czwartek, 14 września 2017

Genesis – Krzysztof Bonk


Tytuł: Genesis

Autor: Krzysztof Bonk

Cykl: Eel

Tom: I

Kategoria: Science fiction

Wydawnictwo: Self Publishing

Liczba stron: 230

Ocena: 8/10









Jesteśmy tu i teraz. Żyjemy na planecie nazwanej przez nas samych Ziemią. Jest to nasz dom, gdzie czujemy się bezpiecznie. Przez tysiące lat ze zwykłych zwierząt, które posiadały namiastki inteligencji, stworzyliśmy społeczeństwo oparte na hierarchii, zasadach i nauce doskonalonej cały czas. Postęp naszych umysłów i przede wszystkim techniczny jest coraz większy. Wystarczy, że nie będziemy się interesować techniką rok czy dwa, a wszystko się zmieni. Wejdą nowsze modele telefonów, komputerów i gadżetów, które przewyższają nasze wyobrażenia. Mamy XXI wiek – zastanawialiście się, jak będzie wyglądał nasz świat za dwieście lat przy tak szybkim i zaskakującym postępie? Czy to w ogóle będzie jeszcze nasz świat?

Max był szanowanym naukowcem, który posiadał pewne nietypowe umiejętności, wręcz nazywane paranormalnymi. Potrafi odczytywać wspomnienia innych ludzi, a może to być bardzo przydatne w życiu i przede wszystkim przydatne dla nauki. Jednak w życiu Maxa poszło coś nie tak – choroba, a dokładnie mutacja. Dlatego mężczyzna decyduje się na stanowczy rok. Tak dochodzi do tego, że budzi się po dwustu latach w świecie całkowicie odmiennym niż nasz słynny XXI wiek. Trudno się dostosować do nowego otoczenia i jeszcze nowszych zasad, które potrafią naprawdę przerazić. Dla niego to wszystko nie ma sensu, jednakże dla własnego życia robi się wiele. Nawet żyje w stanie obojętności i samotności. Lecz wszystko się zmienia, gdy w swoim mieszkaniu znajduje dawną miłość z bardzo odległych czasów... Czy Max zdecyduje się na zmianę? Czy w ogóle dla takiego człowieka są szanse na prawdziwe szczęście?

Science fiction jest dla mnie bardzo tajemniczym gatunkiem. Mimo że jestem miłośniczką fantastyki, to do tego odłamu bardzo rzadko zaglądam. Po prostu nie są to moje klimaty. Doceniam wizje z przyszłości i nieograniczoną wyobraźnię, którą cechują się autorzy. Lecz zawsze wolałam przeszłość. Jednak sama sobie mogę zarzucić, że przez to często się ograniczam. I właśnie dlatego zdecydowałam się na przeczytanie pierwszego tomu cyklu "Eel" Krzysztofa Bonka – "Genesis". Zawsze jestem przerażona, kiedy zaczynam czytać jakąś powieść science fiction, bo nie mam pojęcie, czego powinnam się spodziewać, a ja lubię mieć to pojęcie. Na szczęście w tym przypadku mój strach był w ogóle nieuzasadniony, bo zostałam zaskoczona wyłącznie pozytywnie. 

Od początku, kiedy tylko przeczytałam opis powieści, koncepcja bardzo mi się spodobała. XXIII wiek, gdzie wszystko jest odmienne od tego, co teraz znamy. Wizja wspaniała, ale i przerażająca. Czasami mam wrażenie, że świat idzie w złą stronę, w czym zgadzam się z pisarzem. Jestem w stanie sobie wyobrazić, jak doszło do tego wszystkiego. Co nie zmienia faktu, że do pierwszych stron podchodziłam sceptycznie i moje obawy były coraz większe. Ale jak już wiecie, ostatecznie jestem zachwycona wizją świata, stworzoną przez Krzysztofa Bonka. Nie jest ona pozytywna, tego nie można było się spodziewać. Aczkolwiek Ziemia, która została nam przedstawiona, jest dla mnie wielkim zaskoczeniem i za to cenię autora.

Jednym z chyba największych plusów "Genesis" jest styl. Pan Bonk ma w sobie to coś, co go odróżnia na tle innych pisarzy, a chyba nie może być nic lepszego w powieściach. Bardzo rzuciło mi się w oczy, że język jest dopracowany pod każdym względem. Mało kiedy się zdarzało się, żeby jakieś słowo było niepotrzebne lub nie na swoim miejscu. Przy tym z całej tej historii bił dziwny, w ogóle nieoczekiwany ode mnie spokój. Kiedy czytałam, uspokajałam się, mimo często wartkiej akcji. 

Do samej fabuły mam trochę ambiwalentne odczucia, gdyż z jednej strony jest ona bardzo rozbudowana, lecz stanowczo za krótka. Dzieje się tam wiele rzeczy tak naprawdę naraz, co daje pożądany efekt. Choć przez to powieść sporo traci, ponieważ można by to wszystko jakoś bardziej rozłożyć w czasie i wtedy łatwiej byłoby zrozumieć i przywiązać się do tej historii. Na szczęście jest ona nieprzewidywalna, więc na każdej stronie możecie zostać zaskoczeni czymś nowym. Same nawiązania do Biblii były dla mnie wielkim szokiem, ale również genialnym wykorzystaniem tak dobrze znanych nam toposów. Można tylko pogratulować autorowi odwagi, bo rzadko kiedy ktoś jest gotowy na wykorzystanie biblijnego świata i jeszcze robi to w tak genialny sposób.

W uniwersum dobre wrażenie robią podstawy. Są dobre i dają duże pole do popisu, które zostało częściowo wykorzystane. Choć niestety brakuje tej panoramiczności, dzięki której to wszystko byłoby lepiej dla nas zrozumiałe. Szkoda, że nie zostało jeszcze bardziej rozbudowane.

Max jest po prostu wybitnie wykreowaną postacią. Nie dajcie się oszukać. To raczej nie jest człowiek, którego darzy się nie wiadomo jaką sympatią. To nie ten typ, ale chodzi mi o jego postrzeganie świata. Od początku rozumiałam przyczyny, które go doprowadziły do takiego położenia i razem z nim obserwowałam zmiany zachodzące wraz z pojawieniem się Alli. Jest to postać bardzo dynamiczna, ale przyczynowo-skutkowo. Jednak moim ulubieńcem bezapelacyjnie stał się Chrzciciel. Na początku miałam taką myśl – kto to niby jest? Lecz z czasem zaczęłam go uwielbiać. Jego podejście do życia, innych ludzi, pieniędzy i idei. Na pewno na długo go zapamiętam. Tak samo będzie z Magdaleną, której los splatał wiele nieprzyjemnych figli, ale ona mimo to walczyła o swoje i chciała zmian. Niestety jedna bohaterka zniechęcała mnie na każdym kroku, a mowa tu o samej Alli. Nie wiem czemu, ale odkąd tylko się pojawiła, znienawidziłam ją wręcz. No niestety... Nie można mieć wszystkiego. 

Problematyka powieści ukazuje, do czego tak naprawdę dążymy. Chyba powinniśmy usiąść i zastanowić się nad naszym światem, moralnością i ideami. Większość z nas za dużo nie może, ale nie wiadomo kim tak naprawdę jesteśmy i kim będą nasze dzieci. Rozwój jest konieczny, ale rozsądny rozwój. Według mnie jest to dla nas ostrzeżenie, ale również ukazanie olbrzymiej wiary i nadziei. Niektóre wartości nigdy się nie zmienią i tak powinno pozostać. 

Nie spodziewałam się, że tak bardzo dam się wciągnąć w ten świat. Mimo że to nadal nie moje klimaty, to jestem naprawdę zadowolona, że zapoznałam się z tą powieścią i bez wątpienia w najbliższym czasie poznam jej kontynuacje. Jestem ciekawa, jak dalej to wszystko się potoczy. Tymczasem zachęcam was całym sercem, żebyście i wy dali szanse tej opowieści. Nawet jeśli nie jesteście fanami tego gatunku. 

Za możliwość poznania wizji przyszłości oraz naszych najskrytszych marzeń dziękuję bardzo autorowi książki – Krzysztofowi Bonkowi

wtorek, 12 września 2017

Mleko i miód – Rupi Kaur


Tytuł: Mleko i miód

Autor: Rupi Kaur

Tłumaczenie: Anna Gralak

Kategoria: Poezja

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 204

Ocena: 3/10











Poezja... Samo to słowo brzmi dźwięcznie, a co dopiero to, co można za jej pomocą stworzyć. Wiersze są odzwierciedleniem duszy człowieka. Ukazują jego najmroczniejsze pragnienia, ale i najgłębiej ukrywane lęki. Za pomocą metafor, porównań czy kontrastu można opowiedzieć więcej niżby się chciało. Słowa to moc, a poezja lekarstwo na duszę.

Uwielbiam wiersze i naprawdę bardzo często je czytam. Jednak skupiam się przede wszystkim na polskich poetach, którzy zasłynęli wśród pisarzy. To najczęściej osoby sławne, których wiersze czytaliśmy na lekcji. To właśnie język polski w szkole sprawił, że chciałam przybliżyć się do tego gatunku. Wiele osób uważa, że to tracenie czasu, ale ja od początku byłam zafascynowana tą krótką formą. Mimo to bardzo rzadko recenzuję wiersze. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się to... Dlatego "Mleko i miód" jest dla mnie rzutem na głębokie wody. Bo muszę się wam przyznać, że do końca nie wiem, co to jest za gatunek. Mówi się, że wiersze, ale ja do końca nie jestem przekonana. 

W książce Rupi Klaur znajdziemy cztery całkiem odmienne części – cierpienie, kochanie, zerwanie, gojenie. Są o czym innym, lecz łączy je wspólna historia. Brzmi to przepięknie i pomysł jest oryginalny. Jeśli jeszcze nie wiecie, to większość jej tekstów w swoim czasie można było przeczytać na Tumblerze. Mało jest odważnych, by swoje internetowe zwierzenia przenieść na papier i rozpowszechnić w wielu krajach. Dlatego podziwiam autorkę, jednakże w ostatecznym rachunku nie zostałam przekonana do tej książki.

Są to krótkie wierszyki, opowiadania czy zwykłe cytaty, które poruszają intymne sprawy. Niektórzy są zachwyceni nimi, ale nie ja. Dla mnie większość z nich była wręcz straszna. Każdy ma swoje własne, indywidualne odczucia, ale... Brak mi trochę słów. One... Były pojedynczymi słowami, zbyt proste. Oczywiste, że nie każdy jest w stanie i przede wszystkim chce zrozumieć wiersz przepełniony nie wiadomo jakimi środkami stylistycznymi, lecz są pewne granice. Takie niby cytaty wypowiadamy lub je słyszymy codziennie, bo są to zwykłe, codzienne słowa, które cały czas nam towarzyszą. Jak można stworzyć z nich książkę, a raczej zbiór poezji?

Dla mnie było to zbyt przesadne okazywanie emocji, które w rezultacie nic nie znaczyło. Pewnego rodzaju zwrócenie na siebie uwagi i zarobienie na tym pieniędzy. Ukazywanie każdej najmniejszej iskierki gniewu i smutku. Ludzie wściekają się, płaczą, histeryzują i jest to całkowicie naturalne, więc po co dodatkowo zwracać na to uwagę. Nie zmienimy tego, bo taka jest nasza natura i jak mam być szczera, to uważam to za piękne. 

Cierpienie, kochanie, zerwanie... Pomyślcie nad tymi słowami. Z czym wam się kojarzą? Odpowiedzcie sobie szczerze. Bo miałam wrażenie, że autorce te trzy słowa kojarzą się wyłącznie z seksem. Pewnie dlatego jestem zirytowana na cały ten zbiór. Dla mnie było to spłycenie wszystkich najważniejszych rzeczy włącznie z samym seksem. Nie rozumiem po co. Przecież to o wiele bardziej skomplikowane. To straszne i piękne. 

Na szczęście sytuację uratował ostatni rozdział. Gojenie okazało bardzo ładne i wzruszające. Przyznaję, że wtedy gdy je czytałam, spojrzałam trochę pod innym kątem na poprzednie części. Znalazłam wiele pięknych i przemawiających do mnie cytatów oraz utożsamiłam się w pewnych momentach z autorką.

Nie zrozumcie mnie źle. Zdaję sobie sprawę, co widzą ludzie, którzy uwielbiają ten zbiór poezji. I mimo mojej jednoznacznie negatywnej opinii uważam, że lepszy prosty i mało doceniony zbiór wierszy, który do nas przemawia, niż nie wiadomo jak górnolotny. W dodatku nie mogę zaprzeczyć, że poetka ukazała samą siebie. Nie ma wątpliwości, że ta kobieta wiele wycierpiała, zbyt wiele. Nikt nie powinien mieć takich przeżyć za sobą.

"Mleko i miód" jest przepięknie wydane. Wydawnictwo naprawdę się postarało. Czarna, twarda okładka i idealnie białe strony kontrastują ze sobą, tworząc sprzeczności. W dodatku prowizoryczne ilustracje pozwalają nam nadawać swój własny sens, co bardzo cenię. I nie można zapomnieć o dwujęzycznym wydaniu. Niektóre tłumaczenie nie są dokładne, więc dla znawców jest o wiele lepsza oryginalna forma.

Nie powiem, że wam nie polecam książki albo że polecam, bo tutaj nie da się jednoznacznie stwierdzić, jaka ona jest. Jesteśmy różni i odmiennie postrzegamy świat, więc i różne, kontrowersyjne rzeczy nas pociągają. 

niedziela, 10 września 2017

Koralina – Neil Gaiman


Tytuł: Koralina

Autor: Neil Gaiman

Tłumaczenie: Paulina Braiter

Seria: Gaiman

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 112

Ocena: 7/10









Dom jest miejscem, które kojarzy nam się z bezpieczeństwem i rodziną. Tam nikt nam nie zrobi krzywdy, zawsze będziemy mogli liczyć na wsparcie i miłość najbliższych. Jest to coś pewnego i oczywistego dla większości z nas. Jednak nie każdy dom jest tak przyjemny i przytulny. Niektóre mieszkania są puste i pozbawione jakiegokolwiek wydźwięku miłości i radości. Każdy jest zajęty sobą, własną pracą i problemami. Nie ma czasu dla dzieci, a one pozostają samotne...

Koralina wraz z rodzicami przeprowadza się do starego domu. Są wakacje, ona jest oddalona od wszystkich swoich przyjaciół. Jej rodzice są pochłonięci swoją pracą i nie poświęcają jej w ogóle czasu. Musi sama znaleźć sobie zajęcie, dlatego postanawia zostać badaczem. Zwiedza okolice domu oraz odwiedza sąsiadów, odkrywając dziwne fakty o nich. Wszystko się zmienia, gdy na dworze zaczyna padać deszcz i dziewczynka musi pozostać w mieszkaniu. To właśnie wtedy zaczyna je dokładnie oglądać i odkrywa dość zaskakującą rzecz. Czy Koralina jest w stanie pokonać swoją ciekawość? Czy prawdziwa miłość rodzicielska istnieje naprawdę czy tylko w pragnieniach dzieci?

Oglądałam kiedyś ekranizację "Koraliny". Wtedy nie zdawałam sobie w ogóle sprawy, że jest to animacja na podstawie książki. I jak mam być szczera, to bardzo mi się nie podobała. Była z pogranicza horroru dla dzieci, co mnie przerażało bardziej niż typowe horrory, z którymi na co dzień spotykamy się w telewizji. Jednak kiedy się dowiedziałam, że jest to powieść Gaimana, czyli w moim umyśle tego od "Gwiezdnego pyłu", od razu zapragnęłam zapoznać się z literacką wersją tej historii. Byłam ciekawa, jak naprawdę ujął to pisarz, którego uważam za wybitnego. "Koralina" spełniła wszystkie moje oczekiwania, lecz nadal nie należy do moich ulubionych opowieści.

Muszę przyznać Neilowi Gaimanowi, że zawsze potrafi mnie zaskoczyć. Co by nie napisał, to i tak jest to oryginalne i niepowtarzalne. Używa w swoich powieściach podobnych motywów, ale mimo to zachowuje unikatowość każdej książki. Są one od siebie tak odmienne, że po prostu nie mam pojęcia, skąd pisarz bierze na nie pomysły. Raz spotykamy się z opowieścią pełną gwiazd, innym razem z horrorem, a jeszcze następnym obserwujemy bogów, którzy nie chcą zostać zapomniani. Nie mogę skojarzyć, by jakikolwiek inny pisarz ośmielił się, aż tak przekraczać własne granice wyobraźni.

Jak już nieraz i nie dwa wam wspominałam, Gaiman wykazuje się bardzo charakterystycznym stylem. Za każdym razem gdy zapoznaję się z jego książkami, czuję się, jakbym wracała do dobrze znanej krainy, gdzie spotka mnie wiele przygód, o których nawet nie śniłam. Będę powtarzać w nieskończoność, że jest to wybitny baśniarz, nie bojący się żadnego tematu. Opowiada z pasją i pełnym zaangażowaniem. Wierzy w to, co mówi i sprawia, że my też chcemy w to uwierzyć. Wszystkie jego historie to po prostu wielkie metafory – nasze rzeczywiste życie ukryte za zasłoną magii i marzeń dzieci oraz dorosłych. Gaiman sprawia to wszystko za pomocą języka, który po prostu uwielbiam. Nie jest on wyjątkowo skomplikowany, ale za to wymagający. Pisarz daje wiele od siebie i tego również wymaga od nas.

Fabuła "Koraliny" jest wyjątkowo mroczna. I tym razem nie jest to ten przyjemny rodzaj skrywania tajemnic, który odczuwałam podczas czytania "Księgi cmentarnej". Jest to horror w prawdziwej odsłonie, choć nie czuje się tego od pierwszych stron. On ma nas przerazić i dać wiele do myślenia. Trzyma w napięciu i sprawia, że chcemy dalej czytać, bo musimy dowiedzieć się, jak potoczą się losy Koraliny, jednak jesteśmy tym też zbyt przerażeni, by przewracać kolejne strony książki. Nie da się dokładnie przewidzieć, co się stanie. Możemy się spodziewać dobrego zakończenie, ale w takim samym stopniu również złego, wręcz tragicznego. Oczywiście "Koralina" to nie jest powieść Stephena Kinga, która zmraża krew każdemu. Co nie zmienia faktu, że ma w sobie więcej z horroru niż bajki.

Każdy bohater jest przedstawiony karykaturalnie, co ja osobiście uwielbiam i bardzo doceniam ten zabieg. Jest on na granicy fantazji, ale też zbyt bolesnej prawdy, by mówić ją na głos. Sama Koralina też jest niezwykłą postacią, lecz niestety nie polubiłam jej zbytnio. Była zbyt wścibska. To nie była ta ciekawość, która ciągnie dzieci, tylko wręcz chore odkrywanie świata i zaspokajanie nudy. Niemniej podziwiam ją za odwagę. Potrafiła walczyć o swoje, nie poddawała się nawet w najtrudniejszych sytuacjach i dokładnie wiedziała, czego chce. A jest to rzadkie wśród baśniowych bohaterów. Największą moją uwagę zwrócił Kot. Po prostu jestem nim oczarowana. I nie chodzi dokładnie o sam jego charakter, tylko kreację jego postaci. To co ukazał Gaiman na podstawie zwykłego zwierzęcia przekracza czasami moje granice wyobraźni.

Tematyka jest mieszanką wszystkiego – przerażająca i przeurocza. To co ukazuje gryzie się ze sobą dokładnie tak jak w naszym prawdziwym życiu. Możemy tam zaobserwować pozory, ale również bezwarunkową miłość dziecka, które nawet gdy zostanie zdradzone nadal jest gotowe oddać wszystko za ten pierwiastek najpiękniejszego uczucia na świecie.

"Koralina" jest kolejną powieścią Gaimana, w której można rzecz, że się zakochałam. Nie jest ona jego najlepszą książką, co nie zmienia faktu, że i tak wybitną. Jeśli jesteście otwarci na świat i lubicie poznawać to co nieznane i często zapomniane, jest to opowieść stanowczo dla was. 

piątek, 8 września 2017

Quidditch przez wieki – J.K. Rowling


Tytuł: Quidditch przez wieki

Autor: J.K. Rowling

Tłumaczenie: Andrzej Polkowski

Seria: Harry Potter

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Media Rodzina

Liczba stron: 144

Ocena: 6/10









Pamiętacie te czasy, kiedy pierwsze książki z cyklu o Harrym Potterze pojawiały się na rynku wydawniczym? Ja sama niekoniecznie je pamiętam, bo wtedy nie było mnie jeszcze na świecie. Ale za to bardzo dobrze pamiętam, jak były wydawane kolejne tomy i przede wszystkim jak w kinach pojawiały się ekranizacje. Fascynowała mnie cała ta opowieść i świat, który wykreowała Rowling. Już wtedy w literaturze fantastyka była dość popularna, ale nie ma wątpliwości, że w późniejszych latach to właśnie "Harry Potter" dyktował warunki. 

Chyba jedną z najbardziej efektownych scen, jakie pojawiały się w filmach, ale również w naszej wyobraźni podczas czytania, są niesamowite mecze quidditcha. Sami przyznajcie się – nie chcielibyście polatać na miotle? Może niekoniecznie ganiać za piłkami, w końcu nie każdy je lubi, ale poczuć ten wiatr we włosach, świeże powietrze i zobaczyć pod sobą panoramę olbrzymiego stadionu... Marzenie... I to pewnie ono sprawiło, że fani tak bardzo pokochali ten sport. Podobno nawet gdzieś w Stanach odbywają się rzeczywiste mecze quidditcha, a polska reprezentacja ma nawet jakieś osiągnięcia. Byłam zszokowana, gdy się o tym dowiedziałam. Oczywiście wszystko odbywa się na ziemi. A szkoda...

Pewnie właśnie ten zapał miłośników "Harry'ego Pottera" sprawił, że Rowling postanowiła napisać podręcznik o dźwięcznej nazwie "Quidditch przez wieki". Teraz i my mugole możemy poznać tajniki tej niespotykanej w naszym świecie dyscyplinie sportowej. Rzadko mamy styczność z tak oryginalnym pomysłem, by do cyklu powieści został dopisany podręcznik szkolny. Właśnie to mnie przyciągnęło. Zapoznałam się już z "Fantastycznymi zwierzętami i jak je znaleźć", który zrobił na mnie dość dobre wrażenie, więc przyszedł i czas na tę encyklopedię. 

Ta książeczka stanowczo różni się od innych książek pisanych przez Rowling. To nie jest opowieść, ale raczej zbiór faktów, które razem mają ukazać, czym naprawdę jest quidditch i jak doszło do rozpowszechnienia tej gry. Podziwiam pisarkę za jej wyobraźnię, bo umiała ująć wszystko jako naszą rzeczywistość, w której bierzemy aktywny udział. W dodatku wszystkie fakty są połączone i tworzą spójną całość. Jest to pasjonująca historia, która ukazuje pomysłowość ludzi oraz różnorodne postrzeganie świata. Naprawdę wiele rzeczy zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. 

Styl pisarki jest przy tym lekki i przyjemny, więc każdy – nawet mało wymagający czytelnik – może spokojnie ją przeczytać. Aczkolwiek żeby zrozumieć te wszystkie zjawiska, które zachodziły przez wieki w quidditchu, należy się skupić i skorzystać z większości pokładów swojej często zbyt wybujałej wyobraźni. Przyznam również, że nieraz i nie dwa zaśmiałam się, bo język jest dość prześmiewczy. Czasami autorka krytykuje głupotę innych czarodziejów lub brak kreatywności, co nadaje książce trochę komizmu.

Koniecznie muszę zwrócić również uwagę na piękne wydanie podręcznika. Cudowna, statyczna okładka oraz wnętrze pełne ciekawych ilustracji ubarwia ją. W dodatku pojawia się w niej całkiem intrygujący podział. Jest on typowo podręcznikowy, ale można w nim zauważyć pewne anomalie. Pojawiają się również pewne dodatki, jak wypowiedź Dumbledore czy innych znakomitych osobowości znanych w magicznym świecie. Możemy się też spotkać z zapiskami bibliotecznymi, które na początku nie robią większego wrażenia, ale po wnikliwej obserwacji są naprawdę zabawne, jeśli ktoś dobrze zna dzieje Harry'ego Pottera.

"Quidditch przez wieki" czytało mi się przyjemnie, choć przyznam, że ze wszystkich dodatków jest on najmniej interesujący i posiada najmniej konkretnych informacji. Nie zmienia to faktu, że fani tego sportu powinni się z nim zapoznać. 

środa, 6 września 2017

Księga cmentarna – Neil Gaiman


Tytuł: Księga cmentarna

Autor: Neil Gaiman

Tłumaczenie: Paulina Braiter

Seria: Gaiman

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 224

Ocena: 9/10








Życie potrafi zaskoczyć na każdym kroku. Nigdy nie trzeba być pewnym, że to wszystko, co nas otacza, jest stałe. Czasami po prostu nasz świata obraca się o sto osiemdziesiąt stopni i nie mamy na to najmniejszego wpływu. Nie pozostaje nam nic innego niż zaakceptować to i iść dalej. Powoli przyzwyczajać się do nowej sytuacji i nauczyć się po prostu żyć, doceniać to co mamy i akceptować nieuniknione. Jednak nie oszukujmy się... Takie rzeczy tylko łatwo się pisze. W końcu co innego naprawdę to przeżyć. 

Nik ma kochających rodziców i siostrę. Wszystko dobrze się im wiedzie, a on jako małe dziecko rozwija się szybko i wykazuje dużą kreatywnością i sprytem. Jednakże pewnego dnia to wszystko się kończy – jego rodzina zostaje zamordowana, a on sam nic nieświadomy ucieka przed mordercą. Po prostu zaciekawiony tym, co jest na zewnątrz, wychodzi z domu, ratując w taki sposób swoje własne życie. Dociera do cmentarza pozornie pustego w środku nocy. Ale dzieci chcą i mogą widzieć więcej... Na przykład mieszkańców cmentarza, którzy są zafascynowani żywym niemowlakiem. A morderca nadal go szuka... Nawet duchy nie pozwolą na zamordowanie nic niewinnego dziecka. W taki oto sposób Nik znajduje nowy dom. Czy będzie w stanie poradzić sobie na granicy dwóch światów?

Ostatnio Neil Gaiman jest moją nową obsesją. I nawet nie mam zamiaru udawać, żen nie miały na to wpływu nowe wydanie jego książek. Gdy po raz pierwszy spojrzałam na "Gwiezdny pył", zostałam oczarowana okładką, a następnie innymi jego powieściami. "Księga cmentarna" to jego czwarta książka, którą przeczytałam i jak na razie stanowczo najlepsza. Na szczęście dla mnie przepiękne okładki nie okazały się złudne, gdyż ich wnętrze również jest niesamowite. A na czym dokładnie polega ta niesamowitość?

Zostałam od razu zaskoczona pomysłem pisarza. Jest niepowtarzalny. Spotkaliście się kiedykolwiek z powieścią, gdzie dziecko zostaje wychowywane przez duchy na cmentarzu? Bo ja nigdy. Jest to dość kontrowersyjne i wielu może zniechęcić, ale na mnie zadziałało całkiem odwrotnie. Byłam ciekawa, jak potoczą się losy Nika i czym zostanę jeszcze zaskoczona. 

O jego stylu mówiłam już wielokrotnie, ale powtórzę, bo o tym trzeba mówić. Jest fantastyczny prawie pod każdym względem. Przede wszystkim wyróżnia go charakterystyczność. Jego nie da się pomylić z kimkolwiek innym. Opowiada najróżniejsze historie, ale za każdym razem są one odmienne, aczkolwiek czuć w nich jego obecność. To baśniarz, który opowiada nam o wszystkim. Nie boi się chwytać istotnych tematów i przedstawiać je w opowieściach dla dzieci. Dlatego mimo dość dziecinnego wydźwięku jest to też książka dla dorosłych. Wystarczy otworzyć umysł i dać się porwać magii. Wtedy spojrzy się inaczej na świat. 

Od pierwszych stron fabuła mnie wciągnęła i pozwoliła się cieszyć przygodami Nika. Gaiman ukazuje nam pojedyncze etapy życia Nika, przez co mamy wgląd w całą jego historię z dzieciństwa i jesteśmy w stanie zrozumieć jego motywy i postępowanie. W dodatku tak naprawdę nie da się przewidzieć, co dokładnie się stanie. Faktem jest, że od początku czytelnik czuje, do czego zmierza to wszystko i zdaje sobie sprawę, że to nieuniknione, ale zadaje sobie podstawowe pytanie – jak do tego dojdzie? A "Księga cmentarna" jest przepełniona akcją, więc opcji jest naprawdę wiele, a ostatecznie i tak zostaniemy zaskoczeni.

Ta powieść zaskoczyła mnie uniwersum. W poprzednich książkach Gaimana, które czytałam, było ono bardzo ciekawe, ale w ogóle nierozbudowane. Tutaj autor również nie pokusił się o większe opisy, jednakże dał nam wgląd w swoją wyobraźnię. Dostajemy namiastkę tego, co  jest poza cmentarzem. A wiemy, że znajdują się tam niesamowicie pasjonujące rzeczy. Tylko Nik mieszka na cmentarzu, więc to na nim toczy się główna akacja, więc i my, i chłopiec możemy tylko sobie wyobrażać, co znajduje się na granicy światów oraz tam po drugiej stronie. Odczucia, jakie mi towarzyszyły przy czytaniu, zapamiętam na bardzo długo.

Sam Nik jest po prostu przekochany. Taki delikatny, ale pełen optymizmu i energii. Nigdy nie było wiadomo, co tym razem wymyśli. W końcu kreatywności nie brakowało mu. Zarazem biło z niego takie ciepło i dobroć z najczystszej postaci. Rzadko spotykam bohaterów o podobnej kreacji, a tym bardziej takich ludzi w realnym świecie. Przywiązałam się również do jego opiekuna – Silasa. Jest to chyba najbardziej tajemnicza postać na całym cmentarzu, ale wzbudza sympatię i ciekawość. Koniecznie chciałam się dowiedzieć, kim naprawdę jest. Czego się dowiedziałam, musicie sami się przekonać... Ogólnie na tak krótką powieść jest bardzo duża liczba bohaterów i każdy z nich jest dopracowany pod każdym kątem, więc to kolejny olbrzymi plus.

Tematyka również mnie zaskoczyła, bo jest o prawdziwej miłości. Nie spodziewałam się tego, patrząc na tytuł. Nie ma tu typowo romantycznego wątku, ale chodzi tu o miłość w szeroko pojętym znaczeniu. Jest ona ukazana w piękny sposób. Do tego dochodzi jeszcze akceptacja i dorastanie. Razem tworzy to niezwykle inteligentną powieść, dającą wiele do myślenia. 

"Księga cmentarna" zapadnie mi w pamięci na długie lata. To nie jest przeciętna powieść na wieczór. Można przeczytać ją bardzo szybko, ale wrażenie jakie wywołuje pozostaje na długo. Każdy miłośnik fantastyki i niebanalnych historii powinien się z nią zapoznać. 

niedziela, 20 sierpnia 2017

Kiedy odszedłeś – Jojo Moyes


Tytuł: "Kiedy odszedłeś"

Autor: Jojo Myes

Tłumaczenie: Nina Dzierżawska

Cykl: Zanim się pojawiłeś

Tom: II

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Między Słowami

Liczba stron: 496

Ocena: 6/10




Czasami nasze życie jest po prostu piękne. Doceniamy każdą najmniejszą chwilę, mamy kochającą rodzinę, marzenia i przyszłość przed sobą. Ale jednego dnia wszystko może się zmienić. Nasze życie obraca się wtedy o sto osiemdziesiąt stopni i nie ma już żadnego odwrotu. Musimy sobie poradzić z nowymi problemami, które zniszczyły nasze idealne istnienie. Jest to trudne. Pojawia się pytanie, jak to zrobić, jeśli już prawie nic nam nie pozostało. Ale przecież nie można się zatrzymywać, nie można sobie na to pozwolić.

"Po prostu żyj" – te słowa dźwięczą w umyśle Lou, odkąd tylko przeczytała list zaadresowany do niej od Willa. Brzmi to tak prosto, niezobowiązująco, ale tak naprawdę to największe wyzwanie jakie kiedykolwiek dostała w życiu. Jak można żyć po tym wszystkim, co się działo? Po tym czego była świadkiem i brała w tym udział? Jej istnienie nie ma dla niej już sensu bez ukochanego. Pracuje ciężko, zmienia miejsca pobytu, zwiedza, rozwija się, ale są to tylko nic nieznaczące punkty na wyimaginowanej liście. Lou już nie potrafi dać sobie drugiej szansy. Czy jest w stanie zrobić to ktoś inny? 

Pierwszy raz o tym cyklu usłyszałam, gdy wchodziła do kin ekranizacja pierwszego tomu. Obejrzałam film i podobał mi się, choć mnie prawie w ogóle nie zaskoczył. Ale mimo to przeczytałam pierwowzór i wtedy byłam już zachwycona. "Zanim się pojawiłeś" okazało się wyjątkową książką, która bardzo mnie poruszyła i dała wiele do myślenia. Niektórych kwestii nie rozwiązałam do dzisiaj. Dlatego miałam bardzo duże oczekiwania co do następnej powieści. Zdawałam sobie sprawę, że to będzie coś innego, innego rodzaju historia, ale mimo to zawiodłam się na niej. 

Moyes ma bardzo charakterystyczny styl, który początkowo drażnił mnie, jednakże z czasem zaczęłam go doceniać i obecnie uwielbiam jej język. Jest on niezwykle lekki i przy tym przyjemny. Dzięki temu łatwo wczuć się w historię i nie zwracać uwagi na niepotrzebne ozdobniki czy kunsztowne słowa niepasujące do całej opowieści. W dodatku pojawia się w nim wiele komizmu, który nieraz i nie dwa wywołał uśmiech na mojej twarzy i pozwolił oderwać się od monotonni dnia codziennego.

Gdy zaczęłam czytać "Kiedy odszedłeś", zrozumiałam, że będzie to przewidywalna książką i tak naprawdę nie powinnam się spodziewać po niej nie wiadomo czego. Ale było już za późno – moje oczekiwania były wielkie. I nagle pojawił się moment! Wtedy wszystko się zmieniło. Autorce udało się mnie zaskoczyć, więc z zapartym tchem czytałam dalej. Niestety to były tylko pozory nieprzewidywalności, gdyż później byłam w stanie przewidzieć większość wydarzeń. Cała opowieść jest trochę przesłodzona. Z jednej strony to bardzo urocze, ale chyba nie o to chodzi w historii Lou, żeby była tak samo urocza jak sama bohaterka. Przez to miałam wrażenie, że jest o niczym. Opowiada po prostu zwykłe dni, które nie mają większego znaczenia. Powinnam dzięki temu lepiej zrozumieć tę kobietę, ale w tym przypadku wcale tak nie było. 

Jak już wcześniej wspomniałam, "Zanim się pojawiłeś" bardziej przypadło mi do gustu. Było bardzo emocjonalne, pełne zawirowań i nietypowych problemów, które mimo wszystko mogą nas spotkać. Musiałam poświęcić jej dużo czasu i zaangażować się emocjonalnie, tymczasem z drugiego tomu mało co wyniosłam. 

Samą Lou kiedyś uwielbiałam. Uważałam ją za wybitnie wykreowaną postać, która ma w sobie wiele pasji, empatii i nadziei, ale zarazem brakuje jej wiary w samą siebie. Muszę się wam nawet przyznać, że czasami utożsamiałam się z nią. Rozumiałam jej postępowanie i obawy. Często się zdarzało, że podziwiałam ją za wytrwałość i oddanie. Jednak w tej części w ogóle nie mogłam jej zrozumieć. Zdaję sobie sprawę, że przeżyła wiele i trudno jej sobie z tym poradzić, ale prawie zawsze zaprzeczała samej sobie, co wyjątkowo mnie irytowało. Za to moją uwagę przykuła Lily, która okazała się buntowniczką z krwi i kości. Polubiłam ją za to, że nie bała się mówić, co czuje, jeśli nawet czasami ukrywała prawdziwe przyczyny. Krzyczała, śmiała się i obrażała – nie udawała. 

Tematyka ukazuje, jak trudno poradzić sobie ze śmiercią kochanej przez nas osoby. Widzimy zmagania Lou, ale również rodziców Willa czy ludzi, którzy nawet go nie znali, ale jego śmierć wywarła na nich olbrzymie wrażenie i to nie w pozytywnym rozumieniu. Moyes nie ograniczyła się do jednego spojrzenia, ale dała pełną gamę negatywnych emocji, które nie pozwalały funkcjonować normalnie bohaterom. 

Jestem zdania, że Jojo Moyes pisze wzruszające powieści i mimo nie do końca pozytywnej opinii o "Kiedy odszedłeś" dobre. Opieram to zdanie wyłącznie na cyklu "Zanim się pojawiłeś", ale mam zamiar przeczytać pozostałe jej książki. Jeśli lubicie ckliwe, ale zarazem bardzo poważne historie, to jest seria dla was. 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Sekta Egoistów – Eric-Emmanuel Schmitt


Tytuł: "Sekta Egoistów"

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt

Tłumaczenie: Łukasz Muller

Kategoria: Literatura współczesna

Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 208

Ocena: 6/10









Od dziecka uczą nas, żeby być miłym, mieć własne zdanie, ale szanować również zdanie innych, wykazywać się dobrym wychowaniem i dbać o dobro innych. To piękna, pełna empatii idea, którą wiele osób wyznaje. Jednakże nie oszukujmy się – chcielibyśmy, żeby to na nas skupiała się uwaga innych i to nasze, wyłącznie nasze problemy są najważniejsze. W końcu nie możemy poczuć tego, co inna osoba. Możemy to sobie wyobrazić, przywołać dawne wspomnienia, ale to i tak namiastka prawdy. Tak sama inny ludzie nie są w stanie poczuć dokładnie tego samego co my. Nie przyszło wam do głowy, że tak naprawdę na świecie istniejemy tylko my sami?

Główny bohater jest znudzony swoimi naukowymi badaniami. Spędza nad nimi godziny, dnie, aż wreszcie wszystko łączy się w lata. Wcześniej to uwielbiał, jednakże teraz pragnie coś zmienić. Postanawia zrobić radykalny krok w swoim życiu – przeczytać coś dla przyjemności. Pada na pewną książkę, gdzie pojawia się wzmianka o wyjątkowym człowieku, który założył sławną w przeszłości Sektę Egoistów. Jegomość fascynuje głównego bohatera do tego stopnia, że badacz postanawia ruszyć jego śladem i zrozumieć jego historię. Czy mu się to uda?

Schmitt jest dla mnie wybitnym pisarzem, aczkolwiek bardzo skrajnym. Pamiętam, gdy czytałam jego pierwsze powieści. Zawsze mnie zaskakiwały. Kiedy sięgałam po jego książkę, już wiedziałam, że będzie to coś wyjątkowego. Dlatego czytałam tych opowieści coraz to więcej i wtedy zdałam sobie sprawę, że Schmitt może i potrafi zaskoczyć, ale używa do tego cały czas tego samego narzędzia. Wtedy poczułam się zbita z tropu. Dawałam szansę kolejnej książce, ale ona wydawała mi się złudnie podobna do poprzednich. To tak jakby zmieniać całe nasze otoczenie, ale czuć ten sam zapach. 

"Sekta Egoistów" na początku wydawała mi się czymś nowym. Nigdy nie wpadłabym na pomysł, że można opowiedzieć historię o egoistach, którzy się szczycili, że właśnie nimi są. Ciekawe ujęcie opowieści oraz przeszłość człowieka odkrywana po kilkuset latach zafascynowały mnie. Wszystko szło w ogóle w innym kierunku niż typowe książki Schmitta. Byłam już naprawdę na nią pozytywnie nastawiona. Oczywiście do momentu aż wreszcie historia wróciła na standardową ścieżkę. Byłam wściekła. Myślałam, że ponownie odkryję Schmitta i ponownie będę mogła doceniać jego dzieła. Nie stało się tak – ponownie się zawiodłam. 

Pisarz ma bardzo charakterystyczny styl, który w tym momencie jestem w stanie bez trudu rozpoznać. On nie pisze książki, on opowiada opowiastkę, która ma uczyć i dawać do myślenia. Wcale nie przekładamy kartek, tylko siedzimy przy ognisku i słuchamy swojego mentora, który wiele już w życiu widział, więc jego doświadczenia są bardzo cenne dla nas. Czerpiemy z tego przyjemność, ale również odnajdujemy samych siebie. Tym bardziej że jego historia to jeden wielki chaos. To jest jego znak rozpoznawczy. Mamy się orientować i wysilić. Nie dostaniemy wszystkiego tak po prostu, bo nagle chcemy. Należy za to zapłacić swoją uwagą. 

Sama fabuła okazała się wciągająca, dzięki czemu przeczytałam "Sektę Egoistów" bez problemu na jeden raz. Fakt faktem, że zakończenie przewidziałam prawie na samym początku. Nic zaskakującego, lecz za to bardzo wstrząsającego. Byłam przekonana, że jeżeli się nie mylę, to zakończenie nie zrobimy na mnie żadnego wrażenia. Przeliczyłam się. Choć muszę się wam przyznać, że ta końcówka nie była dla mnie do końca zrozumiała. Musiałam wszystko sobie przeanalizować w głowie i upewnić, że jest tak, jak myślę. I tu mi paradoksalnie pomógł opis na okładce powieści. W dodatku miałam odczucie, że poza tą jedną historią na świecie nic się nie dzieje. Jest tylko główny bohater i nic więcej. To zniechęca do czytania.

Głównego bohatera nie polubiłam. Tak naprawdę to go wręcz znienawidziłam. Nie mogłam się w nim doszukać poza wnikliwością i cierpliwością żadnej innej pozytywnej cechy. Cały czas narzekał na swój los, fascynował się losem Gasparda, a nie robił nic by czerpać z tego przyjemność i przede wszystkim zmienić swoje życie. Na szczęście sam Gaspard okazał się dość niezwykłą postacią. Był tajemniczy i miał intrygujące spojrzenie na świat. Potrafił przekonać ludzi do swoich racji. Nawet ja nieraz byłam zaskoczona takim punktem widzenia i musiałam przyznać mu w niektórych kwestiach rację.

"Sekta Egoistów" ukazuje, jak duży wpływ na życie człowieka może mieć ideologia. Niektórzy są gotowi oddać wszystko, by udowodnić jej słuszność i dążyć do wyznaczonego sobie celu. Cała opowieść dzieje się na tle szaleństwa, które na początku tylko czasami daje znać o swoim istnieniu, by później nawet na chwilę nas nie opuszczać. Jego macki są wszędzie – nawet w naszym umyśle.

Już dawno chciałam się zapoznać z tą opowieścią Schmitta, ale spodziewałam się po niej stanowczo czegoś więcej. Jeżeli lubicie Schmitta to warto ją przeczytać, ale nie radziłabym innym zapoznawać się z tym pisarzem poprzez tę historię.