo rozbudowany morał i wyjątkowo wciąga. W pewien sposób zawładnęła mną i nie żałuję, że pozwoliłam na to.

Tematyka jest bardzo istotna. Co prawda porusza temat, który w tej chwili nie dotyczy nas tak bardzo jak kiedyś, ale nadal jest pewnym problemem i można jak najbardziej uznać ją za uniwersalną. Wspomina o Murzynach, którzy zacofani i nie znający świata technologii pozwalali się wykorzystywać Europejczykom. To oni byli nazywani dzikusami, a tymczasem udowadniali, że jest całkiem odwrotnie. "Jądro ciemności" wprowadziło mnie w nastrój refleksyjny, który utrzymywał się jeszcze długo po przeczytaniu powieści. Tymbardziej że omawiałam ją również w szkole. 

Cieszę się, że ta książka znajduje się w kanonie listy lektur. Podejrzewam, że inaczej nie miałabym okazji jej przeczytać albo po prostu zrobiłabym to wiele lat później. Jeśli jeszcze jej nie znacie, uważam, że waszym obowiązkiem jest zapoznanie się z nią.