wtorek, 11 lipca 2017

Transformers: Ostatni Rycerz – reż. Michael Bay


Tytuł: Transformers: Ostatni Rycerz

Reżyser: Michael Bay

Produkcja: USA

Gatunek: Science fiction 

Rola główna: Mark Wahlberg

Część: 5

Czas trwania: 2 godz. 28 min.

Premiera: 23 czerwca 2017 r. (Polska), 21 czerwca 2017 r. (świat)

Ocena: 8/10






Żyjemy na tym świecie jako jedyna dominująca rasa. To my dyktujemy warunki i podporządkowujemy sobie wszystkie żywe istoty. Mimo że nie zawsze nam się to udaje, to i tak my rządzimy. Wyobrażacie sobie, co by się stało, gdyby pojawił się jeszcze ktoś, ktoś z innej planet – kto jest o wiele bardziej potężny od nas ludzi? Trudno zaakceptować coś innego, a naszym naturalnym odruchem jest walka o przetrwanie i własne terytorium. Jednak w obliczu wspólnego zagrożenia, czy jesteśmy w stanie walczyć razem?

Transformersy nie są już mile widziane na Ziemi. Uważa się, że są zagrożeniem i mogą zniszczyć naszą rasę i Ziemię. W końcu to potężne roboty, które potrafią tylko niszczyć i walczyć. Większość ludzi zapomina, że one też mają swoje uczucia, niepowtarzalne osobowości i pragnienia. Muszą się chować po złomowiskach i pilnować, żeby nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Co się stanie, gdy zostanie znaleziona osoba, która ma zmienić dzieje ich historii?

Nie oglądałam nigdy wcześniej "Transformersów", choć miga mi w głowie, że chyba miałam jakąś styczność z pierwszą częścią, ale nic z niej nie pamiętam, więc można nazwać "Ostatniego Rycerza" moim pierwszym spotkaniem z tą serią. Nie miałam żadnych oczekiwań – ani pozytywnych, ani negatywnych. Byłam nastawiona na coś innego i zaciekawiona. Co z tego wyszło?

Ogólnie byłam bardzo zaskoczona samą koncepcją. Zawsze wyobrażałam sobie, że to są jakieś tam robociki, stworzone przez ludzi, które zawładnęły Ziemią. Takie typowe science fiction oparte na obawach ludzi. Nie wiedziałam, że pochodzą oni z innej planety, że są inną rasą. Dlatego czułam się zszokowana, gdy się o tym dowiedziałam i przede wszystkim uważam ten pomysł za całkowicie niekonwencjonalny. 

Na początku bałam się trochę, że się nie wciągnę i będę się nudzić przez dwie godziny. Jednak zawsze jak jestem zaciekawiona, to i z pasją oglądam, choćby film nie podobał mi się, a ten robił dobre wrażenie. Fabuła jest intrygująca i pełna akcji, więc nie ma czasu na znużenie. Tym bardziej że historia okazała się bardzo rozbudowana. Faktem jest, że nie znam poprzednich części, więc sporo tracę i do końca nie rozumiem tego wszystkiego. Ale nie spodziewałam się, że w filmie pojawi się tyle wątków, które dyskretnie łączą się ze sobą, tworząc niesamowitą całość. Niestety zawiodłam się trochę na zakończeniu. Było do bólu przewidywalne. Myślę, że nie znając fabuły, bylibyście w stanie przewidzieć koniec. Taki typowy dla science fiction, choć z drugiej strony sama nie wiem, co można by zmienić, żeby był mniej prawdopodobny.

Akcja jest dość niestała. Pojawiały się nudne momenty, które niepotrzebnie się ciągnęły. Albo właśnie czasami ta akcja była tak długa, emocjonalna, że aż niepotrzebnie przesadna. Jest to film akcji, więc jej właśnie powinniśmy się spodziewać i ją dostaliśmy, ale mogłaby być mniej chaotyczna, bardziej zaskakująca.

Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie uniwersum. Uwielbiam nowe światy lub nasz świat przerobiony na inne zasady. Jeśli jest on dobrze stworzony, posiadający sensowne podstawy i różniący się od tych typowych, to jestem w siódmym niebie. I podczas tej produkcji byłam. Ziemia jako miejsce, gdzie mieszkają również Transformensy jest niezwykle ciekawa, a i ich sama planeta też robiła wrażenie. Przyznaję, że czasami tych podstaw trochę brakowało i pojawiało się dużo nielogicznych wydarzeń, ale mimo to to uniwersum zyskało moją sympatię i myślę, że w najbliższych miesiącach poznam je lepiej.

Do bohaterów mam mieszane uczucia. Samego Cade'a bardzo polubiłam, aczkolwiek działał mi na nerwy. Irytował mnie swoich zachowaniem, wiecznym zmienianiem zdania i nieogarnięciem, choć podziwiałam jego wytrwałość, dobre serce i przywiązanie do innych. Za to po prostu okropnie nie lubiłam Vivian. Ta kobiety była straszna... Przemądrzała, zbyt pewna siebie i niestabilna psychicznie. Tylko wszystko psuła. Nie mogę też zapomnieć o dość epizodycznej postaci, mianowicie Jimmym. Przesympatyczny bohater, który wprowadzał do produkcji komizm, w tym przypadku mile widziany przeze mnie. No i urocze, duże roboty. Każdy z nich był tak różny, specyficzny, że byłam pod olbrzymim wrażeniem ich kreacji. 

Problematyka filmu jest również bardzo rozbudowana. Jest to film akcji, który przemycił dużo istotnych problemów. Zwracał uwagę na tolerancję, która w naszym świecie jest ważna, a coraz częściej się o tym zapomina. Każdy jest inny, ma inne zwyczaje, inny wygląd, inne uczucia i spojrzenie na świat, a to nie znaczy, że przez to trzeba go zwalczać, znęcać się nad nim, czy ignorować. Ukazuje też, że przyjaźń i rodzina to potęga, o którą trzeba dbać i jej się trzymać.

O grze aktorskiej nie mam zbytnio, co mówić. Mało kto się wyróżniał, tylko moją uwagę przykuł Anthony Hopkins, grający Sir Edwarta. Poradził sobie z tym dość trudnym zadaniem bardzo dobrze. W filmie pojawiło się dużo efektów specjalnych, które wyglądały naturalnie.

"Transformers: Ostatni Rycerz" okazał się dobrą produkcją, którą będę miło wspominać, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubi takie klimaty. Jednak jeśli przyciąga was atmosfera robotów i przyszłości jest to film dla was. 

niedziela, 9 lipca 2017

Między walizkami – Paulina Wilk


Tytuł: "Między walizkami"

Autor: Paulina Wilk

Kategoria: Biografia

Wydawnictwo: W drodze

Liczba stron: 176

Ocena: 7/10












Czasami zapominamy... Tak po prostu zapominamy. Zapominamy o tym, że żyjemy. Nasze życie jest szybkie, pełne obowiązków, niespełnionych ambicji i codziennej rutyny. Dlatego warto się zatrzymać i spojrzeć na świat z innej perspektywy. Zauważyć, że jest piękny, pełen radości i miłości, ale spojrzeć również na problemy naszego globu, które wypieramy z naszych umysłów. Czy da się coś zrobić, by to zmienić?

Paulina Wilk jest pisarką i publicystką. Współpracowała z takimi magazynami jak "Kontynenty", "National Geographic" czy "W drodze". Od lat jest to jej pasja. Książka ta została stworzona z jej felietonów publikowanych w miesięczniku "W drodze" w latach 2014-2017. To jej własne przeżycia i spostrzeżenia, które dają do myślenia i pozwalają na chwilę zapomnieć o naszym zbyt szybkim życiu. 

"Za kilka dni nic nie będzie wiadome, a wszystko stanie się możliwe."

Nie będę udawać, że felietony kojarzą mi się dobrze, bo tak nie jest. Jak słyszę felieton, to od razu myślę o czytaniu ze zrozumieniem, z którym musiałam się męczyć w szkole. To były straszne klasówki. Mało czasu, dziwne pytania, które wydawały się nie na temat i schematyczny klucz, którego nie można pominąć, bo matura jest oceniana według wcześniej ustalonych zasad, więc trzeba się wpasować w nie, żeby osiągnąć dobry wynik. Tak szczerze – jak po takim czymś można samemu czytać lub pisać felietony? Jednak mimo to w mojej pamięci pozostało też coś innego – mała iskierka ciekawości, która towarzyszyła mi przy czytaniu tych wybranych tekstów. Rozum mówił, żebym skupiła się na zadaniach, a serce, żebym zastanowiła się nad tym, co czytam i nie traciła czasu na jakieś niepotrzebne schematy. Byłam zbyt pilna, żeby słuchać w tym przypadku serca. Ale teraz nie jestem już w szkole i mogę z małej iskierki stworzyć olbrzymie ognisko. 

Podoba mi się w felietonach to, że są bardzo subiektywne. To nie są suche fakty, jak w typowych tekstach popularno-naukowych. Tutaj mamy do czynienia z myślami autora, który przedstawia swoje własne zdanie na dany temat i pokazuje, w jaki sposób do niego doszedł. Czyż to nie jest piękne? Nie ma żadnych ograniczeń. Piszesz to, co chcesz i możesz się skonfrontować z opinią innych, która często jest bardzo kontrowersyjna. 

Styl Pani Wilk jest bardzo lekki, ale nie pomyślcie przy tym, że infantylny. O nie! Pisarka ma lekkość pióra, która pozwala na przyjemne czytanie i bezproblemowe skupienie się na tekście. Przy tym język jest inteligenty i dopracowany. Pojawia się dużo kunsztownych, górnolotnych słów, co normalnie potrafi mnie drażnić, gdyż autorzy sami nie umieją do końca ich użyć. W tej książce tak nie jest. Tu wszystko ma swoje własne miejsce – idealnie dopasowane. Dzięki temu mamy wrażenie, że rozmawiamy, z kimś o dużej wiedzy i wykształceniu (w rzeczywistości właśnie tak jest), więc bierzemy jego argumenty pod uwagę, ale nie chcemy być też gorsi. To zmusza do myślenia. 

Co do samej treści mam mieszane odczucia. Z jednej strony przemyślenia Pauliny Wilk bardzo mi się podobają, ale z drugiej mam wrażenie, że autorka mimo pozytywnych myśli za często narzeka, ale na razie skupmy się na tym co lepsze. Jej spojrzenie na świat jest w niektórych momentach tak pozytywne, że aż pojawia się uśmiech na mojej twarzy. Potrafi docenić małe rzeczy, na które na co dzień nie zwraca się uwagi. I to jest przepiękne. Zawsze byłam zdanie, że szczęście jest w małych wydarzeniach i nie trzeba szukać wielkich rzeczy, by je poczuć. To właśnie ukazuje autorka. Mimo że widziała wiele niesamowitych krajobrazów, zwyczajów, o których my nawet nie myślimy, to zwraca uwagę na to co małe, nieistotne, a w rzeczywistości tworzy nasze życie i nigdy nie powinniśmy o tym zapominać. "Między walizkami" przypomniało mi o tym i bardzo to doceniam.

Aczkolwiek przyznaję, że z wieloma felietonami nie zgadzałam się, co mnie trochę irytowało. Ale to nie jest wada, raczej bardzo duża zaleta, gdyż nie ma nic piękniejszego niż odmienne zdania. Mogłam we własnej głowie toczyć rozbudowane dyskusje na najróżniejsze tematy. A Paulina Wilk przeczyła, ujawniała swoje kolejne argumenty, które czasami mnie przekonywały, innym razem nie. Podziwiam ją, że umiała stworzyć iluzję rozmowy. Jeszcze pomagały w tym częste pytania retoryczne, które chyba najbardziej cenię ze wszystkich środków stylistycznych. 

I pojawia się ta jedna wada, o której wcześniej wspomniałam. Mimo pozytywnego wydźwięku większości tekstów pojawiał się jakiś mrok, który był całkowicie nieuzasadniony. Pisarka krytykowała coś, a nie miała potwierdzeń i moje własne, dość nędzne doświadczenie przeczyło temu. Mówiła, co jest źle, ale nie dawała rozwiązań. Większość z nas wie, co jest negatywne, ale albo go to nie obchodzi, albo nie umie tego zmienić. Takie coś do niczego nie prowadzi. 

Sama tematyka jest różnorodna. Są poruszane zwykłe, codzienne tematy, które wszyscy dobrze znamy, ale również problemy świata, o których nie wiemy lub je wypieramy. Paulina Wilk postarała się, żebyśmy nie mogli zamknąć oczu i udawać, że nic się nie dzieje. A przecież to najczęściej robimy. Doceniam to i mimo oporów stanęłam do własnej walki.

"Między walizkami" jest idealną książką, by spędzić miło czas, ale również nie marnować go zbyt beztrosko. Paradoksalnie pokazuje również, jak to robić i cieszyć się tymi chwilami. Dlatego jeśli lubicie pewnego rodzaju niespójności i różnorodne spojrzenie na świat, powinniście zapoznać się z tym cyklem felietonów. 

Za możliwość spojrzenia na świat oczami Pani Pauliny Wilk dziękuję bardzo wydawnictwu W drodze

piątek, 7 lipca 2017

Ósme życie (dla Brilki) – Nino Haratischwili


Tytuł: "Ósme życie (dla Brilki)"

Autor: Nino Haratischwili

Tłumaczenie: Urszula Poprawska

Cykl: Ósme życie (dla Brilki)

Tom: I

Kategoria: Literatura historyczna

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 586

Ocena: 6/10






Idziesz ulicą pełną ludzi. Nie rozglądasz się. Nie patrzysz na nikogo. Idziesz po prostu przed siebie zatopiony we własnych myślach. Nie pozwalasz sobie na żadne uczucia. Już dawno ich nie masz. One przeminęły razem z twoim dzieciństwem. Jesteś obojętny. Zawsze jakoś to będzie. W najgorszym przypadku wszystko stracisz. Jednak coś... Nie, nie ma czegoś. Jesteś tylko ty i twoja przeszłość. Nie! Jest coś. Nie można udawać, że to nie istnieje. To coś jest małe i ledwie się utrzymuje. Mimo to jest. Nie zaprzeczysz. To... Boisz się wymówić tego słowa. To... to nadzieja. Niesiony tą małą iskierką podnosisz głowę i widzisz. Przy tobie są ludzie. Tak samo zapadnięci i smutni jak ty. Widzisz ich historie, które tworzy rozpacz i szczęście przeplatające się na zmianę. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że jesteś częścią czegoś większego. 

Wszystko zaczyna się od fabrykanta czekolady, który traktował swoją pracę najpoważniej na świecie. Miał marzenia i je spełniał, ale umiał również je poskromić. Zważywszy że w jego domu pojawiały się coraz to nowsze kobiety. Zaczęło się od żony, a później nie było już odwrotu – cztery córki i druga żona. Żadnego widoku  na spadkobiercę. Nie zostaje nic więcej jak pogodzić się z dominacją kobiet i pozwolić im żyć własnym życiem, w szczególności nieokrzesanej Stazji. Tak naprawdę to ona rozpoczyna ciąg wydarzeń, które będą się przekładać na następne trzy pokolenia i to nie tylko pokolenia kobiet.

O "Ósmym życiu" słyszałam wiele pozytywnych opinii. Prawie każdy recenzent zachwycał się nią, choć podkreślał, że to jest bardzo dojrzała i trudna powieść. Dla mnie chyba zbyt dojrzała, gdyż w ogóle mnie nie urzekła i nie rozumiem tych ochów i achów. Pomysł jest bardzo sztampowy, aczkolwiek historie rodzinne dochodzą najczęściej do trzech pokoleń. Tutaj mamy opowieść aż o pięciu (jeśli dobrze policzyłam, ale raczej dobrze). Nie zmienia to faktu, że nadal się nie wyróżnia. Nie wiedziałam, o czym jest ta książka, ale spodziewałam się czegoś całkowicie odmiennego. Nie zrozumcie mnie źle – nie mam nic przeciwko historiom rodzinnym. Uważam je za bardzo ciekawe i przede wszystkim potrzebne. Każda jest inna, lecz są takie które wyróżniają się jeszcze bardziej na tle pozostałych. Niestety "Ósmemu życiu" brakowało oryginalności, mimo bardzo rozbudowanego tła historycznego, które bardzo cenię. 

Styl autorki ku mojemu zadowoleniu okazał się bardzo dobry. Przyznaję, że jest ciężki i trudno się do niego przyzwyczaić, ale za to jest dopracowany, a to odgrywa ważną rolę w powieści. Nie można zarzucić pisarce, że potraktowała swoją powieść po macoszemu albo zbytnio skupiła się na samej historii, nie zwracając uwagi na to, jak ją przekazuje. Dzięki temu odbieram "Ósme życie" bardziej pozytywnie. Jednak muszę zwrócić uwagę, że język jest chaotyczny, co niektórych czytelników, w tym mnie, może irytować. Mimo to podczas czytania miałam wrażenie, że ta opowieść jest opowiadana przez bajarza, który stara się przekazać prawdziwą historię, nie zwracającą na siebie uwagi, w interesujący sposób.

Gdy zaczęłam czytać książkę, byłam oczarowana. To niesamowite spojrzenie na świat, na przeplatające się losy ludzi, na zwykły, słoneczny dzień sprawiły, że czekałam na niezwykłą, bajeczną opowieść opartą na prawdzie oraz radości podczas cierpienia. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy zdałam sobie sprawię, że będzie całkowicie inaczej. To było jak uderzenie zimnym kubłem wody. Czym dalej czytałam, tym bardziej byłam znużona i pragnęłam odłożyć powieść. "Ósme życie" jest książką historyczną, a ja takie bardzo lubię, tylko autorka chyba nie wzięła pod uwagę, że nie każdy zna idealnie historię Rosji i Gruzji. Podstawowe informacje posiadam, ale są to bardziej wiadomości wykute na przedmiot w szkole niż oparte na zrozumieniu i zainteresowaniu. Znam kilka nazwisk i dat, poza tym nic więcej. I podejrzewam, że jakoś dużo osób nie posiada większej wiedzy niż ja na ten temat. Pisarka nic nie wyjaśniała, jakby było oczywiste, kto, co i po co. Dlatego właśnie miałam problem ze środkową częścią, gdzie nie rozumiałam w ogóle tła historycznego, przez co też wydarzeń odbywających się w rodzinie Jaszi. Koniec był już dla mnie lepszy, ponieważ były to czasy drugiej wojny światowej i wydarzeń ściśle z nią związanych, a tu moja wiedza jest już znacznie większa. Tak naprawdę to podziwiam autorkę za jej wiedzę i poświęcenie, z jakim musiała ją zdobyć. Jest to godne pochwały. Tylko gdyby pamiętała, że nie każdy ma takie same zainteresowania jak ona...

"Ósme życie" mogłoby być genialne, gdyby nie same przykre historie. Rozumiem, życie nie jest usłane różami i są osoby, z których los okropnie zakpił. Jednakże nie bądźmy takimi pesymistami – życie potrafi być też piękne i trzeba o tym pamiętać. Autorka przyjęła schemat, że tylko dzieci mają prawo do szczęście (i to nie w każdym przypadku), a kiedy tylko dorastają to zostaje im ono brutalnie odebrane. Sama jestem w wieku, gdzie moje życie gwałtownie się zmienia, ale czy musi od razu oznaczać, że mam się wyzbyć radosnego spojrzenia na świat? Mamy prawo do szczęścia i nie wierzę, że każda, dosłownie każda historia źle się kończy. A miłość? Czy ona istnieje? Według powieści stanowczo nie. A jeśli już tak to ma tylko destrukcyjne działanie. I to dotyczy każdego możliwego rodzaju miłości. Przez całą książkę pojawiają się namiętne romanse, nudne małżeństwa, rodzinna solidarność, ale one nie mają żadnych podstaw zbudowanych z miłości. Jeżeli się już pojawiały, to opierały się jedynie na pragnieniu przetrwania. Może ktoś teraz pomyśli, że jestem naiwną idealistką i pewnie tak jest... Ale czy nie warto wierzyć?

Krótko o bohaterach – żadnego nie polubiłam. Za każdym razem, gdy rodził się ktoś nowy, pojawiały się zalążki sympatii i byłam przekonana, że to ona ostatecznie będzie królować. Jednak zawsze kończyło się tak samo – były zduszane na samym początku. Gdy pierwszy raz usłyszałam o Stazji, w mojej głowie pojawiła się jako ekscentryczna, młoda kobieta, która zachowała swoją żywotność do końca życia. Oczywiście musiało być całkowicie na odwrót. I jeszcze wszystkie te kobiety były do siebie pod względem charakterów tak podobne, że były innymi postaciami chyba tylko dlatego, że jedna osoba nie może tyle przeżyć.

Tak naprawdę powieść ratuje w moich oczach tematyka. Ile bym nie narzekała na "Ósme życie", to nie zmieni faktu, że autorka motyw przewodni opracowała perfekcyjnie. Użyła głębokiej symboliki, by ukazać, że każdy z nas ma własną, niepowtarzalną historię i każdy z nas pomaga tworzyć historie innych ludzi. Zawsze twierdziłam, że każda spotkana osoba ma na nas mniejszy czy większy wpływ, który ostatecznie nas kształtuje. Jesteśmy stworzeniami społecznymi i nawet nie powinniśmy się tego wyzbywać. Czy kiedy jesteście w wielkim mieście, zastanawiacie się, kim jest osoba siedzą przy was w autobusie? Czy kiedykolwiek spotkaliście ją albo dopiero ponownie spotkacie? Jaki ma na was wpływ? Ja zawsze zadaję sobie te pytania. 

Nie sądźcie, że żałuję, że przeczytałam tę książkę. Wręcz przeciwnie. Wiem, że bardzo narzekałam na nią, ale teraz mam własną opinię na jej temat oraz w pewien sposób zmieniła moje spojrzenie na świat. Może nie jakiś przełomowy, ale jednak... Nawet chyba się pokuszę o przeczytanie drugiego tomu. Nie teraz, ale w odległej przyszłości, gdzie będę już miała więcej doświadczenia. 

środa, 5 lipca 2017

Amelia – reż. Jean-Pierre Jeunet


Tytuł: Amelia

Reżyser: Jean-Pierre Jeunet

Produkcja: Francja, Niemcy

Kategoria: Dramat

Rola główna: Audrey Tautou

Czas trwania: 2 godz. 9 min.

Premiera: 19 październik 2001 r. (Polska), 25 kwietnia 2001 r. (świat)

Ocena: 9/10







Czuliście się kiedyś inni? Większość z was pewnie bez zastanowienia odpowie, że tak. W końcu każdy jest wyjątkowy i na swój sposób specyficzny. Tylko wtedy pojawia się pytanie, jak z tą innością się czujecie. Jesteście z niej dumni? Czy może właśnie uważacie za przekleństwo, które tylko przeszkadza wam w życiu? Myślę jednak, że największy problem jest wtedy, gdy szukacie swojej drugiej połówki, a przez waszą nieprzeciętność jest to trudne. Kto by nie chciał znaleźć swojego ukochanego czy ukochanej łatwo i bezproblemowo. Ale wszyscy wiemy, że miłość nie wybiera. Trzeba trafić na tę odpowiednią osobę, która zaakceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy. 

Amelia od początku była wyjątkowa. Zamknięta w domu wraz ze swoimi dziwacznymi rodzicami nie miała zbyt dużo możliwości, by poznawać świat i przede wszystkim innych ludzi. Jej problemy z płucami ograniczały ją na każdym kroku, a przynajmniej tak twierdził jej ojciec. Lecz to odosobnienie i pogoda ducha sprawiły, że Amelia wyrosła na niezwykłego dorosłego o bardzo dobrym sercu i niesamowicie wybujałej wyobraźni. "A marzycielom powinno się pozwolić marzyć" jak to napisał Oliver Bowden.

Pierwszy raz usłyszałam o "Amelii", gdy wysłuchałam przepięknego soundtracka. Chciałam dowiedzieć się, co to za niesamowita muzyka i do jakiego filmu została stworzona. Byłam przekonana, że to jakaś bardzo sławna produkcja, tymczasem okazało się, że w ogóle o niej nie słyszałam. Od tego czasu wielokrotnie słyszałam o tym dramacie, a jego popularność znacznie wzrosła. Mimo że zajęło mi wiele lat, zanim nareszcie go obejrzałam, to wreszcie to zrobiłam i nie żałuję tego pod żadnym względem.

Sam pomysł jest całkowicie niekonwencjonalny. To komedia romantyczna, więc powinna podlegać pewnemu uroczemu schematowi, a "Amelia" zatarła wszelkie granice między tym, co wypada w takim filmie, a co nie. Początkowo miałam mieszane uczucia. Nie oszukujmy się – dramat jest dziwaczny. Nie każdemu takie ujęcie może się spodobać. Jednak mnie w ostatecznym rachunku zaskoczyło i to bardzo pozytywnie. Niecodziennie się spotyka narratora, który w nietypowy sposób opowiada historię. Nie mówi nam o tych ważnych rzeczach tylko o tych małych, które dają szczęście. Jakie znaczenie ma, czy dwójka bohaterów spotka się czy nie, jeśli w tym czasie przyszedł list do sąsiadki Amelii? Brzmi absurdalnie, nieprawdaż? Ale dzięki temu możemy zauważyć małe rzeczy, wydarzenia, które poprawią nam humor. 

Sama fabuła jest po prostu przeurocza. Nie należę do osób ckliwych i romantycznych, jednak nawet nie mam, co udawać, że ta opowieść mnie nie ruszyła. Tym bardziej że wątek romantyczny towarzyszy nam przez całą historię, ale tylko nas delikatnie dotyka, a nie uderza całą swoją słodyczą i przewidywalnością. Bardzo się wciągnęłam w tę historię, ale nie chciałam szybko poznać zakończenia. Chciałam funkcjonować w tym stanie i postrzegać świat oczami Amelii, która zwracała uwagę na każdy najmniejszy szczegół, co dawało uwielbiane przeze mnie poczucie panoramiczności. Całe życie bohaterki oraz jej najbliższych zostało ujęte z całkiem innej perspektywy, przez co czułam się oczarowana. 

Amelia była... Po prostu brakuje mi słów. Jest jedną z najlepiej wykreowanych i przy tym najsympatyczniejszych bohaterów, jakich spotkałam w kinematografii. Jej postać zapamiętam na bardzo długo i będę uważać ją za inspirację w moim życiu. Po prostu uwielbiam ją i jej wyobraźnię. To jest tak dobra, empatyczna dziewczyna... Dzięki umiejętności obserwacji świata i zauważania szczegółów była w stanie pomóc prawie każdemu, dać przypadkowej osobie szczęście. Jak można takiego kogoś nie podziwiać? Dzielna i silna, ale przy tym krucha i pełna emocji – taka jest właśnie Amelia. Bardzo polubiłam również jej ojca. Niesztampowa postać z olbrzymią liczbą dziwnych przyzwyczajeń, która mimo pewnych zmian, była im do końca wierna. Niestety zawiodłam się na jednym bohaterze, chłopaku z marzeń Amelii – Ninie. Ktoś taki, jak ta dziewczyna, powinna zakochać się w kimś równie wyjątkowym. Nino miał to coś, ale jak dla mnie niewystarczająco. Bardzo mało się o nim dowiadujemy.

Tematyka produkcji urzekła mnie. Ukazuje jak ważne jest w życiu, by robić małe rzeczy, ale wkładać w nie całe swoje serce. Wtedy z kilku małych wydarzeń, uczynków stworzy się coś wielkiego. "Amelia" pokazuje również, że zamykanie się w sobie i izolacja od życia może bardzo ograniczać, więc warto walczyć z głupimi uprzedzeniami. Nawet jeśli ma się nieokrzesaną wyobraźnię, jeszcze bardziej nieprzewidywalne pomysły i własne, odmienne spojrzenie na świat.

W filmie jest bardzo dobra obsada. Na każdym kroku trafia się na wyjątkowo utalentowanego aktora, lecz sama Audrey Tautou (Amelia) pobiła wszelkie moje oczekiwania. Cały czas była naturalna i przy tym idealnie wcielała się w rolę bohaterki. Potrafiła zagrać emocjonalne fragmenty, ale również te codzienne. 

"Amelia" jest naprawdę nieprzeciętną produkcją, która zaskoczy niejednego zgorzkniałego człowieka. Dla idealistów i marzycieli jest wyznacznikiem, dzięki któremu mogą znaleźć własną drogę i pokłady odwagi, o które sami nie podejrzewaliby się. Bardzo zachęcam do obejrzenia filmu i przede wszystkim marzenia i spełniania tych marzeń. 

sobota, 1 lipca 2017

Baśnie Barda Beedle'a – J.K. Rowling


Tytuł: "Baśnie Barda Beedle'a"

Autor: J.K. Rowling

Tłumaczenie: Andrzej Polkowski

Seria: Harry Potter

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Media Rodzina

Liczba stron: 144

Ocena: 9/10






Pamiętacie te czasy, kiedy z utęsknieniem czekaliście na wieczór, by wysłuchać pasjonujących baśni na dobranoc? Mam nadzieję, że tak, ponieważ ja pamiętam to bardzo dobrze i jest to wyjątkowe wspomnienie. Zawsze wieczorem moja mama czytała lub opowiadała mi najróżniejsze historie. Znałam je na pamięć, więc każda pomyłka czy próba skrócenia opowieści skutkowała moją szybką interwencją. W końcu sami pomyślcie – skracać bajkę?! To wręcz niedorzeczne. Zastanawiające jest to, że wbrew pozorom wszystkie historie księżniczek nie fascynowały mnie jakoś bardzo. Oczywiście lubiłam je, ale wolałam wróżki, jakieś absurdalne przygody i emocje. Pewnie dlatego czytając tę książeczkę, bawiłam się bardzo dobrze. Bo wiecie – czarodzieje też mają swoje baśnie, które towarzyszyły im od najmłodszych lat.

Gdy pierwszy raz usłyszałam o tych wszystkich dodatkach do cyklu o Harrym Potterze, byłam w siódmym niebie. Lecz po jakimś czasie przypomniało mi się, że jakieś dodatkowe tomy, opowiastki najczęściej nie mają nic wspólnego z głównymi powieściami i są po prostu słabe. Dlatego zaczęłam się ich obawiać. Z "Harry'ego Pottera" przeczytałam już "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć", a teraz "Baśnie Barda Beedle'a" i muszę wam powiedzieć, że warto było się z nimi zapoznać.

W ogóle bardzo mi się podoba pomysł na wydanie baśni czarodziejów. Jest to coś niespotykanego i przede wszystkim niekonwencjonalnego. Świat, w którym żyje Harry, jest bardzo rozbudowany, co zawsze podziwiałam w powieściach Rowling, więc to daje olbrzymie możliwości. Czemu właśnie nie pokazać, na czym bazują najmłodsi czarodzieje? To jakby zacząć od samych korzeni, a żaden fan nie będzie mógł czegoś takiego przeoczyć.

Lubię bardzo styl pisarki. Jest on lekki, taki niezobowiązujący, ale przy tym nie czuć w nim infantylizmu, co bardzo cenię. Tym bardziej że jest on dla niej bardzo charakterystyczny, więc nie miałabym problemu go rozpoznać, a to jest kolejny plus. Dzięki temu bajki czyta się przyjemnie i można przenieść się do świata, gdzie wszystko jest możliwe, a zwykłe historie przynoszą pokłady wiedzy. Choć niestety zauważyłam pewną tendencję – język Rowling w tym dziele nie jest już tak bardzo dopracowany jak w głównych książkach, więc niestety mam trochę poczucie, że autorka nie brała tego dodatku jakoś bardzo na poważnie. 

Bajki są bardzo krótkie. Nawet zaryzykuję stwierdzenie, że sporo za krótkie. Na szczęście mimo tego faktu czyta się je bardzo dobrze. Czasami czułam pewien niedosyt, ale nie na tyle by na dłużej pozostało negatywne odczucie. Gdyby były bardziej rozbudowane, można stworzyć by z nich kolejne olbrzymie historie, które na każdym kroku by zaskakiwały. 

Niesamowitą zaletą jest to, że książeczka jest podzielona na poszczególne części – baśń i osobisty komentarz Dumbledore. Jak dla mnie to raj. Te wypowiedzi dyrektora Hogwartu były bardzo zabawne i pouczające. Szczerze to po przeczytaniu już pierwszego komentarza miałam ochotę sięgnąć po "Harry'ego Pottera" i dla tej niesamowitej postaci przeczytać od początku cykl, mimo że robiłam to wielokrotnie. Dumbledore zwraca uwagę na małe szczegóły, które umykają i dodaje pewne historie z Hogwartu, które ubarwiają uniwersum.

Bardzo istotną rolę odgrywa tematyka. Każda z pięciu baśni porusza inny temat, co daje cykl pouczających opowieści. Autorka zwraca uwagę na problemy miłosne i to w innym kontekście niż zwykle spotykamy w naszych, rodzimych baśniach. Dlatego właśnie najbardziej spodobała mi się historia "Włochate serce czarodzieja". Tak wstrząsająca baśń nie jest spotykane wśród naszych, choć Andersen też potrafił zszokować. Możemy spotkać opowiadania o braku tolerancji, zbytniej pewności siebie, magii słów i nadziei. Jednak najdłużej czekałam na tę dobrze znana nam historię o trzech braciach. Czy wy też z takim zafascynowaniem poznawaliście ją w "Insygniach Śmierci"?

Nie mogę też zapomnieć o przecudownym wydaniu. Twarda, mroczna okładka i ilustracje, które za każdym razem zachwycają. Kiedy wzięłam pierwszy raz książkę do ręki, byłam zachwycona. Jednak gdy już ją czytałam i trafiałam na wcześniej niezauważalne rysunki, mój zachwyt z każdą chwilą się pogłębiał.

"Baśnie Barda Beedle'a" zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Jestem zadowolona, że zapoznałam się z nimi i że posiadam je w swojej kolekcji "Harry'ego Pottera". Jeśli jesteście fanami cyklu o przygodach tego chłopca, to nie macie się nad czym zastanawiać – musicie je przeczytać. Natomiast jeśli tylko go lubicie, to nie jest dla was jakaś pozycja obowiązkowa, choć zapewniam, że będziecie dobrze się przy niej bawić.    

wtorek, 27 czerwca 2017

Mitologia nordycka – Neil Gaiman


Tytuł: "Mitologia nordycka"

Autor: Neil Gaiman

Tłumaczenie: Paulina Braiter

Seria: Gaiman

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 240

Ocena: 8/10







"Zastanawiacie się czasem, skąd bierze się poezja? Skąd bierzemy pieśni, które śpiewamy, opowiadane historie? Czy zadajecie sobie pytanie, jak to jest, że niektórzy potrafią snuć piękne, wspaniałe, wielkie sny i przekazywać je dalej światu w postaci poezji, by były śpiewane i powtarzane tak długo, póki słońce wschodzi i zachodzi, póki księżyc rośnie i maleje? Zastanawialiście się, dlaczego niektórzy tworzą piękne wiersze, pieśni i opowieści, a inni z nas nie? To długa historia i nikomu nie przysparza chwały: są w niej morderstwa i oszustwa, są kłamstwa i głupota, uwiedzenie i pościg. Posłuchajcie."

Kiedyś na świecie byli bogowie. Każdy z nich miał własną, niezwykłą umiejętność. Thor był bardzo silny, Odyn mądry, natomiast Loki sprytny. To przede wszystkim o nich jest ta opowieść. Przez lata, zanim nasza rzeczywistość się zmieniła, rządzili ludami i kreowali świat. Mieszkali w Asgardzie, gdzie toczyli swoje własne utarczki i bitwy. W tej chwili śpią i czekają na ostateczną wojnę, gdzie siły zła powstaną i będę pragnęły zniszczyć wszystko wokół. Wtedy zagrzmi róg i bogowie powstaną w dzień Ragnorok. 

Od dziecka mitologia mnie pasjonowała. Pamiętam, że w biblioteczce mojej mamy była mitologia Parandowskiego. Mama czytała mi niektóre fragmenty, a jeszcze inne opowiadała. Podejrzewam, że chciała pominąć drastyczne sceny, które mogłyby przestraszyć małe dziecko. Tak o to poznałam przede wszystkim grecką mitologię. Wróciłam do niej po latach w postaci cyklu o Percym Jacksonie. Wtedy moja fascynacja odrodziła się i zaczęłam poszukiwać dalej. Następnie poznałam "Wiedźmina", który udowodnił mi, że nasze rodzime słowiańskie wierzenia mogą być równie ciekawe jak te greckie czy rzymskie. Teraz nadszedł czas na mitologię nordycką. 

Mitologię rzadko czyta się dla rozrywki. Najczęściej byliśmy zmuszani do zapoznawania się z nią w szkołach na lekcjach polskiego czy historii. Dlatego wiele ludzie nienawidzi jej. W końcu musieli się kuć tych wszystkich bogów i ich symboliki. Jednak z perspektywy ucznia zauważyłam, że mitologię najczęściej albo się lubi, albo nienawidzi. Nie ma czegoś pomiędzy. Nie oszukujmy się... To są trochę takie nierealne i często obrzydliwe bajeczki, które w niektórych momentach zahaczają o kiepską fantastykę. Aczkolwiek nie można zapomnieć, że są to opowieści, które tworzyły najróżniejsze kultury. Kilkaset czy tysięcy lat temu ludzie wierzyli w nie i dla nich był to sens życia. Znalazłam opinię historyka, który twierdził, że mity pozwalały ludziom znaleźć sens w narodzinach i śmierci oraz poradzić sobie z nieuchronnym przemijaniem. Wydaje mi się, że do dzisiaj religia pełni podobną funkcję.

O Neilu Gaimanie słyszałam wiele pozytywnych opinii. Tak naprawdę już od dawna miłośnicy fantastyki cenili jego dzieła. Jeszcze teraz kiedy nastąpiło wznowienie jego książek w przepięknych wydaniach, które od razu rzucają się w oczy w księgarniach, wszyscy zaczęli zapoznawać się z jego powieściami. Ja zaczęłam chyba od najpopularniejszej historii – "Gwiezdnego pyłu". Miałam mieszane uczucia, ale ogólnie byłam zadowolona z niej. Teraz przyszedł czas na "Mitologię nordycką". 

Autor ma bardzo specyficzny styl, który jest łatwo rozpoznawalny. Gdy się czyta jego książki, ma się wrażenie, że to nie my ją czytamy, tylko że ktoś przy nas siedzi i opowiada nam historię. To baśniarz, który zna się na swoim zawodzie i oddaje się mu całym sercem. Nie boi się zaangażować i chce, byśmy wszystko zrozumieli, utożsamili się z bohaterami. Jestem pod olbrzymim wrażeniem. Jego język jest dopracowany pod każdym względem, ale zarazem jest lekki i przyjemny. Bardzo trudno takie coś osiągnąć. I ten efekt zapamiętuje się na długo.

Fabuła "Mitologii nordyckiej" jest podzielona na krótkie części. Jest to cykl krótkich opowiadań, które maja pozwolić nam poznać ogólny zarys tych wierzeń oraz dobrze się bawić przy dość dziwacznych przygodach bogów. Ja osobiście bardzo się wciągnęłam w tę książkę i byłam zdziwiona, że tak szybko się skończyła. Po skończonej lekturze była zafascynowana i chciałam dowiedzieć się czegoś więcej, co pozwoliłoby mi lepiej poznać północno-germańskie wierzenia. 

Samo uniwersum niestety jest opisane bardzo pobieżnie i potraktowane trochę po macoszemu. Żałuję tego, gdyż przez ten fakt miałam chaos w głowie i nie mogłam do końca zrozumieć niektórych wydarzeń. Musiałabym dobrze znać prawa, zasady, na których ten świat się opiera, a niestety dostałam ich skandalicznie mało. Nie ma opcji – w tak krótkiej książce nie da się dokładnie wszystkiego opisać. Podejrzewam, że jest to tylko szczyt góry lodowej. Popatrzmy na taką mitologię grecką, która jest niezwykle rozbudowana. Przecież nordycka jest podobna i na pewno tak samo dopracowana przez ówczesne ludy, wyznające ją. 

"Mitologia nordycka" jest lekkim dziełem podchodzącym trochę pod powieść przygodową. Dlatego łatwo przywiązałam się do bohaterów i wyrobiłam sobie o nich zdanie. Najlepsze wrażenie na mnie zrobił Loki. Pewnie część z was kojarzy tę postać z innych dzieł lub samego pierwowzoru, więc podejrzewam, że możecie trochę być zdziwieni moją sympatią do niego. Nie jest to postać pozytywna – sprytny i okrutny, ale za to genialnie wykreowany. Gaiman poświęcił mu bardzo dużo czasu i moim zdaniem genialnie oddał myśli, chodzące mu po głowie oraz jego spojrzenie na świat. Bardzo dobrze zapamiętałam również Tyra, który potrafił poświęcić coś ważnego dla siebie, ale pozostać również przy tym delikatnym i pełnym energii mężczyzną. Oczywiście też jak Loki to i jego specyficzne dzieci. Mało o nich było, ale wystarczająco, żeby mnie zaintrygowały.

Myślę, że warto lepiej poznać mitologię nordycką. Książka Neila Gaimana jest do tego idealna, gdyż nie musimy bawić się z ciężkimi, naukowymi tekstami tylko możemy spędzić miło czas z nadętymi i zabawnymi bogami, którzy są bardziej ludzcy niż niektórzy ludzie. Polecam tę pozycję całym sercem. 

sobota, 24 czerwca 2017

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara – reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg


Tytuł: Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

Reżyser: Joachim Ronning, Espen Sandberg

Produkcja: Australia, USA

Gatunek: Film przygodowy

Rola główna: Johnny Depp

Część: 5

Czas trwania: 2 godz. 9 min.

Premiera: 26 maja 2017 r. (Polska), 11 maja 2017 r. (świat)

Ocena: 6/10



Słychać wokół szum oceanu. W powietrzu unosi się zapach świeżości. A lekka bryza owiewa policzki. Na horyzoncie widać tylko nieskończone pokłady zielonkawej wody, a na niebie latają morskie ptaki. Lecz chwila... Na horyzoncie pojawia się coś. To malutka czarna kropeczka, ale powoli zbliża się. Przez lunetę już widać – to piracki statek. Załoga wpada w panikę, wszyscy biegają w tą i w tamtą. Chcą zawrócić i uciekać póki jeszcze jest czas, póki są szanse na przeżycie. Ale Ty tylko patrzysz i z uśmiechem na ustach czekasz. Wiesz, że za chwilę przeżyjesz przygodę swojego życia. 

Salazar nienawidził piratów. Odkąd zaczął pływać po morzach i ocenach, niszczył ich statki i zabijał ich. Był postrachem wszystkich buntowników. Każdy statek piracki omijał go z daleka. Jednak pewnego dnia Salazar popełnił błąd. Pozwolił się oszukać pewnemu młodzieńcowi – Jackowi Sparrowowi. Młody pirat uwięził swojego wroga w trójkącie bermudzkim. Lecz po latach rządny zemsty korsarz uwalnia się z więzienia i oceany znowu zaczynają drżeć z przerażenia.

"Piraci z Karaibów" są dla mnie bardzo sentymentalnym cyklem filmów. Od dziecka fascynowali mnie buntownicy na morzu. Wtedy nie widziałam w tym nic złego, w końcu kreacja korsarzy była tajemnicza i intrygująca. Uważałam ich za wyjątkowo dobrych ludzi, którzy walczą o wolność. Już jako trochę starsze dziecko zrozumiałam, że nie do końca tak jest. Jednak to mi nie przeszkadza oglądać z zafascynowaniem produkcje o nich. Gdy tylko usłyszałam, że wychodzi kolejna część "Piratów z Karaibów" nie miałam wątpliwości, że odwiedzę kino i zapoznam się z kolejną przygodą nieokrzesanego Jaska Sparrowa. Czy spełniła moje oczekiwania?

Niestety nie do końca. Zaczynam podejrzewać, że te filmy są kontynuowane wyłącznie dla pieniędzy. Kiedyś cała historia opierała się na ciekawym pomyśle i jest on ciągnięty dalej, co jest dużą wadą. To wszystko staje sztampowe i podlega jednemu schematowi – jakaś klątwa rzucona lata temu, o której nagle się dowiadujemy, walka z nią i jakimś dawnym wrogiem, który nie wiadomo tak naprawdę, skąd się wziął. Z tego co sobie przypominam, żadna część nie była od tego wolna. I na początku robiło to odpowiednie wrażenie, ale teraz już się nudzi. Tym bardziej że miałam bardzo duże wymagania co do "Zemsty Salazara". Minęło sześć lat od czwartej części, więc to miał być wielki powrót. A wielki nie był.

Fabuła miała wiele wątków, lecz w dużej mierze było to pozorne, gdyż były one mało rozbudowane. Tylko ten główny był dostatecznie opisany, a reszta, mimo że była ciekawa, ginęła w tłumie, nad czym ubolewam. W mojej głowie pojawiało się wiele pytań i chciałam poznać na nie odpowiedzi, a nie było mi to dane. Na szczęście historia była bardzo wciągająca. Siedziałam i patrzyłam jak urzeczona, co stanie się dalej, do czego prowadzą poczynania Jacka i Henry'ego. Dlatego wszystko minęło mi bardzo szybko. Mam wręcz wrażenie, że za szybko. Film ma dwie godziny, więc nie jest krótki, choć krótszy w porównaniu do swoich poprzedników. 

Nie przepadam za akcją w produkcjach, ale tutaj uwielbiam ją. Jest barwna i trzyma w  napięciu. Nie można oderwać od niej wzroku, bo zawsze można coś przegapić, a przecież to byłoby straszne. Do tego dochodzi wiele niesamowitych efektów specjalnych, które pozwalają przenieść się w świat oceanów i tajemnic. 

Ze wszystkich bohaterów najbardziej do gustu przypadła mi Carina. Od początku filmu wie, czego chce i dąży do tego. Nawet jak zostanie rozczarowana, to nie załamuje się, tylko brnie dalej, by spełnić swoje pragnienia. Przyjmuje życie takim, jakim jest, ale przy tym próbuje zmienić go na lepsze. Posiada mimo zarozumiałości i zbytniej pewności siebie olbrzymią empatię, która pozwoliła mi ją polubić. Poza tym moją uwagę jak zawsze przykuł Barbossa. Nie wiem do końca, czemu tak bardzo lubię tego bohatera, ale bez niego "Piraci z Karaibów" byliby nudni. W tej części również był w formie. Żałuję trochę, że było tak mało samego Jacka i Willa Turnera. 

Jestem pod olbrzymi wrażeniem obsady filmu, gdyż była ona naprawdę dobra. Aktorzy odgrywający role Jacka, Barbossy i Salazara poradzili sobie perfekcyjnie ze swoimi rolami. Johnny Depp ukazał się z całym swoim kunsztem aktorskim. Podziwiam tego aktora, gdyż potrafi on zagrać specyficzne i przede wszystkim trudne role, radząc sobie z nimi doskonale. W "Zemście Salazara" chciałam ujrzeć również Orlanda Blooma, lecz jego rola tym razem nie była zbyt wielka. 

Zawiodłam się na tej części, lecz i tak jestem w siódmym niebie, że ja obejrzałam. I mimo wad była ona lepsze od swojej poprzedniczki. Jeśli oglądaliście poprzednie części, nie ma się, co zastanawiać – trzeba obejrzeć i tę. Tym bardziej że scena końcowa pokazuje rozpoczęcie nowej historii, więc możemy czekać na kolejne przygody naszych piratów. 

czwartek, 22 czerwca 2017

Stowarzyszenie umarłych poetów – Nancy H. Kleinbaum


Tytuł: "Stowarzyszenie umarłych poetów"

Autor: Nancy H. Kleinbaum

Tłumaczenie: Paweł Laskowicz

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Rebis

Liczba stron: 156

Ocena: 6/10








Szkolny system jest krytykowany przez wiele osób, które posiadają na jego temat obszerną wiedzę i przez takie, które powtarzają zdanie innych. Jednak w tych wszystkich negatywnych opiniach najczęściej powtarza się jeden motyw – brak indywidualności. Wszyscy uczniowie uczą się tych samych rzeczy z programu nauczania, mają w podobnych godzinach lekcje i piszą te same egzaminy na koniec. Gdzie w tym wszystkim kreatywność, możliwość rozwijania się w ulubionej dziedzinie? W placówkach szkolnych powtarza się jak mantrę te same regułki, pojęcia i opinie. Nie byłoby w tym nic złego. W końcu wykształcone społeczeństwo to lepsze społeczeństwo, ale często ta iskierka oryginalności zostaje zgaszona.

W Akademii Weltona rozpoczyna się kolejny rok szkolny, który ma ze sobą nieść wiele nauki i przede wszystkim możliwości dla młodych chłopców, którzy chcą w przyszłości studiować na takich uczelniach jak Harvard. Większość uczniów jest już znużonych i zniechęconych spędzaniem kilkunastu godzin przy nauce. Jednak w tym roku coś się zmienia... Lekcje angielskiego wyglądają odmiennie od poprzednich, a powodem tego jest zmiana nauczyciela. Pan Keating jest kreatywnym mężczyzną, który na każdym kroku przygotowuje dla chłopców niespodzianki, zachęcające do nauki i poszukiwania własnych talentów. Grupka przyjaciół jest tym tak bardzo zafascynowana, że postanawia poszukać informacji o swoim nowym mentorze. Wtedy trafiają na pewne stowarzyszenie, które w przyszłości zmieni całe ich życie. 

O "Stowarzyszeniu umarłych poetów" słyszałam tyle razy, że jest to nie do zliczenia. Wszyscy to zachwalali, mówili, że warto przeczytać, obejrzeć. Mimo to nie ciągnęło mnie do tej powieści, jednak sami wiecie, jak to jest. Jeśli wszyscy wokół dyskutują na temat jakieś historii, a ty nie masz pojęcia jakiej i nie możesz w ogóle wziąć udziału w tej rozmowie, to chcesz ją poznać nawet z brakiem chęci. W ten sposób ja poznałam tę opowieść i zawiodłam się. W ogóle byłam w olbrzymim szoku, gdy na okładce książki przeczytałam, że jest ona napisana na podstawie filmu. To naprawdę rzadkość. Nie wiedziałam, czego mam się po niej spodziewać. Nieraz spotkałam się z podobnym motywem i w literaturze, i w kinematografii. 

Styl autorki jest bardzo przyjemny. Książkę się czyta z radością i przede wszystkim bardzo szybko. Jednak brakowało mi czegoś charakterystycznego w języku, dzięki czemu od razu czytając fragment, wiedziałabym, że to akurat ona go pisała. Z chęcią bym odkryła coś specyficznego z jej stylu, co na długo zapadłoby mi w pamięć. Tak nie było. Na szczęście w powieści pojawiały się liczne wiersze, które ubarwiały całą historię i nadawały jej pewnego rodzaju kunsztowności. Niektóre wiersze sprawiły, że chcę lepiej się zapoznać z danym poetą. 

Sama w sobie fabuła jest bardzo wciągająca. To jest książka, którą najlepiej przeczytać na jeden raz i łatwo to zrobić, gdyż pobudza ona wyobraźnię. A kto nie lubi czasami dać jej zawładnąć sobą... w dodatku przez większość czasu jest bardzo radosna i pozytywna. Choć ma jedną, wielka wadę, przez którą zapomina się o wszystkich zaletach. Jest to przewidywalność. Naprawdę łatwo domyślić się, jak te wszystkie wydarzenia potoczą się dalej i jaki będzie ostateczny skutek. Nie trzeba być geniuszem, żeby na to wpaść. 

Jestem pod wielkim wrażeniem kreacji bohaterów. Pojawia się ich wielu i każdy ma własną, niepowtarzalną osobowość. W dodatku autorka postarała się, żeby każdy z nich był dopracowany. Uwielbiam takie postacie, więc przez większość książki czerpałam olbrzymią radość w poznawaniu ich. Oczywiście na pierwszy plan wysunął się Todd, którego bardzo polubiłam. W pewien sposób utożsamiam się z nim i przede wszystkim rozumiem go. Sympatię większość czytelników na pewno zdobył Neil – pozytywny i pełen pasji chłopak. W dodatku pojawił się jeszcze nieobliczalny romantyk – Knox, wprowadzający wzruszające momenty. Niestety zawiodłam się chyba na najważniejszym bohaterze, czyli profesorze Keatingu. Wyobrażałam sobie, że będzie nie wiadomo kim, a jego metody przełamią wszystkie schematy, tymczasem nie zaskoczył mnie niczym i po prostu był dobrym nauczycielem.

Pojawił się też jeden krótki wątek romantyczny, który był dla mnie przeuroczy. Mało prawdopodobne, żeby takie coś mogło wydarzyć się w życiu, ale to nie zmienia faktu, że obserwowałam dziwaczną relację Knoxa i Chris. Te dwie osoby były tak nieporadnie do siebie dobrane, że wielokrotnie chciało mi się z tego śmiać, ale przez to pasowały do siebie idealnie. Kibicowałam im przez cały czas i miałam nadzieję, że ich losy połączą się na dłużej.

Tematyka "Stowarzyszenia umarłych poetów" jest bardzo istotna. Podoba mi się, że autorka krytykuje stereotypowe metody nauczania. Nie twierdzę, że są złe, ale świat postępuje do przodu, więc również szkoła powinna się rozwijać. Oczywiście mówimy tu o trochę innych czasach, ale problematyka jest uniwersalna. Tym bardziej że pokazuje jak ważna jest w życiu indywidualność i to żeby o nią dbać. Każdy ma inny charakter, talenty i postrzeganie świata. To jest właśnie piękne, więc powinno się zwracać uwagę, by młode osoby dbały o to i przede wszystkim dostrzegały to. Jest to też pewnego rodzaju ostrzeżenie dla rodziców, którzy często zbyt pochopnie widzą swoje dzieci w wybranych wcześniej przez siebie rolach.

Cieszę się, że mam wreszcie własną opinię na temat tej książki. Niedługo pewnie porównam ją również z filmem. Choć jak sami widzicie, spodziewałam się po tej opowieści czegoś całkowicie odmiennego. Nie jest to powieść, którą każdy powinien przeczytać. Jeśli przeczyta to bardzo dobrze, jeśli nie to dużo nie straci. 

wtorek, 20 czerwca 2017

Królewska Klatka – Victoria Aveyard


Tytuł: "Królewska Klatka"

Autor: Victoria Aveyard

Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko

Cykl: Czerwona Królowa

Tom: III

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Moondrive

Liczba stron: 568

Ocena: 7/10



Ludzie od wieków toczyli ze sobą wojny. To jest taki nasz własny schemat. Najczęściej szło o ziemie, pieniądze, władzę czy wolność. Wiele z tych rzeczy ma bardzo dużą wagę, np. wolność. Każdy jej pragnie i każdy jest gotowy o nią walczyć. Tylko ile musi przy tym poświęcić? Nie tylko własne życie, ale również życie innych ludzi. Wtedy zaczyna się przeliczanie, dyskutowanie, poszukiwanie najróżniejszych rozwiązań i ostateczne pytanie – czy warto?

Mare po tym jak dostaje się w ręce Mavena, musi wytrzymać pobyt w więzieniu. Jednakże nie jest to zimna i cuchnąca cela tylko przepiękna komnata w pałacu. Nie powinna narzekać. W końcu mogłaby być torturowana, upokarzana i pozbawiona wszystkich praw ludzkich. Siedzenie całymi dniami w pokoju nie może być w porównaniu do tego takie złe... Ale jest... Mare staje się marionetką w ręka Mavena, jego ulubioną zabawką, która musi robić to, co jej młodociany król karze. Nikt jej z zewnątrz nie pomoże, nie udzieli informacji, co stało się z jej bliskimi. Dziewczyna musi sama sobie poradzić z kaprysami władcy i przede wszystkim sama przetrwać. Czy jej się to uda?

Pamiętam, jak na rynek wchodziła pierwsza część "Czerwonej Królowej". Był wtedy duży szum i każdy miłośnik fantastyki i nie tylko chciał zapoznać się z tą książką. Głośna reklama i magnetyzująca okładka przyciągały ludzi, więc przyciągnęły i mnie. Tak o to minęło kilka lat i teraz wszedł trzeci tom o przygodach Mare. Byłam bardzo podekscytowana, bo na tę premierę czekałam długo i z olbrzymią niecierpliwością. Nareszcie mogłam ją przeczytać. Jakie mam odczucia po lekturze?

"Królewska Klatka" okazała się dobrą powieścią, którą z chęcią przeczytałam, ale nie będę ukrywać, że spodziewałam się po niej czegoś więcej. "Czerwona Królowa" była przeciętną książką, która raczej zniechęciła mnie do cyklu, ale że lubię kończyć to, co zaczęłam, to zapoznałam się ze "Szklanym Mieczem" i to właśnie on wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Na każdym kroku byłam zaskakiwana, a fabuła była wciągająca i pełna zwrotów akcji. Po takim czymś byłam przekonana, że kolejny tom spodoba mi się przynajmniej tak samo jak nie bardziej. Niestety nie spełnił tych oczekiwań.

Styl autorki jest mało charakterystyczny. Nie wyróżnia się niczym na tle innych pisarzy literatury młodzieżowej. Fakt jest przyjemny i dzięki temu mimo dużej liczby stron książkę szybko się czyta. Poza tym jest lekki, co niektórych może zniechęcić, ale nie jest to infantylny język.

Sama fabuła okazała się dla mnie jednym, wielkim rollercoasterem. Raz męczyłam niezliczone dni sto stron książki, nudząc się przy tym niemiłosiernie, by już następnego dnia bez najmniejszej przerwy przeczytać trzysta stron. To jest akurat skrajny przykład, jednakże pisarka naprawdę nie potrafiła uporządkować sobie w głowie własnego pomysłu. Miałam wrażenie, że jak wpadła na jakiś ciekawy pomysł, to do razu pisała bez zastanowienia, przez co wychodził totalny chaos. A w momencie, kiedy tego pomysłu brakowało, to na siłę ciągnęła jeden wątek, który stawał się coraz bardziej nużący i w ogóle nie zaskakiwał. 

Tym razem Victoria Aveyard pokusiła się o pewne zmiany w narracji. W poprzednich częściach oglądaliśmy świat z perspektywy Mare. Tym razem mogliśmy również go zobaczyć ze strony Cameron i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu Evangeline. Gdy przeglądałam przed czytaniem książkę i zauważyłam ten zabieg, miałam mieszane odczucia. Mało który pisarz umie sobie z tym poradzić. Nasza autorka zrobiła to genialnie. Trzy całkowicie różne osobowości dały wielkie do popisu pole, które zostało w każdym nawet najmniejszym skrawku wykorzystane. Mare była jak zwykle irytującą Mare, Cameron miała wieczne problemy, ale była przy tym jak zawsze ironiczna, a Evengeline ukazała nareszcie powody swojego postępowania, które były wręcz szokujące. Stalowa narzeczona okazała się kimś o wiele ciekawszym i tajemniczym niż na początku myślałam.

Nie lubię Mare. Po prostu jej nie cierpię. Jest typową papierową postacią, która na każdym kroku denerwuje człowieka. Wielka bohaterka gotowa na poświęcenie, a tak naprawdę wiecznie narzekająca, użalająca się nad sobą rozpieszczona dziewczyna. Trwała wojna, ona znalazła się w niezbyt dobrej sytuacji, ale to nie dawało jej prawa na bycie pępkiem świata. Ludzie mieli tam o wiele gorzej, a wszystko kręciło się wyłącznie wokół niej. Za to bardzo cenię Mavena. Jak już wiecie nie jest to zbyt pozytywna postać. Tak naprawdę to wstrętny manipulator, ale ma w sobie taką iskrę i wolę walki, która sprawia, że czuję do niego sympatię. W porównaniu do Cala, który na każdym kroku jest tak samo przewidujący i mało emocjonalny. Pojawia się też wiele nowych bohaterów w tym Iris – niezwykła i tajemnicza kobieta. Mało się o niej dowiadujemy, ale pobudza ciekawość. 

Wątek romantyczny był przystępny w tej części. Nie była już to przesłodzona historyjka, która dawała w kość na każdym kroku. Choć końcówka... Nie wiem jak autorka mogła to zrobić. Nie chodzi o to, że to powiedzmy główne wydarzenie dotyczące relacji Mare i Cala było bezsensowne. Gdyby to był typowy romans, byłabym bardzo zadowolona w przeprowadzenia w taki sposób fabuły. To bardzo życiowe i potwierdzające pewien schemat. Jednak naprawdę, kiedy ważyły się losy wielu ludzi, inne państwa nareszcie zaczęły wyrażać swoje zdania na temat Szkarłatnej Gwardii, to mało mnie obchodziła relacja tej dwójki.

Byłam przekonana, że to ma być trylogia. Nie wiem, czy po prostu zamysł został zmieniony, czy to ja sama tak sobie wymyśliłam. Jednak nie ma wątpliwości, że kolejna część powstanie. Mimo że na tej troszkę się zawiodłam, to z chęcią poznam dalsze losy bohaterów i dowiem się, jak cała ta wielowymiarowa historia zakończy się.

niedziela, 18 czerwca 2017

Czarny Łabędź – reż. Darren Aronofsky


Tytuł: Czarny Łabędź

Reżyser: Darren Aronofsky

Produkcja: USA

Gatunek: Dramat

Rola główna: Natalie Portman

Czas trwania: 1 godz. 48 min.

Premiera: 21 stycznia 2011 r. (Polska), 1 września 2010 r. (świat)

Ocena: 6/10






Być idealnym – to chyba marzenie większości z ludzi. W końcu kto by nie chciał być doskonały we wszystkim albo chociaż w jednej dziedzinie? Jest się wtedy najlepszym i niepokonanym. Inni ludzie szanują cię oraz okazują respekt i może trochę strachu. Jednak tego nie osiąga się z dnia na dzień. Na to się składają lata ciężkiej pracy, łzy, porażki i olbrzymia motywacja oraz wytrwałość. Tu to są tylko słowa, a w rzeczywistości żmudna i wyczerpująca droga. Trzeba wiele poświęcić. Są osoby, które są na to gotowe, lecz czy na pewno doprowadzi ich to do wymarzonej perfekcji? 

Nina jest baletnicą, która bierze na poważnie swoją pracę. Chce osiągnąć mistrzostwo, więc codziennie wytrwale trenuje i na zawodowych treningach, i w domu. Każdy najmniejszy krok jest przećwiczony tysiące razy. Nie ma miejsca na pomyłkę. Gdy się okazuje, że zwalnia się posada primabaleriny w "Jeziorze Łabędzim", dziewczyna jest gotowa o nią walczyć. Tym bardziej że tym razem jedna osoba ma zagrać białego i czarnego łabędzia. Jest to niezwykłe wyzwanie, które w pierwszej chwili ją przerasta. Lecz na ile jest gotowa Nina, by udowodnić, że to jej należy się ta rola i przede wszystkim że podoła jej? 

Gdy po raz pierwszy spotkałam się ze wzmianką na temat tej produkcji, byłam zaciekawiona. Na tyle, że tytuł tego filmu zapadł mi w pamięci. Usłyszałam o nim ponownie po latach i właśnie wtedy zapragnęłam go obejrzeć. Nie zrobiłam tego od razu, lecz ostatecznie zapoznałam się z jego treścią i przyznam, że jestem zawiedziona. Nie wiedziałam do końca, o czym jest, ale kiedy zaczęłam oglądać, byłam zdumiona. Mimo że "Czarny Łabędź" nie podobał mi się, to jestem pod wielkim wrażeniem pomysłu. Sam motyw baletu jest bardzo rzadko spotykany w kinematografii, co dopiero w takim wykonaniu. Spodziewałam się czegoś całkowicie odmiennego, ale na początku byłam z niego zadowolona. Niestety pomysł spełzł na niczym. Dla mnie ten film miał olbrzymi potencjał, który prawie wcale nie został wykorzystany i bardzo tego żałuję. 

Na szczęście fabuła okazała się wciągająca. Chciałam dowiedzieć się, do czego prowadzi zachowanie Niny. Początkowo nie rozumiałam, o co jej chodzi. Dopiero z czasem zdałam sobie sprawę, co kieruje nią, dzięki czemu historia stała się bardziej przejrzysta. Choć do ostatnich chwil można było trochę się w niej pogubić. Nie nudziłam się, mimo że perspektywa baletnicy bardzo często mnie irytowała, co raczej zniechęcało mnie do dalszego oglądania. Ale tak bardzo chciałam się dowiedzieć, jakie będą konsekwencje tych wszystkich zdarzeń. I gdy się dowiedziałam, byłam bardzo zawiedziona. Pewnie ten fakt sprawił, że byłam rozgoryczona po filmie i ostatecznie wyciągnęłam z niego negatywnie na mnie wpływające wnioski. 

Na plakacie produkcji widzimy tajemniczą, piękną i okrutną postać. Mało kto mógłby przejść przy takiej kobiecie obojętnie. Dlatego właśnie dużo oczekiwałam od głównej bohaterki. Chciałam to w niej zobaczyć – tę wściekłość, pewność siebie i wrażliwość na muzykę. Nie doczekałam się tego, a mniemana przemiana wewnętrzna była w ogóle niewidoczna. Nina okazała się mało wyrazista i dość przewidująca. Jej przeciwieństwem była Lily – niespójna, nieokrzesana i pełna uczucia. Właśnie takie postacie przyciągają moją uwagę, więc to jej losy najbardziej śledziłam ze wszystkich. Zresztą tak naprawdę to bohaterów nie było za dużo i to wpływało negatywnie na fabułą. Większa różnorodność charakterów ubarwiłaby opowieść.

Tematyka, która jest poruszona w "Czarnym Łabędziu" jest niezwykle istotna i najczęściej pomijana. W życiu częściowo chodzi o to, żeby się starać, dążyć do doskonałości i osiągnąć sukces. I właśnie to się wpaja ludziom, lecz nikt nie myśli, co się stanie, gdy ktoś weźmie to zbyt dosłownie. Będzie zbyt wytrwały i nie będzie znał granic. Konsekwencje mogą być przerażające. Film daje wiele do myślenia.

Nie wiem czemu, ale bardzo nie lubię Natalie Portman. Jak patrzę na filmy z nią, choć zbyt dużo nie oglądałam ich, to mam wrażenie, że uroda zastępuje talent. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób ceni tę aktorkę, ale dla mnie nie umie wejść w rolę. Ma jedną maskę, której w ogóle nie zmienia, przez co produkcje z nią są złudnie podobne. Jedynie wyróżniła się Mila Kunic, grająca Lily. Myślę, że moją sympatię do bohaterki, zawdzięczam właśnie tej aktorce. Ukazała ona jej ekspresje oraz determinację. 

Nie żałuję, że obejrzałam "Czarnego Łabędzie", mimo że ten film w ogóle nie przypadł mi do gustu. Mam teraz własną opinię, ale również pytanie kołaczące się w głowie – co ludzie widzą w nim? Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami. 

piątek, 16 czerwca 2017

Kod da Vinci – reż. Ron Howard


Tytuł: Kod da Vinci

Reżyser: Ron Howard

Produkcja: USA

Gatunek: Thriller

Rola główna: Tom Hanks

Czas trwania: 2 godz. 29 min.

Premiera: 16 maja 2006 r. (Polska), 17 maja 2009 r. (świat)

Ocena: 8/10






Zastanawialiście się, co by się stało, gdyby okazało się, że podstawy wiary, w które wierzymy, są kłamstwem? Zmodyfikowaną prawdą, która już dawno odbiegła od rzeczywistości? Dla ludzkości byłby to olbrzymi cios. Świat straciłby sens dla niektórych ludzi, a ci bardziej niecni wykorzystaliby ten fakt, aby zdobyć władzę. Prawda potrafi niszczyć. Jest jak żywioł, ale po burzy jest tęcza, więc może już pora by prawda wyszła na światło dzienne. 

Robert Langdon jest wezwany do Paryża a dokładnie do Luwru. Okazuje się, że zostało tam popełnione morderstwo w dość specyficzny sposób. Zwłoki kustosza muzeum  ułożone jak na szkicu Leonarda da Vinci. Morderca dla śledczego jest oczywisty. Jednak wszystko się komplikuje, gdy policja zauważa szereg zagadek pozostawionych przez zamordowanego człowieka. Wtedy Robert wraz z piękną Sophie rusza w zabójczą podróż, by odkryć zagadki z przeszłości. Czego się dowiedzą? Czy prawda nie będzie zbyt szokująca?

Myślę, że o "Kodzie da Vinci" słyszał chyba każdy. Sławna książka i popularna ekranizacja. Od dawna planowałam przeczytać "Kod Leonarda da Vinci", lecz na razie jednak tego nie zrobiłam. Lecz pokusiłam się o obejrzenie filmu. Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam. Ni więcej, ni mniej, Produkcja spełniła wszystkie moje oczekiwania, ale również niczym mnie nie zaskoczyła.

Thrillery są bardzo lubiane przez ludzi. Ich popularność bije rekordy i przyciąga największą publiczność w kinach. Nie dziwię się. Trzymają w napięciu, dają najczęściej jakąś ciekawą zagadkę i ich akcja zainteresuje prawie każdego wybrednego widza. Są to filmy typowo dla rozrywki, lecz ten fakt nie odbiera im inteligencji i zaskakujących scen. "Kod da Vinci" nie jest schematycznym thrillerem. Jest czymś rzadziej spotykanym, ale spełniającym wszystkie jego wyznaczniki. 

Pomysł na fabułę jest niekonwencjonalny i przede wszystkim intrygujący. Gdy pierwszy raz usłyszałam rozmowy na jego temat, a była to rozmowa mojej babci i mamy, byłam zafascynowana. Premiera produkcji przypadała na moje dziecięce lata, więc jakoś dużo nie zrozumiałam, ale wystarczająco, by zrozumieć, że jest to kontrowersyjny film, a właśnie takie historie od najmłodszych lat najbardziej lubiłam. Teraz wreszcie poznałam ją.

Sama fabuła jest bardzo wciągająca. Przyznaję się, że nie obejrzałam całego filmu naraz, ale mimo to z zapartym tchem patrzyłam, co tym razem się zdarzy. Nie wiedziałam, do czego to wszystko prowadzi, ani jakie będą tego konsekwencje. Chciałam się tego wszystkiego dowiedzieć, tym bardziej że w "Kodzie da Vinci" jest wiele wątków, które zaskakują, ale zmieniają też znaczenie całej historii. Pasjonowała mnie to, choć w niektórych momentach trochę się gubiłam. Jedno wydarzenie miało wpływ na kilka, przez co tworzyła się niesamowicie rozbudowana sieć zagadek, sekretów i następujących po sobie skutków. Potencjał całej tej opowieści został w stu procentach wykorzystany,

O samej akcji nie powiem za dużo. Pojawiała się w odpowiednich momentach. Tam gdzie powinna być szybka, właśnie taka była. Trzymała w napięciu i sprawiała, że nieraz przeszły mnie ciarki po plecach. Jednak czasami ustępowała, by można zastanowić się nad przebiegiem tych wszystkich zdarzeń oraz wymyślić multum własnych możliwości. Pozwolić ponieść się wyobraźni, ale i tak na końcu zostać zaskoczonym.

Bohaterowie są dość różnorodni. O głównej postaci – Robercie – dowiadujemy się mało. Jego przeszłość pojawia się w niektórych fragmentach rozmów, ale to jest za mało by stworzyć spójny wizerunek tej postaci. Natomiast sama Sophie okazała się bardzo odważną kobieta, która była gotowa na wszystko by poznać prawdę o sobie, swoim dziadku i świecie. Nie cofnęła się przed niczym, by zyskać to czego chciała. Dzięki temu zyskała moją sympatię. Polubiłam również Leigha. Jest to przeurocza postać. Jego zachowanie potrafiło być niezrównoważone, z samą lojalnością też miał problem, ale mimo to zapamiętam tego bohatera wyjątkowo dobrze.

Obsada filmu jest niezwykle dobra. Tak samo jak fikcyjna postać, tak i aktor przykuł moją uwagę. Mam na myśli konkretnie Iana McKellena, który wcielił się w rolę Leigha. Idealnie oddał jego fascynację historią, częstą nieporadność, ale również skrywany spryt. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie Paul Bettany (Silas). Trzeba mieć niezwykły talent, by oddać realność tych wszystkich brutalnych scen oraz fanatyzm i zarazem przywiązanie. Poza tym w tej produkcji gra Jean Reno, którego uwielbiam i bardzo cenię za kunszt aktorski.

"Kod  da Vinci" okazał się wyjątkowym dobrym filmem. Jeśli lubicie mroczne zagadki i nieodkryte prawdy, zostaniecie wciągnięci do rzeczywistości, gdzie historia pisze własną opowieść na teraźniejszości.