Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moondrive. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moondrive. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 czerwca 2017

Królewska Klatka – Victoria Aveyard


Tytuł: "Królewska Klatka"

Autor: Victoria Aveyard

Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko

Cykl: Czerwona Królowa

Tom: III

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Moondrive

Liczba stron: 568

Ocena: 7/10



Ludzie od wieków toczyli ze sobą wojny. To jest taki nasz własny schemat. Najczęściej szło o ziemie, pieniądze, władzę czy wolność. Wiele z tych rzeczy ma bardzo dużą wagę, np. wolność. Każdy jej pragnie i każdy jest gotowy o nią walczyć. Tylko ile musi przy tym poświęcić? Nie tylko własne życie, ale również życie innych ludzi. Wtedy zaczyna się przeliczanie, dyskutowanie, poszukiwanie najróżniejszych rozwiązań i ostateczne pytanie – czy warto?

Mare po tym jak dostaje się w ręce Mavena, musi wytrzymać pobyt w więzieniu. Jednakże nie jest to zimna i cuchnąca cela tylko przepiękna komnata w pałacu. Nie powinna narzekać. W końcu mogłaby być torturowana, upokarzana i pozbawiona wszystkich praw ludzkich. Siedzenie całymi dniami w pokoju nie może być w porównaniu do tego takie złe... Ale jest... Mare staje się marionetką w ręka Mavena, jego ulubioną zabawką, która musi robić to, co jej młodociany król karze. Nikt jej z zewnątrz nie pomoże, nie udzieli informacji, co stało się z jej bliskimi. Dziewczyna musi sama sobie poradzić z kaprysami władcy i przede wszystkim sama przetrwać. Czy jej się to uda?

Pamiętam, jak na rynek wchodziła pierwsza część "Czerwonej Królowej". Był wtedy duży szum i każdy miłośnik fantastyki i nie tylko chciał zapoznać się z tą książką. Głośna reklama i magnetyzująca okładka przyciągały ludzi, więc przyciągnęły i mnie. Tak o to minęło kilka lat i teraz wszedł trzeci tom o przygodach Mare. Byłam bardzo podekscytowana, bo na tę premierę czekałam długo i z olbrzymią niecierpliwością. Nareszcie mogłam ją przeczytać. Jakie mam odczucia po lekturze?

"Królewska Klatka" okazała się dobrą powieścią, którą z chęcią przeczytałam, ale nie będę ukrywać, że spodziewałam się po niej czegoś więcej. "Czerwona Królowa" była przeciętną książką, która raczej zniechęciła mnie do cyklu, ale że lubię kończyć to, co zaczęłam, to zapoznałam się ze "Szklanym Mieczem" i to właśnie on wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Na każdym kroku byłam zaskakiwana, a fabuła była wciągająca i pełna zwrotów akcji. Po takim czymś byłam przekonana, że kolejny tom spodoba mi się przynajmniej tak samo jak nie bardziej. Niestety nie spełnił tych oczekiwań.

Styl autorki jest mało charakterystyczny. Nie wyróżnia się niczym na tle innych pisarzy literatury młodzieżowej. Fakt jest przyjemny i dzięki temu mimo dużej liczby stron książkę szybko się czyta. Poza tym jest lekki, co niektórych może zniechęcić, ale nie jest to infantylny język.

Sama fabuła okazała się dla mnie jednym, wielkim rollercoasterem. Raz męczyłam niezliczone dni sto stron książki, nudząc się przy tym niemiłosiernie, by już następnego dnia bez najmniejszej przerwy przeczytać trzysta stron. To jest akurat skrajny przykład, jednakże pisarka naprawdę nie potrafiła uporządkować sobie w głowie własnego pomysłu. Miałam wrażenie, że jak wpadła na jakiś ciekawy pomysł, to do razu pisała bez zastanowienia, przez co wychodził totalny chaos. A w momencie, kiedy tego pomysłu brakowało, to na siłę ciągnęła jeden wątek, który stawał się coraz bardziej nużący i w ogóle nie zaskakiwał. 

Tym razem Victoria Aveyard pokusiła się o pewne zmiany w narracji. W poprzednich częściach oglądaliśmy świat z perspektywy Mare. Tym razem mogliśmy również go zobaczyć ze strony Cameron i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu Evangeline. Gdy przeglądałam przed czytaniem książkę i zauważyłam ten zabieg, miałam mieszane odczucia. Mało który pisarz umie sobie z tym poradzić. Nasza autorka zrobiła to genialnie. Trzy całkowicie różne osobowości dały wielkie do popisu pole, które zostało w każdym nawet najmniejszym skrawku wykorzystane. Mare była jak zwykle irytującą Mare, Cameron miała wieczne problemy, ale była przy tym jak zawsze ironiczna, a Evengeline ukazała nareszcie powody swojego postępowania, które były wręcz szokujące. Stalowa narzeczona okazała się kimś o wiele ciekawszym i tajemniczym niż na początku myślałam.

Nie lubię Mare. Po prostu jej nie cierpię. Jest typową papierową postacią, która na każdym kroku denerwuje człowieka. Wielka bohaterka gotowa na poświęcenie, a tak naprawdę wiecznie narzekająca, użalająca się nad sobą rozpieszczona dziewczyna. Trwała wojna, ona znalazła się w niezbyt dobrej sytuacji, ale to nie dawało jej prawa na bycie pępkiem świata. Ludzie mieli tam o wiele gorzej, a wszystko kręciło się wyłącznie wokół niej. Za to bardzo cenię Mavena. Jak już wiecie nie jest to zbyt pozytywna postać. Tak naprawdę to wstrętny manipulator, ale ma w sobie taką iskrę i wolę walki, która sprawia, że czuję do niego sympatię. W porównaniu do Cala, który na każdym kroku jest tak samo przewidujący i mało emocjonalny. Pojawia się też wiele nowych bohaterów w tym Iris – niezwykła i tajemnicza kobieta. Mało się o niej dowiadujemy, ale pobudza ciekawość. 

Wątek romantyczny był przystępny w tej części. Nie była już to przesłodzona historyjka, która dawała w kość na każdym kroku. Choć końcówka... Nie wiem jak autorka mogła to zrobić. Nie chodzi o to, że to powiedzmy główne wydarzenie dotyczące relacji Mare i Cala było bezsensowne. Gdyby to był typowy romans, byłabym bardzo zadowolona w przeprowadzenia w taki sposób fabuły. To bardzo życiowe i potwierdzające pewien schemat. Jednak naprawdę, kiedy ważyły się losy wielu ludzi, inne państwa nareszcie zaczęły wyrażać swoje zdania na temat Szkarłatnej Gwardii, to mało mnie obchodziła relacja tej dwójki.

Byłam przekonana, że to ma być trylogia. Nie wiem, czy po prostu zamysł został zmieniony, czy to ja sama tak sobie wymyśliłam. Jednak nie ma wątpliwości, że kolejna część powstanie. Mimo że na tej troszkę się zawiodłam, to z chęcią poznam dalsze losy bohaterów i dowiem się, jak cała ta wielowymiarowa historia zakończy się.

wtorek, 30 maja 2017

Wyśnione miejsca


Tytuł: "Wyśnione miejsca"

Autor: Brenna Yovanoff

Tłumaczenie: Adrianna Sokołowska-Ostapko

Kategoria: Literatura młodzieżowa

Wydawnictwo: Moondrive, Otwarte

Liczba stron: 360

Ocena: 3/10








W ostatnich czasach zauważyłam pewną tendencję. Rodzice chcą, by ich dzieci były wykształcone, inteligentne i osiągały same sukcesy. Pewnie dziwicie się teraz, co w tym nietypowego. W końcu każdy rodzic chce jak najlepiej dla swojego dziecka. Rodzicem nie jestem, ale nie wątpię, że tak właśnie jest. Tylko często to naturalne pragnienie staje się obsesją, a co gorsza obsesją dziecka na punkcie bycia idealnym. Kto nie chciałby być doskonałym? Zresztą takie osoby się chwali. Chcą się doszkalać, dążą do perfekcji, osiągają więcej i więcej wymagają od siebie, niszczą sobie psychikę i zapominają, co naprawdę ważne jest w życiu. Lecz zawsze można pominąć te dwa ostatnie aspekty. W końcu nie mają większego znaczenia i są pozorne. Ale czy na pewno? 

Waverly jest ideałem pod każdym względem. Piękna, inteligentna, sumienna, dobra... Czego można więcej oczekiwać? Mimo to jest uważana za zimną i bezuczuciową. Jej przyjaciółka lubi mówić o niej jako o robocie, któremu trzeba przypominać o cechach ludzkich. Jednak Waverly ma też swoją tajemnicę, o której prawie nikomu nie mówi. Wyobraźcie sobie, jakie musi być jej zdziwienie, gdy nie wiadomo jak trafia na imprezę i przyznaje się pijanemu i naćpanemu chłopakowi, że ma poważny problem. Dlaczego to zrobiła i przede wszystkim jak znalazła się na tej imprezie?

Stosunkowo niedawno ta okładka była wszędzie. Gdzie bym nie spojrzała, widziałam ją i ulegałam jej magnetycznemu przyciąganiu. Jest piękna, a przy tym tajemnicza i pobudzająca wodze wyobraźni. Już jakiś czas temu stwierdziłam, że muszę zapoznać się również z jej wnętrzem. Tym bardziej że jej recenzje były raczej pozytywne. Nie do końca wiedziałam, o czym ona jest, ale postanowiłam nie poszerzać tej wiedzy. Sama chciałam to odkryć. Teraz po przeczytaniu kompletnie nie rozumiem, dlaczego wszyscy tak się nią zachwycali. Jest moją prywatną porażką, którą będę pamiętać jeszcze długo. "Wyśnione miejsca" okazały się dla mnie mierne i infantylne.

Jak już pewnie nieraz wspominałam, gatunek New Adult jest przeze mnie nielubiany. Zapewne teraz zapytacie, dlaczego więc cały czas do niego wracam. Tak naprawdę sama nie wiem. Chyba mam nadzieję, że kolejna książka okaże się lepsza od poprzedniczek, pokaże mi, że literatura młodzieżowa może nieść ze sobą jakąś refleksję i wzruszającą fabułą. Dlatego cały czas próbuję. Poza tym w ostatnich czasach jest to jeden z najbardziej popularnych gatunków, więc takiego typu powieści są najczęściej reklamowane. Naprawdę wierzyłam, że "Wyśnione miejsca" przyniosą ze sobą coś nowego i pozytywnego.

Pomysł sam w sobie jest niekonwencjonalny. Motyw oniryzmu jest często spotykany w literaturze, lecz dotychczas nie czytałam książki, gdzie tak został wykorzystany. Wielu bohaterów przenosi się gdzieś w śnie, lecz nie przypominam sobie, by któryś robił to w takim celu jak Waverly. Sam ten fakt spodobał mi się, ale w ostatecznym rachunku nie rozumiałam, dlaczego akurat tak się dzieje. Wydawało mi się to zbyt proste i przede wszystkim bezmyślne. Nie wnosiło nic dodatkowego do powieści. Autorka miała koncepcję, lecz nie potrafiła wykorzystać jej potencjału.

A co do stylu pisarki... Jestem po prostu zażenowana. Dlaczego taki prosty? To mogłaby być naprawdę bardzo inteligentna książka, ale została całkowicie spłycona. Język cały czas mnie irytował i był przy tym taki nienaturalny. Ani młodzieżowy, ani poważny... Wydawał mi się przeznaczony dla naiwnych osób, których nie obchodzi, jak coś jest przekazywane. Dla mnie jest to pewnego rodzaju obraza. Chyba nikt nie lubi być nazywany naiwnym. 

Fabuła jest kolejną porażką. Jest o niczym. Niby ma jakiś zalążek historii, ale nie jest ona w ogóle rozbudowana, a tym bardziej jakkolwiek poprowadzona. Jest to zlepek kilku szkolnych wydarzeń, które łącznie nie prowadzą do żadnego konkretnego rozwiązania. Nudziłam się niemiłosiernie.

W "Wyśnionych miejscach" tylko jedna bohaterka przykuła moją uwagę i nie była to Waverly tylko Autumn. Jako jedyna okazała się barwna i tajemnicza, co jest chyba jedyną zaletą całej książki. A co do głównych postaci nie jest w stanie powiedzieć nic. Po prostu byli papierowi i tyle na ten temat.

Jak pewnie się już sami domyśliliście, pojawił się wątek romantyczny, który... był bardzo mało romantyczny. Czasami taki paradoks jest potrzebny, bo ukazuje problematykę związków, ale w tym przypadku jest to po prostu kolejny minus opowieści. Bohaterowie kompletnie do siebie nie pasowali i wszystkie ich postępowania były nielogiczne. Nie wierzę, że cokolwiek z tego mogłoby stać się w prawdziwym życiu.

Bardzo się zawiodłam na "Wyśnionych miejscach". Dziwię się, dlaczego tak bardzo mi się nie spodobała. Tak wielu recenzentów ją chwali... Chyba po prostu nadszedł czas, kiedy wyrosłam z czytania książek o szkolnych romansach i często błahych problemach. Jeśli jesteście już dojrzałymi osobami, jest stanowczo nie dla was. Ale podejrzewam, że młodsze osoby mogą spędzić z nią miły czas, więc tylko i wyłącznie im ją polecam.