niedziela, 22 października 2017

Podróż w trzech smakach. Przepyszne opowieści w Buenos Aires, Nowego Jorku i Berlina – Layne Mosler


Tytuł: Podróż w trzech smakach. Przepyszne opowieści z Buenos Aires, Nowego Jorku i Berlina

Autor: Layne Mosler

Tłumaczenie: Kinga Markewicz

Kategoria: Literatura współczesna

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 488

Ocena: 6/10








Mam pewne wspomnienie z dzieciństwa. Nie jest zbyt ważne, ani jakkolwiek nie odegrało w moim życiu istotnej roli. Jednak mimo to zapamiętałam to wydarzenie sprzed lat i w jakiś sposób towarzyszy mi w życiu. Gdy byłam dzieckiem, razem z rodzicami pojechałam nad morze. Mama uwielbia ryby, więc postanowiliśmy wybrać się do typowej nadmorskiej restauracji, gdzie właśnie je serwują. Wydaje mi się, że jeszcze wtedy nie umiałam czytać, ale jakimś cudem wybrałam jakąś rzadką rybę. Za namową mamy i babci zamówiłam ją. Okazała się paskudna – pełna ości i tłuszczu, którego do dzisiaj nienawidzę. Mimo tego jest to bardzo dobre wspomnienie, bo przemogłam się i spróbowałam czegoś nowego. A co by było, gdybyśmy częściej próbowali nowych rzeczy? 

Layne Mosler rzuca studia dla jednego marzenia. Jej decyzja wydaje się szokująca, ponieważ kobieta postanawia założyć własną restaurację. Wybiera życie pełne zmian, sukcesów, ale również częstych porażek. Szybko sobie uświadamia, że niekoniecznie restauracja jest dobrym wyborem, ale jest lojalna wobec swojego marzenia. Dlatego właśnie wybiera się do Buenos Aires. Właśnie tam rozpoczyna swoją niesamowitą przygodę. Jej początek jest niewinny, gdyż ma miejsce w zwykłej taksówce. Co wiedzą kierowcy taksówek? Gdzie jest najlepsza restauracja? Co może przynieść na pozór zwykła noc?

Podróże są niesamowite. Mogą tyle nauczyć pod każdym względem. Każdy w nich znajdzie coś dla siebie, coś, co zapamięta na całe swoje życie. Nieraz i nie dwa snułam marzenia o tym, jak wyjeżdżam ze swojego miasteczka i poznaję cały świat, zaczynając od pobliskich miast, a kończąc na innym kontynencie. Moi bliscy zawsze się z tego śmieją, bo niekoniecznie są przekonani, że dam sobie sama radę, kiedy nawet nie umiem gotować. Pewnie dlatego wybrałam, jako swoją kolejną lekturę, najnowszy bestseller Podróż w trzech smakach. Chyba miałam nadzieję, że dzięki niemu nabiorę ochoty na nauczenie się nowej umiejętności, a przynajmniej na pogłębienie wiedzy na jej temat. Po części tak się stało. Aczkolwiek zostałam bardziej przekonana do odkrywania nowych restauracji, barów i przede wszystkim smaków niż gotowania. Ale przy tym znalazłam motywację do spełniania marzeń. 

Żeby było jasne – nie przepadam za powieściami, które ukazują prawdę. Rzadko je czytam i jakoś ogólnie jestem sceptycznie do nich nastawiona. W końcu życie to życie, a opowieść to opowieść. Ale nawet ja nie mogę zapomnieć, że najciekawsze historie kreuje właśnie to nasze życie. Pewnie to tak na mnie wpłynęło i sprawiło, że byłam pod wrażeniem, kiedy Layne pierwszy raz wsiadła do taksówki i zdecydowała się całkowicie spontanicznie zadać kierowcy jedno niezobowiązujące pytanie. Kto by pomyślał, że od takiej chwili zacznie się cała przygoda, którą na własnej skórze poczują najróżniejsi ludzie?

Styl pisarki bardzo mi się spodobał. Dokładnie takiego oczekiwałam po tego typu książce. Był na tyle charakterystyczny, by pamiętać, że mamy do czynienie z całkowicie żywym człowiek, który w dodatku opowiada nam ważne dla niego wspomnienia. Przy tym szybki, przyjemny i niezobowiązujący. Idealnie wpasował się w ogólną koncepcję powieści, dzięki czemu czułam się mile usatysfakcjonowana. 

Co do samej fabuły mam bardzo ambiwalentne odczucia. Początek po prostu mnie zachwycił. Bardzo dawno nie czytałam takiej opowieści, więc byłam oczarowana i nie chciałam się z nią rozstawać. Niestety szybko to się zmieniło, kiedy zdałam sobie sprawę, że staje się to rutynowe. Pierwsze dobre wrażenie odeszło, robiąc miejsce monotonni. Właśnie przez to czytałam "Podróż w trzech smakach" bardzo długo i wielokrotnie zmuszałam się do jej kończenia. Cała historia jest podzielona na trzy miasta – Buenos Aires, Nowy Jork i Berlin. Każde miasto ma jakiś niepowtarzalny wpływ na bohaterkę i kieruje jej karierę oraz marzenia w odpowiednie miejsce. Pewnie dlatego że początek najbardziej mi się podobał, to właśnie Buenos Aires najmocniej zapadło mi w pamięci. Egzotyczne miasto, którym rządzą całkowicie inne zasady niż u nas. A do tego sławetne tango. I to nie tylko takie w telewizji, ale dostępne również dla całkowicie zwykłych ludzi. Sama pragnęłabym przeżyć coś podobnego. Nie mogę zapomnieć też o olbrzymiej wiedzy, którą książka przekazuje nam. Mówimy tu o jedzeniu i zwyczajach. Jest to skarbnica odkryć i praktyk, o których nic nie wiemy. 

Layne do końca pozostała dla mnie zagadką i ostatecznie nie wyrobiłam sobie o niej żadnego zdania. Z jednej strony wykazała się olbrzymią odwagą, którą podziwiam całym sercem, ale z drugiej zbyt często jak dla mnie zapominała, co jest jej celem. To bardzo mnie irytowało. Przez powieść przewija się multum bohaterów, którzy pojawiają się często lub są tylko epizodyczni. Jest to perfekcyjny opis naszego życia, gdzie ludzie się przewijają, pozostawiając wspomnienie na długi okres lub zostają prawie od razu zapomniani. Czasami żałowałam, że autorka nie skupiła się bardziej na niektórych, jednak w pewnym sensie rozumiem, czemu właśnie tego nie zrobiła. 

"Podróż w trzech smakach" ukazuje, jak ważne jest, żeby podążać za swoimi marzeniami – nawet tymi najbardziej szalonymi. Oczywiście należy być im wiernym, a przy tym pozostać otwartym na nowe możliwości. I nigdy, przenigdy nie zapominać, że życie jest piękne.

Książka nie do końca mnie zadowoliła, jednak mimo to jestem zadowolona, że miałam okazję ją przeczytać. Dla fanów podróży i bardzo dobrego, ale całkowicie nowego jedzenia, jest to pozycja obowiązkowa, wisienka na torcie. 

Za możliwość zasmakowania w egzotycznych klimatach oraz znalezienia motywacji do spełniania marzeń dziękuję bardzo księgarni Tania Książka
 

wtorek, 17 października 2017

Amerykańscy bogowie – Neil Gaiman


Tytuł: Amerykańscy bogowie

Autor: Neil Gaiman

Tłumaczenie: Paulina Braiter

Seria: Gaiman

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 608

Ocena: 7/10









Gdy jesteśmy młodzi, nie myślimy o tym, co będzie. Snujemy odległe plany, mamy marzenia, ale nie zdajemy sobie sprawy, że pewnego dnia będziemy starzy i niekoniecznie nauczymy się funkcjonować w nowym świecie, gdzie wszystko się zmienia. Często myślimy, że ten starszy pan jest zabawny, a ta starsza pani to jakaś dziwna i zbyt powolna. Pewnego dnia to właśnie o nas tak będą mówić. Czy myśleliście kiedykolwiek nad tym? Tu od razu pojawia się kolejna tematyka – bardzo przykra dla nas. Nie zdajemy sobie sprawy, że pewnego dnia nikt nie będzie o nas pamiętał. Jedynie co po nas w najlepszym wypadku pozostanie to jakieś zdjęcie, czy może przedmiot. Przerażające i niestety prawdziwe. Pojawia się pytanie, jak to zmienić. Czy w ogóle jest taka możliwość? 

Cień ostatnie lata spędził w więzieniu. Jest to olbrzymi mięśniak, który jest zadziwiająco dobry jak na takie miejsce. Jednak coś musiał zrobić, że wyrok został wydany. Ale jak się mu przygląda, to trudno powiedzieć, że ktoś, kto codziennie ćwiczy sztuczki z monetami i czeka na ukochaną żonę, mógł kiedykolwiek zrobić coś złego. Na szczęście nie pozostało już wiele. Cień odlicza dni do uwolnienia. Ma wszystko zaplanowane – wróci do swojej małżonki i domu, ma załatwioną pracę u starego przyjaciela. Wszystko wróci do normy, a może nawet lepiej... Tylko pewnego dnia coś się zmienia. Mężczyzna już to wie, kiedy kilka dni przed wyjściem zostaje wezwany i patrzy na przygnębione miny policjantów i strażników. Coś musiało się stać. Tylko co? Odpowiedź jest gorsza niż wyrok – jego ukochana Laura nie żyje. Ten fakt zmienia całe życie Cienia w koszmar. Może właśnie dlatego decyduje się przyjąć pracę od obcego człowieka – Wednesday'a. Co z tego wyniknie? Z jakiego świata naprawdę pochodzi jego pracodawca? Czy można walczyć z zapomnieniem?

Jak pewnie niektórzy z was pamiętają, w pewnym momencie podczas wakacji miałam manię na punkcie twórczości Neila Gaimana. Oczywiście jak się domyślacie, przyczyniły się do tego piękne, nowe wydania tych książek. Oczarowały mnie i zachęciły do zapoznania się wreszcie z tymi sławnymi powieściami. Gdy zaczęłam czytać, zrozumiałam, że jest to wręcz wybitny autor. Umie uchwycić istotne problemy dnia codziennego w iście bajkowej scenerii. Po prostu byłam w szoku, że tak można się bawić różnymi motywami i jeszcze w dodatku robić to w genialny sposób. Jednak po tych dość dziecięcych opowiastkach zdecydowałam się po sięgnięcie jakiegoś mocniejszego jego dzieła. Padło na "Amerykańskich bogów". 

O pomyśle nie mam pojęcia co napisać. Gaiman tyle razu już mnie zaskoczył, że miałam wątpliwości, czy znowu mu się to uda. A jak się okazało, nawet nie powinnam tak myśleć. Po raz kolejny dałam się wkręcić i urzec niekonwencjonalnemu podejściu do ważnych kwestii dotyczących naszego życia. Niby z chodzącymi po naszym współczesnym świecie bogami spotykamy się w "Percym Jacksonie", lecz "Amerykańcy bogowie" powstali wcześniej i ich historia jest trochę inaczej ukazana. W mojej głowie ten pomysł trochę się nie mieści. Pojawia się tam tyle wątków, które potrafią wprowadzić w szok, a przy tym są idealnie połączone z całością, że czasami wręcz wychodzi to poza moją wyobraźnię. 

Styl Gaimana jest odmienny niż ten, z którym dotychczas się zapoznałam. Oczywiście podstawowe kwestie pozostają takie same, ale jest wiele zmian. Po pierwsze nie jest on już tak typowo baśniowy. Czasami pojawiają się takie nawiązania, ale nie są one tak wyraźne, jak w tych powieściach, które czytałam. Nowością jest dla mnie wprowadzenie wulgaryzmów i ogólnie brutalnego, takiego dość ostrego języka. Jestem pod wrażeniem, że autor poradził sobie i z taką stylizacją, jednakże nie jestem do końca co do tego przekonana. Chyba wolę tę delikatność i dziecięcą magię, która otacza nas na każdym kroku. 

Powieść czytałam naprawdę długo jak na mnie. Nie jest może to króciutka książeczka, ale spodziewałam się, że usiądę i będę czytać ją, kiedy tylko się da. Niestety nie było tak. Początek wydawał się ciekawy, ale w moim mniemaniu zbyt szybko zmieniło się to i przeszliśmy do zbytniej monotonni. Czasami musiałam wręcz zmuszać się do czytania. Nawet w pewnym momencie miałam pomysł, żeby odłożyć tę historię na półkę, ale to jest jednak mój ukochany Neil Gaiman, a z jego książkami takich rzeczy po prostu się nie robi, więc dotrwałam do końca, który w pewnym momencie nabrał dynamiki. Cała fabuła jest nieprzewidywalna pod żadnym względem, co dla mnie osobiście jest olbrzymim plusem. Niby miałam swoje przypuszczenia, ale one nigdy się nie spełniały, co wywoływało we mnie uczucie irytacji, ale tej, którą właśnie lubię czuć podczas czytania. Aczkolwiek "Amerykańscy bogowie" wydają się dla mnie bardzo skomplikowani, co działało negatywnie na moje odczucia. Na szczęście pisarz wykazał się niezwykłymi pokładami wiedzy na najróżniejsze tematy. Dla tego było warto czytać. 

Samo uniwersum jest na duży minus. W ogóle go nie rozumiałam. Tu byli jacyś sobie bogowie, tam jacyś byli i oni się o co gdzieś tam kłócili... Niestety właśnie taki chaos miałam w głowie. Całej tej historii brakowało podstaw, które pozwoliłyby na poruszanie się w tym świecie. Myślę, że właśnie przez to umknęło mi wiele istotnych spraw, które mogłyby nadać inne znaczenie całej opowieści. 

Cienia po prostu uwielbiam. To taki miły osiłek, a przy tym całkiem niegłupi. Nieraz i nie dwa zaskoczył mnie i innych bohaterów swoją pomysłowością i posiadaną wiedzą. A przy tym był tak dobrym człowiekiem z wieloma rozterkami na tematy typowo życiowe. Kogoś takiego po prostu nie da się nie polubić. Tak niewiele pragnął, a tak wiele musiał osiągnąć. Samego Wednesday'a od początku nie lubiłam, ale nie oznacza to, że był źle wykreowaną postacią. Wręcz przeciwnie – jego osobowość była bardzo rozbudowana i miała wiele sprzeczności. Po prostu jego charakter nie odpowiadał mi. Za to moją sympatię zyskał Nancy. Stało się to dzięki jego indywidualności. Uwielbiam takie osoby i w książkach, i w prawdziwym życiu. Niedawno została wznowiona powieść Gaimana "Chłopaki Anansiego", która opowiada o jego synach. Niestety jeszcze jej nie mam na swojej półce, ale zamierzam to zmienić w najbliższym czasie. Bo to jak zostali wykreowani bohaterowie w "Amerykańskich bogach" jest po prostu mistrzostwem. Każdy miał swój niepowtarzalny charakter i spojrzenie na świat. Rzadko kiedy poznawaliśmy kogoś lepiej, ale nawet przy krótkich spotkaniach zdawaliśmy sobie sprawę, że za tym człowiekiem kryje się długa, najczęściej tragiczna historia, która go ukształtowała. 

Ta powieść Neila Gaimana jakoś bardzo nie przypadła mi do gustu, ale to wyłącznie przez swoją odmienność. Mimo że sama się trochę zawiodłam, to doskonale rozumiem, czemu wielu czytelników uważa, że to jego najlepsza opowieść. Pisarz zachowuje swój specyficzny styl, ale ukazuje się też w nowej odsłonie. Przynajmniej dla mnie, bo tak naprawdę jest to jedna z pierwszych jego książek, więc dopiero później następują pewne zmiany w klimacie historii. Tymczasem z całego serca zachęcam was do przeczytania "Amerykańskich bogów" oraz innych książek autora, bo naprawdę jeśli tylko lubicie fantastykę, to warto. 

czwartek, 12 października 2017

Harry Potter Spells Book Tag


Witajcie Kochani!

Powracam do Was w kolejnym wydaniu Book Tag. Długo zastanawiałam się, co tym razem wybrać... Chciałam coś ciekawego, ale też uwielbianego przeze mnie. Pragnęłam też jakiegoś rodzaju wyzwania i właśnie o to trafiłam na Harry Potter Spells Book Tag. Dla oddanego fana nie ma chyba nic piękniejszego z tej kategorii, więc nie pozostaje mi nic innego niż rozpocząć go! 



Excepto Patronum ~ książka z dzieciństwa przywołująca dobre wspomnienia


Opowieści z Narnii – fakt faktem, że cały cykl dokończyłam stosunkowo niedawno i niekoniecznie jest to seria książek typowo dziecięca. Jednak mam takie wspomnienie, gdy jako dziecko byłam z rodzicami na zakupach i tam było to piękne wydanie w dwóch tomach (to z mapami). Byłam tak zafascynowana, że chciałam je mieć, ale ostatecznie nie kupiłam go. Gdy już odjeżdżaliśmy z galerii, nagle stwierdziłam, że nie... Jednak muszę bezapelacyjnie je mieć, więc mój tata zniechęcony poleciał i stał w olbrzymiej kolejce, by zakupić to dzieło. Tego wieczoru miałam już bardzo dużą gorączkę i ledwie, co ogarniałam, ale mimo to czytałam i byłam zafascynowana. Ta pozornie zwykła historyjka tak na mnie wpłynęła, że do dzisiaj mam dobre wspomnienia i chce mi się śmiać :)

Expelliarmus ~ książka, która w jakiś sposób cię zaskoczyła


Księga cmentarna ~recenzja~ spodziewałam się, że będzie to niesamowicie mroczna historia, po której nie będę mogła spać. W pewnym sensie tak było, ale okazała się o wiele bardziej baśniowa niż przypuszczałam i przy tym fascynująca. Byłam bardzo zaskoczona i to w ten najbardziej pozytywny sposób. Czułam w niej ten mroczny klimat, ale zarazem widziałam głęboką metaforę życia i naszego istnienia. 


Priori Incantato ~ ostatnia książka, którą przeczytałeś


Szczypta miłości ~recenzja~ książkę wspominam naprawdę pozytywnie. Pokazała mroczną stronę życia, ale również tę najbardziej optymistyczną. Przy tym zaobserwowałam przepiękną miłość starszych ludzi, którzy mimo swojego wieku byli otwarci na doświadczenia i przede wszystkim posiadali odwagę, by spróbować od nowa. Podziwiam takie osoby i uważam, że powinno z nich się brać przykład. To nie wiek ma znaczenie, tylko nasz stan ducha. 



Alohomora
~ książka, która wprowadziła cię w gatunek, o którym nie wiedziałeś, lub na który nie miałeś wcześniej ochoty


Genesis ~recenjza~ jest to rozpoczęcie trylogii Eel, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i pozwoliła otworzyć się na science fiction mimo moich wszystkich uprzedzeń. To ona mi udowodniła, że warto być otwartym na nowe doznania i nie ograniczać się. 


Riddikulus ~ zabawna książka


Matt Hidalf  ~recenzja~ jest to powieść bardziej dla młodszej młodzieży, ale tak pełna charyzmy i przede wszystkim zabawnych wydarzeń, że byłam oczarowana. Może i niekoniecznie jest dla dorosłych, ale wydaje mi się, że każdy zostanie urzeczony jej komizmem słownym jak i sytuacyjnym. Tajemnica, miłość i magia przeplatają się z genialnym dowcipem Matta. 









Sonorus
~ książka, o której wszyscy powinni wiedzieć


Życie Pi – po raz kolejny wykorzystuję ten przykład w Book Tagu, ale o tej powieści po prostu powinno się wiedzieć. Jest to niezwykłe dzieło, które ukazuje nasze własne wyobrażenia. Które historie są lepsze – te realne, czy te ubarwione? Główny bohater wciągnął mnie w długą i bardzo trudną dyskusję na temat życia i naszego postępowania. Dał mi prawdziwą lekcję pozytywnego myślenia w nawet najbardziej skrajnych sytuacjach :)



I tutaj nadchodzi koniec. Zauważyłam, że takie Book Tagi przypominają mi o wielu książkach i sprawiają, że zaczynam bardziej zastanawiać się nad ich sensem. Dostrzegam więcej powiedzmy filozoficznych spraw, ale również widzę, jaką przyjemność sprawiło mi ich czytanie. Dlatego zachęcam Was serdecznie do brania w nich udziału. Naprawdę sporo można się dowiedzieć o innych i o samym sobie :) I nie zapomnijcie się podzielić własnymi przemyśleniami na temat książek i zaklęć, które... na dobrze – przyznam się wam... Nie wszystkie znałam, co jest ujmą na moim honorze. Nadrobiłam to już ;)

czwartek, 5 października 2017

Szczypta miłości –Amanda Prowse


Tytuł: Szczypta miłości

Autor: Amanda Prowse

Tłumaczenie: Anna Sauvignon

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 384

Ocena: 7/10











W naszym życiu nie zawsze układa się tak, jak chcemy. Czasami zależy to od wielu sytuacji, na które w ogóle nie mamy wpływu – determinizm, tragedia czy zwykły pech. Jednak mamy wpływ na to, jak sobie z tym poradzimy. Każdy ma odmienne podejście do problemu, ale łączy nas wszystkich jedno. A konkretnie pragnienie miłości i marzenia. Żaden człowiek ostatecznie nie jest w stanie zrezygnować z miłości. Po prostu potrzebujemy jej do życia cokolwiek by się nie działo. To ona pozwala nam na pokonywanie przeszkód oraz szukanie tych najbardziej pozytywnych stron w naszym istnieniu. A marzenia? Czy są w stanie zmienić nasze życie na zawsze? One również mają moc, która pozwala przenosić góry. Wystarczy tylko poszukać w sobie siły, by je spełniać. 

Pru wraz z kuzynką ma własną cukiernię. Ale nie jest to jakaś pierwsze lepsza knajpa ze słodyczami. Jest to jedna z najsławniejszych cukierni Londynu. Nie ma tam miejsca na nieprofesjonalizm, brak dyscypliny czy schematyczne myślenia. Spod rąk cukierników wychodzą dzieła sztuki, które mogłyby się znaleźć w muzeum. Kuzynki osiągnęły to wszystko razem. Wyszły ze skrajnej biedy i spełniły wszystkie swoje marzenia. Ale czy na pewno? Czy w wyścigu po lepszą przyszłość znalazło się miejsce na miłość i oddanie? Czy mając sześćdziesiąt lat można naprawić błędy przeszłości? 

O Amandzie Prowse nie słyszałam prawie nic. Obiło mi się o uszy jej nazwisko, jednakże nigdy nie miałam okazji zapoznać się z jej powieściami. Lecz teraz jestem już po przeczytaniu "Szczypty miłości" i wiem, że jak najszybciej muszę to nadrobić. Nie przepadam zbytnio za literaturą obyczajową, ale że postanowiłam, jak wielokrotnie wam to już mówiłam, otworzyć się na nowe dla mnie gatunki, to czytałam z pasją i oddaniem. Teraz już wiem, że warto czasami otworzyć oczy i spróbować czegoś nowego oraz pokonać uprzedzenia.

Styl autorki okazał się lekki i przyjemny, ale na szczęście nieinfantylny. Dzięki temu powieść czytało się bardzo dobrze i przede wszystkim szybko. Tego właśnie oczekiwałam po tej książce, więc jestem naprawdę usatysfakcjonowana. Choć przyznaję, że brakowało mi w języku czegoś charakterystycznego, dzięki czemu mogłabym bez problemu odróżnić styl autorki. 

Od pierwszych stron książki przepadłam. "Szczypta miłości" jest niesamowicie wciągająca. Sama się zdziwiłam, że tak szybko czytałam i przede wszystkim chciałam poznać dalsze losy bohaterów. Byłam w stanie przewidzieć samo zakończenie, lecz to nie zmienia faktu, że chciałam się dowiedzieć, jak do tego doszło. Tym bardziej że fabuła była dość chaotyczne, przez co miałam istny rollercoaster uczuć. Już się śmiałam, żeby po chwili serce krajało mi się na kawałki. Jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób autorka przedstawiła te wszystkie wydarzenia. Jest to bardzo emocjonalna książka, ale nie wymusza od nas niczego. My po prostu chcemy się zaangażować i przeżywać to wszystko z bohaterami. Skłania nas to do głębokiej refleksji nad życiem, marzeniami i miłością, której tak bardzo potrzebujemy. 

Główna bohaterka – Pru – jest niespójną postacią, pełną sprzeczności, ale pewnie to to sprawiło, że tak bardzo ją polubiłam. Jest to kobieta oceniana na każdym kroku i w tym wyimaginowanym świecie, i przez czytelników. Musiałam podjąć decyzję, kim ona naprawdę dla mnie jest, ale wcześniej czułam obowiązek, żeby przejść się w jej kaloszach i zrozumieć jej postępowanie. Nigdy nie znalazłam się w choćby podobnej sytuacji, więc jest to trudne, ale mimo naturalnej lekkości historii jest to opowieść wymagająca i pełna niekontrolowanych uczuć, co widzimy najlepiej właśnie na przykładzie Pru. Natomiast Christopher to jest całkowicie inna bajka. Polubiłam tego mężczyznę całym sercem, jednakże były takie momenty, gdy w ogóle nie rozumiałam jego postępowania i decyzji. Czasami miałam ochotę go udusić. Jego zachowanie nieraz i nie dwa było irracjonalne i pozbawione uczuć. Jednak prawdopodobnie dzięki temu wydawał się taki ludzki. 

Tematyka jest naprawdę trudna i trzeba jej poświęcić wiele czasu i przemyśleń, mimo że książkę można przeczytać na jeden raz. Porusza problematykę znaną nam z książek kobiecych, ale wchodzi również głębiej. Pokazuje nasze najskrytsze marzenia, ale też ciężką walkę z samym życiem. Mało która powieść zwraca uwagę na ciężką pracę oraz jej konsekwencje – te pozytywne i negatywne. Jednak wydaje mi się, że najważniejsze jest żeby po prostu żyć. Tu i teraz, i nie bać się tego by pokazać, kim się naprawdę jest. 

Nie spodziewałam się, że "Szczypta miłości" tak bardzo mi się spodoba. Byłam do niej nastawiona pozytywnie i otrzymałam jeszcze coś więcej niż oczekiwałam. Jest to jedna z tych książek dla kobiet, która pozwoli otworzyć oczy na świat, ale również dać nadzieję na niesamowite przeżycia i to najpiękniejsze uczucie na świecie – miłość. 


Za możliwość ujrzenia siły prawdziwej miłości oraz poznania kobiety, która nie waha się przed niczym, dziękuję bardzo księgarni Tania Książka

środa, 27 września 2017

Assassin's Creed: Ostatni potomkowie. Grobowiec chana – Matthew J. Kirby

Tytuł: "Assassin's Creed: Ostatni potomkowie. Grobowiec chana"

Autor: Matthew J. Kirby

Tłumaczenie: Michał Jóźwiak 

Cykl: Assassin's Creed – Ostatni potomkowie

Tom: II

Seria: Assassin's Creed

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Insignis

Liczba stron: 400

Ocena: 4/10


Wydaje się wam, że wiecie wszystko o sobie. Znacie swoich rodziców, większość rodziny, swoje zalety i wady oraz położenie, w którym się znajdujecie. Nie macie przed sobą tajemnic, o których istnieniu nie wiecie. Możecie coś wypierać ze swojego umysłu, udawać, że tego nie ma, ale tak naprawdę zdajecie sobie z tego sprawę. Tylko prawda jest inna. Wy jesteście inni, a wasze DNA niesie ze sobą nieodkryte sekrety zmieniające przyszłość. Jesteście żywą maszynę, która może dać nieograniczoną władzę. Walka się rozpoczyna.

Natalia, David, Grace i Sean przebywają w pracowniach należących do templariuszy. Warunki, które zapewnia im Zakon, są idealne. Mogą czuć się bezpieczni oraz mają nieograniczone możliwości, by poznawać wydarzenia z życia swoich przodków. Nie jest to przyjemne, jednakże wiedza zdobywana przez nich jest warta tego poświęcenia. W zamian mają bacznie obserwować świat w symulacji i szukać fragmentu Trójzębu Edenu. W tym samym czasie Owen i Javier są szkoleni przez assassina, który o nich dba, lecz nie jest w stanie zapewnić im odpowiednich warunków. Ma podobne pragnienia jak templariusze. Pytanie kogo wybiorą nastolatki.

Nie znam się zbyt dobrze na serii "Assassin's Creed", lecz wystarczająco by zrozumieć powiązania między assassinami a templariuszami oraz ich dążenia. Mam za sobą pierwszą część napisaną przez Olivera Bowdena. Nie podobała mi się, lecz zachęciła do uniwersum swoim mrocznym klimatem. Dlatego obecnie gram w grę "Assassin's Creed: Revelations". Robią na mnie duże wrażenie te wszystkie tajemnice, mroczne poczynania i skrytobójstwa. To spowodowało, że oczekiwałam bardzo wiele po najnowszej serii o assassinach, choć nie zdawałam sobie sprawy, że "Grobowiec chana" to druga część "Ostatnich potomków". Niestety bardzo się zawiodłam na tej powieści.

Od początku byłam zaskoczona pomysłem na przeprowadzenie tej historii. Zdaję sobie sprawę, że jest to literatura młodzieżowa, ale raczej nie spodziewałam się, że ktoś wykorzysta typowe postacie nastolatków jako głównych bohaterów. Z jednej strony bardzo mnie to zaciekawiło. W końcu najsławniejszego chyba assassina – Ezja – poznajemy jako rozbrykanego młodzieńca. Zastanawiałam się, czy ktoś jest w stanie powtórzyć to w satysfakcjonujący mnie sposób. Ale z drugiej strony... Sami wiecie... Takie młode nastolatki potrafią irytować (tak naprawdę jeszcze przez kilka miesięcy sama nim jestem). I właśnie tego w tym pomyśle najbardziej się obawiałam. I miałam rację.

Chyba z całej książki największy problem miałam ze stylem autora. W ogóle niczym niezwykłym się nie wyróżniał, a dla mnie to podstawa. Poza tym był zbyt lekki. Nie oczekiwałam nie wiadomo jak rozbudowanego języka i kilometrowych opisów, ale czasami po prostu podchodził pod infantylizm. Książka ma naprawdę potencjał. To czemu go nie wykorzystać?

Fabuła niestety jest mało wciągająca, choć do przebrnięcia. Może dlatego że nie jest zbyt rozbudowana, ale myślę, że tego przesadnie nie można wymagać od książki dla młodzieży. Na szczęście pojawia się bardzo interesujący motyw. Dzieciaki wchodzą do symulacji, gdzie przebywają w różnych czasach oraz miejscach. Wszystkie fakty historyczne wydają mi się niezmiernie ciekawe, co bardzo ubarwiło historię. Poza tym niektórzy bohaterowie byli nieświadomi, z kim konkretnie rozmawiali, co dodało pewnego rodzaju pikanterii. W "Ostatnich potomkach" jest coś intrygującego, ale zarazem czegoś brakuje, czego nie jestem w stanie określić.

Do samych bohaterów mam również mieszane odczucia, ponieważ każdy z nich ma własną, całkowicie oddzielną historię, która na swój własny sposób oddziałuje na nich i sprawia, że przyszłość się zmienia. Taki efekt motyla od dawna mnie fascynował i tutaj pomiędzy stronami można go zauważyć. Poza tym bardzo polubiłam Owena, który przez swoje pragnienia oraz samą przeszłość jest postacią rzeczywistą, która potrafi zaskoczyć i przede wszystkim jego poczynania są dla mnie zrozumiałe. Niestety nikt inny nie zyskał mojej sympatii. Spodziewałam się, że ktoś jeszcze się wyróżni, ale nic takiego się nie stało.

Niektórych na pewno zaintryguje wątek samych assassinów i templariuszy. Jest odmienny od pozostałych historii, ponieważ nasza banda nastolatków nie opowiedziała się po żadnej stronie. Patrzymy na opowieść oczami osób bezstronnych, które dopiero się zastanawiają, co jest słuszne a co nie. Ja już dawno opowiedziałam się po jednej stronie i jestem pewna, że to oczywiste której, więc mnie ciutkie to irytowało. Aczkolwiek rozumiem wszystkie opory bohaterów i w wielu sprawach zgadzam się z nimi.

Tematyka jest różnorodna, ponieważ możemy zaobserwować, jak dwie strony walczą o sprawiedliwość, dokonując przy tym przerażających czynów. Nie cofną się przed niczym. Ważny jest cel, a nie sami ludzie. A tak naprawdę wszystko sprowadza się do władzy, która zabiera resztki rozumu i przede wszystkim moralności. 

Jest mi przykro, że ta książka nie zrobiła na mnie odpowiedniego wrażenia, lecz mimo to wiem, że jest wiele młodych osób, którym na pewno by się spodobało. Jednak decyzję musicie podjąć sami. Myślę, że zapoznam się z pierwszą część, ale to raczej w odległej przyszłości.


poniedziałek, 25 września 2017

Genesis II – Krzysztof Bonk


Tytuł: Genesis II

Autor: Krzysztof Bonk

Cykl: Eel

Tom: III

Kategoria: Science fiction

Wydawnictwo: Self Publishing

Liczba stron: 107

Ocena: 7.5/10









Kiedy byłam dzieckiem, zawsze pasjonowały mnie gwiazdy. Wierzyłam, że są czymś więcej niż w rzeczywistości, że są symbolem. Wyobrażałam sobie, że mają kształt taki jak na obrazkach dla dzieci, ale byłam przekonana, że ich istnienie ma coś nam powiedzieć – może są to dusze naszych bliskich, którzy nie żyją, może istoty opiekujące się nami, a może małe planety, gdzie żyją stworzenia podobne do nas. Teraz już wiem, czym naprawdę są, jednak nadal uwielbiam na nie patrzeć i marzyć. Czasami mam wizję, że poznajemy kosmos, że odkrywamy nowe planety, nowe życie. Nie mamy jeszcze jakiś dużych postępów, ale kto wie, co się stanie w najbliższych stuleciach.

Planeta Ziemia jest doszczętnie niszczona. Tak naprawdę już prawie nic z niej nie zostało. Ostatni ludzie, którym udało się przeżyć, walczą, ale już nie mają o co walczyć. Nasze piękne życie na Ziemi zakończyło się w XXIII wieku. Czy są szanse na odrodzenie? Czy ta garstka ludzie jest w stanie stworzyć na nowo życie na zniszczonej planecie? Roe stracił już wszystko. Jego jedynym marzeniem jest przetrwać mimo bólu, cierpienia i wspomnień. Na swojej drodze trafia na dziwną istotę, która jest ranna. Pod wpływem impulsu ratuje ją i odtąd jego życie zmienia się diametralnie. 

Po przeczytaniu trzech tomów z cyklu "Eel" mogę odważnie powiedzieć, że przekonałam się do science fiction. Jak już wiele razy wam wspominałam, nie byłam zbyt dobrze nastawiona do tego gatunku, jednak chciałam dać mu szansę i teraz wiem, że to była bardzo dobra i owocna decyzja. To doświadczenie tylko mnie utwierdza w przekonaniu, że powinno się być otwartym na różne rzeczy, rodzaje i ogólnie na świat. Nie zniechęcać się po jednej czy dwóch porażkach. Może mowa tu tylko o literaturze, ale nie oszukujmy się – dla mnie to nie jest tylko literatura. 

Od początku byłam zaskoczona oryginalnością pomysłu, który nam zafundował Krzysztof Bonk. Za każdym razem jak czytałam kolejną część, dostawałam coś nowego i zarazem spójnego z ogólną koncepcją, a zawsze uważałam to za bardzo trudny i skomplikowany zabieg. Cała ta historia jest tak odmienna od tych wszystkich, które w przeszłości poznałam, że wbija w fotel i nie pozwala przestać tak po prostu czytać. To zbyt innowacyjne, by nie dać się pociągnąć tej niesamowitej opowieści. 

Styl autora nie zmienił się – na szczęście. Jest tak samo dopracowany jak w poprzednich częściach, z czego ja się bardzo cieszę, bo już wtedy uważałam go za charakterystyczny i niesztampowy. Tu cały czas chodzi o ten spokój i uporządkowanie tak różne od fabuły. Jest to dla mnie tajemnicą, bo według mnie nie powinno to wszystko ze sobą współgrać. W pewnym sensie to paradoks, a mimo to oddaje idealnie klimat przyszłości i człowieczeństwa.

"Genesis II" różni się od "Genesis" i "Apokalipsy" pod każdym, nawet najmniejszym względem. Nie mamy już obserwować upadku ludzkości, który był powolny, a następnie wszystko diametralnie się zmieniło. Tym razem mamy patrzeć na skutki tych wszystkich wydarzeń. Trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek przyszłość po totalnej apokalipsie. Dlatego ta część jest idealnym zwieńczeniem całej trylogii "Eel". 

Tak jak mówiłam – od tej powieści nie da się oderwać. Jest to po prostu niemożliwe. Trzeba usiąść i przeczytać ją od razu od pierwszej strony po ostatnią. Inaczej można by poczuć tylko irytację i niedosyt. Jest to krótka książka, więc nikt raczej nie powinien mieć z tym problemu. Tym bardziej że pozostaje ona nieprzenikniona. Nieprzewidywalność bije z każdej strony. Aczkolwiek chyba każdy człowiek podskórnie będzie czuł, do czego to dąży. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć ostatecznego zakończenia, ale gdy już ono nastąpi, nie ma zdziwienia i szoku. I w tym przypadku jest to jak najbardziej pozytywne odczucie. Właśnie ta trylogia tego potrzebowała. Nadal ten tom jest bardzo szybki, ale powoli wszystko się uspokaja, dzięki czemu można się wzruszyć. "Genesis II" oddziaływał na mnie bardzo emocjonalnie. Jest to troszkę kolejny paradoks, ponieważ czułam te wszystkie emocje i odczucia bohaterów, ale patrzyłam na to wszystko z dystansem. Wiedziałam, że jest to nieuniknione, więc powinnam się pogodzić z tym wszystkim.

W tej części liczba bohaterów diametralnie znika. Autor ukazuje nam tę historię na konkretnych przykładach, a nie całej ludzkości, jak to wcześniej miałam odczucie. W tej chwili liczą się tylko jednostki, które walczą. Na Roe zwróciłam już uwagę w "Apokalipsie" i od początku wiedziałam, że nie pojawił się w niej przypadkowo. On też chciał opowiedzieć o swoim życiu i zrobił to z pasją i oddaniem. Całkowicie podbił moje serce. To delikatny i uczuciowy człowiek, ale również taki, który się nie poddaje i jest gotowy walczyć do końca. Natomiast Lue była dla mnie bardzo specyficzna. Nie mogłam przejrzeć jej charakteru i myślę, że właśnie taki był zamiar pisarza. Mimo to doskonale ją rozumiałam i chciałam, żeby znalazła swój własny cel w życiu. Zauważyłam również coś niezwykłego i niespotykanego. Nazwałam sobie to w głowie "szybującymi wspomnieniami". Może i liczba bohaterów została ograniczona, ale było czuć ich istnienie i nie dało się zapomnieć ich historii. One cały czas nam towarzyszyły. Niesamowite przeżycie...

Cała trylogia ukazuje bardzo ludzkie cechy, które podejrzewam, że w przeszłości pozwoliły nam przetrwać i się rozwijać. Gdy czytałam, czułam zrozumienie dla tego wszystkiego. Należy pogodzić się z nieuniknionym, bo czasami nie da się nic zrobić, ale zarazem należy wziąć rzeczy w swoje ręce i odważnie kroczyć przez świat. 

Trylogia "Eel" okazała się dla mnie cudownym przeżyciem pełnym emocji i głębokich rozważań, które mnie samą zaskoczyło. Polecam wam te trzy powieści, jeśli nawet nie lubicie science fiction. One są inne i mogą wnieść wiele do waszego życia. 

Za możliwość spojrzenia w przyszłość i poznania losów naszej planety dziękuję bardzo autorowi książki – Krzysztofowi Bonkowi

sobota, 23 września 2017

Dachołazy – Katherine Rundell


Tytuł: Dachołazy

Autor: Katherine Rundell

Tłumaczenie: Tomasz Bieroń

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Poradnia K.

Liczba stron: 264

Ocena: 7.5/10










Często zastanawiam się nad tym, o co dokładnie chodzi w życiu. Każdy z nas ma jakiś cel i zażarcie dąży do niego, zapominając często o tym, że żyjemy dokładnie w tej chwili. Lecz co by się działo, jakbyśmy nie myśleli o przyszłości? Nie wierzę, że miałoby to same pozytywne skutki. Zresztą nieraz i nie dwa przekonałam się o tym na własnej skórze. Przyszłość ma wpływ na teraźniejszość, ale tylko wtedy gdy wierzymy w swoją przeszłość, teraźniejszość i właśnie przyszłość. Czy bylibyście w stanie zaufać swojej pamięci i marzeniom w stu procentach

Sophie jako bardzo małe dziecko przeżyła zatonięcie statku. Udało się jej wyjść cało z katastrofy, tylko dlatego że ktoś włożył ją do futerału na wiolonczelę. Z opresji ratuje ją szalony naukowiec, który dotychczas nigdy nie miał zbyt dużej styczności z dziećmi. Jednak jest on bardzo dobrym człowiekiem i postanawia zapewnić jej dom oraz podarować własne serce. Nie chce oddawać dziewczynki do sierocińca, więc przez lata ukazuje jej własne spojrzenie na świat, które jest dość nietypowe. Dzięki temu Sophie wierzy w jedno wspomnienie, które miało miejsce podczas katastrofy. Czy ten jeden fakt może zmienić całe jej życie?

Kiedy usłyszałam o książce "Dachołazy" w ogóle nie wiedziałam, czego się spodziewać. Okładka bardzo mnie zachęcała, ale wszyscy wiedzą, że okładki często potrafią zmylać. Na szczęście w tym przypadku tak nie było, gdyż dostałam opowieść zapadającą na długo w pamięci i dającą wiele do myślenia. To jest coś więcej niż zwykłe słowa...

Sam pomysł jest dla mnie dość specyficzny, ale w tym najbardziej pozytywnym znaczeniu. Pomyślicie sobie pewnie teraz, że książek o sierotach jest wiele. Ja temu nie zaprzeczę, ale ta ma w sobie coś naprawdę wyjątkowego. W ostatecznym rozrachunku nie spotkałam się wcześniej z taką opowieścią, więc jestem wprost zachwycona. To najbardziej lubię. Na pozór zwykła i dość schematyczna historia zamieniła się w tajemniczą i pełną obaw, ale również nadziei historię wielu istnień. 

Styl autorki jest lekki i przyjemny, dzięki czemu powieść czyta się bardzo szybko i łatwo wciągnąć się w wydarzenia. Na szczęście nie jest przy tym infantylny, więc tworzy opowiadanie i dla dzieci, i dla dorosłych. Poza tym minimalnie jest zmieniona składnia. Nie jestem w stanie dokładnie wam wytłumaczyć, na czym polega ta zmiana, ponieważ tylko ją czuję, a nie widzę, ale to pozwoliło mi utożsamić się z bohaterami. Miałam wrażenie, że leżę w łóżku i ktoś opowiada mi bajkę, która wydarzyła się naprawdę. 

Natomiast fabuła ma w sobie delikatność, której w ogóle się nie spodziewałam. Mówi o małej dziewczynce – silnej, ale i kruchej. Sama historia właśnie taka jest. Z jednej strony widzimy niesamowite akty odwagi i nadziei, a z drugiej niedowierzanie i  pragnienie spełnienia marzeń. To wszystko skupia się na jednym głównym aspekcie, jednak mimo to po bokach przewija się wiele innych opowieści o ludziach, którzy muszą dawać sobie radę, choć nie wiedzą, co czeka ich na drugi dzień. Dlatego gdy czytałam, byłam bardzo poruszona. Nie codziennie czyta się o takich zdarzeniach. 

Główną bohaterkę – Sophie – bardzo polubiłam za to, że zawsze jest pełna energii i na siłę chce postawić na swoim. Wie, czego chce i nie zamierza z tego rezygnować, czy wątpić. Sama chciałabym być taka, więc prawie na każdym kroku podziwiałam ją. No może poza niektórymi głupotami, które były irracjonalne. Jej opiekun Charles również zyskał moją sympatię. On po prostu przeczy wszystkim zasadom i właśnie to tak w nim mi się podobało. Okazał się karykaturalną postacią, ale w ten realny sposób, który można spotkać w prawdziwym życiu. Tacy bohaterowie są najlepsi, ponieważ podkreślają wagę indywidualności i co za jej pomocą można osiągnąć mimo częstych cierpień. No i Matteo... Jest to bardzo tajemniczy chłopiec, ale o mocnym, wyraźnym charakterze, dzięki czemu jego nie da się nie lubić. Autorka zamieściła w swojej powieści wiele rozbudowanych osobowości i każdy człowiek tam występujący ma swój własny niepowtarzalny charakter oraz niezwykłą historię.

Nie mogę zapomnieć też o wzruszającej tematyce. "Dachołazy" pokazują czytelnikowi, co to znaczy prawdziwa wiara i przede wszystkim prawdziwa miłość nawet w obliczu zagrożenia. Kocha się za to, że ktoś jest i odważnie towarzyszy nam w życiu, a jeśli przyjdzie czas rozstania, to walczy się o siebie do końca. Jest to piękne podsumowanie życia Sophie.

Do książki byłam nastawiona pozytywnie, ale nawet ja nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba. Oczekiwałam bardziej historii dla rozrywki, która może mnie trochę poruszy. A dostałam mimo prostoty wielowymiarową powieść, dającą wiele do myślenia. O niej nie można tak po prostu zapomnieć. To trzeba przemyśleć i dać szansę Sophie i przede wszystkim samemu sobie. 

Za możliwość poznania wzruszającej i pełnej nadziei historii Sophie dziękuję bardzo wydawnictwu Poradnia K.

Premiera książki już 25 października!