środa, 15 lipca 2020

Mali mężczyźni – Louisa May Alcott


Tytuł: Mali mężczyźni

Autor: Louisa May Alcott

Tłumaczenie: Zofia Grabowska

Cykl: Małe Kobietki 

Tom: III

Kategoria: Literatura klasyczna

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Liczba stron: 464

Ocena: 7/10






Mówi się, że niektórzy ludzie rodzą się po prostu dobrzy, a niektórzy dążą do dobroci przez całe życie. Od lat w literaturze, filozofii i nauce dyskutuje się, jak to naprawdę jest z tymi dobrymi ludźmi. Kwestia genów, a może środowiska? Zadaje się pytanie, czy dobroci da się nauczyć. Do dzisiaj nie mamy konkretnej odpowiedzi. Każdy może mieć jakieś poglądy na ten temat lub swoje własne doświadczenia, ale nie da się odnieść tego do jednej zasady. Z biegiem czasu pojawią się pytania o moralność – czy w ogóle jest nam potrzebna? Opinii zapewne też jest wiele, ale ja pozostaję wierna starym zwyczajom, gdzie honor, uczciwość, lojalność i czyste serce są wybitnie ważne. 

Nasze małe dziewczynki stały się dorosłymi kobietami, które musiały zdecydować, co jest najważniejsze dla nich w życiu i jak chcą je poprowadzić. Jo sama po sobie oczekiwała bardzo wiele. Miała mnóstwo pomysłów na przyszłość, ale tym dominującym była kariera pisarki. Los prowadzi własnymi ścieżkami, więc pewnego dnia nasze droga Jo poszła w całkowicie inną stronę i wraz z mężem założyła szkołę dla chłopców. Teraz musi poradzić sobie z tym olbrzymim wyzwaniem i sprawić, by jej mali chłopcy wyszli na dobrych i uczciwych mężczyzn. Jest to praca na pełen etat, lecz nie ma nic piękniejszego i bardziej satysfakcjonującego niż danie miłości zagubionym w świecie dzieciom. 

Kilka miesięcy temu "Małe Kobietki" podpiły moje serce. Sprawiły, że zapomniałam o całej mojej rzeczywistości i oddałam się w uroczy i tak ciepły świat czterech sióstr. Następnie przyszedł czas na film "Małe Kobietki" i drugi tom powieści, "Dobre żony". Wrażenie nie było już tak piorunujące jak za pierwszym razem, ale nadal czułam się oczarowana. Dlatego z wielką niecierpliwością czekałam na trzeci tom i jestem właśnie po przeczytaniu go. Nawet nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jak niesamowicie było powrócić do stron przedstawiających życie Jo. 

Po raz kolejny styl autorki zachwycił mnie i sprawił, że ponownie zaufałam jej słowom. Nie jest to idealny język i warto też pamiętać, że jest to jednak stosunkowo stara powieść, więc nie dla każdego. Mimo to sposób, w jaki autorka nas prowadzi przez zwykłe codzienne historie, jest pełen oddania i ewidentnej pasji. Język Alcott jest wyjątkowo kwiecisty i barwny. Nawet najprostsze rzeczy są opisywane, jakby to był największy cud świata. Cenię sobie taką unikatowość i kunsztowność w stylistyce. 

Mimo że byłam bardzo podekscytowana możliwością przeczytania trzeciego tomu, miałam wiele obaw. Przyzwyczaiłam się do Jo i pozostałych sióstr, a tym razem jako czytelniczka dostałam już odmienną historię. Jestem człowiekiem, który niesamowicie boi się jakichkolwiek wyzwań, więc moje nastawienie momentalnie zmieniło się na sceptyczne. Ale to nic – autorka naprawdę potrafi oczarować, dlatego powoli strona za stroną i pokochałam uczniów szkoły. Tak jak kiedyś powoli oddałam swoje serce we władanie siostrom, teraz należy ono do kilkunastu chłopców i trzech dziewczynek, którym życzę wszystkiego co najlepsze. Ich poczynania niezmienienie mnie ciekawiły i nie miało znaczenia, że to zwykłe dziecięce zabawy. Dzieciństwo ma w sobie coś magnetyzującego, czego większość dorosłych na co dzień nie przeżywa. 

Warto Was ostrzec przed pewnymi aspektami "Małych mężczyzn". Tak jak wspominałam przy stylu, książka nie jest współczesną powieścią. Dlatego niektóre fragmenty mogą budzić sprzeciw, a nawet oburzać. Wychowanie dzieci w tamtych czasach rządziło się innymi zasadami i część z nich obecnie jest niedopuszczalne. Oczywiście część z nich nadal jest stosowane albo powinno być. Niektórych może też drażnić rola kobiety. Teraz nie żyjemy w tak sztywnych ramach i nie wyobrażam sobie, że jako dziewczynka nie mogłabym grać na przykład w piłkę nożną, co w powieści jest ukazane jako niestosowne. W żaden sposób nie jest to wada i nie chciałabym, żeby ten aspekt zniechęcił Was do lektury. Wynika to po prostu z kontekstu historycznego. 

Tym bardziej że powieść ukazuje, jak ważna w życiu jest moralność, uczciwość i pragnienie czynienia dobra. Niektórym być może wyda się to zbyt moralizujące i nachalne, jednak mnie taka forma wręcz oczywistego przekazu przypadła do gustu. Za pomocą zwykłych psot autorka ukazuje, jak niektórzy będąc dobrymi ludźmi, mogą się zgubić w świecie nienawiści i zła. Część chłopców pochodzi z biednych rodzin albo nawet z ulicy. By żyć, musieli kraść, bić się i uodparniać na wszelkie przejawy zła. Jednak olbrzymia miłość i cierpliwość są w stanie poprowadzić takie dzieci ku świetlanej przyszłości. To właśnie od pierwszy kart książki robi Jo wraz ze swoim mężem, a ja wiernie jej towarzyszę, mając nadzieję, że pewnego dnia przeczytam, jak niesamowity owoc przyniosła ich miłość. 

W "Małych mężczyznach" jest wielu bohaterów, stąd też ich pobieżna kreacja. Przyznam, że ten aspekt bardzo mnie zawiódł, ponieważ liczyłam, że dostanę wielowymiarową gamę charakterów, które będą mnie zachwycać, przekonywać do siebie lub zniechęcać. Tymczasem na główne prowadzenie wychodzą tylko pojedynczy chłopcy. Jednak zacznę przede wszystkim od Jo. Pamiętam Jo jako osobę pełną pasji, iskry i nieokrzesania. To mnie w niej pociągało, a obecnie jest postacią przeidealizowaną, która paradoksalnie będąc kochaną i dobrą, traci na unikatowości charakteru. Natomiast wśród chłopców moją uwagę przyciągnął przede wszystkim mały i nieśmiały Nat. Historia tego chłopca jest wyraźnie zarysowana, a czytelnik, zaczynając od zwykłego współczucia, dąży do szacunku i podziwu dla tej duszyczki. Podobnie jest z jego przyjacielem – Danem. Pisarka w rozbudowany sposób ukazała jego przemianę. Wszystko działo się powoli i w logiczny sposób. Zarazem nienachalnie. Takie przemiany są trudnym i wartościowym zabiegiem w literaturze. 

Cały ten cykl to niesamowita przygoda, która otula czytelnika i pozwala poczuć prawdziwą macierzyńską miłość. Cieszę się, że ponownie mogłam poczuć to cudowne uczucie. I już w tej chwili jeszcze z większym niecierpliwieniem czekam na część czwartą, która kończy całą serię. Czuję, że to będzie niezwykłe zakończenie. Tymczasem z całego serca polecam Wam tę historię. A w szczególności osobom, które doceniają takie urocze opowieści. 

Za możliwość ponownego spotkania się z Jo i poczucia jej wielkiej miłości dziękuję bardzo Wydawnictwu MG

poniedziałek, 13 lipca 2020

Duchowe życie zwierząt – Peter Wohlleben


Tytuł: Duchowe życie zwierząt

Autor: Peter Wohlleben

Tłumaczenie: Ewa Kochanowska

Kategoria: Reportaż

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 256

Ocena: 6/10











Jako ludzie uwielbiamy opiekować się domowymi zwierzętami. Posiadanie psa, kota czy chomika jest bardzo częstym procederem w naszych domach. Nie wspominając tutaj o jakichś rzadziej posiadanych zwierzętach. Gdy już mamy takie zwierzątko w domu i dzielnie, z zaangażowaniem i pasją opiekujemy się nim, wydaje nam się często, że doskonale wiemy, co ten nasz podopieczny myśli, lubi lub co nam chce przekazać. Zapewne większość właścicieli tworzy niezwykłą więź ze swoim pupilem i naprawdę wie więcej na jego temat niż przeciętny człowiek, mimo to zwierzęta nie mówiąc naszym językiem, są dla nas olbrzymią zagadką. A co tutaj dopiero mówić o dzikich zwierzętach? 

Podejrzewam, że dużo z Was doskonale kojarzy tę książkę i przede wszystkim autora, który zyskał w Polsce olbrzymią sławę i uznanie dzięki swojej książce "Sekretne życie drzew". Przyznam szczerze, że w tamtych czasach w ogóle nie interesowałam się taką tematyką, a te reportaże w żaden sposób nie zachęcały mnie do zmiany zdania. Teraz wiele pod tym względem się zmieniło i właśnie dlatego postanowiłam zapoznać się z "Duchowym życiem zwierząt". Czy było warto? 

Autor używa bardzo prostego i przyjemnego języka, co się chwali, gdyż dzięki temu książka jest zrozumiała dla czytelników nie znających specjalistycznego słownictwa. Poza tym czytelnik nie zniechęci się od razu na wstępie. Gdy czytałam, miałam wrażenie, że siedzę gdzieś na polance przy ognisku i ktoś z moich znajomych opowiada ciekawostki na temat zwierząt i przyrody, a ja pochłonięta tymi anegdotkami przenoszę się w nieznany mi świat, gdzie towarzyszą mi wyłącznie płomienie ogniska. Lubię, gdy książki wywołują we mnie takie wrażenie. 

"Duchowe życie zwierząt" to zbiór informacji o zwierzętach opowiedzianych za pomocą różnych anegdotek wziętych z badań i obserwacji autora. Osobiście, tak jak wspominałam, ta tematyka obecnie niezmiernie mnie interesuje, jednak momentami zaczynałam się nudzić, gdyż dopiero co część z tych badań analizowałam z punktu widzenia naukowego. Przyjemnie było zapoznać się z nimi jeszcze raz w tak lekkiej formie, ale miałam nadzieję, że moja wiedza zostanie istotnie poszerzona, co okazało się trochę złudną nadzieją. Lecz jeśli w ogóle nie mieliście styczności z tym tematem, jest to skarbnica przyjaznej wiedzy. 

Kiedy zaczynałam czytać książkę, zastanawiałam się, skąd pisarz czerpie tę wiedzę. Wiedziałam, że jest to bezpośrednio związane z jego pracą zawodową oraz pasją, ale same słowa oparte na tym aspekcie nie wystarczają w literaturze faktu. Tymczasem powoli okazywało się, że autor wprowadził rozróżnienie informacji. Czytelnik od razu dowiaduje się, gdy Wohlleben opowiada swoje własne obserwacje. Zarazem ma dostęp do całego kontekstu tych spostrzeżeń, gdyż wie, w jakich okolicznościach były prowadzone i czy można zastosować je na szerszą skalę. Poza tym autor wielokrotnie odwołuje się do naukowych badań i również nas od razu o tym informuje, pozostawiając rozbudowaną bibliografię, gdzie możemy sami potwierdzić jego słowa lub jeśli nas zainteresuje jakiś konkretny aspekt, poszukać dodatkowych informacji. Podoba mi się, że jest to w tak wyraźny sposób rozróżnione, że wiem, skąd pochodzą badania i sama mogę zaufać lub nie obserwacjom naszego leśnika. 

"Duchowe życie zwierząt" to była dla mnie bardzo ciekawa przygoda i bez wątpienia zapoznam się z innymi książkami Petera Wohllebena. Choć trochę ze smutkiem przyznam, że po tych wszystkich pozytywnych opiniach na temat tej książki spodziewałam się jeszcze czegoś więcej. Miałam nadzieję, że autor wbije mnie w fotel. Tymczasem tylko lub może aż uporządkował w przyjemny sposób moją wiedzę. Podejrzewam, że w przypadku "Sekretnego życia drzew" może wywrzeć to na mnie większe wrażenie, gdyż o drzewach kompletnie nic nie wiem. Czy polecam Wam książkę? Oczywiście, że tak, ale wspomnę, że to nie jest reportaż dla każdego, ponieważ trzeba się tym interesować. Być może niektórzy czytając anegdotki, odkryliby w sobie pasję do zwierząt w głębszych znaczeniu tego słowa, ale wydaje mi się, że część czytelników mogłoby się zanudzić. 

czwartek, 9 lipca 2020

Zmorojewo – Jakub Żulczyk


Tytuł: Zmorojewo

Autor: Jakub Żulczyk 

Cykl: Tytus Grójecki

Tom: I

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Agora

Liczba stron: 496

Ocena: 7/10









Macie czasami tak, że wierzycie w Wasz świat, a pewnego dnia jedno wydarzenie sprawia, że nagle Wasza perspektywa okazuje się całkowicie niepoprawna? Zdajecie sobie wtedy sprawę, że Wasza podstawa do życia była błędna i teraz musicie wszystkie części układanki ułożyć na nowo, choć nie znacie wzoru? Jest to metaforyczne porównanie z mojej strony, ale zgodnie z różnymi opowieściami ludzi zdarza się od czasu do czasu, że ludzie zmieniają fundament swoich poglądów, że zaczynają się całkowicie inaczej zachowywać, bo cały ich świat zatrząsł się i już nie jest taki sam. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam na własnej skórze, ale wierzę, że jest to możliwe i niekiedy wydaje mi się, że chciałabym coś takiego przeżyć. Czy to miałoby dobre skutki – nie wiem – ale na pewno zmieniłoby wiele. 

Tytus jest typowym nerdem, który uwielbia spędzać czas sam, czytając książki, siedząc przed komputerem i poszukując ciekawych paranormalnych historii. Teraz kończy się szkoła, a rozpoczynają wakacji. Wszyscy jego koledzy opowiadają o swoich fantastycznych planach na wakacje – wyjazdy za granice, obozy sportowe i oczywiście mnóstwo dziewczyn. Tymczasem nieśmiały Tytus w tym roku jedzie... do dziadków na, w jego mniemaniu, zabitą dechami wieś. Bardzo zazdrości swoim znajomym, a nadchodzący miesiąc zapowiada się jako jeden, wielki koszmar. Jednak wszystko się zmienia, gdy pewnego dnia na stronie internetowej znajduje informację, że koło dziadków znajduje się opuszczone miasto, gdzie obecnie zaginęły dwie osoby. Dlaczego miasto zostało opuszczone? Co się stało z dwoma poszukiwaczami przygód? Czy wakacje na wsi mogą być pasjonujące?

Myślę, że autora nie trzeba nikomu przedstawiać. Za sprawą swoich książek zyskał olbrzymi rozgłos, który został jeszcze bardziej rozpędzony dzięki ekranizacji jednej z powieści. Przyznam, że właśnie dzięki tej ekranizacji, a mowa tutaj o "Ślepnąc od świateł", dowiedziałam się o istnieniu pisarza. Obejrzałam wspomniany serial i zakochałam się w nim, co całkowicie mnie zmotywowało, by poznać twórczość Żulczyka. I tak oto ostatecznie po latach przychodzę z jego pierwszą książką, którą miałam szczęście poznać – "Zmorojewem". 

W dużym stopniu liczy się dla mnie styl, jakim posługuje się pisarz. Byłam bardzo ciekawa, co dostanę w tego typu powieści. Wiem od innych czytelników, że Jakub Żulczyk często używa bardzo dosadnego słownictwa, ale tutaj jest to jednak powieść przeznaczona dla młodzieży. Ostatecznie zostałam miło zaskoczona, ponieważ czułam, że każde zdanie jest napisane w przemyślany i dopracowany sposób, ale zarazem przy zachowaniu tej lekkości i unikatowości pióra. Przyznam, że zachwyciło mnie to i oczarowało. Miałam uczucie, że historia powoli otula czytelnika i pozwala w wolny sposób płynąć, by na koniec usidlić. Porównałabym to do historii przy ognisku, gdzie pozornie wszyscy chcą słuchać, ale na początku robią to jednym uchem, bez większego skupienia, a w pewnym momencie już każdy nie jest w stanie oderwać się od opowieści. 

I przede wszystkim pomysł! Dotychczas nigdy z takim się nie spotkałam, więc jest to dla mnie całkowicie na plus. Pewnie się zdziwicie, co mnie tak pozytywnie w tym pomyśle zaskakuje. W końcu pozornie jest to schematyczna historyjka o pasjonujących wakacjach na wsi. Wydaje mi się, że coś takiego było modne około lat 70. Ale tutaj nie są to tylko wakacje, a wchodzi wyrazisty wątek fantasy, który w niekonwencjonalny i subtelny sposób łączy naszą rzeczywistość ze światem legend i mitów słowiańskich. W ogóle nie spodziewałam się czegoś takiego i początkowo byłam sceptycznie nastawiona. Na szczęście mój sceptycyzm szybko został zastąpiony zaintrygowaniem. 

Fabuła co prawda nie wciągnęła mnie od pierwszych stron, ale dała duże pole popisu, gdy przebrnęłam przez początki. Historia jest prosta w odbiorze, a raczej byłaby, gdyby momentami nie robił się z tego jeden wielki, niezrozumiały chaos. Później wszystko się wyjaśniało i znowu było proste i przyjemne. Pojawił się również wątek romantyczny, wyjątkowo nielogiczny i naciągany. Mimo to był przeuroczy, dlatego postanowiłam przymknąć oko na pewne niedociągnięcia pod tym względem i oddać serce historii miłosnej bohaterów. 

Choć z tymi bohaterami niestety nie do końca wyszło autorowi, gdyż ich kreacja jest dość pobieżna. Wiele postaci – w tym główne – polubiłam i niekiedy utożsamiałam się z nimi, ale w tym przypadku to nie wystarczyło. Zaczynając od Tytusa, to poczułam do niego sympatię, ponieważ okazał się osobą nieśmiałą, niezaradną, lecz mimo to pełną oddania i zaangażowania w swoje pasje. Wywoływał u mnie uśmiech i pewnego rodzaju podziw. Podobnie miałam z Anką, która miała wiele wad, ale one ginęły na tle zalet. Takie postacie ludzkie zawsze łapią mnie za serca. Jednak jeden z bohaterów całkowicie skupił na sobie moją uwagę, a mowa tutaj o Strąku. Akurat sposób, w jaki został wykreowany, nie pozostawia nic do zarzutów. Określiłabym go jako rozsądnego wariata. Ten oksymoron idealnie obrazuje to, kim był i do czego dążył. 

Cieszę się, że miałam przyjemność poznać twórczość autora od strony fantastyki. To moja domena, w której bez wątpienia czuję się najpewniej i zazwyczaj dużo wymagam od pisarzy, dlatego jest to z mojej strony akceptacja, by w przyszłości zapoznać się również z powieściami autora z innego gatunku. Zapewne zrobię to już wkrótce, więc jestem bardzo ciekawa, czy będzie to tak samo fantastyczna przygoda jak "Zmorojewo". 


wtorek, 7 lipca 2020

Ekipa – Tijan Meyer


Tytuł: Ekipa

Autor: Tijan Meyer

Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka

Cykl: Crew

Tom: I

Kategoria: Romans

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Liczba stron: 519

Ocena: 3/10






Żyjemy w świecie niespójności i braku sprawiedliwości. Codziennie słuchamy najróżniejszych historii – tych opowiadanych przez znajomych, tych z telewizji i tych z kart książek. Gama emocji, które te opowieści niosą, jest wprost przytłaczająca. Jedne opowiadają o miłości, szczęściu i spełnionych marzeniach. Natomiast inne idą w stronę zła, gdzie dominuje cierpienie i przemoc. Można ignorować takie historie, bo w końcu nie wyróżniają się takim pięknem jak te szczęśliwym zakończeniem. Jednak to nie zmieni faktu, że one są prawdziwe. Jeśli to nawet tylko książka czy film, to nadal na świecie istnieją ludzie, którzy codziennie muszą walczyć ze złym światem, codziennie cierpią i codziennie życie przynosi im kolejne poważne problemy. Czy naprawdę chcemy to ignorować? 

Bren należy do Ekipy Wilków. Budzi tym olbrzymi szacunek wśród uczniów szkoły, ponieważ w systemie Ekip są tylko dwie dziewczyny. Wszystkie inne należą do tak zwanych Normalnych. Taka dziewczyna jak Bren musi wyróżniać się zimną krwią, olbrzymią lojalnością wobec członków Wilków i gotowością, by łamać zasady, jeśli nadejdzie taka potrzeba. Jej najlepszy przyjaciel – Cross – również należy do Wilków. Od najmłodszych lat wspiera Bren w jej licznych problemach z rodziną. Rozumie ją oraz wie, jak pomóc, by poczuła się lepiej. Czy ta przyjaźń w obliczu coraz większych problemów ma jakąś przyszłość? Czy same Wilki mają szansę przetrwać, gdy inne Ekipy są coraz silniejsze? Jakie decyzje podejmie Bren, gdy przyjdzie na to czas? 

"Ekipa" zaintrygowała mnie pomysłem, dlatego w ramach odpoczynku od poważniejszych lektur postanowiłam zapoznać się z nią. Miałam dotychczas jedną okazję, by zapoznać się z twórczością Tijan i przyznam, że nie wspominam jej jakoś dobrze. Jednak chciałam dać jeszcze jedną szansę pisarce, tym bardziej że doceniam niekonwencjonalne pomysły i są one w stanie wynagrodzić mi naprawdę wiele wad. Byłam przekonana, że w "Ekipie" zostanie zachowany schemat podziału na grupy szkolne, a same ekipy dodadzą pewnego rodzaju pikanterii całej opowieści. Nie do końca tak było, ale nie zaprzeczę, że jest to ubranie znanych nam stereotypów w niesztampową formę. 

Styl autorki jest wyjątkowo przyjemny, dzięki czemu te setki stron czyta się w mgnieniu oka. Lekkość pióra pozwala na wczucie się w historię. Mimo to często miałam wrażenie, że język pisarki jest niestety bardzo chaotyczny i w wielu przypadkach niespójny. Byłam tym zawiedziona, gdyż lubię dopracowane style. Nie mam nic przeciwko lekkiemu stylowi, w szczególności w tego typu powieściach, ale tutaj nie było granice między swobodnymi myślami, a logicznym połączeniem. 

Tijan bez wątpienia miała wiele pomysłów na poprowadzenie fabuły i jestem przekonana, że miały one olbrzymi potencjał. Szkoda tylko, że nie został wykorzystany. Czego zabrakło? Połączeń między tymi pomysłami. Miałam wrażenie, jakbym skakała z kamienia na kamień, koniecznie omijając wodę, gdzie jest nieznane. W jednym momencie skupiam się na danym wydarzeniu, by za chwilę nie wiadomo skąd i jak pojawiła się nowa sytuacja w żaden sposób niezwiązana z tym, co było wcześniej. Czasami czułam się wybitnie zagubiona, a to wielokrotnie wywołało brak zainteresowania z mojej strony. 

Mogę narzekać na wiele aspektów, jednak byłabym w stanie wybaczyć wszystkie wady, gdyby autorka dobrze wykreowała bohaterów. Tymczasem w ogóle tego nie zrobiła. Żadna postać nie wyróżniała się niczym wyjątkowym, a momentami niektórzy bohaterowie nawet mylili mi się. Sama Bren jest jedną z najbardziej irytujących dziewczyn, jakie spotkałam w literaturze. Przede wszystkim ona zawsze wiedziała, co inni myśli, jak inni zareagują i co się dzieje w ich głowie. Jak? Wiem, że dobry obserwator jest w stanie wiele wywnioskować na podstawie zwykłych zachowań, ale tutaj to było po prostu niczym niewyjaśnione czytanie w myślach. To tak w rzeczywistości nie ma prawa funkcjonować. Była wykreowana na silną, młodą kobietę, która mimo wielu doznanych krzywd walczy o swoje przetrwanie. Owszem, w jakiś sposób to robi, ale zazwyczaj ogranicza przy tym wolność innym osobom. Uważa się za samowystarczalną, a tymczasem zachowuje się jak rozpieszczona panienka lubiąca zabawiać się nożem. Sytuację trochę ratował Cross, ponieważ na tle całej historii wyróżniał się lojalnością i oddaniem. Lecz dla mnie jako czytelnika potrzeba czegoś więcej. 

Sama tematyka jest ciężkim kalibrem. Cieszę się, że w "Ekipie" są poruszane istotne tematy takie jak alkoholizm, choroba, przemoc i gwałt. Uważam, że o takich tematach powinno się mówić często i nie udawać, że one nie istnieją albo że wcale nie mają wpływu na psychikę ludzi. Doskonale wiemy, że to kłamstwo. Mimo to Tijan idąc w dobrą stronę, nie dopracowała tych aspektów. W pewnym momencie rzuciła czytelnikowi cały worek krzywd i tragedii, ale nie powiedziała, co z nim zrobić. Jedno cierpienie prawie od razu było zastępowane przez kolejne, które za chwilę zostawało ponownie zastąpione przez jeszcze nowszą krzywdę. Przy takim tempie i wymieszaniu tak ciężkich i trudnych sytuacji nie ma w ogóle czasu na jakiekolwiek zrozumienie i refleksje. 

Niestety jak sami możecie przeczytać, moje kolejne spotkanie z Tijan okazało się katastrofą i mi przykro z tego powodu. Oczekiwałam, że "Ekipa" pozwoli zmienić mi zdanie o pisarce albo co najmniej przekonać mnie do dania kolejnej szansy, a tymczasem mam wrażenie, że był to tylko zmarnowany czas, a ja w ogóle nie odpoczęłam przy tej powieści. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Taniej Książce i serdecznie Was zapraszam do zapoznania się z działem książki dla kobiet

sobota, 4 lipca 2020

Harry Potter i Książę Półkrwi – J.K. Rowling


Tytuł: Harry Potter i Książę Półkrwi

Autor: J.K. Rowling

Tłumaczenie: Andrzej Polkowski

Cykl: Harry Potter 

Tom: VI

Kategoria: Fantastyka

Wydawnictwo: Media Rodzina

Liczba stron: 704

Ocena: 9/10







Niektórych ludzi spotykają złe rzeczy w życiu. I nie ma żadnej zależności między czynami tej osoby, charakterem czy miejscem. Po prostu przypadek, może jakaś potężna siła, a może zwykły efekt motyla sprawiają, że te rzeczy się wydarzą i ten człowiek nie ma na to żadnego wpływu. Co w takim przypadku zrobić? Część osób nie jest w stanie sobie poradzić z taką sytuacją – wpadają w obojętność, wielki smutek albo bezczynność. Jednak są też ludzie, którzy mimo wszystko brną do przodu. Składają swoje zniszczone życie na nowo i gdy ich budowla cały czas upada, oni zaczynają ją budować od nowa. 

Harry musi poradzić sobie ze złymi wspomnieniami, które nawiedzają go co nocy w śnie i przypominają, że jego życie nigdy nie będzie już wyglądać tak samo. A dni również nie przynoszą ulgi, gdyż towarzyszy im widmo wojny i cierpienia. Jedynym wytchnieniem od tego wszystkiego jest Hogwart, gdzie jest bezpiecznie i można przynajmniej próbować zapomnieć o rozrastających się szeregach Lorda Voldemorta. Lecz czy w szkole magii na pewno nadal jest bezpiecznie? Czy ciemnym mocom uda się pokonać mury zamku? Co niesie Harry'emu przyszłość? 

Krótko przed Bożym Narodzeniem stwierdziłam, że w 2020 roku przeczytam ponownie cały cykl o Harrym Potterze. Czytałam go wielokrotnie, ale nigdy – nawet za pierwszym razem – po kolei. Gdy zaczynałam wprowadzać w życie swoje postanowienie, mocno wątpiłam, czy jest ono w ogóle w jakikolwiek sposób do spełnienia. Byłam przekonana, że nie znajdę czasu na czytanie tych samych książek, że nie uda się mi tak jak kiedyś przepaść w tym świecie magii. Tymczasem mamy lipiec, a ja przed sobą mam tylko jedną część, a dzisiaj przychodzę do Was z recenzją "Harry'ego Pottera i Księcia Półkrwi". 

Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale mam wrażenie, że z każdym kolejnym tomem serii autorka rozwijała swoje umiejętności i w "Księciu Półkrwi" jest to majstersztyk językowy. Idealnie wyważone proporcje między opisami, które pozwalają dokładnie poznać całe uniwersum, a dialogami, dzięki którym czytelnik może poznać lepiej bohaterów, utożsamić się z nimi i ich zrozumieć. Bez wątpienia warsztat pisarki Rowling jest unikatowy i rozpoznawalny. Wydaje mi się, że byłabym go w stanie rozpoznać wszędzie, bo jednak rzadko się zdarza, by prawie każdy szczegół, prawie każda postać była tak dobrze dopracowana. 

Fabuła w tej części już należy do tych mroczniejszych czasów, gdzie nie możemy być przekonani, że Harry pokona zło i wszystko będzie dobrze. To są już czasy, gdzie możemy mieć tylko nadzieję na lepszą przyszłość. Zarazem jako czytelnicy możemy zaobserwować, jak mimo zła, cierpienia i wszechogarniającego okrucieństwa bohaterowie nadal próbują normalnie żyć, nadal się śmieją, zakochują, przyjaźnią i dążą wcześniej wyznaczoną sobie drogą. Nastolatek może zbyt wcześnie dojrzeć, zostać postawiony przed zbyt wielkimi wyborami, jednak pozostaje nadal młodą osobą, która pragnie być po prostu szczęśliwa teraz i w przyszłości. 

Powieść jest wprost naszpikowana wieloma zagadkami, niedopowiedzeniami i intrygami. Jednak powoli to wszystko zaczyna się wyjaśniać i dążyć zgrabnie do rozwiązania. W poprzednich częściach można mieć wrażenie, że ta mroczna część historii jest labiryntem, w którym po omacku poszukujemy wyjścia, a nie dostajemy żadnych podpowiedzi. Tutaj jeszcze nie można otworzyć złotego klosza i zobaczyć, co pod nim jest, ale na pewno wszystko zmierza ku prostej – tylko z wieloma przeszkodami po drodze. Wśród fanów i antyfanów często spotykam się z opinia, że w całej serii jest wiele niejasności i niespójności. Oczywiście to prawda i nie można temu przeczyć, ale osobiście uważam, że nie istnieją historie bez takich błędów, a tutaj te większe czy mniejsze niedociągnięcia są wynagradzane niesamowitą siecią sensownym i logicznych połączeń. Ich odkrywanie przynajmniej mi wiele lat tamu dało olbrzymią przyjemność. Obecnie zauważam coraz więcej aspektów, które odgrywają ważną lub fascynującą rolę, a za pierwszym razem w ogóle nie zostały one przeze mnie zauważone. 

Już wielokrotnie Wam wspominałam, że na temat bohaterów mogę napisać wręcz całą książkę, ponieważ prawie każda postać jest dla mnie warta uwagi i dobrze wykreowana. Myślę, że duże znaczenie ma tutaj fakt, że nie są to miałcy bohaterowie, tylko osoby o pełnowymiarowych charakterach i własnych historiach. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o Dumbledorze, który jest wyjątkowo wyraźną postacią w całej serii. Na przestrzeni lat powoli wyłania się jego obraz i płynie on od kochanego nauczyciela, przechodząc przez autorytet i przyjaciela, a dochodząc do bardzo ludzkiej postaci z wieloma tajemnica. Ich poznanie czytelnikowi na razie nie jest jeszcze dane, ale dostajemy obietnicę, że to już niedługo. Bardzo cenię tę postać właśnie za tą wielowymiarowość i przede wszystkim ludzkość. Myślę, że większość z nas na samym początku oceniło by dyrektora szkoły jako dobrego, a teraz – czy na pewno? W "Księciu Półkrwi" coraz większe znaczenie ma również Draco, a jego własna historia zaczyna być opowiadana z całkowicie innej perspektywy, co przypomina, że każdy z nas się myli i zawsze istnieją dwie strony medalu. 

Cieszę się, że zdecydowałam się przeczytać jeszcze raz wszystkie części i to w dodatku w poprawnej kolejności. Sporo osób twierdzi, że jest to cykl już nie na mój wiek, a moja fascynacja tą historią jest co najmniej dziwna. Nie sądzę tak, bo nie będę ukrywać, że czytałam o wiele lepsze książki niż "Harry Potter" i pod względem fabuły, i języka, i... być może bohaterów. Nie jest to też ta perełka, która sprawiła, że rozpoczęłam swoją przygodę z czytaniem. Jest to po prostu seria pozwalająca przypomnieć mi, jak z pasją oddawałam się czytaniu jako dziecko i jak łatwo było mi przenieść się do całkowicie innego świata. To uczucie jest niepowtarzalne i niezastąpione, więc teraz mogę tylko wspominać, przekładając strony tych powieści. 


czwartek, 2 lipca 2020

Zorza – Anna Rosłoniec


Tytuł: Zorza

Autor: Anna Rosłoniec

Kategoria: Literatura piękna

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG 

Liczba stron: 320

Ocena: 6/10












Pamiętam, że w szkole często mówiło się o patriotyzmie. A dokładnie zadawało pytania, czym on dla nas jest, jakbyśmy go zdefiniowali i jakie są jego przejawy. Bez zastanowienia potrafiłam wówczas odpowiedzieć na te pytania – byłam nauczona odpowiedzi na pamięć. Jednak nie przypominam sobie, żeby miały one dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Były to tylko puste słowa wyuczone, by dostać upragnioną ocenę. Teraz gdy to słowo ma wartość i trzeba się odnieść czy pozytywną, czy już w tej chwili przestarzałą, nie znam żadnej odpowiedzi. Wiem, po co mamy podatki, wiem, po co chodzimy na wybory i wiem, czemu mamy mówić dobre słowa o naszych rodakach. Lecz jeśli doszłoby do sytuacji zagrożenia, gdy tak jak kiedyś Polacy musieli wspólnie stanąć do walki o swoją wolność i swój kraj, czy należałabym w pełni do Polaków? Oczywiście to pytanie jest mocno retoryczne, a ja liczę, że nigdy nie będę musiała na nie odpowiadać. Mimo to podświadomie czuję, że większość z nas odpowiedziałaby słowami Marii Peszek – "wystarczająco przerażająco jest żyć". 

Piotr wierzy, że w rosyjskich aktach przedwojennych jest w stanie znaleźć pasjonujące informacje, które posłużą mu do napisania książki historycznej. Całą pasją oddaje się ich analizie, a z niechętną pomocą innych naukowców odnajduje szokujące dane, które niekoniecznie zgadzają się z aktami polskimi. Zaczyna go to fascynować na tyle, że w głębia się w ten temat i zadaje podstawowe pytanie – czy Zorza była największą zdrajczynią Polski w naszej historii? Krok po kroku odkrywa, co stało się prawie kilkadziesiąt lat tamu z młodą agentką wywiadu polskiego. 

Zwykle nie czytam tego typu książek, więc byłam bardzo podekscytowana, że poznam coś w moim ujęciu nowego i nieznanego. Oczywiście sprawiło to, że miałam też naprawdę duże oczekiwania. Teraz z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że stanowczo zbyt wygórowane, co mocno zaburzyło mi odbiór powieści i teraz mam mieszane uczucia do "Zorzy" jako całości. Ma ona wiele zalet, które niezwykle cenię, ale również wiele wad, których nie jestem w stanie zaakceptować. Dlatego sami widzicie, że stworzyła mi się taka wybuchowa mieszanka. 

Na pozytywny początek zacznę od największej zalety, czyli pomysłu. Z mojej perspektywy jest bardzo niesztampowy. Nie miałam okazji czytać o podobnej historii, dlatego jestem wręcz oczarowana nim. To coś tak odmiennego i z tak olbrzymim potencjałem. Trudno mi stwierdzić, czy  naprawdę aż tak się wyróżnia na tle innych książek, czy to właśnie mój brak znajomości wpłynął na tę niekonwencjonalność, mimo to na pewno na długo zapadnie mi w pamięci. 

Natomiast największym problemem jest dla mnie styl pisania autorki. Jest niezwykle lekki, co niesamowicie gryzie się z fabułą. Jest to powieść o poważnym sprawach, o wielkich miłościach, widmie wojny i złych wspomnieniach. Tymczasem język używany przez pisarkę kojarzy mi się z lekką i przyjemną obyczajówką. Oczekiwałabym po historii większego dopracowania właśnie w stylu, co pozwoliłoby poczuć dawne czasy, o których tu mowa oraz wagę rozwiązania tej zagadki. 

Bardzo doceniam, że pani Ania Rosłoniec zdecydowała się na dwutorową historię. Dzięki temu czytelnik poznaje opowieść w czasach współczesnych, gdzie towarzyszy Piotrowi i Julii w dojściu do prawdy, oraz może zobaczyć, jak cała ta sytuacja wyglądała bezpośrednio z perspektywy Zorzy. Ten zabieg wyjątkowo przypadł mi do gustu, gdyż poznajemy Zorzę jeszcze zanim została agentką. Możemy zobaczyć, jak wyglądało jej życie, jaka była i co ją skłoniło do pracy w wywiadzie, a następnie jaką drogę pokonała, że została uznana za jedną z największych zdrajczyń w Polsce. Te dwie różne, ale tak bardzo powiązane historie zgrabnie przeplatają się i dają bardzo panoramiczne spojrzenie na całość. Zarazem przebieg poszukiwań jest porywający i pełen zwrotów akcji. Subiektywnie dla mnie to wszystko szło zbyt szybko i przede wszystkim zbyt łatwo. Ponownie tak jak w przypadku stylu pisarki, tak i przy fabule powinno zostać to o wiele bardziej dopracowane. 

Do bohaterów mam dokładnie ten sam zarzut – trochę bardziej rozbudować ich charaktery i wtedy byliby jako literackie postacie idealnie wykreowani. Mimo to nie ukrywam, że polubiłam Zorzę za jej pasję do życia, zaangażowanie i odwagę. Te cechy sprawiły, że zobaczyłam kobietę, która jako agentka była wyrachowana i zimnokrwista, a jako osoba pełna radości, energii i niezachwianych poglądów. Po prostu ją podziwiałam, co dodatkowo sprawiało, że chciałam dowiedzieć się, czemu zdradziła i czy w ogóle to zrobiła. Natomiast Julia, która od jakiego czasu towarzyszy Piotrowi w rozwiązaniu tej zagadki, wywołała we mnie skrajnie negatywne emocje. Miała być pewna siebie, a tymczasem była to tylko mydlana bańka, a sama postać okazała się bardzo miałka. Samemu Piotrowi też brakowało dopracowania w kreowaniu jego charakteru, ale i tak z nieznanych mi powodów zapałałam do niego sympatią. 

Tak jak na początku pisałam – "Zorza" wywołała we mnie i pozytywne, i negatywne emocje. Myślę, że wielu osobom, które lubią historię i szybką akcję mogłaby przypaść do gustu. Tym też osobom polecam. Natomiast już takim pasjonatom, którzy uwielbiają mocny klimat minionych lat, może wydać się zbyt współczesna. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu MG 


środa, 1 lipca 2020

Podsumowanie czerwca! ♥

Witajcie! 

Nawet nie wiecie, jak długo czekałam, by napisać ten post. Dla mnie dzisiejszy dzień jest zakończeniem pisania egzaminów, więc czuję ulgę, że to już koniec. I mimo że mam jeszcze rzeczy do zrobienia na studia to to, co najgorsze już za mną :) 
Oznacza to, że w najbliższym miesiącu wrócę z całą pasją do czytania, oglądania i pisania! ♥
Mam sporo książek, które czytałam w poprzednich miesiącach i jeszcze nie zrecenzowałam, a bardzo chciałabym się z Wami podzielić swoją opinią na ich temat. Możecie się spodziewać, że niedługo pojawią się ich recenzje :)
Oczywiście pojawię się też u Was na blogach i zobaczę, co czytacie i jak Wam mija czas :) 

W tym miesiącu przeczytałam 6 książek, co mnie trochę zszokowało, ponieważ spodziewałam się, że co najwyżej jedną przeczytam przy tej ilości obowiązków, a tu jakoś wieczorkiem się zebrało :) 

1. Zorza (ocena: 6/10) – książka była dla mnie wielką niewiadomą, więc nie miałam też żadnych określonych oczekiwań. I w sumie to okazała się bardzo przeciętna. Były momenty, które naprawdę mnie urzekły, ale były też takie, gdzie się nudziłam. 















2. Życie mrówek (ocena: 6/10) – gdy zaczynałam czytać tę książkę, byłam niesamowicie podekscytowana. Mrówki w pewien sposób są moją pasją i zazwyczaj prawie wszystko, co z nimi związane, podoba mi się. W tym przypadku również tak było. Niektóre informacje oczywiście były mi znane, ale niektóre były całkowitą i pasjonującą nowością. Choć przyznam, że początkowo miałam olbrzymi problem z językiem, którym się posługiwał autor. Myślałam, że to dzieło popularno-naukowe, tymczasem jest to książka bardzo stara i napisana w filozoficzny sposób.








3. Potrzebne do szczęścia (ocena: 7/10) – już dawno nie czytałam żadnego tomiku wierszy, więc niezwykłą radość sprawiły mi wiersze Jana Twardowskiego. Mają w sobie taką prostotę, która urzeka i pozwala przenieść się do pięknego świata myśli. Autor zgrabnie manewruje pomiędzy prostym przekazem, śmiechem, metafora i refleksją. Uwielbiam takie wiersze, bo rzadko muszę mierzyć się z trudnym i często niezrozumiałym dla mnie przekazem, ale zarazem nie są one w żaden sposób infantylne. To był naprawdę dobry wybór, by powrócić do czytania wierszy.







4. Piękne zapomnienie (ocena: 4/10; recenzja) – chciałam odpocząć przy tej książce i odpoczęłam, choć spodziewałam się po niej czegoś więcej. Pragnęłam poczuć się oczarowana miłosną historią pełną zawirowań i problemów, tymczasem często czułam się znudzona i po przeczytaniu nie różni się ona niczym od tysięcy innych takich historii.











5. Komunikacja w terapii (ocena: 6/10) – niedawno Wam przedstawiałam już tę książkę, ale ponieważ miałam egzamin oparty na jej treści, to przeczytałam ją jeszcze raz. Nic się nie zmieniło w moich odczuciach w stosunku do niej. Ma wiele istotnych treści, które w przyszłości mogą pomóc w prowadzeniu terapii, ale mam do niej też pewne zastrzeżenia.







6. Diagnoza psychologiczna. Diagnozowanie jako kompetencja profesjonalna (ocena: 6/10) – jak na pewno się domyślacie, książkę czytałam również w ramach egzaminu z diagnozy psychologicznej. Czytało mi się ją przyjemnie i wiele wyjaśniła, co w czasach pandemii i braku wykładów było wyjątkowo pomocne. Choć momentami była dla mnie niepotrzebnie rozwlekła i zamiast skupiać się na głównych zagadnieniach szła w dygresję.







Pod względem filmowym też był to dobry miesiąc, ponieważ dokończyłam część seriali i skupiłam się na filmach krótkometrażowych. Obejrzałam 4 filmy, 6 filmów krótkometrażowych i 3 sezony serialów. 


1. Lekcje ze szkolnej strzelaniny: Listy z Dunblane (ocena: 7/10) – film jako dokument na pewno nie należy do najlepszych, jednak bardzo mnie poruszył i przyznam, że na długo zapadł w pamięci. To jest to uczucie, gdy takie wydarzenie wydaje się jakimś absurdem, filmem akcji, a tymczasem jest naszą rzeczywistością w tym najgorszym wydaniu. 









2. Oszustki (ocena: 6/10) – według mojej opinii film należy do dość głupich komedii, ale w żaden sposób nie oznacza to, że nie bawiłam się dobrze. Wielokrotnie mnie rozśmieszył i opiera się na kreatywnym pomyśle, który stanowczo mnie urzekł.








3. Sponsoring (ocena: 6/10) – pewnie część z Was słyszała o tym filmie, ponieważ pamiętam, że wiele lat temu było o nim bardzo głośno ze względu na tematykę oraz współpracę polsko-francuską. Chciałam go obejrzeć co najmniej od 5 lat, ale jakoś tak zawsze było nam nie po drodze. Ale wreszcie się udało i jak na pewno się domyślacie, miałam duże oczekiwania. Niestety nie zostały one spełnione. Oglądało mi się go dobrze, ale nie uzyskałam żadnej wiedzy ani nie poczułam się w żaden sposób poruszona, a zakładałam, że to powinno być jego celem. 






4. Bóg fortepianu (ocena: 5/10) – w tym przypadku był to film wybrany całkowicie spontanicznie po opisie. I był, o czym innym niż opis mówił... Mimo to tematyka przypadła mi do gustu. Przez pierwszą część wszystko wskazywało, że będę mocno poruszona i przede wszystkim zszokowana. Niestety były to płonne oczekiwania, gdyż film w dalszej części po prostu przemknął...






5. Hair Love (ocena: 7/10) – to krótkometrażowy film z Oscarem 2020 na koncie, dlatego moje oczekiwania były kolosalne. I jak prawie w każdym przypadku w tym miesiącu nie zostały spełnione. Spodziewałam się naprawdę czegoś więcej. Jednak w żadnym razie nie zmienia to faktu, że film był przeuroczy, łapał za serduszko i wywoływał uśmiech przez łzy.








6. L'Heure de l'ours (ocena: 3/10) – jest to kolejna krótkometrażówka obejrzana w ramach festiwalu We Are One. W pierwszej chwili pomyślałam, że graficznie jest zrobiona nietypowo i doceniłam taki rodzaj kreatywności. Szybko okazało się, że tak szybkie ruchy kresek na czarnym tle stanowczo są nie na moje oczy. Choć to nie byłby taki problem, gdybym zrozumiała cokolwiek z tego filmu. Nie wiem, czy po prostu dla mnie było to takie niezrozumiałe, czy w bardziej obiektywnym spojrzeniu również. Jakkolwiek – wymęczyłam się przy tej krótkometrażówce.

7. Cerulia (4/10) – również film oglądany w ramach festiwalu We Are One i również niezrozumiały dla mnie. Być może moja słaba znajomość języka angielskiego trochę za to odpowiada, ale też nie wiem, co się stało w tym filmie i jak to ocenić. Jak widać czasami takie krótkie formy, potrafią być jedną wielką zagadką w odbiorze.







8. Niespodzianka (ocena: 6/10) – przyznam szczerze, że film był dla mnie mocno naciągany i to bez wątpienia specjalnie, by wzruszyć widza. Wiecie, w taki wręcz narzucający się sposób. Mimo to było to całkiem urocze, więc udało się mnie wzruszyć :)








9. Destiny (ocena: 4/10) – zgadnijcie, czemu taka niska ocena! Tak! Nie zrozumiałam do końca, co film przekazywał... Choć tym razem jest lepiej, bo mam przynajmniej pomysły i nie wiem, w którą stronę iść. Żaden z moich pomysłów nie przypadł mi do gustu, więc jednoznacznie stwierdzam, że kolejny film mi się nie podobał. 


10. Donkey (ocena: 6/10) – kolejny film z cyklu moja fascynacja krótkometrażówkami i kolejny z cyklu po angielsku, więc nie jestem przekonana, czy dobrze zrozumiałam. Ale główną koncepcję na pewno dobrze zrozumiałam i bardzo mi się podobała.








11. Killing Eve (sezon 3 – ocena: 9/10) – ostatni odcinek oglądałam na początku czerwca i wydaje mi się, że to było tak dawno temu... Bawiłam się wyśmienicie przy oglądaniu tego sezonu i podobał mi się chyba najbardziej ze wszystkich. Wywołał we mnie to miłe uczucie, że czekam na coś i kiedy już mogę obejrzeć kontynuację, to jak spotkanie z dobrymi, starymi znajomymi.







12. Mrs. America (sezon 1 – ocena: 9/10) – ten serial zrobił na mnie olbrzymie wrażenie, choć w inny sposób niż zazwyczaj robią to seriale. Nie sprawił, że koniecznie czułam potrzebę obejrzenia kolejnego odcinka, momentami ze względu na rozbudowany wątek polityczny USA nie rozumiałam fabuły i ważnych wydarzeń, czasami myliłam bohaterów, ale pokazał mi, na czym polega solidarność, na czym polega walka o ideę lub władzę. I przede wszystkim pokazywał, jak kobiety walczyły o swoje prawa, jak motywowały inne mniejszości do walki i o kobiety, i o nich samych. Niezwykłe przeżycie.





13. Przyjaciele (sezon 6 – ocena: 7/10) – powoli i z radością nadal spędzam wieczory z niezwykłą szóstką przyjaciół. Ten serial zawsze będzie mi się kojarzył z sesją na studiach, bo zawsze w przerwie od nauki oglądam sobie odcinek. Akurat są bardzo krótkie i poprawiają mi humor. Choć przyznam, że akurat ten sezon jakoś mi się dłużył i w sumie wydaje mi się gorszy od poprzednich.






I tak kończę podsumowanie czerwca! :) 
Opowiadajcie, jak tam u Was było w tym miesiącu!

Pozdrawiam cieplutko ♥
Elfik