poniedziałek, 20 grudnia 2021

Dziadek do orzechów – E.T.A. Hoffmann

 

Tytuł: Dziadek do orzechów

Autor: E.T.A. Hoffmann

Przekład: Józef Kramsztyk

Kategoria: Literatura dziecięca, klasyka

Wydawnictwo: MG

Liczba stron: 188

Ocena: 4/10







Już za kilka dni święta, a razem z nimi ta niesamowita atmosfera, która jest uwielbiana nie przez jedną osobę. Okres świąteczny bardzo kojarzy mi się z dzieciństwem. Wtedy jeszcze wierzyłam w magię w dosłownym rozumieniu tego słowa i chciałam, by było jej jak najwięcej. A moja wyobraźnia była na tyle rozbudowana, że moje pragnienia były spełniane przez mój umysł. Mam wrażenie, że teraz brzmi to jak jakieś halucynacje, ale tak naprawdę to były cudowne czasy. A wspomnienie tego pozwala mi przypomnieć, że każdy z nas posiada nadal swoją cząstkę dziecka i powinien w odpowiednim czasie z tego skorzystać. Zrobicie to? 

Nadszedł ten niesamowity czas, na który Klara i Fred czekali tak niecierpliwie – czas na świąteczne prezenty! Co roku otrzymują od swojego ojca chrzestnego niezwykły, misternie wykonany przedmiot. Tym razem jest to zamek, który dzięki wspaniałemu mechanizmowi posiada ruszające się figury. Mimo tego że to małe cudo wśród mechanizmów, dzieci nie doceniają prezentu. Jednak dostają jeszcze jeden prezent – dziadka do orzechów. Mała Klara ku zdziwieniu wszystkich dorosłych jest nim oczarowana i otacza swoją opieką. Co niesie za sobą ta niezwykła przyjaźń? Czy świat naprawdę jest tym, czym się wydaje? 

"Dziadek do orzechów" to powieść, o której słyszałam wiele pozytywnych opinii – oczywiście najczęściej w okresie świąt bożonarodzeniowych. Lecz nigdy nie miałam okazji się z nią zapoznać. Moje pragnienie, by to zrobić było dogłębne. Ale wiecie, jak to jest z książkami. Zawsze jest coś do przeczytania i zawsze jest coś jeszcze pilniejszego do przeczytania... Na pewno sami to przeżywacie. Jednak nie tym razem! Ogłaszam, że w roku 2021 udało mi się przeczytać "Dziadka do orzechów". Jak moje wrażenia? 

Przyznam się, że w ogóle nie wiedziałam, o czym jest ta opowieść. Wystarczyło mi, że jest tam jakiś tytułowy dziadek do orzechów. Nawet nie wiedziałam, czy chodziło o przedmiot, czy może przewrotnie osobę. Gdy czytałam i poznawałam dalej fabułę, to miałam wrażenie, że sam pomysł mnie odrzuca i nie pozwala poczuć historii całą sobą. Wydaje mi się ona zbyt typowo dziecięca i niczym nie wyróżniająca. Zdaję sobie sprawę, że te słowa niektórym mogą wydać się zbyt odważne i może nawet kontrowersyjne. W końcu to klasyka literatury dziecięcej, nie od wczoraj uznana. Niestety w moim przypadku nic to nie zmienia. 

Styl autora jest stanowczo największą zaletą "Dziadka do orzechów". Wyróżnia się kwiecistością i barwnością, ale zarazem utrzymuje odpowiedni jej poziom. W końcu to opowieść dla dzieci, dlatego ten piękny język zachwyca ciekawą składnią, ale jest też na tyle prosty, by dzieci mogły go zrozumieć. A przynajmniej tak mi się wydaje. Pod każdym względem dopracowany, co intensywnie oddziaływuje na wyobraźnię. Plastycznie nadaje barw historii. Dzięki temu widać, że pisarz szanował swoich czytelników i tutaj upływ lat tego nie zmienił. 

Moim największym problemem w tej książce jest fabuła. Z jednej strony dzieje się w niej tak niesamowicie wiele, a z drugiej nic, co zachęcałoby do dalszej lektury. Naprawdę nie jestem w stanie ubrać tego w słowa, ale było coś, co mnie po prostu odrzucało od powieści i w żaden sposób nie umiałam z tym walczyć, czy zaakceptować. Pod tym względem to naprawdę wielkie rozczarowanie. 

Cała książka to niezwykły popis umiejętności pobudzania wyobraźni i pozwolenia, by zawładnęła ona rzeczywistością. To przekaz, że wyobraźnia jest potęgą i za jej pomocą można czynić wielkie rzeczy. Jest to pogląd, który sama wyznaję, więc pod tym względem moje serce napełniło się ciepłem, a ja sama ostatecznie podchodzę do powieści z szacunkiem. Tym bardziej że udowadnia ona, że dobro niesie za sobą dobro, a podążanie za swoimi ideałami, póki w nie wierzymy i nie krzywdzą nikogo, jest słusznym wyborem

Mimo tego że ostatecznie "Dziadek do orzechów" okazał się rozczarowaniem i nie przyniósł mi magii świąt, której tak bardzo oczekiwałam, cieszę się, że nareszcie poznałam tę opowieść. Mam wrażenie, że jest to bardziej kwestia mojego gustu i być może jakiś uprzedzeń niż bezpośrednio książki. Przekazuje ona wspaniałe wartości i sprawia, że nagle nie ma żadnych ograniczeń. Każdy z nas od czasu do czasu powinien to poczuć. 

Za książkę dziękuję bardzo Wydawnictwu MG


czwartek, 16 grudnia 2021

Bożonarodzeniowa Księga Szczęścia – Jolanta Kosowska


Tytuł: Bożonarodzeniowa Księga Szczęścia 

Autor: Jolanta Kosowska

Kategoria: Literatura obyczajowa, romans

Wydawnictwo: Zaczytani

Liczba stron: 342

Ocena: 6/10







Niedługo nadchodzi Boże Narodzenie, czyli czas, który dużej części z nas kojarzy się jako czas dobry, wyjątkowy i wnoszący magię do naszego życia. Mam wrażenie, że akurat święta Bożego Narodzenia wywołują w nas skrajne emocje. Wiele z nas raduje się w tym okresie i stara cieszyć z obecności rodziny i bliskich. Jednak wyobrażam sobie, że niektórzy z nas właśnie wtedy uświadamiają sobie, że brakuje jakieś bliskiej osoby, że ktoś się nie pojawił, że przygotowania świąteczne to też duży wysiłek i fizyczny, i psychiczny, i ekonomiczny. Wszystko ma swoje dwie strony. Akurat ja zawsze należałam do tej szczęśliwej strony. To prawda – przed Wigilią potrafi być nerwowo. Kupowanie prezentów, robienie zakupów w tłumie ludzi, sprzątanie czy gotowanie... Mój dom wtedy to stanowczo kłębek nerwów, lecz gdy przychodzi już ten niezwykły czas, cieszymy się, że jesteśmy razem. 

Piątka przyjaciół, którzy mimo upływającego czasu, mimo odległych miejsc zamieszkania i mimo różnych zainteresować, nadal uwielbiają siebie nawzajem, wspierają się i... Piszą co roku listy bożonarodzeniowe. Co by się nie działo, to przed Bożym Narodzeniem musi przyjść list od pozostałej czwórki, musi być też wysłany. I nikt nigdy nie zawiódł. To podsumowanie obecnego roku i przypomnienie, że mimo tylu różnic nadal przyjaźnią się. Czyż nie piękna tradycja? Jednak w tym roku jednego listu zabrakło. Można mówić, że się zgubił, że nie było czasu go napisać lub że po prostu się zapomniało. Lecz dochodzą do tego nieodebrane połączenia telefoniczne, nieodpisane maile. Tego nie można zignorować. 

Mamy grudzień, więc z zapałem zaczytuję się w książkach świątecznych. W żadnym innym miesiącu nie byłabym w stanie się w nich zaczytywać. Po prostu stronię od literatury obyczajowej czy romansów. Niemniej atmosfera świąt Bożego Narodzenia jest na tyle wyjątkowa, że wychodzę z frazesowej strefy komfortu i zaczynam przez chwilę inaczej patrzeć na świat. Drugą świąteczną książką, którą przeczytałam w tym roku, jest "Bożonarodzeniowa Księga Szczęścia". Tak trochę nie do końca na temat – bardzo podoba mi się tytuł!

Przede wszystkim zdecydowałam się ją przeczytać, bo przypadł mi do gustu pomysł na fabułę. Listy bożonarodzeniowe, droga na ratunek – czyż nie brzmi intrygująco? Mam wrażenie, że to fascynujące połączenie tradycji z czymś odrobinę bardziej nowoczesnym. Tym bardziej że zagadka, co się stało z Leną, czyli bohaterką, która w tym roku nie napisała listu i nie odbiera telefonów, sprawia, że koniecznie chciałam poznać zakończenie. Nie miałam w ogóle koncepcji, co mogło się stać i przyznam, że zakończenie bardzo mnie zadziwiło, choć nie do końca się spodobało. Lecz mimo to je doceniam, gdyż cała ta tajemnica pcha do przodu fabułę, ucząc zarazem czytelnika cierpliwości i w sposób przyjemny przedstawiając inne opowieści z życia bohaterów. 

Największym mankamentem, który dostrzegam, jest styl pisarki. Cały czas czułam, że jest niedopracowany i nie chodzi mi tu o to, że autorka nie umie pisać, ponieważ bez wątpienia posiada tę umiejętność. Po prostu uważam, że powinno się jeszcze do tego przysiąść i właśnie dopracować w niektórych miejscach. Być może moje zastrzeżenie wynika z faktu, że język jest bardzo, naprawdę bardzo prosty. Co dla wielu na pewno jest zaletą. W szczególności, że to książka typowo świąteczna. Dla mnie niestety okazało się to wadą. Odbierało potencjał przedstawionym treściom. 

Niezmiernie ciekawym zabiegiem literackim jest fakt, że akcja tak naprawdę odbywa się w ciągu tylko kilku dni. Tymczasem listy oraz wspomnienia sprawiają, że poznajemy jako czytelnicy kilkanaście lat życia bohaterów. W rzeczywistości siedzimy razem z Rafałem w jego mieszkaniu, a następnie w samochodzie, by dowiedzieć się, jak wiele przeszli razem z Leną i jak wpłynęło to na ich obecne życie. Fascynowało mnie to, gdyż ogólnie uważam to za ciekawy zabieg literacki i zarazem bardzo trudny. A w "Bożonarodzeniowej Księdze Szczęścia" został on wykonany wprost perfekcyjnie. Dzięki temu mimo że nie dzieje się zbyt dużo, to miałam poczucie, że stało się wiele istotnych rzeczy. Szkoda tylko, że niekiedy opowieść okazywała się naiwna i nie wyobrażam sobie niektórych ciągów przyczynowo-skutkowych. 

Niestety też zawiodłam się na kreacji głównych bohaterów. Mamy piątkę przyjaciół, gdzie prym wiedzie tylko dwójka. Pięć postaci, które można genialnie wykreować. Pięć postaci z potencjałem. Żadnego nie poznajemy. Jest skupienie na historii Leny i Rafała i mam wrażenie, że pisarka zapomniała o pozostałej trójce i tym, że poza wydarzeniami w życiu istnieją też osobowości i konkretne relacje, co doprowadza dopiero do właśnie tych wydarzeń. 

Teraz chcę przejść do najważniejszej dla mnie części książki, czyli do tematyki. "Bożonarodzeniowa Księga Szczęścia" jest przykładem powieści, która przedstawia treści, z którymi prawie w stu procentach się zgadzam, a nie są one w literaturze zbyt często poruszane. Ujmę to w jednym zdaniu: najważniejsze są priorytety. Brzmi co najmniej sztywno i protekcjonalnie.  Jednak ujmuje fakt, że w życiu jest wiele ważnych relacji, spraw i marzeń, z których musimy zrezygnować. Na rzecz czego? Na rzecz tych najważniejszych. Zawsze wydawało mi się okrutną prawdą, że czasami trzeba poświęcić sprawy niezwykle ważne, by móc utrzymać te najważniejsze. I tutaj te sprawy, które określam jako najważniejsze, są dla każdego człowieka indywidualne. Dla jednych jest to miłość i bliscy, dla niektórych kariera, dla innych spełnianie pasji. To kwestia subiektywnego wyboru, do czego każdy ma prawo i jeśli dobrze zdecyduje, na tyle, na ile pozwoli życie, powinien być szczęśliwy. Warto też przy tym pamiętać, że jeśli obiecamy komuś opiekować się nim, to powinniśmy dotrzymać tej obietnicy. 

"Bożonarodzeniowa Księga Szczęścia" ma wiele wad pod względem warsztatu literackiego, niemniej w mojej opinii niesie wiele wartościowych treści i pozwala na dogłębną refleksję. Tyle wystarczy, by ostatecznie przymknąć oko na mankamenty i skupić się na najważniejszym. Jeżeli odnajdujecie się w tego typu literaturze, powieść powinna Wam się spodobać. 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

PREMIERY NA STYCZEŃ 2022 OD MG! ♥♥♥

Miasteczko Middlemarch t.1 George Elliot 


Miasteczko Middlemarch to jedna z najważniejszych pozycji w kanonie klasycznej literatury angielskiej. George Eliot, jedna z najbardziej nowoczesnych postaci epoki wiktoriańskiej, erudytka, okrzyknięta z powodu wyzwań, jakie rzuciła opinii publicznej - angielską George Sand, podniosła powieść do rangi dyskursu filozoficznego, a pasjonujący romans umiejscowiła w sferze społeczno-moralnej.

Dzieją się w Anglii lat 20. XIX wieku rzeczy ważne, a miasteczko Middlemarch, tak jak każde prowincjonalne miasteczko, jest tych wielkich przemian minisceną, toteż historia toczy się wraz z wątkiem romantycznym i kryminalnym. Losy miasteczka Middlemarch są historycznie i ekonomicznie splecione z losami okolicznej społeczności, mieszkańcami sąsiednich dworów i należących do nich farm.

Na tak szeroko zarysowanym tle maluje George Eliot losy głównych bohaterów: młodej, bogatej i szlachetnej Dorotei Brooke, która szuka godnego celu, by nadać sens swojemu życiu, oraz Tertiusa Lydgate’a, lekarza, który cel znalazł w pracy badawczej i praktyce medycznej, ale przeszkodą w jego realizacji staje się piękna kobieta. Oba te główne wątki mają liczne odgałęzienia, odnogi i boczne pędy, tyleż interesujące, co barwne i nasycone ciepłym humorem. Oglądamy cały złożony świat prowincjonalnej Anglii - mieszczan, kupców, lekarzy, prawników, a także farmerów, ba, nawet najemnych robotników rolnych, których zakończony około 1815 roku proces grodzenia otwartych pastwisk, uprzednio dostępnych każdemu, pozbawił możliwości pracy na własnej ziemi. Nie brak również przedstawicieli Kościoła i typowego dla ówczesnych zmian w hierarchii społecznej procesu przeobrażania się żarliwego kalwińskiego dysydenta w szacownego członka Kościoła anglikańskiego. Obrazu dopełnia piękna sceneria okolic Coventry, pełne nostalgicznej tęsknoty opisy krajobrazu środkowej Anglii, owego raju utraconego szczęśliwego dzieciństwa pisarki…


Bolesław Chrobry. Złe dni ** Antoni Gołubiew 


Kontynuacja trzeciego tomu monumentalnego dzieła o początkach polskiej państwowości. Powieść historyczna z czasów Mieszka I i początków panowania Bolesława Chrobrego.

Potężna i niezwyciężona armia Henryka II prze na wschód, już stoi nad Odrą. Bolesław jeden tylko rozkaz wydaje - nie przepuścić! Jednakowoż za wielkie i za silne to parcie na Bolesławowe Księstwo. Giną tarczownicy, drużyny posieczone w lasach, spalone domostwa, mordy, rabunek i gwałty…. Ciżba ludzka, głodna i przerażona gna ku grodom, które trzeba zamknąć…

Co robić, jak przetrwać ten marsz tysięcy saskich wojów w szłomach…. Jaka będzie tego cena? Czy Księstwo się zbuntuje przeciw władcy?

Profesor Charlotte Brontë 


William Cromsworth odrzuca swe arystokratyczne dziedzictwo i wyrusza do Brukseli, by tam znaleźć szczęście. Zostaje nauczycielem języka angielskiego w szkole z internatem dla młodych panien, gdzie musi stawić czoła manipulacjom ze strony dyrektorki, Zoraïde Reuter, która, powodowana zazdrością, usiłuje zniszczyć miłość rodzącą się między nim a uczennicą, Frances Henri, równie jak William ambitną i energiczną młodą kobietą. Niezwykła opowieść o miłości a zarazem krytyka relacji damsko-męskich, które w epoce wiktoriańskiej niejednokrotnie sprowadzały się do walki o dominację. W książce tej znajdziemy liczne wątki autobiograficzne. Charlotte Brontë, podobnie jak jej bohater William, uczyła angielskiego w szkole w Brukseli. I podobnie jak on doświadczała miłości. Jednak jej obiektem był żonaty właściciel szkoły, co nie mogło zakończyć się happy endem.

Mały lord Frances Hodgson Burnett 


Siedmioletni Cedryk wiedzie szczęśliwe, choć skromne życie u boku matki w Nowym Jorku. Dzięki nieprzeciętnej urodzie i ujmującej osobowości chłopiec zjednuje sobie serca wszystkich spotkanych osób. Jego los zmienia się diametralnie, gdy do drzwi puka tajemniczy prawnik z wiadomością, że Cedryk jest jedynym żyjącym potomkiem hrabiego Dorincourt i dziedzicem jego bajecznej fortuny. Chłopiec wyrusza do Anglii, aby zamieszkać z dziadkiem – człowiekiem powszechnie nielubianym, który przez całe swoje długie życie nie znał miłości innej niż własna.

Pani na Hruszowej. Dwadzieścia pięć lat wspomnień o Marii Rodziewiczównie Jadwiga Skirmunttówna 


Pamiętnik najbliższej przyjaciółki Marii Rodziewiczówny.
Poznały się w czasie rodzinnych wizyt. Praca społeczna, wspólne zebrania i wycieczki zaowocowały stale pogłębiającą się przyjaźnią, na której charakter niewątpliwy wpływ miał podziw, by nie powiedzieć uwielbienie Jadwigi dla starszej o jedenaście lat Marii. Z czasem więzy przyjaźni zadzierzgnęły się jeszcze mocniej. W 1919 obie zamieszkały razem. Jadwiga stała się prawą ręką właścicielki Hruszowej, pomagała jej w prowadzeniu domu i ogrodu. Stała się dobrym i po trosze opiekuńczym duchem powieściopisarki, starającym się odsunąć od niej wszystko, co mogłoby stanowić przeszkodę w twórczej pracy. Dla siebie wybrała świadomie miejsce na drugim planie. Wszyscy zapamiętali ją jako osobę uśmiechniętą, pogodną...
Towarzyszyła pisarce podczas wojen i pokoju, zarówno w Warszawie, jak i w Hruszowej. Była z nią aż do chwili śmierci.
Wspomnienia spisane w niniejszej książce to zapis przepięknej przyjaźni, czy wręcz miłości dwóch niezwykłych kobiet, ale też zapis życia w wyjątkowych czasach i w wyjątkowych miejscach, które tak bardzo obie ukochały – Warszawie i na Kresach.



Coś Was zainteresowało? 

poniedziałek, 13 grudnia 2021

Tchnienie duszy – Barbara Ptak

 

Tytuł: Tchnienie duszy 

Autorka: Barbara Ptak

Kategoria: Poezja 

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza

Liczba stron: 46

Ocena: 6/10








Z pasją kontynuuję tegoroczną przygodę z poezją i tym razem ponownie postanowiłam zapoznać się z tomikiem współczesnych wierszy. Nie do końca wiem, po czym wybierać takie tomiki poezji, więc tym razem dałam się przekonać tytułowi, który za pomocą dwóch słów oczarował mnie i zapowiedział intrygującą przygodę z głębokimi przeżyciami wewnętrznymi. A mówię tutaj o dziele Barbary Ptak, czyli o „Tchnieniu duszy”. 

Od pierwszych stron poczułam się mocno przekonana do tych wierszy, ponieważ od jakiegoś czasu decyduję się na krótką i prostą formę poezji, a tym razem poczułam wreszcie jakąś odmianę i mogłam cieszyć mój zmysł literacki rozbudowaną stylistyką. Dla samej siebie określam to jako starą szkołę wierszy. Taka rozbudowana poezja dosłownie kojarzy mi się z edukacją, gdy z pasją interpretowałam na języku polski wiersze naszych narodowych wieszczy, ale też i innych klasyków. Wtedy miałam właśnie poczucie takiej patetyczności i wręcz podekscytowania, że za kurtyną pozornie nic nie znaczących zdań kryją się głębokie refleksje, które nastrajają do kontemplacji przeczytanego tekstu. W przypadku „Tchnienia duszy” moje odczucia są identyczne. Tutaj całość po prostu tchnie wieloma metaforami, przepięknymi epitetami, niekonwencjonalnymi porównaniami i innymi środkami stylistycznymi, których nie jestem w stanie nazwać. Choć zaczynam się trochę obawiać, że przeraziłam Was już tym tomikiem wierszy. Nic mylnego – Barbara Ptak przy całym kunsztownym języku zadbała, by nie została przekroczona granica pomiędzy przesadnością, nieuzasadnionym patosem, a poczuciem zrozumienia u czytelnika. Bardzo szanuję poetkę właśnie za do subtelne wyczucie swoich czytelników. 

Jednak żeby nie było zbyt pięknie, to po przeczytaniu wierszy mam takie negatywne poczucie, że nie wyróżniają się niczym. Mają w sobie coś niesamowitego i całkowicie to doceniam, ale zarazem czuję, że autorka nie odnalazła własnej niszy i powtórzyła treści, które są już czytelnikom doskonale znane. Być może za dużo oczekuję, ponieważ obecnie wychodzą codziennie nowe książki, nowe tomiki poezji… Trudno znaleźć coś nowego. Wiersze zawarte w „Tchnieniu duszy” są dobre, naprawdę dobra, ale też tylko dobre. Pragnęłabym znaleźć wśród nich taki wiersz, który poruszy mnie na tyle, żebym teraz mogła o nim Wam opowiedzieć, żebym przede wszystkich chciała to zrobić. Poezja ma moc i podczas czytania chciałabym ją poczuć. 

A teraz małe wyzwanie dla Was! Jak myślicie, o czym są wiersze? Tak, oczywiście są o życiu i miłości. Nic wyróżniającego, ale przecież to moje ulubione tematy, więc bardzo się cieszę, że to one znalazły ujście w poezji. To niesamowite, jak bardzo te dwa pojęcia są szerokie, abstrakcyjne i pełne możliwości. Jednak czy odnalazłam w tych konkretnych wierszach coś zaskakującego mnie i zapierającego dech w piersiach? Niestety nie. Tutaj jest podobnie – wszystko doceniam, uważam, że to jak najbardziej słuszne i cudowne, ale nadal moja dusza krzyczy, że chce oryginalności… 

Warto też wspomnieć, że niektóre wiersze są mocno religijne. Jeśli mnie znacie, to dobrze wiecie, że raczej unikam tego jak ognia. Co prawda jestem osobą wierzącą – katoliczką, lecz duchowe sprawy pozostawiam właśnie własnej duszy, a w literaturze nie umiem odnaleźć się w takich motywach i przeżyciach. W „Tchnieniu duszy” też się nie odnalazłam, ale za to nie przeszkadzały mi w żaden sposób te wiersze, co jest z moich ust komplementem. 

„Tchnienie duszy” to tomik poezji, który czyta się z przyjemnością i pozwala on skupić się na różnego rodzaju przeżyciach, a nie czasami ponurej rzeczywistości. Niezmiernie cieszę się,  że mogłam zapoznać się z twórczością poetki. Mimo pewnych wad i rozczarowań będę dobrze wspominać tę przygodę. 

Egzemplarz recenzencki Szukater.pl

czwartek, 9 grudnia 2021

Ministerstwo moralnej paniki – Amanda Lee Koe


Tytuł: Ministerstwo moralnej paniki 

Autor: Amanda Lee Koe

Przekład: Mikołaj Denderski

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Tajfuny

Liczba stron: 216

Ocena: 6/10






Historia pokazała, że świat dla kobiet nie jest miejscem przyjaznym. Przez większość istnienia ludzkości kobiety były poniżane i traktowane jako gorszy gatunek ludzi. Nie mogły mieć własnego zdania, nie mogły iść przez życie według własnych zasad, często nie mogły nawet marzyć. Były prowadzone jedną ścieżką i nikt nie zwracał uwagi, czy ta ścieżka im odpowiada. Na szczęście w wielu rejonach świata z czasem sytuacja kobiet się poprawiła. Powoli zaczęły być traktowane jako równe mężczyznom. Niemniej proces poprawy sytuacji kobiet rozpoczął się stosunkowo niedawno, a i dzisiaj niekiedy wydaje się być tylko pozorny. Tym bardziej że w wielu częściach świata nadal nic się nie zmieniło i nie widać znaków, by w najbliższym czasie miało się zmienić. Brzmi to dla mnie przerażająco, ale cieszy mnie, że mówi się o tym na głos. 

Moje przemyślenia miały początek w czasie lektury książki "Ministerstwo moralnej paniki". Autorka jest pochodzenia singapursko-amerykańskiego, więc zapewne zna dwa kulturowo odmienne od siebie światy. Zdecydowałam się zapoznać z tą książką, ponieważ słyszałam często sprzeczne opinie na temat treści, które przedstawia. Dla mnie takie sprzeczne opinie działają jak wabik. I oto mam lekturę za sobą i... Bardzo mieszane odczucia. 

Od pierwszych stron można zaobserwować, że pisarka posługuje się unikatowym stylem. Dotychczas nie spotkałam się z powieścią, gdzie język używany przez autora tworzył taką niestandardową atmosferę. Przez "Ministerstwo moralnej paniki" przemawia pewność siebie i bezkompromisowość. Te dwie cechy warsztatu literackiego prowadzą czytelnika przez przedstawiane treści, mówiąc, że teraz czas na słowa pisarki. Nie ma tu możliwości przerywania, podważania. Teraz czas na Amandę Lee Koe i to, co ona chce opowiedzieć. Trudno mi się było ustosunkować do jej poglądów, ponieważ czułam właśnie to narzucanie mi opinii. Zamiast chcieć słuchać pisarki, czułam się do tego zmuszona. 

W ogóle warto wspomnieć, że książka jest zbiorem czternastu opowiadań. Opowiadań, które są całkowicie od siebie odmienne, jednakże posiadają wspólny rdzeń – poniżenie i bardzo trudny los kobiet. Każde opowiadanie po kolei wywoływało we mnie wiele negatywnych emocji. Bez wątpienia właśnie taki był zamysł pisarki, lecz było mi ciężko sobie poradzić z własnymi, tak bardzo intensywnymi, emocjami. Ogrom zadawanego cierpienia, niesprzyjającego losu i niemożność wyrwania się z błędnego koła poniżenia przytłaczały mnie i sprawiały, że nie chciałam kończyć książki. Zarazem wiedziałam, że należy ją skończyć, bo nie można obojętnie przechodzić przy takich treściach. 

Podoba mi się różnorodność opowieści. Przedstawione są kobiety w różnym wieku, o różnych pochodzeniu pod względem statusu społecznego i ekonomicznego oraz o różnych historiach. Niektóre z kobiet zostały postawione przed danym wydarzeniem i nie otrzymały szansy wyboru. To los i źli ludzie zdecydowali o nich. Lecz jako czytelnicy możemy też obserwować kobiety, które miały wybór i wybrały cierpienie i upokorzenie. Tak naprawdę to pozornie był wybór. Z obiektywnej perspektywy można zaobserwować, gdzie mogły zdecydować inaczej i iść drogą lepszego traktowanie. Niemniej społeczeństwo, stereotypy i presja podyktowały ich życie i nie pozwoliły na szczęście. 

W "Ministerstwie moralnej paniki" czuć pewne różnice kulturowe. Wydają się być dyskretne, lecz wystarczająco zauważalne, by doprowadzić do refleksji nad tym, co dzieje się w innych częściach świata i jak jest to postrzegane. Wszystkie opowiadania traktuję jako manifest pisarki, która krzyczy, że nadal potrzeba zmian. I że nie można zamykać oczu, tylko dlatego że być może nam w tej chwili jest komfortowo i czujemy się szczęśliwe. Nigdy nie wiadomo, czy to się nie zmieni, a teraz mamy wystarczająco sił, by przynajmniej próbować pomóc innym. 

Moim jedynym problemem związanym z tą książką jest pewnego rodzaju wyłaniająca się pretensjonalność wśród przedstawionych treści. Mam poczucie, że to przemówi do osób, które same choć w małej mierze przeżyły coś podobnego. Dla osób, które nie rozumieją, może pozostać to nadal nieuargumentowanym zarzutem. Pragnęłabym w tej książce odnaleźć coś, co właśnie pomoże innym zrozumieć sytuację niektórych kobiet. 

Książką Amandy Lee Koe okazała się wyjątkowo poruszającą lekturą, która niosła wiele wartościowych i przełomowych treści. Pisarka nie bała się pisać o tym, co myśli i nie unikała tematów tabu. Jest to godne szacunku i przyznania jej olbrzymich pokładów odwagi. Niestety nie wszystkie aspekty pod względem warsztatu literackiego przypadły mi do gustu, co sprawiło, że odebrałam opowiadania w mniej pochlebny sposób niż dawały na to potencjał. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl

niedziela, 5 grudnia 2021

Dobrze, że jesteś – Gabriela Gargaś

 

Tytuł: Dobrze, że jesteś

Autorka: Gabriela Gargaś

Kategoria: Literatura obyczajowa

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Liczba stron: 326

Ocena: 6/10

Książkę "Dobrze, że jesteś" przeczytałam w ramach współpracy z TaniaKsiazka.pl






"Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku" – słowa Seweryna Krajewskiego odwołują się do dnia ważnego dla wielu osób, które obchodzą święta Bożego Narodzenia, do Wigilii. Wigilia Bożego Narodzenia jest dniem wyjątkowym, podczas którego może dojść do wielu magicznych wydarzeń. Lecz czy tak naprawdę nie możemy sprawić, żeby każdy dzień był tak samo wyjątkowy jak właśnie Wigilia? Oczywiście, że 24 grudnia niesie ze sobą niepowtarzalną atmosferę związaną z towarzystwem bliskich osób, religijnych uniesień i pięknych ozdób świątecznych. A jeśli by odrzucić kolędy, zimę, prezenty i ozdoby, a pozostawić miłość do bliskich, czy to nie mogłaby być nasza codzienność? 

Zoja bardzo potrzebuje pieniędzy, by wspomóc swojego brata. Z tego powodu jest zdecydowana przyjąć pracę, gdzie będzie musiała pracować nawet w święta Bożego Narodzenia. Lecz jest zdeterminowana, pełna energii i gotowa nawet wśród tabelek Excela nieść świąteczną radość. Natomiast Borys ma tylko jeden cel do realizacji – oddać perfekcyjny projekt do pracy. Jego pracoholizm oraz perfekcjonizm sprawiają, że nie dostrzega tego co wokół. Dlatego jest zdesperowany, by zatrudnić kogoś do pomocy w pracy, kto będzie gotowy wspierać go w tym projekcie nawet w święta. Więc oto oni: ona – pełna energii, kolorów i miłości, on – skupiony na pracy i nadmiernie profesjonalny. Co z tego wyniknie? 

Mówi się, że to grudzień jest miesiącem, gdzie ma się ochotę sięgnąć po gatunek literacki, który zazwyczaj omijam szerokim łukiem – literaturę obyczajową, oczywiście z elementami romansu. I również oczywiście z motywem świątecznym. Mimo że grudzień i święta już dawno minęły, ja  zdecydowałam się teraz zapoznać ze świąteczną powieścią Gabrieli Gargaś. Dużo dobrego słyszałam o książkach pisarki, więc postanowiłam sprawdzić, jak mają się one do mojego gustu czytelniczego. Jak wrażenia? Rollercoaster emocjonalny – tylko tak da się to określić. Mam Wam bardzo dużo do przekazania. 

Pod względem stylu pisarskiego jestem całkowicie usatysfakcjonowana. Był dokładnie taki, jakiego oczekiwałam, czyli prosty i przyjemny w odbiorze. Nie był przesadnie kunsztowny lub na siłę poetycki, nie był też infantylny. Po prostu był swojski, co pozwoliło mi odnaleźć się w powieści. Wielokrotnie zostałam rozśmieszona, co było kolejną, wielką zaletą książki. To naprawdę rzadko w moim przypadku się zdarza. Mimo że jestem pozytywną osobą, to ciężko mnie szczerze rozśmieszyć, a tutaj autorce się udało. Dzięki tej naturalnej prostocie i zabawnym fragmentom powieść czytało się w zastraszająco szybkim tempie. 

Natomiast odnosząc się do fabuły, to była ona bardzo nierównomierna. Początkowe wydarzenia niosły ze sobą naturalność oraz pozwalały poznać bohaterów i cały kontekst opowieści. Jednak czym dalej, tym byłam coraz bardziej rozczarowana i miałam coraz więcej zastrzeżeń. Pojawiają się przeskoki czasowe, które utrudniały mi odnalezienie się w chronologii. Wydaje mi się, że wiem, jaki był zamiar pisarki, jednakże pozostanę przy opinii, że tutaj nie było potrzeby wprowadzać innej kolejności wydarzeń. Utrzymanie linii chronologicznej przyniosłoby takie same efekty i uchroniło przed niepotrzebnym zamętem w historii. Ogólnie "Dobrze, że jesteś" jest powieścią bardzo przesłodzoną i przedramatyzowaną. Tego się spodziewałam po świątecznej książce, lecz tutaj miałam wrażenie, że zostały przekroczone pewne granice. Te urocze i ckliwe sceny jak najbardziej są potrzebne i ich w żaden sposób nie neguję. Często takie opowieści pozwalają nam poczuć ciepło na sercu. Niemniej mam wątpliwości, co do realności tego wszystkiego. Być może mogłoby zdarzyć się w prawdziwym życiu w odniesieniu jeden do jednego, ale by to opisać trzeba o wiele więcej słów – słów stwierdzających fakty i słów opisujących rzetelniej przeżycia wewnętrzne bohaterów. Podsumowując ten wątek – książka powinna być o wiele dłuższa!

Niestety i do bohaterów mam wiele zastrzeżeń. Założyłam, że Gabriela Gargaś w tej powieści zdecydowała się przedstawić proces zmiany postrzegania życia. Motyw przeze mnie uwielbiany i bardzo ceniony. Tylko niestety tutaj ponownie wszystko działo się za szybko i w sposób nie do końca spójny! Borysa bardzo polubiłam i mimo jego zdystansowanego zachowania darzyłam niezwykłą sympatią. Rozumiałam tego mężczyznę i początkowo jedno zachowanie wynikało z drugiego. Z czasem nadeszła wspomniana zmiana i tutaj zabrakło mi poczucia, że to się dzieje. Natomiast Zoi nie umiałam zaakceptować. Uwielbiam ekscentryków i ludzi, którzy łamią normy społeczne, nie krzywdząc przy tym nikogo. Ale u Zoi nie czułam tej kreatywności, tego powiewu radości. Wszystko, co robiła, wydawało mi się wymuszone i na pokaz. 

Same treści przedstawione w "Dobrze, że jesteś" – swoją drogą bardzo podoba mi się tytuł – przemawiają do mnie i pokrywają się z poglądami, które ja sama wyznaję. Więc dlaczego tutaj nasuwa się "ale"? Ponieważ były one przekazana w sposób zbyt nachalny i moralizujący. Wybrzmiewały w pięknych cytatach, które znajdowały się prawie na każdej stronie. Mówi się, że od przybytku głowa nie boli, ale nie byłabym taka pewna tego stwierdzenia. Pragnęłabym ujrzeć te treści w samej historii. Ujrzeć, a nie usłyszeć. To duża różnica. 

Lecz żeby nie popaść w ton zbyt krytykujący, bo ta książka ma zbyt dużo zalet, by przesadzić z wymienianiem wad, to chciałabym się  jeszcze odnieść do tematyki. Pojawia się motyw ukazujący, że czasami zamiast gnać do przodu na siłę, warto się zatrzymać, rozejrzeć wokół siebie i docenić to, co się już ma, ponieważ w wyścigu o więcej można stracić dobrych ludzi, których ma się wokół. Jednak jak zapewne wszyscy wiemy, życie nie jest idealne i jakkolwiek byśmy pragnęli, nie układa się dokładnie według naszych marzeń. Dlatego po prostu trzeba się zmierzyć z tym, co właśnie życie przyniesie. Może być to niezwykle trudne, wydające się nie do pokonania, ale trzeba próbować. A czasami taką próbą jest walka, a innym razem danie sobie przyzwolenie na odpoczynek i pobycie z własnymi emocjami. Każdy z nas popełnia błędy i każdy z nas powinien dostać szansę, by przeżyć ich konsekwencje, a następnie wyciągną coś z nich dla siebie. 

"Dobrze, że jesteś" to książka niosąca ze sobą wiele ciepła i tematów do refleksji. Dzięki niezwykłemu poczuciu humoru autorki łatwo spojrzeć na fabułę z dystansu, ale też nie można wyjść z niej bez przemyślenia własnego życia. Powieść pod względem warsztatowym posiada parę wad, które część czytelników mogą zniechęcić, lecz nie jest to na tyle intensywne, by nie docenić całości. Myślę, że osobom, które lubią ciepłe historie obyczajowe, przypadnie do gustu – niezależenie od miesiąca. 

Podobne świąteczne książki znajdziecie w kategorii nowości na TaniaKsiazka.pl

czwartek, 2 grudnia 2021

Epigramy – Małgorzata-Maggie Gołębiowska

 

Tytuł: Epigramy

Autorka: Małgorzata-Maggie Gołębiowska 

Kategoria: Poezja

Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza 

Ocena: 2/10









Przy prawie każdej recenzji gnębię Was tą samą historią – postanowiłam w tym roku pogłębić swoją znajomość poezji. Oczywiście mam tu na myśli i poezję współczesną, i trochę bardziej tradycyjną. Jednak całkowicie w swoim postanowieniu zapomniałam o formach jak najbardziej należących do gatunku poezji, ale też odmiennych od tego, z czym spotykamy się na co dzień. A mówię tutaj o epigramach. Czym są epigramy? Dla niewtajemniczonych już tłumaczę. Idąc za słownikiem PWN: „krótki utwór poetycki o zaskakującej puencie”. Przecież to brzmi genialnie! W ostatnim czasie stanowczo zaczynam doceniać krótkie formy, które pozornie wydają się banalne, a tak naprawdę zawierają w sobie wiele mądrości i często też rozrywki. Próbowaliście napisać coś krótkiego i inteligentnego? Ja tak i przyznam, że w moim wykonaniu to delikatnie mówiąc porażka. Szybciej napiszę opasłą księgę niż w zdaniu lub dwóch zawrę coś wartościowego. 

Ale czemu tym razem z zaangażowaniem przedstawiam Wam tę anegdotę? Otóż jestem świeżo po zapoznaniu się z krótkim tomikiem wierszy pod bardzo naprowadzającym tytułem – „Epigramy”. Gdyby nie ten tytuł, to w ogóle nie pamiętałabym o istnieniu takiej formy poezji. Dlatego z zaintrygowaniem postanowiłam przeczytać te krótkie zdania i sprawdzić, jak przypadną mi do gustu. Jak było? Niestety bardzo źle…

Przede wszystkim zostałam negatywnie zaskoczona prostym odbiorem. Pewnie zastanawiacie się, dlaczego negatywnie. Jeszcze przed chwilą wychwalałam taką formę. Tak, ale tutaj prostota weszła w infantylizm, przekroczyła granicę dobrego smaku i zamiast dawać iskrę, która mówi: patrzcie, to oczywiste, ale zapominacie o tym, to mówi o rzeczach banalnych, znanych i powtarzalnych. Być może tutaj dużą rolę odgrywa również fakt, że byłam mocno nastawiona na jakieś barwne rozwiązania stylistyczne. Spodziewałam się gier słów, pięknych metafor, niekonwencjonalnych porównań i niespotykanych epitetów. Tymczasem nie znalazłam tego, choć może lepiej stwierdzić, że nie było to w moim guście. Wydawało mi się, że pisanie epigramów daje olbrzymie możliwości na błyskotliwe i kąśliwe uwagi. W przypadku tych „Epigramów” nie czułam satysfakcji z czytania i momentami męczyłam się. 

Kolejnym aspektem, który mnie rozczarował, jest sama treść krótkich wierszy. Po przeczytaniu tomiku – a zapewniam Was, że starałam się czytać ze skupieniem i zaangażowaniem – nie jestem w stanie stwierdzić, co takiego autorka chciała przekazać swoim czytelnikom. Oczywiście warto wziąć pod uwagę, że pewnych rzeczy mogłam po prostu nie zrozumieć albo nie przemawiają do mnie, jednakże tutaj nie trafiłam na ani jedno dzieło, które poruszyłoby mnie lub oczarowało. Wierszyki mówią o rzeczach codziennych i przyziemnych. W pewnym sensie to dobrze, ponieważ o nich też nie można w żaden sposób zapominać. Tylko że w tym momencie ponownie muszę powiedzieć „ale”. Ale w tej codzienności nie było konkretnej treści, w której mogłabym odnaleźć jakieś ważne wartości. Rezultat jest taki, że po przeczytaniu nie miałam potrzeby przemyślenia niczego, zastanowienia się nad moim życiem. Po prostu odłożyłam tomik na półkę i przypomniałam sobie o nim dopiero w kontekście pisania tej recenzji. Teraz myślę, że chyba wśród wszystkim moich oczekiwań – jak widać mocno wygórowanych – pragnęłam, by pojawił się śmiech, a przynajmniej rozbawienie. Kolejne niepotrzebne rozczarowanie… 

Gdy wyrażam swoje zdanie, które jest tak mocno negatywne, mam pewne opory, czy to na pewno kwestia pozycji literackiej, czy być może moich odczuć podyktowanych wyłącznie przez subiektywizm. Tutaj wchodzą dwa podejście do takich tekstów: właśnie całkowicie subiektywne odczucia i głęboka analiza zahaczająca już o obiektywną wiedzę. Drugiego nie jestem w stanie Wam dać, bo mam poczucie, że za mało wiem, ale żeby nie popaść zbyt w pierwsze podejście zakończę, mówiąc: spróbujcie, może właśnie to dla Was wiersze. 

Egzemplarz recenzencki Sztukater.pl