czwartek, 16 listopada 2017

Listy do M. 3 – reż. Tomasz Konecki


Tytuł: Listy do M. 3

Reżyser: Tomasz Konecki

Produkcja: Polska

Część: 3

Gatunek: Komedia romantyczna

Czas trwania: 1 godz. 50 min. 

Premiera: 10 listopada 2017 r. (Polska i świat)

Ocena: 7.5/10







Za oknem listopad, czyli miesiąc, który jest uważany za najbardziej ponury i nieobliczalny. Wychodzisz sobie rano do pracy czy szkoły w ulewę, a wracasz, obserwując małe, białe płatki śniegu, które pokrywają chodnik przed tobą. Dlatego właśnie wiele osób nie lubi tej pory, ale ja ją uwielbiam. Jest zwiastunem czegoś większego, co nadchodzi wielkimi krokami – zimy, a wraz z nią świąt Bożego Narodzenia. Kto nie lubi Bożego Narodzenia? To są tylko pojedyncze jednostki. Bo te święta kojarzą nam się z rodziną, miłością i niesamowitym klimatem, który potrafi stopić serce każdego. Jednak nie można zapominać, że mimo to życie toczy się dalej i nie zważa czy są to święta, czy nie. Los może każdego zaskoczyć. Ale czy na pewno pozytywnie?

"Listy do M." lata temu wywołały wielką furorę w polskiej kinematografii. Nikt nie spodziewałby się, że taki film może odbić się, aż takim echem i sprawić, że pojawią się kolejne części. Tym bardziej że przecież to już było w amerykańskiej komedii "To właśnie miłość". Lecz w naszym kraju nasz odpowiednik o wiele lepiej się sprzedał i przede wszystkim zrobił o wiele większe wrażenie. Przyznaję się, że kiedyś myślałam, że to taka głupia historyjka, która ma służyć tylko do rozrywki. Jednak gdy sama się zapoznałam z tą produkcją, moje zdanie diametralnie się zmieniło. Film stał się jednym z moich ulubionych i bardzo go szanuję. Lecz na te święta nie oglądałam pierwszej, ale już trzecią. Jakie wrażenie na mnie zrobiła?

Ogólnie pomysł na fabułę uważam za naprawdę ciekawy. Niby pewne motywy się powtarzają z typowymi komediami romantycznymi, ale w "Listach do M." jest to ujęte w inny sposób i według mnie o wiele bardziej sensowny, dzięki czemu cały film robi lepsze wrażenie i przekonuje do siebie nawet tych, którzy tak samo jak ja zaciekle bronili się. Jednak w trójce robi się to trochę nudne. Pojawia się dużo nowych postaci, które mają wprowadzić zmiany, ale czułam, że mimo to historia jest powielana. Na tym chyba najbardziej zawiodłam się w całej tej komedii. Liczyłam na oryginalność oraz byłam przekonana, że zostanę zaskoczona. Tego niestety nie otrzymałam. 

Jednak i tak bardzo wciągnęłam się w historię i chciałam poznać dalsze losy bohaterów. Aczkolwiek momentami film mi się dłużył, ale nie odczułam tego w jakiś irytujący sposób. "Listy do M. 3" to taka mieszanka uczuć i humoru. Czasami były naprawdę emocjonujące i potrafiły urzec. Robiło mi się wtedy przykro i chciałam w jakiś sposób pomóc tym wszystkim ludziom. Innym razem okazywały się śmieszne, pełne dowcipu. No i  oczywiście nie zabrakło tych uroczych i ruszających za serce scen, które są tak bardzo charakterystyczne dla tej produkcji. Ale żebym za bardzo nie przesłodziła, to przyznam się wam, że nie poczułam tego świątecznego klimatu. Może jest jeszcze troszkę za wcześnie, lecz mam odczucia, że tego właśnie brakowało i przez to film stracił na swoim uroku. 

Mówcie, co chcecie, ale dla mnie zawsze będzie najlepsza pierwsza część i to jej będę już wierna. Podejrzewam, że i na te święta obejrzę ją. Będę się cieszyć tą niezwykle wzruszającą historią, ile tylko się da. Co do dwójki... Była na pewno o wiele gorsza od wszystkich, więc i tak produkcja weszła poziom wyżej i prawie dorównała temu pierwowzorowi. Choć wydaje mi się, że gdyby była po prostu oddzielnym filmem, to inaczej odebrałabym ją – bardziej pozytywnie. Tak to moje wymagania były zbyt wygórowane. 

Bohaterów jak zawsze jest po prostu multum. I tym razem niektóre były całkowicie niepotrzebne i wrzucone na siłę. Lecz dominowali ci genialni, z którymi chciałoby się pogadać, pobyć. Charaktery są naprawdę pod wieloma względami rozbudowane i przede wszystkim najróżniejsze, a to chyba najważniejsze. Ja sama najbardziej lubiłam Wojciecha i jestem temu wierna. Niestety w tej części boryka się z wieloma problemami, które diametralnie zmieniły jego życie. Oczywiście kontynuowane są losy Kariny i Szczepana. Można je określić jednym słowem – szalone. Myślę, że wiecie, czego po nich można oczekiwać. Nie można też zapomnieć o Melchiorze i wielu innych postaciach...

Problematyka jest bardzo istotna, więc nie jest to do końca komedia, która wyłącznie ma nas rozśmieszyć. Pokazuje, co to znaczy utracić bliską osobę i jak ciężko sobie z tym poradzić. Nawet najlepsi i najsilniejsi ludzie mogą się załamać i nie do końca dawać radę z tym przytłaczającym i traumatycznym faktem. W rolę wchodzi też brak obecności ojca w życiu człowieka i jego długotrwałe konsekwencje. No i oczywiście sama miłość oraz jej poszukiwania. Co jak co ale w święta może każdego zaskoczyć. 

Gra aktorska momentami jest po prostu wybitna. Jak dla mnie pierwszą i najważniejszą rolę gra Agnieszka Dygant, która idealnie wciela się w Karinę i potrafi ukazać jej dynamikę oraz nieprzewidywalność. Bardzo też lubię Wojciecha Malajkata, który gra właśnie moją ulubioną postać, czyli również Wojciecha. Myślę, że zabójczą karierę zrobi również Mateusz Winek (Kazik), który mimo młodego wieku radzi sobie doskonale i przy tym jest taki uroczy. W skrócie – cała plejada gwiazd. 

"Listy do M. 3" okazały się całkiem dobrą kontynuacją i jestem przekonana, że jeszcze kiedyś do nich wrócę. Tymczasem was zachęcamy do obejrzenia tego filmu. Myślę, że w większości spodoba się wam. 

niedziela, 12 listopada 2017

Krudowie – reż. Chris Sanders, Kirk De Micco


Tytuł: Krudowie

Reżyser: Chris Sanders, Kirk De Micco

Produkcja: USA

Gatunek: Animacja

Rola główna: Nicholas Cage

Czas trwania: 1 godz. 38 min.

Premiera: 5 kwietnia 2013 r. (Polska), 15 lutego 2013 r. (świat)

Ocena: 8/10







Jesteśmy przyzwyczajeni do naszej codzienności. W końcu jest to coś znanego nam, coś, co daje nam bezpieczeństwo i możliwość dobrego samopoczucia. Często nawet nie zwracamy uwagi, że zachowujemy się ciągle tak samo i tak naprawdę lubimy to. Przecież nie ma w tym nic złego. Ale czy czasami nie byłoby dobrze spróbować czegoś nowego i zaryzykować? Iść za nieoponową ciekawością? Świat jest piękny i kryje wiele tajemnic, które ktoś musi odkryć. Czemu właśnie nie ty?

Krudowie to jaskiniowcy, którzy opanowali do perfekcji sztukę przetrwania. Mimo że już żadni z sąsiadów nie żyją, zjedzeni przez jakieś gady czy wykończeni przez epidemię, to ta rodzinka nie daje się. Wychodzi z jaskini tylko w dzień i to na krótko. Jest to jedyne życie, które znają, a głowa całej rodziny uważa, że najlepsze z możliwych. Jednak pewnego dnia Eep postanawia na chwilę wyjść w nocy. Przyciągają ją iskierki ognia, które są dla niej całkowitą nowością. Wtedy też poznaje niesamowitego Guy'a. Chłopak ostrzega ją przed końcem świata. Dziewczyna nie wierzy w niego, ale gdy pojawiają się znaki zwiastujące koniec, wszystko w życiu Krudów zmienia się. Czy tym razem przetrwają? Jakie tajemnice skrywa ich świat?

O "Krudach" w swoim czasie było bardzo głośno. Pamiętam, gdy w telewizji pojawiały się niezliczone reklamy, a każde dziecko chciało poznać tę zwariowaną rodzinkę. Mimo to nie zwróciłam większej uwagi na tę animację. Było w tamtym czasie o wiele więcej bajek, które przyciągały moją uwagę. Jednak teraz gdy obejrzałam prawie wszystkie możliwe, wróciłam i do tej. Animacje to mój ulubiony gatunek filmowy. Uważam, że jest niedoceniany i spłycany niepotrzebnie. Może i są to opowiastki dla dzieci, ale jakby nie patrzeć niosą ze sobą wiele nauki i dostarczają jeszcze więcej rozrywki. Dla mnie to idealny rodzaj filmu. I ostatecznie chyba każdy go lubi – nawet jeśli temu przeczy. Dlatego cieszę się, że obejrzałam tę produkcję i mam po niej bardzo dobre odczucia. 

Co do pomysłu... Nie oszukujmy się – motyw jaskiniowców jest bardzo popularny w naszej kulturze, a w kinematografii jest tego pełno. Podejrzewam, że dlatego tak długo zwlekałam z obejrzeniem "Krudów". Mimo tej sztampowości czuć w nich pewien powiew świeżości. Nie jest już to schematyczna historia, ale wykorzystanie starego motywy w niekonwencjonalny sposób, który nieraz i nie dwa zaskakuje. Bardzo podoba mi się to nowe ujęcie, choć czasami jest bardzo nielogiczne. 

Od pierwszych minut wciągnęłam się w tę opowieść i tak naprawdę nie mogłam jej przestać oglądać. Musiałam dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy, jak potoczą się losy rodzinki. Fabuła jest niezwykle emocjonalna, czego w ogóle się nie spodziewałam, gdyż w większości bajek stawia się bardziej na rozrywkę i tylko w małym stopniu na silne emocje. Tutaj to wszystko było odwrócone. Raz się śmiałam, by zaraz drżeć o życie bohaterów. Czasami było mi tak przykro, że nie wiedziałam, co ze sobą mam zrobić. Chciałam wejść do tego świata i pozmieniać niektóre rzeczy tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Żałowałam, że to niemożliwe. Tym bardziej że historia jest rozbudowana i wielokrotnie szokuje. Może jesteśmy w stanie przewidzieć ostateczne zakończenie, ale to co dzieje się pomiędzy jest po prostu nieprzewidywalne. 

Główna bohaterka – Eep – od początku wzbudziła moją sympatię. Okazała się załamaniem schematu standardowych głównych postaci, które irytują na każdym kroku. Była otwarta na doświadczenia, nie grała nie wiadomo kogo, tylko cały czas po prostu była sobą i nie zamierzała tego zmienić. Czasami chciało mi się śmiać, gdy nie miała żadnych ograniczeń, a jej zachowania po prostu nie dało się opisać. Kogoś takiego nie da się nie lubić. Zresztą sam Guy również okazał się ciekawą osobowością, ale przy tym wyjątkowo tajemniczą i rąbek tych wszystkich sekretów nie zostaje uchylony. Co jednak mi w ogóle nie przeszkadza, ponieważ chłopak straciłby wtedy tą swoją iskrę, która nadawała akcji historii. Aczkolwiek ze wszystkich bohaterów najbardziej polubiłam Gruga, czyli ojca Eep. To jak starał się ochronić rodzinę oraz jego miłość urzekły mnie od początku. Zdobył cały mój szacunek i oddanie. 

"Krudowie" ukazują jak ważna jest w życiu ciekawość świata. Ale ostrzegają również przed nierozwagą i brakiem odpowiedzialności. Właśnie takich bajek potrzebują dzieci, a tym bardziej dorośli, którzy zapominają co to znaczy żyć. Jasne, że trzeba na siebie uważać i nie robić bezsensownych głupot, ale nie można też całe życie siedzieć w skorupie i nawet nie próbować czegoś zmienić, przeżyć coś nowego. Czasami w rolę wchodzi walka o przetrwanie, która w naszym świecie wydaje się już mało uniwersalna, jednak jeśli spojrzeć na to z innej strony, to nadal w dużej mierze nas dotyczy i moim zdaniem warto o tym pamiętać. W szczególności jak ma się nadopiekuńczego ojca jak Eep. Ich relacja pokazuje, co w życiu znaczy prawdziwa miłość i ile można za nią oddać. Historia opisująca ich miłość jest niesamowicie wzruszająca. Czasami miałam ochotę płakać i przede wszystkim kibicowałam im na każdym kroku. 

Grafika animacji jest fantastyczna. Od początku do końca każdy najmniejszy szczegół jest dopracowany i zachwyca. Otoczenie jest wielobarwne i przyciąga do siebie. Razem tworzy to przepiękną całość, którą można porównać z niesamowitym snem. Chciałabym choć na chwilę znaleźć się w tak niezwykłym świecie. 

Żałuję, że dopiero teraz obejrzałam "Krudów". Myślę, że wrócę do nich jeszcze nieraz i zmuszę wszystkich moich znajomych do obejrzenia ich. Tymczasem was do tego serdecznie zachęcam. Jeśli tylko lubicie tego typu filmy, to ten na pewno przypadnie wam do gustu. 

piątek, 10 listopada 2017

Dominic – L.A. Casey


Tytuł: Dominic

Autor: L.A. Casey

Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka

Cykl: Bracia Slater

Tom: I

Kategoria: Literatura erotyczna

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 488

Ocena: 6/10







Gdy życie dokopie, można udawać, że nic się nie stało, że wszystko jest takie same, że tak naprawdę wcale nasze życie nie legło w gruzach. Możemy to sobie wmawiać i zarazem wierzyć, że tak jest. Jednak możemy też rezygnować z wielu rzeczy, by uniknąć kolejnej tragedii. Nigdy nie wiadomo kiedy ona przyjdzie i sprawi, że nasze życie stanie się piekłem. To przerażająca wizja, której nikomu nigdy nie życzę. Jednak pojawia się pytanie – jak sobie poradzić w takiej sytuacji? Czy to w ogóle możliwe?

Bronagh jako dziecko straciła obojga rodziców. Została jej tylko siostra. Dla niej to traumatyczna sytuacja. Mimo że prawie nie pamiętam swojej mamy i taty, to i tak za nimi tęskni. Ich śmierć nauczyła ją, żeby nie przywiązywać się do nikogo. Najlepiej żeby ignorować ludzi. Dlatego właśnie Bronagh poza swoją siostrą nie chce dopuścić nikogo do siebie. W szkole jest dziwadłem i często inni uczniowie znęcają się nad nią psychicznie. Jednak sytuacja tylko się pogarsza, gdy w klasie pojawiają się bliźniacy – Damien i... Dominic. Czy można oceniać ludzi po pierwszy wrażeniu? Czy zaborczość może się równać miłość?

Dominic   – jako bestseller –zyskał w ostatnim czasie olbrzymią popularność. Słyszałam na jego temat niezliczoną liczbę najróżniejszych opinii. Zwykle nie przepadam za takimi książkami, ale ta mnogość recenzji zaciekawiła mnie. Chciałam sama dowiedzieć się, na czym  polega fenomen tej powieści. Literatura erotyczna to często książki dla kobiet, które są mocne i bardzo niegrzeczne, że tak się wyrażę. Niektórych to pociąga i pozwala wyzwolić się z monotonnego świata. Ja do erotyków mam ambiwalentne odczucia. Spotkałam się z takimi, które wywołały w stu procentach negatywne emocje, ale czytałam i takie, które okazały się pasjonujące, pełne akcji i prawdziwej miłości. Do jakiej kategorii należał pierwszy tom "Braci Slater"?

Zacznijmy od tego, że pomysł nie jest bardzo oryginalny. Raczej mnie nie zaskoczył od pierwszych stron, ale nie odbieram tego jako wady, ponieważ tego właśnie oczekiwałam, a już tym bardziej się spodziewałam. Jest to typowa romantyczno-erotyczna opowieść, która ma nam dostarczyć rozrywki i wielu emocji. Pod tym względem sprawdza się idealnie. I mimo konwencjonalności ma powiew świeżości w postaci pięciu wysportowanych mężczyzn i to w dodatku braci. Kto by się spodziewał, że autorka nie ograniczy się tylko do bliźniaków? Ja na pewno nie, dlatego jestem ciekawa pozostałych tomów. Chciałabym lepiej poznać całe rodzeństwo. 

Styl jest lekki i przyjemny, dzięki czemu książkę czyta się w zaskakująco szybkim tempie. Jeśli czytacie moje recenzje, to dobrze wiecie, że najczęściej na to narzekam. Ale w "Dominicu" konieczny był właśnie taki styl i doceniam, że pisarka nie kombinowała z nie wiadomo jak skomplikowanym językiem. Ostatnio czytałam wiele ambitnych lektur i byłam nimi już zmęczona. Dlatego właśnie doceniam całokształt tej powieści. Właśnie czegoś takiego potrzebowałam. Choć przyznaję, że miejscami jest jak dla mnie zbyt wulgarnie. Te wszystkie wulgaryzmy miały dodać pikanterii i właśnie to zrobiły, ale czasami było ich wręcz za dużo i psuły pojedyncze sceny, które idealnie wkomponowałyby się w całość. 

Fabuła jest dla mnie ciężkim tematem, ponieważ mam problem z ubraniem w słowa swoich odczuć. To jest prawie pięćset stron o niczym, co zapewne większość z was mogłoby irytować. Nie dziwię się, jednakże wiem, że na tych stronach jest też opowiedziana historia wielu ludzi ukryta między wersami. Dlatego mimo prostoty należy się skupić i przejrzeć wszystkie możliwości. Aczkolwiek momentami ta książka była całkowicie niepotrzebnie przedłużana i ja w ogóle nie mogłam zrozumieć czemu. Bardzo się wciągnęłam i podobała mi się ta nutka pikanterii zawarta w całej opowieści. Choć może lepiej zabrzmi olbrzymia nuta... Zmusza do oderwania się od codzienności i pozwala na rozrywkę i brak jakiejkolwiek kontroli. Każdy potrzebuje czegoś takiego. Tym bardziej że momentami fabuła naprawdę mnie zaskakiwała. 

Chyba największym minusem całej książki jest główna bohaterka – Bronagh. Autorka chciała z niej zrobić ofiarę losy, ale przy tym pewną siebie i nie pozwalającą pomiatać sobą. Wszystko pięknie, ale w efekcie dziewczyna nie miała żadnego charakteru. Jej temperament nie nadawał żadnych charakterystycznych cech osobowościowych, więc ostatecznie Bronagh okazała się zwykłą, książkową postacią, która momentami wręcz zniechęcała do siebie. Na szczęście nadrabiał Dominic. Nie będę go wychwalać pod niebiosa, jak większość osób to robi, bo momentami byłam sfrustrowana przez jego zachowanie. Okazał się zaborczy i zbyt chamski. Niech każdy mówi, co chce, ale mnie taka mniemana miłość nie przekonuje. Jednak jego temperament ubarwiał całą książkę. On miał po prostu cechy ludzkie i dzięki temu darzyłam go sympatią. Ale jego brat... Tu to jest już całkiem inna historia. Damien miał bardzo rozbudowaną psychikę, co dało się odczuć za każdym razem, gdy tylko się pojawiał. Takich właśnie postaci potrzebuje ta seria. I patrząc na pozostałych braci, widać że cykl "Bracia Slater" ma na to olbrzymie zadatki. 

"Dominic" nie jest to wyjątkowo ambitna i wybitna książka. Podejrzewam, że wiele osób bardzo ją krytykuje i w tym momencie dziwi się, że mogłam tak pozytywnie ją ocenić. Jak to się stało? Ta powieść nie jest po prostu dla wszystkich. Jest mocna, wulgarna i pikantna. Nie każdy poradzi sobie z takim połączeniem. Jednak dla tych którzy potrzebują rozrywki i nie boją się sięgać po tak kontrowersyjne pozycje, jest to idealny wybór, który na pewno przypadnie im do gustu. 


Za możliwość poznania braci Slater oraz obserwowanie zmagań miłosnych Bronagh i Dominica dziękuję bardzo księgarni Tania Książka

czwartek, 2 listopada 2017

Szepty dzieci mgły i inne opowiadania – Trudi Canavan


Tytuł: "Szepty dzieci mgły i inne opowiadania"

Autor: Trudi Canavan

Tłumaczenie: Agnieszka Fulińska

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Galeria Książki

Liczba stron: 205

Ocena: 7.5/10









Każdy człowiek jest inny. To jest prawda, która nie podlega żadnej dyskusji. Możemy spotykać podobne osoby z wyglądu i charakteru, jednak nadal nie będzie to ten sam człowiek tylko ktoś całkowicie odmienny. Dlatego też każdy z nas ma różnorodne pragnienia, inne cele, ambicje i moralność. Powinniśmy być wierni swoim przekonaniom, ale też bacznie obserwować świat i wyciągać wnioski z różnych wydarzeń i sytuacji. Lecz czy zawsze się da? 

O "Szeptach dzieci mgły" słyszałam już wielokrotnie. Spotykałam się z pozytywnymi opiniami, ale również i negatywnymi. Uważam Trudi Canavan za bardzo dobrą pisarkę, która stara się uchwycić inaczej świat, pokazać to drugie, a czasami nawet trzecie oblicze. Nie boi się podejmować żadnych tematów, więc jej dzieła ukazują różnorodne zdarzenia. Właśnie dlatego nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać po tej książce. Bardzo rzadko czytam opowiadania, więc jest to dla mnie coś nowego. Ich popularność nie jest tak wielka jak pełnowymiarowych, grubych powieści. Sama jestem zdania, że mało które jest w stanie przekazać coś głębszego, zaciekawić. Choć nie przeczę, że za pomocą kilkunastu stron można poruszyć dogłębnie. I w wielu opowiadaniach pisarka właśnie tego dokonała. 

Podoba mi się, że nie ograniczyła się. Wyszła poza swój własny schemat. Wykorzystała stare motywy znane nam z "Trylogii Czarnego Maga", ale również umieściła swoje historie w realnym świecie czy w science fiction. Każdy może w tym zbiorze znaleźć przynajmniej jedno wydarzenie, które będzie się działo w lubianym przez daną osobę klimacie. Podziwiam ją za to i bardzo doceniam. W końcu trudno wyrwać się z raz stworzonego uniwersum. W dodatku każde opowiadania poza miejscem akcji porusza inny temat i nie ma nic wspólnego z pozostałymi. Nie ma przewodniego toposu. Jest taki przyjemny i ciekawy miszmasz, dający poczucie rozmaitości. 

O samym stylu nie mam zbytnio, co mówić, bo jeśli znacie twórczość autorki, to dobrze wiecie czego się spodziewać. Jest on tak charakterystyczny i niepowtarzalny, że chyba każdy, kto czytał jej jakieś książki, jest w stanie go rozpoznać i przede wszystkim przywiązać się do niego. Język jest wyrafinowany, aczkolwiek nie jest przy tym zbyt skomplikowany. Canavan znalazła idealną granicę pomiędzy prostotą a złożonością. Dzięki temu przenoszę się do całkowicie innego świata, gdzie nie wiem, czego się spodziewać, ale rozumiem też jego struktury. Tracę przy tym poczucie czasu.

Nietypowość opowiadań sprawia, że są bardzo wciągające. Nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł przerwać dany rozdział, nie doczytując go wcześniej. Jednakże chyba najbardziej zaskoczyło mnie tytułowe opowiadanie, czyli "Szepty dzieci mgły". Spodziewałam się czegoś całkowicie innego po nim. Nawet mi nie przyszło do głowy, że może zostać poprowadzone w ten sposób i odnosić się do takich tematów. Oczekiwałam olbrzymiej ilości magii i dziwnych magicznych istot, tymczasem dostałam dość naturalną opowieść. Lecz to nie ono najbardziej mi się podobało tylko opowiadanie "Szalony uczeń". Ta historia zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Nie mogłam się od niej oderwać. Potrafiła mnie zaskoczyć, ale również dać dużo do myślenia na tematy, na które raczej nie zwracam zbytniej uwagi. 

Bohaterów przewinęło się naprawdę dużo i prawie z każdym zżyłam się, a z niektórymi nawet utożsamiłam. Ich życiowe losy zadziwiały mnie oraz intrygowały. Byli bardzo dobrze wykreowani, a przy tym niezwykle tajemniczy, co ogromnie mnie pociągało. Takie postacie są dobre – pełne pasji, ale zarazem nieodkrytych sekretów. Moją największą uwagę przykuła Kali z "Markietanki". Dopiero na sam koniec dowiadujemy się, kim jest i tak naprawdę poznajemy tylko zalążek jej prawdziwej historii. 

Na końcu każdego rozdziału znajdowała się notka z wypowiedzią Canavan. Autorka opowiadała, skąd wzięła pomysł, motywację oraz dlaczego poprowadziła w dany sposób fabułę. Był to niezwykły dodatek, ponieważ miałam wrażenie, że mówi nam o sobie, więc jest to coś więcej niż zwykła książka. 

"Szepty dzieci mgły i inne opowiadania" okazały się genialną odskocznią od dnia codziennego i długich powieści, które zwykle czytam. Mam nadzieję, że kiedyś ukaże się więcej opowiadań tej pisarki. A ja odtąd zwrócę większą uwagę na tę niedocenianą formę.

poniedziałek, 30 października 2017

Oszustka – Melanie Dickerson


Tytuł: Oszustka

Autor: Melanie Dickerson

Cykl: Średniowieczne Opowieści

Tom: I

Kategoria: Romans 

Wydawnictwo: Dreams

Ocena: 5.5/10











Nie będę się starać tym razem w jakikolwiek sposób być oryginalna. Poruszam zbyt powszechny temat, by powiedzieć coś nowego. Jednakże powszechność nie zawsze znaczy, że coś jest nie warte uwagi. W tym przypadku po raz kolejny mówimy o najpiękniejszym uczuciu, jakie istnieje na świecie. Dzisiaj mowa o miłości. Tylko nie tej współczesnej, ale tej z romantycznych, średniowiecznych opowieści. Wiele osób twierdziło wtedy, że nie warto wybierać partnera z miłości. W tych czasach liczył się pragmatyzm, ale nie można zapomnieć, że jednak dokładnie w tych samych czasach tworzono przepiękne historie o sile miłości, którą nic, ani nikt nie mógł pokonać. Czy ona naprawdę istniała?

Aveline od dziecka pracuje na zamku. Jej zadaniem jest towarzyszenie i pomaganie w codziennych czynnościach panience Dorothei, która jest dość wymagająca. Pewnego dnia, gdy obie kobiety są już dorosłe, to właśnie ona stawia Aveline w bardzo trudnej sytuacji rzutującej na całe życie młodej służki. Jednak do tragedii dochodzi kiedy margrabia Thornback musi znaleźć sobie żonę i zaprasza do swojej posiadłości Dorotheię, która niekoniecznie może się wybrać do niego w odwiedziny. Musi pojechać ktoś inny, a najlepszym wyborem jest właśnie Aveline. Nie byłoby z tym problemu, gdyby nie musiała zastąpić swoją panienkę. Czy uda się jej to? Czy ktoś odkryje spisek? I przede wszystkim czy miłość może być silniejsza od statusu i pieniędzy? 

Romans historyczny nie jest zbyt często spotykanym gatunkiem i z tego, co słyszę, również niezbyt lubianym. Mimo to bardzo mnie do niego ciągnęło kilka lat temu. Dlatego właśnie zaopatrzyłam się w kilka książek z tego rodzaju. Od razu zaczęłam czytać i wtedy zdałam sobie sprawę, że w ogóle mi się nie podoba. Tamte powieści okazały się straszne i ostatecznie oduczyły mnie zbyt pochopnych zakupów. Przez kolejne kilka lat trzymałam się z dala od starodawnych, romantycznych historii. Niesmak pozostał, jednak mimo to nadszedł czas, bym znowu dała szansę temu gatunkowi. Moje kolejne spotkanie z nim było na pewno o wiele lepsze, lecz niestety nadal nie do końca satysfakcjonujące. 

Kiedy tylko przeczytałam opis, od razu miałam skojarzenie z "Rywalkami". Te dwie książki odbywają się w całkowicie innych realiach, ale zasada jest bardzo podobna. Miałam co do tego mieszane uczucia, bo nie uważam cyklu "Selekcja" za jakąś nie wiadomo jak wybitną prozę, ale od początku pomysł podobał mi się. W tym przypadku również tak było. Nie jest on wielce oryginalny, lecz jeśli ktoś chce się oderwać od monotonnej rzeczywistości i przenieść w miejsce, gdzie miłość jest odważana na szalkach wagi, to spełnia całkowicie swoją funkcję. Tym bardziej że jest naprawdę dobrze poprowadzony, aczkolwiek mało zaskakujący. 

Styl autorki ku mojemu ubolewaniu w ogóle się niczym specyficznym nie wyróżnia. Wyobrażacie to sobie? Jest przeciętny, a oczekiwałam czegoś więcej. Nic nie może dodać bardziej pikanterii książce, niż niesztampowy język, którego właśnie tu zabrakło. Na szczęście mimo tej karygodnej wady, "Oszustkę" czyta się bardzo dobrze i szybko, przez co nie miałam nawet kiedy ponarzekać. Spokojnie powieść można przeczytać w jeden dzień. Tylko rzuca się czasami niespójność językowa. Składnia nie zawsze jest odpowiednio ułożona. I nie mogę zapomnieć, że akcja dzieje się w średniowieczu, a autorka postawiła na współczesny język. Dla niektórych jest to dobre wyjście, ale ja jestem koneserem archaizmów, więc tego mi brakowało. 

Jakkolwiek  bym nie narzekała, to nie mogę "Oszustce" odmówić faktu, że jest bardzo wciągająca. Jak zaczęłam czytać, to wiedziałam, że nie mogę przerwać, póki nie skończę. Jest to po prostu idealna opowieść na wolny dzień, gdzie chcemy oddać się swojemu ulubionemu hobby, ale również chcemy się zrelaksować i przenieść do innego świata. Jest to rodzaj ballady, która łączy w pary przypadkowych ludzi pałających do siebie wielkim i gorącym uczuciem. Nie jestem zbyt ckliwa, ale i ja czasami potrzebuję właśnie takich opowieści. Wbrew naiwności i pozorom przywracają one wiarę w miłość. Szkoda tylko że zakończenie okazało się zbyt proste. Pierwsze etapy fabuły były bardzo rozbudowane, a sam koniec zbyt szybki i niepewny. 

Avaline polubiłam. Okazała się sympatyczna i miała tę iskrę w oko. Jednak jak dla mnie zbyt często zmieniała swoją osobowość. Miałam wrażenie, że autorka chciała ukazać jej sentymentalną stronę, gdzie jest nieśmiała i miła, ale chciała również pokazać, że jak chce, to może być waleczna, pewna siebie i niepokonana. Zamiast połączyć te wszystkie cechy w jedną spójną całość, wyszły jej dwie Aveline. Natomiast margrabia podbił moje serce. Okazał się surowy i niestety zbyt pewny siebie, ale razem z jego dobrym charakterem tworzyło to pełen obraz człowieka z zasadami, który  w odpowiednich sytuacjach jest w stanie je łamać mimo opinii społeczności. W całej powieści pojawiają się naprawdę sympatyczni bohaterowie, ale to nie starcza – są za mało wyraziści. 

"Oszustka" nie jest książka górnolotnych słów i głębokich wydarzeń, ale jest bardzo przyjemna w odbiorze. Jest to drugi tom, ale nie łączy się z pierwszym, więc można spokojnie go pominąć lub przeczytać w innej kolejności. Jeśli tylko lubicie historie o miłości, takiej prawdziwe z ballad, to gorąco wam ją polecam. 

sobota, 28 października 2017

Halloween Book Tag

Witajcie!


Postanowiłam ulec magii Halloween i tym razem w pewien sposób też jakoś świętować ten dzień. Ponieważ zawsze byłam najbardziej przekonana do książek, to im poświęcę ten dzień (nawet trochę wcześniej)
Dlatego zapraszam Was na Halloween Book Tag! :)




1. Wilkołak – książka, w której występują czworonogi


Harry Potter – tutaj nawet nie miałam się nad czym zastanawiać. Remus Lupin jest bez wątpienia bardzo sławnym wilkołakiem, ale przy tym również moim ulubionym bohaterem z serii o Harrym. Pewnie część z Was zdziwi się dlaczego akurat on. Odpowiedź jest dość łatwo. To wyjątkowo sympatyczna postać, ale przy tym z przerażającą historią. Remus poczuł na swojej skórze całą ironię życia. Był jedną z najlepszych osób, jakie spotkałam w literaturze, a przy tym tak dużo wycierpiał.

Wampir – książka z dużą ilością krwawych walk


Czerwona królowa (recenzja)– jak sam tytuł cyklu mówi, są to powieści pełne krwi i to w dodatku nie tylko tej czerwonej. Pojawiają się sceny walk, gdzie ginie wiele osób w brutalny i przerażający sposób.






Cerber – książka o mitologii


Percy Jackson (recenzja)– bogów to się tu mnoży ile tylko się da, ale w tym przypadku to idealne urozmaicenie literatury młodzieżowej i fantastyki. Można w łatwy, pełen śmiechu i emocji sposób poznać bogów greckich oraz zapamiętać ich naprawdę na długo. Czasami gdy czytałam, miałam odczucie, że lepiej byłoby przeczytać ten cykl niż naszą mitologię Parandowskiego. Choć oczywiście jestem za przeczytaniem tego i tego ;)



Dynia – książka z denerwującymi bohaterami


Niezgodna  (recenzja) – w książkach z tego cyklu główna bohaterka denerwowała mnie na każdym kroku. Co by nie zrobiła, nie pasowało mi. Uważałam to za irracjonalne i w żaden sposób nieuzasadnione. U innych bohaterów też często zauważałam taką tendencję, więc to chyba naturalne w tej serii.


Cukierek albo psikus – najzabawniejsza książka


Matt Hidalf (recenzja)– ten przykład podaję za każdym razem, gdy chodzi o jakąś zabawną powieść. Chyba powinnam być bardziej oryginalna i poszukać innej pozycji, ale co poradzić, że ta tak idealnie się nadaje, by spędzić wieczór z uśmiechem na ustach. Matt jest po prostu przekochany, a do tego ma genialne, trochę sarkastyczne poczucie humoru, które pozwala na oderwanie się od często smutnej rzeczywistości.


Kostiumy – książka, w której bohater ukrywa swoje prawdziwe ja


Szklany tron (recenzja)– dla niektórych pewnie to będzie dość mocny spojler, ale nie przejmujcie się. Sama jestem tylko po dwóch tomach, więc moje zdanie może być niepełne. Ale tak, w pewnym momencie główna bohaterka zaskoczyła mnie na całej linii i tylko czekam, żeby dowiedzieć się, co więcej nam zaserwuje na deser. Szkoda tylko, że na razie nie mogę sobie pozwolić na kontynuację serii :(


Koniec psot – książka, która skończyła się za szybko


Saga o Wiedźminie (recenzja) – dokładnie tak. To może dziwne, ale ja nadal uważam, że przygody Geralta skończyły się za szybko, mimo że to kilka całkiem pokaźnych ksiąg. Tak się wkręciłam w tę opowieść, że chciałabym powrócić do tego świata i zobaczyć, co dalej... Mam tyle pytań, tyle niewyjaśnionych kwestii, że po prostu nie mogę wytrzymać i chyba sama sobie dopiszę dalsze części ;)






Apokalipsa zombie – kogo tagujesz?


Każdego, kto ma ochotę pogrzebać w swojej pamięci i przypomnieć sobie, co rzuciło się w oczy w danej powieści. Oraz każdego, kto chce poczuć mroczny i tajemniczy klimat Halloween :)


czwartek, 26 października 2017

Życie jest piękne – Natalia Murawska


Tytuł: "Życie jest piękne"

Autor: Natalia Murawska

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Novae Res

Liczba stron: 318

Ocena: 6/10













Życie człowieka nie jest łatwe. Prawie każdy z nas to potwierdzi. Te ciągłe niepowodzenia, tragedie, negatywne emocje i świat, który jest przeciw nam. Może to wykańczać na każdym kroku. Zapewne ciągle na to wszystko narzekacie. Tylko zapominacie o pewnym "ale". W końcu ono jest zawsze. Tym razem też, w tym przypadku wyjątek nie potwierdza reguły. Dlatego zacznijmy od początku – Życie człowieka nie jest łatwe, ale jest piękne. Zgadzacie się z tym?

Nat i Nel są przyjaciółkami od pierwszej klasy podstawówki. Od momentu, gdy towarzyska Natalie podeszła do pewnej skulonej w kącie dziewczynki, która była małą Cornelią. Są nierozłączne, każdą chwilę spędzają razem. Ich życie jest jak z jakiegoś filmu. Piękne, pełne energii i radości. Wszystko zawsze się udaje. Śmieją się i kpią z wszelkich kłopotów. W końcu te wszystkie złe rzeczy, które dzieją się na świecie nie dotyczą ich. Jednak czy na pewno tak jest? Życie jest piękne, ale nieidealne. Należy o tym pamiętać. W szczególności gdy słyszy się słowa rozwód i białaczka. Czy po nich wszystko może być takie samo, jak było wcześniej? 

Kiedyś uwielbiałam młodzieżówki. Mogłabym je czytać przez cały czas. Fascynował mnie ten świat najczęściej amerykańskich szkół, popularnych nastolatków, przelotnych miłostek i wiecznych problemów. Byłam w tym wieku, że akurat rozumiałam bohaterów. Teraz zastanawiam się, po co ja w ogóle je czytam. Prawie żadna mi się nie podoba, a nie mówię już o tym, żeby robiła na mnie wielkie wrażenie. Chyba z tego wyrosłam. Mimo to próbuję dalej znaleźć coś wow. "Życie jest piękne" nie było akurat tym, ale bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Chciałam odmiany i w pewnym sensie dostałam ją. 

Niestety nie mogę powiedzieć, że sam pomysł jakoś bardzo mnie zaskoczył. Jest dość sztampowy. W końcu śmiertelne choroby, problemy miłosne są powszechne w literaturze młodzieżowej. Są jej nieodzowną częścią. Ale właśnie dlatego w tej chwili nie zaskakują. Prawie każdy zaciekły czytelnik przerobił już najróżniejsze scenariusze wszystkich możliwych wydarzeń. Trzeba być geniuszem, żeby wpaść na coś zaskakującego. Natalia Murawska dobrze poprowadziła wszystkie wątki, lecz nie pokazała niczego nowego. 

Jej styl jest bardzo przyjemny, co w tym przypadku cenię. Tym bardziej że nie był infantylny ani zbyt dziecinny, więc spokojnie powinien zaspokoić pragnienia czytelnika. Oddziałuje bardzo na emocje, więc czasami przenosiłam się w myśli, a raczej uczucia Nel i Nat, a narracja jest pierwszoosobowa, co jeszcze bardziej potęgowało to wrażenie. I chyba największy plus całej kompozycji książki, to rozdziały, które rozpoczynają się cytatami z książek, filmów czy seriali. Bardzo mi się to spodobało, ponieważ były one idealnie dobrane do sytuacji, która miała być ukazana w danym rozdziale i w dodatku pochodziły ze współczesnych dzieł, choć pojawiały się i ze starszych. Niejeden cytat znałam i pamiętałam. Widać, że pisarka włożyła w to dużo pracy.

Fabuła wciągnęła mnie od początku. Chciałam dowiedzieć się, którą wersję wybrała, a raczej wymyśliła Natalia Murawska. Dlatego czytałam z zapartym tchem i towarzyszyłam przez cały ten czas bohaterom. Chciałam, żeby wszystko im się ułożyło, a byłam trzymana w olbrzymim napięciu. Czułam ich uczucia i zmagałam się w danej chwili z tymi samymi problemami, choć tak naprawdę nigdy nic takiego nie przeżyłam. Rozumiałam ich i nie oceniałam. To było piękne. Aczkolwiek chwilami powieść była bardzo przesłodzona wręcz niewiarygodnie. Takie rzeczy nie dzieją się w życiu, a przynajmniej ja nigdy nie byłam świadkiem niczego podobnego. Jednak nie zmienia to faktu, że mogłam obserwować przeurocze momenty, w których krajało mi się serce. W dodatku to było tak pełne wiary i nadziei, że jestem pewna, że "Życie jest piękne" pomoże niejednej realnej osobie. 

Z postaciami z książki dość często się utożsamiałam. Aż sama momentami byłam zaskoczona, że tak dałam się uwieść. Nie będę udawać, że byli wykreowani nie wiadomo jak dobrze. Tak naprawdę to bardzo często mnie irytowali. Nie zmienia to faktu, że przywiązałam się do nich. Samej Nel nie mogłam polubić, mimo że bardzo się starałam. Częściowo jestem w stanie sobie wyobrazić, co czuła. W końcu dla większości białaczka jest końcem świata. Już nie chcą walczyć o swoje życie. Miała być archetypem siłacza, który walczy mimo wszystkich przeciwności, ale była słaba, za co oczywiście jej nie winię. To ludzie wokół niej byli silni. Natomiast Nat okazała się postacią z iskrą w oku i dość wrednym charakterkiem, lecz w tym najbardziej pozytywnym znaczeniu. Wprowadzała do książki radość i trochę pikanterii, a to właśnie w tej opowieści okazało się bardzo potrzebne. 

Co do samego wątku romantycznego to był tak samo jak cała powieść przeuroczy... Luke i Nel pasowali do siebie wręcz idealnie i byli przy tym bardzo naturalni i przede wszystkim realni. Byłabym w stanie uwierzyć, że taka historia wydarzyła się naprawdę. W przeciwieństwie do romantycznych przeżyć Nat i Nasha. Oni byli po prostu na każdym kroku szaleni i to było niesamowite. Na ich przykładzie była pokazana piękna miłość pełna namiętności, wiary i oddania. Szkoda, że w nią wątpię. 

Tematyka jest bardzo poważna i trudna. To nie są problemy dnia codziennego. To problemy z naszych koszmarów, te nieprzewidziane, które zdarzają się znajomym naszych znajomych lub ludziom w telewizji, ale nie nam. Pisarka ukazała, że trzeba się liczyć z tym, że to nie są tylko opowieści, ale coś prawdziwego, co może się przydarzyć również nam. Choć muszę przyznać, że wszystko poszło zbyt łatwo. W prawdziwym życiu tak nie jest.

"Życie jest piękne" jest niesamowitą powieścią, która urzeknie chyba każdą nastolatkę i nie tylko. Dzięki niej możemy zrozumieć, że powinniśmy doceniać ludzi oraz nasze własne tu i teraz. Życie jest zbyt piękne i skomplikowane, by o tym zapominać.

wtorek, 24 października 2017

Już nadchodzą! Dachołazy!



Nadeszła jesień, a razem z nią niezwykła premiera, na którą czeka prawie każdy czytelnik!

Sophie jako bardzo małe dziecko przeżyła zatonięcie statku. Udało się jej wyjść cało z katastrofy, tylko dlatego że ktoś włożył ją do futerału na wiolonczelę. Z opresji ratuje ją szalony naukowiec, który dotychczas nigdy nie miał zbyt dużej styczności z dziećmi. Jednak jest on bardzo dobrym człowiekiem i postanawia zapewnić jej dom oraz podarować własne serce. Nie chce oddawać dziewczynki do sierocińca, więc przez lata ukazuje jej własne spojrzenie na świat, które jest dość nietypowe. Dzięki temu Sophie wierzy w jedno wspomnienie, które miało miejsce podczas katastrofy. Czy ten jeden fakt może zmienić całe jej życie?

Tak, tak, dobrze słyszeliście – to już jutro premiera Dachołazów!

25 listopada 2017

Tymczasem zachęcam Was do przeczytania recenzji [LINK] i myślę, że do zapoznania się z książką :)

niedziela, 22 października 2017

Podróż w trzech smakach. Przepyszne opowieści w Buenos Aires, Nowego Jorku i Berlina – Layne Mosler


Tytuł: Podróż w trzech smakach. Przepyszne opowieści z Buenos Aires, Nowego Jorku i Berlina

Autor: Layne Mosler

Tłumaczenie: Kinga Markewicz

Kategoria: Literatura współczesna

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 488

Ocena: 6/10








Mam pewne wspomnienie z dzieciństwa. Nie jest zbyt ważne, ani jakkolwiek nie odegrało w moim życiu istotnej roli. Jednak mimo to zapamiętałam to wydarzenie sprzed lat i w jakiś sposób towarzyszy mi w życiu. Gdy byłam dzieckiem, razem z rodzicami pojechałam nad morze. Mama uwielbia ryby, więc postanowiliśmy wybrać się do typowej nadmorskiej restauracji, gdzie właśnie je serwują. Wydaje mi się, że jeszcze wtedy nie umiałam czytać, ale jakimś cudem wybrałam jakąś rzadką rybę. Za namową mamy i babci zamówiłam ją. Okazała się paskudna – pełna ości i tłuszczu, którego do dzisiaj nienawidzę. Mimo tego jest to bardzo dobre wspomnienie, bo przemogłam się i spróbowałam czegoś nowego. A co by było, gdybyśmy częściej próbowali nowych rzeczy? 

Layne Mosler rzuca studia dla jednego marzenia. Jej decyzja wydaje się szokująca, ponieważ kobieta postanawia założyć własną restaurację. Wybiera życie pełne zmian, sukcesów, ale również częstych porażek. Szybko sobie uświadamia, że niekoniecznie restauracja jest dobrym wyborem, ale jest lojalna wobec swojego marzenia. Dlatego właśnie wybiera się do Buenos Aires. Właśnie tam rozpoczyna swoją niesamowitą przygodę. Jej początek jest niewinny, gdyż ma miejsce w zwykłej taksówce. Co wiedzą kierowcy taksówek? Gdzie jest najlepsza restauracja? Co może przynieść na pozór zwykła noc?

Podróże są niesamowite. Mogą tyle nauczyć pod każdym względem. Każdy w nich znajdzie coś dla siebie, coś, co zapamięta na całe swoje życie. Nieraz i nie dwa snułam marzenia o tym, jak wyjeżdżam ze swojego miasteczka i poznaję cały świat, zaczynając od pobliskich miast, a kończąc na innym kontynencie. Moi bliscy zawsze się z tego śmieją, bo niekoniecznie są przekonani, że dam sobie sama radę, kiedy nawet nie umiem gotować. Pewnie dlatego wybrałam, jako swoją kolejną lekturę, najnowszy bestseller Podróż w trzech smakach. Chyba miałam nadzieję, że dzięki niemu nabiorę ochoty na nauczenie się nowej umiejętności, a przynajmniej na pogłębienie wiedzy na jej temat. Po części tak się stało. Aczkolwiek zostałam bardziej przekonana do odkrywania nowych restauracji, barów i przede wszystkim smaków niż gotowania. Ale przy tym znalazłam motywację do spełniania marzeń. 

Żeby było jasne – nie przepadam za powieściami, które ukazują prawdę. Rzadko je czytam i jakoś ogólnie jestem sceptycznie do nich nastawiona. W końcu życie to życie, a opowieść to opowieść. Ale nawet ja nie mogę zapomnieć, że najciekawsze historie kreuje właśnie to nasze życie. Pewnie to tak na mnie wpłynęło i sprawiło, że byłam pod wrażeniem, kiedy Layne pierwszy raz wsiadła do taksówki i zdecydowała się całkowicie spontanicznie zadać kierowcy jedno niezobowiązujące pytanie. Kto by pomyślał, że od takiej chwili zacznie się cała przygoda, którą na własnej skórze poczują najróżniejsi ludzie?

Styl pisarki bardzo mi się spodobał. Dokładnie takiego oczekiwałam po tego typu książce. Był na tyle charakterystyczny, by pamiętać, że mamy do czynienie z całkowicie żywym człowiek, który w dodatku opowiada nam ważne dla niego wspomnienia. Przy tym szybki, przyjemny i niezobowiązujący. Idealnie wpasował się w ogólną koncepcję powieści, dzięki czemu czułam się mile usatysfakcjonowana. 

Co do samej fabuły mam bardzo ambiwalentne odczucia. Początek po prostu mnie zachwycił. Bardzo dawno nie czytałam takiej opowieści, więc byłam oczarowana i nie chciałam się z nią rozstawać. Niestety szybko to się zmieniło, kiedy zdałam sobie sprawę, że staje się to rutynowe. Pierwsze dobre wrażenie odeszło, robiąc miejsce monotonni. Właśnie przez to czytałam "Podróż w trzech smakach" bardzo długo i wielokrotnie zmuszałam się do jej kończenia. Cała historia jest podzielona na trzy miasta – Buenos Aires, Nowy Jork i Berlin. Każde miasto ma jakiś niepowtarzalny wpływ na bohaterkę i kieruje jej karierę oraz marzenia w odpowiednie miejsce. Pewnie dlatego że początek najbardziej mi się podobał, to właśnie Buenos Aires najmocniej zapadło mi w pamięci. Egzotyczne miasto, którym rządzą całkowicie inne zasady niż u nas. A do tego sławetne tango. I to nie tylko takie w telewizji, ale dostępne również dla całkowicie zwykłych ludzi. Sama pragnęłabym przeżyć coś podobnego. Nie mogę zapomnieć też o olbrzymiej wiedzy, którą książka przekazuje nam. Mówimy tu o jedzeniu i zwyczajach. Jest to skarbnica odkryć i praktyk, o których nic nie wiemy. 

Layne do końca pozostała dla mnie zagadką i ostatecznie nie wyrobiłam sobie o niej żadnego zdania. Z jednej strony wykazała się olbrzymią odwagą, którą podziwiam całym sercem, ale z drugiej zbyt często jak dla mnie zapominała, co jest jej celem. To bardzo mnie irytowało. Przez powieść przewija się multum bohaterów, którzy pojawiają się często lub są tylko epizodyczni. Jest to perfekcyjny opis naszego życia, gdzie ludzie się przewijają, pozostawiając wspomnienie na długi okres lub zostają prawie od razu zapomniani. Czasami żałowałam, że autorka nie skupiła się bardziej na niektórych, jednak w pewnym sensie rozumiem, czemu właśnie tego nie zrobiła. 

"Podróż w trzech smakach" ukazuje, jak ważne jest, żeby podążać za swoimi marzeniami – nawet tymi najbardziej szalonymi. Oczywiście należy być im wiernym, a przy tym pozostać otwartym na nowe możliwości. I nigdy, przenigdy nie zapominać, że życie jest piękne.

Książka nie do końca mnie zadowoliła, jednak mimo to jestem zadowolona, że miałam okazję ją przeczytać. Dla fanów podróży i bardzo dobrego, ale całkowicie nowego jedzenia, jest to pozycja obowiązkowa, wisienka na torcie. 

Za możliwość zasmakowania w egzotycznych klimatach oraz znalezienia motywacji do spełniania marzeń dziękuję bardzo księgarni Tania Książka
 

wtorek, 17 października 2017

Amerykańscy bogowie – Neil Gaiman


Tytuł: Amerykańscy bogowie

Autor: Neil Gaiman

Tłumaczenie: Paulina Braiter

Seria: Gaiman

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 608

Ocena: 7/10









Gdy jesteśmy młodzi, nie myślimy o tym, co będzie. Snujemy odległe plany, mamy marzenia, ale nie zdajemy sobie sprawy, że pewnego dnia będziemy starzy i niekoniecznie nauczymy się funkcjonować w nowym świecie, gdzie wszystko się zmienia. Często myślimy, że ten starszy pan jest zabawny, a ta starsza pani to jakaś dziwna i zbyt powolna. Pewnego dnia to właśnie o nas tak będą mówić. Czy myśleliście kiedykolwiek nad tym? Tu od razu pojawia się kolejna tematyka – bardzo przykra dla nas. Nie zdajemy sobie sprawy, że pewnego dnia nikt nie będzie o nas pamiętał. Jedynie co po nas w najlepszym wypadku pozostanie to jakieś zdjęcie, czy może przedmiot. Przerażające i niestety prawdziwe. Pojawia się pytanie, jak to zmienić. Czy w ogóle jest taka możliwość? 

Cień ostatnie lata spędził w więzieniu. Jest to olbrzymi mięśniak, który jest zadziwiająco dobry jak na takie miejsce. Jednak coś musiał zrobić, że wyrok został wydany. Ale jak się mu przygląda, to trudno powiedzieć, że ktoś, kto codziennie ćwiczy sztuczki z monetami i czeka na ukochaną żonę, mógł kiedykolwiek zrobić coś złego. Na szczęście nie pozostało już wiele. Cień odlicza dni do uwolnienia. Ma wszystko zaplanowane – wróci do swojej małżonki i domu, ma załatwioną pracę u starego przyjaciela. Wszystko wróci do normy, a może nawet lepiej... Tylko pewnego dnia coś się zmienia. Mężczyzna już to wie, kiedy kilka dni przed wyjściem zostaje wezwany i patrzy na przygnębione miny policjantów i strażników. Coś musiało się stać. Tylko co? Odpowiedź jest gorsza niż wyrok – jego ukochana Laura nie żyje. Ten fakt zmienia całe życie Cienia w koszmar. Może właśnie dlatego decyduje się przyjąć pracę od obcego człowieka – Wednesday'a. Co z tego wyniknie? Z jakiego świata naprawdę pochodzi jego pracodawca? Czy można walczyć z zapomnieniem?

Jak pewnie niektórzy z was pamiętają, w pewnym momencie podczas wakacji miałam manię na punkcie twórczości Neila Gaimana. Oczywiście jak się domyślacie, przyczyniły się do tego piękne, nowe wydania tych książek. Oczarowały mnie i zachęciły do zapoznania się wreszcie z tymi sławnymi powieściami. Gdy zaczęłam czytać, zrozumiałam, że jest to wręcz wybitny autor. Umie uchwycić istotne problemy dnia codziennego w iście bajkowej scenerii. Po prostu byłam w szoku, że tak można się bawić różnymi motywami i jeszcze w dodatku robić to w genialny sposób. Jednak po tych dość dziecięcych opowiastkach zdecydowałam się po sięgnięcie jakiegoś mocniejszego jego dzieła. Padło na "Amerykańskich bogów". 

O pomyśle nie mam pojęcia co napisać. Gaiman tyle razu już mnie zaskoczył, że miałam wątpliwości, czy znowu mu się to uda. A jak się okazało, nawet nie powinnam tak myśleć. Po raz kolejny dałam się wkręcić i urzec niekonwencjonalnemu podejściu do ważnych kwestii dotyczących naszego życia. Niby z chodzącymi po naszym współczesnym świecie bogami spotykamy się w "Percym Jacksonie", lecz "Amerykańcy bogowie" powstali wcześniej i ich historia jest trochę inaczej ukazana. W mojej głowie ten pomysł trochę się nie mieści. Pojawia się tam tyle wątków, które potrafią wprowadzić w szok, a przy tym są idealnie połączone z całością, że czasami wręcz wychodzi to poza moją wyobraźnię. 

Styl Gaimana jest odmienny niż ten, z którym dotychczas się zapoznałam. Oczywiście podstawowe kwestie pozostają takie same, ale jest wiele zmian. Po pierwsze nie jest on już tak typowo baśniowy. Czasami pojawiają się takie nawiązania, ale nie są one tak wyraźne, jak w tych powieściach, które czytałam. Nowością jest dla mnie wprowadzenie wulgaryzmów i ogólnie brutalnego, takiego dość ostrego języka. Jestem pod wrażeniem, że autor poradził sobie i z taką stylizacją, jednakże nie jestem do końca co do tego przekonana. Chyba wolę tę delikatność i dziecięcą magię, która otacza nas na każdym kroku. 

Powieść czytałam naprawdę długo jak na mnie. Nie jest może to króciutka książeczka, ale spodziewałam się, że usiądę i będę czytać ją, kiedy tylko się da. Niestety nie było tak. Początek wydawał się ciekawy, ale w moim mniemaniu zbyt szybko zmieniło się to i przeszliśmy do zbytniej monotonni. Czasami musiałam wręcz zmuszać się do czytania. Nawet w pewnym momencie miałam pomysł, żeby odłożyć tę historię na półkę, ale to jest jednak mój ukochany Neil Gaiman, a z jego książkami takich rzeczy po prostu się nie robi, więc dotrwałam do końca, który w pewnym momencie nabrał dynamiki. Cała fabuła jest nieprzewidywalna pod żadnym względem, co dla mnie osobiście jest olbrzymim plusem. Niby miałam swoje przypuszczenia, ale one nigdy się nie spełniały, co wywoływało we mnie uczucie irytacji, ale tej, którą właśnie lubię czuć podczas czytania. Aczkolwiek "Amerykańscy bogowie" wydają się dla mnie bardzo skomplikowani, co działało negatywnie na moje odczucia. Na szczęście pisarz wykazał się niezwykłymi pokładami wiedzy na najróżniejsze tematy. Dla tego było warto czytać. 

Samo uniwersum jest na duży minus. W ogóle go nie rozumiałam. Tu byli jacyś sobie bogowie, tam jacyś byli i oni się o co gdzieś tam kłócili... Niestety właśnie taki chaos miałam w głowie. Całej tej historii brakowało podstaw, które pozwoliłyby na poruszanie się w tym świecie. Myślę, że właśnie przez to umknęło mi wiele istotnych spraw, które mogłyby nadać inne znaczenie całej opowieści. 

Cienia po prostu uwielbiam. To taki miły osiłek, a przy tym całkiem niegłupi. Nieraz i nie dwa zaskoczył mnie i innych bohaterów swoją pomysłowością i posiadaną wiedzą. A przy tym był tak dobrym człowiekiem z wieloma rozterkami na tematy typowo życiowe. Kogoś takiego po prostu nie da się nie polubić. Tak niewiele pragnął, a tak wiele musiał osiągnąć. Samego Wednesday'a od początku nie lubiłam, ale nie oznacza to, że był źle wykreowaną postacią. Wręcz przeciwnie – jego osobowość była bardzo rozbudowana i miała wiele sprzeczności. Po prostu jego charakter nie odpowiadał mi. Za to moją sympatię zyskał Nancy. Stało się to dzięki jego indywidualności. Uwielbiam takie osoby i w książkach, i w prawdziwym życiu. Niedawno została wznowiona powieść Gaimana "Chłopaki Anansiego", która opowiada o jego synach. Niestety jeszcze jej nie mam na swojej półce, ale zamierzam to zmienić w najbliższym czasie. Bo to jak zostali wykreowani bohaterowie w "Amerykańskich bogach" jest po prostu mistrzostwem. Każdy miał swój niepowtarzalny charakter i spojrzenie na świat. Rzadko kiedy poznawaliśmy kogoś lepiej, ale nawet przy krótkich spotkaniach zdawaliśmy sobie sprawę, że za tym człowiekiem kryje się długa, najczęściej tragiczna historia, która go ukształtowała. 

Ta powieść Neila Gaimana jakoś bardzo nie przypadła mi do gustu, ale to wyłącznie przez swoją odmienność. Mimo że sama się trochę zawiodłam, to doskonale rozumiem, czemu wielu czytelników uważa, że to jego najlepsza opowieść. Pisarz zachowuje swój specyficzny styl, ale ukazuje się też w nowej odsłonie. Przynajmniej dla mnie, bo tak naprawdę jest to jedna z pierwszych jego książek, więc dopiero później następują pewne zmiany w klimacie historii. Tymczasem z całego serca zachęcam was do przeczytania "Amerykańskich bogów" oraz innych książek autora, bo naprawdę jeśli tylko lubicie fantastykę, to warto. 

czwartek, 12 października 2017

Harry Potter Spells Book Tag


Witajcie Kochani!

Powracam do Was w kolejnym wydaniu Book Tag. Długo zastanawiałam się, co tym razem wybrać... Chciałam coś ciekawego, ale też uwielbianego przeze mnie. Pragnęłam też jakiegoś rodzaju wyzwania i właśnie o to trafiłam na Harry Potter Spells Book Tag. Dla oddanego fana nie ma chyba nic piękniejszego z tej kategorii, więc nie pozostaje mi nic innego niż rozpocząć go! 



Excepto Patronum ~ książka z dzieciństwa przywołująca dobre wspomnienia


Opowieści z Narnii – fakt faktem, że cały cykl dokończyłam stosunkowo niedawno i niekoniecznie jest to seria książek typowo dziecięca. Jednak mam takie wspomnienie, gdy jako dziecko byłam z rodzicami na zakupach i tam było to piękne wydanie w dwóch tomach (to z mapami). Byłam tak zafascynowana, że chciałam je mieć, ale ostatecznie nie kupiłam go. Gdy już odjeżdżaliśmy z galerii, nagle stwierdziłam, że nie... Jednak muszę bezapelacyjnie je mieć, więc mój tata zniechęcony poleciał i stał w olbrzymiej kolejce, by zakupić to dzieło. Tego wieczoru miałam już bardzo dużą gorączkę i ledwie, co ogarniałam, ale mimo to czytałam i byłam zafascynowana. Ta pozornie zwykła historyjka tak na mnie wpłynęła, że do dzisiaj mam dobre wspomnienia i chce mi się śmiać :)

Expelliarmus ~ książka, która w jakiś sposób cię zaskoczyła


Księga cmentarna ~recenzja~ spodziewałam się, że będzie to niesamowicie mroczna historia, po której nie będę mogła spać. W pewnym sensie tak było, ale okazała się o wiele bardziej baśniowa niż przypuszczałam i przy tym fascynująca. Byłam bardzo zaskoczona i to w ten najbardziej pozytywny sposób. Czułam w niej ten mroczny klimat, ale zarazem widziałam głęboką metaforę życia i naszego istnienia. 


Priori Incantato ~ ostatnia książka, którą przeczytałeś


Szczypta miłości ~recenzja~ książkę wspominam naprawdę pozytywnie. Pokazała mroczną stronę życia, ale również tę najbardziej optymistyczną. Przy tym zaobserwowałam przepiękną miłość starszych ludzi, którzy mimo swojego wieku byli otwarci na doświadczenia i przede wszystkim posiadali odwagę, by spróbować od nowa. Podziwiam takie osoby i uważam, że powinno z nich się brać przykład. To nie wiek ma znaczenie, tylko nasz stan ducha. 



Alohomora
~ książka, która wprowadziła cię w gatunek, o którym nie wiedziałeś, lub na który nie miałeś wcześniej ochoty


Genesis ~recenjza~ jest to rozpoczęcie trylogii Eel, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i pozwoliła otworzyć się na science fiction mimo moich wszystkich uprzedzeń. To ona mi udowodniła, że warto być otwartym na nowe doznania i nie ograniczać się. 


Riddikulus ~ zabawna książka


Matt Hidalf  ~recenzja~ jest to powieść bardziej dla młodszej młodzieży, ale tak pełna charyzmy i przede wszystkim zabawnych wydarzeń, że byłam oczarowana. Może i niekoniecznie jest dla dorosłych, ale wydaje mi się, że każdy zostanie urzeczony jej komizmem słownym jak i sytuacyjnym. Tajemnica, miłość i magia przeplatają się z genialnym dowcipem Matta. 









Sonorus
~ książka, o której wszyscy powinni wiedzieć


Życie Pi – po raz kolejny wykorzystuję ten przykład w Book Tagu, ale o tej powieści po prostu powinno się wiedzieć. Jest to niezwykłe dzieło, które ukazuje nasze własne wyobrażenia. Które historie są lepsze – te realne, czy te ubarwione? Główny bohater wciągnął mnie w długą i bardzo trudną dyskusję na temat życia i naszego postępowania. Dał mi prawdziwą lekcję pozytywnego myślenia w nawet najbardziej skrajnych sytuacjach :)



I tutaj nadchodzi koniec. Zauważyłam, że takie Book Tagi przypominają mi o wielu książkach i sprawiają, że zaczynam bardziej zastanawiać się nad ich sensem. Dostrzegam więcej powiedzmy filozoficznych spraw, ale również widzę, jaką przyjemność sprawiło mi ich czytanie. Dlatego zachęcam Was serdecznie do brania w nich udziału. Naprawdę sporo można się dowiedzieć o innych i o samym sobie :) I nie zapomnijcie się podzielić własnymi przemyśleniami na temat książek i zaklęć, które... na dobrze – przyznam się wam... Nie wszystkie znałam, co jest ujmą na moim honorze. Nadrobiłam to już ;)